Wszystko wskazuje na to, że Barcelona rusza na całego po Daniego Olmo. Bardzo możliwe, że ten transfer dojdzie do skutku w obliczu fiaska transferu Nico Williamsa. Barça znów nie wyciąga najmniejszych wniosków z przeszłości, pozyskując za ogromne pieniądze zawodnika, którego za bardzo nie potrzebuje, mając dziury w innych obszarach boiska.
Gdy spojrzymy na kadrę Barcelony, na jakiej pozycji zobaczymy największą lukę? Nie ma chyba większego sporu, że Barça w pierwszej kolejności potrzebuje twardego defensywnego pomocnika, który zabezpieczy ten newralgiczny obszar boiska w większym stopniu niż zawodnicy dotychczas grający w tym sektorze. Na poziomie budowy całego zespołu olbrzymim problemem był brak takiego piłkarza. Rozwiązań nie dawali ani zbyt delikatni w działaniach obronnych Frenkie de Jong czy İlkay Gündoğan, ani ograniczony piłkarsko Oriol Romeu.
Wyjątek dla Nico
Ten obraz zmienił się trochę wraz z rozpędzaniem się operacji „Nico Williams”. Fantastyczna postawa skrzydeł Hiszpanii podczas mistrzostw Europy sprawiła, że kibice Barcelony też byli podekscytowani zobaczeniem duetu Nico – Lamine w katalońskim klubie. Zawodnik Athleticu po prostu doskonale pasuje do typu zawodnika, który przydałby się w ataku Blaugrany. Podczas EURO widać było, jak wielkim bonusem dla ofensywy zespołu jest posiadanie skrzydłowych rozszerzających akcje, z których każdy może zagrozić dryblingiem, szybkością i strzałem lub podaniem.
Dodatkowo Nico jest jeszcze stosunkowo młody i dopiero wchodzi w swój prime, więc wydawało się, że dla takiego piłkarza można nieco zmienić priorytety. Zwłaszcza że doskonale rozumie się z innymi hiszpańskimi zawodnikami Barcelony. To byłby jeden z takich transferów, które z największym prawdopodobieństwem mogłyby wypalić. Jedna z tych nielicznych okazji rynkowych, które szkoda przegapić. Na poziomie strategicznym w jego przypadku można sobie pozwolić, żeby nie wzmocnić jednego sektora (pomoc), kosztem znacznego poprawienia funkcjonowania ataku.
Barça nieprzygotowana
Niestety wygląda na to, że Nico zostanie w Athleticu. W zamieszaniu medialnym nie do końca wiadomo, co jest ostatecznym powodem jego decyzji, ale najwyraźniej chodzi o brak gwarancji rejestracji w kadrze zespołu. Jeżeli tak jest, nie można się dziwić decyzji Nico. Z jego strony byloby niepoważne pakowanie się do nowego klubu, w którym będziesz musiał, być może do końca okienka, drżeć o rejestrację. Zwłaszcza gdy masz takie naciski dotyczące pozostania w Athleticu, nie tylko ze strony władz czy kibiców, ale też "w domu" (Iñaki), a twój ziomek dalej czeka na zgłoszenie do kadry (Iñigo).
W tym miejscu trzeba wrzucić pierwszy kamyk do ogródka Barcelony. Mamy sierpień, a klub wydaje się zupełnie nieprzygotowany do okienka transferowego. Fajnie, że były prowadzone rozmowy, że klub doszedł do porozumienia z piłkarzem lub był tego blisko, ale w końcu przychodzi moment, że musisz przelać na papier wszystkie obietnice. Najwyraźniej nie udało się tego zrobić. Nie sfinalizowano porozumień ws. Nike i Barça Vision, żeby mieć możliwości operacyjne. Dalej mamy te poczucie nienormalności, które towarzyszy kibicom Barcelony już od bardzo długiego czasu. Zbyt długiego, jak na tak wielki klub. A przecież ekipa Joana Laporty miała to zmienić. Tymczasem końca nie widać.
Marna rekompensata
Ten obraz beznadziei (na poziomie finansowo-instytucjonalnym, bo oczywiście kadra jest niezła dzięki La Masii) Laporta chyba próbuje odmienić poprzez pozyskanie Olmo. Zrekompensować w ten sposób fanom fiasko transferu Nico. Prezydent zdaje się jednak nie dostrzegać, że entuzjazm generowany przez piłkarza Athleticu jest zupełnie inny niż ten kreowany przez Olmo. Z różnych powodów, na czele z tym, jaką gwarancję sportową dają obaj ci gracze, gdy dla pierwszego z nich EURO było potwierdzeniem rosnącej formy, a dla drugiego – raczej ponadnormatywnym wyskokiem, biorąc pod uwagę ostatnie, bardzo nieregularne sezony. Ze względu na różnicę wieku Nico może stać się naprawdę wielki, a Olmo już raczej nie będzie dużo lepszym piłkarzem niż jest obecnie.
Niektórzy dziennikarze twierdzą, że Barcelona chciała sprowadzić zarówno Nico Williamsa, jak i Olmo, ale trudno uwierzyć, że byłaby w stanie dopiąć obie te operacje na poziomie finansowym, skoro z jedną może być problem. Zatem wychodzi obecnie na to, że kupnem tego drugiego klub chce zrekompensować utratę tego pierwszego. Inni dziennikarze twierdzą, że Barça i tak chce pozyskać typowego skrzydłowego w stylu Nico, ale ciekawe, jakie wyliczenia zamierzają zaproponować, żeby uzasadnić wykonalność takich ruchów.
Brak miejsca w kadrze
W mojej ocenie dla Nico można by zrobić wyjątek, jeżeli chodzi o planowanie kadry i wydatek, bo byłby jakością dodaną na lewej stronie. Ale dla Olmo? Nie jest to ani piłkarz wykazujący się stałym rozwojem (w przeciwieństwie do 22-latka), bo trudno określić tak kilka spotkań na EURO, ani nie jest graczem o odpowiednim profilu. Wspomniana symetria ataków oboma skrzydłami wyglądałaby jednak inaczej przy jego włączeniu do zespołu. A przy takim stylu gry i tak utalentowanych technicznie pomocnikach (mających mniejsze walory motoryczne) bardzo ważne jest posiadanie zawodników rozszerzających grę.
To jest też argument wykluczający ustawienie Olmo w środku – chyba chcemy dalej inwestować w Pedriego, a jeśli Kanaryjczyk będzie kontuzjowany, to jest też İlkay Gündoğan, a ich stosunkowo podobne profile uzupełnia świetnie wykańczający akcje Fermín López, który mocno się rozwinął i nie zasłużył na marginalizację.
Pamiętajmy też, że to nie jest tak, że Barcelona nie ma zupełnie nikogo na lewą flankę. W kadrze wciąż pozostaje Raphinha. Zgoda – Brazylijczyk nie do końca odpowiada wymienionemu przed chwilą profilowi, ale ma swoje inne atuty, w skali sezonu moim zdaniem przewyższające Olmo. Gdybym miał w tej chwili wybrać podstawową jedenastkę Blaugrany, nie znalazłoby się w niej miejsce dla gracza RB Lipska. Zatem wydawanie 60 milionów na rezerwowego przechodzi moje pojęcie. Oczywiście w przypadku przybycia Nico jak najbardziej widziałbym go jako podstawowego gracza, a Raphinha musiałby pogodzić się z rolą pierwszego wchodzącego z ławki za niego i Lamine’a.
Przepalanie pieniędzy
Ważną kwestią są właśnie finanse. Wygląda na to, że Barcelona znów ma wydać majątek na piłkarza wcale niekoniecznie wyglądającego na niezbędnego. Już w 2021 roku Barça przeznaczyła 55 milionów na Ferrana Torresa i mimo przebłysków Hiszpana nikt chyba nie powie, że to były dobrze wydane pieniądze. Olmo ma nieco większe możliwości, ale i jego regularność jest kwestionowana. Tymczasem Barca, mając taką, a nie inną sytuację finansową, powinna wydawać duże pieniądze tylko i wyłącznie na duże gwiazdy mogące regularnie robić rożnicę, stanowić wartość dodaną w stosunku do potrzeb zespołu. Podatny na kontuzje Olmo takowym graczem na ten moment nie jest. Cytując słynną reklamę, skoro nie robi różnicy, to po co przepłacać? Gdyby Olmo był do wzięcia za darmo lub za mniejsza pieniądze, rozmowa wyglądałaby inaczej. W innym kontekście to mogłoby być naprawdę fajne wzmocnienie.
Utrata Merino
Klub ma jednak inne potrzeby. Barcelonie ucieka właśnie być może jedyny dobrej klasy pomocnik mogący grać jako ten defensywny, jakiego mogła pozyskać tego okienka. Mikel Merino jest coraz bliżej dołączenia do Arsenalu i choć nie mamy pewności, czy Barça byłaby w stanie przelicytować Kanonierów, to jednak bez wątpienia Katalończycy zmarginalizowali działania na tym polu, skupiając się na graczach ofensywnych. Co w przypadku Nico można jeszcze zrozumieć z wyżej wymienionych powodów, ale w kontekście Olmo już nie bardzo.
Nie zamierzam stawiać tezy, że Merino rozwiązałby wszystkie problemy Barcelony w środku pola – zdecydowanie nie. Ten gracz też ma swoje ograniczenia. Jednak mógłby zredukować przynajmniej część z nich i nadać kształtowi środka pola nieco inny wymiar. Przy, nie oszukujmy się, bardzo ograniczonych opcjach, byłby to jeden z najlepszych wyborów.
Potencjalne problemy w przyszłości
Problem w tym, że transfer Olmo nie tylko komplikuje sytuację bieżącą, ale może też utrudnić działanie w kolejnych okienkach. Wydanie tak dużych pieniędzy nie pozostanie bez wpływu na budżet klubu, który nie jest i nie będzie z gumy. Barcelona powinna więc dwa razy obejrzeć każde euro, zanim je wyda. Przeznaczenie dużych kwot na okazję rynkową wydaje się usprawiedliwione, ale nie na kogokolwiek. Co będzie, jeśli okaże się za rok, że Barça ma znakomicie pasującego do niej piłkarza (np. defensywnego pomocnika, których na rynku nie ma zbyt wielu dostępnych), którego jednak nie będzie mogła kupić przez brak środków? Transfer Olmo nie tylko jest wątpliwy sam w sobie – to także odbieranie sobie perspektw na kolejne dobre ruchy w przyszłości.
Nie chcę jednak tutaj rysować obrazu piłkarskiego nieudacznika. Olmo to utalentowany zawodnik, który wiele potrafi, a gdyby przyszedł, na pewno potrafiłby rozstrzygnąć niejeden mecz. Problem w tym, że on sam, a przede wszystkim cała struktura zespołu po jego przybyciu, ma sporo „czerwonych flag”, które każą wątpić w zasadność transferu. W najlepszym scenariuszu Olmo będzie przydatnym graczem, który od czasu do czasu wpłynie na losy meczu, ale skomplikuje rozwój innych zawodników (Raphinha, Pedri, Fermín). W najgorszym – Barça za potężne pieniądze pozyska kolejnego notorycznie kontuzjowanego piłkarza, którego za trzy lata może nigdzie nie wcisnąć ze względu na wiek, nie mówiąc o jakimkolwiek zarobku. Warto podjąć to ryzyko?
Brak strategicznej wizji
Ten transfer po prostu nie spina się na żadnym poziomie. Sportowym, marketingowym, finansowym. Jeżeli nie udało się ściągnąć Nico, po prostu się z tym pogódźmy. Nie szukajmy na siłę pocieszenia, o którym pisał Michał Gajdek, skoro nie wniesie boomu jakościowego. Grajmy Raphinhą, poszukajmy defensywnego pomocnika, dajmy szanse La Masii, która wypuszcza kolejne talenty. Przybycie Olmo mogłoby zablokować te ostatnie, podobnie jak pole manewru na poziomie finansowym. Skoro jest nowy trener, warto zobaczyć, co może wycisnąć z obecnej grupy zawodników, a nie dokładać element, który zaraz może się okazać następnym wielkim problemem do rozwiązania ze względu na brak dopasowania całości mechanizmu. Transfer za wielkie pieniądze gracza, dla którego za bardzo nie ma optymalnej pozycji w klubie brzmi jak żywcem wzięty z epoki Bartomeu.
Najbardziej martwi jednak to, że najwyraźniej mamy władze klubu, które są całkowicie pozbawione jakiejś długofalowej strategii. Barcelona nie potrafiła wprowadzić jakiegokolwiek następcy Busquetsa podczas jego gry, a po odejściu weterana sprowadziła Oriola Romeu. Potem ważniejszy okazał się Vitor Roque, który jest tam, gdzie jest. Teraz miała ruszyć w końcu po klasowego gracza na tę pozycję, gdy dziura w tym obszarze stała się nie do zniesienia. Niby lepiej późno niż wcale.
Później jednak zmieniła koncepcję, skoro była szansa na pozyskanie kogoś takiego jak Nico. Gdy transfer upadł, okazało się, że nie wrócono do pierwotnej koncepcji, tylko Barça ma iść po Olmo, który nie wpasowuje się w potrzeby zespołu. Kiedy klub sprowadzi defensywnego pomocnika i jak ułoży kadrę w ataku? Być może Hansi Flick ma już jakiś plan, żeby to całościowo skomponować, ale póki go nie zobaczymy, będziemy poruszać się w sferze wątpliwości.
Osobiście po cyrku związanym z Vitorem Roque tym bardziej nie zamierzam ślepo ufać władzom klubu. Tłumaczono nam, że pozyskanie młodego następcy Lewandowskiego zamiast defensywnego pomocnika to dobry ruch, po czym okazuje się, że po pół roku zawodnik sprowadzony za wielkie pieniądze jest w zasadzie na wylocie. Ruchy władz Barcelony wyglądają na paniczne, podyktowane emocjami i znajomościami z agentami, a nie wynikające z długofalowej strategii i dobrego zdefiniowania potrzeb drużyny. Przy zwalnianiu trenera też mieliśmy przecież niezły chaos. Oczywiście wszystkie te niedociągnięcia przykrywa La Masia, stale dostarczająca ekscytujących graczy, ale jak długo?
Przy okazji zachęcamy też do przeczytania felietonów Michała Gajdka i Piotrka Guzińskiego dotyczących Daniego Olmo.
Komentarze (62)