Leo Messi udzielił wywiadu katalońskiemu Sportowi, w którym opowiedział o uczuciu, jakim darzy Barcelonę oraz odniósł się do tego, co czują do niego kibice w klubie jego życia. Wywiad został nagrany wcześniej - gdy dziennikarz Sportu odwiedził Argentyńczyka w Miami.
[Albert Masnou, Sport] Jak przeżywasz tę sympatię, która napływa do ciebie z Barcelony?
Leo Messi: To niesamowite. Wszystko, co do mnie dociera z Barcelony, od ludzi, z tamtego etapu życia, który przeżyliśmy, zawsze budzi we mnie trochę nostalgii. I dużo emocji.
To ma nie być typowy wywiad, tylko rozmowa, której pretekstem jest nagroda, jaką Sport wręczy Ci w przyszłym tygodniu - dla najbardziej lubianego zawodnika w historii Barcelony. I rzeczywiście widać, jak bardzo te wspomnienia wciąż w Tobie żyją...
Prawdę mówiąc, bardzo tęsknię za wszystkimi tamtymi chwilami. Może nawet bardziej je doceniam teraz, niż wtedy, gdy to wszystko się działo. Przez codzienną rutynę, przez to, że graliśmy mecz za meczem i od razu trzeba było myśleć o kolejnym, bez możliwości cieszenia się tym, co robiliśmy. Dziś, patrząc na to spokojniej, z dystansem, po tych kilku latach, przeżywa się to wszystko o wiele głębiej.
Lubisz wracać do tamtych chwil?
Oczywiście, że lubię to oglądać... To były bardzo znaczące, ważne momenty. To piękne wspomnienia i miło do nich wracać.
Z biegiem lat pojawiają się nowi zawodnicy, nowe nadzieje, ale to uczucie i ta pasja, którą wzbudziłeś w tylu ludziach, wciąż trwa. Wpłynąłeś na życie wielu osobom - są tacy, którzy mają wytatuowaną Twoją podobiznę, Twoje imię.
Tak, to coś, co zawsze dzieje się w piłce. Pojawiają się nowi zawodnicy, nowi ludzie, ale historia nigdy nie zostaje zapomniana. I to nie tylko w moim przypadku, ale wszystkich, którzy przewinęli się przez klub. Było wielu naprawdę ważnych ludzi, którzy przyczynili się do tego, że klub stawał się jeszcze większy.
Zawsze będzie się ich wspominać z sympatią, nie da się tego wymazać. Który moment był najszczęśliwszy w twojej karierze w Barcelonie?
Trudno wskazać tylko jeden. Dzięki Bogu, miałem szczęście przeżyć wiele pięknych chwil. Nie wiem... zazwyczaj, gdy mówi się o szczęściu, myśli się o tytułach, o sukcesach, o tych wielkich rzeczach, które osiągnęliśmy. Ale pierwszy sekstet z Guardiolą był czymś niezwykłym, a ostatnia Liga Mistrzów z Luisem Enrique też. Naprawdę trudno wybrać tylko jeden moment.
To było wiele różnych doświadczeń...
Zatrzymuję w pamięci wszystko, co przeżyłem w tamtym czasie... Wszystko - jak bardzo dorosłem jako człowiek i jako zawodnik. Naprawdę, zostaję z tym wszystkim. Kiedy oglądam nagrania i wspomnienia, wracają do mnie obrazy z tamtego okresu, z tamtych sezonów, z tego, co przeżyliśmy... I chcę to wszystko zachować w pamięci.
Szczęście to nie tylko tytuły. Jeśli nie patrzysz tylko na zwycięstwa, to co jest najważniejsze?
Bycie częścią tego klubu. To, że trafiłem tam jako dziecko, dorastałem i spędziłem całe życie w Barcelonie. Jestem wdzięczny Bogu, że zaprowadził mnie właśnie tam, gdy byłem mały. No i także za to, że urodzili mi się tam synowie, za cały klub i miasto - bo wyjechałem jako chłopak, dorosłem i przeżyłem tam całe życie. Jest mnóstwo rzeczy, nie tylko w klubie, ale i w samej Barcelonie, które zostaną ze mną na zawsze.
Śledzisz teraz zespół? W Paryżu mówiłeś, że dalej obserwujesz i z tego, co wiem, to tutaj [w Miami] też.
Tak, tak, oczywiście. Zwłaszcza że jest nas tutaj kilku [z Barcelony]. Zawsze rozmawiamy o tym, co dzieje się w klubie, o wynikach, o grze.
W Barcelonie mówiłeś, że byłeś szczęśliwy, a w Paryżu, kiedy ostatnio się widzieliśmy, nie brzmiało to już tak samo. Teraz wygląda na to, że odzyskałeś trochę, albo nawet sporo, tej radości, patrząc na Twoje wyniki.
Tak... Wydaje się, że w Paryżu przeżywałem piekło, ale tak naprawdę wcale tak nie było. Kiedy mówię, że nie czułem się dobrze, mam na myśli to, że nie byłem zadowolony z siebie, z tego, co robiłem, z piłki nożnej, z codzienności, z treningów, z meczów. Po prostu nie czułem się dobrze sam ze sobą. Ale z drugiej strony, jako rodzina mieliśmy tam bardzo dobre doświadczenia. To piękne miasto, naprawdę się nim cieszyliśmy. To był pierwszy raz, kiedy wyjechaliśmy z Barcelony, wszystko było nowe i dlatego też było to dla nas trudne. To nie była kontuzja czy coś innego, po prostu tak się ułożyło. Ale naprawdę, nie czułem się dobrze w życiu codziennym z tym, co kocham robić. Tutaj natomiast wszystko jest w porządku. Cieszymy się z życia w tym miejscu, z codzienności. Tak jak mówiłem wcześniej - to życie [w Miami] jest bardzo podobne do tego, które mieliśmy w Castelldefels: klub blisko, szkoła dzieci tuż obok, wszystko pod ręką, jest wygodnie. Mieszkamy poza centrum, bo Miami jest przepiękne, ale trzeba przyznać, że korki potrafią dać popalić.
Jestem ciekaw pewnej kwestii. Z wiekiem łatwo trochę odpuścić, stracić intensywność, ale ty kończysz jako najlepszy strzelec ligi, zdobywasz Złotego Buta MLS. Trafiłeś do drużyny z samego dołu tabeli, a teraz jesteś o krok od walki o tytuły. Z Hiszpanii oglądamy twoje gole i wygląda to tak, jakbyśmy znów oglądali młodego chłopaka... Co cię napędza? Co sprawia, że wciąż jesteś na samym szczycie?
To coś, co robiłem całe życie, odkąd byłem dzieckiem, i co najbardziej mnie pasjonuje. Kocham grać w piłkę i rywalizować. Nie znoszę przegrywać, z nikim. I za każdym razem, gdy wchodzę na boisko, robię to, żeby wygrać albo przynajmniej spróbować. Uwielbiam rywalizację - to był też nasz cel, mój i chłopaków, którzy przyszli razem ze mną. Trafiliśmy do bardzo młodego klubu, który wciąż się rozwijał. Chodziło o to, by uczynić go konkurencyjnym, żeby walczył o trofea i żebyśmy mogli pomóc mu rosnąć. Myślę, że nam się to udało. Jestem szczęśliwy z tego, jak potoczyły się te ostatnie lata. Dopóki czuję się dobrze fizycznie i mogę grać, będę to robił tak jak zawsze - walcząc, starając się wygrywać i dając z siebie maksimum. W momencie, gdy poczuję, że fizycznie już nie daję rady, że boisko staje się dla mnie ciężarem albo że przestaję czerpać z tego radość, to wtedy przyjdzie czas, żeby to skończyś. Ale dziś? Dziś wciąż to kocham, czuję się dobrze... i tak ma być.
Teraz odchodzi dwóch kolegów, z którymi tu przyjechałeś?
To bardzo dziwne uczucie.
Dziwne?
Naprawdę... To było bardzo dziwne - zwłaszcza w przypadku Jordiego [Alby], bo zupełnie się tego nie spodziewaliśmy. Z Busim [Sergio Busquetsem] rozmawialiśmy o tym wcześniej, on już to analizował, mówił o tym, przygotowywał się mentalnie. Ale Jordi... To było z dnia na dzień. Przyszedł pewnego dnia do szatni i powiedział nam, że zamierza to ogłosić, że kończy karierę, a wcześniej nic o tym nie wspominał. Dla nas to było totalne zaskoczenie. Szkoda, bo oprócz tego, że świetnie się razem grało, jesteśmy też przyjaciółmi. Wspólnie zaczynaliśmy to wyzwanie w Miami. Ale wiadomo - wszyscy widzimy, że ten moment się zbliża, że coraz mniej czasu zostało. Jesteśmy z tego samego pokolenia, przeszliśmy całą karierę razem i możliwość spędzenia ostatnich lat ramię w ramię była naprawdę czymś pięknym.
Patrząc w najbliższą przyszłość - za rogiem mistrzostwa świata. To chyba motywuje, prawda?
Oczywiście, że tak. To wyjątkowy mundia... Zawsze jest wyjątkowym grać w reprezentacji, w ważnych, oficjalnych rozgrywkach, a tym bardziej po tym, jak już raz zdobyliśmy tytuł. Ale jak mówiłem, nie chcę być, w cudzysłowie, ciężarem. Chcę czuć się dobrze fizycznie, być pewien, że mogę pomóc drużynie, coś wnieść do zespołu. Nasz sezon różni się od europejskiego, bo będziemy mieć okres przygotowawczy, niewiele meczów przed samymi mistrzostwami, więc zobaczymy z dnia na dzień, czy naprawdę czuję się na tyle dobrze, by być w formie, jakiej bym chciał, i móc wziąć udział. Ale oczywiście... To mistrzostwa świata, coś wyjątkowego, największe sportowe wydarzenie na świecie. Jestem podekscytowany, ale podchodzę do tego spokojnie, krok po kroku.
I na koniec - chciałbyś wysłać jakąś wiadomość do ludzi futbolu, a konkretnie ludzi Barçy?
Komentarze (50)