Ferran Olive był skarbnikiem Barcelony od marca 2021 roku do lutego 2026 roku i wraz z Joanem Laportą podał się do dymisji, aby wziąć udział w kandydaturze przy kolejnych wyborach, tak więc jest miarodajnym głosem z obozu faworyta walki o prezydenturę. To druga część tłumaczenia wywiadu dla portalu Culemania. Przeczytacie tu o sytuacji finansowej klubu, jaką zastano w 2021 roku, a także o tym, że Barcelony nie było stać na pozostawienie Leo Messiego w klubie. Pierwszą część można przeczytać w tym artykule.
Culemania: Przejdźmy do kwestii finansowych. Pierwsze pytanie nawiązuje do tego, o czym pan już wspomniał, ale zadam je wprost. Czy Barça jest dziś w lepszej sytuacji niż w 2021 roku? Jeśli tak, dlaczego?
Ferran Olive: Bez najmniejszych wątpliwości: odpowiedź brzmi zdecydowane tak. Kiedy obejmowaliśmy stery, zadłużenie netto wynosiło około 650 milionów euro. Dziś to około 450 milionów i wciąż je zmniejszamy. Te 450 milionów to dane z ostatniego walnego zgromadzenia. Obecnie dług nadal spada i jesteśmy w okolicach 390–400 milionów. Jeśli poprawiasz wynik operacyjny klubu, generujesz gotówkę, to możesz redukować zadłużenie. Gdy zaczęliśmy notować dodatnie wyniki operacyjne i zatrzymaliśmy coroczną spiralę strat, pojawiła się realna możliwość spłacania długu.
Zawsze podkreślaliście, że w 2021 roku zastaliście bardzo trudną sytuację. Laporta często mówi o „spadku po Bartomeu”…
W marcu 2021 roku, gdy przejęliśmy władzę w klubie, zarząd tymczasowy przekazał nam dokumenty mówiące: „Jeśli sprzedacie Barça Corporate, będzie 200 milionów”. Postanowiliśmy podejść do tego z ostrożnością. Pierwsze, co odkryliśmy, to fakt, że w kasie nie było pieniędzy nawet na wypłaty. Musieliśmy wziąć kredyt pomostowy w wysokości 80 milionów euro od Goldman Sachs. Zwróciliśmy się do nich, bo byli już zaangażowani w projekt Espai Barça i znali sytuację zadłużenia klubu.
Zastaliśmy też obligacje o wartości 200 milionów euro oprocentowane na 6,70% oraz pilną potrzebę gotówki. Pożyczone 80 milionów pozwoliło nam przetrwać, a równocześnie rozpoczęliśmy renegocjacje długu, bo było jasne, że sezon 2020/21 zakończy się stratą rzędu 450–500 milionów euro.
Potrzebowaliśmy pieniędzy i płaciliśmy ogromne odsetki, więc oprócz kredytu pomostowego zaczęliśmy pracować nad dużą pożyczką, która ostatecznie została zatwierdzona przez walne zgromadzenie. Początkowo planowana była na 450–500 milionów, a finalnie wyniosła 590 milionów euro. Wynegocjowaliśmy oprocentowanie na poziomie 1,75%. Z tych środków spłaciliśmy część kredytu pomostowego i refinansowaliśmy wcześniejsze 200 milionów długu. To pozwoliło nam zatrzymać największy cios.
Kiedy przejmujesz firmę z poważnymi problemami płynnościowymi, fatalnym wynikiem finansowym i ujemnym kapitałem własnym, to w praktyce jest ona w stanie upadłości lub wymaga dokapitalizowania. Barça była wtedy w sytuacji, w której groziło jej rozwiązanie. Najpierw musieliśmy załatać gigantyczną dziurę w kasie, a jednocześnie działać w wyjątkowo trudnych warunkach.
W zwykłej firmie w takiej sytuacji można po prostu skupić się na przetrwaniu i produkcji. Ale Barcelona „sprzedaje” wyniki sportowe. Nie możesz przestać wygrywać, bo sens istnienia klubu polega na tym, by zwyciężał, a nie przegrywał.
Zastaliśmy też katastrofalną strukturę płacową... Wynagrodzenia pochłaniały 98% przychodów. To była kompletna aberracja. Mateu Alemany trafnie mówił, że mieliśmy odwróconą piramidę: najmniej zarabiali ci, którzy grali, a najwięcej ci, którzy siedzieli na ławce. Trzeba było to uporządkować. Wiązało się to z odszkodowaniami, rozstawaniem się z niektórymi zawodnikami i sprowadzaniem innych. I nie dotyczyło to tylko piłki nożnej, bo podobnie było w koszykówce. Wystarczy przypomnieć, jak zakończyła się sprawa Miroticia.
Pojawiły się głosy, że w tamtym czasie sztucznie zawyżyliście straty. Owszem, sytuacja była trudna, była pandemia, ale dokonaliście też odpisów wartości zawodników i utworzyliście rezerwy na sprawy sądowe, co niemal podwoiło straty. Czy uważa pan, że było to konieczne, czy może w pewnym sensie zrzuciliście winę na Bartomeu?
Zacznijmy od początku. Co stałoby się z Barçą, gdyby nie było pandemii? Zróbmy taki eksperyment myślowy. Klub i tak notowałby poważne straty, bo sezon 2020/21 już przed pandemią zapowiadał się na minusie. Wszystko zaczęło się po sprzedaży Neymara. Płace rosły w tempie kompletnie oderwanym od przychodów... I rosły z roku na rok. Problem w tym, że przychody nie zwiększały się w takim samym tempie jak wydatki.
A potem przyszła „burza doskonała”, czyli pandemia. Oczywiście był też element pecha, ale zastaliśmy sytuację, w której przedłużano kontrakty zawodnikom, którzy praktycznie nie grali. To była decyzja co najmniej dyskusyjna i trudna do obrony.
W tej sytuacji audytorzy powiedzieli nam wprost: „Musicie dokonać odpisów, bo aktywa nie są warte tyle, ile wykazujecie. Trzeba je zaktualizować do realnej wartości”. Tak doszło do obniżenia wyceny. To nie była decyzja podjęta na chybił trafił ani na wyczucie. Zrobiliśmy to w porozumieniu z audytorami, którzy sami wskazali, że to konieczne. To jak z kryzysem nieruchomości... Gdy ceny mieszkań spadły, banki musiały skorygować wartość hipotek, bo nie były już warte tyle, ile wcześniej zakładano. To ta sama logika.
Czy nie uważa pan jednak, że przez tę decyzję przez kolejne pięć lat byliście jej zakładnikami? Ogromne straty sprawiły, że LaLiga zaczęła nakładać ograniczenia w ramach Finansowego Fair Play. Widzieliśmy to przez całą kadencję: „dźwignie”, cięcia kosztów, ciągłe kombinowanie przy rejestracji zawodników.
Masz absolutnie rację - tak, to prawda. Gdybyśmy nie dokonali tych odpisów, zapewne nie mielibyśmy tak dramatycznie ujemnego kapitału własnego, który zablokował nam możliwość działania w ramach Finansowego Fair Play. Ale moim zdaniem nie mieliśmy wyboru. To nie była nasza fanaberia. Audytorzy jasno stwierdzili, że przy sytuacji finansowej klubu utrzymywanie tamtych wycen jest nie do obrony. To była przegrana bitwa i nie mogliśmy tego inaczej rozegrać. Często mówił mi to prezes LaLigi, Javier Tebas: „Zrobiliście to i teraz was to boli”. Tyle że my naprawdę nie mieliśmy alternatywy. Taka była rzeczywistość finansowa klubu. Gdy obejmujesz zarządzanie, odpowiadasz za finanse i masz w klubie audytorów, którzy mówią ci, że obecne wyceny są nie do utrzymania - to nie masz wielkiego pola manewru.
Leo Messiemu kończył się wtedy kontrakt. Czy gdyby nie dokonano tych odpisów i straty nie byłyby tak wysokie, łatwiej byłoby go zatrzymać?
Muszę coś doprecyzować. Nie mówimy tu o stratach, tylko o spadku wartości kapitału własnego. To właśnie kapitał własny miał wpływ na limity Finansowego Fair Play. Straty już wcześniej istniały. A prawda jest taka, że i tak nie bylibyśmy w stanie dalej płacić Messiemu. W tamtym momencie nie mieliśmy wystarczających przychodów, by utrzymać jego kontrakt. Oczywiście każdy chciał, żeby Messi został. To najlepszy piłkarz w historii Barcelony, symbol klubu, idol całego pokolenia dzieci. To nie podlega dyskusji.
Ale zarządzanie klubem oznacza podejmowanie decyzji... Czasem bardzo bolesnych. Nie było nikogo, kto nie chciałby jego pozostania. Problem w tym, że zwyczajnie nie mogliśmy sobie na to pozwolić. Wszyscy chcielibyśmy jeździć najlepszym samochodem na świecie - pytanie tylko, czy nas na niego stać. Nas wtedy na Messiego po prostu nie było stać.
Komentarze (43)