FC Barcelona stoi przed najtrudniejszym wyzwaniem sezonu, ale w Katalonii nikt nie zamierza składać broni. Rewanż ćwierćfinału Ligi Mistrzów na Metropolitano to wieczór, który może zdefiniować tę drużynę – albo potwierdzi jej ograniczenia, albo wyniesie ją na poziom zespołów zdolnych odwracać niemożliwe scenariusze. W szatni panuje przekonanie, że historia wciąż jest otwarta, a sygnały płynące z ostatnich dni jasno pokazują: Barça jedzie do Madrytu z wiarą.
Porażka 0:2 w pierwszym meczu sprawia, że Barcelona musi wygrać co najmniej dwoma bramkami, by doprowadzić do dogrywki, lub trzema, by awansować bezpośrednio. I choć rewanż odbędzie się na stadionie Atlético, a zespół Diego Simeone będzie miał za sobą atut własnego boiska i większą świeżość po rotacjach, to futbol nie raz pokazywał, że logika bywa tylko tłem dla rzeczywistości.
Jak podaje Opta, Barcelona jest faworytem samego meczu, ale Atlético, z przewagą dwóch bramek i wsparciem własnych trybun, ma wysokie szanse na półfinał. A jednak spośród wszystkich zwycięzców pierwszych spotkań (Bayern, PSG, Arsenal) to właśnie madrytczycy mają najniższe prawdopodobieństwo awansu. Dwumecz wciąż żyje.
Drużyna Hansiego Flick nie raz pokazywała, że potrafi funkcjonować w chaosie i wysokim tempie, gdzie mecze wymykają się schematom. Pamiętamy m.in. zwycięstwo 4:2 na Metropolitano, gdy Blaugrana odrobiła straty z 0:2... w ciągu 28 minut. Skoro udało się to w niemal pół godziny, dalczego nie w 90 minut?
Barcelona musi radzić sobie bez zawieszonego Pau Cubarsíego, ale wraca Frenkie de Jong, a do Madrytu poleciał również Marc Bernal. Największą niewiadomą pozostaje obsada pozycji napastnika: Robert Lewandowski zdobył bramkę ostatnio na Metropolitano w lidze, ale jest zdecydowanie pod formą. Trudno też określić, czy dublet Ferrana w derbach z Espanyolem to sygnał, że "Rekin" wrócił, czy tylko jednorazowy przebłysk. A może Flick zdecyduje się zaskoczyć, wystawiając na środku ataku Daniego Olmo bądź Marcusa Rashforda.
LeBron Yamal
W ostatnich dniach wokół drużyny pojawił się wyraźny sygnał mentalny, który wykracza poza boisko. Inspiracja LeBronem Jamesem i jego historyczną remontadą z 2016 roku to nie przypadek. Cleveland Cavaliers przegrywali z Golden State Warriors 1:3 i nikt wcześniej w historii finałów nie odrobił takiej straty. To był moment, w którym sezon praktycznie uznaje się za zakończony. I właśnie wtedy zaczęła się zmiana narracji. Cavaliers wygrali piąty mecz na wyjeździe, wrócili do Cleveland i doprowadzili do remisu, a w decydującym meczu numer 7 wytrzymali presję i zamknęli serię, zdobywając puchar NBA.
Zaczęło się od niewinnego nternetowego mema podchwyconego przez szatnię. Trend podłapał Lamine Yamal, zmieniając swój profil na Instagramie, a następnie - podobnie jak LeBron 10 lat temu - pojawił się na konferencji prasowej, zapowiadając walkę do samego końca mimo przeciwności. "To prawda, że bardzo dobrze się czuję, mam wielką chęć, żeby już grać ten mecz. Tak, jestem zmotywowany z tego powodu i cóż... Może będę mógł zrobić różnicę. Jeśli Cholo wyświadczy mi przysługę i da mi pojedynki jeden na jeden, jednego zawodnika, to mam nadzieję, że tak" - powiedział dziennikarzom 18-latek.
Na Metropolitano pojawi się dziś dokładnie 3049 culés, którzy będą przy drużynie w najtrudniejszym momencie sezonu. Czy to wystarczy? Tego nie da się policzyć żadnym superkomputerem. Ale jeśli ta Barça naprawdę wierzy – a wszystko wskazuje, że tak jest – to może dziś dopisać kolejny rozdział księgi o remontadach.
Sí, se puede!
Komentarze (61)