Postępująca anglicyzacja
Uradowany faktem, że nasza dzielna TVP puści Ligę Mistrzów, biegnę do sklepu, kupuję piwo, chipsy, cukierki (niepotrzebne skreślić) i biorę do ręki program TV. Manchester - Arsenal, jak dobrze! Najlepsza dawka angielskiego futbolu, na najwyższym poziomie i to o najwyższą stawkę. Jestem w siódmym niebie! Muszę też dodać, że jestem kibicem niedzielnym, który kontakt z futbolem ma sporadycznie, na meczach reprezentacji piszczy trąbką, a synowi kupuje na gwiazdkę czerwoną koszulkę z napisem "Ronaldo" na plecach. Bo tak modnie.
Tymczasem ludzie, którzy z piłką nożną mają kontakt trochę szerszy i z zapałem śledzą najlepsze ligi Europy, mogą czuć się nieco rozczarowani. Bo przecież podobne widowiska zdarzają się nam kilka razy do roku. Szlagierów takich jak Manchester - Chelsea czy Arsenal - Liverpool się raczej nie opuszcza. A kiedy nareszcie możemy obejrzeć coś na normalnym telewizorze, a nie tylko na małym ekraniku w rozdzielczości 200x100, to załączamy nasze "plazmy" i co? To samo. Rozgrywki ligowe w ramach Champions League.
Być może nie wszyscy mają podobne obiekcje, ale dla tych co może zapomnieli - ten sezon jest trzecim z rzędu, w którym półfinał Ligi Mistrzów obsadziły 3 drużyny angielskie. Byłyby może i cztery, gdyby nie takie a nie inne losowanie. Real Madryt odpada w 1/8, Włosi pożegnali się z turniejem w tej samej fazie. Honoru południa Europy broniły w ćwierćfinale Villarreal, Barcelona i Porto. Stopień wyżej ostała się już jedynie Duma Katalonii.
Dlaczego tak się dzieje? Stare przysłowie mówi, że gdy nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. Kluby z Premiership wydały w letnim okienku transferowym 500 milionów funtów na transfery. Dla porównania, Serie A wydatkowała w tym czasie 440 mln Euro. Jakby nie ustawić przelicznika walut, te liczby mówią same za siebie. Spójrzmy na sponsorów. Właścicielem Chelsea jest bajecznie bogaty Roman Abramowicz, Manchesterowi właśnie kończy się umowa z AIG, ale w kolejce czekają już Saudi Telecom i Air Asia. Dwa lata temu Arsenal podpisał kontrakt z Emirates Airline warty 100 mln Euro, a wysocy przedstawiciele Liverpoolu niedawno wrócili z Kuwejtu. Celem wizyty były negocjacje w sprawie sprzedaży The Reds z Nasserem Al-Kharafim, człowiekiem nr 54 na liście najbogatszych ludzi świata.
No dobrze, ktoś powie: przecież to czołówka. Jednak ta czołówka gra z równie ambitnymi klubami, co stale podnosi poziom całej ligi. Wystarczy wspomnieć tylko o nowych sponsorach Manchesteru City. Albo o 10. w tabeli Tottenhamie, który w każdym okienku transferowym wydaje góry złota na transfery. A ile wydaje, obecnie 10. w lidze hiszpańskiej Valladolid? Podczas prób takich porównań człowieka ogarnia histeryczny śmiech. Z tego typu zestawień, prawie zawsze wychodzi, że kluby z Wysp przeznaczają o wiele więcej na zakupy i mają większe budżety, niż ich odpowiedniki na Półwyspie Iberyjskim.
Prawda jest naga: jeśli prezesi klubów takich jak Sevilla czy Valencia nie poszukają wielkich pieniędzy, a reszta ligi nie postara się przynajmniej o bardzo solidnych sponsorów, wkrótce spadniemy do roli ubogich krewnych Premiership. Żeby dobrze grać w piłkę, musimy mieć silnych rywali na co dzień. To podczas zwykłych ligowych meczów kształtuje się potęga danego klubu. Cóż z tego, że Królewscy kupią sobie Cristiano Ronaldo, gdy będzie on rozgrywał spotkania z biedakami, których nie stać na żadne poważne wzmocnienia składu. Zresztą, do czego to podobne, żeby taki klub Real Madryt, po raz n-ty z rzędu pałętał się gdzieś w niższych fazach Champions League? Samo to mówi nam, jak bardzo obniżył się poziom La Liga.
Kiedyś o Primera Division mówiło się, że jest najbliższa NBA, superlidze amerykańskich gwiazdorów koszykówki. To tutaj grali najlepsi piłkarze, stosunkowo niedawno doczekaliśmy się nawet hiszpańskiego finału Ligi Mistrzów. Teraz, jeśli La Liga szybko nie dostanie dużych zastrzyków pieniędzy, to wkrótce Anglicy zostawią nas daleko w tyle.
[źródło: Własne]
Tymczasem ludzie, którzy z piłką nożną mają kontakt trochę szerszy i z zapałem śledzą najlepsze ligi Europy, mogą czuć się nieco rozczarowani. Bo przecież podobne widowiska zdarzają się nam kilka razy do roku. Szlagierów takich jak Manchester - Chelsea czy Arsenal - Liverpool się raczej nie opuszcza. A kiedy nareszcie możemy obejrzeć coś na normalnym telewizorze, a nie tylko na małym ekraniku w rozdzielczości 200x100, to załączamy nasze "plazmy" i co? To samo. Rozgrywki ligowe w ramach Champions League.
Być może nie wszyscy mają podobne obiekcje, ale dla tych co może zapomnieli - ten sezon jest trzecim z rzędu, w którym półfinał Ligi Mistrzów obsadziły 3 drużyny angielskie. Byłyby może i cztery, gdyby nie takie a nie inne losowanie. Real Madryt odpada w 1/8, Włosi pożegnali się z turniejem w tej samej fazie. Honoru południa Europy broniły w ćwierćfinale Villarreal, Barcelona i Porto. Stopień wyżej ostała się już jedynie Duma Katalonii.
Dlaczego tak się dzieje? Stare przysłowie mówi, że gdy nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. Kluby z Premiership wydały w letnim okienku transferowym 500 milionów funtów na transfery. Dla porównania, Serie A wydatkowała w tym czasie 440 mln Euro. Jakby nie ustawić przelicznika walut, te liczby mówią same za siebie. Spójrzmy na sponsorów. Właścicielem Chelsea jest bajecznie bogaty Roman Abramowicz, Manchesterowi właśnie kończy się umowa z AIG, ale w kolejce czekają już Saudi Telecom i Air Asia. Dwa lata temu Arsenal podpisał kontrakt z Emirates Airline warty 100 mln Euro, a wysocy przedstawiciele Liverpoolu niedawno wrócili z Kuwejtu. Celem wizyty były negocjacje w sprawie sprzedaży The Reds z Nasserem Al-Kharafim, człowiekiem nr 54 na liście najbogatszych ludzi świata.
No dobrze, ktoś powie: przecież to czołówka. Jednak ta czołówka gra z równie ambitnymi klubami, co stale podnosi poziom całej ligi. Wystarczy wspomnieć tylko o nowych sponsorach Manchesteru City. Albo o 10. w tabeli Tottenhamie, który w każdym okienku transferowym wydaje góry złota na transfery. A ile wydaje, obecnie 10. w lidze hiszpańskiej Valladolid? Podczas prób takich porównań człowieka ogarnia histeryczny śmiech. Z tego typu zestawień, prawie zawsze wychodzi, że kluby z Wysp przeznaczają o wiele więcej na zakupy i mają większe budżety, niż ich odpowiedniki na Półwyspie Iberyjskim.
Prawda jest naga: jeśli prezesi klubów takich jak Sevilla czy Valencia nie poszukają wielkich pieniędzy, a reszta ligi nie postara się przynajmniej o bardzo solidnych sponsorów, wkrótce spadniemy do roli ubogich krewnych Premiership. Żeby dobrze grać w piłkę, musimy mieć silnych rywali na co dzień. To podczas zwykłych ligowych meczów kształtuje się potęga danego klubu. Cóż z tego, że Królewscy kupią sobie Cristiano Ronaldo, gdy będzie on rozgrywał spotkania z biedakami, których nie stać na żadne poważne wzmocnienia składu. Zresztą, do czego to podobne, żeby taki klub Real Madryt, po raz n-ty z rzędu pałętał się gdzieś w niższych fazach Champions League? Samo to mówi nam, jak bardzo obniżył się poziom La Liga.
Kiedyś o Primera Division mówiło się, że jest najbliższa NBA, superlidze amerykańskich gwiazdorów koszykówki. To tutaj grali najlepsi piłkarze, stosunkowo niedawno doczekaliśmy się nawet hiszpańskiego finału Ligi Mistrzów. Teraz, jeśli La Liga szybko nie dostanie dużych zastrzyków pieniędzy, to wkrótce Anglicy zostawią nas daleko w tyle.
[źródło: Własne]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (10)