Bilbao okiem Culé

mystique

7 stycznia 2011, 17:45

Brak komentarzy
...nadal nie mogę pozostawić kilku kwestii bez komentarza. Wszystko zostało już z pewnością solidnie przedyskutowane wczoraj podczas meczu i dziś z niejednym Culé. Bez wątpienia najważniejszy jest awans, nie bez znaczenia dla morale piłkarzy jest trafienie Abidala, chciałbym również poruszyć te mniej sportowe aspekty naszej ukochanej dyscypliny, które także są składowymi ostatecznego wyniku każdej konfrontacji. Zapraszam do lektury i dyskusji.

Styczeń, styczeń...

Styczeń najprzyjemniejszym miesiącem dla kibiców Barcelony nie jest, choć trudno w ostatnich latach narzekać na wyniki naszego zespołu, to jednak pierwszym noworocznym występom Blaugrany, jako wiecznego faworyta, zawsze towarzyszy pewna niewiadoma. To w styczniu odpadliśmy przed rokiem z Copa del Rey (choć dwa mecze, z trzech łącznie spotkań z Sevillą w ciągu zaledwie kilku dni, rozstrzygnięte zostały na korzyść podopiecznych Pepa), a ligowe rozgrywki na Camp Nou Barcelona przywitała zakrawającym na cud uniknięciem porażki bezbarwnym remisem z Villarrealem.

Nie jest tajemnicą, że nieco mniej atrakcyjny dla oka styczeń jest niemal wkalkulowany w sezon Barcelony. Teoretycznie ma to służyć zachowaniu świeżości i eksplozji formy w późniejszym okresie, kiedy obowiązki ligowe trzeba dzielić z występami na europejskiej arenie. Nie zawsze jednak taka taktyka popłaca, przykładem niech będzie zeszłoroczny bój z Sevillą. Jednak patrząc na składy rozpoczynające tegoroczne mecze trudno Barcelonie zarzucić oszczędzanie sił. Mecz z Levante mógł zakończyć się wynikiem będącym kontynuacją wysokich zwycięstw, może nawet wyższym niż wyjazdowy pogrom Almeríi. Ale...w ostatnich minutach spotkania nie tak daleko było od podziału punktów, a to byłaby już sensacja. Sensacja i strata fotelu lidera na rzecz drużyny pokonanej przez Barcelonę 5:0! Ot, cały urok piłki nożnej...

Z kolei pierwszą odsłonę pucharowego pojedynku z Bilbao doskonale obrazuje końcówka spotkania, gdy w kolejnej, wydawać się mogło decydującej sytuacji, rozpędzony Villa sam się potyka przed bramką przeciwnika. Athletic bronił się imponująco. Jakkolwiek absolutnie rozpaczliwa i skuteczna defensywa rzadko bywa imponująca dla sympatyka Dumy Katalonii, należy docenić fakt, że Athletic przyjechał nie przegrać i to się udało. Jedyna pochwała dla Barcelony należy się za to, że Lwy osiągnęły najmniej korzystny z wyjazdowych remisów, remis bezbramkowy. Rewanż?

"Twarde" Bilbao

Wielu z nas obawiało się tego meczu. Copa del Rey priorytetem Barcelony nie jest, o okresie, w jakim przyszło nam zagrać, wspomniałem wcześniej. Dodatkowo po bezbramkowym remisie na Camp Nou, o bramki i awans przyszło nam walczyć na jednej z trudniejszych aren hiszpańskiej piłki - San Mamés. Istotnie, było ciężko, spodziewałem się jednak innego zespołu Basków. Twardo grającego, fizycznego. Wybijania piłki, spektakularnych wślizgów, kilku kartek na uspokojenie rozpalonych głów. Skał w defensywie, od których odbija się Messi, a pozostali piłkarze nie są w stanie zbliżyć się bardziej niż na odległość 20, 30 metrów do bramki Iraizoza. Wygląda na to, że czasy te już dawno za nami. O ile bowiem Baskowie są pod pewnymi względami wybitnie konserwatywni (jak np. zatrudnianie sportowców z baskijskimi korzeniami - co, szczególnie w obecnych czasach, naprawdę należy szanować!), o tyle inna ‘tradycja' przejmowana jest widać bez trudu i to w ekspresowym tempie.

Niestety nie mam na myśli jakiegoś rewolucyjnego systemu gry, którym Bilbao zamierza zawojować La Liga i zagrozić dwójce hiszpańskich gigantów (z dużą dozą uprzejmości wobec rywali z Madrytu), ani chociaż stylu, który będzie charakterystyczny i który zaprocentuje w najbliższych latach. Owa ‘tradycja' to spektakularnie wręcz nieproporcjonalna dawka gestów, okrzyków, emocji do tego, co naprawdę działo się na murawie. Piłkarze i kibice szybko poszli za Joaquínem Caparrósem. Niedawno stwierdziłem, że Mourinho przy linii bocznej (i za nią) może robić wszystko. Nie. Mourinho przy trenerze Basków jest oazą spokoju.



Kontrowersyjne decyzje arbitrów czy federacji spotykają wszystkie drużyny. Niektóre jednak z nich spotykają jednak wyłącznie te mniej przyjemne kontrowersjami. Próbowałem sobie wyobrazić tak żywo gestykulującego Guardiolę. Nie przy zdobytej bramce, nie przy wygranym finale i wznoszeniu pucharu. Właśnie podczas "zwykłego" meczu, w środku sezonu, podczas niekorzystnego rezultatu. Jaki był finał mojej wizji? Przynajmniej dwa mecze zawieszenia, kara pieniężna... Gorsze reperkusje w wypadku recydywy. Czy hiszpańską prasę dziwi zachowanie Mourinho albo Caparrósa? Przecież nie można nikomu odmówić emocjonowania się meczem własnej drużyny, mobilizowania zawodników żywiołowym zachowaniem, przeżywania tychże spotkań, wytłumaczenie poczynań rywali jest takie proste...

Zostawmy ławkę trenerską, najciekawiej było oczywiście na boisku. Tam walczące Lwy pokazały nam się bardziej jako mieszanka wiecznie i przesadnie gestykulującego Alvesa i pewnego mistrza nurkowania narodowości portugalskiej. Zamiast twardej walki i uścisku dłoni po zbyt niebezpiecznych wślizgach, mieliśmy festiwal min, gestów, krzyków (kartki we wczorajszym były rozdawane losowo), a kwintesencją ‘waleczności' było klękanie Javiego Martíneza po niezrozumiałych dla niego decyzjach sędziowskich, co ciekawe, akurat jego nie dotyczących.

Rey Abidal

Finałem podgrzewania atmosfery na San Mamés było przykre wydarzenie. Lecące z trybun przedmioty nie są rzadkim widokiem przy rzutach rożnych w hiszpańskiej lidze, również na Camp Nou czy Bernabéu. W pewnym jednak momencie rozpoczęła się istna ciągła kanonada, a jedna z rzuconych monet trafiła Érica Abidala. Francuz mógł zakończyć przygodę z wczorajszym meczem z uszkodzonym okiem, uderzenie było jednak mniej groźne (i celne), niż wyglądało i zawodnik mógł kontynuować swój występ.



Dla Athletiku ‘trafienie' to okazało się jednak być samobójczym, gdyż to właśnie Éric ukoronował swój kolejny świetny występ (wbrew wielu krytykom, piszę to z pełnym przekonaniem) bramką. Dającą - jak się później okazało - upragniony awans po naprawdę zaciętej rywalizacji.

Przyznam się, że dawno tak mnie nie wzruszył gol Barcelony. Pomijam przy tym, z oczywistych względów, Gran Derbi. Jest jedną z najskromniejszych postaci w klubie, o ile nie najskromniejszą, najspokojniejszą. Jak, po słynnym już meczu z Chelsea, skomentował swoją czerwoną kartkę? Uśmiechnął się, z całą stanowczością przyznał do winy. Godne odnotowania, zwłaszcza, że Anelka w tej pamiętnej akcji miał kontakt z murawą, powietrzem i swoimi nogami, na pewno zaś nie z rzeczywistością. Podobnej postawy na próżno spodziewaliśmy się po rzekomo faulowanym napastniku. Widać, że w dostatecznie długo powtarzane kłamstwo i sam autor uwierzy...

O tym, jak ważna była to bramka, świadczyła reakcja jego i jego kolegów. Dawno nie było tylu objęć, uścisków, gratulacji (szpaler w szatni lub, wspomniana przez Pepa, chęc podrzucania bohatera, co uniemożliwił...zbyt niski sufit). Mało kto zasłużył na taki moment. Dodatkowo, bramka była tą upragnioną, na miarę awansu. Była przepustką, jak okazało się dzień później, do pojedynku z Betisem.
Krytyków Abidala nie brakuje, wespół z Keitą nie należą do tych ‘najważniejszych' ulubieńców sympatyków Barcelony. Choć sprawa z Malijczykiem wygląda nieco inaczej (jak to zauważył niegdyś jeden z kolegów: ‘Pep zaczyna ustalanie składu od Keity', i jest w tym źdźbło prawdy), wczoraj obaj mieli ogromny wpływ na końcowy wynik i naprawdę wiele akcji mogło potoczyć się zupełnie inaczej, nie po myśli Blaugrany.

Nieprzypadkowo piszę teraz o obu piłkarzach, warto bowiem zwrócić podczas sezonu uwagę nie tylko na szaleńcze tempo wymienianych ‘na pierwszy kontakt' piłek, rajdy Messiego, podania Xaviego i Iniesty. To, że katalońska maszyna funkcjonuje, to też zasługa Keity, Abidala i zmienników. Pięciu, sześciu piłkarzy Barcelony to absolutnie najlepsi piłkarze na swoich pozycjach na świecie, ale ktoś jeszcze z nimi gra i dorównuje im poziomem, umożliwiając eksplozję formy tych najważniejszych, najbardziej widowiskowych. Doceńmy ‘małych bohaterów' każdego spotkania, widocznych przez większość kibiców tylko podczas straty piłki czy faulu. Nie zapominajmy o tym.

A ligowy rewanż z Bilbao już za pięć tygodni. Znowu w ciekawym okresie - Barcelonie przyjdzie się zmierzyć z Athletikiem pomiędzy wyjazdowymi meczami w Londynie i na Majorce. Tym razem jednak w innej fortecy, na Camp Nou.
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze