Nic się nie stało

KeyNew

21 kwietnia 2011, 19:22

Brak komentarzy
Druga runda dla Madrytu. Ładna bramka strzelona głową, tuż przed północą, zdecydowała o wygranej Copa del Rey - Pucharu Króla - wygranej Realu Madryt nad Barceloną. Po końcowym gwizdku - po zwycięstwie, które najlepiej opisuje jedno słowo, brzydkie - José Mourinho, organizator tej taktyki, pokłonił się Królowi Juanowi Carlosowi i Królowej Sofii. Iker Casillas, który w drugiej połowie w zasadzie w pojedynkę zatrzymał Messiego i jego kolegów, przyjął inną postawę.

Casillas zna rodzinę królewską dość dobrze. To on był kapitanem Hiszpanii, kiedy ta przywoziła do domu Puchar Europy, trzy lata temu oraz Puchar Świata, latem ubiegłego roku, a jako kapitan Realu Madryt, był ostatnim wchodzącym na schody, by odebrać Puchar Króla. Przepasany, od bioder do kostek, hiszpańską flagą uściskał Króla, ucałował Królową i wskoczył na swoistego rodzaju podest, przed nimi. Odzianymi w rękawice rękoma uniósł w górę Puchar, salutując połowie z 52 000 kibiców znajdujących się na Estadio Mestalla. Druga połowa opuściła obiekt ze zwieszonymi głowami, ze smutkiem.

W pewnym sensie była to tylko próba. Real Madryt powróci na ten stadion już w sobotę, aby zagrać z gospodarzami obiektu Valencią, w ramach rozgrywek ligowych. I jeśli Real myśli o zniszczeniu Barcelonie sezonu, to będzie to nawet większe wyzwanie, niż to z ubiegłego wieczora. Puchar Króla jest trzecim pośród priorytetów, na obecny sezon, dla obu gigantów piłki nożnej. Nie staram się deprecjonować zwycięstwa Realu, nie staram się umniejszać wartości tego trofeum. Oczywiście, że szkoda kolejnego tytułu, szkoda zmarnowanej szansy na tryplet. Szkoda szansy na pokonanie Realu. Barça ma jednak osiem punktów przewagi na Realem w lidze, a do rozegrania pozostał półfinał Ligi Mistrzów UEFA - największej nagrody w europejskiej piłce klubowej. Pozostały jeszcze dwa mecze z odwiecznym rywalem. Po remisie w sobotę, po wczorajszej przegranej w dogrywce, bitwa została przegrana. Wojna trwa.

Bramka Ronaldo w 103. minucie była klasycznym kontratakiem. Pepe, rosły obrońca, rozpoczął akcję w kole środkowym, a Adebayor do spółki z Di Maríą rozmontowali obronę Barcelony. Jego fantastyczne podanie okazało się zbyt dokładne, by Adriano mógł interweniować z sukcesem, a strzał Ronaldo okazał się być zbyt trudny dla Pinto. Zresztą, portero Dumy Katalonii, nie miał większych szans na właściwą reakcję. To był dla Realu najlepszy sposób, by przełamać impas pomiędzy dwoma drużynami, trwający od soboty.

Katusze

Ale na to, co działo się wcześniej, ciężko było patrzeć. Mourinho kolejny raz nie zaryzykował otwartej gry, nie dał się sprowokować do wymiany ciosów i przyjęcia taktyki - umiejętności przeciw umiejętnościom. Jak słusznie zauważył mój kolega, z którym dyskutowaliśmy na temat taktyki Mou, zespół Realu wyszedł na to spotkanie "z morderstwem na twarzy." Klub z Madrytu chciał zdominować Barcelonę fizycznie - co w pierwszej połowie mu się udało. Jednym słowem, w minioną sobotę i wczoraj, Mourinho robił to, co robił ze swym poprzednim klubem, Interem Mediolan, w Lidze Mistrzów w zeszłym sezonie. Piłkarzy z polotem, potrafiących atakować, posadził na ławce, uzupełniając miejsca w drugiej linii piłkarzami defensywnymi, grającymi ostro i siłowo. Zdawało mi się, że piłkarze Realu zamiast białych trykotów przywdziali celtyckie kolczugi, po których miały ześlizgiwać się ciosy Barçy. To był pomysł na supremację Barcelony w grze podaj-i-biegnij.

Sześć lat temu Szef Komitetu Sędziowskiego UEFA - Volker Roth - określił Mourinho "wrogiem futbolu." To chyba najlepsza definicja portugalskiego trenera, arcypragmatyka, który skłonny jest zrobić wszystko dla wygranej.

Nie jest w stylu Barcelony narzekać na sędziów, to domena Portugalczyka. Wszechobecny szacunek dla pracy sędziów, rywali, kibiców i siebie samych, cechuje Pepa Guardiolę i jego podopiecznych. Ale ja nie jestem ani Pepem, ani jego podopiecznym - czego naprawdę bardzo, ale to bardzo i szczerze żałuję - więc pozwolę sobie na klika słów odnośnie pracy sędziego. Gdyby sędzia, Alberto Undiano Mallenco, w środę nie były tak bardzo bojaźliwy, to mógłby odesłać do szatni trzech piłkarzy Mourinho - Pepe, Xabiego Alonso i Álvaro Arbeloę - za stałe faule, czasem niebezpieczne wręcz wślizgi. Był moment, kiedy Arbeloa opieczętował korkami nogę Davida Villi. Wydaje się, że zagranie było umyślne, tym bardziej, że sekundę wcześniej użył łokcia w - kolokwialnie mówiąc - nieprzepisowy sposób. Po całym zajściu, wespół z Carvalho, podnosili Davida sugerując symulowanie faulu przez napastnika Barcelony. Inną sytuacją było nieudane wybicie piłki Messiemu któremu, po nastąpieniu przez przeciwnika, stopa wygięła się, jak po pamiętnym faulu Ujfalusiego.

Agresja wydaje się być taktyką Mou na starcia z Barceloną. I wydaje mi się, że to nie tylko punkt widzenia tych, którzy podziwiają grę Barçy. Osoba, która jest dla Realu tym, kim dla nas jest Boski Johan - Alfredo Di Stéfano - stwierdził: "Barcelona traktuje piłkę z szacunkiem, wręcz adoracją; Barcelona jest lepsza, a Real to zespół bez osobowości". Ale trzeba też przyznać, że wczoraj zespół z Madrytu pokazał swą osobowość, kolektyw, zaangażowanie i pragnienie zwycięstwa. Może nie grał ładnie, może grał ostro, ale grał skutecznie i efektywnie, czyli tak jak miała grać Blaugrana. Ta nie umiała sobie jednak poradzić ze świetnie zorganizowaną obroną rywala. Wymieniając, tradycyjnie, niezliczoną ilość podań, nie posuwała się do przodu. Próby wciągnięcia przeciwnika także spełzły na niczym. Wyłączenie z gry Xaviego, Messiego i Iniesty, było aż nadto widoczne.

Pragnieniem Mourinho jest wygrywać, a jeśli to konieczne, wygrywać brzydko. Po meczu powiedział, że był to "wielki mecz piłki nożnej." Jego przeciwnik, Josép Guardiola, stracił status niepokonanego przez Real Madryt w roli trenera Barcelony. "Zawsze lepiej jest wygrać niż przegrać, musimy się podnieść. Czy możemy? Oczywiście, takie jest życie", powiedział po finale.

Co się z nami stało?

Guardiola bronił Messiego, który niejako został jednoosobowo obwiniony za porażkę. Trener nie musiał jednak tłumaczyć, że margines błędu w takich meczach jest minimalny, a klęskę od sukcesu dzielą milimetry. Przykładem tego była akcja, w której genialne podanie do Pedro, otworzyło Hiszpanowi drogę do bramki. I tylko właśnie te milimetry zadecydowały o tym, że bramka nie została uznana. Pedro, po ostatnich dwóch spotkaniach, jest na cenzurowanym. Mówi się, że formę pozostawił w szatni - dobrych kilka tygodni temu. Ale czy gdyby wspomniana akcja dała Barcelonie Puchar, to bylibyśmy skłonni to wyrażania krytyki wobec niego?

Zgadzam się, nie był to najlepszy mecz ani Pedro, ani Messiego, ani Xaviego, Iniesty, Villi. Ale przy tak grającym przeciwniku, na tym poziomie, z takim bagażem, porażka ta jest o tyle dotkliwa, że wydarzyła się w finale rozgrywek. Gdyby przytrafiła się na niższym ich poziomie, szybko byśmy o niej zapomnieli.

Odpowiadając na pytanie postawione w śródtytule. Nic się nie stało. Nie sądzę, żebyśmy byli świadkami końca obecnej Dumy Katalonii. Wszyscy wiemy, że Barcelona w swej grze jest najlepsza, a przeciwnicy muszą się uciekać do gry niezgodnej z ich charakterem. Mourinho dolał trucizny, w postaci zastosowanej taktyki, do wina - symbolizującego piękną i spektakularną grę Barcelony - i dał Realowi Madryt pierwszy od osiemnastu lat Puchar Króla, ale musi pamiętać, że podrażniona Barça jest kilka razy groźniejsza.

[źródło: własne]
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze