Refleksje...
Z mych ust, przez zaciśnięte zęby, przechodzący w gorzki płacz, śmiech się wydobywa! Taką sentencją należałoby skwitować ostatnie poczynania Dumy Katalonii. Pierwszy raz w życiu zabrakło mi słów! Bezdech, przed oczyma miałem wynik 4:0! Drugi oddech i słowa wróciły, ale nie przystoi ich tu używać. Sam nie wiedziałem, że znam tak kwieciste epitety.
Jak tylko trochę ochłonąłem przeczytałem koment: "To był zimny prysznic". Prognozy hydrologiczne na najbliższe dziesięciolecia nie są optymistyczne, więc apel do Was zawodnicy - dosyć tych szałerów. Oszczędzajcie wodę, no chyba, że Nasze łzy mają zrekompensować te braki.
Przyszedł następny mecz i rozbudzone nadzieje na Campeones x3 powróciły, bo co innego nam pozostało. I tu klops! - Barça na remis a Real na szczycie tabeli... Czułem się jakbym dostał gołą d**ą w twarz. Bynajmniej nie kształtnymi pośladkami jakiejś ślicznej Katalonki, lecz tymi Boratowskimi.
Ależ anomalia klimatyczne mamy tego roku! Największe są chyba w Hiszpanii, dokładniej mówiąc Katalonii. Ścierają się tam dwa zgoła inne (ciepły i zimny) fronty atmosferyczne, przynoszące non stop ciemne chmury i deszcz nad Camp Nou*. A to skondensowana para wodna znad Getafe, to znów znad Sevilli... I te pioruny ciskane w Laporte, Rijkarda oraz zawodników. Oj, coś mi się wydaje, że będzie powódź - z Naszych łez. Oby ta przykra metafora była tylko i wyłącznie błędnie zinterpretowanymi pomiarami meteo. Oby woda w fontannie Fuenta Magica wrzała już po raz trzeci z rzędu, by z milionów gardeł wydobywały się dziesiątki decybeli, dających fonię w postaci słowa: Campeones...
Teraz pozostała tylko mocna wiara w końcowe zwycięstwo, która póki co wygrywa z moim wrodzonym racjonalizmem. Sam jednak nie wiem, co by się stało z tą wiarą, gdyby niepewna story... Nie dalej jak wczoraj poznałem rodowitego Londyńczyka, podróżującego po Europie Wschodniej. Okazał się świetnym rozmówcą i jeszcze lepszym człowiekiem. Krótko mówiąc: Nice guy! Conversation trwała blisko trzy zegarowe, z czego "lwią część" poświęciliśmy piłce nożnej. I tu mnie chłop zawiódł... Był kibicem Chelsea. Od razu wylałem z siebie, łamaną angielszczyzną, co myślę o Mourinho i jego świcie. Martin, flegmatyczny Angol, trochę się zbulwersował... W takim stanie zapytał, komu ja kibicuję - Manchesterowi, Milanowi a może Realowi? Z niekłamaną dumą powiedziałem - "FC Barcelona, Pride of Catalonia." Zauważyłem zafrasowanie na jego bladej twarzyczce, chwilka ciszy i rzekł: "Wiesz, gdybyś kibicował innemu klubowi niż Chelsea i...Barça to pokłócilibyśmy się. Jestem Niebieski, jednak Barça to - More than a Club, respect". Z dalszej rozmowy wynikło, że znał aktualną sytuację naszej Kochanej - miejsce w tabeli, problemy i zmartwienia. Londyński bystrzak zauważył, że jestem podłamany obecną postawą Blaugrany. Powiedział, że Chelsea też go zawiodła. Porównał Azulgranę z The Blues, biorąc pod uwagę ostatnie podwójne mistrzostwa krajów, a w tym sezonie klapę. Martwił się, co będzie dalej w przyszłości, gdy np. Abramowicz sprzeda swe udziały, co wtedy!? Gdzie będzie Chelsea? Kontynuując myśl rzekł, że ja, że My - Cules, nie musimy się tym przejmować. Stwierdził, że nawet jeśli Barça przegra tegosezonową batalię, to w następnym roku wygra wszystko co jest do wygrania! "Because it is More than a Club" - podkreślił. Dodał też, iż urodził się w Londynie i kocha Chelsea, jednak Blaugranę darzy ogromnym szacunkiem i dlatego tak ciepło się o Niej wyraża. Być może kłamał lub też z grzeczności chciał mnie podnieść na duchu? Tego nie wiem, wiem za to, że wlał we mnie dawkę optymizmu. Podziękowałem mu i przeprosiłem za to, że tak źle mówiłem o jego Niebieskich Smurfach. Na koniec piłkarskiego wątku rozmowy nauczyłem go polskiego zdania: "Patrzę w tabelę, a tu Barça na czele!".**
Postawa tego obcego człowieka w stosunku do mnie, jak i do Barcelony, jego chłodna, angielska ale za to jakże trafna i miła ocena, pozwoliły mi inaczej spojrzeć na sytuację w Primiera Division. Oczywiście, że nadal wierzę całym serduchem w to, że Tarzan podniesie puchar, że Ronaldinho odtańczy sambę a Eto'o szepnie "co nie co" w kastylijskim kierunku. Jeśli jednak tak się nie stanie, to wtedy musimy mężnie przyjąć porażkę, pokazać siłę Barcelony - klubu kibiców, klubu ponad kluby, globalnej piłkarskiej rodziny, spożywającej posiłek na stole przykrytym bordowo-granatowym obrusem. Dodatkowo w mych uszach kołacze się jedno zdanie, które usłyszałem jakiś czas temu, otóż - "Nie jest porażką to, że upadasz lecz to, że się nie podnosisz!". Football Club Barcelona zawsze się podnosiła, tak będzie i w tym sezonie. Vamos.
* Spostrzeżenie nie poparte żadnymi danymi meteorologicznymi.
** "... Barça na czele" wychodziło mu najlepiej! Jak to interpretować? Myślę, że: 06-07 Barça na czele!!
Jak tylko trochę ochłonąłem przeczytałem koment: "To był zimny prysznic". Prognozy hydrologiczne na najbliższe dziesięciolecia nie są optymistyczne, więc apel do Was zawodnicy - dosyć tych szałerów. Oszczędzajcie wodę, no chyba, że Nasze łzy mają zrekompensować te braki.
Przyszedł następny mecz i rozbudzone nadzieje na Campeones x3 powróciły, bo co innego nam pozostało. I tu klops! - Barça na remis a Real na szczycie tabeli... Czułem się jakbym dostał gołą d**ą w twarz. Bynajmniej nie kształtnymi pośladkami jakiejś ślicznej Katalonki, lecz tymi Boratowskimi.
Ależ anomalia klimatyczne mamy tego roku! Największe są chyba w Hiszpanii, dokładniej mówiąc Katalonii. Ścierają się tam dwa zgoła inne (ciepły i zimny) fronty atmosferyczne, przynoszące non stop ciemne chmury i deszcz nad Camp Nou*. A to skondensowana para wodna znad Getafe, to znów znad Sevilli... I te pioruny ciskane w Laporte, Rijkarda oraz zawodników. Oj, coś mi się wydaje, że będzie powódź - z Naszych łez. Oby ta przykra metafora była tylko i wyłącznie błędnie zinterpretowanymi pomiarami meteo. Oby woda w fontannie Fuenta Magica wrzała już po raz trzeci z rzędu, by z milionów gardeł wydobywały się dziesiątki decybeli, dających fonię w postaci słowa: Campeones...
Teraz pozostała tylko mocna wiara w końcowe zwycięstwo, która póki co wygrywa z moim wrodzonym racjonalizmem. Sam jednak nie wiem, co by się stało z tą wiarą, gdyby niepewna story... Nie dalej jak wczoraj poznałem rodowitego Londyńczyka, podróżującego po Europie Wschodniej. Okazał się świetnym rozmówcą i jeszcze lepszym człowiekiem. Krótko mówiąc: Nice guy! Conversation trwała blisko trzy zegarowe, z czego "lwią część" poświęciliśmy piłce nożnej. I tu mnie chłop zawiódł... Był kibicem Chelsea. Od razu wylałem z siebie, łamaną angielszczyzną, co myślę o Mourinho i jego świcie. Martin, flegmatyczny Angol, trochę się zbulwersował... W takim stanie zapytał, komu ja kibicuję - Manchesterowi, Milanowi a może Realowi? Z niekłamaną dumą powiedziałem - "FC Barcelona, Pride of Catalonia." Zauważyłem zafrasowanie na jego bladej twarzyczce, chwilka ciszy i rzekł: "Wiesz, gdybyś kibicował innemu klubowi niż Chelsea i...Barça to pokłócilibyśmy się. Jestem Niebieski, jednak Barça to - More than a Club, respect". Z dalszej rozmowy wynikło, że znał aktualną sytuację naszej Kochanej - miejsce w tabeli, problemy i zmartwienia. Londyński bystrzak zauważył, że jestem podłamany obecną postawą Blaugrany. Powiedział, że Chelsea też go zawiodła. Porównał Azulgranę z The Blues, biorąc pod uwagę ostatnie podwójne mistrzostwa krajów, a w tym sezonie klapę. Martwił się, co będzie dalej w przyszłości, gdy np. Abramowicz sprzeda swe udziały, co wtedy!? Gdzie będzie Chelsea? Kontynuując myśl rzekł, że ja, że My - Cules, nie musimy się tym przejmować. Stwierdził, że nawet jeśli Barça przegra tegosezonową batalię, to w następnym roku wygra wszystko co jest do wygrania! "Because it is More than a Club" - podkreślił. Dodał też, iż urodził się w Londynie i kocha Chelsea, jednak Blaugranę darzy ogromnym szacunkiem i dlatego tak ciepło się o Niej wyraża. Być może kłamał lub też z grzeczności chciał mnie podnieść na duchu? Tego nie wiem, wiem za to, że wlał we mnie dawkę optymizmu. Podziękowałem mu i przeprosiłem za to, że tak źle mówiłem o jego Niebieskich Smurfach. Na koniec piłkarskiego wątku rozmowy nauczyłem go polskiego zdania: "Patrzę w tabelę, a tu Barça na czele!".**
Postawa tego obcego człowieka w stosunku do mnie, jak i do Barcelony, jego chłodna, angielska ale za to jakże trafna i miła ocena, pozwoliły mi inaczej spojrzeć na sytuację w Primiera Division. Oczywiście, że nadal wierzę całym serduchem w to, że Tarzan podniesie puchar, że Ronaldinho odtańczy sambę a Eto'o szepnie "co nie co" w kastylijskim kierunku. Jeśli jednak tak się nie stanie, to wtedy musimy mężnie przyjąć porażkę, pokazać siłę Barcelony - klubu kibiców, klubu ponad kluby, globalnej piłkarskiej rodziny, spożywającej posiłek na stole przykrytym bordowo-granatowym obrusem. Dodatkowo w mych uszach kołacze się jedno zdanie, które usłyszałem jakiś czas temu, otóż - "Nie jest porażką to, że upadasz lecz to, że się nie podnosisz!". Football Club Barcelona zawsze się podnosiła, tak będzie i w tym sezonie. Vamos.
* Spostrzeżenie nie poparte żadnymi danymi meteorologicznymi.
** "... Barça na czele" wychodziło mu najlepiej! Jak to interpretować? Myślę, że: 06-07 Barça na czele!!
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)