Barça w Lidze Mistrzów
12 września 2006 roku. Jak każdy kibic Barcelony wie, tego dnia zaczął się wielki trud, wielkie wyzwanie dla Blaugrany! Patrząc z perspektywy czasu, nikt nie sądził zapewne, że ten klub będzie walczył do ostatniej kolejki fazy grupowej, aby być pewnym awansu do dalszych rozgrywek! Na pozór łatwa grupa. Właśnie na pozór...
Pierwszy mecz był piękną inauguracją z bułgarskim zespołem - Levski Sofia! Widzieliśmy w nim wszystko czego prawdziwy kibic potrzebuje: od pięknych akcji do niesamowitych goli! Wynik 5:0 mówił sam za siebie! Nikt nie spodziewał się, że to pierwsza i do tej pory ostatnia wygrana Barcelony, jaką ujrzeliśmy w LM.
Nadszedł czas na Werder, z którym mieliśmy już okazję spotkać się rok temu i dwa razy wygraliśmy! Jednak teraz ledwie udało się uratować remis na Waserstadion, do którego przyczynił się młody talent z Argentyny - Lionel Messi. Wynik 1:1 nikogo nie uszczęśliwiał, jednakże powodu do histerii nie było.
Następną przeszkodą do przejścia był najgroźniejszy rywal tej grupy, mianowicie Chelsea Londyn. To już się staje tradycją, że w Lidze Mistrzów napotykamy się na tego rywala! Nawet niektórzy mówią o tym pojedynku Derby Europy, bo posiada aż tak wielką rangę! Chelsea bardzo dobrze radzi sobie w Premiership, zajmuje ex aequo miejsce lidera z Manchesterem United! Nikt nie myślał, że to będą łatwe pojedynki i jak teraz wiemy takie nie były. Zacznijmy do meczu na Stamford Bridge. Piłkę, jaką pokazała Duma Katalonii była nieco inna, gorsza, do jakiej nas przyzwyczaili. Można nawet powiedzieć, że zagrali fatalnie... R10 w tym meczu jakby zgasnął, jego światłość stała się mrokiem, którego zapewne on sam nie zrozumiał. Jego dryblingi nie były tak magiczne jak zawsze. Skutecznie powstrzymywał go Boulahrouz. A jak się skończyło to już każdy wie, nie muszę przypominać. Lecz została nadzieja rewanżu na Camp Nou, nic jeszcze straconego. W końcu to tylko faza grupowa, a nie pojedynek na śmierć i życie.
31 października - czas rewanżu. The Blues kontra gwiazdy z Camp Nou. To był bardzo ważny mecz, przede wszystkim ze względu na słabe miejsce w grupie, po jednej wygranej, jednym remisie i porażce sytuacja stała się skomplikowana, nie można było tego meczu przegrać, a najlepiej byłoby zejść z murawy z podniesionym czołem. Euforia radości opanowała nas już w 3 minucie po fenomenalnym rajdzie i strzale Deco! To był wymarzony początek dla nas wszystkich, w każdego z nas wróciła wiara, że można oglądać Barcelonę na wysokim poziomie. Po pierwszej połowie Barcelona naprawdę grała swoje. Ale... właśnie jest zawsze to ale... Gdy rozpoczęła się druga połowa nie było już tak wesoło. Radość kibiców Barcelony rozwiał Frank Lampard, po zaskakującym uderzeniu na bramkę Valdésa. Lecz smutek minął za sprawą Gujohnsena, któremu piłkę wyłożył idealnie nikt inny jak Ronaldinho. Było już cudownie... do 93 minuty, gdy do remisu doprowadził pogromca z pierwszego meczu pomiędzy tymi drużynami - reprezentant WKS Didier Drogba. I znowu Barcelona "przegrała". I to wygrany mecz.
To nie jest ten zespół, który oglądaliśmy sezon temu... To nie jest Dream Team 2... Po tym spotkaniu sytuacja w tabeli stała się fatalna, ale jeszcze nietragiczna. Musimy wygrać z Levskim i Werderem jeśli mamy marzyć o kolejnych meczach, na pewno zdają sobie z tego sprawę piłkarze i zrobią wszystko aby tak się stało! Nam kibicom pozostaje tylko czekać i mocno wierzyć. Wierzyć w nadejście lepszych czasów, bo przecież po burzy MUSI wyjść słońce...
Pierwszy mecz był piękną inauguracją z bułgarskim zespołem - Levski Sofia! Widzieliśmy w nim wszystko czego prawdziwy kibic potrzebuje: od pięknych akcji do niesamowitych goli! Wynik 5:0 mówił sam za siebie! Nikt nie spodziewał się, że to pierwsza i do tej pory ostatnia wygrana Barcelony, jaką ujrzeliśmy w LM.
Nadszedł czas na Werder, z którym mieliśmy już okazję spotkać się rok temu i dwa razy wygraliśmy! Jednak teraz ledwie udało się uratować remis na Waserstadion, do którego przyczynił się młody talent z Argentyny - Lionel Messi. Wynik 1:1 nikogo nie uszczęśliwiał, jednakże powodu do histerii nie było.
Następną przeszkodą do przejścia był najgroźniejszy rywal tej grupy, mianowicie Chelsea Londyn. To już się staje tradycją, że w Lidze Mistrzów napotykamy się na tego rywala! Nawet niektórzy mówią o tym pojedynku Derby Europy, bo posiada aż tak wielką rangę! Chelsea bardzo dobrze radzi sobie w Premiership, zajmuje ex aequo miejsce lidera z Manchesterem United! Nikt nie myślał, że to będą łatwe pojedynki i jak teraz wiemy takie nie były. Zacznijmy do meczu na Stamford Bridge. Piłkę, jaką pokazała Duma Katalonii była nieco inna, gorsza, do jakiej nas przyzwyczaili. Można nawet powiedzieć, że zagrali fatalnie... R10 w tym meczu jakby zgasnął, jego światłość stała się mrokiem, którego zapewne on sam nie zrozumiał. Jego dryblingi nie były tak magiczne jak zawsze. Skutecznie powstrzymywał go Boulahrouz. A jak się skończyło to już każdy wie, nie muszę przypominać. Lecz została nadzieja rewanżu na Camp Nou, nic jeszcze straconego. W końcu to tylko faza grupowa, a nie pojedynek na śmierć i życie.
31 października - czas rewanżu. The Blues kontra gwiazdy z Camp Nou. To był bardzo ważny mecz, przede wszystkim ze względu na słabe miejsce w grupie, po jednej wygranej, jednym remisie i porażce sytuacja stała się skomplikowana, nie można było tego meczu przegrać, a najlepiej byłoby zejść z murawy z podniesionym czołem. Euforia radości opanowała nas już w 3 minucie po fenomenalnym rajdzie i strzale Deco! To był wymarzony początek dla nas wszystkich, w każdego z nas wróciła wiara, że można oglądać Barcelonę na wysokim poziomie. Po pierwszej połowie Barcelona naprawdę grała swoje. Ale... właśnie jest zawsze to ale... Gdy rozpoczęła się druga połowa nie było już tak wesoło. Radość kibiców Barcelony rozwiał Frank Lampard, po zaskakującym uderzeniu na bramkę Valdésa. Lecz smutek minął za sprawą Gujohnsena, któremu piłkę wyłożył idealnie nikt inny jak Ronaldinho. Było już cudownie... do 93 minuty, gdy do remisu doprowadził pogromca z pierwszego meczu pomiędzy tymi drużynami - reprezentant WKS Didier Drogba. I znowu Barcelona "przegrała". I to wygrany mecz.
To nie jest ten zespół, który oglądaliśmy sezon temu... To nie jest Dream Team 2... Po tym spotkaniu sytuacja w tabeli stała się fatalna, ale jeszcze nietragiczna. Musimy wygrać z Levskim i Werderem jeśli mamy marzyć o kolejnych meczach, na pewno zdają sobie z tego sprawę piłkarze i zrobią wszystko aby tak się stało! Nam kibicom pozostaje tylko czekać i mocno wierzyć. Wierzyć w nadejście lepszych czasów, bo przecież po burzy MUSI wyjść słońce...
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)