Szaleniec

pagani

29 kwietnia 2006, 21:46

1 komentarz
Gdy obejmował posadę szkoleniowca Barçy ludzie pukali się palcem w czoło. Niektórzy, aż chcieli puknąć* za to prezydenta Joana Laporte, który pod naciskiem szarej eminencji Katalończyków Johana Cruyffa przyjął Rijkaarda do swojej ekipy. Gdy ciężka niczym ołów atmosfera opadła, ten "nieudolny"- zdaniem madryckiego dziennika "AS" holender, wziął się sumiennie do pracy. Co prawda niektórzy- na początku- przebąkiwali, że do tej roli lepiej przygotowana od niego jest rybka akwariowa, ale nikt na objęcie posady trenera przez rybkę pieniędzy nigdy nie postawił. Wspomnieć trzeba, że do podobnej sytuacji doszło przed tygodniem na Wyspach Brytyjskich. W kraju, gdzie samochody mają kierownicę umieszczoną po złej stronie, zakład bukmacherski Williama Hilla oferował 100 tysięcy funtów w zamian za jednego, w przypadku, gdyby wiewiórka, która szturmem wtargnęła na murawę w czasie spotkania Arsenal - Villarreal została selekcjonerem reprezentacji Anglii.

Rijkaard do pracy przystąpił z brakiem poszanowania dla jakiegokolwiek rywala. W swych poczynaniach był brutalny i bezczelny do tego stopnia, że miast sprowadzać piłkarzy znanych z reklamówek napojów gazowanych bądź slipów, zechciał budować zespół na podstawie graczy dobierany tylko z czysto merytorycznych, piłkarskich powodów. Mało tego! Przez trzy lata pracy przyzwyczaił nas do jeszcze większej ilość szaleństw. Dziś, jeśli tylko reprezentujący barwy Burkina Faso- Moumouni Dagano wykaże się odpowiednimi umiejętnościami, może liczyć na angaż i miejsce w podstawowej jedenastce Katalończyków. To się w głowie nie mieści! Tak samo jak to, że dla Franka ładna buźka futbolisty, nie ma żadnego znaczenia.

Idąc na przekór duchowi współczesnej piłki- pełnej uniesień i magii reprezentowanej przez kluby z Włoch oraz Real Madryt, wpadł na pomysł kultywowania gry ofensywnej. Uczynniając z niej wręcz religijny rytuał. Holender, który zanim objął fotel szkoleniowca Barçy wsławił się jedynie zdegradowaniem Sparty Rotterdam z Eredivisie do Gouden Gids Divisie wyszedł w swej myśli taktycznej z założenia prostego niczym słupek od bramki. Piłkarze to nie żubry- więc na boisku pod kontrolą trzymać ich nie można. Zakładać cugle wielkim piłkarzom próbował już kiedyś technokrata Louis Van Gaal- chciał dobrze, jednak wyszło paskudnie. Takiego błędu, a właściwie- używając slangu Jana Tomaszewskiego- wielbłąda Rijkaard nie popełnił. Ronaldinho dostał swobodę godną geniusza. Geniusza, o który zwykło się mówić, że "na boisku kieruje się nie rozumem, lecz instynktem". Brazylijski Crack w przeciągu 3 sezonów zdołał przywrócić Blaugranie blask, który przez 108 lat nieco zmatowiał.

Nie dokonałby jednak tego w pojedynkę. W sukurs przyszedł mu NIE nowy Maradona. Ale też Argentyńczyk. Z resztą, następców Boskiego Diego miało być już tylu, że ich nazwiska wypełniłyby połowę książek zebranych w bibliotece uniwersyteckiej. Leo Messi- bo o nim mowa- także przez Maradonę został namaszczony na swego dziedzica. Podobnie jak niespełnieni w Barcelonie Saviola i Riquelme. Messi do Katalonii przybył jednak w wieku zaledwie 13 lat - a nie, jak jego poprzednicy- jako w pełni ukształtowany piłkarz. I paradoksalnie -patrząc przez pryzmat poczynań jego rodaków, którzy świata nie zawojowali- było to dla niego niczym pocałunek od Boga. W ojczyźnie jego przygoda z piłką mogłaby skończyć się nawet kalectwem. Jego poprzedni klub Newell's Old Boys nie miał pieniędzy na terapie hormonalną dla swojej dorastającej, jednak nierosnącej gwiazdy. A wszystko to z powodu niepoprawnego funkcjonowania jego układu hormonalnego. Z racji swojego niskiego wzrostu skrzydłowy zyskał sobie pseudonim "pchła". To ten boiskowy łobuziak jest cichym bohaterem Barcelony- nazywanej także nieoficjalną reprezentacją Katalonii. Rijkaard Lionela nauczył piłkarskiego profesjonalizmu. Wprowadził go w najciemniejsze zakamarki kręcącego się dookoła piłki świata. Pokazał, jak stawić czoła prowokacjom Jose Mourinho, a nawet w jaki sposób portugalskiemu mistrzowi taktyki odpowiedzieć.


Stworzył drużynę ponadnarodową. Dano mu na to pieniądze i władzę absolutną. Dla piłkarzy nie jest bratem a rygorystycznym ojcem, który pochwał nie szczędzi. Świat poszedł do przodu, a razem z nim on. Na przekór katalońskiej teorii spisku, za każdym razem kładąc nacisk wyłącznie na futbol. Mieszanie polityki do piłki sam określał wielokrotnie "złym pomysłem". Nauczył Barcelonistów gry o najwyższe cele, pohamowując ich nonszalancję. Bez czułości, ale z wyśmienitym skutkiem. Teraz, to trenera nam zazdroszczą!



* Nie było tajemnicą, że w tamtych czasach Laporcie grożono śmiercią z każdego powodu. A nawet bez powodu...
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (1)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze