Veni, Vidi... Vici?

Ozim

17 lipca 2005, 16:29

Brak komentarzy
Tytuł ten będący słynnym cytatem wszystkim znanego Rzymianina Juliusza Cezara, jest zarazem jednym z wielu, które możnaby wymyślić patrząc na poczynania Franka Rijkaarda siedzącego na posadzie trenera Barcelony. Dwa pierwsze człony tematu, które po raz pierwszy padły z ust wieki temu niewątpliwie pasują do obecnej sytuacji szkoleniowca azulgrana. Jednak czy trzecie jest na miejscu? Czy można cokolwiek powiedzieć na ten temat? Cóż, zapraszam do lektury.

Przybyłem...

Holenderski szkoleniowiec wygrał z konkurentami posadę trenera Barcy, choć wielu oczekiwało innych rezultatów poszukiwań nowego trenera dla Dumy Katalonii, po tym jak Radomir Antic zawiódł. O tym czy zawiódł, czy też nie, nie będę pisał gdyż to zupełnie inna sprawa, nie dotycząca Franka. A głownie o nim tutaj mowa.

Rijkaard przywędrował do stolicy Katalonii z niezbyt bogatym (żeby nie powiedzieć ubogim) bagażem doświadczeń trenerskich. Za to jego osiągnięcia wyniesione z boiska budzą respekt. Urodzony w Amsterdamie, wychowany w jednej z najlepszych szkółek piłkarskich na świecie (jeśli nie najlepszej) Frank ma się czym chwalić - Mistrzostwo Europy, Puchary Europy, wielokrotnie zdobywane mistrzostwa kraju i wiele innych tytułów to na prawde nie małe osiągnięcie. Piękna kariera zawodnicza podpowiedziała Rijkaardowi, że może spróbować swych sił również jako trener. Mając wielke doświadczenie wyniesione z boiska i szacunek w środowisku piłkarskim Frank, rozpoczął pracę jako asystent Guusa Hiddinka w '98 roku. Następnie był szkoleniowcem reprezentacji 'Oranjes', po czym rozpoczął pracę na ławce trenerskiej Sparty Rotterdam. Stamtąd został wyciągnięty do Wielkiej Barcelony, która głodna sukcesów oczekiwała na dobre czasy, gdyż ostatnie sezony nie były rewelacyjne. Sprowadzony on został przez nowego prezydenta jako 'plan awaryjny' wobec Ronalda Koemana, ponieważ rodak niegdyś najlepszego defensywnego pomocnika świata odmówił współpracy z azulgrana. Tak na Camp Nou trafił Rijkaard.

Zobaczyłem...

Podpisując z Barceloną 5-letni (!) kontrakt Frank rozpoczął przygotowania do sezonu 2003/04, w którym miało nastąpić odrodzenie Barcelony. Wraz z Holendrem do Barcy zawitali tacy zawodnicy jak Ricardo Quaresma (sprowadzony ze Sportingu Lizbona obiecujący młodzieniec czarujący techniką), Recber Rustu (gwiazda Mundialu z roku 2002, gdzie w barwach narodowych pokazał się z bardzo dobrej strony wybraniając dla Turków niesamowite sytuacje) oraz niesamowity Brazylijczyk Ronaldinho Gaucho, sprowadzony jako alternatywa wobec Davida Beckhama (co teraz wydaje się śmieszne), czarujący od pierwszych chwil kibiców azulgrana. Z wyżej wymienionymi nowymi graczami oraz starą gwardią z Camp Nou, Rijkaard przystąpił do sezonu.

Pierwsze mecze nie skreślały w oczach kibiców szans na powrót Barcelony do glorii i chwały, lecz były to tylko mecze towarzyskie. Tournee po USA, zaliczane do udanych, pomimo porażki z Manchesterem United, dawało nadzieje na 'lepsze jutro' Barcelony w La Liga i na arenach w całej Europie. Jednak już pierwsze kolejki ligowe pokazały, że Rijkaard nie jest 'obyty' w trenerskim świecie, a presja wywoływana przez kibiców klubu, w którym były, są i będą wielkie oczekiwania, nie dawała Holendrowi spać po nocach. Stosowana przez niego taktyka nie dawała oczekiwanych efektów, a Frank począł być coraz to bardziej krytycznie oceniany przez otoczenie i kto wie, jakby to było, gdyby nie uspokajał go prezydent Laporta, zapewniając posadę trenerską mimo nie najlepszych wyników. Wiele porażek, dużo remisów, mało zwycięstw. Ogromne ilości traconych punktów na Camp Nou sprawiały, że Barcelona zamiast wspinać się w górę tabeli, spadała coraz niżej. Obiekt, w którym katalończycy przyjmowali gości, zamiast stać się 'jaskinią lwa', stał się 'krecią dziurą' gdzie wszyscy intruzi zaglądali i robili co chcieli, a ślepy gospodarz nie potrafił na to nic poradzić. Tak wyglądały początki Rijkaarda na ławce trenerskiej w Barcy.

Zły okres został jednak przerwany i wydaje się, że Holenderski szkoleniowiec wreszcie znalazł wspólny język z zawodnikami i odpowiednią taktykę - bardziej ofensywną, niż ta, którą konsekwentnie uskuteczniał chcąc ostrożnie wdrożyć się w rozgrywki ligowe. Kilka zwycięstw z rzędu, nawet nowy rekord azulgrana w kolejnych wygranych meczach wyjazdowych (6) pozwoliły Rijkaardowi spać spokojnie, a kibicom cieszyć się z dobrej postawy swoich pupili. Barca spoza pierwszej dziesiątki ligowej tabeli, wdarła się w niedługim czasie do pierwszej trójki i pokazała, że presja otoczenia działa na zawodników budująco. Barca nie przegrała od kilkunastu spotkań w lidze, a teraz czeka ją wielki mecz z Realem.

Zwyciężyłem...?

Frank Rijkaard podniósł się po porażkach i fali krytyki, która spadła na niego już na początku swej przygody na Camp Nou i razem z drużyną walczy o mistrzoswto kraju. Jeśli wygra zbliżające się Gran Derby, będzie można powiedzieć, że odwalił kawał dobrej roboty. I nawet jeśli Barca nie zdobędzie żadnego trofeum (a zostało jej do zdobycia już tylko jedno - liga) to i tak będzie można skreślić pytajnik na końcu tego 'podtematu', a to dlatego, że choć Duma Katalonii nie zdobyła nic znaczącego, to Frank wygrał. Wygrał sam ze sobą i z wszystkimi jego przeciwnikami, pokazał, że nawet w najgorszej sytuacji zawsze jest nadzieja, jest szansa i on tą szansę wykorzystał.

Śmiało można przytoczyć tutaj słowa znanego filozofa Friedricha Nietzsche'go : "Co nie zabija, to wzmacnia" - porażki nie zakończyły przygody Rijkaarda w Barcelonie, lecz były nawozem sukcesów (zwycięstw), które miejmy nadzieje spotęgują się i przyjdą do nas w postaci pucharu Europy, czy też mistrzostwa Hiszpanii w najbliższych sezonach. Złe dni wzmocniły Franka i pozostaje nam tylko trzymać kciuki, aby było coraz lepiej.
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze