Graham Hunter to autor książki „Barça. Za kulisami najlepszej drużyny świata”. Od momentu wydania cieszy się niesłabnącą popularnością na całym świecie. Dzięki pomocy Wydawnictwa Sine Qua Non i pod patronatem polskiej Penyi Fan Club Barça Polska, portal FCBarca.com otrzymał możliwość przeprowadzenia wywiadu na wyłączność ze szkockim dziennikarzem.
Świetnie przyjęta książka opisująca rozwój Barçy na przestrzeni ostatnich lat, tylko ugruntowała renomę Huntera jako eksperta w dziedzinie hiszpańskiej piłki. Od ponad 10 lat mieszka on w Barcelonie regularnie współpracując m.in. z ESPN, "Mail on Sunday", "Evening Standard", Sky Sports, Radio Five, Talksport i oficjalną stroną UEFA. Spotkaliśmy się w Gdańsku podczas wizyty Grahama w Polsce z okazji EURO. Rozmowa o piłce nożnej z tym bezpośrednim, pogodnym Szkotem to sama przyjemność.
Zapraszamy do lektury.
FCBarca.com: Graham, nie ma chyba innego tematu, od którego moglibyśmy zacząć: odejście Pepa. Co o nim sądzisz?
Graham Hunter: Po pierwsze, cieszę się, że powziął taką decyzję. Absolutnie słuszna decyzja. Może tylko podjął tę słuszną decyzję... za póżno.
Mogliśmy to chyba dostrzec w jego mowie ciała podczas wiosennych gier z Madrytem i Chelsea...
Pewnie, zgadzam się z Tobą. Ale mam na myśli wcześniej, dużo wcześniej. Zadam Ci pytanie: jak wiele radości dawał Ci Guardiola przez ostatnie 4 lata?
Mnóstwo, bez wątpienia.
Jak zatem wytłumaczyć to, że sam Pep przestał czerpać radość ze swojej pracy? Tak to przecież ujął: „Już nie dawało mi to radości”. Dlatego myślę, że najdoskonalszym momentem – Guardiola nie jest doskonały, nikt nie jest – był dzień po Wembley. „Dziękuję Wam wszystkim, było wspaniale. Od początku, trzy lata temu, mówiłem, że nie zostanę tu na zawsze, dziś jest ta chwila. Żegnajcie.”
To był najlepszy dzień by odejść.
A co sądzisz o przyszłości zespołu, rozwoju w nowym sezonie, pod wodzą Tito?
Moim zdaniem drużyna to inna kwestia, nie do końca zależna od tego czy Pep by został, czy nie. Spędziłem w Barcelonie 10 czy 11 lat, z bliska obserwowałem losy tego klubu cały ten czas, więc mam pewne porównanie – spójrzmy, jak wyglądał zeszły sezon w wykonaniu FC Barcelony. Grali z ogromnymi kłopotami z kontuzjami, z trenerem, który od pewnego momentu przestał być szczęśliwy, a skończyli sezon z czterema trofeami potrzebując jednej z najlepszych drużyn Realu w historii madryckiego klubu, by polec w wyścigu o ligę. Biorąc to wszystko pod uwagę, mój wniosek brzmi: dla Barçy był to niesamowity sezon, świetny, wspaniały sezon.
Patrząc wstecz, w przeszłość Barçy... Zdobycie Klubowego Mistrzostwa Świata i trzech innych pucharów – to nie jest „normalka” dla klubu z Camp Nou, jeśli choć trochę znasz jego historię. A patrząc na styl, ofensywny rozmach, w jakim dokonują tego wszystkiego – to czego chcieć więcej?
Patrząc z perspektywy maja, Porto może nie miało wielkiego sezonu, ale wtedy, w sierpniu 2011, był to przeciwnik świeży, ambitny, agresywny i niebezpieczny. Nie wspominając o tym, że murawa w Monte Carlo była tragiczna. Superpuchar Hiszpanii - Madryt zagrał wspaniale. Widzieliśmy dwa fenomenalne spotkania, zakończone wynikami 2:2 i 3:2, to 3:2 na Camp Nou – niesamowity mecz... No i upokorzyli Santos. Zmietli ich z boiska, Santos prawie nie powąchał piłki! Do tego Puchar Króla na koniec sezonu – wierzyłem w pokonanie Athletic, bo Athletic był zmęczony, ale sposób w jaki Barcelona to zrobiła? Z zimną krwią, skutecznością snajpera.
Czy taki zespół potrzebuje jakichś zmian? Na pewno nie rewolucyjnych... Muszą być wypoczęci, uniknąć takiej plagi kontuzji, no i potrzebują spokojniejszego presezonu – to, co zaserwowano drużynie przed sezonem rok temu było pierwszą oznaką, że z perspektywy Pepa nie wszystko gra tak dobrze, jak wcześniej. No i do tego potrzebują oczywiście dwóch ważnych transferów – lewego i środkowego obrońcy. Ten pierwszy już jest, zostaje drugi, a wszystko inne to detale.
Biorąc to wszystko pod uwagę, drużyna potrzebuje jedynie korekt, uzupełnień, żadnych większych zmian. Zaś co do Tito...
Wielu fanów – i nie tylko fanów – dzieli obawę, że Tito może być postrzegany w szatni jako wieczny asystent. Zgodzisz się z tym? Czy będzie w stanie zyskać szacunek niezbędny trenerowi pierwszego zespołu?
Szacunek w szatni – na pewno, bez dwóch zdań. To świetny fachowiec, zawodnicy dobrze go znają, był istotną częścią sukcesu Guardioli... Pytasz mnie o moje zdanie, więc po pierwsze: lubię go. Dwa: nie chciałbym unikać pytania, ale chcę powiedzieć, że podjęto odpowiednią decyzję o kontynuacji tej filozofii, tego podejścia, tożsamości piłkarskiej, które przez ostatnie lata dały temu klubowi tyle zwycięstw. Tito był blisko i w projekcie Pepa pełnił ważną funkcję. Dlatego jeśli nowym szkoleniowcem miałby być Michael Laudrup czy Oscar García – wciąż wolę kandydaturę Vilanovy... Ktoś jeszcze?
Bielsa?
Nie, moim zdaniem: nie. Nigdy. Uważam, że nie poradziłby sobie w roli trenera FC Barcelony.
Wróćmy zatem do Tito. Jakie wymieniłbyś inne plusy wybrania go na następcę Pepa?
Jego wybór to kontynuacja filozofii i podejścia, ale oczywiście nie oznacza to natychmiastowego sukcesu. Tym, co to oznacza, jest trzymanie się pewnych wartości znanych z kadencji Guardioli: że pierwszy zespół będzie grał w określony sposób, a także to, że juniorzy ze szkółki dostają jasny przekaz, że pewne procesy będą w klubie kontynuowane, że jeśli będą prezentować odpowiedni poziom, ciężko pracować – dostaną swoją szansę, zostaną sprawdzeni. Poza wszystkim innym, wybór tego konkretnego trenera stanowi bodziec dla takich zawodników, jak Deulofeu, Dongou, Sergi Roberto, Sergi Samper... Z Tito na ławce pierwszej drużyny, oni wszyscy wiedzą, że jeśli będą odpowiednio dobrzy, seniorska drużyna dalej będzie grała w sposób, jakiego uczono ich przez wszystkie szczeble drużyn młodzieżowych Barçy. To ważne dla tożsamości Klubu, dlatego generalnie uważam kandydaturę Tito za dobry pomysł. Inna sprawa, że nie wydaje mi się, by Tito Vilanova uwielbiał całą tę otoczkę, presję wywieraną przez media – pod tymi względami będzie to dla niego duży test.
Kontynuując wątek zmiany trenera, czy sądzisz, że gra Barçy zmieni się pod wpływem Tito? Przed nami zaraz Superpuchar z Realem, ważny test już na samym początku rozgrywek - czy Twoim zdaniem taktycznie Katalończycy będą prezentować się podobnie jak w rundzie wiosennej? Mieliśmy eksperymenty Pepa z 3-4-3, które w pewnych meczach zupełnie nie wyszło drużynie na dobre, może zatem należy się spodziewać po Tito trwałego powrotu do 4-3-3?
Cóż, pewnego nie mogę powiedzieć nic. Odkąd Tito został mianowany bossem, nie miałem okazji z nim rozmawiać. Możemy tylko spekulować... ale OK, spróbujmy.
Po pierwsze, czym jest kod 3-4-3, co oznacza 4-3-3? Moim zdaniem - a wynika ono z rozmów z najlepszymi piłkarzami świata - nie jest tak, że przed meczem mówisz swoim piłkarzom: dzisiaj zagramy tak i tak, po 25 minutach przechodzimy na to, a póżniej na mój znak zmieniamy z powrotem... Formacje są dla mnie jak akcenty: zmienne, płynne. Teraz - ponieważ rozmawiam z Tobą - mówię dosyć ostrzożnie, bez pośpiechu, nie za bardzo “po szkocku”. Ale w każdej chwili mogę przejść na: [Graham znienacka serwuje mi tak silny szkocki akcent, że z dość długiego zdania wychwyciłem całe dwa słowa.] i wrócić do wcześniejszego. Myślę, że taktyka w piłce nożnej, szczególnie w tych najlepszych klubach świata, trochę to przypomina. Rok temu, w sezonie 2010/2011 zakończonym zdobyciem dubletu Mistrzostwo Hiszpanii-Liga Mistrzów w maju, Barça była bardzo, bardzo dobra. A przecież zdarzało im się grać nawet dwójką z tyłu! Teoretycznie było ich czterech, ale nominalni boczni obrońcy, Alves i Abidal, często zapędzali się wysoko na połowę rywali, w efekcie pod bramką Valdésa zostawali sami Puyol z Piqué tylko okazjonalnie wspierani przez cofającego się Busquetsa.
W sezonie, który jest świeżo za nami, każdy mówił o 3-4-3, bo niektóre spotkania Barcelona faktycznie zaczynała z trzema obrońcami, ale to nie wyjaśnia wszystkiego.
Zgodzisz się jednak, że niektóre z tych meczów silnie wpłynęły na cały sezon?
Jasne, zgadzam się. Absolutnie się z tym zgadzam. Taka jest czasem cena eksperymentowania, takie było np. starcie z Valencią na jesieni. Pierwsza połowa: 3-4-3. Katastrofa. Druga połowa: 4-3-3, nabrali wiatru w żagle i stworzyli sobie mnóstwo okazji żeby wygrać. Zmiana taktyki i kompletna zmiana obrazu gry, jak najbardziej. Niezależnie od tego, chcę powiedzieć, że formacje we współczesnej piłce to sprawa bardzo umowna, płynna, szczególnie w stylu gry, jaki stosuje Barça.
To prawda, że wychodzenie trójką z tyłu generalnie przysporzyło Barcelonie więcej kłopotów w tym sezonie, szczególnie na wyjazdach, niż dało jej dobrego. Nie zapominajmy jednak, że Pep to piłkarski innowator. Trener, który nie boi się eksperymentować. Wszyscy z roku na rok lepiej poznają piłkę Barçy i wymaga to reakcji. Nikt nie odnosi wielkich zwycięstw bez ryzyka, niepowodzeń, i w mojej opinii tak też powinniśmy interpretować próby Pepa z trzema obrońcami. Ty i ja zgadzamy się, że 3-4-3 nie było sukcesem tego sezonu, ale byłbym hipokrytą mówiąc, że 3-4-3 było porażką totalną, bo zaczęliśmy od stwierdzenia: Cztery puchary, świetny sezon. Bez poszukiwania nowych rozwiązań, eksperymentów, Twój zespół się nie rozwija.
Mówiąc o eksperymentach, chciałbym przywołać pamiętny moment, kiedy Tito pełnił już funkcję trenera pierwszej drużyny, w zastępstwie za Pepa. Marzec 2010, mecz z Valencią. Do przerwy w ataku Barçy - pustynia. Na drugą połowę Tito wystawia Henry’ego, który moim zdaniem zostaje piłkarzem tamtego meczu, pomimo hat-tricku Messiego. Jak uważasz, czy Barcelona pod wodzą Tito częściej będzie szafować taktyką, personaliami w trakcie meczu? Wszyscy wiemy, że Pep nie należał do zwolenników wszelkich modyfikacji podczas gry, późno wprowadzał zmiany z ławki.
To interesujące pytanie, bo w pełni podzielam Twoje zdanie o tamtym meczu z Valencią. Co do Tito - spójrzmy, jak Guardiola “używał” Tito. On był dla Pepa jak drugi mózg. Wielu trenerów potrzebuje swoich asystentów tylko po to, by mieć do kogo mówić, traktuje ich jak płytę rezonansową oczekując potwierdzenia własnych opinii. Nie tak Guardiola traktował Tito. Dla Pepa Tito był rozmówcą w pełnym znaczeniu tego słowa, Pep potrzebował Tito, by usłyszeć jego opinię, korzystać z jego przemyśleń.
Poza tym, moim zdaniem wiele wyników i radości, jakie dała nam ta drużyna było wynikiem inteligencji Vilanovy w postrzeganiu futbolu. Tu nie chodzi o to, czy Tito jest błyskotliwym facetem, który robi właściwe zmiany we właściwych momentach, nie to będzie decydujące. O sukcesie Vilanovy zadecyduje, czy dobierze sobie właściwych ludzi z określonymi kompetencjami, którzy będą ułatwiać mu pracę, wspierać go i pomagać, by mógł w pełni skoncentrować się na swojej robocie. Gdy jesteś trenerem - szczególnie w klubie ze ścisłego topu - podlegasz ogromnej presji i odpowiedzialności za zespół. Ludzie ciągle chcą czegoś od Ciebie, oczekują i wymagają, nieustannie podlegasz ocenie, słyszysz wiele krytyki, ale musisz skupić się na swojej pracy, bo piłkarze patrzą na Ciebie szukając rozwiązań. W sytuacji Tito zmiana polega na tym, że z gościa, który dawał sugestie stał się tym, który podejmuje ostateczne decyzje. To świetny fachowiec, ale bycie pierwszym trenerem wymaga na tym poziomie o wiele więcej. To ciężka praca.
Na tyle, na ile znasz Tito, nie spodziewasz się jednak zmian w samym systemie gry? Czy Blaugranie nie przydałoby się w pewnych sytuacjach meczowych trochę taktycznej elastyczności - może w meczach z Realem czy Chelsea Barcelonie brakowało więcej zachowawczości, momentów gry z kontry?
Nie. Szanuję takie opinie, ale kompletnie się z nimi nie zgadzam. Czego brakowało Barcelonie, to nie momenty gry z kontry czy coś podobnego, ale świeżość - fizyczna i mentalna świeżość, która w piłce robi różnicę pomiędzy golem i pudłem. Poza tym, choć nie siedzę w głowie Tito czy Xaviego, to zupełnie osobiście chciałbym częściej widzieć w ataku Barçy uderzenia z dystansu. Raz na jakiś czas, jak w “szesnastce” przeciwnej ekipy robi się tłok - niech "miotną" sprzed pola karnego. Uważam, że mocno urozmaiciłoby to ataki Barçy, chciałbym oglądać takie próby po zbyt krótko wybitej piłce przez rywali albo gdy ich bramkarz nie jest najlepiej ustawiony.
Tak czy siak, według mnie mówimy o lekkich tylko usprawnieniach świetnie funkcjonującej maszyny. Gdy Barcelona będzie grać tak, jak ogromną część zeszłego sezonu, cała reszta naprawdę nie ma większego znaczenia. Wystarczy mniej problemów z kontuzjami i trochę więcej ogólnej świeżości, a są w stanie wygrać każde trofeum.
Powiedziałbyś zatem, że zdrowy Villa i Pedro w formie stanowią odpowiedź na wszystkie problemy Barcelony z wiosny?
O tak. Jeśli Villa wróci do zdrowia - absolutnie. A gdy Pedro wróci do swojej formy - tym bardziej! Ludzie szybko zapominają, a przecież ta dwójka dała Barcelona w sezonie 2010/2011 45 bramek. Całe 45 goli!
W ostatnim sezonie Barcelona zanotowała klubowy rekord wszech czasów w liczbie zdobytych goli [114], dodali do tego ponad 70* w innych rozgrywkach i to pomimo tego, że Pedro i Villa strzelili razem niewiele ponad 20. Tylko tyle! Można powiedzieć, że mniej więcej drugie tyle zespół stracił przez te absencje, "zawdzięcza" ich kontuzjom. Obu z nich - przecież Pedro też miał ogromne problemy ze zdrowiem. Ludzie o tym zapominają przez pryzmat ciężkiego urazu Davida i tego, że Pedro jednak pojawiał się od czasu do czasu na boisku, ale on zanotował przecież sezon notorycznych kontuzji; ledwo wrócił po jednej, przyplątywało mu się coś innego. Nic dziwnego, że trudno mu było znaleźć optymalną dyspozycję.
Nie będzie przesadą stwierdzenie... zresztą powiedz mi sam: Gdybyśmy dodali 20-30 goli do tego zespołu, który i tak wywalczył 4 puchary - na litość boską, wtedy wszyscy inni mogą po prostu zostać w domu!
Taki scenariusz spodobałby się każdemu culé! Pomówmy jeszcze przez chwilę o ataku, bo trudno zaprzeczyć, że postawa tej formacji okazała się przyczyną największych kłopotów Barçy w rundzie wiosennej, problemy ze skutecznością. Pamiętając przebieg takich spotkań, jak z Espanyolem, Osasuną, no i oczywiście Real z Chelsea w kwietniu, może to Messidependencia zaważyła na niepowodzeniach Barcelony w decydujących momentach sezonu?
Nie zgadzam się. Przede wszystkim nie zgadzam się z tym sformułowaniem, szczerze powiedziawszy. W mediach jest mnóstwo idiotów, którzy są głupi i leniwi. W Hiszpanii ukuli sobie frazę: Messidependencia. No existe, no existe, lo que esta pasando es que... Mówisz po hiszpańsku?
Nie wystarczająco dobrze...
Gdy drużyna ma Villę na rehabilitacji, kontuzjowanego Pedro, kontuzjowanego Afellaya, Cuenca - młody, Tello - młody, kontuzjowanego Alexisa, Cesca z kończącym się paliwem z powodu mizernego presezonu, a do tego kontuzjowanego Puyola, absencję Abidala - to co? OK, przez jeden sezon facet strzelił dla Barçy 73 bramki - ale biorąc wszystkie wspomniane czynniki pod uwagę, to nie jest “zależność od Messiego”, tylko: ten chłopak jest pieprzonym geniuszem.
Chcesz powiedzieć, że zespół nie miał wyboru?
Chcę powiedzieć, że zamiast pytań: “Czy Barcelona nie jest zbytnio zależna od Messiego?” powinno się mówić: Barcelona miała trudny, usłany kontuzjami sezon, a ten facet pomimo wszystkich trudności jakie miała, do końca utrzymywał ich w grze o oba najwyższe cele.
Gdybyśmy mówili o Messi-zależności, gdy Barça kończy sezon bez ani jednego trofeum, mógłbym stwierdzić: OK, coś w tym jest, zastanówmy się nad tym. Ale jeśli pytasz o domniemaną zależność od Messiego po sezonie, w którym zdobył on największą liczbę bramek w sezonie w całej historii futbolu, co poprowadziło zespół do zdobycia 4 tytułów - należy stwierdzić, że to, co media nazywają Messidependecią, jest w istocie improwizacją, planem B w obliczu niesłychanej kumulacji plag, jaka dotknęła Barcelonę w minionym sezonie. Przed nami nowy sezon, wracają rekonwalescenci, po presezonie spędzonym praktycznie tylko w Europie zespół będzie dużo bardziej wypoczęty. Jeśli do tego Leo będzie grał tak dalej, powtarzam: każdy inny klub świata może sobie darować wychodzenie na boisko.
W mediach ludzie lubią wymyślać proste słówka-wytrychy wyłącznie dla własnych korzyści. Zapominają jednak wyjaśnić, co się tak naprawdę się dzieje i co rzeczywiście stoi za zjawiskiem, o którym mówią.
Wspomnieliśmy wcześniej Henry’ego. Jako kibic-Brytyjczyk miałeś okazję oglądać z bliska wspaniałe lata Titiego w Premiership. Myślę, że w bordowo-granatowych barwach jego talent i umiejętności rzadko i na krótko dorównywały tamtemu maksimum. Podobne odczucie mam wobec Ibrahima Afellaya. Co sądzisz o tych dwóch piłkarzach i ich pobycie na Camp Nou?
Cóż, co do Henry’ego - bez dwóch zdań. Jego najlepszą wersję widzieliśmy w barwach Arsenalu, nie Barcelony. Uważam, że część tego stanu rzeczy, istotna część, była jego własną winą. Nie uważam by był zachwycony faktem, że w drużynie Pepa nie jest numerem 1. W Arsenalu był niekwestionowanym liderem. Nie winię go za to, nie chcę by mój ton był oskarżycielski, ale fakt faktem, że Henry’ego w najwyższej formy nie widzieliśmy w Barcelonie.
Pamiętam jedną rzecz. W pierwszym sezonie Guardioli, na jesieni Barça miała w grafiku po kolei Sevillę, Valencię, Madryt i Villarreal. W tej mini-lidze o tytuł, nazywanej w Hiszpanii La Liguilla, Henry strzelił chyba 4 gole, asystował przy dwóch, w tym przy trafieniu Messiego w El Clásico**. Gdy porównamy to z jego osiągnięciami w meczach “odwrotnej Liguilli”, gdy Barça grała z czterema najgorszymi zespołami ligi - te statystyki mocno się różnią***.
Myślę, że przyszedł do Barcelony z nastawieniem: “To będzie fun, będzie mi łatwo wkomponować się w zespół, bo jestem świetnym piłkarzem, jestem liderem.” Okazało się jednak, że nie było mu tak łatwo, czasami musisz myśleć więcej o drużynie niż o sobie samym.
Weźmy mecz z Interem - Henry zszedł z piłką do środka, podał do Iniesty, który zagrał mu szybką piłkę na dobieg, a zaskoczony Henry stanął w miejscu z miną “Co, czemu nie dostałem jej na nogę?” Iniesta wyglądał jakby miał mu odpowiedzieć: “Bierz i goń za nią, do cholery!”. Takie mecze dużo mówiły o postawie Henry’ego po przyjściu do Barcelony, ten konkretny mecz to nie był odosobniony przypadek.
Co prawda, to prawda. Zresztą, inny to był piłkarz po zdobyciu upragnionej Ligi Mistrzów...
Coraz bardziej i bardziej. Z miesiąca na miesiąc...
Tym, co delikatnie usprawiedliwia Francuza jest to, że w Barcelonie nie był wystawiany na pozycji środkowego napastnika, gdzie występował niemal całą wcześniejszą karierę.
Tak. Henry, skrzydłowy.
Uważasz za słuszny ruch Pepa, że praktycznie w ogóle nie używał Titiego jako środkowego napastnika?
A ile w tym czasie wygrali trofeów?
Afellay, w pewnym sensie podobny przypadek. Co sądzisz o tym chłopaku?
Afellay - z pewnością miał pecha, ta kontuzja. Koszmarna kontuzja, szczególnie w momencie, w którym mu się przytrafiła... To bez wątpienia świetny piłkarz. Gdy przyszedł z PSV, wszyscy wiedzieliśmy, że musi się uczyć, dojrzewać i rozwijać. Na to potrzeba czasu i w tym kontekście każdy uraz, który trzyma Cię tak długo poza boiskiem, to okropna wiadomość. A gdy dodatkowo jesteś jeszcze relatywnie młodym piłkarzem, w chwili zyskiwania piłkarskiej dojrzałości, kluczowym momencie kariery - długa nieobecność dodatkowo utrudnia sprawę. Tym bardziej, gdy właśnie zmieniłeś klub i w tym nowym wciąż nie zadomowiłeś się na dobre.
Niezależnie od faktu, że szkoła holenderska ma wiele zasług dla współczesnej piłki i stylu gry na Camp Nou również, w porównaniu z Eredivisie Barça to inny poziom. Dlatego to naprawdę nie mogła być dla niego gorsza chwila na tego typu uraz.
Oglądając jego grę - nie mam wątpliwości, że ma potencjał. Po tym jak zaczął grać wiosną 2011, można było zauważyć w jego postawie dwie rzeczy. Po pierwsze: pewną powolność; nie w kwestii dynamiki, jest przecież świetnym sprinterem, mam na myśli tempo gry i zgranie z kolegami. Nie czytał dobrze gry. Doświadczenia z PSV nie wystarczyły by z miejsca wczuł się w styl, system gry Barçy. O jego potencjale niech świadczy, że już po kilku miesiącach potencjalnych kupców nie brakowało. Klub poważnie myślał latem 2011 o jego sprzedaży, decyzja zależała od Guardioli. Pep spytał kiedyś radę drużyny: “Jak sobie radzi, co o nim sądzicie?” W odpowiedzi usłyszał od wszystkich “Świetny chłopak, niech zostanie. Podoba nam się.”
Czy to aktualna opinia?
Jako ocena jego charakteru - na pewno. Piłkarsko - nie oszukujmy się, minął rok. Nie wiem czy ostatecznie Klub go zatrzyma, czy nie, ale niezależnie od tego jak bardzo jesteś lubiany w szatni czy ceniony za potencjał - gdy mówimy o roku poza boiskiem, to zmienia postać rzeczy. Gdy mijał jego pierwszy sezon i Guardiola udał się po opinię starszyzny drużyny, dowiedział się: “Nie, to dobry dzieciak, zostawmy go”. To mówi wiele o wartości tego zawodnika, ale z dzisiejszego punktu widzenia to co innego.
Na EURO był jednym z wyróżniających się zawodników rozczarowującej reprezentacji Holandii, przed mistrzostwami zanotował dwa świetne mecze ze Słowacją i Irlandią Północną...
Dał radę, dobrze się spisał.
Twoim zdaniem stanowi zatem przyszłość Klubu czy przyszły zysk?
Zysk. Gdyby zależało to ode mnie, sprzedałbym go. Mówię to, bo Barça potrzebuje pieniędzy, jest dług, który trzeba spłacać. No i potrzebują pieniędzy na zakupy. Kupili Afellaya za grosze, teraz czas na nim zarobić. Na jego pozycję są Tello, Cuenca - zresztą, moim zdaniem, jeden z tej dwójki także opuści Barcelonę przed nowym sezonem obok Afellaya. Lubię tego Holendra i życzę mu wszystkiego najlepszego, ale mając na względzie dobro piłkarza i Barçy sądzę, że jego przyszłość jest w Premiership.
Obserwując wszystkie sukcesy hiszpańskiej kadry, nie mogę nie zapytać Cię o wpływ barcelońsko-madryckiej rywalizacji na klimat w kadrze. Pewnych rzeczy się nie zapomina - zachowanie Ramosa, Albiola, oskarżenia pod adresem Busquetsa...
Nie, nie. Zapewniam Cię, że nie ma powodów do zmartwień.
Graham wspomina o spotkaniu piłkarzy z Pierluigim Colliną w przededniu turnieju. Opis tutaj: [KLIK!]
Także wszystko było OK. Było OK, bo cała ekipa podeszła do tego na luzie, było dużo śmiechu. To właśnie czyni atmosferę w szatni zdrową. Gdy masz kogoś siedzącego z boku, kto mówi sobie: “Nie lubię go. Cholernie go nie lubię”, to wtedy masz problem. Tymczasem gdy cała drużyna potrafi zebrać się razem, śmiać, wygłupiać i generalnie dobrze bawić, to znaczy, że jest w porządku. Taka szatnia jest zdrowa i zjednoczona w drodze po wspólny cel.
Były wcześniej problemy, ale w stosownym czasie zostały wyjaśnione i jest już znacznie lepiej. By lepiej to zrozumieć, musisz dołączyć do jakiejś drużyny, jakiejkolwiek, na jakimkolwiek poziomie, i kłaść się spać każdego dnia śniąc o zwycięstwach; być zły, wściekły, jak przegrywasz. Wtedy łatwiej będzie Ci sobie wyobrazić, jak wygląda rywalizacja na najwyższym możliwym poziomie.
W każdej szatni, gdy jesteś z tymi samymi ludźmi non stop przez 38 tygodni próbując wygrać ligę - nie będziesz lubił wszystkich z nich, to oczywiste. Okaże się, że bramkarz zadziera nosa, środkowy obrońca jest chamem, a skrzydłowy na boisku to samolub. Tak będzie, ale jeśli oni będą pomagać Ci wygrywać - to w porządku. Gdy drużynie nie idzie najlepiej, trafiają się porażki i zamiast jedności robią się grupki, nie ma szczerości tylko bluzgi, zniewagi wypowiadane półgębkiem - to trucizna. Ale gdy ktoś mówi do kogoś głośno: “Za dużo gadasz. Zamknij ryj”, sytuacja robi się napięta i jest wręcz blisko bójki - to świadczy o właściwej atmosferze w szatni, bo jest zaufanie, piłkarze mówią sobie wprost co im leży na sercu i jest OK. Wtedy trener wie, co się dzieje, może ocenić sytuację, wyciągnąć ewentualne konsekwencje i na długą metę jest spokój. Tylko w takiej atmosferze można pracować razem i walczyć o najwyższe cele.
Czyli w szatni Hiszpanii jest wiele szczerości?
W reprezentacyjnej szatni piłkarze z innych klubów nie darzą się wzajemnym uwielbieniem, są różne animozje. Nie słyszy się o drużynie narodowej, gdzie wszyscy lubią się ze wszystkimi. Żadnej takiej nie znam. Jednak gdy pojawiają się różne problemy, są różne sposoby by sobie z nimi radzić... Nie mówię, że każdy problem w szatni La Roja będzie rozwiązany łatwo i szybko, tym bardziej, że wcześniej było inaczej - ale teraz, z grupą ludzi, którzy tworzą tę kadrę - jest dobrze. Xavi, Casillas, Alonso, Pedro - nie ma problemu. Iniesta, Ramos - to samo, nie ma problemu. Wielka szkoda, że na EURO nie było Puyola, bo Puyol to gość od rozwiązywania problemów. Puyol jednoczy wszystkich, integruje całą grupę i dba o świetną atmosferę.
Czy pod jego nieobecność podobną rolę pełni w szatni Hiszpanii Casillas?
Tak, w dużym stopniu. On i Xavi, wiesz, to prawdziwi przyjaciele. Bez cienia przesady, od małego, reprezentacji młodzieżowych - autentycznie są świetnymi przyjaciółmi. Zatem Hiszpania - wierz mi, nie ma problemu.
Graham, pewnie wiesz, że Twoja książka świetnie sprzedaje się w Polsce, jesteś tym zaskoczony?
Przez cały mój pobyt w Polsce jestem pod wrażeniem tego, jak mocno polscy fani są związani z hiszpańską piłką. Macie tu mnóstwo fanów Barcelony, Realu i innych hiszpańskich klubów! Widać to nawet na meczach reprezentacji. Polskie środowisko fanów Barçy jest dobrze kojarzone w Klubie jako jedno z najbardziej aktywnych poza Hiszpanią, to bardzo ważne. Lokalizacja FCB Escoli w Warszawie też nie wzięła się z przypadku... Przy tej okazji chciałbym podziękować Wydawnictwu SQN, FCBP Polska i FCBarca.com za promocję książki w Polsce, mam nadzieję, że spodoba się wszystkim polskim fanom.
Jako Brytyjczyk piszący o hiszpańskiej piłce, wydajesz się kompetentną osobą do porównania La Liga i Premiership. Jakie wskazałbyś główne różnice pomiędzy nimi i za co konkretnie lubisz, cenisz tę pierwszą? Czemu to właśnie o niej piszesz?
Jedną z nich porównałbym do wizyty w operze, druga jest jak chodzenie do cyrku. Nie uwłaczając nikomu, w cyrku może być bardzo fajnie i artyści są niezwykle utalentowani, ale w operze mamy więcej finezji, czystej sztuki.
Premier League jest pełna zawodników, którzy nie potrafią dobrze panować nad piłką, bo są duzi albo umieją tylko szybko biegać. Liga angielska jest podziwiana, emocjonująca, wspaniała pod wieloma względami: doskonałej organizacji, otoczki i atmosfery, ekspresywnych fanów, marketingu na najwyższym poziomie, obietnicy, że zawsze może zdarzyć się coś niesamowitego, np. kompletnie zaskakujący wynik. Oddanie, zaangażowanie graczy - fantastyczne. Obcokrajowcy trafiający do Anglii, Hiszpanie też - lubią tę ligę, lubią tam grać.
Są jednak dwie rzeczy absolutnie odróżniające piłkę hiszpańskiej lidze. Po pierwsze, jest pełna piłkarzy o fenomenalnych umiejętnościach technicznych, bez porównania. W oczywisty sposób przekłada się to na obraz gry. Po drugie: ilu wskażesz piłkarzy Premier League, którzy mają to coś, trik, lekkość gry pozwalającą im w każdej chwili ograć przeciwnika w starciu jeden na jednego, i znowu, i jeszcze raz? Ilu? Bardzo niewielu; w dodatku ogromna większość pochodzi “z importu”. W Hiszpanii masz mnóstwo, mnóstwo, mnóstwo piłkarzy potrafiących ot tak okiwać rywala, zostawić go za plecami sztuczką, balansem ciała albo zdumiewającym dryblingiem - uwielbiam to! Takich zawodników nie brakuje nie tylko w czołowych klubach, ale nawet w tych najsłabszych - wie o tym każdy, kto śledzi La Liga cały sezon.
Nigdy nie mówię o lidze hiszpańskiej i angielskiej w kategoriach: lepsza czy gorsza, wolę mówić o różnicach. Jeśli ktoś - wiedząc, gdzie leżą te różnice - stworzyłby rozgrywki biorące to, co najlepsze z każdej z tych lig, nie ma żadnych wątpliwości, że w efekcie mielibyśmy najbardziej olśniewający futbol, jaki oglądaliśmy w życiu, bez dwóch zdań, kiedykolwiek... Tymczasem, mój osobisty wybór brzmi: La Liga.
W obecnym składzie Barçy nie ma nikogo, kto piłkarsko znałby oba kraje lepiej niż Cesc Fàbregas i jeśli mamy jeszcze chwilę, to o niego chciałbym zadać ostatnie pytanie.
OK.
Jak widzisz następny sezon Fàbregasa na Camp Nou. Świetnie pamiętając ogromny potencjał, jaki pokazywał w Londynie spytam przekornie: czy Cesc w Barçy eksploduje... wreszcie? :)
Hmm, “wreszcie” to jednak przesada, ale jasne, rozumiem, co masz na myśli. Cóż, pierwszą połowę zeszłego sezonu miał naprawdę wyśmienitą, jego gra wzajemna z Messim to było coś niesamowitego! Moim zdaniem, jeśli EURO nie zmęczyło go za bardzo, będzie wypoczęty, zdrów jak ryba, bez kontuzji, zaliczy porządny presezon, to mówimy o zawodniku, który będzie prowadził Barcelonę od zwycięstwa do zwycięstwa, prawdziwym przywódcy na lata, który wydaje mi się potencjalnym kapitanem - potencjalnym, bo dopiero rozstrzygnie się to pomiędzy nim a Piqué, po erze Xaviego i Puyola, naturalnie; co prawda jest jeszcze Messi, ale to chyba nie byłby najlepszy wybór. Uważam, że Fàbregas ma techniczną jakość, ambicję, wytrzymałość i głód zwycięstw by być prawdziwym liderem tej drużyny.
Liderem w takim stopniu, jakim był w Arsenalu?
W jeszcze większym... Dużo, dużo większym. Wydaje mi się zresztą, że na dziś on wciąż jest jeszcze na etapie reedukacji, adaptowania się do systemu gry Barçy na nowo. Gdy proces ten się skończy, a on sam przejdzie na nowy poziom, dojrzeje piłkarsko i nie tylko - prawdę mówiąc, to chłopak lubiący jeszcze korzystać z życia - to moim zdaniem stanie się przyszłą legendą tego klubu.
Dziękuję Ci za rozmowę.
Dziękuję za Twój czas. Przekaż moje pozdrowienia polskim fanom Barçy i całej hiszpańskiej piłki.
* Ze 190 bramkami we wszystkich rozgrywkach, FC Barcelona ustanowiła rekord wszech czasów w hiszpańskiej piłce: [KLIK!].
** W wiosennej rundzie "Liguilli" na przełomie kwietnia i maja, Henry zademonstrował podobną skuteczność - nie miał co prawda żadnej asysty, ale znów trafił 4-krotnie, w tym dwa razy podczas pamiętnego 2:6 na Bernabéu.
*** Henry wystąpił w 7 z 8 gier przeciwko Getafe (17.), Betisowi (18.), Numancii (19.) i Recre’ (20.) notując w sumie 1 bramkę i 1 asystę.
**** Asysta ze Słowakami + 2 gole i asysta w drugim meczu.
Komentarze (47)