Byt czarnoksięstwa odeślijmy do bezdennej czeluści najczarniejszego oceanu baśniowych urojeń. Nie kwestionujmy zaś istnienia magii, tej prawdziwej. Magia jest sztuką, która dostarcza błogiego poczucia szczęścia tym, którzy są go pozbawieni, radości tym, którzy wylewają łzy dotknięci goryczą zrządzeń losu, wreszcie ukojenia tym, którym go brak. Zastanawiając się nad istnieniem magicznych zaklęć, tak naprawdę każdy w swoim życiu zasiał choć ziarenko magii, gdyż prawdziwym sensem sztuki magicznej jest nakładanie uśmiechu na twarze zmartwionych. Najwyższym stadium magii jest urzeczywistnienie fantasmagorycznego świata, gdzie dni upływają sielankowo w zgodzie z pięknem, wartościami, tradycją oraz historią, a następnie uchylenie jego furtki i karmienie zmysłów zagubionych idyllicznym zjawiskiem szczęścia.
Jego ciało przeszył spazm, po plecach spłynęła kropla potu. Minęło wiele czasu od kiedy poznał istnienie magii i bezwiednie padł w jej objęcia. Doskonale pamiętał dzień, kiedy zahipnotyzowany wpatrywał się w piłkę głaszczącą kłosy trawy w jej zmysłowym tańcu i wręcz pantagruelicznie delektował się kolejnymi działami historii barcelońskiego świata, którego uchylił furtkę. Dziś jednak mrok wydawał się uśmiechać sardonicznie, przynosząc mu wraz z morską bryzą woń ulatującej magii. Paroksyzm zwątpienia przerwał jego wewnętrzny monolog. „Tradycja to cud, który winniśmy chronić, a nie nylonowy sznur krępujący nasze nadgarstki przed jakimkolwiek postępowym działaniem – pomyślał z wyrzutem – przecież historia to źródło unikalności, coś co czyni nas wyjątkowymi i szczęśliwymi…”
W ostatnim czasie powietrze nad katalońskim niebem zgęstniało, osiągnęło wręcz strukturę syropu, w efekcie czego każdy wdech i wydech stanowi niewyobrażalny ciężar dla płuc wszystkich culés. Wszystko za sprawą sprzeniewierzenia barcelońskiej tradycji i spieniężenia własnej historii. Bo jak inaczej można zdefiniować logo katarskich linii lotniczych na froncie koszulki, która przez tak wiele lat czystości urosła wręcz do miejsca sacrum? Chyba tylko barcelońskim epitafium. Jakie były tego powody? Czy można było tego uniknąć, czy może bezwzględny rynek zmusił zarząd do podjęcia tak dramatycznej decyzji? Jeśli tak, to tragizmem owej decyzji jest jej dualizm między trwaniem przy tradycji i prawdopodobną rezygnacją z rywalizacji na najwyższym poziomie. Nieistotnie od motywów, efekt pozostaje bez zmian – FC Barcelona, gdzieś po drodze, zatraciła część swojej tożsamości, udostępniła miejsce na koszulce katarskim krezusom, bardzo perfidnie – stopniowo - oswajając kibiców z niepożądanym logo. Sprzeciw nie jest przejawem megalomanii środowiska barcelonismo – jest jedynie manifestem przeciwko utraconej tradycji, dzięki której Barcelona podkreślała swoją unikalność w myśl sloganu Més que un club.
Odczuwalny jest brak tej pasji, tej elegancji, tej charyzmy, tego autorytetu w strefie przeznaczonej dla trenerów, w sali konferencyjnej, w mediach, w sztani. Tito Vilanova to bez wątpienia wykwalifikowany trener i genialny taktyk – bezsprzecznie kataloński zespół znajduje się dobrych rękach. Jednak Pep Guardiola w momencie odejścia zabrał ze sobą o wiele więcej aniżeli setki wspaniałych wspomnień i niezwykły warsztat trenerski – bezpowrotnie zawłaszczył również cząstkę magii i nawet jego wierny ordynans nie jest w stanie wypełnić tej pustki. Pep przez cztery niezapomniane lata nobilitował ten zespół, nadawał szlachetnego wyrazu, dzięki swojej osobowości, kulturze, kurtuazji, elegancji, odgrywane przez niego przedstawienie było oddzielną częścią meczu. Pomimo kolejnych zwycięstw, rekordów, wierności całej nomenklaturze barcelońskich standardów piłki kopanej, oblicze FC Barcelony wydaje się być takie, jak wizerunek i zachowanie Tito – pragmatyczne, schematyczne, mało błyskotliwe, nieco zblazowane i nie poddające się uniesieniom.
W niedalekiej przyszłości ponownie przeżyjemy zimny dotyk kostuchy wyduszający z nas kolejną krztę tradycji i historii. Będziemy utyskiwać, kląć i rozpaczać, kiedy nieubłagany czas zabierze nam Xaviego i Puyola. Oni również – podobnie jak Pep – zabiorą ze sobą cząstkę magii. Ciężko nawet wyobrazić sobie rozłąkę z wielkimi symbolami, które towarzyszyły nam niemal od początku naszej namacalnej przygody z katalońskim klubem, z ludźmi którzy są utożsamiani z katalońskim rozumieniem futbolu i wartościami z niego płynącymi. Być może większy żal będzie towarzyszył culés, kiedy zapadanie decyzja odnośnie przyszłości Camp Nou. Modernistyczna przebudowa czy – o zgrozo! – wybudowanie nowej Świątyni Futbolu pozbawi ten klub duszy, mistycznej otoczki każdego pojedynczego spotkania. Będziemy zmuszeni na nowo rozkochać się, inną miłością, w Barcelonie – z logo sponsora na koszulce, czarującą na nowym obiekcie, bez wielkich symboli unoszących się na murawie.
I będziemy ją taką kochać. Zwłaszcza, że mimo wielkich, epokowych zmian, pewne schematy pozostaną nienaruszone. Schematy, które sprawiają, że FC Barcelona pomimo utraty swojej unikalności, pozostanie wyjątkową – najbardziej wyjątkowa na świecie. Podziękujcie Państwo wszystkim Niewidzialnym, w których wierzycie za Johana Cruyffa, za Luisa Van Gaala, za Pepa Guardiolę i wielu innych, którzy odpowiednio zdecydowali się rozpocząć, a następnie kontynuować filozofię szkolenia piłkarzy w La Masíi. Niezmienna pozostanie tiki-taka, najcudowniejszy sposób gry w piłkę nożną, nieosiągalny dla innych drużyn. Poza wszelkim zasięgiem pozostanie możliwość złożenia graczy z absolwentów szkółki piłkarskiej, co w Barcelonie stało się niemal standardem. Niezachwiana pozostanie również wierność swojej filozofii, nawet jeśli nie będzie przynosić ona należytych efektów. W meczach takich, jak ten z Celtikiem pamiętajmy, że są rozczarowania przynoszące zaszczyt tym, którzy są ich przyczyną. W momentach kpin bądźmy świadomi naszej wyjątkowości i głośno proklamujmy, że zawiść jest domeną przeciętniaków.
Zapatrzywszy się w nieznany horyzont dopiero w blasku księżyca znalazł odpowiedź na nurtujące go pytanie, jednak wraz z oświeceniem umysłu nie porzucił swego niepokoju. „Woń ulatującej magii to respons na realia obecnej rzeczywistości, moralnej zgnilizny, której fetor przeszywa nasze nozdrza na rogu każdej zapchlonej ulicy – toczył dyskusję z samym sobą wykrzykując bolesne sentencje - świat, którego uchyliłem furtkę jako dziecko zmienia się, dojrzewa… a może to ja dojrzałem i dostrzegłem jego transformację? Uwolniwszy się ze zmysłowych pieszczot mogłem przepowiedzieć niechybny koniec i przygotować się na upadek części idyllicznego świat, który poznałem. Jednak nie kwestionujesz źródła i prawdziwości rozkoszy, brniesz przed siebie – kontynuował - rozpływasz się w niej, dopóki się nie rozmyje lub nie złamie twego serca. Upadł ostatni bastion świata, który kochałem, jednak nie podlega dyskusji, że ulatująca magia nie kwestionuje wyjątkowości tegoż świata”.
Gdy blask księżyca przeistoczył się w nieśmiałe promienie słońca, odnalezienie złotego środka znalazło się na wyciągnięcie ręki. Raptem jeden z promyków ośmielił się wedrzeć do skąpanej w egzystencjalnym mroku samotni i rozświetlił twarz bohatera – w tej alegorycznej chwili indoktrynacja własnego świata i rozrachunek moralny barcelońskich burzycieli dobiegły końca. „Należy nauczyć się kochać ten świat inaczej – stwierdził – nie miłością romantyczną, lecz miłością dojrzałą. Wciąż po uchyleniu furtki dostrzegam świat wyjątkowy, z którego nie potrafię się uwolnić. Świat, który mimo swoich niedoskonałości wciąż jest najpiękniejszy. Który kocham i będę kochał, w inny jak dotąd sposób, lecz wciąż z tą samą intensywnością”.
Komentarze (80)