Słowem wstępu… Wielu z Was jestem winien przeprosiny. Poniższy tekst miał się ukazać na łamach strony dobrych kilka miesięcy temu, ale jakoś nie mogłem się zebrać. Wiem, że niektórzy mieli o to do mnie żal, czego nie bali się ujawnić pisząc maile czy prywatne wiadomości. Potrzebowałem na to czasu, ale wróciłem. Jak mówi stare przysłowie „Lepiej późno niż wcale”, słowa dotrzymuję, przepraszam, że dopiero teraz.
Moje bordowo-granatowe serce bije dla Barçy dokładnie od dnia 18 kwietnia 2000 roku. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem zespół w którego grze zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Przez te niespełna 13 lat widziałem wiele wzlotów i upadków, wielu fenomenalnych piłkarzy, smutek, radość i łzy, gole i mecze, które zapamiętam do końca swojego życia. Gdy rozpoczynałem swój ‘związek’ z Barceloną nie myślałem, że pewnego dnia pojawi się w Klubie człowiek, który zdobędzie moje serce. Bezpowrotnie.
Pep Guardiola, bo o nim mowa został trenerem pierwszego zespołu tak naprawdę 8 maja 2008 roku. To właśnie tego dnia, ówczesny prezydent Joan Laporta oficjalnie ogłosił, iż wychowanek katalońskiego Klubu zastąpi Franka Rijkaarda. Nie było mnie wtedy w kraju, ale po odczytaniu smsa od swojego ojca… złapałem się za głowę. Byłem fanem Rijkaarda, ale wiedziałem, że jego czas dobiegł końca i potrzeba zmian. Jednym z faworytów do objęcia schedy po Holendrze był, jak pewnie pamiętacie José Mourinho i to właśnie w obecnym coachu Realu widziałem przyszłego lidera Blaugrany (pomyśleć, że dziś w świecie futbolu nie ma człowieka, którego nie trawię tak bardzo, jak Mou). Postawienie na niedoświadczonego młokosa, który wcześniej prowadził tylko zespół rezerw wydawał się dla mnie niezrozumiały. Ok, Pep był wspaniałym piłkarzem, ale jako szkoleniowiec wtedy był jeszcze nikim, a lada dzień miał się podjąć odbudowy jednego z największych Klubów w historii futbolu. Nonsens? Wręcz przeciwnie. Guardiola nie potrzebował wiele czasu, by udowodnić nie tylko mnie, ale i wielu, wielu innym, że decyzja o jego wyborze była absolutnie najlepszą za kadencji Laporty, jedną z najważniejszych w całej historii katalońskiego giganta. A może najważniejszą?
Barça już w pierwszym roku kalendarzowym zdobyła wszystko, co było do wygrania. Kopana dyscyplina sportu nie należy do najmłodszych, jednak nikt wcześniej nie dokonał tego, co 38-latek w swoim pierwszym sezonie/roku! Tryumf w Lidze, Champions League, Pucharze Króla, Superpucharze Hiszpanii, Superpucharze Europy i w końcu Klubowe Mistrzostwo Świata – Barcelona udowodniła, iż niemożliwe nie istnieje, a już na pewno takiego słowa nie ma w barcelońskim słowniku. Po drodze Blaugrana upokorzyła odwiecznego rywala z Madrytu, dokonała również cudu na Stamford Bridge. Wtedy, gdy Dariusz Szpakowski wypowiedział jedyne mądre zdanie w swojej komentatorskiej karierze. Trzeba przyznać, że jego komentarz do bramki Iniesty był równie niesamowity, co gol Andrésa, zapewne każdy z osobna do dziś pamięta, że to była ta akcja, ta Barça i ten cud. Czy ktoś z Was chwilę przed cudownym strzałem maga z numerem osiem na trykocie wierzył, że słabo grająca Azulgrana w końcu trafi do siatki Čecha? Duma Katalonii podbijała świat skradając kolejne miliony serc piłkarskich fanów. Grę bordowo-granatowych podziwiali nawet jej najwięksi wrogowie zdając sobie sprawę, iż są świadkami narodzin jednego z największych w historii futbolu. Wielkie tryumfy, gdzie w pamięci najbardziej zapadło zdemolowanie Madrytu na Bernabéu, pokonanie United w Londynie i zlanie Realu w historycznym meczu na Camp Nou. 5 goli rycerzy Guardioli, akcje ośmieszające chłopców Mourinho, którzy tego dnia przy bohaterach Świątyni Futbolu wyglądali jak Daewoo Tico przy Lamborghini Aventador podczas wyścigu na ¼ mili. Ten mecz był dowodem na to, iż Pep stworzył zespół absolutnie niedościgniony. Ówczesny Real wydawał mi się wtedy drugim najlepszym zespołem globu, ale okazało się, że jest Barça i długo, długo nic…
Byłem dumny z tego zwycięstwa, z postawy barcelonistów na boisku i poza nim. Guardiola zmienił mentalność piłkarzy, ale i kibiców. Słowo klasa powinien mieć wytatuowane, tak by nigdy nie zapomniał o tym, co myślą o nim inni. Był szanowany absolutnie przez wszystkich, co nie zdarza się w dzisiejszych czasach zbyt często. Profesjonalista w każdym calu. Człowiek wyjątkowy, którego nie dało się nie kochać. Czasami irytowały mnie tylko jego konferencje, które zawsze były takie same, bolało mnie to, że czasami dawał kopać się Madrytowi, ale jak się później okazało, tylko do czasu. Od bronienia Klubu jest prezydent, nie trener, ale nawet oaza spokoju z czasem wybuchła niczym wulkan. Oczywiście był to wybuch kontrolowany. Podczas jednej z pamiętnych konferencji, Guardioli odpowiedział na zaczepki Mourinho w niesamowitym stylu. Pokazał mu, jak jest malutki, gdzie jest jego miejsce w szeregu, ale zrobił to w tak świetnym stylu, że nikt nie mógł się poczuć urażony. Zniszczył José jego największą bronią. Dzień po tym wydarzeniu szatnia przywitała trenera owacją na stojąco. Pep udowodnił, że nie da obrażać swojego zespołu i samego siebie w nieskończoność. Ale najwspanialsze było to, jak Barça odpowiadała na boisku. Chwile chwały i ciągłych sukcesów, życia w piłkarskim niebie trwały 4 lata. Nie sposób opisać wszystkich ważnych goli, meczów i zwycięstw. Podczas jego ostatniego sezonu spekulowano o jego odejściu, mówiono o wypaleniu, zmęczeniu i chęci rezygnacji. Nikt z nas sobie tego nie wyobrażał, nikt nie chciał w to uwierzyć. Barcelona z innym człowiekiem na ławce trenerskiej? Przecież to niemożliwe…
Po jakimś czasie wyszło na jaw, że Pep decyzję podjął już pod koniec roku kalendarzowego 2011. Z czasem o jego odejściu mówiło się więcej i więcej, marzyłem o tym, by jeśli najgorszy koszmar miał się rzeczywiście ziścić, to że Mister odejdzie jako wielki wygrany, pierwszy w historii człowiek, który wraz ze swoim zespołem obroni tytuł zwycięzcy Ligi Mistrzów. Niestety w półfinale ‘lepsza’ okazała się Chelsea. Barça pretensje o końcowy wynik może mieć tylko do siebie, a słowo, która najlepiej podsumuje ten dwumecz brzmi oczywiście - nieskuteczność. Zarówno na Stamford Bridge, jak i na Camp Nou mogliśmy wygrać bez problemów, ale nie od dziś wiadomo, że niewykorzystane sytuacje się mszczą. A już gol Torresa na 2:2 w rewanżu do dziś śni mi się po nocach. Wtedy tak naprawdę dotarło do nas, że to koniec wspaniałej przygody z Ligą Mistrzów. Jeśli Messi miałby wybrać najsmutniejszy dzień swojej kariery to z całą pewnością postawiłby na ten środowy mecz i zmarnowaną jedenastkę. Pokazał światu, że też jest tylko człowiekiem i, że nawet jemu zdarzają się błędy. Jakiś czas później Graham Hunter w swojej książce napisał, że to był najsmutniejszy wieczór w historii Pep Teamu. W szatni piłkarze nie wstydzili się łez, załamani przez długi czas nie mogli pogodzić się z ‘porażką’. Nie tak chcieli pożegnać swojego bohatera. W późniejszym czasie Dani Alves w jednym z wywiadów wyznał, że według niego ta porażka mogła przybliżyć Guardiolę do decyzji o odejściu.
Niedługo potem, 27 kwietnia Mister oficjalnie ogłosił, iż odchodzi z Barcelony. Pamiętam to tak, jakby to było wczoraj… Wiara do ostatnich sekund w to, że katalońska prasa się myliła, że to sen, że to nie dzieje się naprawdę… Włączyłem relację z konferencji w chwili, gdy Pepa nie było jeszcze w pomieszczeniu, widziałem tylko urywek końcówki pożegnalnej kompilacji z napisem 'Graciés Pep'. Zatkało mnie, w oczach pojawiły się łzy… Chwilę potem pojawił się Guardiola, by wyznać to, czego obawiali się miliony Culés. Miny Xaviego, Iniesty, Cesca czy Piqué mówiły wszystko. Wiedzieli o jego odejściu już od jakiegoś czasu, ale wtedy na konferencji z trudem powstrzymywali łzy. Ktoś później podpisał zdjęcie z ich wyrazem twarzy zdaniem: „Czasem nie potrzeba słów, by wyrazić, co się czuje”. Jedno proste zdanie, a wyrażało tak wiele.
Marzyłem, by pożegnalny mecz z Espanyolem zobaczyć na żywo, niestety było to niemożliwe. Byłem jednak dumny z postawy kibiców i piłkarzy. Camp Nou wypełnione po brzegi, wspaniała forma zespołu, który rozgromił rywala zza miedzy, gole dedykowane Misterowi. Na widowni setki transparentów z wyrazami wdzięczności, ogromna flaga z napisem ‘Graciés Pep’. To był magiczny wieczór, Guardiola zasłużył na wszystko, co najlepsze. Camp Nou pokazało, jak wyjątkowy dla Barçy był, jest i zawsze będzie szkoleniowiec z Santpedor.
Wiem, że wszystko, co dobre kiedyś się kończy. Że życie toczy się dalej. Wiem, że obecna Barça Tito również jest świetna, osiąga doskonałe rezultaty, tytuł Mistrza Hiszpanii ma praktycznie w kieszeni, w Lidze Mistrzów również jest głównym faworytem, ale… tęsknię za Guardiolą. Za Pepem jako trenerem, ale przede wszystkim za nim, jako człowiekiem. Był absolutnie wyjątkowy, zwykło się mówić, że nie ma ludzi nie do zastąpienia. Dla mnie Mister jest gościem, którego na swój sposób nie da się zastąpić. Marzenia się podobno spełniają. Ja marzyłem, że po roku nieobecności w świecie futbolu Pep wróci do swojego domu, choć w głębi serca wiedziałem, że to niemożliwe. Jeśli trenerzy zamiast garniturów nosiliby piłkarskie koszulki to jego numer zostałby zastrzeżony i zawieszony na Camp Nou. Jego zespół zdobył miliony serc, na wielu zostawiając napis „Reserved. Forever.” On odszedł nie dlatego, że się wypalił, że wygrał już wszystko, że miał dość utarczek z Mourinho. Żył Barceloną 24 godziny na dobę. On odszedł, bo kochał Barçę. Za bardzo… jakkolwiek to brzmi… Dziękuję Mistrzu!
Komentarze (252)