Podczas wtorkowego wieczoru, FC Barcelona po raz kolejny udowodniła, że niemożliwe rzeczywiście nie istnieje. A już na pewno o pięknie brzmiącym ‘impossible' w stolicy Katalonii nigdy nie słyszano. Przed meczem pisałem, że wybaczę piłkarzom wszystko, jeśli na boisku zostawią serce. Zostawili. Rozum podpowiadał, że o awans do ćwierćfinału będzie tak samo trudno, jak o tytuł Mistrza Anglii wszystkim poza United. Serce żywiło jednak nadzieję, a jak się okazało, nadzieja nie zawsze matką głupich jest.
Założenie było teoretycznie proste. Narzucić Milanowi swój styl gry, jeszcze bardziej ofensywny niż na co dzień, co miało skutkować szybkim strzeleniem gola, przejęciem całkowitej kontroli nad meczem i odebraniem Włochom ochoty do gry. Wszystko fajnie, ładnie, pięknie, ale... w formie poprzedzającej ten pojedynek o takim przebiegu rywalizacji mogliśmy tylko marzyć, przynajmniej tak mi się początkowo wydawało. Liczyłem też na przebudzenie katalońskiego giganta w osobie Camp Nou rzecz jasna. Oczekiwań było więc wiele, ale największym zaskoczeniem było dla mnie to, że... wszystko udało się zrealizować. Dosłownie wszystko. Moment wyjścia piłkarzy na murawę, hymn Barcelony wykonany a'capella przez 95 tysięcy fanów, niesamowita mozaika i podopieczni Allegrego jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego mieli mokro. Jeśli piknikowcy mieli przeistoczyć się w fanatycznych (jak na Barcelonę) kibiców zdzierających gardła dla swoich ulubieńców to nie było lepszego momentu niż ten z 12-ego marca.
Rozpoczęcie spotkania, na trybunach hałas jakiego na Camp Nou nie słyszałem jeszcze chyba nigdy i postawa samych zawodników, którzy od pierwszych sekund biegali za piłką tak, jakby po fatalnych meczach z Milanem i Realem byli głodzeni, a piłka przypominała im kebab. Niesamowity pressing, wielka koncentracja i dwunasty zawodnik na trybunach. Szybko strzelone golazo Messiego (do dziś się zastanawiam, jak on to zrobił!) sprawiło, iż wymarzony scenariusz stawał się coraz bardziej realny. Mijały kolejne minuty, Barça walczyła, atakowała i strzelała z każdej pozycji. Czy ja oglądam Blaugranę? Przecież my wchodzimy z piłką do bramki, my nie strzelamy z dystansu! A tu proszę, ktoś wreszcie poszedł po rozum do głowy i wyciągnął wnioski z kilku niepowodzeń w ostatnich latach. Ci piłkarze wygrali już wszystko, ale brakowało im historycznej remontady. Pierwszy gol, a raczej ‘celebracja' jego zdobycia była wymownym obrazem. Piłka wyjęta z siatki Abbiatiego, szybki powrót na własną połowę i gotowość do kolejnych ataków. Obserwując miny Messiego i spółki w ich oczach widziałem ogień. Nie chcieli tracić bezcennych sekund na nadmierną radość, przecież mecz się dopiero rozpoczął, a taki wynik niczego nam nie dawał. Mijały kolejne minuty, mury Camp Nou pękały od głośnego dopingu, a Barça napierała. Iniesta i Xavi wysyłali kolejne pociski... Abbiati w bramce dokonywał cudów, by jego drużyna nie wróciła do Mediolanu po pierwszej połowie. Milan nie wrócił, ale wróciła Barça. Ta wielka. Wróciła drużyna, która żyła z pressingu. Nadeszła 38 minuta. Błąd Mascherano, Niang biegnący na bramkę Valdésa. Zamknąłem oczy i widziałem Torresa zabijającego marzenia o zdobyciu Ligi Mistrzów. Byłem bliski zawału. Miał 3 dni i 16 godzin na oddanie strzału marzeń, a trafił... w słupek. Radość była niesamowita. Wiedziałem, że tego dnia nawet ktoś u góry ma bordowo-granatowy trykot i szalik w tych samych barwach. Kilkadziesiąt sekund później Messi znów wspiął się do nieba i skopiował strzał oddany na Wembley podczas finału z United. Odetchnąłem zarazem nie mogąc uwierzyć w to, co dziś grają. Niewykorzystane okazje się mszczą i futbol jest tego najlepszym przykładem. Przy prowadzeniu 2:0 schodziliśmy na przerwę. Czy mogło być piękniej? Świetny wynik, jeszcze lepsza gra, a i szczęścia nie brakuje. Nawet kataloński gigant po niespełna 56 latach się obudził. Kibice mieli pomóc drużynie w wykonaniu remontady, było lepiej. Sprawili, że Camp Nou odleciało niczym
spodek. Kocham swój kraj, siatkówkę i ten moment gdy śpiewając hymn w towarzystwie kilkunastu tysięcy fanów masz ciary na całym ciele, a twarz zaraz po jego odśpiewaniu jest tak czerwona, jak u fanów picia denaturatu nocujących na ławkach pobliskiego parku.
Druga połowa, Barça wychodzi na takim samym powerze, jak w pierwszej części. Atak, atak i jeszcze raz atak. W 55. minucie byłem w ekstazie. Gdyby Allegri był trenerem siatkarzy to poprosiłby o czas i swoim podopiecznym założył pieluchy. Perfekcyjne podanie Xaviego do Villi, a El Guaje strzela jednego z najważniejszych goli w swojej przebogatej karierze. Tego wieczora nie było w Barcelonie piłkarza, którego gola pragnąłem bardziej. Po uderzeniu Villi rozpierała mnie duma. Był tak szczęśliwi, że myślałem, że za chwilę z tej radości się rozpłacze, a ja razem z nim. Nie jest w tym klubie traktowany, tak jak należy, nie gra tyle, na ile zasługuje, a odwdzięcza się wielkim serduchem i niezawodnością. Nawet jego pomeczowe słowa są bardzo wymowne. „W takich chwilach zapominasz o wszystkim, co złe." To istny fenomen. Gra mniej od innych, a po Messim jest najlepszym strzelcem drużyny. Jeden z ulubieńców katalońskiej publiczności, szkoda, że nie wśród sztabu szkoleniowego i samego zarządu. Czasami mam wrażenie, że są w tym Klubie osoby, które robią wszystko, by Davida się pozbyć. Zaproponowanie mu ‘roli Larssona' było tym, czym Endrju raczył Riddicka Bowe'a przed laty w walce o mistrzostwo świata. Drugi najlepszy strzelec najlepszego klubu na świecie, w formie lepszej aniżeli Alexis czy tym bardziej Pedro ma cierpieć kosztem swoich młodszych kolegów. To brzmi, jak ponury żart. Chciałbym kiedyś zapytać Vilanovy i reszty, czego brakuje mu, by grać dla Barçy. Skuteczności? Zaangażowania? Przecież on ma wszystko! Wiecie... czasami zastanawiam się, co będzie po sezonie. Czy bardziej chciałbym jego pozostania czy odejścia. Ten facet jest niesamowity i jeśli w Barcelonie zamierzają traktować go tak, jak obecnie to wolę, by odszedł do innego klubu i udowodnił kilku niedowiarkom, że nadal jest jednym z najlepszych piłkarzy na świecie. Mam wrażenie, że nawet ten niesamowicie ważny gol niczego nie zmienił. W 75. minucie do wejścia przyszykowany był już Alexis. Wiadomo na jakiej gra pozycji, wiadomo jak grał w tym meczu Villa, i wiadomo, jak tego dnia ‘grał' trzeci z piłkarzy walczący o miejsce obok Messiego. Jeśli dopatrywać się w tak genialnym meczu minusów to postawa Pedro byłaby jednym z nich. Tym czasem boisko opuścił właśnie Villa. Jego mina mówiła wszystko. Nie wiem, co ten chłopak musiałby jeszcze zrobić by Vilanova poszedł po rozum do głowy. Było mi go zwyczajnie żal. Ale cieszyłem się, że Camp Nou doceniło jego postawę. Standing ovation, o tak - to jest to na co zasługuje Asturyjczyk! Nawet Allegri po meczu chwalił El Guaje wyróżniając go w pierwszej kolejności. Wymowne prawda?
Po zdobyciu trzeciego gola Barcelona nieco się uspokoiła. Grała bardzo mądrze, ofensywnie przysposobiony Alves cofnął się do tyłu. Milan nie istniał. Nawet jeśli próbował, to nie do ogrania tego dnia był Busquets, świetnie swoich rywali wyprzedzał Mascherano, nawet Messi wracał się pod własne pole karne! Boateng i reszta nie mogli znaleźć sposobu na wielką Barçę. Martwić mogła jedynie postawa biernego arbitra, który kartki chyba przepił podczas balangi w hotelu w przededniu spotkania. Milan aż się prosił o kartki, skończył z zaledwie trzema. Mimo prowadzenia 3:0 wciąż drżałem o wynik, zdawałem sobie sprawę, że jeden fuks Milanu mógł zniszczyć nasze marzenia o remontadzie. Ale nie tego dnia. W 93. minucie ‘kropkę nad i' postawił biały Usain Bolt. Jordi Alba, który zagrał fantastyczne spotkanie w ostatnich sekundach meczu przebiegł całą długość boiska, na pełnej szybkości, by wykończyć świetną asystę Alexisa. Jordi, jak i wielu jego kolegów był tego dnia wielki. Przed meczem zastanawiałem się, jak sobie poradzi ustawiony w jednej linii z Piqué i Mascherano. Wszyscy dobrze znamy charakter Alby, wiemy, jak ciągnie go do przodu. Ale tego wieczora musiał pilnować swojej bramki. I robił to perfekcyjnie, czego najlepszym potwierdzeniem był wślizg i zablokowanie groźnego strzału pod koniec meczu.
Po 94. minutach Kassai zagwizdał po raz ostatni. Chóralnym śpiewom nie było końca. Barça wróciła, tak, ta wielka Barcelona, jaką znamy z czasów Guardioli. Znów wspięła się na szczyt, zagrała absolutnie perfekcyjnie. Dokonała czegoś, co wydawało się niemożliwe, a historia znów pisała się na naszych oczach. Poświęciłbym też kilka słów wszystkim tym, którzy mówili o końcu pewnej ery, ale... sam musiałbym się później zbanować, więc sobie daruję. Piłkarska perfekcja. Gdybym miał wymienić mecze z ostatnich lat, które zrobiły na mnie tak wielkie wrażenie to wymieniłbym tylko trzy. Real, Real, United. Wyniki znacie.
Jesteśmy też po losowaniu, więc i na ten temat napiszę dwa słowa. Jak wiadomo trafiliśmy na PSG, co sądzę o tym rywalu? Z całym szacunkiem dla Francuzów, ale z losowania jestem bardzo zadowolony. Tym bardziej, że w pierwszym meczu nie zagra Zlatan, a co to oznacza dla jego zespołu? Wyobraźcie sobie Kamila Stocha skaczącego na jednej narcie. PSG bez Ibry to zespół przeciętny o czym gracze Ancelottiego przekonali się w tym sezonie nie raz. To inni mają się bać nas, nie my innych.
Komentarze (206)