"Atléti to zespół o więcej niż jednej twarzy". Wywiad FCBarca.com: M. Bystrzycki

Challenger

20 sierpnia 2013, 17:10

37 komentarzy

W przededniu starcia o pierwsze trofeum Gerardo Martino w nowym klubie i szansy na wymarzone dla zespołu wejście w nowy sezon, rozmawiamy z Mateuszem Bystrzyckim. Dziennikwarz znany ze Sportklubu to świetny rozmówca i detektyw najdrobniejszych detali decydujących o sukcesie we współczesnej piłce nożnej.

Redaktor Bystrzycki to wieloletni komentator lig południowoamerykańskich i czołowych pucharów krajowych Europy. W rozmowie z FCBarca.com mówi o swoich odczuciach przed dwumeczem Barçy z Atlético, silnych stronach ekipy Diego Simeone, układzie sił w La Liga, "nowej-starej" Barcelonie i klimacie Gran Derbi bez "Mou".

Zapraszamy do lektury!

FCBarca.com: Przed nami Superpuchar Hiszpanii, ale wywiad dotyczący przede wszystkim Barçy zacznę przewrotnie - od pytania dotyczącego naszego superpucharowego rywala. Co zadecydowało o tym, że Atleti pokonało Real w finale Pucharu Króla?

Mateusz Bystrzycki*: Wydaje mi się, że Atlético miało furę szczęścia. Nie idzie nawet o to, co działo się pod bramką „Rojiblancos" i jak świetny profesjonalista bronił do niej dostępu - Thibaut Courtois to w końcu jeden z najlepszych bramkarzy na świecie, nie mam co do tego wątpliwości - ale też o moment rozgrywania spotkania i kondycję psychiczną w jakiej do tego meczu przystępował Real. Temu szczęściu trzeba było oczywiście pomóc i Atlético się to udało, gdyż niezależnie od wszystkiego to klasowy zespół. Zespół, po którym jak na dłoni widać pracę trenera.

Czasem jest tak, że dany zespół jest prowadzony przez tego czy innego szkoleniowca, wyniki są dobre lub nawet olśniewające, ale trudno powiedzieć coś konkretnego o stylu gry danego teamu. W przypadku Atlético wpływ koncepcji trenera jest bardzo zauważalny. Odnoszę wrażenie, że ta drużyna to zbiorowe, kolektywne odzwierciedlenie tego, jakim piłkarzem był Simeone. "El Cholo" z boiska na trenerską ławkę, na swoich podopiecznych przeniósł charakter, zadziorność, wolę walki. Nie dotyczy to wyłącznie Atlético, ale i Racingu Club de Avellaneda, który Simone prowadził wcześniej. Mając okazję komentować w tamtym okresie Racing towarzyszyło mi wrażenie, że niezależnie od gorszego dnia któregoś z graczy, ogólny poziom gry zespołu będzie zbliżony. Patrząc np. na sąsiadów Racingu z ligowej tabeli było to bardzo charakterystyczne i już wtedy pokazywało trenerską kompetencję Simeone. Na Calderón jest to widoczne jak w soczewce.

Wracając do finału Pucharu Króla, obok tysiąca innych czynników, Real przystępował do tego meczu totalnie rozklekotany konceptualnie. To, co działo się w szatni Realu na przestrzeni ostatnich tygodni ubiegłego sezonu przypominało stajnię Augiasza, której nikt nie był w stanie posprzątać, a już na pewno nie José Mourinho czy Florentino Pérez. W omawianych okolicznościach Real nie pokazał w finale Copa del Rey swojego najlepszego oblicza - choć i tak był to momentami bardzo zacięty mecz - i Atleti to wykorzystało. To zresztą świetny przykład, dowód na to, do jakiego stopnia postawa portugalskiego trenera wpłynęła na zespół i jego otoczenie. Odnoszę wrażenie, że w ogólnym rozrachunku Mourinho wyrządził Realowi wielką krzywdę - klubowi, kibicom, niektórym zawodnikom, części współpracowników. Realowi jako miejscu wyznawania pewnych wartości - niegdyś klubowi dżentelmenów, klubowi Señorío, pewnej marce. Mourinho podeptał ten etos. W jakimś sensie zdegradował to, co historycznie było w Realu najlepsze. W klubie ze stolicy nie są najistotniejsze pozyskiwane za bajońskie sumy gwiazdy, zarabiający krocie piłkarze o umiejętnościach porywających tłumy czy ogromny potencjał marketingowy, ale osiągnięcia klubu, tytuły, miejsce w historii światowej piłki, a także wartości, z którymi Real względnie się utożsamiał. Mourinho to zmienił, deprecjonując te wartości. Wytoczenie najcięższych broni przeciwko Ikerowi Casillasowi, ikonie, legendzie, symbolowi klubu, to jeden z przykładów pozaboiskowych szaleństw Mourinho. Przychodząc do Realu, zamiast ściągać presję ze swoich piłkarzy, Portugalczyk zajął się uzewnętrznianiem swoich fobii i kompleksów względem Barcelony, nałożył dodatkowe ciśnienie. Za kadencji Mou w Madrycie wręcz buzowało ono spod aparycji takich graczy jak Coentrão, Marcelo, Xabi Alonso, Pepe czy Arbeloa. Mourinho plątał się w swoich oskarżeniach, był niekonsekwentny i chaotyczny, absurdalnie wręcz budował wokół siebie otoczkę maga, znachora. Hipokryzja aż wylewała się z poczynań portugalskiego trenera, który miał istotny udział w zohydzeniu wizerunku Gran Derbi.

Wspomnieliśmy, że mimo wszystko był to mecz zacięty. Czy dwumecz Supercopy będzie równie zacięty? Jakie argumenty piłkarskie ma Atlético w kontekście starcia z Barçą? Jakie pana zdaniem Rojiblancos mają szanse w tym finale?

Duże, ale mniejsze niż Barcelona [uśmiech]. Jakość piłkarzy Barçy jest zdecydowanie większa. Nie ma co się rozwodzić nad tym, że za 60 milionów odszedł do Monaco Falcao, wobec czego zęby trzonowe drużyny zostały wyrwane, bo to niepełna prawda. Nie lubię tendencyjnego spłycania zagadnienia, powierzchowna ocena niemal zawsze odrywa się od stanu faktycznego. W Atlético, pomimo odejścia Falcao są ludzie, którzy potrafią strzelać bramki. To chociażby Diego Costa, który poza swoją skutecznością - nawiązując do Twojego pytania o intensywność, zaciętość tego dwumeczu - gwarantuje nam dużo pozapiłkarskich emocji, szturchania, kuksańców, skrobania po „marchewkach". Atlético to ekipa walczaków i na pewno nie złożą broni przed ostatnią minutą meczu. Będę się upierał, że obok tej waleczności, determinacji, cech wolicjonalnych, Atlético to naprawdę klasowa drużyna mająca jakościowego napastnika, jakim jest David Villa.

Jest pan zwolennikiem dwumeczowego Superpucharu Hiszpanii czy raczej formuły jednomeczowej, jak Tarcza Wspólnoty, DFB Pokal czy Tarcza Cruijffa w Holandii?

Wydaje mi się, że to przedłużenie emocji o jeden mecz w jakimś sensie pomaga kibicom. Wydłuża widowisko. To też korzystne dla federacji, firm i ludzi zarabiających na tym wydarzeniu, w jakimś stopniu dodatkowo służy to promocji La Liga.

Fakt, że w Hiszpanii Superpuchar rozgrywa się na obu obiektach, w dwóch odsłonach, pomaga też moim zdaniem w obiektywnym wyłonieniu zwycięzcy. Inna sprawa, że futbolowy kalendarz na początku rozgrywek jest bardzo napięty i dokładanie do grafikowych kratek, upychanie w nim - szczególnie w roku mundialu - dodatkowego meczu jest czymś, co piłkarzom nie pomaga. Z drugiej strony, każde starcie dużych klubów, z silnym rywalem - a takie zazwyczaj występują w Superpucharze - to jest coś ekscytującego nie tylko dla fanów, ale jestem przekonany, że również dla piłkarzy. Całe środowisko „Barcelonismo" powinno murem stanąć za swoją drużyną, bez względu na ruchy, niemal tektoniczne, które w ostatnim czasie wstrząsały okolicami Les Corts. Cules powinni zjednoczyć się, a na wszelkie zarzuty i wątpliwości odpowiadać wraz z drużyną na stadionie. Nigdy poza nim. Uważam, że powinniśmy spoglądać za plecy, w przeszłość, szanując swoją historię i tożsamość, które są największym skarbem „Blaugrany".

Atlético zmieniło się latem. Odszedł Falcao, definitywnie pożegnano się z Pizzim, przyssanego do ławki Domingo Cismę oddano bez żalu do Elche, a w ich miejsce przyszli Léo Baptistão, Villa i zaciąg ultraciekawych postaci Atlético B. Atlético kadrowo byłoby silniejsze niż przed rokiem. Byłoby, gdyby nie odejście Radamela Falcao... Patrząc na ten zmodyfikowany, obecny skład, jakie argumenty piłkarskie i taktyczne ma Atlético w starciu z Barçą i całym obecnym sezonem?

W moim przekonaniu następcą Radamela Falcao nie będzie Léo Baptistão, co gorsza, w stołecznych zakątkach mówi się również o odejściu Ardy Turana i to byłaby dla Atlético ogromna strata. Mówiąc o argumentach sportowych czy taktycznych należy odwołać się do tego, czym piłkarze Simeone imponowali w poprzednim sezonie. Zadziorność i wola walki to jedno, ale niezbywalnym walorem Atlético jest także zespołowość, bardzo kolektywne dążenie do sukcesu.

Poza tym to nie jest tak, że Atlético miało w poprzedniej kampanii jeden piłkarski wymiar, jeden styl i sposób gry. Lubimy uławiać sobie życie, przyklejać łatki i upychać ludzi czy zjawiska do trochę ciasnych szuflad, ale w przypadku Atlético to bardzo trudne. Oni nie grają „jak Barcelona" - nawet jeśli to określenie uległo w ostatnim czasie osłabieniu i dezaktualizacji - ale efektowna gra piłką nie sprawia im problemu. Z kolei w innych przypadkach potrafią błyskawicznie przejść z obrony do ataku. Chcę wyraźnie podkreślić, że w ubiegłych rozgrywkach może nie była to drużyna o wielu twarzach, ale na pewno nie o jednej.

O paru?

Tak, powiedzmy, że o paru [śmiech]. Mam wrażenie, że ta drużyna może w być w tym roku jeszcze silniejsza, także dlatego, że Simeone lepiej zna swoich żołnierzy, przeżył z nimi niejedną bitwę, niektóre wygrał, ci piłkarze na pewno są wzmocnieni wewnętrznie triumfem w Pucharze Hiszpanii nad Realem Madryt, a ponadto piłkarze i trener na pewno są dodatkowo zmobilizowani kwalifikacją do Ligi Mistrzów. Musimy pamiętać, że to był nadrzędny cel „Rojiblancos" na poprzednie rozgrywki.

Oni dość szybko uplasowali się w czubie tabeli, długimi tygodniami zajmowali drugie miejsce w tabeli nad Realem i nawet gdy stracili je na rzecz „Królewskich", którzy dość szybko „odjechali", to na Calderón nie robiono z tego problemu. Czyniono wszystko, aby konsekwentnie zbierać ligowe punkty w innych meczach i utrzymać odpowiednią przewagę nad resztą tabeli, dającą kwalifikację do LM bez konieczności gry w eliminacjach. Z tego względu Atlético kompletnie odpuściło zeszłoroczną Ligę Europy, która o rokwcześniej była dla klubu bardzo istotna, co skończyło się zresztą triumfem w finale. Zmieniono priorytety, bo Atleti zależało na uczestnictwie w Lidze Mistrzów, dzięki czemu przystępują do tego sezonu z poczuciem wykonanej misji, dobrze wykonanego zadania. Dla Atlético ewentualna porażka w Superpucharze nie będzie czymś traumatycznym, znakiem katastrofy czy końca świata. Dla Barcelony będzie to dużo poważniejszy omen. Myślę, że poza argumentami sportowymi to przed pierwszym gwizdkiem silny atut Atlético na płaszczyźnie mentalnej. Uciekabym jednak od prognoz drastycznych, radykalnych. Szukajmy barw pośrednich.

Można trochę podstępnie powiedzieć, że Atlético straciło Falcao, a Barcelonie doszedł Neymar. Czyli madrytczycy jedną ze swoich głównych strzelb stracili, a Barça - kolejną zyskała. Co to oznacza dla przebiegu Superpucharu z perspektywy Barcelony?

Nie wiem, czy Neymar wybiegnie w podstawowym składzie. W danej chwili nie ma ku temu wielu racjonalnych przesłanek. Nie ukrywam, że premierowy mecz Gerardo Martino nadwątlił nieco moje sztywne przekonania. Zaskoczenie dotyczyło już wyjściowego składu Barcelony. Należy w tym miejscu podkreślić, że dyspozycja minutami była w mojej ocenie jakościowym skokiem w górę względem praktyk poprzedniego sztabu szkoleniowego. Mam nadzieję, że „El Tata" będzie wytrwały w swoich początkowych postanowieniach.

W przypadku Neymara apeluję o daleko posuniętą ostrożność. Idzie zarówno o oczekiwania kibiców, ich zachwyty lub połajanki, jak i postępowanie sztabu szkoleniowego. Brazylijczyk pali się do gry, mam wrażenie, że najchętniej zamknąłby w toalecie w szatni Alexisa lub Pedro i sam wybiegł na plac, ale to jest zjawisko całkowicie zrozumiałe. „Ney" potrzebuje czasu, cierpliwości swojej i otoczenia, a także zrozumienia, że wbrew wszelkim sygnałom, nie należy jeszcze do grona najlepszych piłkarzy świata, a już na pewno nie znajduje się na poziomie Leo Messiego, Andrésa Iniesty czy Cristiano Ronaldo. I nie zmienia tego triumf w Pucharze Konfederacji. Komercyjno-reklamowa otoczka to nie wszystko, łatwo zagubić się w celebryckim, nieco próżnym samozachwycie. Odnoszę wrażenie, oby błędne, że póki co Neymar jeszcze zanadto lubi spoglądać w lustro.

Co może osiągnąć w Atlético David Villa?

To jest dobre miejsce dla Villi. Na pewno będzie czołową postacią drużyny i otrzyma zaufanie, minuty, czyli to, czego brakowało mu w ostatnim czasie na Camp Nou. Atlético daje mu gwarancję zachowania ekskluzywnego statusu jako piłkarza. Villa na pewno zapamięta na długo moment swojej prezentacji, o co postarali się już kibice Atlético. Wie, że będzie centralną postacią ataku, będzie mógł grać na swojej ulubionej pozycji, bez konieczności błędnego wędrowania po obrzeżach skrzydeł. Ponadto, będzie miał obok siebie faceta, który wyszarpie, wywalczy dla niego te piłki. Diego Costa to jeden z największych walczaków ligi.

Z kolei za plecami napastników, co moim zdaniem może okazać się jeszcze ważniejsze, będzie operował Gabi. To gracz, który jest w stanie obsłużyć „El Guaje" bardzo dobrą, prostopadłą piłką. Nie na wolne pole, bo Villi na wolne pole już się raczej nie powinno grać, tylko po prostu fajną piłkę do nogi. W Atlético Villa znów będzie mógł strzelać swoje gole, charakterystyczne dla niego.

Myślę, że z tych i innych względów Atlético to dla Villi odpowiedni klub. Jest to w pewnym sensie zjechanie windą piętro niżej, zgodnie z pewnym prawidłem charakterystycznym dla zawodników schodzących powoli z futbolowego piedestału. On faktycznie zjeżdża tu w dół, ale tylko o jedno piętro, bez drastycznej dla niego różnicy, bo wciąż będzie w ligowym topie, w Lidze Mistrzów, w tym blichtrze wielkiej piłki i blasku fleszy, czego ewidentnie brakowało mu w ostatnim sezonie w Barcelonie, a których potrzebuje jako najskuteczniejszy strzelec w historii hiszpańskiej reprezentacji.

Kończąc wątek Superpucharu, przejdźmy do słabszych stron zespołu z Vicente Calderón. Sytuację kadrową Barçy znamy, które pozycje w Atlético można uznać za newralgiczne? W których sektorach boiska otwierają się szanse dla Barçy? Co jest najsłabszą formacją Atleti - obrona, skrzydła? Bramka - na pewno nie.

Jest pewien problem na lewej stronie obrony i w środku. Godin i Miranda są wspaniałymi fachowcami w swojej dziedzinie, ale gdy któryś z nich wypadał z gry, było pewne, że obronę Atlético czekają ciężkie chwile. Nie bardzo było kim ich zastąpić. Grał Daniel „Cata" Díaz, ale to nie był facet o pewności ochroniarza w szwajcarskim banku. Podobnie jest z bokami obrony Atlético. O ile Juanfran i Filipe Luis to świetni piłkarze, ich zmiennicy wciąż pozostają z perspektywy Atlético melodią przyszłości. Jest co prawda na lewej stronie Emiliano Insua - wychowanek Boca Juniors, były gracz Liverpoolu, Galatasaray i Sportingu Lizbona, gdzie spisywał się znakomicie - ale wydaje mi się, że na tym najwyższym poziomie pozostaje nadal piłkarzem niesprawdzonym. Gdy grał na przykład przeciwko Barcelonie na zakończenie ubiegłego sezonu, wypadł bardzo blado. On na pewno potrzebuje minut, podobnie jak grający po drugiej stronie boiska Javi Manquillo, bardzo ciekawy piłkarz, ale i bardzo młody. Niesprawdzony, niedoświadczony, na ten moment coś a'la tykająca bomba.

Jeśli idzie o środek pola, Rojiblancos wyglądają bardzo dobrze. Suárez, Koke i Gabi to świetnie obsadzona formacja, ale przede wszystkim - co chciałbym szczególnie podkreślić - Oliver Torres. Na tego piłkarza polecam zwrócić szczególną uwagę. 18-letni playmaker, na którego powinien Simeone stawiać i jestem pewien, że będzie.

Podobno parol zagina na niego Barca. Nie brakowało w ostatnim czasie spekulacji mediów katalońskich i madryckich, że zapewnienie sobie prawa pierwokupu Torresa to drugie dno tak dramatycznie niskiej kwoty odstępnego za Davida Villę.

Jeśli faktycznie istnieje w tym płaszczu domysłów choćby źdźbło prawdy - choć osobiście w to wątpię - to można tylko stwierdzić: „kapitalny wybór". To świetny piłkarz, doskonale panuje nad futbolówką, ma wizję gry, na boisku jest swobodny i kreatywny.

Mówiliśmy o tym, że sytuacja Realu w końcówce ubiegłego sezonu pomogła Atlético w odniesieniu końcowego zwycięstwa. Nie była decydująca, bo nawet rannego rywala trzeba umieć pokonać, zdołać strzelić o jedną bramkę więcej i szalą zwycięstwa pokierować na swoją korzyść. Mimo to, taki i nie inny przebieg tamtego meczu, to, że nie widzieliśmy Realu w jego najlepszej formie, sprowadza nas do pytania o ten mityczny duopol w hiszpańskiej piłce. Czy jest nadzieja dla La Liga?

Jest, ale z każdym rokiem coraz mniejsza. Z hiszpańskiej ekstraklasy odpłynęli całą grupą piłkarze, którzy stanowili o sile innych drużyn mogących włączyć się do tego mistrzowskiego wyścigu. To żaden przypadek, że ci najlepsi, najbardziej wyróżniający się gracze, jak choćby Barrada, zaczynając najniżej, aż do nazwisk najgłośniejszych, jak Navas, Soldado czy Negredo - z tej ligi odeszli. Nawet Paco Jémez, szkoleniowiec ciekawy i zazwyczaj stonowany w swoich wypowiedziach, powiedział parę dni temu, że liga hiszpańska nie jest już najsilniejszą na świecie, ale na ten moment plasuje się na drugim czy nawet trzecim miejscu. Nie chciałbym tego teraz rozstrzygać, ale pokazuje to jakie nastroje panują poza Barceloną i Madrytem.

Swoje znaczenie mają też konsekwencje kryzysu finansowego, który jak zwykle najbardziej uderzył po kieszeni tych najbiedniejszych. Decyduje to o kondycji i potencjale sportowym wielu klubów ligi.

Coraz więcej fanów lubi oglądać mecze innych hiszpańskich drużyn. Poza Hiszpanią wzrosła liczba fanów Atlético, z jego twardą, konsekwentną grą i magicznym Falcao. Postawa Málagi Pellegriniego, jej styl i wyniki też robiły furorę w Europie, nawet wśród fanów, którzy La Liga nie śledzą na co dzień. Powszechnie zachwycano się obrazem gry Realu Sociedad. Czy mimo dysproporcji wynikających z powodów, o których mówimy - to wciąż jest ciekawa, ekscytująca liga?

Moim zdaniem jest bardzo ekscytująca, ale nie patrzę na to obiektywnie. Dla mnie Hiszpania, piłkarsko i jako kraj, pozostaje czymś absolutnie fascynującym, ciągle nie odkrytym i bardzo pociągającym. Zdecydowanie preferuję hiszpański sposób bycia. Uwielbiam wieczorne godziny rozgrywania meczów, w przeciwieństwie do blasków palącego słońca na murawie stadionu, gdzie mecz startuje o 14:30. Do tego wolę tapas, oliwki i sangrię, zamiast niemieckiego „wursta" albo przytłustych frytek z jajkami i białą kiełbaską. To wszystko sprawia, że moje zdanie jest dalekie od obiektywizmu. Hiszpania, bez względu na to czy mamy dwa czy cztery wiodące zespoły, zawsze jest kopalnią nieodkrytych, niezmierzonych połaci talentów, które kwitną gdzieś w mniejszych klubach czy niższych ligach.

Z racji swojego dziennikarsko-kibicowskiego ADHD lubię poznawczo oglądać inne ligi, aby mieć bieżące poglądy i wciąż to Hiszpania jest ligą, którą oglądam z największą przyjemnością. Także takie mecze, o których wspomniałeś, klubów z dalszych miejsc w tabeli, mecze, które nie są pokazywane w telewizji. Z wielu względów, w tym społeczno-kulturalno-historycznych, podróżniczych, ale i mentalnościowych, Hiszpania góruje w moim subiektywnym rankingu nad Anglią, Niemcami czy Francją.

Kogo obok Barçy i Realu widzi pan w czołówce ligowej tabeli?

O potencjale Atlético już mówiliśmy. Sobotni mecz Valencii z Málagą pokazał nam, że o ile Málaga nie będzie stanowić w tym sezonie konkurencji dla czołówki La Liga, o tyle Valencia przy wzmocnieniu linii ataku już tak. Pewne trzy punkty zgarnęły też w pierwszej kolejce rewelacje ubiegłych rozgrywek, czyli Sociedad i Rayo, od zwycięstwa nowy sezon zaczęto w Bilbao.

Mówiąc o Bilbao, jestem przekonany, że Athletic znów będzie podbijał nasze zatęchłe ich postawą ostatnimi czasy serca. Między innymi dlatego, że dysponują niesamowitą drugą linią. Muniain, Benat, De Marcos, Ander Herdera i Iturraspe - te nazwiska robią na mnie olbrzymie wrażenie. 

Co wiemy o Barcelonie post-Tito z meczów presezonu?

Gra defensywna Barçy za Vilanovy wołała o pomstę do nieba. Nie jest przypadkiem, że grono tak wybitnych piłkarzy jednocześnie obniżyło loty w tym aspekcie. Gra obronna zespołu to nie jest tylko postawa obrońcy, tego czy innego, współpraca pomiędzy lewym środkowym defensorem i lewym skrajnym, obraz gry całej formacji. Gra defensywna to ogół poczynań całego zespołu. Cała, kolektywna gra w destrukcji. Od postawy graczy napadu, przez pomoc, mobilność piłkarzy, pressing, intensywność, przygotowanie kondycyjne i taktyczne. Na każdym z tych pól Barcelona zawodziła, co z kolei przekładało się w ogromnym stopniu na morale drużyny i jej skuteczność w pozostałych elementach gry. Ocena pracy Tito Vilanovy musi zawierać w sobie ocenę pozbawioną współczucia związanego z nawrotem choroby. Cenzurka dotycząca choćby gry defensywnej zespołu wypada blado. Zawodziły jednak nie tylko formacje w sensie ogólnym, ale również - a może przede wszystkim - indywidualne jednostki. Niezależnie od jakości przeciwników Barçy tego lata, to już po okresie przygotowawczym i meczu z Levante widać sporą zmianę w grze defensywnej. Wrócił pressing, intensywność, zaangażowanie i zalążki automatyzmu w poszczególnych aspektach ogólnej postawy defensywnej drużyny. Martino odwołuje się do najlepszego z wzorców, czyli Barcelony Pepa Guardioli.

Argentyńczyk to trener wymagający i zdyscyplinowany i już widać tego efekty na boisku. A jak oceniać presezon? Trudno stwierdzić jednoznacznie, bo przed Levante Martino prowadził zespół ledwie w trzech meczach towarzyskich, dokonywał wyborów opartych bardziej na swojej intuicji niż rzeczywistej pracy z zespołem, bo sami piłkarze przyznawali, że po przyjściu nowego trenera więcej było obowiązków marketingowych i charytatywnych niż faktycznej, rzetelnej pracy na treningach. Dlatego zamiast wróżyć z fusów presezonu, kluczową sprawą jest moim zdaniem czas.

Jednym z największych wygranych okresu przygotowawczego wydaje się Alexis Sánchez. Mnóstwo publicystów wpadało w zachwyt twierdząc, że Barça odzyskała Alexisa, sam Martino podtrzymywał ten entuzjazm swoimi wypowiedziami, że jest z takiego Alexisa zadowolony i będzie dążył do tego, by na Camp Nou Chilijczyk był równie wydajny, przydatny jak w kadrze Marcelo Bielsy. Na usta ciśnie się pytanie: jakiego Sáncheza obejrzymy w tym sezonie?

Sánchez został przywrócony Barcelonie już w końcowym etapie zeszłego sezonu, ale to wynikało z faktu, że Barçy nie towarzyszyła presja wyniku. To samo można powiedzieć o meczach sezonu przygotowawczego, dlatego wstrzymywałbym się z nazbyt entuzjastycznymi ocenami tego presezonu w wykonaniu Alexisa i wyciąganiem na tej podstawie daleko idących wniosków. Podobnie ze statystykami Leo Messiego - 5 goli i 5 asyst, pobity rekord presezonu, ale znów wracamy do oceny jakości rywali, jakich Barça miała na tapecie.

Natomiast niezależnie od tego, niezależnie od tego, co Alexis gra - widać ogromną zmianę w tym, co Alexis mówi. Czuje się komfortowo, jest pełen entuzjazmu i tu procentuje zaufanie, jakiego tuż po zakończeniu zeszłego sezonu otrzymał od kierownictwa klubu, które w perspektywie okresu transferowego jasno stwierdziło, że Alexis nie jest na sprzedaż, ma wsparcie klubu i sztabu trenerskiego. Przyjście Martino być może wzmocni jego pozycję w drużynie i rzeczywiście rodzi się w tym sezonie szansa zobaczyć tak dobrego Sáncheza, jakiego w barwach Barcelony jeszcze nie widzieliśmy... Potrzebujemy czasu, a nie przewidywań naszych mózgów. Woody Allen mawia, że mózg jest najbardziej przecenianym z ludzkich organów.

Rozmawiał challenger

* Mateusz Bystrzycki - od 12 lat wykonuje zawód dziennikarza sportowego. W 2009 roku trafił do stacji Sportklub Polska, gdzie pracuje do dziś. Na przestrzeni ostatnich lat skomentował blisko 400 meczów z udziałem najlepszych drużyn świata, m.in. Sevilli, Valencii, Chelsea, Manchesteru City, Liverpoolu, Arsenalu, Anderlechtu Bruksela czy Boca Juniors Buenos Aires.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (37)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze