W ciszy stadionu. Narodziny nowego magika

Karol Chowański 'Challenger'

28 września 2013, 13:02

37 komentarzy

Camp Nou podekscytowane jak koty w marcu, studenci podczas juwenaliów i katolik na pielgrzymce. Fani i fanatycy futbolu mają tak zawsze gdy na ich oczach rodzi się coś wyjątkowego.

Choć jako fani tej dyscypliny wszyscy lubimy (wolimy?) futbol skuteczny, to wciąż bardzo wielu z nas najwyżej ceni futbol porywający jak najlepsze filmy akcji a malowniczy jak rajscy ptacy. Futbol to zaskakujący, bezkreśnie zachwycający, kipiący ofensywnym rozmachem i jakże w tym rozmachu olśniewający*.

Piszę o tym, gdy na europejskich murawach rozpędza się kolejny piewca najlepszych barcelońskich tradycji. Zatrzymajmy się jednak na chwilę, aby wspólnie zastanowić się, jak najkrócej scharakteryzować komuś z zewnątrz - choćby i kompletnemu piłkarsko laikowi - styl FCB...

„Piłkarska magia" - czy będzie OK? A magia bez magika jest tylko pustym słowem. Camp Nou cierpiało ostatnio na wiele przypadłości, ale jedną z najbardziej przykrych był deficyt magików.

Coś co na pierwszy rzut ucha brzmi jak tępa herezja (mówimy w końcu o aktualnych mistrzach Hiszpanii, gronie ludzi wybitnych w swym fachu), niesubtelnie zyskuje na rzeczowości, gdy zwrócimy uwagę, że zastani tu kuglarze - zdążyli nam wszystkim trochę spowszednieć. Zamiast zachwycać jak świat długi i szeroki zaczęli przypominać trupę artystów serwujących te same sztuczki od lat, których nauczyli się na pamięć nie tylko widzowie, ale i konkurencja. Ba, trafili się nawet tacy, co potrafili skopiować, wydestylować pierwiastek sukcesu i udoskonalić. W tempie szybszym niż trupa nasza magów dnia wczorajszego - zdążyła się choćby zorientować. O reakcji nawet nie mówiąc.

Barcelonie ostatnich lat brakowało sztukmistrzów, rzekłem.

Rivaldo i Ronnie to dawno miniona przeszłość. Aktorzy czasów, których najmłodsi sympatycy nie znają nawet z przekazu, ich znajomi na Facebooku piszą o rzeczach znacznie bardziej zajmujących niż dowolnie pojmowane wczoraj.

Xavi, Iniesta czarują z dala od bramki. Czarują czarami, które nie każde oko potrafi dostrzec, oczu jeszcze mniej - dostrzec i docenić. W dodatku już jakiś czas temu zatracili w magii czynieniu regularność. Sezon bieżący obaj zaczęli kulawo. Jednemu po prostu przybywa lat, drugi notuje najgłębszy dołek formy na przestrzeni >3 meczów od ery bez mała Rijkaarda.

Artysty szwedzkiego, z kolei, w Katalonii już nie ma. Zresztą tu akurat „poartyścił" mniej niż gdziekolwiek kiedykolwiek wcześniej czy później. Od pewnego momentu - mu nie dali. Potem, zrażony do ludzi i tutejszego powietrza, na czarowanie przestał jakby reflektować.

Henry, Villa - oni mieli w Katalonii inne zadania. Podręczny kramik z czarami wystawiali na Camp Nou od święta i jakby mimochodem. Przy okazji jedynie prozy swych codziennych tej drużynie obowiązków.

Messi natomiast, odkąd był powziął na barki pozycję środkowego napastnika w parze z odpowiedzialnością najwyższą za zespół i wyniki - z bohatera youtube'a herosem stał się statystyk.

Mamy lato 2013. Kto miałby przywrócić piłkarską fiestę Camp Nou jak nie główny czarodziej turnieju, gdzie ekipa z monopolem na złoto 3 kolejnych wielkich turniejów, ta sama, którą zachwycano się przez wszystkie te lata - została przyćmiona przez innych?

Odnoszę wrażenie, że Neymar przywraca tej drużynie magię. Niewidzianą od ery Ronaldinho magię tego rodzaju, w który kibic wpatruje się jak zahipnotyzowany. Zaskoczony i zafascynowany jednocześnie. Chcesz więcej i wiesz, że za moment lub dwa to nadejdzie... Esencja Barçy, co?

Jest jednocześnie tak wysoce i na różne sposoby imponujące, że 95% tego, co w bordowo-granatowej koszulce robi wychowanek Santosu - podporządkowane jest drużynie. To magia użytkowa. Okiełznana, taktycznie świadoma. Mnie osobiście - tym bardziej zachwycająca. Świadczy o ogromnej mądrości boiskowej tego chłopaka. Nie obchodzi mnie, co ma na głowie, gdy widzę empirycznie efekty tego co dzieje mu się pod czupryną. Jakie to efekty, każdy widzi i (d)ocenić umie sobie sam.

Podczas gdy Ronaldinho grywał czasem swoje własne mecze - ba, potrafił je nawet wygrywać całej drużynie - mój subiektywnie definiowany fenomen Ney'a polega na tym, że jego gra jest tak bardzo spójna z wysiłkami kolegów z drużyny. Jeśli uprawia on nad piłką popisy, to nie dla popisów samego uprawiania, lecz dla potrzeb kolektywu. Momentami robi z piłką rzeczy na wskroś oczarowujące widza, ale dozuje je umiarkowanie - to raz; a dwa, że interes drużyny stawia wyżej niż próżne korzyści własne.

Jego gra to dynamika, zdobywanie terenu, kreowanie kolegów, młodzieńcza fantazja, nieustępliwość, otwieranie przestrzeni, start do piłki. Jak wojownik w grze "Diablo" Brazylijczyk dobiera narzędzia dobrane do okoliczności i przeciwnika: niesygnalizowane manewry wyprowadzające w pole rywala, precyzyjne piłki do kolegów spod krycia, piłka wysoka lub po trawie, cholernie skuteczny w swej oszczędności drybling, strzał (ale tylko gdy okazja jest klarowna**), no i rajdy lewym skrzydłem o rozmachu niewidzianym na tym stadionie od czasów Marca Overmarsa. W tym wszystkim Ney nie zapomina o tym, czym wielu wielkich przed nim nawet nie zaprzątało sobie głowy. Walcz w odbiorze i wracaj pod własną bramkę.

Indywidualnie cudowna gra... dla zespołu - paradoks, który Neymar na naszych oczach czyni rzeczywistością.

Być może takie słowa dla wielu będą bardziej zasadne za kwartał czy w styczniu. Stawiam je już teraz, bo już teraz te jaskółki widzę w kluczu, który doprawdy piękną zwiastują wiosnę.

Nie martwi mnie ani trochę skuteczność gry Brazylijczyka mierzona bramkami. Mało tego - wręcz cieszy mnie, że zdobył gola dopiero w V kolejce; że w międzyczasie trafił tylko raz w superpucharowym dwumeczu, i to głową. Cieszy, bo widzieliście jak ten międzyczas w wykonaniu nowego napastnika Barçy wyglądał. Można by z przymrużeniem oka stwierdzić, że nie strzelał ligowo, bo był zajęty innymi sprawami. Lekkie to jednak zmrużenie.

Pracowitość, pokora wobec kolegów, poszanowanie drużynowej hierarchii, wielką chęć nauki, progres w rozumieniu i realizowaniu systemu gry Barçy widziany dosłownie (!) z meczu na mecz; w poszczególnych sytuacjach bramkowych daleko posunięty altruizm. Kompletnie nieprzystający do wizerunku, jaki piłkarz miał przed przyjściem do Europy. A także ceny, jaką zapłaciła za niego „Duma Katalonii".

Gdy przypomnę sobie przebieg przygody z FC Barceloną Ibry i patrzę na to, jak zaczyna się ta Neymara - aż chce mi się śpiewać. Nie umiem, nie szkodzi. Pech sąsiadów.

Obserwuję bowiem wielkiego sportowca. Świadomego swojego wielkiego talentu, umiejętności, ale także specyfiki miejsca, do którego trafił. Na to wygląda - obserwując jego grę, zachowanie, wszystko co robi na boisku, od pierwszego meczu o stawkę. Tak, już teraz. Ledwo zaczął się sezon.

Odwrotnie od wielu transferowych wpadek Blaugrany, Neymar nie wygląda mi na człowieka, dla którego przyjście do stolicy Katalonii jest końcem dowolnie rozumianej drogi. Nie, absolutnie nie. Widzę kogoś, dla którego ten moment jest dopiero początkiem. Początkiem, być może, największego etapu jego piłkarskiej kariery. Widać to po jego nastawieniu. Nastawienie, z jakim Ney przyszedł do klubu, jest godne najwyższego podziwu. Przerasta oczekiwania najbardziej optymistycznych z obserwatorów jego przeprowadzki do Barcelony - w tym mnie samego - o kilka pięter.

Mówię tu sporo o hierarchii i pokorze względem kolegów z klubu, ale to oczywiste, że jego miejsce w zespole zmieni się z czasem. Zakładam, że już na dystansie tego sezonu, a może jeszcze przed etapem decydujących meczów na przełomie lutego i marca... Skoro tę solidarność, zespołowość, kolektywność w poczynaniach Neymara zauważa coraz więcej kibiców - naturalne, że podobne spostrzeżenia notują jego nowi koledzy z szatni. Kto jak nie oni, widzą kiełkujący ogromny potencjał. Z meczu na mecz będzie częściej obdarzany piłkami od pomnikowych gwiazd drużyny (w tym i Messiego), zaszczytem prowadzenia gry i swobodą w decyzjach podbramkowych. Sami zobaczycie.

Jak każdy zespół światowej klasy profesjonalistów w swojej dziedzinie, gracze Barçy pozwalają Neymarowi zapracować sobie na to samemu, z meczu na mecz, z tygodnia na tydzień. Nic od razu, nic za darmo ani nawet za oszałamiającą kwotę na transferowym rachunku. Nie tu, nie w Barcelonie. Camp Nou nagradza najhojniej tych, co pokorni i cierpliwi.

Potwierdzeniem tych teorii jest dla mnie fakt, jak ciepło Neymar został przyjęty przez kolegów latem. Na początku, tuż po transferze w wypowiedziach piłkarzy klubu dominowało tonowanie emocji czy dyplomatyczna wata cukrowa. Przykład mieliśmy choćby na konferencji w Gdańsku, przy okazji meczu z Lechią. Wypowiedzi pod koniec presezonu były już zgoła inne. Tchnęły sympatią wychodzącą poza relacje zawodowe, komplementowały pracę „nowego" na treningach i tak dalej. Jeszcze lepszy PR od swoich sąsiadów z szatni Neymar ma, odkąd zaczął się sezon.

Koledzy wypowiadają się o Brazylijczyku nudno, bo wyłącznie w samych superlatywach. Dawno nie pamiętam, aby najważniejsze postacie katalońskiej drużyny wypowiadały się w mediach tak pochlebnie i tak jednogłośnie o wchodzącym do zespołu graczu po... tak krótkim okresie czasu! Przecież dopiero przed chwilą minął nam pierwszy miesiąc rozgrywek.

Przy takiej kumulacji słów tej jakości od wszystkich liderów zespołu, uważam, że to nie jest przypadek. Czy mówiono tak o Henrym, Ibrahimoviciu, Villi gdy przybyli na Camp Nou? Wiemy wszyscy, że nie, i to aż za dobrze. Nawet Fàbregasa szatnia przyjęła w sposób bardziej stonowany***. Ostatnim, którego piłkarze komplementowali równie głośno i z taką jednomyślnością był Dani Alves w 2008 roku. Pamiętamy jaki zanotował potem sezon.

Takie sygnały łatwo przeoczyć, ale moim zdaniem stanowią dla fanów rzadką okazję wejścia w intymną sferę drużyny. Wizjer do szatni. Pełna to szatnia mistrzów świata, Europy i Ameryki Płd., a laurkami barcelonistów o Neymarze można już dziś wytapetować wszystkie miejsca na Camp Nou, z których spoziera goły beton albo odpadający tynk. Tych ostatnich na „Teatrze Marzeń culés" nie brakuje, o czym wie każdy, kto miał zaszczyt go odwiedzić.

To będzie dla Barçy niezwykle trudny sezon. Barçy zranionej ledwie kilka miesięcy temu Realem w Pucharze Króla (i Lidze), AC Milanem, a zwłaszcza Bayernem; odejściem Abidala i Thiago, nawrotem choroby u Tito i karuzelą przeżyć przy wyborze następcy.

Efektem wszystkich tych czynników jest nie tylko brak Katalończyków na pierwszym miejscu notowań bukmacherów do triumfu w Lidze Mistrzów. Widzimy jak gra Barça w lidze, jak wypadła w Supercopie. Ze świadomości problemów od dłuższego czasu trapiących Barcelonę bynajmniej się nie wycofuję. Słaba dyspozycja obrony, ewidentne braki kadrowe, niezrozumiałe decyzje personalne motywowane raczej politycznie niż sportowo - wszystko to nie będzie jednak miało znaczenia, gdy na koniec, mimo wszystko Barça okaże się zwycięska.

Messi nie da zespołowi wiele więcej niż dał jej przez ostatnie 2-3 lata. Mecze z Chelsea, Interem, Bayernem i kilka potyczek z Realem Mourinho udowodniło, że nawet najwydajniejszy solista świata nie wygra decydujących starć w pojedynkę skoro szwankuje orkiestra. Umiejętności, talent, refleks, boiskowa inteligencja i szybka, harmonijnie-idylliczna adaptacja Neymara do drużyny - to największe nadzieje Barçy na wielki sezon.

Czy jedyne? Fàbregas, Valdés, Song, Sánchez z Rodríguezem, Masche i tradycyjnie Messi regularnie pokazują nam, że nie. Dlatego mówię: największe. O pozostałych przy innej okazji...

W tym miejscu dodać muszę tylko na koniec, że artysta magik wprowadzający się w nowe miejsce na fali podziwu i powszechnej admiracji, świeżością swą i efektownością inspiruje nie tylko widza. Ma moc wzniecania z popiołów feniksów. Onieśmielenia wroga. Przywrócenia wiary dawno już niewierzącym.

A zdolność czynienia magii - tym, którzy, wydawałoby się, właśnie ją utracili.

* Mówię tu o filozofii, ale wrażeniach estetycznych także. Wyniki przychodziły same jako konsekwencja kunsztu trenerów i talentu piłkarzy. W mojej przytomności tylko trzy kluby grały w ten sposób na najwyższym poziomie. Barça (Cruyffa, Anticia, van Gaala, Rijkaarda, Guardioli i Vilanovy), Ajax połowy lat 90. i Arsenal Londyn z fenomenalną ekipą „Nietykalnych" i mglistymi wspomnieniami po niej. Momentami grywa tak Borussia. Bayern to inna bajka, nawet ten spod ręki Pepa. Determinowany posiadanymi zasobami kadrowymi i wypracowanym ostatnio, jakże zresztą zwycięskim stylem - gra po prostu inaczej.
Zjawisko, znaczy się, ultrarzadkie.

** Fanom Santosu na widok takiego Neymara oczy układają się w 1-realowe monety.

*** W czym udział na pewno miała długość fabregasowej telenoweli, co nie zmienia faktu. Ta szatnia naprawdę ma swoje, stanowczo wysokie, wymagania.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (37)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze