Carles Rexach i Cerdà - Charly, Chłopak z Pedrables, napastnik, trener, asystent, skaut; człowiek, który całe swoje życie poświęcił Barcelonie. Przyjaciel i współpracownik Johana Cruyffa, cichy bohater Barçy na wielu polach działań. Stale obecny w obrębie klubu, przez wiele lat pozostający i pracujący w cieniu innych.
Chłopak z Pedralbes
El noi de Pedralbes - Chłopak z Pedralbes. W pierwszej chwili może się wydawać, że dziwnym pseudonimem ochrzczono Carlesa Rexacha. W taki sam sposób moglibyśmy powiedzieć „chłopak z sąsiedztwa" albo „ten mały od Rexachów, który cięgle kopał piłkę, pamiętacie?". Gdy mając 18 lat zadebiutował w pierwszym oficjalnym meczu Barcelony napisano o nim po tym premierowym spotkaniu krótką notkę, przybliżającą kibicom postać młodego zawodnika. Zaczynała się od słów: „Przyszedł na świat w naszym mieście dnia 13 stycznia 1947 roku". „W naszym mieście", tak jakby to właśnie było w jego życiu najważniejsze. W końcu to chłopak stąd, chłopak z Pedralbes. Z Barcelony. Dopiero potem możemy o nim przeczytać: „Może grać na każdej pozycji w ataku, obunożny, skutecznie łączy szybkość z celnym strzałem. Jego największą wadą jest nadmierna skłonność do dryblingów, przez co niejednokrotnie zatrzymuje piłkę".
Przyszedł na świat 13 stycznia 1947 roku. W Barcelonie. Jego ojciec pracował w biurze handlowym, bliskie były mu poglądy lewicowe, z kolei matka skłaniała się ku prawicy. To sprawiało, że dorastając Carles miał wrażenie jakby w domu odbywał się nieustanny wiec polityczny. Wyciągnął z tego logiczne wnioski: „Nikt nie ma monopolu na prawdę. Każdy ma rację tylko po części". Mały Charly rozpoczął swoją przygodę z piłką w wieku 11 lat, gdy dołączył do drużyny C.D Rosés de les Corts, już rok później znalazł się w ekipie infantil FC Barcelony. Zadebiutował w jej barwach, jako piłkarz pierwszej drużyny w 1965 roku, na El Sardinero, w meczu z Racingiem Santander. Tamtego dnia Barcelona wygrała 4:0, zaś Charly po raz pierwszy wpisał się na listę strzelców w klubie swojego życia. Wtedy nie mógł jeszcze wiedzieć, że spędzi w tam najbliższych 40 lat. Nie mógł wiedzieć także, że mimo iż będzie przez 17 lat zawodnikiem podstawowego składu swojej drużyny, zaliczy 449 występów w oficjalnych meczach Barçy i ustrzeli dla niej 122 bramki, zdobędzie jako gracz tylko jedno, jedyne mistrzostwo ligowe. To z 1974 roku, gdy pod wodzą Michelsa grał u boku Johana Cruyffa. Nie mógł też wiedzieć, że razem z tym właśnie Holendrem, tak jak wcześniej na boisku, tak po wielu latach na ławce trenerskiej, utworzy tandem, który powiedzie w końcu Barçę do upragnionych sukcesów.
Jednak po wielu latach, zapytany o najwspanialszy moment w swojej karierze odpowiada bez wahania: „Mój debiut, gdy miałem 18 lat i strzeliłem pierwszego gola dla Barçy. Wtedy wszystkie drzwi stały przede mną otworem. Potem wydarzyło się jeszcze wiele, ale tego nie zapomnę nigdy".
„Bieganie jest dla tchórzy"
„Zawsze to powtarzałem, nie trzeba dużo biegać. Bieganie jest dla tchórzy" - powie Charly, szybki prawoskrzydłowy Barcelony i skuteczny strzelec, który sięgnie po tytuł Pichichi w 1971 roku. Sam uważa, że strzelałby więcej gdyby grał na szpicy, jednak nie miał na to szans rywalizując z Cruyffem, Sotilem czy Neeskensem. Wiele lat później taki właśnie tytuł: „Bieganie jest dla tchórzy", będzie nosić jego kolumna komentatorska, w której opisuje i podsumowuje aktualne wydarzenia związane z Barçą. Ma spory dystans do siebie, skoro z taką ironią potrafi podchodzić do reputacji lenia, na którą zapracował sobie takimi właśnie stwierdzeniami a także dość beztroską postawą na boisku. Jego żona, Silvia, z którą spędził razem już 30 lat, wspomina, że oglądała jego mecze co niedzielę i najbardziej zapadło jej w pamięć to, jak publiczność gwizdała na jej męża. „Zastanawiałam się wtedy co się dzieje? Gwizdali jedynie na niego" - po chwili poprawia się, śmiejąc. - „Oczywiście, był także oklaskiwany".
Chyba jednak w tej złej sławie lenia jest choć ziarno prawdy: oglądając wraz z dwuletnią wnuczką jeden z odcinków Crackòvii, katalońskiego programu sportowo-satyrycznego, pokazał dziewczynce parodiującego go aktora, Toniego Albę, który przysypiał właśnie, jak przystało na leniwego Charly'ego. „Kto to jest, jak myślisz?" - zapytał Raxach wnuczkę. Dziewczynka podniosła wzrok znad zabawek, spojrzała szybko na ekran i oznajmiła z pełnym przekonaniem: „Dziadek!", po czym wróciła do swoich zajęć.
Carles Rexach wydaje się nie przejmować niepochlebnymi opiniami na swój temat. On wie swoje i wyznaje swoją filozofię. Tę, którą ukuł już w czasach piłkarskich. „Nie trzeba cierpieć, żeby grać skutecznie. To, co wymaga cierpienia, nie może wyjść dobrze". I jeszcze jedna fraza Niespotykanie Spokojnego Człowieka, którą według słów jego córki powtarza jak mantrę: „No passa res" - „Nic się nie stało".
Od zera do bohatera
Finał Pucharu Zdobywców Pucharów 1978/79. Barcelona mierzy się z Fortuną Düsseldorf. Trzydzieści tysięcy katalońskich kibiców przystroiło senyerami trybuny St. Jacob-Park w Bazylei. Mecz rozpoczął się z wysokiego C: już w 5. minucie wynik otworzyła Barca, gdy po rajdzie i podaniu Rexacha piłkę w siatce umieścił Sánchez. Jednak Niemcy nie pozostali dłużni, potrzebowali zaledwie trzech minut by doprowadzić do wyrównania. Teraz, Lobo Carrasco pada w polu karnym przeciwnika, zaś węgierski arbiter Palotai wskazuje na wapno. Rzut karny dla Barcelony. W punkcie wyznaczającym odległość jedenastu metrów od bramki piłkę układa Charly. Kto inny mógłby to być? To on, zaraz za Kranklem, najbardziej błyszczał podczas tego turnieju. Carles układa piłkę w polu karnym Daniela, teraz od niego zależą losy trofeum, po które Barcelona nie sięgnęła jeszcze nigdy. Podnosi wzrok, bierze krótki rozbieg i uderza w piłkę... która wpada prosto w ręce bramkarza Fortuny.
Do przerwy padną jeszcze dwie bramki, po jednej strzelonej przez każdą drużynę, zaś gola dla Barcelony po wymianie piłki między Rexachem, Kranklem i Carrasco zdoła ustrzelić Asensi. W drugiej połowie gry może się wydawać, że piłkarscy bogowie zaczarowali obie bramki - zawodnicy dwoją się i troją, jednak futbolówka za żadne skarby nie chce znaleźć się w siatce. Zmarnowany przez Rexacha rzut karny sprawia, że Barcelona musi przecierpieć dogrywkę.
Nie upłynął jeszcze kwadrans, Charly, niemal bezcelowo stoi w okolicach szesnastki. Wydaje się, że sam nie jest w stanie spowodować realnego zagrożenia, że gra zbyt pasywnie. Może w jego głowie wciąż jeszcze siedzi zmarnowana jedenastka? Nagle piłka pojawia się w powietrzu - Charly przyjmuje ją przed defensywą rywala, prowadząc krótko przy nodze schodzi do środka i wybornym strzałem umieszcza w bramce, nie dając Danielowi najmniejszych szans. Później wynik podniesie jeszcze Krankl, zaś gol Seela ustali go ostatecznie na 4:3 dla Barcelony. Jednak winy Charly'ego zostały odkupione.
Komentarze (17)