Barcelona w sepii: José Mari Bakero
José Maria Bakero Escudero - były ofensywny pomocnik Barcelony i Realu Sociedad San Sebastián; trener, który w swojej karierze zawitał także na niegościnne polskie boiska. Współtwórca legendarnego Dream Teamu, ówczesny kapitan Barçy, jeden z najbardziej charyzmatycznych i charakterystycznych piłkarzy tamtej epoki.
Trzeci z jedenastu
Na świat przyszedł 11 lutego 1963 roku, w Goizuecie, w prowincji Nawarra, jako trzeci syn swoich rodziców. Po tym, jak urodził się José, na świat przyszło jeszcze ośmiu jego młodszych braci. W sumie jedenastu chłopców, tylu ilu powinna liczyć szanująca się drużyna piłkarska. Wtedy, gdy rodził się mały José Mari, ani jego ojciec, José Bakero, ani matka, Loudres Escudero, nie sądzili, że tak właśnie się stanie - doczekają się jedenastu synów, a każdy z nich zostanie piłkarzem.
Jednak dzieciństwo małego Baska nie było bajką, choć w pierwszej chwili tak właśnie mogłoby się wydawać: jedenastu chłopców biegających za piłką, sama radość. Nawet dwie jego siostry, Arantza i Itzíar, wybrały karierę piłkarską. Tę radość przerwała nagle śmierć ojca. José Bakero, ogrodnik pracujący w otaczających fabrykę cementu willach, zmarł, gdy jego trzeci syn miał trzynaście lat. Na barki Loudres Escudero spadł nagle ciężar samotnego utrzymania kilkunastoosobowej rodziny. W rolę ojca wcielił się wtedy mimowolnie najstarszy z braci, Santiago, znany jako Santi, późniejszy gracz Realu Sociedad i Herculésa Alicante. W chwili, gdy osierocenie przez ojca nagle cisnęło go w dorosłość, Santi miał ledwie siedemnaście lat. „Jestem pewien, że te przeżycia sprawiły, iż zostałem tym, kim jestem" - wspomina później José Bakero. - „To, co przeszedłem jako czternastolatek było dla mnie bardzo ciężkie. Jednak to właśnie nauczyło mnie doceniać życie i radzić sobie z problemami".
W wieku piętnastu lat nadszedł czas wyboru. José musiał zdecydować, czy chce związać swoją przyszłość z baskijską piłką ręczną* czy z futbolem. W tej pierwszej dyscyplinie Bakero trzykrotnie został mistrzem Gipúzcoi, dwa razy w parze z Sarsúą, raz z Txikurim. „Oba te sporty lubiłem tak samo" - wyznaje Jose. - „Prawda jest taka, że w chwili, gdy nadeszła pora wyboru, największy wpływ na moją decyzję wywarły pieniądze". Podobno, prócz pieniędzy, wpływ na José wywarł także Santi, który namawiał brata, by wybrał karierę piłkarza. Już dwa lata później Bakero zadebiutował jako futbolista Primera División w barwach Realu Sociedad San Sebastián. Sezon później sięgnął po pierwszy w swoim życiu mistrzowski tytuł w najwyższej klasie rozgrywkowej w Hiszpanii. Pierwszy z sześciu, które przyjdzie mu zdobyć zarówno w barwach drużyny z Donostii**, jak i FC Barcelony.
La Liga po raz pierwszy, po raz drugi... sprzedane!
Rok 1981, stadion El Molinón, 56. minuta meczu pomiędzy Sportingiem Gijón a Realem Sociedad San Sebastián. Na murawie asturyjskiego boiska pojawia się siedemnastoletni José Mari Bakero, który zmienia opuszczającego plac gry Idígorasa. Real Sociedad gra o mistrzostwo, którego losy w tej chwili wiszą na włosku. Asturyjczycy prowadzą na własnym terenie 2:1; by sięgnąć po pierwsze w historii klubu mistrzostwo ligowe Baskowie nie mogą sobie pozwolić na przegraną.
Jednak taki los zgotowali sobie na własne życzenie. Przegrana w Valencią w wymiarze 2:3 sprawiła, że w walkę o mistrzostwo w ostatniej chwili mógł zaangażować się Real Madryt. Pomiędzy Królewskimi a ekipą z Atocha*** trwa teraz korespondencyjny pojedynek. Stołeczna drużyna pokonała Betis 3:2, oznacza to, że w spotkaniu ze Sportingiem Txuri-Urdin**** nie mogą sobie pozwolić na błąd. Przegrana oznacza utratę mistrzostwa.
Bramka Kortabarríi jest pierwszym krokiem do osiągnięcia celu; dzięki niej Baskowie otwierają wynik, wydaje się, że wszystko układa się tego dnia po ich myśli. Pierwszy tak ogromny sukces na ligowym podwórku, pierwsze w historii drużyny z Donostii mistrzostwo Hiszpanii jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy utrzymać ten wynik, pokonać Asturyjczyków. Gdy piłka po strzale Kortabarríi trzepocze jeszcze w siatce, wydaje się, że tej nocy szczęście sprzyja Baskom.
Po przerwie wszystko będzie wyglądać inaczej, szczególnie w oczach piłkarzy Txuri-Urdin, którym jeszcze w pierwszej połowie przyszło zobaczyć, jak Mesa dwukrotnie, raz po raz, pakuje piłkę do ich siatki. Ten dublet daje prowadzenie Sportingowi Gijón, za to Realowi Sociedad odbiera marzenia o mistrzostwie.
W tej 56. minucie, w chwili, gdy Bakero pojawia się na boisku, nie ma jeszcze pojęcia, być może nie ma nawet nadziei na to, że przyjdzie mu być świadkiem i bezpośrednim uczestnikiem najważniejszego momentu w historii baskijskiej drużyny. W tamtym meczu cudem będzie spektakularna bramka Jesúsa Mari Zamory.
target="_blank">Gol na wagę remisu na El Molinón. Brzmi to zupełnie inaczej, gdy zdamy sobie sprawę, że to także gol na miarę mistrzostwa, pierwszego mistrzostwa dla Realu Sociedad i pierwszego dla pewnego siedemnastolatka. W kolejnym sezonie chłopak z Gipúzcoi po raz drugi będzie mógł podnieść w górę ligowy puchar. Ten drugi raz będzie jednocześnie ostatnim, dla Bakero ostatnim w barwach Txuri-Urdin, dla Realu Sociedad - ostatnim aż do dziś.
Młodość w kolorach Txuri-Urdin
Cudem może wydawać się sam fakt, że będzie mieć okazję wystąpić w tamtym meczu, reprezentując barwy tego klubu. Piłkarz niepozorny, drobny, zdawałoby się bez szans na rywalizację z silniejszymi. Ma zaledwie 172 cm wzrostu, lepiej pasowałby do realiów dzisiejszej Barcelony niż przełomu lat '80 i '90. Młody piłkarz o, zdawałoby się, fatalnych warunkach fizycznych: bez przyśpieszenia, bez imponującego szlifu technicznego, bez dobrego dryblingu. Pretenduje do gry w ataku. Historia jakich wiele, to znaczy - bez przyszłości.
Jednak Javier Expósito, późniejszy trener Realu Sociedad, dostrzega coś w tym chłopcu. Może jego charakter? Jego rozumienie i interpretację gry, boiskową inteligencję, która w przyszłości stanie się jego najpewniejszą bronią? Tego nie wiadomo, pewne jest tylko to, że Expósito decyduje się ściągnąć młodego José do młodzieżówki Realu Sociedad. W wieku siedemnastu lat José Mari Bakero zadebiutuje w najwyższej klasie rozgrywkowej Hiszpanii w meczu, w którym Real Sociedad wygra na własnym stadionie 1:0 nad Racingiem Santander. To będzie pierwszy krok w kierunku jego piłkarskiego marzenia, które spełniać się zacznie właśnie w Donostii.
W San Sebastián przyjdzie mu spędzić osiem sezonów, zdobywając w barwach Txuri-Urdin 67 bramek, przeżywając szczyt swoich strzeleckich osiągnięć (17 goli w sezonie 1987/88, ostatnim przed transferem do Barçy). To tam, w kraju Basków, w swoich dwóch pierwszych sezonach w Primera División zdobędzie dwa tytuły ligowe z rzędu. Drugi z nich przyniesie kolejne trofeum w postaci Superpucharu Hiszpanii. Później, na dwa sezony przed końcem przygody z Realem, na listę zdobytych trofeów będzie mógł jeszcze dopisać puchar.
Młodość w kolorach Txuri-Urdin mogła wydawać się snem. Liga w debiutanckim sezonie, potem kolejna. W Realu zaczynał grać na pozycji prawego skrzydłowego, jako zmiennik Idígorasa. Później zebrały się gęste chmury, które zawisły cieniem nad jego karierą. Kontuzja mogła zaprzepaścić wszystko, ostatecznie jednak odebrała mu jedynie odrobinę szybkości. To nic, nic wielkiego w porównaniu z tym, co mogło mu grozić. Zresztą nigdy nie bazował na warunkach fizycznych, nadrabiał inteligencją. Tym razem też inteligencja sprawi, że wyjdzie z tego obronną ręką. „Decydujący" - tym przymiotnikiem określano go najczęściej. W żadnym razie nie „spektakularny" ani „genialny". Prosty, czasem może nawet toporny, jednak inteligentny, potrafiący dobrze się pozycjonować i wykorzystać każde, nawet najdrobniejsze atuty. Kiedy zapytać go o bramkę, która w barwach Txuri-Urdin najgłębiej zapadła mu w pamięć, nie waha się ani chwili. „To było na Atocha, w meczu z Valladolid" - odpowiada. - „Prowadziliśmy 1:0, a oni wyrównali w 89. minucie. Graliśmy „na aferę". Gorriz posłał piłkę w pole karne. Przyjąłem ją klatką piersiową i wykończyłem z woleja. Gdy strzeliłem tę bramkę, zakończył się mecz". Tak, to z pewnością najlepsze słowo, jakim można go określić: decydujący. Zresztą nie tylko wtedy.
Moment magii
„Nie ma takiej drużyny w Europie, która byłaby w stanie strzelić nam trzy gole" - rzekł ze spokojnym uśmiechem człowieka pewnego siebie i swoich piłkarzy Johan Cruyff. Był 5 listopada 1991. Przeddzień rewanżowego meczu z Kaiserslautern, który miał zadecydować o tym, czy Barcelona zakwalifikuje się do kolejnej rundy Pucharu Europy. U siebie Katalończycy zwyciężyli 2:0. Oznaczało to, że spokój i pewność Cruyffa są uzasadnione: w tym dwumeczu nic nieprzewidzianego w planach Barçy nie miało prawa się wydarzyć.
Dzień później. 6 listopada, 76. minuta podstawowego czasu gry na Fritz Walter Stadion. Tablica wyników pokazuje 3:0 dla Kaiserslautern. Niczego nie zmieni to, że jeden z goli dla Niemców padł po faulu na Zubizarrecie. Te trzy kwadranse spotkania z niemiecką drużyną sprawiły, iż Barcelona, tak pewna awansu, stoczyła się na samo dno piłkarskiego piekła. I wtedy, w tym piekle, pojawił się anioł. Tak dzień później pisała o nim ekstatycznie katalońska prasa sportowa. Pojawił się anioł i stał się cud.
Cud na Fritz Walter Stadion stał się faktem na minutę przed końcem podstawowego czasu gry, w chwili, gdy 35 000 zebranych na trybunach kibiców już wyobrażało sobie ostatni gwizdek szwedzkiego arbitra, Erika Fredrikssona. Kibice Kaiserslautern modlili się o to, by go usłyszeć. Katalończycy modlili się o cud. I stał się cud. W 89. minucie Koeman podchodzi do wykonania rzutu wolnego. Później okaże się, że Bakero przeskoczy dwóch niemieckich obrońców, dosięgnie tej centry, uderzy głową i pośle piłkę prosto do siatki Kaiserslautern. Honorowa bramka w przegranym 1:3 spotkaniu da Barcelonie awans do kolejnej rundy rozgrywkowej w turnieju, który zakończy się dla Barçy zdobyciem pierwszego w historii Pucharu Europy. Bramka, która sprawi, że cała Katalonia oszaleje z radości. Tak, jak piłkarze, którzy z radości oszaleli na boisku, rzucając się na José Bakero, niemal przygniatając swojego bohatera do murawy Fritz Walter Stadion, niemal dusząc w obłąkanych uściskach.
Komentarze (23)