FC Barcelona przerywa wspaniałą, sześcioletnią passę, podczas której rok do roku w elitarnej Lidze Mistrzów docierała przynajmniej do półfinału. Tym razem na drodze Katalończyków stanęło Atlético, które dla podopiecznych Taty Martino okazało się zaporą nie do przejścia.
Diego Simeone stworzył w stolicy fantastyczną drużynę, którą stać naprawdę na wiele - o czym przekonaliśmy się chociażby środowego wieczora. Rewelacyjne wyniki Los Rojiblancos w obecnym sezonie to nie przypadek. Koke i spółka doskonale radzą sobie zarówno w Champions League, jak i na ligowym podwórku. Na półfinał najbardziej elitarnych europejskich rozgrywek i prowadzenie w lidze Atlético pracowało bardzo ciężko. Zespół ze stolicy może nie gra pięknie, ale taktycznie Barcelonę wypunktował równie skutecznie, co Michał Materla podczas ostatniej batalii z Jayem Silvą. Banda Cholo na boisku zostawiła serce, walczyli o każdy metr boiska i dali z siebie 110%. Ich postawą byłem oczarowany. Cały sezon grają tak naprawdę tym samym składem. Co trzy dni walczą tak samo dzielnie i wytrwale. A Blaugrana? No właśnie...
Zawsze będę tęsknił za Guardiolą i nadal upieram się przy zdaniu, że tego człowieka akurat w tym Klubie chyba nie da się zastąpić. Miał wszystko, by doprowadzić Barçę na szczyt i skrzętnie z tego skorzystał. Jedno z jego przemówień, które na długo utkwi mi w pamięci pasuje do wczorajszego spektaklu jak ulał.
„Proszę was tylko o jedno. Nie będę Wam wypominał niedokładnego podania czy straty kosztującej nas bramkę tak długo, jak będę widział, że dajecie z siebie sto procent. Mogę wybaczyć błędy, ale nie wybaczę, jeżeli nie będziecie oddawać serca i duszy za Barcelonę". Byłbym dumny, gdyby Barcelona wczoraj odpadła, ale zaprezentowała się tak, jak dzień wcześniej Borussia. Przed meczem chyba nawet najzagorzalsi kibice BVB nie wierzyli w cud i wyeliminowanie Realu. Miałem wrażenie, że w awans i upokorzenie Królewskich wierzą tylko piłkarze, chyba nawet trener Klopp porzucił nadzieję. Do otwarcia bram raju zabrakło im szczęścia, ale sposób w jaki pożegnali się z Europą był wręcz niesamowity. Mniejsza o wynik, każdy z piłkarzy występujących we wtorkowy wieczór na Signal Iduna Park oddałby życie za żółto-czarne barwy. Ich determinacja, wola walki, wiara we własne umiejętności i ogromne zaangażowanie sprawiły, że Madryt był bliski rozpaczy. Byli skreślani przez cały świat, a do pełni szczęścia zabrakło im tak niewiele... Co z tego, że nie wywalczyli upragnionego awansu, z boiska schodzili przy owacji na stojąco. W pełni zasłużonej owacji na stojąco. Barcelona swoją postawą nawet nie zbliżyła się do kolegów po fachu z Dortmundu.
W środę nie widziałem woli walki, odpowiedniego zaangażowania czy serca bijącego tak mocno, jak tego w barwach biało-czerwonych. Nawet ludzie związani z Klubem ze stolicy po meczu przyznali, że pokonali najlepszy zespół świata. Nie swoimi umiejętnościami, a taktyką i serduchem. Przeciwko Barcelonie grali w trzynastu. Dwunastym piłkarzem był argentyński wariat z charyzmą wielką niczym Mount Everest, a tym ostatnim pomocnikiem byli kibice, którzy Calderón zamienili w prawdziwe piekło. Ugotowali w nim na żywca Xaviego i spółkę. Atlético wygrało jak najbardziej zasłużenie i równie zasłużenie awansowało do półfinału. Gdyby nie ogrom szczęścia w pierwszych piętnastu minutach, to właściwie po upłynięciu kwadransa culés mogliby wyłączyć telewizor. Nie boli mnie to, że przegraliśmy, boli mnie styl w jakim to się stało. Boli mnie to, że nie wszyscy potrafili uznać wyższość rywala, co po takim meczu, jak wczoraj jest po prostu... czymś niewyobrażalnym.
Tej drużynie nie trzeba zmian, jej trzeba prawdziwej rewolucji. Jednym zawodnikom trzeba podziękować, na ich miejsce sprowadzić innych, młodszych, bardziej głodnych sukcesów. Najbardziej bolesną stratą będzie ta, która od samej Barcelony zależy najmniej. Po sezonie z Klubem żegnają się dwaj wspaniali kapitanowie, Carles Puyol oraz Víctor Valdés. Dwie najbardziej charyzmatyczne postacie w katalońskiej szatni. Nie bojący się ostrych słów, rugania kolegów czy wstawiania się za zespołem zarówno na boisku, jak i poza nim. Puyi to bez wątpienia najlepszy kapitan w bogatej historii Klubu, brakuje słów, by opisać jego znaczenie dla bordowo-granatowych barw. Valdés ma podobny, równie mocny charakter, ale i jego dni są policzone. Najsmutniejsze jest to, że Víctor swój ostatni mecz dla ukochanego Klubu najprawdopodobniej już rozegrał... Zasłużył, by odejść w glorii chwały, jak największy bohater, zamiast tego Camp Nou opuszczał na noszach, zakrywając twarz, po której ciurkiem płynęły łzy. Nawet tak wielki twardziel nie mógł pogodzić się z faktem, że być może to jego ostatni raz w Świątyni Futbolu, która pokochała go dożywotnio. Pierwszym kapitanem zostanie Xavi, drugim Iniesta, trzecim Messi. Każdy z nich jest wspaniałym piłkarzem, ale ani jeden, ani drugi, ani trzeci nie mają ani charakteru ani jaj, by pełnić rolę kapitana w tak wielkim zespole. Wyobrażacie sobie któregoś z tej trójki krzyczących na kolegów, targających ich za koszulkę, gdy robią rzeczy nieprzemyślane, czy zabijającego wzrokiem arbitra? Jak sobie o tym myślę, to chce mi się śmiać. Ale jest to śmiech przez łzy. Ryk gościa z fryzurą przypominającą grzywę lwa z senyerą na łapie brzmi rzeczywiście tak, jak na króla zwierząt przystało. „Ryk" jego następców będzie przypominał... szczekanie chihuahuy, którą przypadkiem możesz nadepnąć na ulicy.
Trzeba nam transferów, nie jednego, nie dwóch, a co najmniej kilku. Takich, które odmienią oblicze zespołu. Piłkarzy silnych fizycznie, walecznych, głodnych sukcesów. Nie wyobrażam sobie, by w tym zespole dalej grał np. Alves. Jego wkład w sukcesy Klubu jest niepodważalny, zrobił dla Barçy naprawdę wiele, ale jego czas się już skończył. Lubię futbol, nie tylko ten Barcelony i przyznam szczerze, że nie znam piłkarza, który dośrodkowuje gorzej od Brazylijczyka. Gdyby za każdą jego koszmarną wrzutkę odbierano mu tygodniówkę, to dziś ukrywałby się przed komornikiem. Gdy Dani przygotowuje się do wrzucenia piłki w pole karne to przypominam sobie
Komentarze (94)