Ta ponura podróż rozpoczęła się 22 listopada 2011 roku. Wrócił. Rok później nowotwór ślinianki przyusznej znów zaatakował. A On znów wrócił. 19 lipca 2013 roku rak nadal nie daje o sobie zapomnieć. A On ponownie podnosi rękawice. Tym razem nie wróci. Tito Vilanova nie żyje.
Usunął się w cień, zniknął. W swoim stylu. Zawsze był zdystansowany, spokojny, pokorny. W ostatnich miesiącach widziany był na meczu swojego syna, potem w loży na Camp Nou w trakcie pucharowej rywalizacji z Getafe. Tak jak obiecał, był blisko, ciągle w grze. Niczym prawdziwy wojownik, jak przystało na człowieka o wielkim sercu. Nieliczni twierdzili, że ma się dobrze. Byli też tacy, którzy prognozowali Jego powrót. Inni prosili o uszanowanie prywatności. Jeden z Jego znajomych zaprosił Go ostatnio na obiad. To miało być w maju. - Maj jest ode mnie daleko - odpisał Tito Vilanova. Za daleko.
Vilanova urodził się w Bellcaire d'Empordà, 35 km od Girony. Od początku kibicował FC Barcelonie. W trakcie meczów na szkolnym boisku odstawał od rówieśników techniką i talentem, ale braki nadrabiał mądrym ustawieniem i zaangażowaniem. Tak, jakby już wówczas wiedział, co zrobić, aby wyeksponować atuty, daleko w cień usuwając przywary. W 1984 roku zgłosił się do La Masíi. Nie był najlepszy. Ponoć nie był nawet bardzo dobry. Postanowiono jednak dać mu szansę, głównie ze względu na imponującą dojrzałość, tak na boisku, jak i poza nim. Na co dzień obcował z takimi tuzami jak Guillermo Amor czy Pep Guardiola. Pewnie dlatego stosunkowo szybko zrozumiał, że nigdy nie zagra w oficjalnym meczu Barçy. W drugiej drużynie wystąpił w 52 spotkaniach, strzelając sześć goli. Postanowił przenieść się do Figueres, na drugoligowy front w Hiszpanii. W premierowym sezonie zajął z nowym klubem trzecie miejsce. Sięgnęła po niego Celta Vigo, w barwach której przez trzy sezony występował w Primera División. W sumie na Estadio Balaídos zaliczył tylko 26 meczów. Do najwyższej klasy rozgrywkowej Hiszpanii już nie wrócił.
Uznał, że być może lepszym rozwiązaniem będzie ławka trenerska. Po zaliczeniu kursów zgłosił się do domu, do FC Barcelony. W końcu to tam wszystko się zaczęło. Kierownictwo klubu uznało, że początkowo powinien pomagać Albertowi Benaigesowi w prowadzeniu ekipy Cadete B. - To był futbol w czystej postaci. Byłem zadowolony, że mogę pracować z grupą tak uzdolnionych i zakochanych w Barçy chłopców - wspominał po latach Tito. Rok później samodzielnie prowadził Cadete B, gdzie miał przyjemność kształtować talenty Gerarda Piqué, Cesca Fàbregasa i Leo Messiego. Kiedy wybory prezydenckie wygrał Joan Laporta, Vilanova został zmuszony do opuszczenia klubu. Przez kilka tygodni zastanawiał się, co dalej. W sezonie 2003/04 prowadził amatorski Palafrugell, jednak nie udało mu się uchronić drużyny przed spadkiem do Tercera División. W 2004 roku został dyrektorem sportowym w drugoligowym Figueres, a rok później przejął to stanowisko w Terrassie. Nie odnosił wielkich sukcesów. Wahał się, pytał, rozmawiał sam ze sobą. I wtedy zjawił się Pep, oddany kumpel z dzieciństwa, który zaproponował Tito asystenturę w drugiej drużynie „Blaugrany". - To było dla mnie jak wybawienie, wyjście z impasu. Nie wiedziałem, co robić, nie miałem pomysłu na siebie. Pep zadzwonił w najlepszym momencie. Wiedziałem, że z jego strony mogę liczyć na zaufanie oraz profesjonalizm - mówił.
Tak stał się częścią największej Barçy w historii. Zawsze był tym dobrym, do przytulenia i wypłakania w mankiet. Kiedy Guardiola wyciskał ze swoich podopiecznych ostatnie poty, Tito pozwalał, aby w zaciszu hotelowych pokoi wyczerpani zawodnicy zwierzali mu się z największych bolączek. Dyskretny, spokojny i pracowity. Ponoć do bólu sumienny i rzetelny. Kiedy Pep pracował w swoim gabinecie do późna, Tito zawsze był blisko. Czasem nie rozmawiali, ale milcząca obecność Vilanovy była dla coacha z Santpedor bezcenna. Guardiola wielokrotnie podkreślał wkład Tito w sukcesy drużyny. Nieoceniony był jego zmysł taktyczny, analityczne myślenie oraz umiejętność analizy video.
Kiedy po czterech latach Pep postanowił odpiąć pasy, trener z Bellcaire d'Empordà został wyznaczony do kontynuowania misji. Zanim jednak zapalił zielone światło, zapytał Pepa czy może, czy powinien, czy wypada. Bo taki właśnie był. - Wiedziałem, że podoła zadaniu. Jego przygotowanie merytoryczne nigdy nie budziło zastrzeżeń. Zostawiłem drużynę w dobrych rękach. Tito był częścią naszych największych sukcesów. Zasłużył na samodzielną pracę - mówił Guardiola. - W pierwszej chwili czułem się bardzo nieswojo. Brakowało mi obecności Pepa. Przyjeżdżałem do ośrodka w Sant Joan Despí i szukałem go wzrokiem. Potem uświadomiłem sobie, że nie ma go z nami i musimy radzić sobie sami - powiedział na jednej z pierwszych konferencji prasowych Tito. 20 sierpnia 2012 roku zaliczył oficjalny debiut w roli szkoleniowca pierwszej drużyny. „Blaugrana" wygrała z Realem Sociedad 5:1, co było początkiem niezwykłej serii. W rundzie jesiennej hiszpańskiej ekstraklasy FC Barcelona Vilanovy zanotowała osiemnaście zwycięstw i jeden remis. Barça szybko wypracowała sobie kilkunastopunktową przewagę nad Realem Madryt i mogła skupić się na rozgrywkach Ligi Mistrzów. Mimo to, „Blaugranie" przydarzały się wpadki. Przegrała m.in. w fazie grupowej z Celtikiem Glasgow 1:2 i w 1/8 finału z Milanem 0:2, a w ćwierćfinale zremisowała z Paris Saint-Germain 2:2 i 1:1. Wówczas jednak Tito kursował między Barceloną, a Nowym Jorkiem, gdzie przechodził leczenie. Tymczasowo jego obowiązki przejął Jordi Roura, ale gołym okiem widać było brak lidera, kapitana statku. Władze klubu zapewniały, że Tito jest w stałym kontakcie z drużyną. Ba, trener z Bellcaire d'Empordà przyjmował w Stanach Zjednoczonych delegację sekretariatu technicznego „Blaugrany", aby wspólnie planować nowy sezon.
Kiedy na dobre wrócił do domu, zastał drużynę rozbitą i zdemobilizowaną. Wypadkową była klęska w półfinale Ligi Mistrzów z Bayernem Monachium. Nie przeszkodziło Mu to jednak w osiągnięciu najlepszego wyniku punktowego w historii La Liga. Triumf Tito już zawsze zostanie zapamiętany jako „liga stu punktów". Puchar za wygranie 22. mistrzostwa Hiszpanii w historii FC Barcelony uniósł wraz z innym herosem, Érikiem Abidalem. 19 lipca 2013 roku „Duma Katalonii" ogłosiła, że Vilanova musi całkowicie skupić się na leczeniu. Tito otrzymał propozycję pozostania w klubie na innym stanowisku, ale z niej nie skorzystał. Odmówił również prowadzenia reprezentacji Katalonii. Chciał walczyć. O życie, o siebie.
W takich chwilach nie ma odpowiednich słów. Każde wydaje się za małe, nieodpowiednie. Wśród tylu wspomnień jedna łza nie ma znaczenia, w końcu Jego najbliżsi otarli ich z policzka już tak wiele. I pewnie nie przestaną. Nie ma sensu próba stworzenia wrażenia, że był blisko, że znaliśmy Go, choć przecież był jednym z nas. Bo był częścią Barçy, był prawdziwym, oddanym culé. Quasi-osobiste wspomnienia byłyby nie na miejscu. Niech mówią ci, którzy dostąpili zaszczytu poznania Tito, rozmowy z Nim, pracy.
Na przykład Pilar Guinovart: "Nie ma słów mogących wyrazić tak ogromną stratę. Nowa gwiazda w barwach blaugrana świeci nad nami". Éric Abidal: "Za wszystko, co razem przeszliśmy, zapamiętam Cię na zawsze, Przyjacielu. Dziękuję za walkę. Wyrazy miłości i wsparcia dla całej rodziny. Spoczywaj w pokoju". Albo Andrés Iniesta: „Jestem osłupiały. Byłeś i zawsze będziesz przykładem. Nigdy Cię nie zapomnę. Spoczywaj w pokoju". Hiszpański napastnik Swansea, Michu, był najbardziej dosadny: „Pierdolony rak".
W miniony czwartek piłkarz drugiej drużyny, Pol Calvet, spotkał Tito w szpitalu Quirón. - Zrobiłeś wszystko, co mogłeś. Gwałtowność Twojej choroby pokonała Cię, sprawiła, że wydawałeś się przez nią mały, ale nigdy nie odpuściłeś - napisał na jednym z portali społecznościowych Calvet. Ponoć Vilanova zastanawiał się, jaki obraz utrwali się w głowie młodego pomocnika. Wiedział, musiał wiedzieć, czuć. Znów był o krok przed wszystkimi. Tak, jak wielokrotnie na boisku.
- Nie jest łatwo pożegnać się z grupą takich ludzi, piłkarzy, kolegów i przyjaciół, z którymi dzieliłem wiele niezapomnianych doświadczeń. Jestem na zawsze wdzięczny za wszystko, co mi daliście i wszystko, czego doświadczyłem. Ludzka i piłkarska warstwa tej drużyny będzie doświadczać różnych przeszkód, jednak jestem przekonany, że zmierzą się oni z wszystkimi wyzwaniami i kolejny sezon będzie dla każdego bardzo ekscytujący. (...) Wam wszystkim, fanom Klubu, chciałbym serdecznie podziękować za wsparcie. Chciałbym Wam powiedzieć, że jestem spokojny, silny i zamierzam stawić czoła mojej chorobie z dużą pewnością siebie. Wszystko będzie dobrze - napisał Tito w liście pożegnalnym z lipca 2013 roku. A na końcu: „Dziękuję Wam wszystkim". To my dziękujemy. Życie znów pokazało, jak jesteśmy mali. Ale Ty nie dałeś za wygraną, chciałeś być wielki. I wygrałeś. Wieczność już nie musi na Ciebie czekać.
Komentarze (6)