Kilka lat temu wróżono mu wielką przyszłość i kto wie, czy gdyby nie ciężka kontuzja Armand Ella Ken nie trenowałby dziś w drużynie Luisa Enrique. Jego losy potoczyły się jednak inaczej i dziś 21-letni piłkarz reprezentuje barwy Sandecji Nowy Sącz.
W pierwszej części rozmowy z Kameruńczykiem pytaliśmy go o kilkuletni pobyt w La Masíi i wrażenia z nim związane. Zapraszamy do lektury!
FCBarca.com: Na początku chcielibyśmy pogratulować ci świetnego początku w Sandecji Nowy Sącz. W pierwszym meczu zagrałeś 45 minut, w drugim wszedłeś na boisko w 26. minucie i zdobyłeś dwa gole, a twój zespół wygrał na wyjeździe aż 7:2. Wymarzony start.
Armand Ella Ken: Tak, to było dobre spotkanie. Bardzo się cieszę z tego, że moje bramki pomogły drużynie odnieść zwycięstwo.
Trenujesz z drużyną od dwóch tygodni. Jak wygląda twoja współpraca z nowymi kolegami? Czy zdążyłeś już zadomowić się w drużynie?
Do Nowego Sącza przyjechałem z Ukrainy, gdzie nie grałem zbyt wiele, dlatego taka sytuacja nigdy nie jest dobra. Przyjechałem na trening i już po dwóch godzinach prezes i trener powiedzieli, że widzą dla mnie miejsce w zespole.
Wszyscy w zespole przyjęli mnie bardzo dobrze. Podoba mi się w Nowym Sączu, to małe, kameralne miasto i odpowiada mi życie w takim miejscu. Jeśli zapytacie, dlaczego wybrałem właśnie to miejsce, odpowiem: bo chciałem grać. W pewnym momencie było mi wszystko jedno, po prostu chciałem grać. Chciałbym, żeby moje nazwisko poznały kluby nie tylko w I lidze, ale również w Ekstraklasie i poza granicami Polski.
Dziś jesteś w Nowym Sączu, a pięć lat temu Albert Capellas, jeden z opiekunów młodzieżowych drużyn Barcelony, mówił o tobie: „On będzie lepszy niż Thierry Henry”. Co stanęło na drodze do wielkiej kariery? Miałeś problemy ze zdrowiem czy chodziło o coś zupełnie innego?
La Masía to najwspanialsza szkółka piłkarska świata. Szkoli najlepszych piłkarzy. Takie słowa ze strony Capellasa to muzyka dla uszu młodego zawodnika. Byłem w fantastycznej formie, ale niestety nie wszystko poszło tak, jakbym chciał. Podczas zgrupowania reprezentacji Kamerunu w RPA doznałem poważnej kontuzji kolana i mój rozbrat z piłką trwał rok. Po pewnym czasie wznowiłem treningi, ale nie byłem w stanie brać udziału w meczach, dlatego nie mogłem od razu wskoczyć na poziom sprzed kontuzji.
Operację przeszedłem w Barcelonie, opiekowali się mną najlepsi lekarze i fizjoterapeuci, nie mogę powiedzieć złego słowa na postawę klubu. Ale rok bez gry zrobił swoje. Potrzebowałem czasu, żeby nadrobić braki kondycyjne. Barcelona to najlepszy klub na świecie i cały czas musisz być w topowej formie, żeby grać. Dostałem propozycję z Ukrainy i pomyślałem: czemu nie? To była dobra okazja, by odzyskać dawną formę i spróbować czegoś innego.
Jak trafiłeś do Barcelony?
Wszystko zaczęło się od tego, że moja mama odlatywała do Francji i pojechałem razem z nią lotnisko, żeby się pożegnać. Tam zobaczyłem grupę młodych piłkarzy. Porozmawiałem z nimi i okazało się, że dzięki Samuelowi Eto’o lecą do Hiszpanii.
Kilka godzin później zadzwoniła do mnie mama: „Nie zgadniesz, z kim rozmawiałam w samolocie. Z Samuelem Eto’o!” - wypaliła. Nie mogłem uwierzyć. Mama powiedziała mu, że jej syn gra w piłkę i również chciałby spróbować swoich sił poza Kamerunem. Eto’o stwierdził: „W porządku, nie ma żadnego problemu. Dam pani numer trenera, jeśli syn okaże się dobry, dostanie szansę”. Po kilku miesiącach wzięliśmy udział w turnieju na Teneryfie i od tamtego czasu przeniosłem się z pięcioma innymi zawodnikami z Afryki do Barcelony. To było coś wspaniałego. Dodam jeszcze, że klub nie skupiał się tylko i wyłącznie na piłkarzach. Szkolił również koszykarzy, piłkarzy ręcznych i przedstawicieli innych dyscyplin.
Jaką osobą jest Eto’o? Wielu uważa go za osobę władczą, nieznoszącą sprzeciwu, łatwo wpadającą w gniew.
Często jest tak, że ludzie wypowiadają się na temat jakiejś osoby, nie znając jej osobiście. Ja miałem okazję poznać Samuela i muszę powiedzieć, że dla mnie i dla innych piłkarzy z Afryki był jak ojciec, matka i brat. Kiedy zrobiłeś coś złego, nie wahał się nas pouczać, ale z drugiej strony cieszył się naszymi sukcesami. Ludzie mogą mówić różne rzeczy na jego temat. Być może nie jest najlepszym człowiekiem na świecie, ale przecież każdy ma inny charakter.
Do Barcelony trafiłeś w wieku 12 lat i znałeś tam jedynie pięciu swoich kolegów z drużyny.
To prawda. Mieliśmy kogoś w rodzaju opiekuna, na którego zgodę wyrazili nasi rodzice. Warto powiedzieć, że docelowo – przynajmniej w naszych dokumentach – w Barcelonie mieliśmy się uczyć. Futbol był na drugim miejscu.
Wiecie, większość osób wyobraża sobie La Masíę jako szkółkę piłkarską, w której młodzi zawodnicy trenują kilka godzin dziennie. Tak naprawdę wygląda to zupełnie inaczej. Każdego ranka chodziliśmy do szkoły, gdzie uczyliśmy tych samych przedmiotów co nasi rówieśnicy. Treningi były jedynie po południu. Największą karą był dla nas brak treningu, gdy coś przeskrobaliśmy lub przynosiliśmy kiepskie oceny.
Jeśli chodzi o rozłąkę z rodziną… Cóż, wielu piłkarzy w La Masíi przez to przechodzi. Nawet jeśli jesteś bardzo młody, musisz podjąć tę trudną decyzję. Spełniasz marzenie, ale jesteś daleko od swoich bliskich. Takie jest życie. Barcelonę wybiera jednak wielu młodych graczy – są piłkarze z Afryki, Ameryki Południowej czy nawet Azji.
Jeśli już wspomniałeś o karach i La Masíi… Jak oceniasz posunięcia ze strony FIFA dotyczące szkółki?
To skomplikowana sprawa. Jeśli FIFA zajęła się nią, to być może miała jakieś powody. Być może nie. Moim zdaniem kara nie jest wielkim problemem i Barcelona sobie z nią poradzi. Dlaczego? Ponieważ jest jak jedna wielka rodzina. Nawet z roczną czy dwuletnią karą na transfery z zewnątrz ten klub sobie poradzi, ponieważ znajduje się tam wielu młodych piłkarzy, którzy mogą dołączyć do pierwszej drużyny. La Masía nie kształci tylko piłkarzy – ona wychowuje młodych chłopaków na dobrych ludzi.
Jak wspominasz swoich trenerów z La Masíi?
Miałem kilku opiekunów, ale najlepiej wspominam Frana Sáncheza. To był najlepszy trener, z jakim miałem okazję współpracować. Jego metody treningowe sprawiły, że stałem się lepszym piłkarzem, mogłem wejść na wyższy poziom.
W tej drabinie, po której pną się wszyscy młodzi piłkarze, ja znalazłem się najwyżej na szczeblu Juvenilu A, choć dwa razy miałem okazję trenować z Pepem Guardiolą. To coś niesamowitego, kiedy ćwiczysz na jednym boisku z Abidalem, Iniestą czy Messim. Miałem również okazję występu w towarzyskim spotkaniu Barcelony B, której trenerem był wtedy Luis Enrique.
Pewnie zaraz zapytacie mnie o to, jacy na co dzień są najlepsi zawodnicy na świecie. Chociaż nie poznałem ich dobrze, mogę śmiało powiedzieć, że mimo sukcesu pozostali normalni, skromni. Nie ma mowy o gwiazdorstwie. Kiedy pierwszy raz byłem na treningu u Guardioli, byłem bardzo zdenerwowany. Przyszedłem trochę wcześniej i gdy czekałem na resztę zawodników, podszedł do mnie Dani Alves i zaprosił do wspólnego treningu. Powiedział: „Hej, wyluzuj, wszystko będzie dobrze”. A ja zamiast myśleć o treningu byłem szczęśliwy, bo rozmawiałem z samym Alvesem!
To twoje najlepsze wspomnienia z Barcelony?
Nie tylko te. Wszystkie związane z La Masíą, czas spędzony w Barcelonie był wspaniały. Byliśmy jedną wielką rodziną na boisku, ale również poza nim. Podczas pobytu w klubie brałem udział w wielu turniejach, nasza drużyna wygrała wiele pucharów. Grałem w Nike Cup, gdzie zdobyłem tytuł najlepszego piłkarza w Hiszpanii. Nie byłoby tego jednak, gdyby nie cały zespół. Piłka nożna to sport drużynowy i moje sukcesy były efektem pracy całej ekipy. Messi również nie strzelałby tylu goli, gdyby nie miał koło siebie Iniesty, Xaviego czy Neymara. Kto podawałby mu piłki? Jasne, Messi ma ogromny talent, ale nie można patrzeć tylko na niego, ale na całą drużynę. Jeśli chcesz grać indywidualnie, zostań tenisistą.
Czas w La Masíi był wspaniały. Poza meczami mieliśmy różnego rodzaju konferencje, spotkania z piłkarzami, wycieczki w góry. Prowadziliśmy przecież normalne życie, byliśmy młodymi, kilkunastoletnimi chłopakami i robiliśmy to, co wszyscy. Mieliśmy wielu znajomych spoza szkółki, z którymi wychodziliśmy wieczorami do restauracji czy na zakupy. Warunkiem było odrobienie lekcji i popołudniowy trening. Młodsi piłkarze musieli wrócić do domu o 22, starsi godzinę później.
Przeczytałem w jednym z wywiadów, że jednym z twoich najlepszych kolegów z tamtych czasów był Rafinha. Podobnie jak ty ma 21 lat, ale jego kariera potoczyła się zupełnie inaczej.
Rafinha to świetny piłkarz i cieszę się z tego, że gra w pierwszym zespole. Miałem z nim dobry kontakt, ale moim najlepszym kumplem był Senegalczyk Bacary Mendes. Fantastyczny piłkarz i świetny człowiek. Do dziś utrzymujemy serdeczny kontakt.
Już jutro, w drugiej części przeczytacie o ukraińskim epizodzie w karierze Armanda, ocenie sytuacji Barcelony i planach na przyszłość. Zapraszamy!
Komentarze (392)