Jeżeli oglądaliście film „Być jak John Malković”, wiecie, co się dzieje, gdy Malković wejdzie do wnętrza umysłu Malkovicia. Jeśli nie oglądaliście – polecam to uczynić. Podobnie jak obejrzeć dzisiejszy mecz, bowiem dopiero wtedy zobaczymy, co się dzieje, gdy Sporting wkracza do Barcelony. Wbrew pozorom jedno i drugie ma ze sobą wiele wspólnego.
Sporting chciałby być Barceloną, ale nie jest. W tej chwili można uznać, iż nie jest także Sportingiem. Z kolei po porażce Dumy Katalonii z PSG ozwały się liczne głosy, kibicowskie i eksperckie, że Barcelona też Barceloną już nie jest, a przynajmniej nie taką, jaką powinna być, nie tą najlepszą wersją samej siebie. Przyszły wywalczone zwycięstwa z Leganes i Atléti, dzięki czemu emocje nieco opadły. Nie zmieniło to jednak faktu, iż barcelońskość Barcelony pozostaje kwestią dyskusyjną. Oba kluby, które dzisiejszego wieczora zmierzą się ze sobą na Camp Nou, znajdują się w sytuacji poważnego kryzysu tożsamości, choć objawia się on u nich w zupełnie odmienny sposób.
Odpowiedzialność
Ostatni czas to w barcelońskim entorno, jak określił swego czasu to środowisko Johan Cruyff, głośne rozważania na temat następcy Luisa Enrique na ławce szkoleniowej. Według licznych opinii pomysł Lucho na Barçę wyczerpał się, impuls, jaki przyniósł ze sobą w roku trypletu, kompletnie wygasł. Szatnia ma na niego narzekać; niewiele wskazuje na to, by trwały negocjacje na temat przedłużenia kontraktu, który z klubem łączy go do końca sezonu. To stan rzeczy na przełomie lutego i marca 2017 roku. Jeszcze niecałe dwa lata temu asturyjski szkoleniowiec był bogiem na Camp Nou. Rozpływano się nad tym, jak dodał drużynie entuzjazmu po roku pełnym marazmu za kadencji Gerardo Martino. Jak zwertykalizował grę, nauczył budowania kontrataków, wraz z Juanem Carlosem Unzué wyszlifował stałe fragmenty. Od stycznia do maja 2015 roku trener przeszedł ze stanu zagrożenia dymisją do roli klubowego bohatera. Ukoronowaniem sezonu był tryplet, i to nie pierwszy lepszy. Segon triplet – kolejny tryplet. Pod takim hasłem świętowano powtórne zdobycie trzech najważniejszych trofeów. Pod ręką Luisa Enrique Barcelona stała się pierwszą i jak na razie jedyną drużyną, która zdołała dokonać tego więcej niż raz. Pierwszą pozostanie już na zawsze.
Futbol żywi się jednak teraźniejszością, a przy tym potrafi być okrutny. Ten barceloński w szczególnym stopniu. Droga z dna na szczyt, którą przebył Lucho dwa lata temu, otwiera się teraz dla niego na nowo: w przeciwnym kierunku. A jako że spadać jest znacznie łatwiej niż się wdrapywać, niejeden uważa, że koniec tej historii jest oczywisty i nieunikniony.
To obraz, jaki w tej chwili możemy obserwować w Barcelonie, i trudno mi oprzeć się wrażeniu, że w tej samej historii Sporting znalazł się na podobnej ścieżce, jednak o krok dalej. W drugiej połowie stycznia stanowisko na ławce El Molinón stracił Abelardo Fernández. Sporting miał na koncie jedynie dwanaście punktów, znajdował się w strefie spadkowej, a gra drużyny – podobnie jak w przypadku Barcelony – nie satysfakcjonowała kibiców. Rojiblancos wyglądali, jakby ktoś odciął im tlen i trudno było dostrzec w nich tę energiczną i młodą ekipę, która jeszcze całkiem niedawno sensacyjnie wywalczyła powrót do Primera. Kibice zarzucali utratę klubowej tożsamości, zaś Pitu został tym, który przejął za to odpowiedzialność. Bronił swoich zawodników, jednak widać w nim było zmęczenie ratowaniem klubu, który już w zeszłym roku zaliczył dramatyczną końcówkę sezonu, a tym razem nie zanosiło się na to, by miało być lepiej. Abelardo domagał się transferów, mówiąc, że bez wzmocnień nie jest w stanie więcej wykrzesać z drużyny. Zaczął narzekać na krzywdzące decyzje arbitrów. I na pech, który miał prześladować Rojiblancos. 17 stycznia w oficjalnym komunikacie Real Sporting ogłosił, że Pitu podał się do dymisji i opuszcza El Molinón. „Ten klub zawsze będzie jego domem” – rzadko zdarza się, by takie słowa padały w klubowym oświadczeniu na temat zwolnienia trenera. Zwykła kurtuazja i podziękowania to norma, w tym przypadku jednak kryło się coś więcej. Kibice, zarówno w mediach społecznościowych, jak i na stadionie, żegnali szkoleniowca słowami „Gracias Pitu”. Nic dziwnego, wszak on dokonał rzeczy, które dla Sportingu są tym, czym dla Barçy czy Realu zdobycie mistrzostwa. A może nawet czymś jeszcze więcej? Abelardo zaprowadził klub z powrotem do Primera po imponującym marszu przez drugą ligę. Odbudował drużynę w fatalnej sytuacji finansowej, do cna wycisnął wszystko, co dało się wycisnąć z cantery. Przywrócił Sportingowi osobowość, której trudno było się w nim doszukać od czasów nieodżałowanego Manolo Preciado. Krótko mówiąc, sprawił, że Sporting był Sportingiem.
Tożsamość
W tym byciu Sportingiem pod wodzą Abelardo klub z Estadio El Molinón był na swój sposób barceloński. Podobnie jak swego czasu Duma Katalonii postawił na oparcie składu o wychowanków i w podobny sposób na tym wygrał. Nie da się chyba uniknąć porównań, skoro Lucho i Pitu to kumple od dzieciństwa. Razem uczyli się kopać piłkę, razem grali w Sportingu, w Barcelonie i w reprezentacji Hiszpanii. Nigdy nie współpracowali na ławce trenerskiej, choć w ostateczności obaj podążyli tą drogą. Abelardo nieco później, choć jest starszy niż Luis Enrique. Traf losu zechciał, że w końcu obaj zostali trenerami dwóch klubów, które deklarują jako drużyny swojego życia – jeden Barçy, drugi Sportingu. Obaj też osiągnęli w nich sukces.
W tej chwili, gdy Lucho głowi się nad swoją przyszłością (a może wręcz przeciwnie, z wyczekiwaniem spogląda na kalendarz i koniec kontraktu, który mógłby mu przynieść wytchnienie), jego kumpel zakończył już swoją przygodę z jednym z dwóch klubów życia. Jeżeli Luis Enrique jest fatalistą, powinien już szukać roboty na kolejny sezon albo planować długie wakacje. Oby nie był, bo takie nastawienie byłoby najgorszym, co mogłoby w tej chwili spotkać Barcelonę. Drużyna jest w grze o ligę, która wbrew licznym opiniom sprzed kilku tygodni, a nawet miesięcy, nadal pozostaje otwarta. I jeśli szansa na dalszą walkę w Lidze Mistrzów przepadnie, co najprawdopodobniej się wydarzy, stawka nadal pozostaje niezwykle wysoka. Wiele drużyn podpisałoby cyrograf, by wygrać dwa na trzy puchary.
Sporting w rozwoju sytuacji znajduje się o krok przed Barçą, ma więc już nowego trenera. Abelardo zastąpił Joan Francesc Ferrer, czyli Rubi. Ten sam Rubi, który został członkiem sztabu szkoleniowego Barcelony u boku Tito Vilanovy i kontynuował pracę pod kierownictwem Gerardo Martino. Z klubu odszedł chwilę przed tym, nim zawitał do niego Luis Enrique.
Konfrontacja
– Musimy być przekonani, że jutro będzie nasz dzień – zapewnia Rubi przed starciem na Camp Nou. Chwilę później wspomina o zachowaniu tożsamości drużyny.
Można się zastanawiać, czy Katalończyk nie rzuca słów na wiatr, gdyż Canella, Moi Gómez i Carmona nie zostali powołani i odpoczywają przed meczem z Deportivo. Trudno się dziwić, Depor to ta sama liga co Sporting i logicznym jest, że walka z nim może zostać przez Asturyjczyków uznana za priorytet. Za trzy kolejki czeka ich jeszcze starcie z Granadą – głównym rywalem w walce o utrzymanie. Sporting walczy o życie i w tej sytuacji trudno byłoby nie zrozumieć, że mecz z Barcelona może zejść dla niego na dalszy plan. Rubi zarzeka się jednak, że nie planuje odpuścić spotkania z Barçą, zaś siłą jego drużyny jest możliwość rotacji, gdyż Rojiblancos na każdej pozycji mają przynajmniej dwóch zawodników na podobnym poziomie. W obliczu planowanych przetasowań oraz osłabienia, jakim jest zawieszenie Jorge Mere, na liście powołanych znaleźli się Babin, Elderson, Alberto Lora, Juan Rodríguez oraz Isma López. Dobrą wieścią dla Barçy przed dzisiejszym spotkaniem jest także fakt, że aż pięciu zawodników, których możemy się spodziewać w wyjściowym składzie – Carlos Castro, Ivan Cuellar, Nacho Cases, Isma López oraz Lillo Castellano – ma na swoim koncie cztery żółte kartki. W perspektywie najbliższych spotkań ligowych prawie połowa drużyny będzie musiała grać z dużą ostrożnością, by nie osłabić zespołu w starciu z Depor. Dwa ostatnie mecze Sportingu z Barçą kończyły się nie tylko goleadami Katalończyków, ale też wykluczeniami po stronie ich rywali. Podopieczni Rubiego z pewnością mają to w pamięci.
Dziś czeka nas konfrontacja dwóch drużyn, które walczą, według swojej własnej skali, o najwyższą stawkę. Z jednej strony o mistrzostwo, z drugiej o utrzymanie. Obie przechodzą przez kryzys, ale... może to i dobrze? Być może część z Was kojarzy Erika Eriksona, słynnego badacza psychologii rozwoju człowieka. Według jego teorii w kolejną fazę rozwoju można przejść wyłącznie poprzez kryzys. Jeśli się w niego nie wejdzie, to nigdy się go nie opuści, a jeśli się go nie opuści, nie pójdzie się do przodu.
Obie drużyny prędzej czy później zostawią ten kryzys za sobą. Z pewnością czeka je wtedy coś nowego, a kto wie, czy nie będzie to lepsze niż wszystko, co znały dotychczas. Na razie drużyny Lucho i Rubiego czeka kolejna weryfikacja. Oby tego wieczora Sporting był Sportingiem, a Barcelona była Barceloną. Ponownie.
Komentarze (29)