„I love this game!”. Pamiętacie hasło firmujące NBA na przełomie wieków? Dziś do złudzenia podobne słowa padają z ust Quique Setiéna, trenera Realu Betis. „Kocham to. Kocham futbol”. Tym wyznaniem Kantabryjczyk tłumaczy swoją deklarację, iż woli zremisować 6:6 niż 0:0. I właściwie... nie mamy żadnego powodu by mu nie uwierzyć.
Bo jak nie wierzyć człowiekowi, którego drużyna pod względem liczby zdobytych bramek jest trzecią siłą LaLigi? Tak, tak. W tym elemencie Verdiblancos są skuteczniejsi niż takie ekipy jak Real Madryt, Atlético, Sevilla czy Villarreal. W tym samym czasie Betis znajduje się na trzeciej pozycji w innej klasyfikacji bramkowej – goli straconych. Tylko bijące w tym sezonie rekordy absurdu Las Palmas (47) oraz Deportivo (37) są gorsze niż ekipa z Sewilli (36). Naprzeciwko tej dziwnej hybrydy skutecznej ofensywy i dziurawej obrony stanie dziś Barcelona. Potentat pod względem przedzierania się do bramki rywali i jednocześnie chronienia swojej. Co więcej jest to Barça podrażniona przegraną w derbach z Espanyolem, która przerwała passę bez porażki, towarzyszącą Katalończykom w tym sezonie.
Starcie przeciwieństw
Drużynę Valverde moglibyśmy opisać jednym słowem: konsekwencja. Jeśli tak, to Verdiblancos stanowią dla niej idealny kontrast. Bo jak inaczej niż niekonsekwentną, nazwać ekipę, która 3:5 przegrywa z Cádiz, by później takim samym rezultatem pokonać Sevillę? Obecny sezon w zielono-białej części stolicy Andaluzji pełen jest nieprzewidywalności, niespodzianek i stanów przedzawałowych. „Nie jestem w stanie zmienić mojej mentalności i podejścia do gry” – tłumaczy się Setién. – „Jestem pewien, że jesteśmy najbardziej atrakcyjną drużyną, jaką można oglądać w LaLidze. Jestem świadom, że kibice Betisu cierpią, gdy tracimy bramki albo gdy wymagam od Adána gry nogami. Ja też cierpię wewnętrznie, muszę zaakceptować ryzyko wiążące się z tym. Ale to się opłaca. Wolę to, niż siedzieć cicho w kącie i spekulować na temat wyniku, zastanawiać się czy uda się wykorzystać tę jedyną szansę jaka zdarzy się w meczu albo wyprowadzić jeden kontratak. Szanuję takie podejście, nie zrozumcie mnie źle. Ale to inne uczucie”.
Barcelonie przychodzi zmierzyć się z nowym Betisem Setiéna w jednym z jego najlepszych momentów. Po zaliczeniu gorszej passy pod koniec zeszłego roku Verdiblancos wyszli na prostą w imponującym stylu. Zebrali komplet punktów w trzech z czterech ostatnich spotkań, dziesięciokrotnie znajdując drogę do bramki przeciwnika. Połowa z tych goli padła w szczególnych dla Betisu okolicznościach – podczas Derbi Sevillano. Joaquín przyznał, że po tym, jak jego klub zaaplikował największemu rywalowi pięć trafień na Sánchez Pizjuán, płakał w szatni jak dziecko. Dziś Betis dokonuje rzeczy, które zapadają głęboko w pamięć nawet jego legendom. „W szatni płakaliśmy, śpiewaliśmy, krzyczeliśmy” – opowiada, – „to pokazuje jak ważny jest ten mecz dla wszystkich béticos”.
Szansa nie do zmarnowania
Z perspektywy Barcelony nadchodzące spotkanie jest szansą na jeszcze pewniejsze umocnienie się w roli lidera. Atlético właśnie zremisowało z rewelacyjną Gironą. Valencia przegrała z kolei z Las Palmas, co niezależnie od wyników kolejnych meczów stanowi już największe zaskoczenie tej kolejki. Takich szans nie należy marnować. „Coś szczególnego musi się wydarzyć, by Barcelona przegrała” – opiniuje Setién. – „To nie zdarza się często, a kiedy już następuje, zazwyczaj to Barça zasługuje na zwycięstwo, ponieważ tworzy wiele sytuacji. Podobnie było w meczu z Espanyolem. […] Przegrywają wtedy, kiedy zabraknie im skuteczności, ale okazje kreują zawsze. Ostatecznie wszystko sprowadza się do skuteczności”.
W tym sezonie ligowa passa bez porażki w lidze rozpoczęła się od meczu z Betisem. Czas na kolejną serię?
Komentarze (36)