Gdyby taki mecz, jak ten dzisiejszy z Realem Sociedad, zaplanowany był rok temu tuż po przerwie reprezentacyjnej, kibice z pewnością drżeliby o wynik. Jeszcze w 2017 roku na Barcelonie ciążyła ogromna "klątwa Anoety", której nie udało się zrzucić ani Pepowi Guardioli, ani Luisowi Enrique, a więc dwóm najbardziej utytułowanym trenerom Blaugrany w ostatniej dekadzie. Barça pozostawała bez ligowego zwycięstwa w San Sebastián od przeszło dziesięciu lat, aż w styczniu 2018 roku ze swoją ekipą wygrał tam pragmatyczny Ernesto Valverde. Anoeta została odczarowana i dziś ciężar gatunkowy meczu jest zdecydowanie mniejszy, co nie znaczy, że czeka nas łatwe zadanie.
14 stycznia tego roku Barcelona przegrywała już 0:2, ale zdołała wygrać 4:2. Do bramki gospodarzy trafili Paulinho, dwukrotnie Luis Suárez i raz Messi, co umocniło wówczas ich drużynę na czele ligowej tabeli. Warto przypomnieć, że środek pola zespołu Valverde tworzyli w tamtym spotkaniu Busquets, André Gomes, Rakitić i Paulinho i choć w przerwie wszyscy domagali się ofensywnych zmian (po pierwszej połowie Barça przegrywała 1:2), pierwszej rotacji trener dokonał dopiero w 65. minucie, gdy za Paulinho wszedł Dembélé (na tablicy wyników był wtedy remis 2:2), a kolejne zrobił już, gdy jego podopieczni wyszli na prowadzenie. Hiszpański szkoleniowiec mógł wówczas zachichotać prosto w twarz tym, którzy kpili z jego pragmatycznego podejścia do piłki. Wynik poszedł w świat, ale kibice coraz głośniej domagali się efektownej, ofensywnej piłki.
Rozpieszczony culé chce "chleba i igrzysk", nie wystarczają mu już jedno- czy dwubramkowe zwycięstwa "bez stylu". Fajerwerki, jakie Barcelona odpaliła w meczu z Huescą, dały nadzieję na to, że drużyna Valverde zacznie w końcu grać szybką i ofensywną piłkę. Co prawda trudno przypuszczać, że stanie się to dziś na Anoecie - to dla nas wciąż piekielnie trudny teren - ale spójrzmy w terminarz. Siedem spotkań na przestrzeni najbliższych trzech tygodni to wystarczający boiskowy materiał, by wyciągać pierwsze wnioski, jakiej Barçy możemy spodziewać się w obecnej kampanii. Zawsze najważniejsze będą wyniki, tyle że na Camp Nou same wyniki to za mało.
Mistrzowie Hiszpanii mają na razie w kim wybierać (kontuzjowani są tylko Malcom, Denis i Samper) i wydaje się, że w obliczu tak napiętego harmonogramu gier trener zdecyduje się w końcu na rotacje. Może się jednak okazać, że w San Sebastián Valverde znów wystawi swoją once de gala, a rezerwowych pośle na murawę we wtorkowym meczu Ligi Mistrzów z teoretycznie łatwiejszym przeciwnikiem - PSV Eindhoven. Tak czy inaczej, znając pragmatyzm trenera Barçy, bardziej należy spodziewać się siły fizycznej, walki i "ostrożnej" jedenastki niż ofensywnego ustawienia i otwartej gry od pierwszej minuty.
Obecny sezon Barça rozpoczęła tak samo udanie jak poprzedni. Zdobyty Superpuchar Hiszpanii, trzy zwycięstwa w LaLidze, cztery ligowe gole Messiego czy nawet rosnąca forma Dembélé to oczywiście nic niezwykłego, ale strach pomyśleć, co by było, gdyby ta kampania zaczęła się nieco gorzej. Na przykład tak jak zaczęła się dla Realu Sociedad, który na inagurację wygrał z Villarrealem, ale później zremisował z Leganés i przegrał z Eibarem, co sprawia, że po trzech meczach ma na koncie tylko cztery punkty. W tym miejscu warto zaznaczyć, że zespół nowego trenera Asiera Garitano wszystkie te spotkania rozegrał na wyjeździe, na co uzyskał zgodę od władz LaLigi, argumentując to potrzebą większej ilości czasu, by przygotować remontowany stadion do rozgrywek. Jeszcze pod koniec sierpnia, gdy na hiszpańskich stadionach rozegrana została już druga kolejka Primera División, Anoeta wyglądała tak:
Wczoraj klub pochwalił się filmem i podpisem, że wykonano wielką pracę i stadion jest gotowy:
W drugim wyjazdowym ligowym spotkaniu Barçy w tym sezonie murawa nie powinna być więc żadną przeszkodą, tak jak zdarzyło się to choćby w pojedynku z Realem Valladolid. O zwycięstwo będzie trudno, ale kto jeśli nie Barcelona? Jedno jest pewne - emocje gwarantowane.
Komentarze (10)