- Strona główna
- La Rambla
La Rambla
Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.
La Rambla
Online: 1344 Culés
Gorące dyskusje
Verore
2
Teoria spiskowa, w którą wierzysz? Ja zacznę: w Smoleńsku nie było wypadku
21 odpowiedzi
MirusAmisz
6
Dokąd zmierza ówczesna motoryzacja? Wiadomo są różne gusta ale wizualnie przecież to wygląda... » Czytaj dalej
16 odpowiedzi
agaFCB
2
Ale dziś piękna pogoda do tego żeby uciec z pracy o 10 i pójść spać. Przy deszczu najlepiej... » Czytaj dalej
24 odpowiedzi
Media
Sonda
MVP sezonu 2025/26 FC Barcelony jest:
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
Online: 1344 Culés
8
Butelka w głowie Aime Jacqueta(prosze przeczytać w odpowiedzi na komentarz):
@Adran360
@Arkon
@AxelF
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
8
@FCBparasiempre
12 listopada 1969 r. stadion Wojska Polskiego, Legia Warszawa-AS Saint Etienne 2:1.
Urodziłem się wśród huku armat, pół roku po strzałach do arcyksięcia. Umierałem wśród dźwięków werbli, dwa tygodnie po tym jak Jean Havelange i jego wnuczek wylosowali Polsce łatwą grupę na mundialu w 1978 roku. Mundial ten Polska jechała wygrać. Drużynie Francji mały i duży Havelange wylosowali złośliwie trudną grupę. To mnie jeszcze na finiszu życie utwierdziło w przekonaniu że dobrze wybrałem ojczyznę. Napraszała mi się ta Francja w polskość strasznie, ojciec cmokał nad wszystkim paryskim, paszport kusił łatwizną ale ja wiedziałem że to syreni śpiew. Moją powinnością było oprzeć się i trwać. W palcie z metką „Bracia Jabłkowscy" a nie od francuskich krawców. Nagroda będzie wielka: kłanianie się szmaciakom, bo grzeczność wymaga i nocne rozmyślania o czynie; wieczne patrzenie z ukosa, byle ktoś nie pomyślał że ci na czymś zależy; kolarz Królak wpadający na Stadion Dziesięciolecia, moja Kalina, Mój stolik w SPATIF-ie, Bohdan Poręba, Legia i Gwardia razem w europejskich pucharach, Holoubek i Konwicki w cenie biletu na mecz. Gdzie ja bym znalazł taki drugi los? 33 lata byłem w papierach Francuzem, więc wierzcie mi: trochę się orientuję. „Byłem przez długie lata pewien że wszystko co napisałem o mojej rodzinie w jeziorze Bodeńskim zostało przeze mnie wymyślone. W domu panowało słabe zainteresowanie naszym drzewem genealogicznym. W zasadzie historia naszego rodu ginie w mrokach pierwszej połowy XIX wieku. Wiedziałem tyle że mój dziadek był powstańcem 1863 roku i po powstaniu zbiegł do Francji. Dopiero niedawno dowiedziałem się że mój prapradziadek naprawdę przybył do Polski z Napoleonem i był Francuzem. Z maleńką różnicą: nie był żadnym oficerem ale kupcem, który wlókł się za wojskiem z towarami. W Warszawie spodobało mu się i został, założył sklep. Rodzina moja pochodzi z Saint Etienne i są jeszcze tam albo w okolicy, ludzie o moim nazwisku pisanym tak, jak pisał się mój prapradziadek: przez i a nie przez y. A ja od tego czasu ilekroć dowiem się że drużyna Saint Etienne przegrała, cieszę się bo nie znoszę całej tej rodzinnej historii, którą lubiłem do czasu, kiedy myślałem że jest zmyślona przeze mnie". Tymczasem wylosowaliśmy kiedyś drużynę Saint Etienne w pucharach a ja zostałem wezwany do czynu. Gdy wybuchła wojna prawdziwa, druga światowa, to wróciłem z niej po 45 minutach. Gdy trafiłem na Szucha, to gestapowiec był jak na złość miły. Gdy trafiłem do niewoli, to była to niewola śmieszna i niemęska, w budynku szkoły nad jeziorem. Wszystko przez paszport, który jakby mi zawadzał w czynie. Tymczasem wojny pucharowej polsko-francuskiej roku 1969 było aż cztery razy po 45 minut a wygrał ten, kto miał zostać szybko zgnieciony i wszystko odbyło się z jakimś tam nawet moim udziałem. Tego dnia byłem na Legii jakoś bardziej niż zwykle. Bardziej nawet niż wtedy, gdy w 1950 wyszliśmy na boisko Legii trenować przed meczem artyści- dziennikarze. Na bramce był Tadzio Borowski, ja w ataku z Władkiem Broniewskim i satyrykiem Józkiem Prutkowskim. Niestety Borowski rozwalił rękę, mnie coś strzeliło w kręgosłupie, Broniewskiemu zabrakło tchu a Prutkowskiemu zaczęło pikać serce. teraz była jesień 1969 i nie dość że pierwszy raz mieliśmy zagrać w pucharze Europy z Francuzami, to jeszcze byli to Francuzi z Saint Etienne. Mało tego: byli to jeszcze przy tym Francuzi ogłaszani przez Francuzów najlepszą drużyną na świecie. Ogłaszani zupełnie serio, choć byli wtedy ledwie królami podwórka. Francuzi wymyślili europejskie puchary, według mnie z poirytowania że Anglicy ogłosili Wolverhampton mistrzem świata, gdy ta drużyna pokonała Wielki Honved w meczu towarzyskim Francuzi powiedzieli: „Hola, chcecie tak ogłaszać, to może zróbmy Puchar Europy klubów, wygrajcie go i będziecie mogli tak twierdzić". Zrobili te rozgrywki a Anglicy oczywiście je zlekceważyli i nie wygrali. Problem w tym że Francuzi też nie wygrali a jak wymyślili europejskie puchary, to musieli przecież czuć że nie Wolverhampton, tylko ich Stade de Reims jest prawdziwym mistrzem świata. Że zdobędzie Puchar Europy, tak jak zdobył w 1953 Copa Latina i będzie można oficjalnie ogłosić że to najlepsza drużyna na świecie. A tu nie: zaczął wygrywać Real Madryt i nie bardzo mógł przestać. Jak już przestał, to zaczęła Benfica. Po niej Inter i tak dalej. Wszyscy, tylko nie Francuzi. Francuzi wymyślili też plebiscyt na Złotą Piłkę dla najlepszego piłkarza Europy i tam w miarę szybko coś wygrał Francuz ale i to, prawdę mówiąc Polak - Kopaszewski. Powikłania w relacjach to moja specjalność ale powojennych relacji piłkarskich polsko-francuskich sam bym nie dał rady tak pogmatwać. Gdy Reims grało z Realem w pierwszym finale Pucharu Europy, prawie co drugi zawodnik w składzie Francuzów umiał po polsku. Co 10-ty piłkarz we Francji był wtedy Polakiem. Po wojnie były przez kilka lat dwa PZPN-y. Jeden Polski Związek Piłki Nożnej w Polsce, 2 Polski Związek Piłki Nożnej we Francji. Oba miały swoje rozgrywki, puchary, nawet swoją reprezentacją polski. Ta Francuska reprezentacja Polski Miała we Francji pod górę w tamtejszym MSW i mecze przyjeżdżała czasem grać tutaj, w Polsce. Grała na przykład z reprezentacją Polski górników, reprezentacją Polski związków zawodowych. Kompletny mętlik a piszę to ja, człowiek narodowościowo poczwarny Kalina Jędrusik by powiedziała że jak są dwa PZPN-y, to można się nawet pogubić, który PZPN jebać. Ale Kalina tak nie powiedziała bo poznałem ją już po tym, jak ten drugi PZPN Francuzi kazali rozwiązać kropkę Zresztą akurat wtedy nie było przejściowo żadnego PZPN-u, bo ten polski był komisją piłki nożnej przy GKKF. Nawet jak już się ostał jeden PZPN, w Warszawie, to i tak mnóstwo rzeczy ważnych dla polskiej piłki nadal działo się we Francji. Mieszka w Paryżu takiej Polski Żyd, potężny manager piłkarski. Ma na nazwisko Ukraińczyk. Ludzie myślą że to jego pseudonim. Mówię że jest z Łodzi albo że ze Lwowa a to jest chłopak z serca Warszawy. Tylko ani on, ani nikt inny nie chce za bardzo o tym co przed wojną rozmawiać. Może i słusznie bo jak Ukraińczyk ma być najpotężniejszym menadżerem piłkarskim na świecie a tu ktoś sobie przypomni że to ten rudy Juliusz, co z nim do gimnazjum chodził? I Juliusz się na przykład kałamarzem poplamił przy całej klasie? Albo się kiedyś potknął przy koleżankach i głupio wywrócił? Albo, nie wiem ustawiał gonitwy na mokotowskim torze i miał wyrok za sanacji? Takie niby teraz potężny i wpływowy, z samym Pelem się przyjaźni a kiedyś się umazał atramentem i głupio wywrócił? Światowa Sława wygląda jakoś nonsensownie, gdy chodziła kiedyś z nami do szkoły. Trzeba się potem nagimnastykować żeby z takiego sukcesu wybrnąć. Trochę jak z tym polskim śpiewakiem, który podbijał największe sceny świata i śpiewał z Marią Callas ale w swoim własnym zespole w Polsce dostawał po tym tylko rolę drugorzędne. Ha, kolego, z Marią Callas to każdy potrafi ale czy ty umiesz tu, drugorzędnie? I wtedy ten jego sukces stawał się jakoś bardziej strawny.
Z Ukrańczykiem jest o tyle łatwiej że to są sukcesy tylko „polskiego pochodzenia" a nie takie arcypolsko-polskie, więc przynajmniej nie trzeba z nimi codziennie żyć. Ukraińczyk jest jedyną osobą na świecie, która rozmawia przez telefon więcej ode mnie. Załatwia w piłce wszystko, również Legii. Wozi te nasze kluby po Brazyliach, Tunezjach a nawet Izraelach, ruga jest strasznie, gdy mu wstydu narobił słabą grą ale wszyscy koło niego dalej skaczą bo sypie dolarami. A przy tym święcie wierzy w światową łączność proletariatu a przynajmniej taką wiarę publicznie wyznaje. Zna też wszystkie dziury w żelaznej kurtynie. To on reprezentację Polski przebraną za reprezentację Warszawy wywiózł do Hiszpanii Generała Franco. Normalnie, w środek faszystowskiego reżimu, na otwarcie Stadionu Camp Nou. Tylko dali im na koszulki syrenkę zamiast orzełka ale to była ta sama drużyna, która parę dni później zagrała z Bułgarią jako normalna reprezentacja. Zresztą on wywiózł do Hiszpanii nawet Honved Budapeszt, czyli węgierską Legię, klub wojskowy, chodź w paszportach wszystkich piłkarzy węgierskich była napisane: „ważne na wszystkie kraje poza Hiszpanią". Przekreślił to zdanie, podpisał się „Ukraińczyk" i Honved wyjechał. Jak to robi, nie wiadomo. Mówię że ma brata w KC w PZPR ale to by było trochę dziwne bo on jest jedynakiem. W każdym razie, gdziekolwiek w piłce spojrzysz, tam Ukraińczyk. Jak trzeba było Kopaszewskiego i Reims przywieźć do Polski na towarzyski mecz w 1961- Ukraińczyk. Jak Pelego obwozić po Europie- Ukraińczyk. Jak trzeba Legię i Górnika wysyłać w świat- Ukraińczyk. A jak teraz Saint Etienne przyjechało do nas, to się okazało że tam u nich też już instaluje się Ukraińczyk. Jest jesień 1969 i sytuacja robi się trochę nabrzmiała bo mija 15 lat od wymyślenia pucharów przez Francuzów a Francuzi ciągle nic nie wygrali. Już UEFA się zgodziła na drugi puchar, puchar zdobywców pucharów a Francuzi dalej nic nie zdobyli. Dlatego gdy się wreszcie u nich pojawił klub, który pięknie grał i jeszcze piękniej szeleścił pieniędzmi, to stracili głowę dlatego Saint Etienne. „Allez les verts” - i naprzód marsz, ojczyzny dzieci. Bo nadszedł chwały naszej dzień”. „Biada despotom, zdrajcom biada”. Idzie Saint Etienne. W finale Pucharu Europy w 1969 roku Milan Gianniego Rivery pięknie przechytrzył taktykę Ajax Johanna Cruyffa ale znalazła się taka francuska gazeta która uznała że puchary, owszem są ważne, natomiast gdy pomierzyć, jak kto gra, jak dominuje w swoim futbolu, ilu ma piłkarzy w reprezentacjach, to jaki tam Milan i Ajax... Nie mają startu do Saint Etienne! Mimo że Saint Etienne wtedy nie przeszło w pucharze Europy nawet pierwszej rundy. Dla nich żadna nowość: jak tylko wystawiali głowę ze swojego ciepełka, do Europy, to dostawali tam w twarz. Trochę jak filmy Wajdy na festiwalu w Cannes. Co roku posyłamy tam jego nowy film przekonani że to już, już teraz, to w tym sezonie, to tym razem świat pozna się na polskim geniuszu. I co roku się okazuje że skrzywdzili że Cannes nie dojrzało, nie rozumie. Że to już chyba Polski los nie być rozumianym. Że spróbujemy za rok mistrz, Nie trać ducha. Niech ci nawet nie przyjdzie do głowy że może nie trafiłeś z dziełem, może ramota wyszła tym razem, może byli lepsi. Nie, nie, nie. „Ze Złotą Palmą czy nie ja i tak kocham cię". I „Zawsze nad wami, canneńskimi jurorami". No więc gramy z Saint Etienne. Już rok wcześniej oni wylosowali Ruch Chorzów ale to było świeżo po tym jak generał Siwicki z błogosławieństwem Jaruzelskiego i razem z kolegami z Układu Warszawskiego najechał Czechosłowację. Niektóre kluby Zachodnie zagroziły bojkotem, jeśli mają zagrać z tymi ze wschodu. Więc losowanie pucharów powtórzono tak żeby drużyny z krajów, które aktualnie najeżdżają Czechosłowację grały w pierwszych rundach tylko ze sobą a nasz PZPN odpowiedział że on z czegoś takiego swoje kluby wycofuje. Za nim poszło kilka innych krajów. Co ciekawe, sama Czechosłowacja nie poszła. UEFA przyklepała te walkowery i wszyscy, którzy nie najeżdżali Czechosłowacje dograli dalej sezon jakby nigdy nic a rok później Saint Etienne znów wylosowało polski klub, i to wojskową Legię, z pionu Jaruzelskiego i Siwickiego ale jakoś nie było bojkotów. I tak właśnie wylądowałem w sztabie klubu piłkarskiego. Dokładniej może należałoby powiedzieć że sztab wylądował u mnie ale w zasadzie mało to istotne bo granica była płynna. Piłkarze Legii u mnie w salonie czuli się tak samo u siebie jak my z Holoubkiem i Konwickim u nich na trybunach. Nie piszę żeby się chwalić (to bym napisał że grywałem w tenisa z Gombrowiczem i raz nawet wygrał), piszę by dać świadectwo prawdzie i jestem wręcz trochę zakłopotany. To był czas, gdy nagle się w Polsce zaczęła taka moda na bywanie piłkarzy na salonach że już się zacząłem nieswojo czuć z tym że u mnie sportowcy bywali od dawna. Cała reprezentacja Olimpijczyków do Tokio przez moje progi przemaszerowała a z czasem bywało coraz więcej piłkarzy bo się w całym sporcie piłka zaczęła coraz mocniej rozpierać. Ona najlepiej się zbratała z telewizją, właściwie to się okazało że jest do niej stworzona, z piłki robił się już powoli osobny gatunek. Legia, Górnik- seriale z cotygodniowymi perypetiami bohaterów. Jak w „Stawce większej niż życie” czy „Czterech Pancernych”, czy w lidze bokserskiej ale ta jakby ostatnio podupadła. Piłka zaczyna zjadać wszystko. Znam ludzi, którzy w życiu nie zajmowali się sportem a teraz dyskutują żywo, czy Zientara i Matyas dobrze ustawili drużynę. Na Legii siada więcej artystów niż w SPATiF-ie. W sportowej prasie Olga Lipińska i Łapicki typuje że ligę wygra Legia a Putrament że Górnik. Każdy by chciał żeby i u niego jakiś piłkarz bywał i boję się że niedługo zacznie ich w Warszawie brakować do bywania. Nas Wojtek Gąsowski poznał z Władkiem Stachurskim i jego Elą i tak poszło. Polubiliśmy się z Beniem Blautem, bywał Władysław Grotyński a Henrykowi Apostolowi pomogłem załatwić wizę do Stanów żeby mógł grać w orłach w Chicago bo mnie ambasada USA dość lubiła i zapraszała na pokazy filmowe. Biorąc pod uwagę że mój mokotowski sąsiad Józio Rutkowski wziął w obroty Janusza Żmijewskiego z przyległościami, że z nim i Bogdanem Łazuką czasem na miasto wyjdzie Deyna, że Lucjan Brychczy raczej nie bywa a Gadocha zawsze swoimi drogami- No to jeśli chodzi o tych dostępnych jeszcze do bywania, kołdra naprawdę krótka.
6
@FCBparasiempre
Gdy się zbliżyła noc listopadowa w pucharach, zaproponowałem tym moim podchorążym że mógłbym im w przygotowaniach do zrywu trochę pomóc, jako czytelnik francuskiej prasy i osobisty przeciwnik wszystkiego, co z Saint Etienne. Przeznaczenie obciążyło mnie, oprócz niejasnej sytuacji paszportowej, wszelkimi wadami Francuzów i Polaków, jakie przodkowie moi zdołali zebrać. Gdy widzę że gdzieś pęcznieje balon, moim obowiązkiem jest go przekłuć. Francja, tego, co mi zrobiłaś, nie uczyniła ze mną żadna kobieta. Teraz będziesz mieć za swoje. Coś tam o francuskiej piłce wiedziałem, również dzięki spacerom do SPATIFu, gdy się po drodze wpadało do klubu MPiK na placu Unii Lubelskiej poczytać międzynarodową prasę. My wtedy zagraniczną piłkę znaliśmy tyle, ile było widać przez dziurkę od kluczu i z meczów naszych drużyn w pucharach. Po transmisjach z mistrzostw świata w Anglii w 1966 i już się zaczynaliśmy mościć w tym salonie a tu się okazało że mistrzostwo w Meksyku w 1970 telewizja nie pokaże bo Gomułka i jego banda ciemniaków Zdecydowali że za drogo. Nie wiedzieli że nawet jak transmisji nie zrobią, to składkę do Eurowizji i tak będę musieli zapłacić taką, jakby transmitowali. Na te mistrzostwa pojedzie z Polaków tylko Ryszard Kapuściński. Ja z wiedzą o Saint Etienne nabytą na kanapie z gazetą i w MPiK-u byłem w takim świecie już niemalże bywalcem. Od słowa do słowa z piłkarzami temat podchwycił trener Edmund Zientary i wylądował u mnie na Mokotowie, w mieszkaniu przy Joliot- Curie, z kapitanem Bernardem Blautem. Wojtek Gąsowski też na chwilę z nami przysiadł. Kalina nam dolewała herbaty. Porozkładałem gazety, wycinki, sprawozdania i raportowałem. Nawet wtedy jeszcze nie wiedziałem że to się nazywa Bank informacji a tym bardziej że Benio Blaut będzie potem przez lata robił taki bank u trenerów reprezentacji Polski. Trener Zientara to jest temat na osobne opowiadanie. Powieść nawet. Kapuściński jeździ po świecie, szukając wojen futbolowych i innego wrzenia świata a nie ruszając się z Legii, gdzie kiedyś trenował jako młody bramkarz, znalazłby postaci i tematów na Pulicera i pół Nobla. Gdyby mu tylko cenzura puściła. Weźmy prezesa sekcji tenisowej i Jerzego Lewińskiego, adwokata, który podczas wojny był policjantem żydowskim w getcie i ponoć pianistę Szpilmana wyciągnął na Umschlagplatzu z selekcji do Treblinki. Choć zdaje się że Szpilman miał do tej wersji wydarzeń zasadnicze uwagi. Weźmy Generała Tadeusza Jedynaka, mocnego człowieka wywiadu, który jeździł z Legią jako opiekun na wyjazdy zagraniczne a jego paszport dyplomatyczny pomógł wywieźć nie jedną skrzynię z rzeczami na handel. Weźmy wreszcie Zientare, który podczas wojny stał już pod murem na Chłodnej, czekając na rozstrzelanie, zanim się Niemiec rozmyślił. Po wojnie zwiał z jednostki wojskowej, rozczarowany nową władzą i ukrywał się pod imieniem i nazwiskiem rozstrzelanego kuzyna. Jest to jedyny znany mi piłkarz, który zagrał w reprezentacji jako dwie różne osoby. Zadebiutował jako nieżyjący kuzyn Andrzej Szczepański a kilka lat później wrócił do kadry już jako Andrzej Zientara bo w międzyczasie darowano mu karę za dezercję na tym nie koniec zjawisk nadprzyrodzonych. Trener ma mianowicie jako jeden z nielicznych w Polsce konto dewizowe, bo przywiózł sporo dolarów z wyprawy na zarobek i granie w piłkę do Melbourne. To on zawsze odpowiadał za dolarowe rozliczenia wyjazdów Legii a pieniądze wrzucone na to konto w jakiś ciekawy sposób się rozmnażały. Zawsze się udawało z garnka coś wyskrobać do budżetu Legii. Nawet tyle, żeby wystarczyło na sprowadzenie Deyny i zatrzymanie go, gdy kusili inni i jeszcze na inne transfery i pensje. Cokolwiek Górnik Zabrze wyczarowuje u siebie w kopalnianym szybie i odszkodowaniach za szkody górnicze, w garnku dolarów Legii zawsze się znajdowała jakaś odpowiedź a jak nie w garnku, to się zrzucali wysocy szarżą wojskowi, jak to ponoć było z Gadochą. Teraz ten zespół piłkarskich wojaków zarządzany jak jakieś radosne sprzysiężenie, miał się zderzyć z klubem, który się w pół środki nie bawił. Roger Rocher, prezes z fajką, karierę zrobił jako szef lokalnego przedsiębiorstwa robót publicznych i przeskoczył do budowania piłkarskiego przedsiębiorstwa rozrywkowego. Pisałem już jak mnie cieszyła każda porażka Saint Etienne ale przyznać trzeba że jesienią 1969 było z tymi porażkami krucho. Oni szli po kolejne mistrzostwo Francji, w lidze strzelali średnio po więcej niż trzy gole na mecz i nawet pierwsza runda pucharów im się tym razem wybitnie udała bo wyeliminowali Bayern Monachium. Trener Albert Batteux zajmował się w Saint Etienne tym, czym wcześniej w Reims jako piłkarz i trener, czyli produkcją szampańskiego futbolu a Francja kochała jego i drużynę, która w składzie miała właściwie samych reprezentantów krajów, które straszyły atakiem. Herve Revelli strzela w 1969 roku w lidze w takim tempie, jakiego Francja nigdy wcześniej nie widziała i za mojego życia już nie zobaczy. Długonogi Salif Keita, czysta elegancja był ogłaszany nowym Eusebio. Obrona rządził kapitan Robert Herbin, cały w lokach, w pomocy od przeszkadzania był Aime Jacquet. Pięknie się na nich przygotowaliśmy, tylko za cholerę tego 12 listopada nic na boisku nie chciało działać. Żadnego szampańskiego futbolu Saint Etienne tego wieczoru nie serwowało, raczej parło prosto do celu. Legia jakieś okazje miała ale je marnowała a Francuzi swojej nie zmarnowali. Keita elegancko do Revelliego, czyli akcja z moich wycinków a potem Revelli do bramki, czyli jeszcze bardziej z moich raportów. 1:0 dla nich. W przerwie niedoleczony Benio Blaut musiał zejść z boiska a kibiców trochę poniosło. Poleciały petardy i butelki po wódce, jedna zraniła w głowę Jacqueta. Lubię polską publiczność ale trzeba powiedzieć że ma temperament nieokrzesany i dziwaczny. Jest kompletnie nieprzewidywalna i kapryśna. Raz wygwiżdże Janusza Sidłę że nie dorzucił oszczepem do 80 m. a przecież organizatorzy to zapowiadali, innym razem będzie zajadle bronić swoich. Kiedyś nam na meczu tak rzucali wyrazami nad uchem że Holoubek nie wytrzymał. Zwrócił grzecznie uwagę raz, drugi, aż w końcu złapał jednego za fraki i ściągnął w dół a jeden kolega tamtego spojrzał z niesmakiem na mnie, na Konwickiego i rzucił: „Panowie, chodźmy gdzieś indziej bo tu granda siedzi".
Burdy to nie jest żadna Polska specjalność, przy europejskich pucharach bywają takie rozróby że Gabriel Hanot się w pewnym momencie przeraził że te rozgrywki wymyślił i teraz Europa się z ich okazji pozabija. Opublikował kiedyś w "L'Equipe" apel do własnych kibiców, tych z Reims żeby się opamiętali i przestali zachowywać jakby ojczyzna była w niebezpieczeństwie tylko dlatego że na mecz przyjechała Austria Wiedeń. U nas, od kiedy pamiętam jest dyskusja, skąd to chamstwo, toczy się debaty w gazetach i telewizji, nawet krakowski z polityki, gdzie teraz wpisuje, taką debatę w TV prowadził. Pogadali, przeanalizowali a butelki dalej lecą. Szkoda bo atmosferę ci nasi kibice robią niesamowitą i piłkarzy to niesie. Sędzia z Belgii chyba też był pod wrażeniem bo cierpliwie czekał, czy się uda zapanować nad tymi, którzy coś rzucali na boisko. Nie przerwał meczu, chodź mógł. Wtedy musiałby być co najmniej walkower albo i wykluczenie z pucharów i może by nie było tych następnych 45 minut widziałem w życiu niejedno spotkanie sportowe, które było dramat tragicznym arcydziełem Przy niektórych współczesnych sztukach polskich ale to 45 minut było szczególne. Co nam wszystkim pozostawało, gdy zaczynała się druga połowa? Opóźniona przez rzucanie butelek i petard, już bez Blauta, przeciw faworytowi, nad którym czuwały wszelkie moce, bo prowadził do przerwy, choć mógł przegrywać. Co zostało poza litanią do Kazimierza Deyny, który po Blaucie musiał przejąć trochę więcej rozgrywania? Umówmy się: nie był to zły adresat, jeśli chodzi o litanię. Deyna grał w 1969 tak że Warszawa zaczęła go kochać, jak pokochała Holoubka po „Trądzie w Pałacu Sprawiedliwości". Z tą różnicą że Holoubka pokochała też cała Polska a tajne tak raczej nie miejscami. Obaj którzy się ze swoim talentem nie narzucają. Popisywali się, nie popisując. Nie przyznawali sobie na scenie żadnej dodatkowej roli, rzucali się w oczy, nie chcąc się rzucać w oczy. Są z zawodu czarodziejami i w dawnych czasach pewnie mieliby proces oczary ludzie czuli że jeśli ktoś ma nagle zrobić coś z niczego, to pewnie właśnie Deyna. Skandowali jego nazwisko, komentator francuskiej telewizji mówił: " Deyna, Deyna toujours". I Deyna rzeczywiście coś wyczaruje ale zanim to się stało, wcześniej wyskoczyły inne diabły. Żmijewski kolejny raz zaczął swoje Zzygzaki z piłką i tym razem wreszcie tak zakręcił obrońcami że nie wiedzieli gdzie są. Żmijewski jest niezmordowany, przyjemnie bezczelny i kiwa się jak latynos. Na boisku i w życiu zawsze sobie przejście znajdzie. Jeśli ktoś wchodzi w drzwi obrotowe za tobą a wychodzi przed tobą, to możesz podejrzewać że to jest albo Żmijewski albo Gadocha. Nie był to dla nich łatwy wieczór, tyle razy się podania Żmijewskiego tego dnia marnowały aż wreszcie piłka spadła pod nogi Janowi Pieszce. Pieszko jest kolejny do procesu o czary: nieduży, niepozorny a wyrasta nie wiadomo skąd i umie strzelać w pucharach jak szalony. Tym razem trafił do bramki z bliska, była 78 minuta. 5 minut później Deyna zahipnotyzował bramkarza, strzelił z daleka niby łatwo, w środek. George Carnus piłkę jednak przepuścił. Koniec meczu. Gdy grała Legia, to strzelało Saint Etienne. Gdy w drugiej połowie zaczęło odważnie grać Saint Etienne to nastrzelała Legia. I tak właśnie ziarno kolejnej pucharowej klęski Saint Etienne zaczęło kiełkować. Choć wszyscy rozchodzili się tego wieczoru raczej spokojni: Legia bardziej z ulgą niż euforią, goście z wiarą że nic się nie stało, że u siebie na pewno odrobią. Przyszło do rewanżu i w posypanym śniegiem błocie znów czekali z niespodzianką Żmijewski z Deyną. Pierwszy podał, drugi zawinął tak że bramkarz nie sięgnął. Znów się wszystko rozstrzygnęło w ostatnim kwadransie. Wtedy nawet nie wiedzieliśmy, jaki to jest powód do wypinania piersi: nikt już po Legii za mojego życia nie wygra w pucharach z Saint Etienne na ich stadionie. To będzie jedno z najbardziej przeklętych dla gości boisk w Europie. Będą tracić na nim nawet trzy bramkowe przewagi z pierwszego meczu i za moich czasów jeszcze tylko Bayern zdoła tam odprawić jakieś egzorcyzmy i wywieźć remis. Dziwny był listopad tamtego roku dla człowieka, który żył skazany na piłkę ze wszystkimi jej polskimi ograniczeniami. W te trzy listopadowe tygodnie 1969 roku nagle coś puściło, pękła nad Polską bania z wielkim futbolem. Legia w ćwierćfinale Pucharu Europy, Górnik w ćwierćfinale pucharu zdobywców pucharów, nawet reprezentacja jakoś zaczęła wreszcie wyglądać i rozbiła nieoczekiwanie Bułgarie. I jak to sobie wszystko w głowie teraz poukładać? Co, poziom się nagle na świecie obniżył? W nas coś wstąpiło? Zabłąkał się ten sukces i zaraz ucieknie, jak się zorientuje gdzie jest? Czy zostanie? A kto w ogóle wtedy przypuszczał że na dłużej zostanie nie w klubach, tylko w reprezentacji, którą piłkarze traktowali jak ubogą krewną?
Górnik Zabrze wiosną 1970 roku dojdzie do finału pucharu zdobywców pucharów na Praterze. Legia zajdzie do półfinału ale w dwumeczu z Feyenoordem przegra coś więcej niż awans do finału. Okaże się że nagle zaczęły komuś przeszkadzać dolarowe czary i różne garnki bez dna. W drodze do Rotterdamu podczas lotniskowej kontroli wpadną na wywozie dolarów Grotyński ze Żmijewskim. W kolejnym roku na przemycie zostaną złapani koszykarze Legii i sypnął piłkarzy, wpędzając ich w jeszcze większe kłopoty. Później jeszcze ktoś doniesie na trenera Zientare że Ukraińczyk na lotnisku w Paryżu wręczał mu złoto albo dolary. Trener wyląduje w celi na Rakowieckiej na długie miesiące. Sekretarz generalny Legii Edward Potorejsko dostanie kilka lat wyroku. Nagle się władzy, która sama lubiła dorobić na nielegalne sprzedaży tego i owego zebrało na walkę z przemytem. Akurat w sporcie, a ja nie bardzo lubię, gdy ktoś sportowcom wmawia że muszą być szlachetniejsi od ogółu. Niby dlaczego? Pisarze nie muszą, kompozytorzy nie muszą a sportowcy tak? A gdzie niby i kiedy ktoś ten sport pełny samych szlachetnych widział? Sport, jeśli już, ma moc uwypuklania wszystkiego, co w nas jest. Tego co dobre i tego co złe. To jest jego siła, może jej piękno nawet. Legie zobaczę jeszcze w ćwierćfinale w europejskich pucharach raz, w 1971, zresztą z ułaskawionym przejściowo Żmijewskim. W półfinale nie zobaczę jej już nigdy. Było nam razem w europejskie wieczory jak w podróży: szczęście mignęło tylko na moment, na moment tylko się ukazało, po to tylko aby uczynić życie tym smutniejszym i okrutniejszym.
Stanisław Dygat
Epilog
Polska zajmie na mundialu 1978 piąte miejsce, co uznane zostanie za klęskę. Francja odpadnie z Mundialu 1978 w pierwszej rundzie.
Sezon 1969/70 Pozostaje do dziś najlepszy dla polskich klubów w pucharach.
Saint Etienne stanie się w końcu wielką siłą w Europie ale nigdy nie zdobędzie pucharu, najbliżej tego osiągnięcia będzie w 1976 roku, gdy w finale przegra z Bayernem Monachium.
W latach 80-tych konflikt prezesa Rogera Rochera z trenerem Robertem Herbinem doprowadzi do ujawnienia że w klubie przez wiele lat funkcjonowała lewa kasa, tajne konta, nierejestrowane wypłaty dla piłkarzy i łapówki dla lokalnych polityków. Prezes Rocher zostanie wskazany na 3 lata więzienie i ułaskawiony przez prezydenta Jacquesa Chiraca.
W 2019 roku historyk Hans Woller ujawni że lewą kasę na wypłaty, deponowaną na tajnych kontaktów zagranicznych w bankach miał też przez lata finałowy rywal Saint- Bayern.
Ustanowiony w 1969 przez Herve Revelliego rekord goli ligowych w roku kalendarzowym(31) wyrówna dopiero w 2019 Kylian Mbappe.
Latem 1998 roku lekceważony przez francuskich dziennikarzy trener prowadzi reprezentację do Mistrzostwa Świata. Jesienią 1998 roku podczas meczu drugiej rundy pucharu UEFA Wisła Kraków AC Parma Dino Baggio zostanie trafiony w głowę nożem rzuconym z trybu. Wisła zostanie wykluczona na jeden sezon z pucharów a Marek Piwowski zrobi o tym spektakl teatru telewizji „Nóż w głowie Dino Baggio".
1
@FCBparasiempre nie wiem skąd masz taki katalog ciekawostek, ale jestem zszokowany co można wiedzieć :D
0
@AxelF A no widzisz, a wystarczy tylko czytać książki :)
Oczywiście trzeba mieć czas i chęć czytać te książki, gdyż kiedyś nie miałem ani jednego ani drugiego...
0
@FCBparasiempre a to ja czytam/słucham pewnie że 20 książek miesięcznie. Nie wiem czy w takiej ilości materiału bym potrafił spamiętać co usłyszałem/przeczytałem w której.
0
@AxelF O! To sporo, ja aż tylu nie czytam. Co prawda teraz jestem na zwolnieniu ale normalnie chodząc do roboty to nie mam aż tyle czasu na czytanie. Z tego też powodu czytam niemal wyłącznie książki o futbolu. No i działam przedewszystkim chronologicznie, to znaczy to, co wyczytam, kiedy się to działo, to umieszczam danego dnia i tak mam rozpisane historie z całego roku :)
1
@FCBparasiempre ja mam to szczęście i nieszczęście że mam ponad godzinę do roboty i jeżdżę transportem publicznym. Czytam, a raczej słucham głównie belaterystyki ale akurat teraz słucham biografii Maradony. "Maradona. Ręką Boga" Jimmiego Burnsa.