8

Wybitne postacie włoskiego futbolu:

17 marca 1939 r. urodził się Giovanni Luciano Giuseppe Trapattoni, były piłkarz i trener. Jako zawodnik z sukcesami grał w latach 60-tych w A.C. Milan, gdzie dwukrotnie zdobywał Puchar Mistrzów i mistrzostwo Włoch. Poza tym zdobył z tym klubem Puchar Zdobywców Pucharów, Puchar Interkontynentalny oraz Puchar Włoch. Giovanni Trapattoni jako piłkarz zapracował na status legendy Milanu. Był też pilnym studentem Nereo Rocco, szkoleniowca, który poprowadził Rossonerich do wielkich sukcesów w latach 60-tych. Nie mogło zatem zaskakiwać, iż „Trap” trenerską karierę również zaczął właśnie na San Siro. Wydawało się to wręcz naturalne. Jednak władze klubu jakoś nie potrafiły udzielić mu pełnego zaufania. Panowało przekonanie, że Milan potrzebuje bardziej doświadczonego szkoleniowca, przy którym Trapattoni powinien się jeszcze trochę podszkolić. Tymczasem Włoch nie chciał dłużej czekać. Przeniósł się więc na ławkę trenerską Juventusu i w ciągu zaledwie dekady wygrał ze „Starą Damą” wszystko. Z taktycznego punktu widzenia Trapattoni ogromnie wpłynął na rozwój futbolu. Spopularyzował system gry zwany ,,zona mista”, oparty na proaktywnej obronie i szybkiej wymianie podań po odzyskaniu piłki. Na swój sposób „Trap” łączył więc to, co najlepsze w tradycyjnym catenaccio, którego sam uczył się od Rocco, a także ,,michelsowskim” futbolu totalnym. W jego Juventusie nie brakowało agresywnych twardzieli pokroju Claudio Gentile czy też wybieganych harpaganów w stylu Antonio Cabriniego, ale najbardziej emblematyczną postacią dla „Starej Damy” byli jednak elegancki libero Gaetano Scirea. W 1983 roku Juve przegrało jednak finał Pucharu Europy z Hamburgerem SV, co skłoniło „Trapa” do taktycznych korekt, w efekcie których turyńczycy dwa lata później zgarnęli najcenniejsze kontynentalne trofeum. Po drodze wygrywając także Puchar UEFA, Puchar Zdobywców Pucharów i szereg mistrzowskich tytułów w Serie A. Absolutna dominacja. Zresztą w oparciu o gwiazdy Juve została również skonstruowana reprezentacja Włoch, która w 1982 roku zwyciężyła na mistrzostwach świata. Przez wiele lat Giovanni Trapattoni mógł uchodzić nawet za najwybitniejszego kolekcjonera międzynarodowych trofeów w piłce klubowej. Zaczął od fenomenalnej kadencji w Juventusie, gdzie zwyciężył kolejno w Pucharze UEFA, Pucharze Zdobywców Pucharów i Pucharze Europy, a pod jego wodzą błyszczeli tacy gracze jak choćby Michel Platini, Gaetano Scirea, Paolo Rossi czy Zbigniew Boniek. Potem był Inter Mediolan i kolejny europejski sukces, tym razem w Pucharze UEFA i na dokładkę powrót do Juventusu, choć generalnie niezbyt udany, to uświetniony kolejną wygraną, raz jeszcze w Pucharze UEFA. Ponadto zdobywał siedem mistrzostw Włoch (1977-78, 1981-82, 1984, 1986, 1989), mistrzostwo Niemiec (1997), mistrzostwo Portugalii (2005), mistrzostwo Austrii (2007), dwa Puchary Włoch (1978/79, 1982/83), Puchar Niemiec (1997/98), Puchar Ligi Niemieckiej (1997), Superpuchar Europy (1984), Puchar Interkontynentalny (1985). Co tu dużo gadać, doskonały dorobek a mogło być jeszcze lepiej, gdyby nie niespodziewana porażka „Starej Damy” w finale Pucharu Europy w 1983 roku.

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

8

@FCBparasiempre
17 marca
1959 r. w Krakowie urodził się Jan Karaś, pomocnik, zdobywca Pucharu Polski z
Legią(1989). Niedawno oglądał z synem nasz mecz z Brazylią na Mundialu.
,,Ojciec a dlaczego ty za każdym razem tak ostro wpieprzasz się w tego
Socratesa?”. ,,Bo inaczej nie dałbym mu rady. Na każdego trzeba mieć skuteczny
sposób”- uśmiecha się Karaś, jeden z najciekawszych polskich piłkarzy i
niespełniony bohater Mundialu w Meksyku. Po jego kapitalnym strzale z 25 metrów
w meczu z Brazylią o ćwierćfinał mistrzostw Świata piłka trafiła w poprzeczke i
z impetem odbiła się tuż przed linią bramkową. ,,Gdybym więcej ćwiczył w
młodości, to pewnie wpadłaby do siatki”- przekomarza się pan Jan. Wtedy było
jeszcze 0:0. Ostatecznie Polacy przegrali 0:4 i odpadli z Mundialu. Kto wie,
może na turniej w ogóle by nie pojechali, gdyby w październiku 1984 r. Karaś
nie wszedł do gry w drugiej połowie meczu z Grecją. W Zabrzu do przerwy
przegrywaliśmy 0:1. Dopiero akcje pomocnika Legii całkowicie odmieniły gre
Polaków i w końcu wygraliśmy 3:1. Karaś jest wychowankiem Hutnika Kraków.
Spędził tam dużo czasu, chyba zbyt dużo. ,,Przyjeżdżali do mojego domu ludzie z
Widzewa, kierownik Stefan Wroński i nawet sam prezes Sobolewski. Namawiali na
przenosiny, zabrali mnie do Łodzi, żebym sobie wszystko zobaczył. Czułem że im
strasznie zależało i mnie też zaczynało się podobać”- opowiada Karaś. To był
początek lat 80-tych. Widzew już pokazał się w pucharach, grał coraz ciekawszą
piłke. Niemal w tym samym momencie co Widzew do Karasia zaczeli przyjeżdżać
wysłannicy innych klubów- Górnika Zabrze, Lecha Poznań, Stali Mielec, no i
pytała o niego też Legia. ,,Głowa aż mi puchła od tych ofert ale szybko na
ziemie sprowadził mnie dyrektor Kombinatu Metalurgicznego Huty imienia Lenina.
Osobiście przyjechał do klubu z krótkim przemówieniem do działaczy, że kogo jak
kogo ale tego Karasia nie wolno nikomu sprzedawać. W mig szefowie klubu wezwali
mnie na dywanik i jasno przekazali że żadne podchody Widzewa ich nie interesują
i że nie pójde też do Legii, nawet jeśli dałaby za mnie czołg, ani do Lecha,
choćby oferował dwie lokomotywy, ani do Stali za obietnice trzech samolotów,
ani do Górnika za cztery pociągi towarowe z węglem”- relacjonuje pan Jan. Miał
zostać w Nowej Hucie i już! ,,No i ja, grzeczny chłopak zostałem. Grałem jak
najlepsi. Następnie 3 lata uparcie walczyłem o awans do ekstraklasy ale się nie
udawało. Najpierw drugie miejsce, potem trzecie… Ciągle czegoś brakowało”-
zaznacza Karaś. Nie był już juniorem i nie chciał do końca życia kisić się w
drugiej lidze. ,,Jesienią 1982 r. kończył mi się kontrakt ale zaczynał…
szantaż. Straszyli że muszę zostać bo będę miał problem. Tylko że ja strachliwy
nie byłem. Zdążyłem się zahartować. Gdy wszedłem do szatni Hutnika miałem 17 Lat.
Jakież tam się działy sceny! Kłótnie, bójki, obraza boska! I ja młodzian w
takim towarzystwie. Szybko sięgnąłem po papierosy. Trener Brożyniak jak to
zobaczył to chciał mi urwać łeb i wlepiał kary finansowe. Zresztą z powodu tych
fajek przezywał mnie ,,Pecik”. Nikt mnie jednak nie złamał! Każdemu umiałem się
postawić, nikomu nie pozwoliłem żeby mną bezdusznie rządził. Nigdy!”- na
ostatnie słowo kładzie bardzo mocny nacisk pan Jan. ,,Po 7 latach gry liczyłem
że będę mógł odejść jak normalny piłkarz, który zostawił w klubie trochę
zdrowia, a tu nagle taki ordynarny szantaż… Straszyli mnie że jak odejde to
nigdzie nie będę grał a ja patrzyłem jak widzewiacy znakomicie pokazują się w
Europie i szlag mnie trafiał bo przecież mógłbym być jednym z nich”- wspomina
Karaś. Dociśnięty do muru przedłużył kontrakt ale jednocześnie wymyślił
desperacki sposób na wyrwanie się z drugoligowego więzienia. ,,Do tej pory
przez 5 lat udawało mi się wykręcać od armii. Układ był taki że co roku
dostawałem bilet do wojska, zanosiłem go do klubu i tam załatwiali odroczenie,
no bo jedyny żywiciel rodziny albo niezbędny pracownik przemysłu hutniczego. Za
piątym razem, gdy znowu dostałem bilet, zamiast odnieść działaczom, włożyłem go
do kieszeni. Poprosiłem brata żeby mnie zawiózł tam, gdzie jestem wzywany,
czyli do jednostki wojskowej do Warszawy”- relacjonował pan Jan. Karaś
doskonale wiedział iż w takiej sytuacji Hutnik nie jest w stanie go zatrzymać i
że w końcu odezwie się Legia. Domyślał się że nie przypadkowo wszystkie
wezwania do wojska jako miejsce odbycia zasadniczej służby zawsze wskazywały
stolicę. Przyjechał pare dni wcześniej przed datą zameldowania w jednostce.
Uznał że to doskonała okazja by wybrać się na trening Legii. Całkiem prywatnie
jako przypadkowy kibic, który zza płotu chce się pogapić na legionistów.
,,Patrzyłem sobie na ćwiczących piłkarzy i krążącego wśród nich Kazimierza
Górskiego, który wtedy prowadził drużynę. Patrzyłem i… jakoś odechciało mi się
zgłaszać tak od razu do wojska. Dopiero co przyjechałem, więc uznałem że mam
jeszcze czas. Nie ukrywam, narozrabiałem trochę. Jak? No… porządziłem,
wrzuciłem na luz. Do jednostki spóźniłem się 3 dni, więc na przywitanie od razu
powędrowałem do ancla(wojskowego aresztu). Wiele mi to nie pomogło bo w
koszarach też odzywała się moja niepokorna dusza. Byłem w nich w sumie 43 dni
ale większość jednak w anclu.”- snuje swoją opowieść Karaś.

Sprawy się
komplikowały bo przecież wyjechał do Warszawy żeby wreszcie zacząć grać w
ekstraklasie a póki co przytrafiały mu się przygody godne wojaka Szwejka. Na
szczęście w Legii nie tracili Karasia z radarów. Z drużyną zdążył już się
rozstać Kazimierz Górski, lecz jego następca Jerzy Kopa też miał pojęcie o
istnieniu takiego piłkarza, tyle że właśnie na tym fakcie jego skromna wiedza
się kończyła. Pojechał do jednostki zobaczyć krnąbrnego kandydata do gry w
Legii. ,,Dali mi nawet nowy mundur żebym porządnie wyglądał przy tej
prezentacji. Ktoś Kopie błędnie przekazał
że jestem obrońcą a że miałem tylko 175 cm, patrząc na mnie, wyraźnie
się skrzywił. Sam był trochę wyższy ode mnie, więc zmierzyl mnie z góry: ,,Ty
jakiś mikry jesteś. Co z ciebie za obrońca?”. Ależ mnie zagotował! Nie
wytrzymałem, odezwał się mój charakter. Spojrzałem mu zaczepnie prosto w oczy i
cofnąłem się o krok: ,,Nie będę stal blisko żeby o pana nie zawadzić ale wie
pan co? Takich jak pan to ja – o tak wciągam, jedną dziurką nosa a drugą
wypuszczam. Nawet nie poczuje że ktoś tam był”. Po czym oczywiście wykonałem
gest wciągania nosem. Taki byłem, nic na to nie poradze”- opowiadał pan Janek o
pierwszym spotkaniu z trenerem Legii. Jerzy Kopa nie skreślił go po osobliwej
wymianie uprzejmości. Dal mu szanse na treningu i szybko doszedł do wniosku iż
ma do czynienia z bardzo dobrym piłkarzem. Zanim jednak Karaś w nowym klubie zaczął
normalnie funkcjonować, czekał go jeszcze kawałek wyboistej drogi w wojsku. W
szatni Legii lubił gadać z Krzysztofem Adamczykiem ale największe wrażenie
robił na nim Henryk Miłoszewicz. ,,Byliśmy świetnymi kolegami. Imponował mi
technika użytkową. Czasami ludzie zachwycają się że ktoś ileś tam razy odbije
piłke piętą czy kolanem. Dla mnie miarą jakości techniki jest to, czy w pełnym
biegu, na maksymalnym zmęczeniu potrafisz dograć precyzyjna piłke do
zasuwającego kolegi. Jeśli to potrafisz, wtedy jesteś gość. Heniek potrafił, ja też się starałem”-
zaznacza bez fałszywej skromności Karaś. ,,Na wiosne 1983 gramy z Lechem Poznań
a w Lechu Mirek Okoński. Gdyby ,,Mundek” dzisiaj grał w naszej lidze, robiłby
nie za gwiazde, tylko za konstelacje gwiazd. Wszyscy na boisku bali się do
niego zbliżać bo wiadomo jaki był z niego magik, sztuczką mógł każdego
ośmieszyć. Ja to miałem gdzieś, ostro wpieprzyłem się w niego na początek.
Musiało zaboleć. No i dobra, teraz to możemy grać”- zagaj jak łobuziak pan Jan.
Podobną metode zastosował w pamiętnym meczu z Brazylią na Mundialu. ,,
Zakładałem że jeśli Brazylijczycy są lepsi, to pewnie wygrają ale najpierw
muszą nas pokonać. Piechniczek kazał mi pilnować Socratesa. Wszyscy wiedzieli
kto to jest. Pan piłkarz. Patrze na niego, chudy, wysoki i myśle sobie: ,,No to
zobaczymy, na co cię stać, tyczko do podpierania gałęzi”. No i nie dawałem mu
spokoju. Wszystkie chwyty dozwolone, inaczej z takim czarodziejem nie miałbym
żadnych szans”- wyjaśnia ale w jego słowach nie czuć nawet nuty
usprawiedliwienia. Tak samo było w meczu z Holandią w eliminacjach ME 1988 już
za trenera Łazarka. ,,Zbyszek Boniek zaproponował w szatni: ,,Niech Janek Karaś
będzie kapitanem”. Wszyscy się zgodzili. Założyłem opaske i mówię: ,,Panowie,
gramy tak, że wióry muszą lecieć, bo inaczej nie ma co wychodzić na boisko”.
Też wszyscy przytaknęli. Wśród rywali Koeman, Rijkaard, Gullit, Van Basten…
Niedawno zapytał mnie kolega oglądając ten mecz w telewizji: ,,Słuchaj, była ta
akcja że wyjechałeś z jednym Holendrem
za linie końcową między fotoreporterów i dość długo nie wstawaliście. Co tam
się działo?”. Bo ja koniecznie musiałem go jeszcze przygnieść kolanem-
odpowiadam. Taka to była walka o bezbramkowy remis”- relacjonuje pan Janek.
Karaś przypomina iż boisku nie jest miejscem do kalkulacji. To pole bitwy
dosłownej. Tak jak we wspomnianym meczu z Grecją, w którym choć sam gola nie
strzelił, został cichym bohaterem. Wejść przy stanie 0:1 i skończyć na 3:1, oto
marzenie każdego dublera. Lecz Karaś zapłacił za to słoną cene… ,,Miałem
świetną okazje sam na sam. Bramkarz rzucił mi się na lewą noge. Powinien być
rzut karny ale mniejsza z tym. Coś mnie zabolało w kolanie. Zamrozili i grałem
dalej. Schodzę po meczu do szatni, lekarz ogląda noge i mówi: ,,Janek, ty masz
chyba zerwane więzadło!. Wróciłem do Warszawy a tam doktor Machowski:
,,Człowieku jak ty mogłeś grać przez pół godziny z zerwanym więzadłem?!
Zdziwiłem się jeszcze bardziej niż on. Kilka miesięcy miałem z głowy ale na
wiosne wróciłem i znowu była forma”- uściśla Karaś. Dziś jest schorowanym
człowiekiem, jakby natura wystawiała mu bezduszny rachunek za te wszystkie
piłkarskie lata i burzliwe przygody. ,,Położe się spać a rano nie mogę się
ruszyć. Mam tak zniszczone stawy że aż mi palce powykrzywiało. O pracy
fizycznej mogę zapomnieć. Nie mam siły chodzić. Od 15 lat jestem na rencie. W
lutym 2020 roku wygasło mi świadczenie a potem w kraju były ważniejsze sprawy
niż rozpatrzenie wniosku o przedłużenie go na kolejny rok ale walcze, żyje.
Taki już jestem że nigdy się nie poddam”- podsumowuje swoje życie pan Janek. Z
meczu z Brazylią zostały mu wspomnienia, buty piłkarskie oraz koszulka
grającego wówczas z nr. 4 Edinho…

6

1

@KSSniper Masz absolutnie racje! W meczu z Osasuną Messi strzelił łącznie 371 goli a więc jeszcze nie pobił tego prawdziwego rekordu Alcantary. Bardzo dobrze że to wyłapałeś, gdyż musze ten błąd skorygować. Jeszcze raz bardzo dziękuje za te spostrzeżenie.

13

Fantastyczny rekord Blaugrany:

17 marca 1901 r. FC Barcelona pokonała na wyjeździe Gimnastic Tarragona 18:0(!) w Pucharze Alfonso Macaya(prekursorze Mistrzostw Katalonii). Jest to najwyższe zwycięstwo w historii klubu w meczu o stawke. W meczu tym 9 goli! (co również jest rekordem klubu) strzelił Joan Gamper. Uczynił to zresztą po raz drugi z rzędu w tych rozgrywkach co jest absolutnie niebywałe! Tak, tak, założyciel Barçy był w tamtych czasach genialnym napastnikiem ale również świetnym sportowcem w innych dyscyplinach. Natomiast jeśli chodzi o Copa Macaya, to pomimo wysokich wygranych Blaugrany, po puchar sięgnęła wówczas Hispania CF(nie istniejący już klub z Barcelony). Następną edycje Copa Macaya rok później, zdobyła już jednak Duma Katalonii.

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

0

@KSSniper Nie wykluczone że masz racje. Będe to musiał jeszcze raz sprawdzić, zwłaszcza że swego czasu korygowałem statystyke Paulino Alcantary. Dzięki sliczne za spostrzeżenie :)

2

Mamy to! Jesteśmy mistrzami.., to znaczy będziemy mistrzami Hiszpanii! Taki pokaz siły przeciwko Atletico świadczy o wielkości i o charakterze mistrza. Po drodze rozjebiemy te ,,białe prześcieradła" na Lluis Companys" i będziemy mistrzem Hiszpanii!
Visca el Barca parasiempre!

0

@DonCarletto A to nie wiedziałem! Od kiedy?

0

No jeśli my dzisiaj wygramy na Civitas Metropolitano to już nic nas nie powstrzyma w wyścigu po mistrzostwo Hiszpanii! Jest tylko jedno ,,ale", musimy wygrać choćby 1:0, co wcale nie jest aż tak oczywiste z tym przeciwnikiem...

10

Wybitne postacie argentyńskiego futbolu:

16 marca 1938 r. urodził się Carlos Salvador Bilardo, były argentyński piłkarz, trener i ginekolog. Jako zawodnik pełnił funkcję pomocnika i większość swojej kariery spędził w San Lorenzo de Almagro i Estudiantes de La Plata w latach 60-tych. Bilardo z reprezentacją Argentyny wygrał mistrzostwo świata na mundialu Mexico 1986 a we Włoszech w 1990 r. wicemistrzostwo. Bilardo nazywano ,,El narigon”- Wielki nos ale Bilardo miał jeszcze coś, co wyróżniało go w futbolowym środowisku. Skończył studia medyczne i został lekarzem. Pracował w najlepszych klubach: Estudiantes , Deportivo Cali, San Lorenzo, FC Sevilla i Boca Juniors. W tych dwóch ostatnich trenował Maradone. Jest jedną z najwybitniejszych postaci argentyńskiego futbolu ale we własnym kraju doceniono go dopiero, kiedy doprowadził kolumbijskie Deportivo do finału Copa Libertadores, po czym federacja kolumbijska powierzyła mu funkcje trenera reprezentacji. Kiedy Argentyna przegrała mundial w Hiszpanii, Bilardo jako trener mistrzowskiego Estudiantes w lidze Metropolitano, stał się naturalnym kandydatem na trenera kadry i był nim przez 8 lat.

Jego szkoła futbolu nazywana bilardizmo, nakazywała zawodnikom wykonywanie poleceń trenera i trzymanie się nakreślonych przez niego planów meczu. Z kolei Menottismo, szkoła Menottiego dawała graczom większą swobode ale mimo tych reguł Bilardo nie ograniczał piłkarzy i Argentyna pod jego wodzą grała w Meksyku bardzo ładnie, widowiskowo, strzelała sporo goli. Kiedy już zdobyła tytuł, w szatni na Estadio Azteca Bilardo się rozpłakał i jak twierdzi w swojej książce Maradona, powtarzał tylko nazwisko swojego mistrza, słynnego, nieżyjącego wówczas trenera Estudiantes Osvaldo Zubeldii. To on jako pierwszy trener w Argentynie rozpoczynał przygotowania do meczu od zebrania informacji na temat każdego zawodnika w drużynie przeciwnika i jej stylu. Bilardo przestrzegał tych zasad i w pewnym stopniu także dzięki temu, podczas mundialu we Włoszech doszedł z Argentyną do finału. Drużyna grała wtedy znacznie słabiej niż w Meksyku. Zwykle opanowany, nie wytrzymał, kiedy w finale mundialu w Meksyku Burruchaga strzelił gola na 3:2 a wszyscy piłkarze Argentyny przez minute się cieszyli. Bilardo krzyczał na nich, przeklinał, groził, kazał cofnąć się napastnikom a wszystko to miało być jasnym przekazem: ,,Co z tego że prowadzicie jednym golem. To jest finał mistrzostw świata, do końca meczu pozostało aż 5 minut a po drugiej stronie boiska stoją Niemcy!”.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

6

@FCBparasiempre
16 marca
1983 r. na Anfield Road, FC Liverpool pokonał Widzew Łódź 3:2 w rewanżowym
meczu ćwierćfinałowym Pucharu Mistrzów i… odpadł z rozgrywek! Jeszcze w dniu
rewanżu Widzew zyskał niewielką przewagę. Wcześniej poważnym problemem były
kartki Andrzeja Grębosza. W związku z tym iż bohater pierwszego meczu pauzował,
na jego pozycji zagrał Tłokiński a więc była to strata po części podwójna. Tyle
że z drugiej strony Kenny Dalglish, lider Liverpoolu, z samego rana obudził się
z potężnym bólem brzucha i mimo wysiłków lekarzy po południu ogłoszono że nie
będzie w stanie zagrać. Jednak zawodnicy z Anfield sprawiali wrażenie, jakby ta
informacja ich nie dotyczyła. Po fatalnym zagraniu ręką Filipczaka, gola z
rzutu karnego strzelił dla gospodarzy Phil Neal. W tym okresie widzewiacy
bronili się jak nigdy przedtem. Dziennikarz ,,The Times” w swojej relacji
podkreślał że ,,Obrona Widzewa nie panikowała, choć po początkowym okresie,
kiedy składała się z 9 zawodników, szybko przeszła do ustawienia z jedenastoma
piłkarzami w okolicy własnego pola karnego. Teraz piłkarze Liverpoolu rzadko
pojawiali się na własnej połowie, walili raczej nieustannie w mur białych
koszulek”. Powodzenie przyniosła tradycyjna polska szkoła gry, czyli szybki
atak. Graeme Souness poślizgnął się, piłke przechwycił Rozborski i od razu
posłał ją do Smolarka a ten popędził na bramke Grobbelaara i został sfaulowany.
Sędzia podyktował rzut karny. Souness po meczu przyznał iż był to najgorszy
błąd w jego całej dotychczasowej karierze. Może wpływ na pomyłke Sounessa miała
śliska murawa. Przecież jeszcze na godzinę przed meczem była kompletnie zalana.
Tadeusz Świątek opowiadał że był wówczas zafascynowany systemem zupełnie w
Polsce nie znanym. Kilku pracowników chodziło po boisku i wbijało w nie
metalowe pręty. Wkrótce powierzchnia nadawała się do gry, była wręcz stworzona
do szybkiej wymiany piłki ale i błędów, takich jak ten, który przytrafił się
szkockiemu pomocnikowi. Pierwotnie karnego miał strzelać Smolarek. Trener Żmuda
zaznaczył że jeśli to on będzie faulowany, wtedy wykonawcą będzie kolega
Smolarka z pokoju Tłokiński i tak też się stało. Nie był to jakiś nadzwyczajnie
wykonany karny. Właściwie przy odrobinie szczęścia Grobbelaar mógł go obronić
ponieważ piłka przeleciała mu pod brzuchem. Tłokiński wypuścił powietrze, znowu
wszystko do niego docierało. Nawet na chwile ucichł doping, który większość z
nich pamięta do dziś jako najlepszy przy jakim kiedykolwiek grali. Gdy w 52
minucie Filipczak zagrał do Smolarka a ten podwyższył na 2:1, wszystko było
rozstrzygnięte. Liverpool strzelił jeszcze 2 gole ale do awansu potrzebował
czterech. Trener Paisley przed sezonem zapowiadał 4 trofea. Kilka dni przed
swoim pierwszym meczem z Widzewem przegrał w Pucharze Anglii a teraz odpadł z
Pucharu Europy. Pozostałe trofea zgarnął, wygrał tytuł mistrza Anglii oraz
Puchar Ligi.

,,Było
wielkie rozczarowanie. Byliśmy przekonani iż mamy najlepszy zespół w Europie.
Oczywiście Widzew nam zaimponował w pierwszym meczu, lecz wciąż uważaliśmy że
jesteśmy w stanie odrobić straty. To był w końcu Liverpool”- podkreślał
pomocnik Ronnie Whelan. Piłkarze Widzewa wygrali nie tylko awans ale również
uznanie angielskiej publiczności. Widzewiacy początkowo chcieli szybko umknąć
do szatni bo mieli w pamięci stek wyzwisk i przedmiotów, które leciały swego
czasu na nich z trybun Old Trafford. Spotkała ich jednak niespodzianka. Fani
The Reds urządzili Widzewowi owacje na stojąco a przecież początkowo było
zupełnie inaczej. Młynarczyk w pierwszej połowie miał za sobą kibiców z The
Kop, najtańszej trybuny zawładniętej przez najwierniejszych fanów. Na początku
gdy chodził po piłke, musiał wycierać twarz ze śliny miejscowych chuliganów,
uchylać się przed monetami, udawać że nie słyszy różnych odmian
najpopularniejszego słowa tworzących najbardziej wymyślne przekleństwa znane w
języku angielskim. Teraz wszystko się zmieniło. ,,Przeszły mnie dreszcze”-
przyznał Włodzimierz Smolarek, który potem paradował w oryginalnym hełmie,
który dostał od angielskiego policjanta, podobnie zresztą jak Tłokiński. To oni
byli największymi bohaterami tego meczu. Wieczorem podczas kolacji Paisley
rozmawiał nawet ze Smolarkiem, sondował możliwości jego przejścia do klubu z
Anfield. Pan Włodek już wcześniej miał oferty z europejskich klubów, choćby w
tym samym roku negocjował z Hellas Verona, która wkrótce miała stać się jedną z
najmocniejszych włoskich drużyn ale Liverpool to był zupełnie inny poziom.
Zresztą Smolarek był wówczas rozchwytywany, wiadomo że był bardzo zaawansowany
w rozmowach z Eintrachtem i ostatecznie trafił właśnie do niemieckiego klubu,
tyle że 3 lata później. Podczas gdy rozmawiał z przedstawicielami Liverpoolu i rozdawał
autografy, z Tłokińskim wstępnie negocjowali przedstawiciele RC Lens, którzy
przyjechali, a jakże, po Smolarka. Ówczesny trener Lens, Gerard Houllier i jego
asystent Joachim Marx, były reprezentant Polski, mieli przełamać lody pomiędzy
Smolarkiem a Francuzami. Po pierwszej rozmowie z trenerem Żmudą wiadomo było że
nic z tego nie wyjdzie. Żmuda zaproponował więc Tłokińskiego. Do Polski
piłkarze Widzewa wracali jako bohaterowie już nie tylko łodzi ale całego kraju.
Stali się jego ambasadorami, tak jak kiedyś w latach 60-tych piłkarze Górnika
Zabrze, którzy walczyli i zwyciężali w meczach z największymi drużynami Starego
Kontynentu. Pokonując Liverpool stali się na pewno jedną z dwóch największych
drużyn klubowych w historii polskiego futbolu. Przez długie jeszcze miesiące na
stadionach Polski byli witani owacyjnie, wizytowali zakłady pracy, domy
dziecka, zakłady karne. Było to apogeum popularności Widzewa bo przecież zespół
już od dłuższego czasu był numerem 1 w kraju, co zresztą doskonale wykorzystywał
prezes Sobolewski, wprowadzający wbrew wszystkim swój kapitalistyczny model
zarządzania. Fani z całej polski wysyłali prośby o pamiątki do klubu. Widzew
stał się więc symbolem i wzorem. Dziennikarze usłyszeli nawet pod szatnią
poznańskiego Lecha, jak Wojciech Łazarek, trener bezpośredniego rywala łodzian
do wygrania mistrzostwa Polski, krzyczy na odprawie: ,,Musicie grać twardo!
Musicie być jak Widzew!”.

To co
wyprawiał wówczas Widzew w Europie przechodzi ludzkie pojęcie, zwłaszcza że
grał już bez Bońka, który odszedł do Juventusu. Czegoś takiego nie dokonał
żaden Polski klub i raczej już nie dokona. Ja osobiście jako gówniarz oglądałem
ten mecz w Polskiej telewizji i byłem wówczas tak szczęśliwy i dumny że nie
zapomnę tego do końca życia! Jeśli ktoś jest zainteresowany historią ,,tamtego”
Widzewa to polecam książke ,,Wielki Widzew”.

Gorąco
pozdrawiam wszystkich sympatyków Widzewa!


6

11

Duma Katalonii w Lidze Mistrzów:

16 marca 1994 r. FC Barcelona pokonała w fazie grupowej LM Spartak Moskwa 5:1(1:1) na Camp Nou. W grupie A faworytem do zwycięstwa była oczywiście Blaugrana, której głównym problemem pozostawał wciąż obowiązujący limit trzech obcokrajowców w meczu. Cuyff miał w składzie Koemana, Laudrupa, Stoiczkowa i Romario, więc wybór był trudny a jeden gwiazdor każdorazowo obrażony. Najpierw padło na Stoiczkowa, choć to właśnie 2 gole Bułgara w rewanżowym meczu drugiej rundy kwalifikacji z Austrią Wiedeń zapewniły Barcie awans do fazy grupowej. W drugim meczu na ławce zasiadł Romario, w trzecim Laudrup, podobnie jak i w czwartym. Właśnie mecz tej serii, wygrany ze Spartakiem 5:1 był pierwszym, w którym popis dał duet rywalizujących ze sobą na boisku ale przyjaźniących się szczerze poza nim(Stoiczkow został chrzestnym dziecka Romario) napastników. W piątym znowu na trybunach zasiadł Stoiczkow a w szóstym Laudrup. Jak widać nietykalny był tylko Ronald Koeman.

@Adran360
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

8

Zapomniane legendy FC Barcelony:

16 marca 1930 r. urodził się Ramón Villaverde, urugwajski pomocnik. Zakup Urugwajczyka z Kolumbijskiego Millonarios F.C. był jednym z największych transferów FC Barcelony lat 50-60 z poza Europy. Grał najczęściej w środku pomocy albo na skrzydle ale nawet grając na skrzydle często schodził do środka, gdzie w pełni wykorzystywał swój niezwykły talent do czytania gry. Podobnie jak wielu latynoamerykańskich graczy w jego czasach, Villaverde miał potężny strzał i niesamowitą kontrolę, w tym niezwykłą umiejętność omijania przeciwników bez pozornie nawet dotykania piłki. On i galicyjski napastnik Luis Suárez doskonale się rozumieli, podczas gdy jego fani i koledzy szczególnie cenili jego prosty, przyziemny charakter. Był także wspaniale zdyscyplinowany, jeśli chodzi o swój potencjał, co wydatnie pokazał w sezonie 1963/64, kiedy zgodził się spędzić ostatni rok swojego kontraktu na wypożyczeniu w Racing Santander, mówiąc: „Nie jestem jeszcze za stary na piłkę nożną, ale jestem za stary, by grać dla Barçy”. Villaverde w barwach Blaugrany zdobył 151 goli, zdobywając 2 mistrzostwa Hiszpanii, 2 Puchary Miast Targowych oraz 2 Puchary Hiszpanii.

@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360

11

Czy wiecie że…

16 marca 1920 r. FC Barcelona rozegrała towarzyskie spotkanie ze Slavią Praga na ,,Camp del Carrer Industria”, wygrane nie bez trudu 3:2. Był to pierwszy mecz w historii z drużyną z Europy środkowowschodniej.

@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

15

Rekordy ,,La Pulgi”:

16 marca 2014 r. Lionel Messi strzela hattricka w meczu La Liga z Osasuną, czym bije rekord klubowy Blaugrany należący do Paulino Alcantary(395 goli). Niektóre źródła błędnie podają 369 goli Alcantary. Tutaj oficjalnie: https://www.fcbarcelona.com/en/card/648422/paulino-alcantara

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Adran360

0

@Foton Nie rozumiem co masz na myśli? Jakiego towaru?

8

Wobec takiej historii, żaden cule nie może przejść obojętnie:

16 marca 1938 r. Barcelona została zbombardowana przez włoskie lotnictwo. Od początku wojny domowej niektórzy piłkarze Barçy wraz z zawodnikami Athletic Bilbao uczestniczyli w walkach. Rok wcześniej po zamordowaniu Josepa Sunyola, sekretarz generalny Rossend Calvet wraz z trzema byłymi działaczami klubu załatwił Blaugranie tournée po Ameryce Południowej. Część piłkarzy zdecydowała się zostać w Meksyku a Balmanya i Escola uciekli do Francji. W 1938 r. podczas jednego z nalotów na Barcelone, jedna z bomb spadła na budynek siedziby Barçy, w którym znajdowały się trofea i dokumenty klubowe. Calvet wraz z Josepem Cubellsem i innymi działaczami przez kilka dni odzyskał większość przedmiotów.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@FcPortoFan1999 Akurat pisząc ten artykuł nie miałem na myśli meczu eliminacyjnego do mistrzostw świata ale można to potraktować jako swego rodzaju zapowiedź tego klasyku.

7

Aneks do Copa America 1957:
Właściwie wynik meczu z Brazylią nie powinien tak długo stać pod znakiem zapytania. Argentyńczycy mieli miażdżącą przewagę, stwarzali kolejne okazje, strzelali raz za razem 3 minuty przed ostatnim gwizdkiem sędziego twardy prawy łącznik racingu humberto maschio podwyższył wynik na 2:0. Na fali ulgi, która ogarnęła wówczas prowadzących, skrzydłowy independiente oswaldo krusowi dołożył trzeciego gola i Argentyna mając jeden mecz w zapasie zdobyła Mistrzostwo Ameryki Południowej po raz 11 w historii a kiedy piłkarze fetowali jeszcze sukces na murawie estadionacional w limie, jeden z działaczy wręczył mikrofon obrońcy River Plate Federico vairo. Choć vairo był liderem drużyny, na jego łagodnej twarzy zwykle Malowała się troska. Tym razem jednak zawładnęły nim inne emocje. Próbował się opanować, chwycił mocniej mikrofon ale gdy zaczął mówić głos mu Drżał. ,, to wszystko (zaczął niepewnie) to wszystko dzięki tym caras sucias, dzięki tym pięciu sinverguenzas". Głos odmówił mu posłuszeństwa, oddał więc mikrofon człowiekowi, który wcześniej wypchnął go do przodu. Zdołam powiedzieć tylko jedno zdanie ale w zdaniu tym nie dość że nadał drużynie nazwę, pod którą przeszła do historii, to jeszcze podsumował ducha argentyńskiego futbolu tamtych czasów. Wszyscy wiedzieli kogo miał na myśli. Piątka graczy ofensywnych: orestes korbatta, humberto maschio, Antonio angelio Omar sivori i oswaldo Cruz, była postrachem rywali przez cały turniej, Prezentując piłkę techniczną, płynną i sprawiającą wrażenie radosnej. Faktycznie trudno o lepsze określenie tych pięciu zawodników, którzy poprowadzili Argentynę do zwycięstwa w campeonato sudamericano. Los Angeles com caras sucias"(aniołowie o brudnych twarzach) to ukłon wobec filmu z 1938 roku z Jimmy kagneyem i humprejem bogartem a zarazem nawiązanie do bezczelności i beztroski ich stylu gry oraz co najmniej swobodnego podejścia do treningów. Z czasem Carasucias(przydomek skrócił pełną nazwę, pomijając kwestię ich anielskości) stali się symbolem tyleż wielkiej, co utraconej przeszłości argentyńskiej piłki; Złotego Wieku, w którym wiodły talent, zuchwalstwo i zabawa i w którym nikomu nie śniła się jeszcze epoka odpowiedzialności i sceptycyzmu. Przeszłość bywa idealizowana, coś o tym wiemy ale poczucie straty, kiedy ów Złoty wiek przeminął było z pewnością prawdziwe: nostalgia za iluzoryczną przeszłością, kiedy świat nadal się stwarzał a idealizm nie podporządkowywał się jeszcze cynizmowi, stworzyła psychodramę argentyńskiego futbolu a może i całej Argentyny.


@Sysia11
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Adran360
@Arkon

0

@FcPortoFan1999 No może i masz racje...

0

@FcPortoFan1999 No powiedzmy ale i tak miałbym wkurwiające oglądanie, gdyż mecz jest na Canal + , którego nie posiadam a te strimy mnie wkurwiają bo idą, idą i nagle stają!

0

No prosze Real Madrid zagra na Estadio de la Ceramica a więc musze nie oglądać!

11

Czy wiemy że:

15 marca 1892 r. narodził się jeden z najpopularniejszych klubów na świecie. Liverpool Football Club mógłby się nigdy nie narodzić, gdyby nie jedna postać. W roku 1892 powstał spór o najem, w efekcie czego Everton opuścił Anfield, a prezes klubu John Houlding został wspólnie z garstką fanów i tylko trzema zawodnikami z pierwszego zespołu. Jednak był zdecydowany tworzyć historię piłki nożnej w mieście. Utworzył więc od podstaw nowy klub, wybrał nazwę Liverpool... i stworzył legendę. Nawet on sam nie mógł przewidzieć jak udany będzie jego plan. Po ponad 120 latach, ,,The Reds” jest jednym z najbardziej utytułowanych klubów na świecie, 19-krotni Mistrzowie Kraju, 8-krotni zwycięzcy FA Cup, 9-krotni zwycięzcy Pucharu Ligi, 6-krotni zdobywcy Pucharu Europy i 3-krotni zdobywcy Pucharu UEFA.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

1

@FcPortoFan1999 No dokładnie! Ten obecny format Ligi Mistrzów i nieliczące się podwójnie gole na wyjeździe, to jest dla mnie krótko mówiąc pojebane!

7

Blaugrana w Lidze Mistrzów:

15 marca 1995 r. FC Barcelona przegrała w Paryżu z tamtejszym PSG 2:1 w ćwierćfinale rewanżowego starcia w Lidze Mistrzów i odpadła z rozgrywek. Gole dla PSG zdobyli Rai i Guerin; honorowe trafienie dla Barçy zaliczył Bakero. W pierwszym meczu na Camp Nou padł wynik 1:1. Jak widzimy już wówczas PSG mocno zalazło nam za skóre. Niejako ciekawostką jest fakt iż bramki Barçy strzegł wówczas Carles Busquets(ojciec Sergio).



@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

9

Cruijff i spółka wyeliminowali Aston Ville:

15 marca 1978 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Aston Ville 2:1 w rewanżowym meczu ćwierćfinału Pucharu UEFA. Jako że w pierwszym meczu na Villa Park padł remis 2:2, do półfinału awansowała Duma Katalonii. Gole strzelili: Migueli oraz Asensi.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

1

@Safrani No nie!? Ja sam ją dopiero wczoraj odkryłem na internecie. Fajna to nawet za mało powiedziane. Wprost niesamowita!

11

Ufo nad stadionem we Florencji:

Zabieram was do roku 1954, a konkretnie 27 października, kiedy to Niezidentyfikowany Obiekt Latający przerwał mecz piłki nożnej. Pamiętacie słynną historię, jakoby słuchowisko radiowe ‚Wojna Światów’ H.G. Wellsa, miało wywołać ogólnonarodową panikę wśród obywateli USA, którzy uwierzyli, że spiker podaje w radiu prawdziwy komunikat o inwazji istot pozaziemskich? W rzeczywistości wydarzenia z 30 października 1938 roku sprowadzały się do kilku pojedynczych przypadków łatwowiernych słuchaczy z New Jersey, którzy uwierzyli w desant sił kosmicznych i dopiero w późniejszych latach ta anegdota urosła do rangi legendy i przybrały niebotyczne rozmiary, upiększana przez kolejnych bajarzy. Szesnaście lat później 10 tysięcy osób zebranych na arenie Stadio Artemio Franchi, nie musiało włączać odbiorników radiowych. UFO ukazało się im oczom w pełnej krasie. Fiorentina rozgrywała akurat spotkanie z Pistoiese i kontrolowała mecz, gromiąc rywala 6-2. Piłkarze zapewne myśleli już, czy na kolację zjeść pizze, czy lasagne i lampką, jakiego wina zapić wieczorną strawę, kiedy to ich uwagę przykuło coś, czego absolutnie nikt się nie spodziewał. Umówmy się. Włosi to naród, który uwielbia ubarwiać przeróżne historyjki i skłonni bylibyśmy zbyć opowieść o statku kosmicznym machnięciem ręki, ale jeśli 10000 osób, plus piłkarze, sztab szkoleniowy i chłopcy od podawania piłek twierdzą, że widzieli coś na niebie i nie był to ptak, ani samolot, ani nawet superman… to wiedz, że coś się działo. Nie był to nawet talerz, wyrzucony przez okno przez temperamentną, włoską ragazzę, która chwilę wcześniej dowiedziała się o zdradzie swojego niewiernego chłopaka i ciskała w niego wszystkim, co miała pod ręką. Świadkowie twierdzili, że Niezidentyfikowany Obiekt Latający przypominał kształtem jajko i zawisł na niebie na kilkanaście minut. Mecz oczywiście został przerwany, tłum najpierw wydał z siebie nieartykułowany krzyk, a następnie wgapiał się w dziwaczne zjawisko.



Zresztą UFO zauważyli również inni mieszkańcy Florencji, którzy tego dnia znajdowali się poza stadionem. Carabinieri oraz prasa odebrała tego popołudnia wiele zgłoszeń opowiadających o dziwach, mających miejsce wysoko nad ziemią. Co ciekawe, wizycie latającego dysku, towarzyszył opad mazi przypominającej lepką bawełnę, która pokryła wiele miejsc toskańskiego miasta. Tajemniczy, jajowaty obiekt, mieniący się srebrnym światłem widziano jeszcze przez kilka dni nad różnymi miejscowościami regionu.

„Pamiętam wszystko od A do Z. Gdy rozgrywaliśmy mecz, nagle wszystko się zatrzymało, ponieważ wszyscy zaczęli intensywnie spoglądać w niebo. Gdy tam spojrzałem, ujrzałem coś dziwnego, przypominającego kształtem jajko, było świecące, owalne i poruszało się bardzo, bardzo wolno. Byliśmy zdumieni, ponieważ nigdy wcześniej nie widzieliśmy czegoś podobnego. Odkąd tylko to ujrzeliśmy, byliśmy absolutnie zszokowani.”- Wspominał po latach Arcadio Magnini, który przywdziewał wówczas fioletowe barwy. Chociaż substancja, która spadła na Florencję topiła się w promieniach słońca, to jeden z miejscowych dziennikarzy zdołał zachować jej próbkę, chowając nabraną na patyczek maź do pudełka zapałek. Naukowcy, którzy przebadali skład waciastej substancji, stwierdzili zawartość krzemu, wapnia, magnezu i boru. Pajęczyna, unosząca się w powietrzu, która przybrała jajowaty kształt! To była odpowiedź uczonych, twardo stąpających po Ziemi. Wszak październik jest miesiącem migracji pająków. Sporych rozmiarów pajęcze sieci, dryfujące w powietrzu odbijały światło słoneczne, przez co przywodziły na myśl UFO. Nonsens!– odpowiadają znawcy tematu, zdejmując z głowy swoje foliowe czapeczki i drapiąc się po nich. – To na pewno próba zamydlenia nam oczu, taka sama jak w przypadku komunikatu o balonach meteorologicznych, które spadły nad Roswell. Przyznam szczerze, że samemu ciężko mi się przełyka wytłumaczenie o pajęczych sieciach. Tym bardziej że entuzjaści UFO argumentują, iż wydzielina pajęczaków składa się jedynie z azotu, tlenu, wodoru i wapnia. Dodatkowo podobna maź, miała towarzyszyć pokazaniu się UFO w takich miejscach jak: Irlandia (w 956 roku), Norymberga (1561r.), Oloron (1952 rok) i Selkirk (1980 rok). Co stało się nad Stadio Artemio Franchi? Tego zapewne nigdy się nie dowiemy… Lecz uczestnicy tamtych zdarzeń, są pewni swego. Chociażby gracz Pistoiese Romolo Tuci: ,,W tamtych czasach ludzie lubili rozprawiać o życiu na Marsie czy UFO w Ameryce, a my przeżyliśmy takie doświadczenie, widzieliśmy to konkretnie. Myślę, że to było coś z innej galaktyki. Byliśmy na stadionie i widzieliśmy to”. Wielu fanów Violi uważa, że obcy przybyli na ziemię, by udzielić błogosławieństwa ich klubowi i tchnąć w nich kosmiczną moc. Niespełna dwa lata później, Fiorentina sięgnęła po swoje pierwsze Scudetto.

@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360

8

Żywe legendy argentyńskiego futbolu:

14 marca 1955 r. urodził się Daniel Bertoni, napastnik. Mistrz świata z 1978 r., 3-krotny zdobywca Copa Libertadores oraz zdobywca Pucharu Interkontynentalnego z 1973 r. z CA Independiente. Bertoni jest wychowankiem Quilmes Atlético Club. To w jego barwach zadebiutował w 1971 roku w drugiej lidze argentyńskiej mając zaledwie 16 lat. W 1973 roku Bertoni przeniósł się do innego klubu ze stolicy- Independiente. Od razu zaczął grać w podstawowym składzie i jeszcze w tym samym roku wywalczył Copa Libertadores (wystąpił w obu meczach z Colo Colo Santiago). Niedługo potem zdobył kolejne trofeum – Puchar Interkontynentalny, w którym to Independiente pokonało 1:0 Juventus Turyn. Rok później Bertoni znów wystąpił w finale Pucharu Wyzwolicieli a Independiente tym razem okazało się lepsze od São Paulo FC. W 1975 klub po raz trzeci z rzędu powtórzył ten sukces pokonując Unión Española Santiago. Od tego czasu Bertoni nie osiągał już sukcesów z Independiente na arenie międzynarodowej, lecz na krajowej, gdy w latach 1977 i 1978 wywalczył z nim mistrzostwo fazy Nacional. Latem 1978 Bertoni opuścił ojczyznę i wyjechał do Europy. Jego pierwszym klubem na tym kontynencie była hiszpańska Sevilla FC. Pierwszy sezon miał mniej udany, gdy zdobył tylko 8 goli w lidze a z Sevillą zajął 11. pozycję ale w kolejnym zagrał już dużo lepiej zdobywając 16 goli i zostając najlepszym strzelcem zespołu, który zakończył rozgrywki na 8. miejscu w tabeli.

W 1980 roku Bertoni wyjechał do Włoch. Przez pierwsze 4 sezony grywał we Fiorentinie. W 1982 roku osiągnął z nią wicemistrzostwo Włoch (zdobył 9 goli) ale z czasem tracił miejsce w składzie i w swoich dwóch ostatnich sezonach w klubie z Florencji opuścił prawie 30 ligowych spotkań a w ostatnim (1983/1984) zajął z nim 3. miejsce. W 1984 roku Bertoni przeszedł do SSC Napoli, gdzie w linii ataku grał ze swoim rodakiem, Diego Maradoną, jednak z klubem nie osiągnął większych sukcesów. W sezonie 1986/1987 Daniel grał w Udinese Calcio, w którym zdobył zaledwie jednego gola i spadł z nim do Serie B. Po tamtym sezonie zakończył piłkarską karierę w wieku 32 lat. W reprezentacji Argentyny Bertoni zadebiutował w 1974 roku. W 1978 roku został powołany przez selekcjonera Césara Luisa Menottiego do kadry na Mistrzostwa Świata, których gospodarzem była Argentyna. Tam występował w podstawowym składzie w ataku u boku Mario Kempesa oraz Leopoldo Luque. Już w pierwszym meczu przeciwko Węgrom zdobył zwycięskiego gola, ustalającego wynik meczu na 2:1. Grał we wszystkich meczach, także w finałowym z Holandią, gdy w 116. minucie pokonał Jana Jongbloeda i Argentyna wygrywając 3:1 została mistrzem świata. W 1982 roku Bertoni ponownie znalazł się w kadrze "Albicelestes" na mistrzostwa świata, tym razem był to mundial w Hiszpanii. Tam podobnie jak 4 lata wcześniej był podstawowym zawodnikiem kadry i grał we wszystkich meczach, jednak Argentyna nie obroniła mistrzostwa i odpadła już w drugiej rundzie przegrywając 1:2 z Włochami oraz 1:3 z Brazylią. Podobnie jak na mundialu w Argentynie tak i tu zdobył 2 gole, oba w grupowych meczach: z Węgrami (4:1) oraz Salwadorem (2:0). Po tym turnieju Bertoni zakończył reprezentacyjną karierę. W kadrze przez 8 lat wystąpił łącznie w 31 meczach i zdobył w nich 12 goli.

@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
@Symson

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?