2

Udany rewanż:
2 lipca 1960 r. na Camp Nou zagrał słynny FC Santos z Pele w składzie. Była to druga wizyta brazylijskiego klubu w Barcelonie. Rok wcześniej Santos pokonał Blaugrane aż 1:5 a Pele strzelił 2 gole, choć pamiętajmy iż Barça grała wówczas mocno rezerwowym składem. W swoistym rewanżu Duma Katalonii wystąpiła w najsilniejszym składzie i pokonała najmocniejszy wówczas na świecie Santos 4:3, dzięki dwóm golom Luisa Suareza oraz po jednym Kubali i Villaverde. Pele także wpisał się na liste strzelców.
@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@martusiaaaa
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

6

Ten bezlitosny „Golden goal”:

2 lipca 2000 r. Francja pokonała na „De Kuip” w Roterdamie reprezentacje Włoch po dogrywce 2:1(0:0;1:1) na Euro 2000. ,,Azzurri” przygotowali prosty plan na wygranie finału. Jako pierwsi strzelić gola a potem przez reszte meczu bronić korzystnego wyniku. Wszystko zaczęło się układać po ich myśli, gdy po strzale Delvecchio objeli prowadzenie. Na prawej flance Totti, uwikłany w walke z dwoma rywalami, odegrał piętą do nadbiegającego Pesotto. Pomocnik Juventusu dośrodkował w pole karne wprost do Delvecchio, który z bliska nie pozostawił żadnych złudzeń Barthezowi. Szkoleniowiec Włochów Dino Zoff miał szanse zdobyć złoty medal mistrzostw Europy zarówno w roli piłkarza, jak i trenera. Miał, bowiem odebrali mu ją Francuzi, dosłownie w ostatniej chwili. Wszystko działo się w doliczonym czasie gry. Daleki wykop Bartheza; Piłka trafia do Trezegueta, który odgrywa ją do Wilforda. Cannavaro nie przecina podania; napastnik Bordeaux przyjmuje futbolówkę, po czym oddaje strzał w długi róg bramki strzeżonej przez Toldo. Nesta nie zdołał zablokować piłki a Toldo jej nie wybił. Chwila dekoncentracji okazała się brzemienna w skutkach. Dla Francuzów jeszcze nie wszystko stracone. Włosi nie mieli już nic do stracenia bo w jednej chwili zaprzepaścili wszystko. Okazja na zostanie mistrzem Europy niebezpiecznie się oddaliła. Swoją szanse zwietrzyli rywale. Pressing Francuzów; Albertini traci piłke, dopada do niej Pires, wbiega w pole karne i dośrodkowuje do Trezegueta. Nesta próbuje interweniować ale bezskutecznie. ,,Trezegol” mocnym strzałem z woleja pod poprzeczke zapewnia ,,Trójkolorowym” Puchar Delaunaya. Dramat Włochów i euforia Francuzów. Zwycięzców się nie sądzi, zwycięzców się ceni. Sukces piłkarzy nie byłby możliwy bez ogromnego trenerskiego wkładu Rogera Lemerre’a. Opiekun Francuzów miał nosa do zmian. To one odmieniły gre jego podopiecznych a także… niekorzystny wynik meczu. W 58 minucie posłał w bój Wilforda a na kwadrans przed końcem meczu Trezegueta. Obaj zadali decydujące trafienia. Przy zwycięskim(złotym) golu duży udział miał Pires, trzeci dżoker w talii Lemmere’a. Pomocnik Olimpique Marsylia wchodził na murawe, gdy plac gry opuszczał włoski bohater Marco Delvecchio. Co było później, wiadomo. Mistrzowie świata zostali mistrzami Europy po raz pierwszy w takiej kolejności.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@MichalZZZ Dla 12-latka!? Takie dziecko to tylko na podwórko wypuszczać(!) a nie na komputery. Ja pierwszy w życiu komputer dotknąłem w wieku 35 lat! A własny mam od 50 roku!

6

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

Wawrzyniec Cyl na świat przyszedł 2 lipca 1900 r., kiedy Polski nie było jeszcze na mapach. Wychowywał się w rodzinie inteligenckiej w Łodzi. Był absolwentem gimnazjum a dzięki temu że ukończył wieczorowy kurs handlowy, zdobył prestiżowy zawód księgowego. Z piłką zetknął się już w szkole. Jako nastolatek wstąpił w szeregi ŁKS-u. W pierwszej drużynie zadebiutował krótko po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej. Początkowo występował jako napastnik i w pierwszych zakończonych mistrzostwach Polski w 1921 r. był najlepszym strzelcem swojego zespołu. Wkrótce jednak został przesunięty do defensywy i na pozycji obrońcy występował do końca kariery. Dzięki dobrej postawie na arenie krajowej dostał szansę występu w reprezentacji. Debiut zaliczył 29 września 1923 r. w przegranym 3:5 pojedynku z Finlandią w Helsinkach. Narodowe barwy reprezentował później jeszcze trzykrotnie. W 1924 r. zagrał z Turcją (wygrana 2:0) a rok później z amatorami z Czechosłowacji (porażka 1:2). Największym jego osiągnięciem w reprezentacji był wyjazd na igrzyska olimpijskie do Paryża. Tuż przed rozpoczęciem turnieju ze składu wypadł jeden z czołowych polskich obrońców Ludwik Gintel i Cyl wskoczył na jego miejsce. Nie było to jednak powołanie na wyrost, gdyż zawodnik ŁKS-u należał do ścisłej krajowej czołówki. Dzięki występowi w meczu z Węgrami stał się pierwszym olimpijczykiem w historii łódzkiego klubu. Braki techniczne nadrabiał pracowitością i zaangażowaniem. Zawsze grał bardzo ofiarnie. Był wieloletnim kapitanem zespołu a później spełniał się w roli działacza. W łódzkim OZPN był kaptanem okręgowym a w klubie pełnił funkcję wiceprezesa. W Reprezentacji rozegrał 3 mecze.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

8

@FCBparasiempre
Roberto Firmino, Alissona, Williana czy Edersona kojarzą wszyscy fani Premier League. Każdy z tych graczy stanowi dużą wartość dodaną dla swojego zespołu i zapisuje piękne karty historii pod tytułem „Brazylijczycy w lidze angielskiej”. Ale mówiąc o piłkarzach z Kraju Kawy na Wyspach, warto przypomnieć człowieka, który przetarł brazylijskie szlaki w Anglii. Tym kimś był Mirandinha. Chaval to nieduże miasto położone w północno-wschodniej Brazylii, w delcie trzech rzek: Parnaiby, Timonhy i Ubatuby. To tu, w 1959 r., gdy kraj z mozołem budował swoją nową stolicę Brasilię, urodził się Francisco Ernandi Lima da Silva, który potem zyskał sławę jako Mirandinha. Jego dzieciństwo nie było łatwe. Był jednym z ośmiorga dzieci, a jego ojciec zarabiał na utrzymanie rodziny przy pozyskiwaniu soli z wody morskiej. Francisco musiał więc od najmłodszych lat pracować, by wspomóc domowy budżet. Było naprawdę ciężko. Tata kupował ryby na plaży, a potem próbował je sprzedać. Dzieci też musiały pomagać. Sprzedawałem różne przedmioty na skrzyżowaniach, limonki, winogrona. Czyściłem szyby samochodowe – wspominał swoje dzieciństwo, które spędził w Fortalezie, największym mieście stanu Ceará. Francisco jak wiele biednych brazylijskich dzieci potrafił wyczyniać z piłką cuda. Ale talent i umiejętności to nie wszystko. By móc żyć z gry w futbol, potrzeba jeszcze wiele szczęścia. Zanim jednak los się do niego uśmiechnął, kilka razy musiał przełknąć gorycz porażki. Jak choćby wtedy, gdy wyrzucono go Ceary SC i Fortalezy EC, dwóch największych klubów piłkarskich w Fortalezie. W Cearze prezentowałem się bardzo dobrze, strzeliłem sporo bramek, ale przez to, że byłem biednym, skromnym chłopcem straciłem miejsce. Preferowano osoby z prywatnych szkół. Zostałem odesłany i wylądowałem w Fortalezie EC – wspominał zawodnik. Pierwsza przygoda z „Tricolor” (jeden z przydomków Fortalezy EC) również zakończyła się ogromnym rozczarowaniem. Prawie się poddałem. W jednym z meczów grałem dla Fortalezy ze złamaną ręką. Wygraliśmy 12:1, a ja strzeliłem 7 goli! Kiedy zdjęto mi gips i chciałem wrócić do gry, odesłali mnie – powiedział Mirandinha. Szansę dało mu dopiero Ferroviário, będące numerem trzy w mieście. „Pracowałem jako pomocnik stolarza. Lakierowałem meble. Wtedy pojawiła się w mojej głowie myśl, żeby spróbować swoich sił w Ferroviário. Pojechałem do klubu, wziąłem udział w treningu i przyjęli mnie”. Już na pierwszym treningu w Ferroviário Francisco otrzymał przydomek Mirandinha. „Dryblowałem między zawodnikami. W pewnym momencie oddałem strzał, który trafił do siatki. Piłka prawie eksplodowała. Mój trener krzyknął: „Mirandinha, tak jak Mirandinha”. Był wówczas słynnym brazylijskim graczem. Stałem się Mirandinhą Drugim – opowiadał w rozmowie z „ChronicleLive” wychowanek Ferroviario. W ten sposób uzyskał taki sam przydomek, jaki nosił Sebastião Miranda da Silva Filho, gwiazdor Corinthians i São Paulo FC, członek reprezentacji Brazylii, która na Mistrzostwach Świata w 1974 r. zajęła czwarte miejsce. Występami w młodzieżowej drużyny Ferroviario Mirandinha zapracował na status lokalnej gwiazdy futbolu. Ale jak mogło być inaczej, skoro potrafił strzelić trzy bramki w derbowym meczu przeciwko rówieśnikom z Ceary?
Dorosłego futbolu Mirandinha zasmakował daleko od rodzinnych stron. W 1978 r. trafił do Ponte Prety, klubu z miasta Campinas, położonego 3000 kilometrów na południe od Fortalezy. „Drużyna Ponte Preta przyjechała do Fortalezy, by zagrać z Cearą na Castelão (największy stadion w Fortalezie – przyp. aut.). Otrzymałem zaproszenie na spotkania z działaczami klubu. Tego samego dnia postanowili zabrać mnie do siebie. Cała sprawa została załatwiona w ciągu kilku godzin. Dali mi 500 reali, kazali iść do domu, spakować torbę i rano stawić się na lotnisku. Rodzice nie mogli w to uwierzyć. Nigdy nie wracałem do domu później niż po północy. A tego dnia przyjechałem o drugiej w nocy. Powiedziałem, że wyjeżdżam do Campinas”– mówił w wywiadzie dla Vermelho. W barwach pierwszej drużyny Ponte Prety zadebiutował 25 maja 1978 r. Tego dnia przeciwnikiem ekipy z Estadio Moises Lucarelli była reprezentacja Tunezji, która w Brazylii przygotowywała się do zbliżających się mistrzostw świata w Argentynie. Na początku drugiej połowy Mirandinha strzelił jedyną bramkę w tym spotkaniu. Mirandinha opuścił Campinas w 1979 r., przenosząc się do Palmeiras. Ale nie do jednego z najsłynniejszych brazylijskich klubów, lecz do prowincjonalnego Palmeiras z miasta São João da Boa Vista. Wydatnie pomógł tej ekipie sięgnąć po mistrzostwo stanu São Paulo na trzecim poziomie rozgrywkowym i awansować o szczebel wyżej. Na III i II poziomie rozgrywek stanowych prezentował się na tyle dobrze, że zwrócił na siebie uwagę szefów pierwszoligowego Botafogo. W barwach Estrela Solitária (Samotnej Gwiazdy) zadebiutował wreszcie w brazylijskiej ekstraklasie. Stało się to 18 stycznia 1981 r. przeciwko Desportivie Capixaba. W Botafogo Mirandinha spędził dwa lata. Przez kolejne dwa sezony reprezentował barwy Náutico. Potem trafił do Portuguesy, skąd na krótko wypożyczano go do Santosu i Cruzeiro. Przełomowy dla wychowanka Ferroviario okazał się dopiero 1986 r. i transfer do Palmeiras. Tego właściwego Palmeiras z miasta São Paulo. W ekipie z Estádio Palestra Itália (ówczesny stadion Palmeiras, zburzony 10 lat temu) spotkał kilku znakomitych zawodników, m.in. legendarnego bramkarza Emersona Leão, świetnego napastnika Édera, a nawet Japończyka Kazuyoshiego Miurę, który dziś w wieku 53 lat wciąż gra w piłkę na profesjonalnym poziomie. Gracze tak dużej firmy, jak Palmeiras zawsze są bacznie obserwowani przez selekcjonerów reprezentacji Kraju Kawy. W 1987 r. Mirandinha wpadł w oko prowadzącemu wówczas ekipę Canarinhos Carlosowi Alberto Silvie. Szkoleniowiec postanowił zabrać napastnika do Wielkiej Brytanii na turniej Rous Cup. Silva na turniej, w którym Brazylijczyków czekały pojedynki z Anglią i Szkocją, powołał wyłącznie piłkarzy występujących w rodzimej lidze. Obok Mirandinhi w samolocie do Europy znalazło się miejsce choćby dla Dungi, Romário, Raía czy Müllera, późniejszych mistrzów świata. „Rous Cup” otworzył mecz Anglików (w składzie m.in: Gary Lineker, Chris Waddle czy Peter Shilton) z Brazylią. W 35. minucie Synowie Albionu wyszli na prowadzenie dzięki bramce Linekera. Zgromadzeni na Wembley angielscy kibice szaleli z radości. Miny zrzedły im jednak bardzo szybko – kilkadziesiąt sekund później było już 1:1. Peter Shilton nie zdołał chwycić piłki zagranej z prawej strony przez Müllera. Czekał na nią Mirandinha. Zawodnik Palmeiras mocnym uderzeniem posłał ją pod poprzeczkę i po chwili utonął w objęciach zadowolonych kolegów. Brazylijczycy wygrali tamtą edycję „Rous Cup”. W swoim drugim meczu pokonali 2:0 Szkotów (cały mecz Mirandinhi), z którymi Anglicy wcześniej tylko bezbramkowo zremisowali. Co ciekawe, pomiędzy spotkaniami z Anglią i Szkocją Brazylijczycy zagrali również towarzyski mecz z Irlandią w Dublinie. A tuż po Rous Cup udali się do Helsinek, gdzie zmierzyli się z Finlandią. Mirandinha wystąpił w obu tych spotkaniach. W latach osiemdziesiątych kilku czołowych brazylijskich piłkarzy występowało z mniejszym lub większym powodzeniem w Europie. Niemal wszyscy reprezentanci Kraju Kawy, jeśli już decydowali się na kontynuowanie kariery na Starym Kontynencie, trafiali do Włoch. Tak było Edinho, Carecą, Zico czy Sócratesem. Oczywiście zdarzały się wyjątki – Wálter Casagrande, Elzo i Silas wybrali ekipy portugalskie, Júlio César przyjął ofertę francuskiego Brestu, a Alemão, Josimar i wcześniej Dirceu szukali swego szczęścia w Hiszpanii. O zimnej i deszczowej Anglii, gdzie siła i kondycja miały o wiele większe znaczenie niż finezja i technika, żaden z Canarinhos wtedy nie myślał poważnie. Północny szlak przetarł dopiero w 1987 r. Mirandinha.
Zanim Mirandinha po raz pierwszy postawił stopę na brytyjskiej ziemi, działacze Newcastle United co nieco już o nim wiedzieli. A to wszystko dzięki Humberto Silvie, znajomemu piłkarza i fanowi Palmeiras, przebywającemu w Anglii na wymianie studenckiej. Mieszkając na Wyspach, zaprzyjaźnił się z Bevem Walkerem, agentem kierowcy Formuły 1 Nigela Mansella oraz bliskim znajomym Malcolma McDonalda, byłego znakomitego napastnika Newcastle. Silva zbierał prasowe artykuły o Mirandinhi i nagrania na kasetach VHS. Pokazał je McDonaldowi, który najwyraźniej był pod wrażeniem umiejętności Brazylijczyka, ponieważ rozpoczął działania w kierunku sprowadzenia zawodnika na St. James’ Park. Szczęśliwym zrządzeniem losu gracz Palmeiras dostał w tamtym czasie wspomniane powołanie na Rous Cup. Nadarzyła się więc znakomita okazja, by McDonald, Kevin Keegan oraz menedżer Newcastle Wille McFaul mogli przyjrzeć się umiejętnościom Mirandinhi z bliska. Wkrótce Newcastle zapłaciło Palmeiras za Mirandinhę 575 tys. funtów. W klubie z północy Anglii miał zastąpić Petera Beardsleya, którego Sroki latem sprzedały do Liverpoolu. Mirandinha przybył do Newcastle, nie znając języka. Co oczywiste, nie był też przyzwyczajony ani do angielskiej pogody, ani do angielskiego jedzenia. „Nie było ani fasoli, ani ryżu, czułem się trochę zagubiony. Ziemniaki, ziemniaki, ziemniaki, marchew, mąka kukurydziana, brukselka” – relacjonował swoje pierwsze doświadczenia kulinarne w Wielkiej Brytanii. Wkrótce jednak piłkarz odważył się zamówić ryż. Jak się szybko okazało, jego śladem poszli inni gracze. Niedługo potem wszyscy podczas przedmeczowych posiłków jedli ryż. Brazylijczyk chętnie wspomina historie związane z Paulem Gascoigne’m, który wtedy również grał w Newcastle. Rzecz działa się po debiutanckim meczu Mirandinhi z Norwich (1 września 1987 r.). „Do autobusu przynieśli nam rybę z frytkami, żebyśmy mogli coś zjeść po meczu. Autobus zaczął odjeżdżać, a Gazza powiedział mi, żebym podszedł do pana Willy’ego McFaula i powiedział: „Panie Willy, jestem kurewsko głodny”. Nie wiedziałem, co to znaczy, więc podszedłem do menedżera i powiedziałem mu: „Szefie, jestem kurewsko głodny”. Wszyscy wybuchnęli śmiechem”– opowiadał. Gazza najwyraźniej polubił Brazylijczyka. Z wzajemnością. Anglik regularnie wpadał do niego, żeby spróbować brazylijskiego jedzenia. Gdy Mirandinha w 1989 r. opuszczał Anglię, Gascoigne podarował jego córce psa. Anglik upierał się, by zwierzę nosiło imię „Gazza”. Ostatecznie stanęło na tym, iż podarunek będzie nazywał się „Brzuszek” – na cześć kolegi Gazzy „Grubego Jima” zwanego też czasem „Grubym Brzuszkiem”. Jedenaście dni po meczu z Norwich Newcastle mierzyło się z Manchesterem United. Mecz zakończył się remisem 2:2, a Mirandinha strzelił obie bramki dla Srok. 26 września zdobył kolejnego gola – tym razem znalazł sposób na golkipera Southampton. W sumie w sezonie 1987/88 dla Newcastle trafił trzynastokrotnie (jedenaście razy w lidze, po razie w Pucharze Ligi oraz w Pucharze Anglii). Sroki uplasowały się na niezłym ósmym miejscu w ligowej tabeli. Latem 1988 r. doszło do sporego osłabienia kadry Newcastle. Klub opuścił bowiem lider i główny kreator gry Paul Gascoigne, którego sprzedano do Tottenhamu. Tak więc bez Gazzy, ale za to wzmocnione m.in. Johnem Hendrie’m, Sroki przystąpiły do nowych rozgrywek. Kampanię 1988/89 zaczęły bardzo źle. Pierwsze zwycięstwo udało im się odnieść dopiero w szóstej kolejce. Ekipa z St. James’ Park pokonała wtedy Liverpool, a mecz rozstrzygnął Mirandinha, pokonując słynnego Bruce Grobeelaara z rzutu karnego. Tydzień później przyszła jednak kolejna bolesna porażka. Newcastle gładko poległo z Coventry, co ostatecznie skłoniło zarząd klubu do podziękowania za pracę Williemu McFaulowi. Jego miejsce zajął Colin Suggett. Nowa miotła nie odmieniła jednak gry drużyny. W dziewięciu meczach zwyciężył tylko dwa razy, więc i on został zwolniony. Kierowanie zespołem w grudniu powierzono Jimowi Smithowi. Mirandinha niezbyt pasował do filozofii Jima Smitha, który szukał sposobu na uratowanie Newcastle przed degradacją. W dodatku Brazylijczyk miał w tamtym czasie uporczywe problemy ze ścięgnem Achillesa. Ostatecznie sezon 1988/89 zamknął dziewięcioma ligowymi golami, z czego cztery zdobył z rzutów karnych. Nie uchroniły one Srok przed spadkiem. Po zakończeniu rozgrywek napastnikowi rodem z Brazylii zaproponowano powrót do ojczyzny na zasadzie wypożyczenia do Palmeiras.
„Jeśli o mnie chodzi, może zgnić na swojej świńskiej farmie w São Paulo”– powiedział mało elegancko o Mirandinhi Jim Smith. Brazylijczyk zgodził się na transfer do Palmeiras z nadzieją, że jeszcze uda mu się wrócić do Anglii. Wierzył też, że występy w ojczyźnie pozwolą mu znów przywdziać trykot reprezentacji Brazylii i zagrać na mistrzostwach świata we Włoszech. W barwach Verdão grał nieźle, ale na mundial nie pojechał. Mirandinha, rozmawiając z dziennikarzami, z rozrzewnieniem mówi o czasach spędzonych na Wyspach. Jedno z jego najpiękniejszych wspomnień z tamtych lat dotyczy świąt Bożego Narodzenia. To było w święta Bożego Narodzenia. Byłem w Anglii dopiero od trzech miesięcy, ale wybrano mnie, bym wraz z burmistrzem zapalił światełka choinkowe w mieście – sięgał pamięcią do wydarzeń sprzed 33 lat. Po latach wspominając swoją karierę, stwierdził, że mógł nią nieco lepiej pokierować. Pozostanie w Brazylii było jedną z najgorszych decyzji w moim życiu. Nie tylko dlatego, że nie zagrałem na mistrzostwach świata, ale także dlatego, że bardzo tęskniłem za Newcastle, zarówno za miastem, jak i moimi przyjaciółmi – mówił. Kibice Srok, którzy w drugiej połowie lat osiemdziesiątych zasiadali na St. James’ Park, ciepło wspominają Brazylijczyka. Błyskotliwość Mirandinhi, technika i właściwa Brazylijczykom radość z gry przesłoniła jego kłótliwy charakter i strzały z nieprzygotowanych pozycji. Żywo pamiętana jest także przyśpiewka, jaką fani wymyślili na cześć napastnika z Kraju Kawy: „We’ve got Mirandinha, he’s not from Argentina, he’s from Brazil, he’s fucking skill!”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza: „Mamy Mirandinhę, nie jest z Argentyny, jest z Brazylii, jest kurewsko dobry”. Po swoim drugim pobycie w Palmeiras Mirandinha znów spróbował sił w Europie. Zdecydował się na transfer do portugalskiego Belenenses. Zagrał tam jednak tylko w trzech meczach. Po tej krótkiej przygodzie wrócił do ojczyzny (pobyt w Corinthians i Fortalezie EC), ale w 1992 r. znów zdecydował się wyjechać za granicę. Tym razem trafił do Japonii, gdzie reprezentował barwy Shimizu S-Pulse oraz Bellmare Hiratsuka (dziś Shonan Bellmare, a w momencie przyjścia Mirandinhi klub ten nosił nazwę Fujita). Z tą drugą ekipą awansował do J-League. Do kraju Mirandinha wrócił w 1995 r. Pod koniec kariery grał jeszcze Fortalezie EC i Ferroviário. Po zawieszeniu butów na kołku Mirandinha rzucił się w wir trenerskiej pracy. Pracował w kilkunastu rodzimych klubach. Uczył futbolu także w Arabii Saudyjskiej, Malezji i Sudanie. Osiągnął nawet kilka sukcesów – w 2001 r. doprowadził Atlético Rio Negro Clube do Campeonato Amazonense (mistrzostwo stanu Amazonas), zaś osiem lat później z Fortalezą zdobył mistrzostwo stanu Ceara. Dziś pracuje jako trener drużyny do lat 20-tu brazylijskiego klubu Batatais FC. Jak wielu piłkarzy po zakończeniu kariery popadł w problemy finansowe i osobiste. Musiał sprzedać majątek, by pokryć długi. Dwukrotnie się rozwodził. Jedna z jego córek kilka lat temu zmarła z powodu niewydolności płuc. Druga przez ponad dziesięć lat nie chciała mieć z nim kontaktu. Teraz próbuje wyjść na prostą. Ożenił się po raz trzeci. Z obecną małżonką ma syna. Kolejnym Brazylijczykiem, który zagrał w najwyższej angielskiej klasie rozgrywkowej, był Isaías, sprowadzony przez Coventry w 1995 r.

10

Austriacki piłkarz, który wyeliminował Hiszpanię i był pierwszym głośnym transferem Núñeza do FC Barcelony:

Hiszpania przez wiele lat była drużyną bez wielkich ambicji. Między ich pierwszym a drugim zwycięstwem w Mistrzostwach Europy, w latach 1964-2008, minęły czterdzieści cztery lata. Podczas Mistrzostw Świata w Argentynie w 1978 roku Hiszpania przeszła przez straszną gehennę, która rozpoczęła się w dniu, w którym osiedliła się w La Martona , wiejskiej, zimnej i odludnej posiadłości. Równie rozczarowujący był odpadnięcie drużyny z turnieju, która nie zdołała wyjść poza fazę grupową. Przegrali z Austrią, zremisowali z Brazylią (po niesławnym błędzie Cardeñosy) i pokonali Szwecję. Hiszpania z Kubalą jako trenerem marzyła o dobrym występie w Argentynie. W tamtych czasach „La Roja” była znana jako „La Furia”, przydomek, który definiował futbol tej reprezentacji, charakteryzujący się determinacją i odwagą. Ich pierwszy mecz rozegrali z Austrią, drużyną, która była groźna w latach 30-tych, zanim została wcielona do Niemiec przez Hitlera i niczym więcej.

3 czerwca 1978 roku Hiszpania przegrała z Austrią (1:2) w meczu, który rozpoczął się słabo a Walter Schachner strzelił gola w dziewiątej minucie. Krótko potem, w 21. minucie, Dani , napastnik Athletic Bilbao, wyrównał. Na piętnaście minut przed końcem meczu padł decydujący cios: gol lewonożnego środkowego napastnika, Hansiego Krankla , który pokonał bramkarza Miguela Ángela. Kontrakt Krankla z Hiszpanią został szybko rozwiązany i stał się dostępny. Kilka tygodni później Valencia zapewniła sobie podpis zawodnika . Niespodziewanie, Josep Lluís Núñez, nowo mianowany prezes Barcelony, wszedł na scenę i podpisał kontrakt z Kranklem, pierwszym z wielu znanych piłkarzy, których pozyskał były prezydent Barcelony. Krankl idealnie wpisywał się w profil klasycznego środkowego napastnika. Jako napastnik w polu karnym, był najskuteczniejszym strzelcem Barcelony w swoim pierwszym sezonie, a jego kulminacją był magiczny finał w Bazylei, który Barça wygrała 4:3 z Fortuną Düsseldorf a Austriak strzelił zwycięskiego gola w dogrywce. Był wielkim bohaterem pierwszego Pucharu Zdobywców Pucharów, ponieważ zaledwie kilka dni wcześniej miał wypadek samochodowy w Barcelonie a jego żona była w stanie krytycznym. Ta historia miłosna nie trwała długo, ale Krankl zawsze będzie jednym z nas a już jutro Hiszpania ponownie zagra z Austrią.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

1

@martusiaaaa Ludzie! a konkretnie dzieciaki, co wy tu do ciula po chińsku wypisujecie!? Ech..
jakby po Polsku nie było można...

10

Campeonato Sudamericano de Selecciones:

1 lipca 2011 r. Argentyna remisuje z Boliwią 1:1 na Estadio ,,Ciudad de La Plata” w meczu inaugurującym 43. edycji Copa America. Edinson Cavani – Luis Suarez – Diego Forlan i… gol! W tej akcji z 90. minuty finałowego meczu Copa America 2011 z Paragwajem było wszystko to, czym Urugwaj zachwycił na tamtym turnieju kibiców i fachowców. Agresywny odbiór piłki, błyskawiczne przejście z obrony do kontrataku, wymiana piłki na jeden kontakt i wreszcie wykonanie wyroku. „Celestes” Oscara Washingtona Tabareza wznieśli się na swoje sportowe wyżyny. Urugwaj a.d. 2011 był jedną z najlepszych i najciekawszych reprezentacyjnych ekip ostatnich lat. Drużyna Tabareza była znakomicie przygotowana taktycznie, fizycznie i mentalnie. Łączyła w sobie twardość i dyscyplinę w defensywie z błyskotliwością i rozmachem w ofensywie. To była drużyna kompletna w pełnym tego słowa znaczeniu. „Celestes” na turnieju w Argentynie rozkręcali się jednak powoli. Copa America 2011 rozpoczęli od dwóch remisów z niżej notowanymi zespołami Peru oraz Chile. Z grupy awansowali ostatecznie dzięki skromnemu, nieprzekonującemu zwycięstwu nad rezerwami reprezentacji Meksyku. Mało kto przypuszczał wówczas, że Urugwaj Tabareza tak szybko wrzuci wyższy bieg. Przełom nastąpił w ćwierćfinale. Na wypełnionym po brzegi Estadio Brigadier General Estanislao Lopez w Santa Fe Urugwajczycy pokonali po rzutach karnych i morderczym boju gospodarza turnieju i swojego odwiecznego rywala, wielką Argentynę. To właśnie tamtego wieczoru w Santa Fe narodził się zespół nowych Mistrzów Ameryki. Urugwajczycy urośli mentalnie. Poczuli krew… Później było już tylko lepiej. 2-0 z Peru w półfinale oraz 3-0 w wielkim finale z Paragwajem dały Urugwajowi piętnaste w historii zwycięstwo w rozgrywkach Copa America. Tym samym reprezentacja „Celestes” została samodzielnym liderem klasyfikacji wszechczasów tego turnieju. Smak zwycięstwa na argentyńskich boiskach był wyjątkowy.

Tamten znakomity zespół „Celestes” swój ogromny potencjał odsłonił już rok wcześniej. Na południowoafrykańskim Mundialu 2010, Urugwajczycy zajęli przecież czwarte miejsce. Wtedy jednak, w drodze do półfinału, nie pokonali żadnej drużyny z absolutnego światowego topu. Urugwaj a.d. 2011 był jeszcze mocniejszy niż ten z Mistrzostw Świata. To była drużyna w pełni świadoma swojej siły i potencjału. Drużyna, która potrafiła przeciwstawić się początkowemu kryzysowi. Przetrwała trudne chwile, tak w grupie, jak i w boju wagi ciężkiej z Argentyną i(także dzięki temu) stała się jeszcze mocniejsza. A to wszystko w sytuacji, kiedy Edinson Cavani, killer doskonały, większość turnieju przesiedział na trybunach lecząc kontuzję. Jaki był zatem przepis „Celestes” na sukces? Odpowiedź jest prosta. Znakomity, świeży futbol, oparty o świetną, skuteczną defensywę i błyskotliwy, szybki atak. Urugwajczycy byli bardzo ruchliwi, często wymieniali pozycje. To była drużyna totalna, a zarazem szalenie uniwersalna. Mało jest ekip, które w obrębie tych samych nazwisk są wstanie poruszać się pośród tak wielu schematów taktycznych. Urugwaj Oscara Tabareza to była pancerna maszyna, grająca niebywale nowoczesny futbol. To był zespół zjednoczony wokół jednego celu. Zdobycia tytułu najlepszej drużyny Ameryki. Za wszelką cenę… To, co szczególnie pociągało w grze Urusów to ich pasja, zaangażowanie i nieprawdopodobna energia. Istna „Garra Charrua”, lwi pazur, jak o tej reprezentacji z dumą mówią mieszkańcy całego kraju. No i nie brakowało oczywiście fantastycznych piłkarzy. Luis Suarez i Diego Forlan to napastnicy, którzy w tamtym czasie mogli być gwiazdami i liderami każdej wielkiej reprezentacji. Jeżeli dodamy do nich niesamowicie walecznych, biegających po boisku niczym wściekłe psy Diego Pereza, Egidio Arevalo Riosa czy Waltera Gargano, dynamicznego Alvaro Pereirę oraz silnych i twardych defensorów Diego Lugano, Sebastiana Coatesa, Diego Godina czy Martina Caceresa, to uzyskamy obraz drużyny kompletnej. Tak pod względem osobowościowym, jak i taktycznym. Natomiast Diego Forlan sięgając po ten puchar, poszedł tym samym w ślady swojego ojca, Pabla, który zdobył to samo trofeum w 1967. Co więcej, na ławce trenerskiej zasiadał wtedy ojciec Pabla i dziadek Diega, Juan Carlos Corazzo. Niesamowita sztafeta pokoleń!
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne

2

Hary Kane? Klasa światowa ale poczekajmy na odpowiedź cudownego Lionela Messiego, gdyż ciężko uwierzyć w to że nie odpowie w meczu z Republiką Zielonego Przylądka....
A jak odpowie przekonamy się już z piątku na sobote.

10

Czeski horror w Porto:

1 lipca 2004 r. Grecja pokonała po dogrywce reprezentacje Czech 1:0 w ramach półfinału Euro 2004. Czesi podejmowali Greków i wiele wskazywało na to że ofensywny futbol weźmie górę nad wyrachowaniem i kunktatorstwem. Nic z tych rzeczy. Po obiecującym początku(strzał Jankulovskiego w poprzeczke) zaczął się czeski dramat. W 40 minucie plac gry musiał opuścić kontuzjowany Pavel Nedved. Załamany pomocnik Juventusu schodził z boiska ze łzami w oczach. Godzine później całe Czechy pogrążyły się w rozpaczy a wszystko przez srebrnego gola. Decydenci FIFA zrewidowali swoje wcześniejsze pomysły i odeszli od zasady złotego gola. Teraz wymyślili jej złagodzoną wersje, obowiązującą tylko w pierwszej części dogrywki. Mecz kończył się po doliczonych 15 minutach jeżeli jedna z drużyn uzyskiwała w tym czasie przewagę bramkową. Dawało to szanse przeciwnikom na strzelenie wyrównującego gola jeszcze przed przerwą, nie skazując ich od razu na ,,nagłą śmierć”. Srebrny gol Dellasa padł jednak w ostatniej minucie pierwszej części dogrywki. Czesi nie mieli już czasu na odrobienie strat i sami zostali straceni.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@martusiaaaa
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

0

@Gary Kompletnie nie znam sie na procedurach numerów socio ale jakoś wydaje mi sie logicznym że dany socio otrzymawszy konkretny numer powinien go mieć do końca życia! Kto i po cholere miałby ten numer zmieniać?

1

@martusiaaaa "pliska"? a co to takiego?

11

Pożegnanie Torralby:

1 lipca 1928 r. odbył się pożegnalny mecz w hołdzie legendarnemu defensywnemu pomocnikowi FC Barcelony Ramonowi Torralba. To pierwszy w historii zawodnik Blaugrany, który został w ten sposób nagrodzony. Spotkanie miało oczywiście charakter towarzyski, w którym Barça pokonała lokalny UE Sants 3:1 na Estadio Camp de Les Corts, po dwóch golach Samitiera i jednym Sastre. Legendarny Torralba rozegrał w FC Barcelonie 475 spotkań, co było klubowym rekordem aż do czasu pobicia go przez Joana Segarre.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne

14

Feliz cumpleaños Patrick! Z okazji 50 urodzin!

Patrick Kluivert to był napastnik typowy dla holenderskiej szkoły futbolu. Poza siłą fizyczną cechowała go wspaniała technika oraz doskonały przegląd gry, dzięki czemu oprócz strzelania goli potrafił popisać się celnym podaniem i zaliczyć asystę. Do historii FC Barcelony przejdzie, jako jeden z najlepszych strzelców klubu! Mając 7 lat Patrick rozpoczął treningi w klubie Schellingwoude a już rok później był piłkarzem Ajaxu Amsterdam. Obecność gwiazd w amsterdamskim klubie bardzo motywowała młodego Kluiverta do ciężkiej pracy. Obserwując rozwój kariery swoich dwóch wielkich idoli-Van Bastena i Rijkarda, młody Patrick również chciał być sławnym piłkarzem. Z takim nastawieniem czynił regularne postępy i szybko wspinał się po drabinie na szczyt piłkarskiej kariery. W 1994r. w końcu doczekał się powołania do pierwszej drużyny Ajaxu. Po sukcesach w Ajaxie zaczęły się nim interesować największe kluby w Europie co zaowocowało transferem do AC Milan. Jednakże Kluivert nie potrafił się przystosować do stylu włoskiej Serie A. Po Mundialu we Francji Patrick otrzymał ofertę od Barçy, gdzie od roku swoją drużynę budował Luis van Gaal. Kluivert miał tylko jeden dzień na podjęcie decyzji. Z uwagi na osobę szkoleniowca z którym zawsze dobrze mu się pracowało oraz niezwykłość klubu ze stolicy Katalonii, Patrick zdecydował się na transfer. Za ponad 2 800 peset został w ostatniej chwili włączony do składu FCB. Działacze Blaugrany nie zdążyli jednak zgłosić Patricka do Ligi Mistrzów więc nie mógł on uczestniczyć w tych rozgrywkach sezonu 1998/99. W FCB Kluivert od razu stał się zawodnikiem podstawowego składu i już w swoim premierowym sezonie strzelił 15 goli w La Liga a w drugim swoim spotkaniu pokonał bramkarza Celty dwukrotnie! Holender szybko zaaklimatyzował się i w pierwszym sezonie gry w Katalonii zdobył z Blaugraną mistrzostwo Hiszpanii. Niestety kolejny sezon był dla Barçy zwiastunem gorszych czasów. Obchodzący setną rocznicę istnienia klub nie zdobył żadnego trofeum plasując się na drugim miejscu w lidze i odpadając w półfinale Ligi Mistrzów. W atmosferze skandalu z klubu odszedł Luis van Gaal. Natomiast Patrick po raz drugi z rzędu zdobył 15 goli w La Liga ale tym razem mógł także zaprezentować swoje umiejętności w Lidze Mistrzów trafiając do siatki 7 razy.

W sezonie 2000/2001 Duma Katalonii musiała radzić sobie bez Luisa Figo, który zdradził ją na rzecz Realu Madryt. Opiekę nad drużyną objął Lorenz Serra Ferrer. Kluivert wraz z Brazylijczykiem Rivaldo stworzyli niezwykle groźny i bramkostrzelny atak przez niektórych fachowców uznawany za najlepszy duet napastników na świecie! Niestety Azulgrana grała w kratkę i po raz kolejny nie zdobyła żadnego trofeum. Duma Katalonii odpadła w fazie grupowej Ligi Mistrzów i nie sprostała Liverpoolowi w półfinale Pucharu UEFA. Z kolei w Primera Division Katalończycy dopiero w ostatnim spotkaniu zagwarantowali sobie 4 miejsce, które pozwoliło na grę w eliminacjach Ligi Mistrzów w przyszłym sezonie. Patrick zakończył sezon z 25 trafieniami na koncie. Taki sam wynik uzyskał w kolejnym sezonie, lecz Barça 3 sezon z rzędu(tym razem pod wodzą Rexacha)nie zdobyła nic zajmując 4 lokatę w lidze i docierając do półfinału Ligi Mistrzów, w którym nie sprostała Realowi Madryt. Przed sezonem 2002/2003 stanowisko trenera Blaugrany objął po raz kolejny van Gaal. Wydawało się iż Barça nie może już grać gorzej a tymczasem w styczniu 2003r. FCB była bliska strefy spadkowej. W konsekwencji pracę stracił van Gaal a jego stanowisko zajął Radomir Antič. Za nim to się jednak stało, Kluivert na krótko uratował swojemu ulubionemu trenerowi posadę strzelając 3 gole na Mallorce w zwycięskim meczu z miejscowym Realem ale drużyna nadal grała w kratkę. Był to bardzo burzliwy rok dla Dumy Katalonii, gdyż do dymisji podał się również prezydent Joan Gaspart. Patrick mimo iż zdobył 16 goli w La Liga był jednym z najbardziej krytykowanych zawodników w drużynie z powodu nieregularnej formy strzeleckiej. Po zakończeniu nieudanego sezonu nowy prezydent Blaugrany-Joan Laporta zaczął odbudowę klubu zarówno od strony sportowej jak i finansowej. W nowej Barcelonie Kluivert miał pełnić nową rolę. Holenderski napastnik przed rozpoczęciem rozgrywek obiecał strzelić 25 goli więc oczekiwania wobec niego były bardzo duże. Tymczasem Patrick po słabym początku sezonu usiadł na ławce rezerwowych a jego miejsce w podstawowym składzie zajął Saviola. Pierwszego gola strzelił dopiero w 11 kolejce. W grudniu 2003 r. doznał kontuzji kolana, przez którą omineło go kilka spotkań. Powrót na boisko był dla Patricka szczęśliwy gdyż strzelił gola w meczu przeciwko Athletic Bilbao. Niestety pod koniec stycznia 2004r. kontuzja odnowiła się i Holender do gry wrócił dopiero w kwietniu. W El Clasico na Santiago Bernabeu zdołał jeszcze strzelić wyrównującego gola i jak się później okazało była to ostatnia bramka jaką strzelił dla granatowo-bordowych. Jego team zajął 2 miejsce w Primera zapewniając sobie tym samym start w Championes League bez eliminacji. Jednak zaledwie 8 goli strzelonych przez Kluiverta w połączeniu z zarzutami o niesportowy tryb życia i przytłaczającą krytyką ze strony prasy oraz kibiców ostatecznie przesądziły o jego odejściu z klubu. Patrick chciał pozostać w Katalonii lecz klub zakomunikował mu iż nie będzie liczył na jego usługi w kolejnym sezonie. ,,To był trudny sezon ponieważ sporo czasu spędziłem na leczeniu kontuzji i nie mogłem grać tak wiele jak bym chciał i jak chciałby tego klub’’-przyznał później. W FCB Patrick miał wielu zajadłych przeciwników ale jednocześnie wielu zwolenników. Holender nadal pozostaje socio klubu nr. 124064 i posiada swoją restaurację w mieście. Jak sam zadeklarował: ,,FC Barcelona na zawsze pozostanie w jego sercu i do końca życia będzie ,cule’!
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@martusiaaaa
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

0

@KrychaFCB Mocno i kontrowersyjnie to napisałeś. Pomimo że Tottenhamu nie oglądam regularnie, to wiem że on gra bardzo często na pograniczu żółtej a nawet czerwonej kartki ale dlaczego pajac?

9

Wybitna legenda Katalońskiej Dumy:

1 lipca 1924 r. urodził się Antoni Ramallets, legendarny bramkarz FC Barcelony i reprezentacji Hiszpanii. Jego talent objawił się przypadkowo. Antoni był zmuszony zastąpić jedną z gwiazd Barçy- Valasco, który doznał kontuzji w 1949 r. Od tamtej pory jego forma wzbudzała podziw na całym świecie. Apogeum formy Ramalletsa przyszedł na Mundialu w Brazylii w 1950 r. Wtedy jego bezbłędne interwencje spowodowały iż do Hiszpana przyległo określenie ,,Gato de Maracana”(kot Maracany). W barwach swojego klubu rozegrał łącznie 538 meczów w tym 288 w Primera División. Jego ostatni mecz miał miejsce 6 marca 1962 roku w wygranym przez Barcę 5:1 meczu z Hamburger SV. Od roku 1950 do 1962 Antonio rozegrał 35 meczów w reprezentacji Hiszpanii. Od czasu właśnie Ramalletsa zaczęto nazywać bramkarza „Portero”.

Barça od zawsze miała świetnych bramkarzy. Najlepszym w ostatnich dekadach był prawdopodobnie Víctor Valdés ale doświadczeni kibice zawsze wspominają Antoniego Ramalletsa, kluczowego zawodnika Barçy, która pięciokrotnie zdobyła Puchar Europy, oraz reprezentacji Hiszpanii, która pokonała Anglię na Mistrzostwach Świata w Brazylii. Znany jako Kot z Maracany i Kot ze skrzydłami, Ramallets grał bez rękawic i wyróżniał się charakterem i pewnością siebie na boisku. W ciągu 16 sezonów w pierwszej drużynie Ramallets rozegrał 549 meczów (388 oficjalnie) i bronił bramki Barcelony przez 34 565 minut. Ramallets wygrało 6 lig, trzy Puchary Evy Duarte, dwa Puchary Miast Targowych, pięć Pucharów Hiszpanii i 2 Puchary Latynoskie. Barça odniosła wielki sukces z Ramalletsem ale poniosła też jedną z najbardziej bolesnych porażek. 31 maja 1961 roku Blaugrana przegrała z Benficą 3:2 w finale Pucharu Europy w Bernie. Ten finał przeszedł do historii jako „Finał Słupków”. Barcelona czterokrotnie trafiła w słupek, ponieważ słupki były wówczas ustawione prostopadle. Ramallets nie był w szczytowej formie i stracił jedyny ważny tytuł, którego nie udało mu się zdobyć. Antoni Ramallets zmarł 30 lipca 2013 r. w Vilafranca del Penedes.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@martusiaaaa
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

17

Takich ludzi oddanych ,,naszemu” klubowi należy zawsze wspominać:

30 czerwca 1983 r. ,,Papi” Anguera zakończył pracę w FC Barcelonie. Przez 26 lat był pracownikiem klubu. Na początku zajmował się zespołami juniorskimi. Jak sam mawiał ,,był wtedy delegatem, masażystą, opiekunem wszystkiego, gdyż na mecze jeździł tylko on z trenerem”. W 1953 r. zaproponowano mu pracę opiekuna sprzętu sportowego. Był bardzo lubiany przez piłkarzy. Po zdobyciu La Liga w 1974 r. Cruijff od razu po meczu udał się do najbliższego baru, kupił piwo i przyniósł je do szatni, bo wiedział że ,,Papi” lubi świętować sukces z kuflem w ręce. W sezonie 1978/79 po meczu z Anderlechtem piłkarze Barçy uciekli z boiska ponieważ zostali zaatakowani przez kibiców belgijskich. Gdy z trudem dotarli do szatni, masażysta Angel Mur krzyknął: ,,Zapomnieliśmy o Papim!”. Wtedy cała drużyna wróciła po niego na boisko, gdzie Anguera stał otoczony szalejącym tłumem kibiców Anderlechtu. ,,Papi” miał swoją wizje piłkarza idealnego: ,,Wybrałbym inteligencje Kubali, strzał głową Cesara Rodrigueza, siłę Neeskensa, prawą nogę Rexacha, lewą Maradony i serce Migueliego!”.
@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@martusiaaaa
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

14

Duma Katalonii stworzyła historię:

30 czerwca 1929 roku FC Barcelona wygrała 0:2 na wyjeździe z Arenas Club de Getxo w 13-tej(zaległej) kolejce Primera Division i zapewniła sobie pierwszy w historii tytuł mistrzowski. Obydwa gole na wage mistrzostwa strzelił napastnik Manuel Parera Penella. Klub został ogłoszony mistrzem po walce z Realem Madryt, która nie została rozstrzygnięta aż do ostatniego meczu. Nowe rozgrywki narodziły się dzięki auspicjom zarządu FC Barcelony, który 1 lutego 1927 r. wysłał list do Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej, w którym zaproponował pomysł zorganizowania hiszpańskich rozgrywek klubowych w formacie każdy na każdego zamiast bezpośrednich meczów eliminacyjnych. Rozwój pierwszej ligi przebiegał powoli, a w sezonie 1927/28 odbyła się swego rodzaju próba generalna pod nazwą Turniej Mistrzów Hiszpanii, którą wygrała Barça. W sezonie 1928/29 pierwsza edycja ligi rozgrywana była między lutym a czerwcem 1929 roku i stanowiła swego rodzaju kulminację mistrzostw Katalonii i Hiszpanii. Barça rozpoczęła rozgrywki w nowej lidze z mieszanymi uczuciami, bo chociaż zdobyła potrójną koronę (Mistrzostwo Katalonii, Puchar Króla i Turniej Mistrzów) w sezonie 1927/28, to jednocześnie przegrała mistrzostwa Katalonii i Puchar Hiszpanii w sezonie 1928/29 z Espanyolem. Po początkowym zwycięstwie Blaugrany nad Racingiem Santander (0-2) 12 lutego 1929 r. bardzo szybko sprawy potoczyły się źle. W drugim meczu Barça przegrała z Realem Madryt (1-2) na „Camp de Les Corts” i weszła w spiralę niekorzystnych wyników, które ostatecznie doprowadziły do rezygnacji 23 marca prezydenta Arcadiego Balaguera. Jego następca, Tomás Rosés, postanowił zmienić katalońskiego trenera Rome Fornsa na Anglika Jamesa Bellamy'ego. W tym momencie liderem ligi był Real Madryt, który miał siedem punktów przewagi. Zmiana była natychmiastowa: FC Barcelona wygrała 9 z 11 pozostałych meczów i zremisowała dwa pozostałe. W rzeczywistości liga zakończyła się remisem Realu Madryt i Barçy, ale ta druga wciąż miała zaległy mecz do rozegrania z Arenas de Getxo, który wcześniej został przełożony. Tak więc dla Barçy to spotkanie było koniecznością do wygrania. Oczekiwania wobec meczu były duże, chociaż Arenas nie miał o co grać. Barça, pomimo utrudnienia w postaci kontuzji Saury w pierwszych minutach(w tamtych czasach nie było możliwości dokonywania zmian) zdominowała mecz, ale nie zdołała strzelić gola do przerwy. Po przerwie Arenas zaatakowało, ale kontrataki Barçy stawały się coraz groźniejsze, aż w 65. minucie Parera skierował piłkę głową do bramki po dośrodkowaniu Piery. Osiem minut później sam Parera otrzymał wspaniałą asystę od Samitiera i pokonał baskijskiego bramkarza. Od tego momentu Arenas stracił zainteresowanie. Po ostatnim gwizdku piłkarze Barçy, którzy otrzymali premię w wysokości 2000 peset za tytuł, świętowali szaleńczo pierwszy zdobyty tytuł Hiszpanii. Barça była mistrzem pierwszej ligi w historii z łączną liczbą 25 punktów, o dwa więcej niż Real Madryt i o pięć więcej niż Athletic Club i Real Sociedad. Z 18-tu rozegranych meczów Blaugrana wygrała jedenaście, zremisowała trzy i przegrała cztery, strzelając 37 goli i tracąc 23. Najskuteczniejszym strzelcem został kataloński napastnik Josep Sastre z 11 golami.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@martusiaaaa
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne

2

@Marusek Wynikowo tak. Natomiast co do przebiegu gry to bym musiał obejrzeć cały mecz Polaków bo widziałem tylko urywki...

9

Pamiętamy!
30 czerwca 1974 r. Polska pokonała Jugosławie 2:1 w drugiej fazie mundialu. „Nie, nie, nie budźcie mnie. Śni mi się tak ciekawie. Jest piękniej w moim śnie niż tam na waszej jawie” – słowa piosenki Jeremiego Przybory jak ulał pasowały do tego, co w czerwcu 1974 roku działo się na niemieckich boiskach. W ponurej rzeczywistości PRL-u kibice śnili piękny sen, który z meczu na mecz stawał się rzeczywistością. Zwycięstwo we Frankfurcie nad Jugosławią było piątym z rzędu na tych mistrzostwach i zapewniło grę o medale. Bohaterem był Robert Gadocha, choć jak w innych meczach tego turnieju nie zdołał trafić do siatki. To jego podanie do Grzegorza Laty przesądziło o zwycięstwie. Natomiast pierwszego gola dla Polaków strzelił Kazimierz Deyna z rzutu karnego.
@Symson
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

10

Gol Javiera Zanettiego przeciwko Anglii, który uratował życie:

Co przychodzi Ci na myśl, gdy słyszysz mecz Anglia-Argentyna i Mistrzostwa Świata? Maradona? Cóż, inna historia, ale zupełnie inna, miała Javiera Zanettiego i osobę, której uratował życie, w rolach głównych. Był rok 1998, rok Mistrzostw Świata, tym razem we Francji. W 1/8 finału obie drużyny wyszły na boisko. Kibice z niecierpliwością obserwowali, jak Campbell, Neville, Scholes, Beckham, Owen, Shearer… wyszli na boisko, by zmierzyć się z Argentyńczykami prowadzonymi przez Ayalę, Simeone, Veróna, Crespo, Batistutę i… Javiera Zanettiego. Scena była niewątpliwie ekscytująca, zwłaszcza w miarę rozwoju meczu. W szóstej minucie David Seaman sprokurował rzut karny, za co otrzymał żółtą kartkę a zaledwie kilka sekund później czerwoną za wymianę zdań z sędzią. Batistuta wykorzystał sytuację i przejął kontrolę nad meczem, choć radość nie trwała długo. Trzy minuty później Argentyna wykorzystała kolejny rzut karny, wyrównując wynik na 1:1 a zaledwie sześć minut później, gdy Argentyna grała w dziesiątkę, Owen wyprowadził ją na prowadzenie. Innymi słowy, w ciągu zaledwie 17 minut, czerwonej kartki i trzech goli, wliczając w to powrót drużyny z mniejszą liczbą zawodników, przy takim scenariuszu i zawodnikach, którzy byli na boisku, wszystko mogło się zdarzyć. Otóż 1710 kilometrów od miejsca, gdzie rozegrano ten historyczny mecz, znajduje się polskie miasto Szydłowiec, gdzie pewien mężczyzna spokojnie siedział w domu przed telewizorem, oglądając szalony początek meczu Mistrzostw Świata. Marek Kopacz, ówczesny prokurator, był człowiekiem z nawykiem. Jak sam wyjaśnił w późniejszym wywiadzie, wyprowadzał psa na spacer o 22:00 a następnie jechał radiowozem na parking komisariatu w pobliżu swojego miejsca zamieszkania. 30 czerwca 1998 roku Marek był gotowy do odprawienia swojego rytuału, gdy nagle Javier Zanetti oddał strzał lewą nogą tuż przed przerwą, doprowadzając do remisu 2:2. Widząc, jak przebiega mecz, Marek postanowił poczekać do końca, aby nie przegapić ani sekundy emocjonującego pojedynku. Kilka minut później usłyszał eksplozję pod swoimi drzwiami wejściowymi. Kiedy wyszedł na zewnątrz, żeby zobaczyć, co się dzieje, zobaczył sytuację: bomba z opóźnionym zapłonem, zaprogramowana na moment przeparkowania samochodu, eksplodowała; ktoś próbował go zabić. W ten sposób piłka nożna, sport, który budzi pasję, łzy radości u Argentyńczyków w tamtych chwilach i smutku u Anglików, pozostawia również historie dla polskiego dżentelmena, który będzie wiecznie wdzięczny za strzał Javiera Zanettiego, który(nieświadomie) uratował mu życie.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@martusiaaaa
@misterio
@Ogorinho1974
@Symson
@Sysia11

2

Pragnąc całkowitej porażki:
30 czerwca 1966 r. Wembley; Anglia – RFN.

Czytanie książki przyjaciela to nie samo czytanie dodatkowej książki; nigdy nie byłem jednym z czytelników, którzy pochłaniają kilka książek w tygodniu, ani nawet przeciętnym czytelnikiem, nie, czytałem niewiele, jakaś powieść na wakacjach, w samolocie, w takich chwilach. Nie byłem taki jak on, nie, to znaczy jak Bryan, Bryan Stanley Johnson, nasz Bryan, on pochłaniał książki, wiecie, był jednym z tych, który mogli przez całą noc nie zmrużyć oka bo temat wciągał go bardziej niż obietnice snu ale jasne, Brian był pisarzem i dziennikarzem i filmowcem i scenarzystą, Brian był geniuszem, potrafił wykorzystywać czas, to znaczy sprawić żeby czas był coś wart, kumacie? Był taki już na szkolnym dziedzińcu, chłopcem innym niż wszyscy, uwielbiał futbol, jak pozostali ale w głowie zawsze miał jakieś nowe pomysły, wiecie o co chodzi i tak było aż do jego ostatnich dni, głowa zawsze mu parowała, zaleta, jeśli się ją kontroluje, nieszczęście, jeśli to ona kontroluje ciebie, nadążacie? Tak jak ze śmiercią Tony’ego Tullinghasta, naszego Tony’ego nigdy nie pogodził się z tym, że Tony zmarł na raka w 1964 roku. Kiedy szliśmy na stadion żeby zobaczyć Chelsea, zawsze siadałem pośrodku, Bryan był wielkim kibicem i przez wiele lat pracował jako dziennikarz sportowy, więc zdobywał wejściówki i chodziliśmy razem z nim żeby się nie nudził, wiecie jak to jest. Nie wiem czy czytaliście „Nieszczęsnych”, najsłynniejszą powieść Bryana, która ukazała się w pudełku z rozdziałami w postaci luźnych zszywek, które można czytać przypadkowej kolejności. Książka opowiada o meczu Manchester City-Manchester United, meczu podartym z przymiotników a narrator, którym jest nikt inny, jak Bryan, mówi o tym że wszystkie korytarze na wszystkich stadionach wydają mu się jednakowe że wszystkie mecze zdają się powtarzać w absurdalny sposób i opowiada w stylu „stream of consciousness”, z tymi białymi prześwitami, które przypominają zwarcia w umyśle, dziwna książka, inna, oryginalna, tak jak wszystko co robił ale mnie strasznie trudno się ją czytało, po części dlatego że mecz był tylko pretekstem żeby mówić o śmierci Tony’ego, naszego Tony’ego i możliwe że w tamtym okresie nie miałem ochoty dłużej o tym myśleć. Bryan często mówił że chciał grać słowami tak jak George Best piłką, używać przymiotników z taką samą precyzją, z jaką Best dryblował, wprowadzać innowacje, złamać kręgosłup konserwatyzmu. Tylko pisanie mogło go uratować, tak samo jak geniusz miał uratować George'a Besta od zapomnienia. „Kluczowa bierka na szachownicy- jak powiedział Geoffrey Green w „The Times” - piłkarz pełen fantazji"- i do tego aspirował Bryan, chciał być Georgem Bestem literatury angielskiej a żeby to osiągnąć potrzebował tego, o czym powiedział Samuel Beckett: „To bardzo utalentowany pisarz i wymaga znacznie większej uwagi, niż dostawał do tej pory". Bryan pisał wspaniałe rzeczy, nie wiem czy czytaliście jego meczowe relacje. Ja je uwielbiałem, nie miały nic wspólnego z nudnymi reportażami, jakie publikowała większość gazet; Bryan wykorzystywał futbol żeby wyjaśniać naturę człowieka i traktował te kolumny jako kawałki literatury.

„Opowiadanie jakiejś historii to kłamanie", mawiał często ale w relacjach nie mógł tego robić bo wszyscy znaliśmy wynik meczu, co zmuszało go do opowiedzenia o tym w inny sposób, jeśli dobrze pamiętam wspominał o tym także w „Nieszczęsnych”. Pamiętam zwłaszcza relację, którą napisał dla „The Times of India” z finału Mistrzostw Świata w 1966 roku, który rozegraliśmy na Wembley, co to był za dzień! Dostają gęsiej skórki na samo wspomnienie tego meczu, który z pewnością był meczem naszego życia. Bryan napisał coś w stylu: „Niemcy Zachodnie pokazywały w ataku niewiele kreatywnych pomysłów, jako że po 25 minutach wyszło słońce". Ale najbardziej wzruszyło mnie to że dał mi do przeczytania wiersz, który nigdy nie został opublikowany a który zaczął pisać właśnie tamtego dnia zatytułowany „World Cup Shot”: „Widziałem to 40 razy: / podają piłkę jeden drugiemu, / potykają się, odzyskują, strzelają. / Zawsze pragnę całkowitej porażki, / żeby to zatrzymać. / Ach szansę się wymykają!". Uwielbiałem jego artykuły w „Observer”, w których pisał o swoich idolach, o naszych idolach z dzieciństwa, pamiętam „Same Old Chelsea” czy „Bloody Blues” o wielkim Lenie Gouldenie czy Tommym Walkerze i Lawtonie. Brian nie robił tak jak reszta, nigdy nie sprowadzał futbolu do serii frazesów- to było pisanie nieszczere, kłamanie, dlatego jego teksty sprawiały że czułem się tak, jakbym siedział na stadionie obok niego, jak za dawnych czasów, we trzech, chociaż Tony już odszedł. I to samo czułem wtedy, kiedy czytałem relację z finału Mistrzostw Świata: że siedzą obok niego na Wembley, wściekając się po golu na 2:2 w regulaminowym czasie gry i obgryzając paznokcie w dogrywce aż Geoff Hurst zdobył jedną z najbardziej kontrowersyjnych bramek w historii futbolu, teraz wszyscy wiemy że piłka nigdy nie przekroczyła linii ale to nieważne, to nasz mecz, nasz puchar, nasz mundial i wciąż widzę jak Bobby Moore odbiera trofeum z rąk młodziutkiej Elżbiety II, wciąż widzę to tak, jakbym był tam z Brianem, chociaż wiem że nic takiego się nie zdarzyło. Trzy lata później powieść „Nieszczęśni” trafiła do wszystkich księgarni w Zjednoczonym Królestwie w pudełku, co niektórzy krytycy nazwali eksperymentalnym i przełomowym zabiegiem, uznając Briana za najbardziej wyróżniającego się pisarza swojego pokolenia, radykalnego, błyskotliwego, oryginalnego. „Przyszłość powieści zależy od takich ludzi jak B.S. Johnson", powiedział Anthony Burgess a Samuel Beckett, który w tym samym roku dostał nagrodę Nobla, przekazał pieniądze najbardziej wyróżniającym się młodym pisarzom żeby kontynuowali kariery; jeden z nich, Bryan szybko wydał je na nowiutki czerwony kabriolet, bo taki właśnie był, miał duszę artysty i wiedział że nigdy nie zdobędzie Złotej Piłki, jak George Best, że nigdy nie dadzą Nobla, jak Beckettowi, że nie warto walczyć w meczu, który ostatecznie i tak zakończy się goleadą. I w 1973 roku, mając dosyć swego meczu odartego z przymiotników, uznał że doszedł już do ostatniej linijki swojej historii i pewnego zimnego lutowego popołudnia napełnił wannę ciepłą wodą, zanurzył się w niej nago i podciął sobie żyły. Od tamtej pory nie jestem już w stanie otwierać jego książek żeby słuchać głosu mojego przyjaciela opowiadającego mi historię zza grobu, rozumiecie?
Miguel Angel Ortiz.

0

Nie no, to jakaś chyba komedia z naszą Igunią. Od lat jej serwis delikatnie mówiąc szwankuje a tu kończy mecz asem serwisowym! No kuriozalne to jest...

8

@FCBparasiempre
Pracował w czternastu różnych krajach a w pięciu z nich wygrywał mistrzostwa. Do tego prowadził cztery drużyny narodowe. W sumie w swojej karierze trenował aż dwadzieścia trzy zespoły. Był wielkim piłkarskim podróżnikiem, ale jak mało kto przyczynił się do rozwoju futbolu. Wielu uważa, że Tomislav Ivić jest jedną z tych osób, które odpowiedzialne są za współczesny wygląd piłki nożnej… a mimo to pozostaje jakby na uboczu historii. Czas to zmienić! Urodził się 30 czerwca 1933 roku w Splicie. Z tym miastem, drugim co do wielkości w Chorwacji, związał też swoją piłkarską karierę, trwającą zaledwie dziesięć lat – jako pomocnik reprezentował barwy miejscowych RNK oraz Hajduka. Grę w tym pierwszym zespole łączył z pracą w stoczni, z której zazwyczaj pozwalano mu wychodzić nieco wcześniej, ponieważ był ważnym graczem dla klubu. Codziennie jednak na trasie zakład – dom – boisko treningowe pokonywał jakieś dziesięć kilometrów. W RNK jego trenerem był Luka Kaliterna, który „Czerwonych” wyprowadził z niższych lig aż do jugosłowiańskiej ekstraklasy. Tam też później trzydziestoczteroletni Tomislav rozpoczął swoją przygodę szkoleniową. Miejsce jego pochodzenia i etos pracy, zdaniem Juricy Pavicicia, odbiły znaczące piętno na futbolu, jaki później prezentowały wszystkie prowadzone przez Ivicia drużyny: Split z lat 70. nie różnił się za bardzo od miast z północnej Anglii. To była miejscowość robotników i kominów fabryk, gdzie ludzi do pracy zawoziły autobusy tej samej firmy, do której należały wszystkie domy w okolicy. Split przeżywał okres wzrostu przemysłowego i industrialnego. Piłka była tego żywym odzwierciedleniem, czymś o czym mówił każdy. Nie ma przypadku w tym, że Hajduk z tamtych lat wyrobił sobie markę poprzez styl gry, który ludzie zwykle nazywają futbolem „przemysłowym”. W 1973 roku został szkoleniowcem Hajduka i już w pierwszym sezonie doprowadził ten zespół do mistrzowskiego tytułu. Kilkanaście miesięcy później… zrobił to ponownie, dokładając w międzyczasie dwa krajowe puchary. Słowem, które najlepiej oddaje jego filozofię trenerską jest: powtarzalność. Nie robił skomplikowanych treningów, tylko skupiał się na tym, żeby konkretne ćwiczenia były ciągle powielane – tak, żeby boiskowe zachowania stały się dla jego podopiecznych automatyczne i instynktowne. Przykład? Wprowadzał piłkarza na niewielki plac otoczony ścianami. Zadaniem zawodnika było uderzyć piłką o jedną z nich, następnie to odbicie opanować, zmienić kierunek i skierować się na kolejną. Potem znowu. I znowu. Dziś takie ćwiczenia, ulepszone nieco dzięki rozwojowi technologii, stosowane są w każdym klubie. Sami gracze niezbyt chętnie podchodzili do metod Ivicia, ale kiedy je już opanowywali, to efekty były widoczne gołym okiem. Drażen Mużinić, ważny członek zespołu Hajduka z lat 70., wspomina, że przez to ciągłe trenowanie boiskowych zachowań zaczął… łapać w pułapki ofsajdowe ludzi, z którymi rozmawiał na ulicy. „Nie mogłem na to nic poradzić, to był dla mnie odruch” – tłumaczył się kiedyś w wywiadzie. Przyglądając się metodom Tomislava, nie mogą dziwić słowa, jakie wypowiedział w 2005 roku w czasie swojego wykładu w Czarnogórze: „Nawyk jest drugą naturą człowieka. Musimy tworzyć nawyki – i nie chodzi o fizyczne czy techniczne, a o mentalne. A robimy to poprzez nieustanne powtarzanie. Potrzebna jest zmiana w nastawieniu psychicznym. Musisz przygotować swoich zawodników psychologicznie do innego rozumowania, aby z biegiem czasu zaczęli chętniej je przyswajać.” W 1976 roku Ivić na dobre rozpoczął swoją wielką podróż po świecie. Pierwszy zagraniczny przystanek był niebyle jaki, ponieważ zgłosił się po niego sam Ajax Amsterdam, czyniąc z niego następcę Rinusa Michelsa. Chorwat twierdzi, że to właśnie legendarny holenderski szkoleniowiec wybrał go na spadkobiercę jego tronu, a powodem było ustawienie 4-3-3, w jakim grał Hajduk. W tamtym czasie w Ajaksie brakowało już tak wybitnych indywidualności, jak za jego złotego okresu, przez co drużyna nie grała w tak porywający sposób. Ivić, kochający automatyzmy i preferujący defensywne ustawienie, postawił na bardziej siłowy futbol.
Początkowo „grupie trzymającej władzę” nie podobał się nowy styl grania – rozpętali nawet niewielki bunt, a przewodniczył mu Ruud Krol, grający na środku obrony. W swoim debiutanckim sezonie Tomislav poprowadził amsterdamczyków do ligowego mistrzostwa, pierwszego od czterech lat. Co być może ważniejsze: po raz pierwszy bez Johana Cruyffa w składzie. Pim van Dord, członek tamtego zespołu, wspominał: „Starsi zawodnicy, jak choćby Krol, mieli pewne zastrzeżenia na początku, ale później bardzo chwalili jego metody treningowe. Wyjątkowe było to, jak często powtarzał poszczególne rzeczy. Po pewnym czasie zaczęliśmy wierzyć w jego podejście.” Ligowy tytuł w Holandii był dla Ivicia pierwszym zagranicznym mistrzostwem. Chorwat bez wątpienia odniósł sukces w Amsterdamie, ale czuł, że w swoim rodzimym mieście pozostawił niedokończone sprawy. Odszedł w 1978 roku i wrócił do Hajduka, z którym, po owocnej nauce na obczyźnie, chciał ruszyć na podbój Europy. Czy gdyby został dłużej, Ajax nawiązałby do swojej złotej ery? Możemy tylko gdybać, ale oddajmy ponownie głos van Dordowi: „W jego drugim sezonie zaczęliśmy coraz częściej i śmielej wdrażać jego pomysł na grę kontrpressingiem. Nasza gra znacznie zbliżyła się do jego wizji, ale niestety oznajmił nam, że odchodzi po zakończeniu rozgrywek. Był przygnębiony, kiedy nas zostawiał, ponieważ czuł, iż wchodzimy już na optymalny poziom.” Jego powrót do Splitu naznaczony jest obsesją pressingu i fascynacją biomechaniką. Chciał, żeby drużyna broniła na bardzo zawężonym polu, które miała stopniowo rozszerzać w fazie atakowania. Pressing określił „bijącym sercem” jego zespołu. Jak łatwo się domyślić, już w pierwszym sezonie wygrał z Hajdukiem mistrzostwo kraju. Miał jednak znacznie większe ambicje – chciał sprowadzić do gabloty europejskie trofeum. Mimo że na własnym podwórku Split był hegemonem, to poza granicami państwa zawsze czegoś im brakowało. Pokonali St. Etienne 4:1, żeby w rewanżu przegrać 1:5; u siebie wygrali 2:0 z PSV, a w Eindhoven dali sobie wbić trzy bramki, nie strzelając przy tym żadnej. Wyjazdy wyraźnie im nie służyły. Czarę goryczy przelała porażka w dwumeczu z Arsenalem w Pucharze UEFA – londyńczycy na wyjeździe praktycznie nie wychodzili z własnego pola karnego, ale udało im się zdobyć gola i przegrać tylko 1:2. Na Highbury z kolei trafili do siatki dziesięć minut przed ostatnim gwizdkiem i przeszli dalej dzięki bramkom wyjazdowym… Ta zasada chyba nie zostanie nazwana imieniem bohatera tego tekstu. W kolejnym sezonie Hajduk dostał szansę na poprawę, gdy w walce ćwierćfinałowej mierzył się z niemieckim HSV. Ivić, ze względu na przerwy w grach ligowych, miał cztery miesiące na przygotowanie się do tego dwumeczu. A co tyle czasu może oznaczać dla kogoś z obsesją na punkcie organizacji? Postanowił przyszykować się do tego zadania perfekcyjnie. Inspiracji szukał w takich sportach jak piłka ręczna czy wyścigi konne. W jednym wywiadzie przyznał się nawet, że korzystał z artykułu znalezionego w gazecie, poświęconemu… przygotowaniu mentalnemu w pięciosetowym meczu w tenisa. Ivić naprawdę wyprzedził swój czas.

W Splicie gospodarze rozegrali fantastyczne zawody, naznaczone morderczym pressingiem i efektowną dla oka grą. Smutnym epilogiem jest jednak to, że Hajduk ostatecznie ten dwumecz przegrał, mimo zwycięstwa na własnym obiekcie. Tak, tak, dobrze myślicie – znowu przez bramki na wyjeździe… W 1980 roku Ivić po raz drugi opuścił Jugosławię i ruszył w kolejną europejską podróż. Jego pierwszym przystankiem był Anderlecht. Tam zdobył swoje drugie zagraniczne mistrzostwo, oczywiście już w debiutanckim sezonie. Fiołki ten tytuł odzyskały po siedmiu latach. Kolejne niepowodzenia w Europie zmusiły go jednak do dalszej tułaczki. Kiedy zabierał głos, wszyscy milkli. To mówi o nim wszystko. – Vlatko Marković, były prezes Chorwackiego Związku Piłki Nożnej. Niemal co roku zmieniał drużyny. Taki styl pracy pozwolił mu nie tylko na zobaczeniu wielu ciekawych miejsc, lecz także na wygraniu paru lig. Do dziś pozostaje jedynym trenerem, którego zespoły okazywały się najlepsze aż w pięciu krajach! Oprócz wspomnianych wcześniej klubów, ta sztuka udawała mu się jeszcze w Panathinaikosie oraz FC Porto. To właśnie w Portugalii odnosił swoje największe sukcesy – Smoki pod jego batutą triumfowały także w krajowym pucharze, Pucharze Interkontynentalnym oraz Superpucharze Europy (w dwumeczu pokonały Ajax 2:0). Tam też, w czasie swojej drugiej przygody z Porto (1993-94), spotkał Jose Mourinho, asystenta i tłumacza Bobby’ego Robsona, który na ławce zastąpił Chorwata. Ivić wyjawił kiedyś, że Portugalczyk często przychodził i podglądał jego treningi. Nie ma wątpliwości, że Tomislav był wielką inspiracją dla obecnego menedżera Tottenhamu – widać to chociażby po skłonności do krótkoterminowego prowadzenia drużyn. Kiedy obaj panowie ponad dekadę później spotkali się w Londynie przy okazji meczu Chelsea z Barceloną (Ivić znalazł się tam jako ekspert chorwackiej telewizji), The Special One obdarował mentora swoją biografią, a na jej pierwszej stronie napisał: „Największemu z trenerów – mam nadzieję, że pewnego dnia osiągnę tyle, co ty”. Na razie Mourinho wygrywał mistrzostwa w czterech krajach… Chociaż lista prowadzonych przez Tomislava klubów jest dłuższa niż paragon z niedzielnych zakupów w Tesco, to największe znaczenie zapewne miał dla niego jeden, szczególny mecz… w roli zastępcy selekcjonera (Anglicy napisaliby o nim: caretaker) reprezentacji Chorwacji. Tak, to jest naprawdę niesamowite, że najwybitniejszy trener w historii bałkańskiego futbolu nigdy nie dostał nigdy szansy poprowadzenia swojego rodzimego kraju. Miroslav Blażević, pełniący funkcję szkoleniowca kadry, został zawieszony przez UEFA na jeden mecz. Oznaczało to, że w wyjazdowym spotkaniu z Włochami na ławce zasiądzie właśnie Ivić. Ustawił zespół bardzo defensywnie, posyłając do gry pięciu obrońców i zagęszczając mocno środek pola. Chorwaci swoich szans mieli szukać w szybkich atakach. Italia, prowadzona przez Arrgio Sacchiego, dostała piłkę, ale nie potrafiła z niej skorzystać. Goście zadali dwa śmiertelne ciosy, oba za sprawą Davora Sukera. Włosi odpowiedzieli tylko jednym trafieniem w końcówce meczu. Był to wielki triumf Ivicia, który jednak nie był do końca zadowolony z gry, ponieważ musiał ustawić zespół trochę wbrew własnej filozofii. Nie zmienia to faktu, że dla Chorwatów był to ogromny sukces i do dziś uważa się, że tamtej nocy w Palermo narodził się ich futbol… Karierę trenerską zakończył w 2004 roku – doradzili mu to jego lekarze, martwiący się, czy jego serce wytrzyma kolejne dawki stresu. Jego ostatnim klubem okazał się saudyjski Al-Ittihad. Wcześniej pracował jeszcze m.in. w takich zespołach, jak: Galatasaray, Atletico Madryt, PSG, Dinamo Zagrzeb, Marsylia, Benfica, Fenerbahce czy Standard Liege. Wszędzie ciężko pracował i tego samego oczekiwał od swoich podopiecznych. Tak wspomina go Joao Pinto, grający dla niego w czerwonej części Lizbony: „Był miłą i zabawną osobą, która uwielbiała rozmawiać z zawodnikami. Miał unikatowy styl i za każdym razem robił notatki, kiedy coś zauważył. Był jedynym trenerem, wymagającym ode mnie trenowania trzy razy dziennie: przed śniadaniem, po nim i jeszcze po południu. Pomimo tego, lubiłem z nim pracować”. Ze swoją wiedzą piłkarską i obsesją na punkcie tej gry był idealnym kandydatem do roli eksperta w telewizji. Kiedyś w studiu poprzestawiał wszystkie krzesła tylko po to, żeby wyjaśnić dziennikarzom rolę Claude’a Makelele w zespole. Innym razem w samolocie, na kartce papieru, tłumaczył przypadkowo poznanej osobie, co powinna zrobić Anglia, jeżeli chce mieć jakiekolwiek szanse na wygranie mistrzostw Europy w 2004 roku (historia pokazuje, że te notatki nie trafiły do Svena Görana-Erikssona…). Lekarze w szpitalu, w obawie o jego zdrowie, zabronili mu zupełnie oglądania meczów. Ivić i tak siedział ze swoimi zeszytami, ciągle coś w nich notując.

Tomislav zmarł 24 czerwca 2011 roku, sześć dni przed swoimi siedemdziesiątymi ósmymi urodzinami. Ten wielki piłkarski globetrotter rozpoczął swoją życiową podróż w Splicie i tam też ją zakończył. Nie ma wątpliwości, że miał niemały wpływ na to, co dziś dzieje się futbolu. O jego wybitności najlepiej świadczy fakt, że do tej pory pozostaje jedynym szkoleniowcem, który może pochwalić się mistrzostwami zdobytymi w pięciu różnych krajach… „Nie tylko Chorwacja, lecz także cały świat stracił jednego z największych piłkarskich ekspertów. Kreator, trener, lider i rewolucjonista. Jeden z wybrańców, którzy na wieki pozostaną zapamiętani jako ci, którzy odmienili obliczę futbolu. Niestety ci wielcy zawsze odchodzą zbyt wcześnie. Mam to szczęście, że często rozmawiałem z nim o grze”. – Slaven Bilić

Statystyki i osiągnięcia:
Osiągnięcia zespołowe (jako trener):
Hajduk Split
3x mistrzostwo Jugosławii (1974, 1975, 1979)
5x Puchar Jugosławii (1972, 1973, 1974, 1975, 1976)
Ajax Amsterdam
1x mistrzostwo Holandii (1977)
Anderlecht
1x mistrzostwo Belgii (1981)
Galatasaray
1x Puchar Turcji (1985)
FC Porto
1x mistrzostwo Portugalii (1988)
1x Puchar Interkontynentalny (1987)
1x Puchar Portugalii (1988)
Atletico Madryt
1x Puchar Hiszpanii (1991)
Olympique Marsylia
1x mistrzostwo Francji (1992)
Ittihad
1x Puchar Arabii Saudyjskiej (2004)

2

Wiecie co, przez te upały a zwłaszcza robote pod palącym słońcem na śmierć zapomniałem o naszej kochaniutkiej Idze! Mam nadzieje że mi wybaczycie? Właśnie widze że Igunia walczy jak tylko może i wszystko jest jeszcze możliwe.......?

11

Brazylia kocha futbol…
Jednak ta miłość nie zawsze zostaje odwzajemniona. Na tysiąc małych chłopców, którzy spełniają swoje marzenia o profesjonalnej karierze, przypada co najmniej 10 tysięcy zapaleńców, którzy na marzeniach muszą poprzestać. Historia zna jednak przeróżne przypadki. Na przykład kiedyś zdarzyła się sytuacja, w której niejaki Mario de Castro pokochał futbol a patrząc na jego boiskowe dokonania, była to miłość odwzajemniona. Pomimo olbrzymiego talentu, potwierdzonego niewyobrażalną liczbą strzelonych goli, Brazylijczyk porzucił swoją miłość. Jak do tego doszło? Miłość do futbolu Mario była od początku specyficzna. Urodzonemu w 1905 roku Brazylijczykowi wszystko przychodziło łatwo. Gole strzelał jak na zawołanie i kiedyś powiedział nawet, że nie pamięta żadnego meczu, w którym nie wpisałby się na listę strzelców. A przecież, żeby w pełni docenić miłość, trzeba najpierw poświęcić wiele czasu i pracy, żeby ją uwieść. Dla Castro sztuka uwodzenia była równie potrzebna, jak młodemu mężczyźnie viagra przy spotkaniu z nagą Jennifer Lawrence. On po prostu wychodził na boisko jak po swoje, pozwalał przejąć kontrolę instynktowi, po czym robił, na co tylko miał ochotę, bo wiedział, że nikt go nie będzie w stanie zatrzymać. Urodzony 30 czerwca 1905 roku w miejscowości Formiga w stanie Minas Gerais Mario od początku przejawiał niebywały talent. Jednak jego matka nie chciała, żeby grał w piłkę. W tamtych czasach mało kto dorabiał się na futbolu, więc to naturalne, że chciała dla syna czegoś więcej, zwłaszcza że ten uczył się bardzo dobrze. Widziała w nim lekarza i pewnie za jej sugestią posłuszna latorośl zdecydowała się na studia medyczne. Wówczas nie wiedziała, że jej syn wcale nie zrezygnował z futbolu. Gdyby żył jego ojciec, być może wybiłby by mu futbol z głowy raz na zawsze, lecz Mario od wczesnych lat młodzieńczych był sierotą, a matka musiała też pilnować całej czwórki dzieci. I tak niesforny małolat codziennie się wymykał, by grać w piłkę a że wychodziło mu to coraz lepiej, to zainteresowało się nim Atletico Mineiro. Młody zawodnik nie chciał swojej rodzicielce sprawić przykrości, więc choć zgodził się na grę w klubie z Belo Horizonte, to jednak zdecydował się grać pod przydomkiem Oriam. Debiut Oriama przypadł na mecz z lokalnym rywalem – Ameriką. Spisał się wyśmienicie — strzelił trzy gole, a jego zespół wygrał 6:0. Ten mecz wcale nie był wyjątkiem. Żółtodziób szybko przyzwyczaił kibiców do niebywałej skuteczności, a oni uwielbiali go ze względu na niesamowite dryblingi oraz niezwykle precyzyjne strzały. Legenda przenoszona z ust do ust głosi, że Castro zawsze strzelał celnie. Jego doskonała gra przełożyła się na sukcesy „Kogutów”. Już w 1926 roku klub sięgnął po mistrzostwo stanu Minas Gerais. A to miał być dopiero początek. W kolejnych latach Mario de Castro dalej imponował skutecznością. Godnie towarzyszyli mu przy tym Said Paulo Arges i Jairo de Assis Almeida. Ta trójka stworzyło atak, o którym mówiono „Nie święta trójca”(O Trio Maldito). Co ciekawe, każdy z tego tria był studentem. Jairo, tak jak Mario, studiował medycynę a Said studiował prawo. Trójka intelektualistów budziła postrach w całej Brazylii, lecz nie jest prawdą, że kroczyła od zwycięstwa do zwycięstwa. Atletico Mineiro ponownie zostało mistrzem stanu Minas Gerais w 1927 roku, ale w kolejnych dwóch rozgrywkach Mario i spółka musieli zadowolić się drugim miejscem, uznając wyższość zespołu Palestra Italia(później Cruzeiro). Jeszcze gorzej sytuacja wyglądała w 1930 roku. Wówczas Palestra zwyciężyła po raz trzeci a Atletico próżno szukać w pierwszej czwórce. Rok później los znów się uśmiechnął do „Kogutów”. Jednak trzeba powiedzieć, że ten los nie dawał się łatwo przekonać. W meczu decydującym o tytule mistrzowskim Atletico przegrywało już 0:3 z zespołem Villa Nova. Po przerwie zadziałał instynkt Mario. 26-letni wówczas Brazylijczyk poszedł jak po swoje, strzelił cztery bramki i tym samym zapewnił swojej drużynie zwycięstwo, które dawało tytuł mistrzowski. To był jeden z najpiękniejszych dni w historii Atletico oraz dla samego Mario. W jednej chwili najlepszy dzień stał się najgorszym.

Po meczu doszło do zamieszek. Nie było w tym czegoś niezwykłego, w Brazylii często dochodziło do utarczek między kibicami. Jednak tym razem sprawy posunęły się o wiele za daleko. Źródła nie opisują szczegółowo tego, co się wydarzyło, ale wiadomo, że w wyniku tych zamieszek jeden z pracowników klubu wyciągnął broń i śmiertelnie postrzelił kibica Villa Nova. Mario, który był świadkiem tego zdarzenia, podjął natychmiastową decyzję— już nigdy nie zagram w piłkę nożną. W momencie zakończenia kariery Mario de Castro miał sto występów w koszulce Atletico Mineiro, w których strzelił… 195 goli. Jego skuteczność to 1,95 gola na mecz! Dla porównania skuteczność innych supersnajperów przedwojennej epoki — Josefa Bicana i Portugalczyka Peyroteo to odpowiednio 1,62 i 1,59 bramki na mecz. Jedyne, co wydaje się rysą na szkle Mario to kariera reprezentacyjna, w której piłkarz nigdy nie zagrał. Wytłumaczenie okazuje się bardzo proste — w tamtych czasach do kadry Canarinhos trafiali wyłącznie zawodnicy z São Paulo i Rio de Janeiro. Mimo tego trener reprezentacji Brazylii w 1930 roku, Rodrigues Pindaro de Carvalho, zaoferował mu miejsce w kadrze na Mistrzostwa świata. Kiedy Mario dowiedział się, że ma być tylko rezerwowym, bo Rodrigues widział w pierwszym składzie 18-letniego napastnika Botafogo, Carlosa Dobberta de Carvalho, znanego jako Leite, grzecznie odmówił selekcjonerowi. Kariera Mario się skończyła, zanim na dobre się rozkręciła. Mógł być dla Brazylii tym , kim później stał się Leonidas, ale po pierwsze nie pochodził z Rio de Janeiro, tak jak „Czarny diament” i nigdy nie miał okazji zagrać na mundialu, a później wybrał życie bez futbolu. Poukładał je sobie całkiem nieźle. Ożenił się z jedną z pierwszych kobiet, które ukończyły w Brazylii medycynę i miał z nią dwójkę dzieci oraz adoptował trzecie. Wraz z żoną przez wiele lat pracowali w swoim zawodzie. Czy tęsknił za piłką? Pewnie tak, ale nigdy nie udało mu się wyrzuć z pamięci widoku umierającego kibica Villa Nova.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

4

O taaak!! Tak trzymać! Szwabskie dziady kalwaryjskie wyp........ do domu!! I od razu życie cudowniejsze

11

Prestiżowy puchar zdobyty po raz drugi:

29 czerwca 1952 r. FC Barcelona pokonała na „Parc de Prince” w finale „Copa Latina”(Puchar Łaciński) OGC Nice 1:0 i triumfowała po raz drugi w tym turnieju. Zwycięskiego gola zdobył w 79 minucie genialny snajper Cesar Rodriguez. Po trudach wojny domowej dekada lat 50-tych rozpoczęła się od jednego z największych sukcesów w historii klubu: FC Barcelona wygrała 5 pucharów, czyli wszystkie, w których uczestniczyła. Zrodziła się legenda ,,Barçy Pięciu Pucharów”, wyczyn praktycznie nie do powtórzenia. Przebiła go jednak drużyna prowadzona przez Josepa Guardiole, która w 2009 r. zdobyła 6 możliwych pucharów. W sezonie 1951/52 zespół trenowany przez Ferdinanda Daucika wywalczył mistrzostwo Hiszpanii, Puchar Generalissimusa, trofeum Martini&Rossi, Puchar Evy Duarte oraz wspomniany przeze mnie Puchar Łaciński. Pamiętajmy iż „Copa Latina” była prekursorem Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Łącznie 5 tytułów, z których najważniejszy bez żadnych wątpliwości był właśnie Puchar Łaciński. Oddźwięk triumfu był w Katalonii natychmiastowy- wybuch spontanicznej radości wstrząsnął krajem. Następnego dnia powitanie drużyny było wprost niesamowite. Samochody i motocykle towarzyszyły zespołowi od momentu przekroczenia granicy w Portbou aż do Barcelony. Za uroczystości powitalne odpowiadał urząd miasta. Wśród nich był przejazd pod Łukiem Triumfalnym autokaru z piłkarzami, eskortowanego przez ubranych w stroje galowe i jadących konno policjantów Gwardii Miejskiej. A oto triumfalny skład z Paryża: Ramallets, Martin, Biosca, Seguer, Bosch, Escudero, Basora, Cesar Rodriguez, Kubala, Aldecoa, Manchon.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@martusiaaaa
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?