1

Vamos Argentyno! Vamos a ganar! Parasiempre!!!

2

@martusiaaaa Gdyby w finale nie grała Hiszpania tylko Francja lub co gorsza szwaby! to byłbym wręcz bliski zawału a tak to jestem spokojny, jak nigdy!

2

Ewa Duarte zdawała się mówić: "Nie płacz po mnie Argentyno". Czytając kiedyś jej biografie nie potrafiłem jednak powstrzymać łez. Natomiast dzisiaj postaram się po męsku nie płakać po Argentynie(no chyba że ze szczęścia), zwłaszcza że Hiszpania również jest piłkarsko bliska memu sercu...........

2

@FCBparasiempre
Później Anglia mnie przekonującym stylu zremisowała 2:2 z Belgią, prawdziwy przełom przyszedł natomiast na zgrupowaniu w lutym 1965 roku. Sześciu zawodników, w tym Gordon Banks, Bobi Charlton i Peter Thompson nie zagrało z powodu rywalizacji w pucharze Anglii, lecz Ramsey nie zmienił planów a w kontrolnym meczu reprezentacji seniorskiej z kadrą u-23 zdecydował się na ustawienie 4-3-3. Był oczarowany efektami. „Zagrałem coś, co okazało się okrutnym podstępem dla młodych zawodników, ponieważ nie ostrzegłem ich jaką taktyką zamierzają zagrać seniorzy- opowiadał. – w pomocy pierwszej reprezentacji wystąpiło trzech uznanych, wybitnych piłkarzy: Brian Douglas po prawej stronie, Johnny Byrne w środku a George Estham po lewej. Wszyscy oni szaleli na tle młodzieży". Tak został zrobiony pierwszy krok w kierunku drużyny znanej w Anglii jako „Wings Wonders(bezskrzydłe cuda). :Dwaj zawodnicy ustawieni szeroko na plamkach to luksus, który w praktyce sprawia że drużyna gra w dziewiątkę, w rywale są w natarciu"- mówił Ramsey. Dla Dave'a Bowena selekcjonera reprezentacji Walii w latach 1964-1974, geniusz Ramseya polegał na tym że wcześniej niż ktokolwiek inny w Wielkiej Brytanii zauważył iż jeśli drużyny grają czwórką Obrońców, tradycyjny skrzydłowy jest martwy. „Z trzema obrońcami było inaczej- wyjaśnia. - obrońca na długim słupku zabezpieczą środkowego obrońcę, więc skrzydłowy zawsze miał miejsce na wypadek podania krzyżowego. Przy czterech obrońcach bocznej defensorzy mogą grać blisko skrzydłowych, przez co ci nie mają miejsca by się rozpędzić a bez tego skrzydłowy jest skończony". Gdy system taktyczny został ustalony, Ramsey przystąpił do wynajdywania najlepszych piłkarzy, który można by w nim wykorzystać. W zremisowanym 2:2 kwietniowym meczu ze Szkocją debiutowali Stiles i Jack Charlton a w następnym miesiącu zremisowanym 1:1 spotkanie z Jugosławią po raz pierwszy w kadrze zagrał Alan Ball, niemniej dopiero w kolejnym meczu towarzyskim starciu z RFN Ramsey zaprezentował światu swoje 4-3-3. Ron Flowers z Wolves zastąpił stillesa, Ball zagrał w środku, Estham i Mike Jones z Leeds United pozostali ustawieni z przodu a Pain i Derek Temple z Evertonu w jego jedynym występie w reprezentacji naprzemiennie schodzili na skrzydło lub zapewniali wsparcie dla pomocników. Anglia wygrała 1:0. Następnie ponownie ze Stilesem w składzie pokonała Szwecję 2:1, co przekonało Ramseya że zmiana ustawienia na 4-3-3 była słuszna. Prawdopodobnie kluczowy w tym systemie okazał się Ball, któremu niespożyta energia pozwalała operować zarówno w roli skrzydłowego, jaki dodatkowego pomocnika, tak jak to robił Zagallo w Brazylii w 1962 roku. Pierwsze występy Anglii w sezonie 1965/66 nie były już tak imponujące ale w grudniu, ze Stilesem, Ballem i Charltonem w pomocy i Rogerem Huntem, Easthamem oraz Joem Bakerem , Anglicy pokonali Hiszpanię 2:0 w meczu, w którym zagrali zdecydowali lepiej od rywala. Zdając sobie sprawę z tego, jak skuteczny Jest to system Ramsay zdecydował się utrzymać go w tajemnicy. " Pomyślałem że byłoby błędem pozwolić wreszcie świata, naszym rywalom dowiedzieć się co robimy- wyjawił Bryanowi Jamesowi w wywiadzie dla „Mail". - Myślę że moim obowiązkiem jest chronić pewnych zawodników do momentu, w którym będziemy potrzebować ich najbardziej. To był bardzo wielki krok, jeśli chodzi o naukę, jaką zaczerpnął nasz zespół. Miałem stworzyć właściwą drużynę we właściwym czasie i nie zawsze oznaczało to parcie do przodu w określony sposób tylko dlatego że kiedyś to działało".

Ramsay wrócił do 4-2-4 przy okazji towarzyskiego remisu z Polską i zwycięstwa 1:0 z RFN. Wtedy zadebiutował Geoff Hurst, z miejsca odnajdując wspólny język z Huntem. Następujące po tych meczach starcie ze Szkocją wygrane 4 3 zadowoliło fanów i media ale zdaniem Ramsaya potwierdziło to, o czym już wiedział: 4-2-4 nie spełniało oczekiwań w grze obronnej. W wygranym 2:0 meczu z Jugosławią na Wembley w maju 1966 roku Ramsey zaprezentował ostatni element swojej układanki, Martina Peters opanowanego pomocnika West Hamu. Choć fakt że Ramsey uznał go za gracza będącego „10 lat przed nami", miał ciążyć Petersowi, był pan, podobnie jak Ball i Hurst, nowoczesnym, uniwersalnym zawodnikiem, zdolnym zarówno do kreowania gry, jak i żmudnej pracy w defensywie. W wyjazdowym towarzyskim meczu z Finlandią Ramsey uznał go za gracza będącego 10 lat przed nami, miał ciążyć Petersowi, był on, podobnie jak Boll i Hurst, nowoczesnym, uniwersalnym zawodnikiem, zdolnym zarówno gry jak i żmudnej pracy w defensywie. W wyjazdowym towarzyskim meczu z Finlandią Ramsey postawił na 4-3-3 z Ballem, Petersem i Charltonem w pomocy oraz Callaghanem w roli jedynego skrzydłowego. Anglicy wygrali 3:0 a trzy dni później pokonali w Oslo Norwegie 6:1, tym razem z dwoma skrzydłowymi: Connely zagrał jako klasyczny zawodnik tej pozycji a Paine schodził głębiej, w stylu Leadbettera. Peters wciąż nie był brany pod uwage jako pierwszy wybór(przynajmniej nie przez media) dostał jednak powołanie na ostatni sparing przed mistrzostwami z Polską w Katowicach. Było to wreszcie ustawienie, do którego zmierzał Ramsey, co potwierdziłby fakt że kiedy odczytywał skład mediom, z niezwyczajnym dla siebie wyczuciem dramatyzmu zrobił pauze, nim ujawnił że z numerem 11 zagra Peters. Było to ustawienie bez skrzydłowych przynajmniej tradycyjnych. Choć wciąż system określano jako 4-3-3, w rzeczywistości było to, jak wskazuje Nobby Stiles w autobiografii, 4-1-3-2 z nim w roli zakotwiczonego defensywnego pomocnika, mającego przed sobą Petersa, Charltona i Balla, którzy mogli ruszać do ataku i wspierać Hunta oraz(co wydawało się wtedy najbardziej prawdopodobne) Greavesa. Anglia wygrała 1:0 po golu Hunta. To wtedy Ray Wilson powiedział że zaczął godzić się z tym iż Ramsey mógł mieć rację, kiedy trzy lata wcześniej upierał się że Anglia zdobędzie mistrzostwo świata. W pierwszym meczu na mistrzostwach świata z Urugwajem, Ramsey wystawił Connelly'ego zamiast Petersa i powrócił do asymetrycznego 4-3-3. Być może wciąż nie chciał odkryć kart a może nadal myślał że skrzydłowy odegra rolę w pokonaniu słabszej drużyny, która, jak się spodziewał selekcjoner Anglików, zagęści obrone. Tak czy inaczej sposób nie zadziałał a pomocnicy mieli trudność z ruszaniem do ataku by wspomóc ofensywne trio. Urugwaj wywalczył bezbramkowy remis. W drugim meczu z Meksykiem Peters zastąpił kontuzjowanego Balla a Pain wyszedł zamiast Connely'ego. To odwróciło przechył ustawienia, tym razem skrzydłowy nie grał po lewej stronie a po prawej ale założenia pozostały takie same. Ramsey ponownie użył skrzydłowego przeciwko rywalowi, którego spodziewał się pokonać. Tak się też stało, Anglicy wygrali 2:0 po nie do końca porywającej ale wystarczająco dobrej grze. Callaghan znalazł się w składzie na trzeci mecz grupowy z Francją a Anglia ponownie zwyciężyła 2:0, choć spotkanie zapamiętano raczej z powodu brutalnego wejścia Stilesa w Simona. FIFA ostrzegła go przed kolejnymi takimi zachowaniami a Ramsay otrzymał wiadomość od angielskiej federacji z zapytaniem czy naprawdę musi w dalszym ciągu wystawiać Stilesa. Selekcjoner zagroził rezygnacją, być może dla zasady, lecz z pewnością głównie dlatego że wiedział jak niezbędny drużynie to przeszkadzanie rywalom jest pomocnik Manchesteru United.

Przeciwko Argentynie w ćwierćfinale Ramsey wrócił wreszcie do 4-1-3-2, ujawniając wreszcie" bezskrzydłe cuda". Być może Taktyczna zmiana okazałaby się wystarczająca ale Ramseyowi przyszła z pomocą kontuzja Greavesa. Dzięki temu mógł wystawić Hursta, napastnika mniej spektakularnego ale zdolnego do wygrania górnej piłki i utrzymania jej bez obawy o reakcję na posadzenie na ławce ulubieńca prasy. Spotkanie było ponure i pełne przemocy(jak to ujął Hugh McIlvanney, przypominało „nie tyle mecz piłkarski ile incydent międzynarodowy" ale Anglia grała mądrze i po czerwonej kartce dla kapitana Argentyńczyków Antonio Rattina wygrała 1:0 dzięki golu zdobytemu głową przez Hursta. Nie było to widowisko ale jeśli chodzi o Ramseya lekcja z porażki sprzed dwóch lat na Maracanie została odrobiona. Stiles, co niecodzienne, musiał kryć indywidualnie Onege, co uczynił z dużym zdyscyplinowaniem a Ball grając wysoko po prawej stronie był tego dnia znakomity, nie tylko sprawiając kłopoty Argentyńczyków w ofensywie ale i nie pozwalając ich bocznemu obrońcy Marzoliniemu na podłączenie się do ataków. Stiles odegrał ponownie kluczową rolę w meczu z Portugalią w półfinale, gdy zneutralizował w wygranym 21 spotkaniu(oba gole dla Anglików zdobył Bobby Charlton). Skuteczność systemu pozwalającego na grę z trzema ofensywnymi pomocnikami uwidoczniła się jeszcze raz w finale, gdy najpierw Peters w ciągu pierwszego gola dla gospodarzy a potem, po dośrodkowaniu z prawej klamki niezmordowanego Balla, Hurst zdobył(kontrowersyjnie uznaną) bramkę na 3:2 dogrywce. Przesądzającego o tytule mistrzowskim czwartego gola wbił Hurst w doliczonym czasie gry, po długim podaniu od Bobiego Moor’a, co(jak odnotował później Leadbetter) było trafieniem do złudzenia przypominającym gole, jakimi Ramsay najbardziej zachwycał się w czasach Ipswich: żadnego zawracania głowy, prosta piłka i zdecydowanie wykończenie. Być może pasowało to do Anglii, lecz było także nieco mylące bo ta drużyna potrafiła perfekcyjnie utrzymywać się przy piłce, co miała udowodnić ponad wszelką wątpliwość w Meksyku cztery lata później. Nie mniej wraz z upływem czasu pragmatyzm Ramseya stawał się coraz bardziej męczący. McIlvanney wyraził zdanie wielu ludzi, kiedy po porażce u siebie 1-3 z RFN 1972 roku uszczypliwie zauważył że „ostrożny, pozbawiony radości futbol był ledwo do wniesienia nawet wtedy, gdy przynosił zwycięstwa. Kiedy przyszły porażki, reakcja może być tylko jedna". Gdy Dzięki heroicznym wysiłkom Jana Tomaszewskiego w polskiej bramce Anglicy zaprzepaścili na Wembley awans do Mistrzostw Świata w 1974 roku Ramsey został zwolniony. Przy całym zdawkowym podejściu Ramsaya do mediów antypatię wobec niego ożywił powrót starego sporu pomiędzy estetyką a rezultatem. Nie było wątpliwości, po której on sam stał w stronie. Gardził podejściem Argentyny a jego zespoły są pewnością nie miały na sumieniu " wyczynów" rodem z anti-futbolu ale menadżer Anglików zgodziłby się z przemyśleniami Osvaldo Zubeldii na temat roli trenera. „Zatrudniono mnie aby wygrywać mecze - powiedział kiedyś Ramsey. - To wszystko w tym temacie".

2

@FCBparasiempre
Równie przekonany o zwodniczym charakterze przegranej 3:6 z Węgrami był Ramsey, który zagrał w tym meczu na prawej obronie i zdobył trzeciego gola dla Anglii, wykorzystując rzut karny. On także zaobserwował ile zbioru dla Węgrów padło po długich podaniach i w zawoalowany sposób skrytykował Gila Merricka, bramkarza, sugerując że golkiper miał jeden z tych dni, kiedy wpuszcza się wszystko co leci na bramkę. Zważywszy na fakt że stosunek strzałów wynosił 35:5 na korzyść Węgier i niemal upokarzającą łatwość, z jaką goście utrzymywali się przy piłce w drugiej połowie, słowa to wydają się nieszczere, jednak intrygują. Być może ma to związek z faktem że kiedy Ramsey miał kontakt z obcokrajowcami doznawał zaćmienia umysłu, bo nie w końcu to człowiek, który odrzucił propozycję obejrzenia " Śpiącej Królewny" w Teatrze Bolszoj aby nie przegapić odcinka serialu z Alfem Garnettem w klubie brytyjskiej ambasady w Moskwie. A ponieważ rozwinął się w klubie o stylu nie aż tak odległym od tego, co zaprezentowali Węgrzy i występował w zespole, gdzie napastników zachęcano do cofania się w głąb polach aby zrobić wolne miejsce partnerom, może po prostu nie oszołomiła go techniczna i taktyczna maestria rywali. Z pewnością Ramsey nie był człowiekiem, którego piękno mogłoby oślepić. Biorąc pod uwagę że doprowadził reprezentację Anglii do jedynego międzynarodowego triumfu, wydaje się dziwaczne że ocenia się go w tak sprzeczny sposób. Niektórzy patrzą na rok 1966(jak inni przed nimi spoglądali na Chapmana albo 2-3-5) widząc w nim zapowiedź futbolu przyszłości, reszta Jednak wydaje się winić Ramsaya za posiadanie takich wielbicieli, tak jakby był winny że pozostali znajdując się pod wpływem odniesionego przez niego sukcesu Próbowali go bezrozumnie kopiować. Nawet gdy Anglia zdobywała mistrzostwo świata Ramseya podziwiano niechętnie. Jego biograf Dave Bowler pisał: „Krytycy wskazywali na to że analizował grę tak wnikliwie, jak gdyby była ona zwierzęciem laboratoryjnym i twierdzili że okrada to piłkę z poetyczności i sprowadza ją do nauki. On sam nie polemizował by z taką oceną a nawet mógłby uznać ją za komplement. Postrzegał piłkę jako ćwiczenie taktyczne, Sport tyleż ciała, co umysłu". Nie żeby radzę się tym przejmował ale jego reputacji nie pomogło żeby go tak potwornie krnąbrny. W głębi duszy Ramsey był realistą. Stało się to widoczne, gdy w sierpniu 1955 roku przejął drużynę Ipswich. Mógł akceptować pomysły Rowe'a w Tottenhamie ale szybko zorientował się że metoda „pchnij i biegnij" nie sprawdzi się w trzecioligowej drużynie, po której niewiele się oczekuje. Zaczął więc od prostych rzeczy i choć przegrał pierwszy mecz, reporter z „East Anglian Daily Timesa" zachwycał się tym, w jaki sposób drużyna wykorzystywała całą szerokość boiska. Wyniki szybko się poprawiły ale dopiero w grudniu Ramsey dokonał zmiany, która miała zapoczątkować dekadę ewolucji i skończyła się zdobyciem Pucharu Świata. Jimmy Leadbetter wyłącznikiem, świetnie wyszkolony, inteligentnym zawodnikiem, który borykał się jednak z brakiem szybkości. Pozyskał go poprzednik Ramseya Scott Duncan. W ciągu pierwszych czterech miesięcy rządów Ramseya Leadbetter zagrał tylko raz i martwił się o swoją przyszłość. Wtedy, tuż przed nowym rokiem trener poprosił go aby zagrał na lewym skrzydle. Łącznik obawiał się że nie jest wystarczająco szybki, Ramseya jednak bardziej interesowała gra tego zawodnika, gdy miał piłkę przy nodze.

„Miałem być lewoskrzydłowym ale nie grałem w ten sposób- mówił Leadbetter. - Zostałem wycofany aby odbierać piłki od naszych defensorów a ponieważ boczne obrońca przeciwnika nie wychodził do przodu na tyle daleko by mnie pilnować, miałem sporo miejsca. Gdy szedłem później do przodu wyciągałem bocznego obrońcę z jego pozycji. Nie mógł zostać tam, gdzie stał, nie kryjąc nikogo czuł się w obowiązku pójść ze mną a to sprawiało że po lewej stronie boiska pojawiała się wielka dziura. Było to miejsce, gdzie grał w środkowy napastnik Ted Philips. Potrzebował miejsca ale jeśli mu je zapewniłeś i podałeś piłkę kończyła ona w siatce". 1957 roku drużyna awansowała a wraz z pozyskaniem sportu środkowego napastnika Raya Crawforda oraz klasycznego skrzydłowego Roya Stevensona z Leicester City plan Ramseya nabrał kształtu. Było to 4-2-4, choć podobnie jak w ustawieniu, w którym Brazylia sięgnęła po Puchar Świata, tkwił tu pewien haczyk. Canarinhos mieli ustawionego wysoko ale cofającego się głęboko Mario Zagallo, Ipswich zaś Leadbettera, który musiał ustawiać się bliżej własnej bramki ze względu na brak szybkości. Kształtem przypominało to bardziej asymetryczne 4-3-3, które Brazylia przyjęła w 1962 roku, niż jej wcześniejsze o cztery lata 4-2-4. Anglicy grali jednak w zupełnie innym stylu. „Wierzymy w szybkie wyprowadzenie ataku z obrony- mówił Ramsey. - Drużyna jest najbardziej podatna na akcję przeciwnika Jeśli jej własny atak się nie powiódł. Gdybym miał zasugerować optymalną liczbę podań określiłbym ją na trzy". Być może nie ma w tym przypadku że odpowiadało to magicznej liczbie podań Reepa, choć nie istnieje żaden ślad że kiedykolwiek się spotkali. „Według Alfa im mniej podań wykonasz, tym mniejsza szansa że zagrasz źle- mówił Leadbetter. - Lepiej wykonać trzy dobre i proste podania, ponieważ jeśli próbujesz dziesięciu, jest właściwie pewne że któreś zepsujesz. Trzecie zagranie powinno stwarzać okazję do strzału. Dzięki sposobowi, w jaki się wtedy grało dało się to zrobić". Wielką słabością systemu "W-M" i gry tylko trzema obrońcami była konieczność ciągłego manewrowania. Jeśli rywale atakowali lewą stroną, prawy obrońca musiał powstrzymać skrzydłowego, środkowy obrońca zajmował się środkowym napastnikiem ale w obrońca wciskał się za środkowego by go zabezpieczać. Kiedy zaś przeciwnicy grali w ustawieniu 4-2-4 albo w innym systemie z dwójką napastników, prawy obrońca pilnował drugiego z nich. „To było jedyne możliwe wsparcie, więc gdy napastnik minął bocznego obrońcę miał dobrą sytuację"- wyjaśniał Leadbetter. Ku zdziwieniu wielu w 1961 roku Ipswitch ponownie awansowało A w kolejnym sezonie zdobyło tytuł mistrzowski, choć nas skompletowanie składu wydało ledwie 30 000 funtów, mniej niż 1/3 tego, co zapłacił Tottenham za ściągnięcie Jimmiego Gravesa z powrotem z Włoch. Jak pisał „The Times” gra Ipswich „nie wymaga wyjaśnienia- robią proste rzeczy, dokładniej szybko, w ich stylu nie ma fajerwerków ani udawania. Nie są ekscytujące, nie powodują że serce bije szybciej. Koniec końców, w przypadku uczciwego wyrobnika to cnota". Niewielka liczba telewizyjnych transmisji a często wręcz ich brak utrudniała zrozumienie taktyki Ipswich i nawet najlepsi obrońcy mieli problem aby poradzić ze sposobem gry zespołu Ramseya. "Leadbetter wstawiam się tak głęboko że nie wiedziałem kogo u diabła mam kryć- mówił George Cohen, boczny obrońca Fulla i reprezentacji Anglii. - wyciągał mnie z pozycji, po czym kopał piłkę do Crawforda czy Philipsa i zdobywał dwa gole, zanim zorientowaliśmy się o co chodzi. Zmień Philipsa i Crowforda na Hursta i Hunta i masz gotowy skład reprezentacji Anglii".

Jednak już w kolejnym sezonie rywale wiedzieli czego się spodziewać. Ipswich przegrało w meczu o tarczę dobroczynności 1:5 z Tottenhamem; Nicholson nakazał swoim bocznym obrońcom przesunąć się do środka i zająć środkowymi napastnikami a pomocnikom poradzić sobie z Ladbetterem i Stephensonem. Inne drużyny postępowały podobnie i do końca października 1962 roku, kiedy Ramsey został zatrudniony jako selekcjoner reprezentacji Anglii IPS Switch wygrało tylko dwa na 15 meczów. Działania poprzednika Ramseya w kadrze Waltera Winterbottoma realizowało wybieranie składu przez komitet, którego był tylko członkiem. Ramsey domagał się władzy absolutnej. Bez tego eksperymenty taktyczne byłyby niemożliwe: jeśli grupa ludzi po prostu głosuje, który zawodnik jest najlepszy na daną pozycję, taktyka musi być z góry określona; nie sposób brać wtedy pod uwagę równowagi czy interakcji między zawodnikami a w przeszłości oznaczało to bezmyślną wiarę zalety systemu "W-M". Ramsay protestował: „Ludzie mówili że Matthews, Finney, Carter i inni nigdy nie potrzebowali planów. Cóż, grałem z wieloma z tych zawodników i powiedziałbym że drużyna angielska była wtedy dobra, lecz byłaby o wiele lepsza, gdyby oprócz tego miała ścisły plan". Pewną kontrolę nad kadru Ramsey dostał jednak dopiero w maju następnego roku, wcześniej zaś poprowadził drużynę w dwóch meczach, przy których musiałem współpracować z komitetem. Przed pierwszym z nich gremium wybrało system "W-M" i Anglia przegrała 2:5 z Francją w Paryżu. To przekonało decydentów by spełnić życzenie Ramsaya i zmienić ustawienie na 4-2-4. Choć przyniosło to porażkę 1:2 u siebie ze Szkocją, nowy selekcjoner pozostał przy tym wariancie na początku pracy na nowym stanowisku. Posezonowe turnieje w maju 1964 roku po Ameryce Południowej okazało się kluczowe dla rozwoju taktycznej myśli Ramseya. Anglia rozniosła 10:0 Stany Zjednoczone w Nowym Jorku(selekcjoner zrewanżował się w ten sposób za przegrany 0:1 mecz w Belo Horizonte w 1950 roku) ale wyczerpani podróżą i zmuszeni do gry ledwie 3 dni później wyspiarze zostali zmiażdżeni 5:1 przez Brazylię w pierwszym meczu czterozespołowego turnieju. Później był remis z Portugalią ale kluczowe okazało się trzecie starcie z Argentyną. Rywale wiedzieli że wystarczy im remis aby wygrać cały turniej, więc mając dni świetności "la nuestry" dawno za sobą, ustawili się za linią piłki starając się ją utrzymywać, przeszkadzać przeciwnikowi i przetrwać do końcowego gwizdka. Anglicy, niczym grupa wieśniaków starająca się odnaleźć wyjście z labiryntu, jak określił to Desmond Hackett w " Daily Express", zostali zupełnie zaskoczeni. Dominowali w meczu ani przez chwilę jednak nie sprawiali wrażenia drużyny mogącej strzelić gol, do tego zostali zaskoczeni kontra i przegrali 0:1. „Zagraliśmy 4-2-4 z Roberto Telchem wycofujący się w stylu Zagallo z 1962 roku- opowiadał kapitan Argentyny Jose Ramos Delgado. - Anglia miała wtedy wielką drużynę, z Moor’em, Charltonem i Thompsonem ale my graliśmy inteligentnie. To prawda że Anglicy dużo dłużej utrzymywali się przy piłce, lecz tylko dlatego że oddaliśmy im środek pola, więc mogliśmy skupić się na kryciu konkretnych zawodników".

Kilku piłkarzy było rozczarowanych a Hackett napisał że „trzy lwy w herbie Anglii można zastąpić prążkowanymi kotami". Zareagował w typowy sposób: Anglia mogła zostać przechytrzona przez rywali trzymających się inteligentnego planu, lecz dziennikarz zakładał(jak często bywało i jak miało bywać w przyszłości) że piłkarze nie pokazali w barwach reprezentacji wystarczającej zawziętości i hardości. Brian James w „Daily Mail”, choć nie mniej wściekły wyciągnął z tego spotkania wnioski bliższe rzeczywistości: „Jeśli nie przejmujesz się stylem gry i uważasz że po rozrywkę idzie się do wodewilu, możesz wygrać wszystko- pisał. - Argentyna była po prostu skrajnie logiczna. Mieli następujące założenie: Jeśli oni nie strzelą, my nie przegramy. Tylko w najdzikszych momentach ostrość bezmyślności byli gotowi aby się otworzyć". Rzecz jasna Ramsey prędzej przyznałby się do uwielbiania Czajkowskiego niż do tego że Argentyna wywarła na niego wpływ, nie mniej musiał zaakceptować ogromną przepaść pomiędzy dwoma gigantami z Ameryki Południowej a Anglią. Co znaczące, raport angielskiej federacji po wygranej 1966 roku wspomina o tym, jak istotne było doświadczenie zebrane na tym tournee. W trakcie tego lata ramce ponownie przemyślał swoją strategię: prawdopodobnie uznał że system gry jest bardziej istotny niż personalia. I jego małomówność nie pozwalała na pewność, lecz można domniemywać że w ciągu następnych dwóch lat drużyna przeszła starannie kontrolowaną ewolucją, która doprowadziła Anglię do wygrania Pucharu Świata. Boby Charlton i Peter Thompson, czyli zawodnicy wystawiani przez Ramsey na flankach w 4-2-4 nie byli piłkarzami, po których można by się spodziewać powrotów do defensywy. Również od środkowych napastników Greavesa i Byrne'a praktycznie nie żądano by się cofali w głąb pola. George Easthem, który regularnie grał jako jeden ze środkowych pomocników był przekwalifikowany łącznikiem a jego partner Gordon Milne także nie miał sprawy w przeszkadzaniu rywalom. Ramsay zorientował się że 4-2-4 było dobrym ustawieniem do pokonywania słabszych zespołów ale nie pasowało na mecze z silniejszymi, mogło ponadto uczynić podatną na ataki rywala także wyraźnie lepszą ekipę, jeśli akurat miała zły dzień. W skrócie problem sprowadzał się do tego że 4-2-4 stwarzało zagrożenie pod bramką przeciwnika, kiedy miało się piłkę ale nie pomagało jeśli najpierw trzeba było ją zdobyć. Nie jest jasne, kiedy po raz pierwszy Ramsay zaczął myśleć o Nobbym Stilesie, walecznym defensywnym pomocniku Manchesteru United ale gdy tylko powołał go do kadry, okazało się że piłkarz nie może grać w ustawieniu 4-2-4. Takie rozwiązanie bowiem sprawiało że ciężar kreowania gry wpadł na barki jednego zawodnika. Ofiarą tego stanu rzeczy okazał się Thompson, nawet jeśli bym najlepszym reprezentantem w Anglii w Brazylii a tamtejsza praca ochrzciła go mianem „białego Pele". Znowu przyjętej perspektywy ranseja skrzydłowy Liverpoolu miał w sobie Zbyt wiele z artysty estradowego, więc selekcjoner zwrócił się ku takim zawodnikiem jak John Connelly, Jan Callaghan i Terry Paine. Powoli zaczął rezygnować z Thompsona. W pierwszym meczu nowego sezonu Anglicy zagrali w październiku na wyjeździe w rozgrywkach International. Ramsay ponownie postawił na 4-2-4 ale z Bobi Charltonem wycofanym na pozycję Easthama do pomocy i Painem oddelegowanym na prawą stronę, z zadaniem schodzenia w głąb pola w stylu Zagallo albo Leadbettera. Do przerwy Anglia prowadziła 4:0, lecz ostatecznie wygrała tylko 4:3. Pisząc o „90 minutach bałaganu" dziennikarz „The mail” domagał się głowy Ramseya, lecz ten, chodź wściekał się na niechlujność swojego zespołu nie był człowiekiem, który pozwoliłby na to by reakcja mediów odwiodła go od raz powziętego planu.

10

@FCBparasiempre
Jak w przypadku wielu innych trenerów styl szkoleniowy Stana Cullisa nie miał wiele wspólnego z tym, jakim był zawodnikiem. Uznawano go za wyrafinowanego, ofensywnie usposobionego środkowego pomocnika. Nawet Puskas wychwalał Cullisa jako jednego z „najbardziej klasycznych środkowych pomocników swoich czasów". Jego zdolności przywódcze objawiły się szybko i w wieku 19 lat został kapitanem Wolves a dwa lata później reprezentacji Anglii. Był też bardzo skrupulatny: prowadził notes, gdzie zapisywał spostrzeżenia na temat środkowych napastników, z którymi się mierzył. Tommy Lawton powiedział że aby wywieść w pole Cullisa napastnik potrzebował „siły przebicia czołgu i szybkości pędzącego charta". Cullis był także znany z uczciwości i sprawiedliwości; zyskam sławę, gdy zdecydował się nie podcinać Alberta Stubbinsa, kiedy te minął go aby zdobyć gola dla Liverpoolu w decydującym o tytule meczu. John Arlott nazwał Cullisa „żarliwym purytaninem". Jeśli chodzi o trenerską edukację, Cullis miał tę przewagę że grał u ekscentrycznego Franka Barclaya, jednego z najbardziej śmiałych trenerów lat 30-tych. W szatni Molineux Butley zainstalował terapeutyczne urządzenie do diatermii, machinę do galwanizacji i leczenia prądem stałym i zmiennym oraz kolejną, używaną do naświetlania promili ultrafioletowymi. Poza tym przed finałem Pucharu Anglii w 1939 roku wstrzykiwał swoim zawodnikom „zwierzęcą wydzielinę", rzekomo pobraną z gruczołów małpy, choć Cullis twierdził że było to placebo, podane bardziej po to żeby zwiększyć wiarę piłkarzy w siebie niż ich masę mięśniową. Zachęcony do kwestionowania tradycyjnego podejścia Cullis wrócił do podstaw. Zawsze powtarzał że nic nie zastąpi ciężkiej pracy i był jednym z pierwszych szkoleniowców w Anglii, którzy poważnie potraktowali trening fizyczny. Miał zbierać swoich piłkarzy na przedsezonowe biegi przez las „Cannock Chase", by w ten sposób budować ich kondycję i zatrudnił w roli trenera przygotowania fizycznego Franka Morrisa, byłego biegacza międzynarodowej sławie. Mówił że jego zawodnicy „muszą mieć ogromnego ducha gry zespołowej, być doskonale sprawni i używać właściwej taktyki na boisku". Taka taktyka sprowadzała się przede wszystkim do ustawienia „W-M" i jak najszybszego dostarczenia piłki do przodu. Tak jak nieliczni trenerzy hołdujący podobnej filozofii Cullis upierał się żeby jego zawodnicy nie zagrywali bezmyślnie długich piłek ale starali się ją natychmiastowo podawać do dwóch skrzydłowych, którymi byli Jimmy Mullen i Johnny Hancocks. " nierozważni krytycy nazywali ten sposób gry „kopnij i biegnij"- mówił Billy Write, środkowy pomocnik i kapitan. - Nie można się było bardziej mylić. Każda faza jest całkowicie logiczna, choć przedkładając pozbawioną egoizmu koordynację działań nad indywidualizm, Cullis nigdy nie gardził zawodnikami grającymi piłką". Choć udało mu się pomieścić w swojej drużynie tak utalentowanych zawodników jak Peter Broudbant, Jimmy Murray i Bobby Mason, zdaniem Cullisa umiejętności musiały być ujarzmione dla dobra kolektywu a z pewnością nie mogły być celem samym w sobie. Choć z oddaniem wierzył że piękno jest istotne, pojęcie właściwego sposobu gry nic dla Cullisa nie znaczyło, chodziło mu bowiem o wygrywanie. Mówił: „Ponieważ naciskamy na to by każdy zawodnik przy piłce przemieszczał ją szybko do przodu i w ten sposób inicjował atak, nie zachęcamy ich do ostentacyjnego prezentowania umiejętności, co mogłoby spodobać się niewielkiej części widowni, za cenę jednak zmniejszenia efektywności działania". Podczas gdy inni sławili wygraną 6:3 Węgrów na Wembley jako festiwal podań i indywidualnych umiejętności, Cullisa mecz ten utwierdził w jego własnych przekonaniach. Wskazywał że bramkarz Grosics miał w zwyczaju wybijać piłkę daleko. Tylko jeden z goli dla Węgrów padł po akcji, która zaczęła się na ich połowie; trzy były efektem akcji składającej się z jednego podania, jeden- akcji z dwoma podaniami a jeden- rzutu wolnego. Według Cullisa tak podziwiana gra oparta na podaniach i ruchu miała miejsce tylko w drugiej połowie, kiedy Węgrzy utrzymywali się przy piłce. „Liczba sytuacji bramkowych w trakcie meczu jest bezpośrednio zależna od tego, jak wiele czasu piłka znajduje się pod bramką- wyjaśniał. - Jeżeli obrońcy Wolves opóźniają wybicie piłki, będzie ona przed naszą bramką zbyt długo i to rywal dostanie szansę na strzelenie gola. Jeśli spędzamy zbyt wiele czasu na budowaniu własnych akcji, piłka krócej będzie w polu karnym przeciwnika, więc rzecz jasna zdobędziemy mniej goli".

Cullis znalazł sojusznika w osobie Charlesa Reepa, podpułkownika lotnictwa, oficera RAF stacjonującego w pobliskim Bridgnorth. W latach 30-tych przebywał w bazie w Bushy Park na południowym zachodzie Londynu i po tym jak w 1939 roku wziął udział w dwóch wykładach prawego pomocnika Charlesa Jonesa, zafascynował się stylem gry Arsenalu Herberta Chapmana. Jones podkreślał potrzebę błyskawicznego dostarczenia piłki do przodu i wyjaśnił, w jaki sposób Chapman postrzegał rolę skrzydłowego. Pod koniec wojny Reep został przeniesiony do Niemiec a po powrocie do kraju w 1947 roku był rozczarowany, odkrywszy że choć "W-M" się przyjęło, nie dotyczyło to innych pomysłów w Chapmana. Zdaniem Reepa w Anglii grano zbyt wolno a skrzydłowy ponownie stał się postacią, która niemal w izolacji wykonuje zwody by w końcu wrzucić piłkę w pole karne, co rzadko przynosiło gola. Czuł coraz większą frustrację aż w końcu(jak napisał w autobiograficznym artykule dla szkockiego fanzinu "The Punter" w 1989 roku) 19 marca 1950 roku podczas meczu z Swindon Town na „County Ground” stracił cierpliwość. 19 marca 1950 roku nierozegrano tam co prawda żadnego spotkania, co jest dość kłopotliwe zważywszy na troskę Reepa o statystyczną dokładność(choć po prawdzie mogła też zawieźć redakcję) ale 18 marca 3-ligowy Swindon pokonał u siebie 1:0 Bristol Rovers. Wydaje się więc prawdopodobne że Reep odnosił się do tego meczu. Po pierwszej połowie, w której widział kolejne nie przynoszące skutków ataki, zdecydował się odnotowywać je w kolejnych 45 minutach. Według jego zapisków w drugiej odsłonie meczu Swindon przeprowadziło 147 akcji ofensywnych. Szacunkowo założył więc że w jednym spotkaniu drużyna atakuje 280 razy, co daje jej średnio dwa gole na mecz; zrozum iż współczynnik niepowodzenia wynosi 99,29%. Co oznacza że aby strzelić trzy gole w meczu wystarczy poprawa o ledwie 0,71%. . To zdaniem repa niemal gwarantowałoby awans. Podrasował swoje analizy i zaczął badać akcje obu stron. Pisał: " Wtedy, w 1950 roku nikt nie uznawał tych odkryć ale czas pokazał że miałem rację. Tylko dwie na dziewięć bramek padają z akcji składających się z więcej niż trzech podań". Ważył też że długie podanie z własnej połowy wydaje się skuteczniejsze i że odzyskanie piłki w polu karnym rywala albo tuż przed nim to najefektywniejszy sposób na strzelenie gola ażeby zdobyć bramkę, potrzeba około 8 celnych strzałów.

W tym czasie rep stacjonował w Yatesbury i zaczął pracować tamtejszą drużynę RAF. Opracował teorię, jak powinni grać w skrzydłowi I choć nie przetrwały żadne zapiski z tamtego okresu w eseju o wpływie repa na norweski futbol Oyvind Larson umowie raport, jaki Anglik wysłał w latach 90-tych ówczesnemu trenerowi Norwegii Egilowi Olsenowi. Pierwotnie dokument powstał dla Waltera Winterbottoma(choć nie ma dowodu by ten go kiedykolwiek przeczytał) przed towarzyskim meczem Anglii z Urugwajem w 1954 roku a Reep bazował na obserwacji Urugwaju w wygranym 7:0 meczu ze Szkocją Podczas Mistrzostw Świata z tego roku. Twierdził że skrzydłowi powinni grać jak najwyżej, byle tylko nie być na spalonym, biegać niemal przy linii bocznej i czekać na długie podania z defensywy, mając zaś piłkę powinni zawsze kierować się na najbliższy słupek a następnie strzelać lub dośrodkowywać, bez piłki natomiast muszą wbiegać na dalszy słupek(patrząc od strony piłki) by wspomagać środkowego napastnika. Tak mniej więcej zachowywali się skrzydłowi Chapmana i w ten sposób grało Yatesbury, co przyniosło im sukces w postaci sięgnięcia w 1950 roku po puchar dowództwa Armii Południowej. W tym samym roku Reepa ponownie przeniesiono do Bushy Park. Tam jego teorie zwróciły uwagę Jackiego Gibbonesa, menadżera Brandfordu, dzięki czemu od lutego 1951 roku został niepełnoetatowym pracownikiem klubu. Kiedy się w nim pojawił 14 meczów przed końcem sezonu, zespołowi groził spadek ale rady Reepa sprawiły że średnia strzelonych przez drużynę goli podskoczyła z półtora do trzech na mecz i Brandford zdobył 20 na 28 możliwych punktów, spokojnie utrzymując się w lidze. W tym samym roku Reep został jednak ponownie przeniesiony do Bridgntorth. Pomiędzy 1953 a 1967 rokiem Reep wraz z Bernardem Benjaminem, szefem Królewskiego Towarzystwa Statystycznego przeanalizował 578 meczów, w tym trzy mundiale ale głównie zajmowali się angielskimi rozrywkami ligowymi i odkrył że tylko 5% wszystkich akcji składa się z czterech lub więcej podań ale dwie jeden procent z sześciu lub więcej zebrań. " powód jest jasny- napisał w książce " Jak strzelać gole" Ken Bray, stypendysta Uniwersytetu Bath sekcji Nauk o Sporcie i Gimnastyce. - Długie łańcuchy podań wymagają powtarzalnej dokładności, bardzo trudnej do utrzymania, gdy sekwencja podań się przedłuża a obrońcy podchodzą, by ograniczyć przestrzeń i pokryć odbiorców piłki". Reep uznał zatem że gra oparta na utrzymywaniu się przy piłce jest przeciwskuteczna, w czym może być sporo prawdy, jeśli wziąć pod uwagę na jakim niskim poziomie rozgrywkowym występowały drużyny RAF albo Brentfordu. On nigdy tego nie różnicował ale Bray jest zadziwiająco bezkrytyczny i wobec niego i wobec Charlesa Hughesa dyrektora technicznego FA, który w latach 80-tych rozwinął podobną teorię. Fakt że dłuższe akcje podaniami były rzadkością w angielskiej piłce lat 50-tych nie oznacza iż to niepożądamy z tych gry. Od czasów Chapmana zawodników zachęcano do zagrywania długich piłek i wcześniej, na błotnych basenach uchodzących za boiska, był ku temu dobry powód. Jeśli długie łańcuchy podań to rzadkość, nie zaskakuje że pada po nich tak mało goli.

Niemniej istnieje zdumiewająco oczywiste uchybienie w argumentacji tych, którzy używali analiz Reepa aby uznać grę bezpośrednio za bardziej efektywną. Jego liczby wskazują że 91,5% akcji w analizowanych przez niego meczach składała się z trzech lub mniejszej liczby podań. Jeśli liczba podań w akcji nie robi żadnej różnicy, według logiki procent goli strzelonych po akcjach złożonych z trzech lub mniej podań również powinien wynosić 91,5%. Jeśli bezpośrednio gra byłaby bardziej efektywna, ta liczba powinna być wyższa. Jednak Bray na podstawie danych Reepa dochodzi do wniosku że „około 80% wszystkich goli to efekt akcji z wykorzystaniem trzech lub mniej podań". Jak już wcześniej zauważono sam Reep twierdził że tylko „dwa na 10 goli padają z akcji składających się z więcej niż trzech podań"(więc 7 na 9 trafień, 77,8%, zdarza się po akcjach z wykorzystaniem trzech lub mniej zagrań). Co prawda Watford w sezonie 1981/82 strzelił 93,4% swoich goli po akcjach z maksymalnie trzema podaniami ale tylko 72 ze 106 goli na Mistrzostwach Świata w 1982 roku(67,9%) były efektem akcji zbudowanej z trzech lub mniej liczby zagrań.

Jeśli, jak sugerują te liczby, około 80% goli pada po akcjach zbudowanych z maksimum trzech podań ale 91,5% akcji składa się z trzech lub mniej podań, z całą pewnością wynika z tego(nawet przy tak mało subtelnych parametrach przedstawionych przez Reepa) że akcje z trzema lub mniejszą liczbą podań są mniej efektywne niż te z ponad trzema zagraniami. Dodatkowo te liczby nie biorą pod uwagę goli strzelonych, gdy długa sekwencja podań doprowadziła do stałego fragmentu gry albo jej przerwania a nawet faktu że drużyna utrzymująca się przy piłce wolniej się męczy, więc w końcówce będzie w stanie ustrzelić wyczerpanego przeciwnika. Szczerze mówiąc to zatrważające że myśl oparta na tak błędnej u podstaw interpretacji liczby mogła stać się kamieniem węgielnym angielskiego szkolenia. Antyintelektualizm to jedno ale znacznie gorsza jest wiara w uporczywy pseudointelektualizm. Z wydanej przez Królewskie Towarzystwo Statystyczne publikacji wyłania się jedna istotna statystyka, lecz ponieważ stoi w opozycji do jego tez, pozostała niezauważona. Na Mistrzostwach Świata w 1958 roku 1,3% wszystkich akcji składało się z siedmiu lub więcej podań, w porównaniu z 0,7% wybranych przez niego meczach ligowych w Anglii z lat 1957-1958. Na mundialu w 1962 roku było to odpowiednio 2,3 i 1,3%, a w 1966 roku- 2,6 i 1,2%. To zdaje się prowadzić do dwóch konkluzji(o ile jakieś istotne wnioski mogą zostać wyciągnięte z tak małej próby). Po pierwsze pomiędzy 1958 a 1962 rokiem długie sekwencje podań stawały się coraz częstsze a po drugie okazało się że w piłce międzypaństwowej(w tamtych czasach wciąż najistotniejszej w tym sporcie) szanse na długie łańcuchy podań są mniej więcej dwa razy większe niż w klubowej. Jeśli długie i bezpośrednie zagranie rzeczywiście byłyby lepsze czy nie powinno być ich więcej na wyższym poziomie? Nie chodzi o to że grę bezpośrednie jest zawsze zła, bardziej o to że fundamentalizm w taktyce może być równie nieprzemyślany, jak w każdej innej dziedzinie. Taktyka musi być raczej uwarunkowana okolicznościami i dostępnymi zawodnikami. Apologeci Reepa źle zinterpretowali liczby ale nawet gdyby tego nie zrobili jego metoda jest tak ogólna że staje się bezsensowna. Dlaczego według niej podejście pasujące do meczu trzeciej ligi w Rotterhamie w grudniu będzie tak samo odpowiednie w meczu mistrzostw świata w Guadalajarze w lipcu? Częścią geniuszu wielkich taktyków była ich umiejętność użycia odpowiedniego systemu w odpowiednim czasie. Przyznał to nawet Ramsey przyjmując podejście bardziej oparte na utrzymywaniu się przy piłce podczas Mistrzostw Świata w 1970 roku w Meksyku. Mimo to statystyki Reepa utwierdziły Cullisa we własnych przekonaniach. W lidze angielskiej i współpraca okazała się bardzo owocna. „Takie podejście pomogło mi zmodyfikować elementy taktyki, które albo kosztowały nas gole, albo zmniejszały nasz potencjał strzelecki"- mówił Cullis. Przekonał go też pomysł określenia przez repa tak zwanej strefy największej szansy- strefy tuż przy bramce, w pobliżu dalszego słupka, skąd strzał jest statystycznie uderzająco skuteczny, więc Reet zachęcał aby skrzydłowi w nią wbiegali. „Notatki Reepa z meczów Węgrów dowodziły dokładnie reguł, w jakie wierzyłem- mówił Cullis. - był w stanie pokazać czarno na białym fakty, przy których dotąd musiałem ufać mojej pamięci, przez co część z nich nieuchronnie została stracona lub pomieszana".

2

@Gary A już miałem pisać że całkiem poprawnie broni Carles aż nagle taki babol! No ale poza tym dziwacznym babolem, to przyznasz że całkiem dobrze bronił? A tak poza tym, to z jednego skrótu meczu raczej ciężko jest stwierdzić że był strasznym plackiem....

9

Planowe zwycięstwo:

19 lipca 2011 r. Wisła Kraków pokonała Skonto Ryga 2:0 w drugiej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów. „W tym meczu stworzyliśmy więcej szans niż w pierwszym spotkaniu. Nie były to doskonałe okazje, bo trudno o to, gdy rywal broni się w jedenastu w polu karnym. W przerwie powiedziałem zawodnikom, że robimy dym a nie pożar. Graliśmy za wolno piłką. Drużyna zareagowała na te uwagi i w drugiej połowie zagrała zdecydowanie lepiej, czego efektem były bramki Patryka Małeckiego i Ivicy Ilieva” – tak po ostatnim gwizdku występ swojej drużyny ocenił trener Białej Gwiazdy, Robert Maaskant. Holender był w trudnej sytuacji, bo musiał tak przygotować zespół, by złapał formę jeszcze przed zaplanowanym na koniec lipca startem ligi. Niespecjalnie się to udało. Wiślacy w starciach ze Skonto zdobyli trzy bramki, nie dali sobie strzelić gola, ale ich postawa na boisku pozostawiała wiele do życzenia. „Na mistrzów Łotwy to wystarczyło, ale jak będzie dalej?” – zastanawiano się przy Reymonta. W kolejnej rundzie na krakowian czekał dużo silniejszy rywal: najlepsza ekipa Bułgarii, Liteks Łowecz.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@martusiaaaa
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Adran360

1

@Gary Choć wówczas wogóle go nie ogladałem, to nie wątpie w jego "umiejętnośći"...

10

Legendy FC Barcelony większe i mniejsze:

19 lipca 1967 r. urodził się Carles Busquets. Ojciec Sergio w 1987 r. zadebiutował w Barcelonie B a od 1990 został włączony do kadry pierwszej drużyny jako zmiennik Andoniego Zubizarrety. W latach 1994-96 miał okazje grać jako pierwszy bramkarz, lecz jego umiejętności nie były imponujące. W 1999 r. odszedł do Lleidy, gdzie zakończył karierę. Ogółem dla Blaugrany rozegrał 117 spotkań i wpuścił 116 goli.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Marusek
@Ogorinho1974
@Safrani

2

@FcPortoFan1999 A podejrzewam że finał zakończy się bezbramkowo dla odmiany.......
Ps. Jeśli chodzi o mecze o 3 miejsce to padł rekord mistrzostw świata. Do tej pory rekordem był mecz RFN-Francja z mistrzostw w Szwecji(3-6).

4

@FCBparasiempre
Nieco inaczej do krytyki trenera podchodził Jan Tomaszewski, który miał żal do selekcjonera, że nie stanął po ich stronie. ,,Do tej pory Górski mówił zawsze „my”. Tym razem powiedział to „oni”. Na tych Igrzyskach wszyscy trenerzy bronili swoich zawodników, nawet tych, co zajmowali odległe miejsca. A my przecież walczyliśmy o medal i wtedy kiedy nas zaatakował, jeszcze go nie przegraliśmy”– żalił się reprezentacyjny bramkarz. Dwa dni po spotkaniu z Kubą mieliśmy grać z Nigerią. Afrykanie jednak się wycofali, więc piłkarze mieli dwa dni więcej odpoczynku, a trenerzy dwa dni więcej na analizy i dyskusje. Spotkanie z Iranem miało już inny przebieg niż mecz z Kubą. Wcześniej wygrali oni 1:0 z Kubą, więc żeby awansować do ćwierćfinałów, musieliśmy ten pojedynek rozstrzygnąć na swoją korzyść. Początek jednak tego nie zwiastował. Już w 6 minucie rywale wyszli na prowadzenie po błędzie Tomaszewskiego i bramce Ali Parwina. Do końca pierwszej części gry wynik nie uległ zmianie. Trzecia drużyna świata przegrywała z Iranem. Górski w szatni tym razem wykazał się stoickim spokojem i zwrócił się do podopiecznych: ,,Może to i lepiej, jeśli zakończymy karierę, zamiast się dłużej męczyć”. Grzegorz Lato odpowiedział, że naprawdę się starają i bardzo chcą wygrać. Reszta drużyny potwierdzała te słowa, ale jednocześnie sprawiali wrażenie przygnębionych i zawstydzonych. Wreszcie zabrał też głos kapitan Kazimierz Deyna: ,,Panowie, daję wam i sobie też, kwadrans czasu na odwrócenie wyniku. Czy wy sobie możecie wyobrazić porażkę z Iranem? Na drugą odsłonę zawodnicy wyszli odmienieni. Dodatkowo mógł podziałać na nich fakt, że w przerwie odbyła się dekoracja zwycięzców pięcioboju nowoczesnego. Złoto zdobył Janusz Pyciak-Peciak, a piłkarze mieli przyjemność wysłuchania naszego hymnu. Już trzy minuty po wznowieniu gry wyrównaliśmy po golu Szarmacha. Minęły kolejne trzy minuty i Deyna wyprowadził nas na prowadzenie. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Wydawało się, że worek z bramkami się rozwiązał, ale na kolejne trafienie musieliśmy poczekać do 75 minuty. Sytuacja była opanowana i wystarczyło dowieźć wynik do końca meczu. Ale Iran wcale nie miał zamiaru się poddawać. Na jedenaście minut przed końcem kolejny błąd Tomaszewskiego wykorzystał Hassan Rowshan. Zaczęła się nerwowa końcówka. ,,Przez te jedenaście minut napędzili nam stracha. Nerwówka straszna, bo oni nie mieli przecież nic do stracenia. Parli do przodu, a my wybijaliśmy piłkę na oślep, byle dalej od bramki. Nie spodziewaliśmy się, że mogą stawić taki opór! Fizycznie wyglądali przy nas jak dzieci. Byli niscy, drobni i delikatnie zbudowani, ale szybcy jak wiatr i skoczni jak kangury. Niektórzy przeskakiwali nawet Gorgonia! Najprzytomniej zachowywał się chyba Deyna. W tej końcówce to on potrafił przytrzymać piłkę i trochę to wszystko uspokoić”– opowiadał Szarmach. Trener nie był jednak zadowolony z gry naszych reprezentantów. Nie mógł być. Nie omieszkał poinformować o tym zawodników. Nie wskazał kozła ofiarnego, nikogo nie wytykał palcem, tylko skrytykował wszystkich równo. Dopiero kiedy wszystko na spokojnie przemyślał i przeanalizował, przychodził i przedstawiał wnioski zawodnikom. Każde jego słowo było jak ciężki nokaut. Wiedzieliśmy, że żarty się skończyły”– wspominał Szarmach. W ćwierćfinale naszym rywalem była Korea Północna. Azjatów prowadził bohater mistrzostw świata z 1966 r. Pak Doo Ik. To on strzelił zwycięską bramkę w pamiętnym meczu z Włochami, czym Koreańczycy zapewnili sobie awans z grupy. Tym razem na boisku nie mógł się pojawić i z ławki musiał patrzeć na bezradność swoich piłkarzy. Męskie rozmowy przeprowadzone przez naszego selekcjonera przyniosły wreszcie oczekiwany skutek i wygraliśmy 5:0. Prowadzenie objęliśmy już w 13 minucie. Graliśmy szybciej i dokładniej niż w poprzednich meczach. Większą wagę przykładali też do uważnego krycia rywali. Nie był to jeszcze występ na miarę oczekiwań, ale na tle niewymagającego rywala nasza gra wyglądał przyzwoicie. Przypomnieliśmy sobie wreszcie o grze skrzydłami. Odblokował się Grzegorz Lato. Król strzelców ostatniego mundialu zdobyciem bramki z Koreą zakończył serię jedenastu występów w narodowych barwach bez strzelonego gola. Pierwsze trafienie w reprezentacji zaliczył Antoni Szymanowski. Wysokie zwycięstwo nie przysłoniło jednak niedostatków. Ciągle brakowało trzeciego szybkiego napastnika. Sporo ożywienia w nasze szeregi wprowadzili rezerwowi. Zwłaszcza Roman Ogaza, dla którego był to jedyny występ na igrzyskach, popisał kilkoma udanymi zagraniami.

,,Trener stawiał na Szarmacha i Latę i trudno mu się dziwić. Od początku wiedziałem, że jadę do Kanady bardziej na wycieczkę niż do gry. Ale przecież wystąpiłem w meczu z Koreą… Był to bardzo przyjemny okres. Zostałem znakomicie przyjęty przez reprezentantów, było tam dużo chłopców ze Śląska, bardzo miła atmosfera”– wspominał występ na igrzyskach w rozmowie z Leszkiem Orłowskim dla Piłki Nożnej Plus w kwietniu 1998 r. W półfinale stanęła naprzeciw nam reprezentacja Brazylii. Ta sama, którą w trakcie okresu przygotowawczego pokonaliśmy w Chorzowie 3:0. Mecz rozgrywaliśmy w Toronto, a połowę z ponad 20 tys. kibiców stanowiła miejscowa Polonia. Obie drużyny znały się dobrze z czerwcowego spotkania, więc o żadnym zaskoczeniu z którejś ze stron, nie mogło być mowy. Od początku oba zespoły grały bardzo uważnie w obronie, starając się nie popełniać kosztownych błędów. Stawka spotkania była wszak wysoko, zwycięzca miał już zagwarantowany medal olimpijski. To był nasz czwarty mecz w turnieju. Wszyscy pamiętali, że w czwartych spotkaniach zarówno w monachijskim turnieju, jak i na mundialu, mieliśmy spadek formy. Tym razem te obawy nie znalazły potwierdzenia w boiskowej postawie, choć do przerwy utrzymywał się wynik 0:0. Kilka minut po przerwie na prowadzenie wyprowadził nas niezawodny Andrzej Szarmach. Od tego momentu gra się ożywiła, a nasi napastnicy coraz częściej zaczęli gościć w polu karnym rywali. Odważniej grali też boczni obrońcy, którzy często włączali się do akcji ofensywnych. Canarinhos jednak nie dawali za wygraną i starli się doprowadzić do wyrównania. Na osiem minut przed końcowym gwizdkiem po raz drugi do siatki przeciwników trafił Szarmach i stało się jasne, że to biało-czerwoni zagrają o złoto. ,,To nie była drużyna gwiazd, ale amatorów, takich prawdziwych, nie udawanych, jak my. Nie było jednak między nami wielkiej różnicy. Brazylijczycy grali ambitnie i solidnie, ale przegrali. Częściowo przeze mnie, bo znowu trafiłem dwa razy”– opisywał strzelec obu bramek w tym spotkaniu. W starciu o złoty medal Igrzysk XXI Olimpiady naszym przeciwnikiem była drużyna NRD. Nasi zachodni sąsiedzi w drodze do finału w pokonanym polu zostawili Hiszpanię z młodym Luisem Arconadą, Francję z będącym u progu wielkiej kariery Michelem Platinim czy ekipę ZSRR z Ołehem Błochinem w składzie. Rywali mieli więc odrobinę solidniejszych niż Polacy. Mecz został zaplanowany na 21 lipca, na godzinę 21:30. Dzień wcześniej bohaterami olimpijskich zmagań zostali polscy siatkarze, którzy po fenomenalnym meczu pokonali ZSRR i zdobyli złote medale. W dniu finału kolejne złote krążki do polskich zdobyczy dorzucili rewelacyjny Jacek Wszoła w skoku wzwyż i Jerzy Rybicki w boksie. Zawodnicy różnych dyscyplin dopingowali siebie nawzajem i przeżywali swoje występy. Nie inaczej było z piłkarzami. ,,Prawdę powiedziawszy, znacznie mocniej przeżyliśmy występy mieszkających obok nas siatkarzy. Grali rewelacyjnie, a dla nich olimpiada jest wykładnikiem, kto jest najlepszy na świecie. To, co prezentowali, to była fantazja. Chodziliśmy wspierać ich dopingiem. Także niesłychanie przeżywałem udany występ Jacka Wszoły na skoczni wzwyż. W porównaniu z Monachium sprzed czterech lat bardziej interesowaliśmy się innymi, niż sobą”– wspominał Grzegorz Lato w książce Macieja Polkowskiego „Lato”. Po tych dokonaniach polskich sportowców kibice oczekiwali kolejnego złota. Kiedy cztery lata wcześniej Polacy zameldowali się w olimpijskim finale, wydawało się to wręcz nieprawdopodobne. W Montrealu po wcześniejszych sukcesach nie było już takich emocji. Wielu twierdziło, że skoro weszliśmy już do finału, to spokojnie go wygramy. Niestety przed pierwszy gwizdkiem nie wszystko przebiegało tak, jak powinno. Do sztabu dotarła informacja, że mecz ma zacząć się kilka godzin wcześniej. Kadra więc pojechała na stadion, zawodnicy przebrali się i wyszli na rozgrzewkę.

,,A tu zamiast Niemców widzimy puste trybuny, zryte boisko i poustawiane przeszkody do zawodów hipicznych. Okazało się, że dzień wcześniej w tym miejscu odbywał się konkurs w ujeżdżaniu i panował ogromny bałagan. (…) Po jakimś czasie na murawę wjechała ciężarówka z pisakiem. Raz dwa zasypano wszystkie dziury, a potem te miejsca pomalowano zieloną farbą, żeby boisko dobrze wyglądało w telewizji”– wspominał Andrzej Szarmach. Polacy siedzieli dwie godziny w szatni bez żadnych informacji. Nie wiedzieli, co się dzieje, o której w końcu zaczyna się spotkanie. Chodzili z kąta w kąt i nie wiedzieli co ze sobą robić. O koncentracji, która w tak ważnym meczu jest niezbędna, można było zapomnieć. Na domiar złego krótko po tym, jak wyszli w końcu na rozgrzewkę, niedyspozycję zgłosił Jerzy Gorgoń, który tłumaczył się bólem krzyża. Polska reprezentacja rozkręcała się z meczu na mecz, ale przez cały ten bałagan przed pierwszym gwizdkiem byli rozbici i rozkojarzeni. Mieli pretensje do działaczy, że nikt nic nie wiedział. Niemcy nie pomylili godziny rozpoczęcia spotkania. Przyjechali punktualnie i chcieli się zrewanżować za porażkę sprzed czterech lat. Byli pewni siebie i wiedzieli, co mają robić, żeby wygrać. ,,Tamtego deszczowego dnia, gdy rozpoczynał się finał, spostrzegłem duże zdenerwowanie w polskim zespole. Mieliśmy więc przewagę psychiczną, a to w futbolu może zadecydować o przewadze fizycznej. Oczywiście filmowaliśmy Polaków wiele razy, sam byłem na spotkaniu z Brazylią w Chorzowie, a moi wysłannicy oglądali inne gry polskiej drużyny. Uważam, że jest ona lepsze niż poziom waszych występów na igrzyskach”– mówił później trener drużyny NRD Georg Buschner. Kibice zgromadzeni na trybunach Stadionu Olimpijskiego w Montrealu był świadkiem prawdziwej lekcji futbolu, jakiej udzielili nam Niemcy. Narzucili niesamowite tempo gry a w naszą obronę wchodzili jak w masło. Nie minął jeszcze kwadrans a rozkojarzeni Polacy przegrywali już 0:2, po bramkach Hartmuta Schade i Martina Hoffmanna. Zastępujący Gorgonia Henryk Wieczorek nie był przygotowany psychicznie do tak ważnego meczu, nie zdążył nawet zmienić butów i początkowo musiał grać w lankach, w których nie czuł się zbyt pewnie. Stracone bramki najbardziej chyba obciążają Tomaszewskiego. Bohater z Wembley był bez formy i kompletnie stracił pewność siebie. Wkrótce po stracie drugiego gola poprosił o zmianę. ,,Twierdził, że boli go brzuch, ale wydaje mi się, że mógł się wystraszyć, spalić psychicznie. Często tak robił, gdy sytuacja wymykała mu się spod kontroli”– opowiadał Szarmach. Na boisku zastąpił go Piotr Mowlik. Polacy otrząsnęli się z szoku i wzięli się do pracy. Sprawialiśmy coraz więcej kłopotów niemieckiej obronie, ale fantastycznie dysponowany był Jürgen Croy. Do przerwy jednak wynik nie uległ zmianie. W drugiej połowie Polacy zdołali strzelić kontaktowego gola. Na pół godziny przed końcem po dośrodkowaniu z rzutu rożnego piłkę do bramki skierował Grzegorz Lato. Odżyły nadzieje kibiców i wydawało się, że wyrównanie jest kwestią minut. Polacy przeważali, ale nie byli w stanie strzelić drugiej bramki. Szarmach wspominał, że ani w głowach, ani w nogach nie było nic. Nic nie był w stanie poradzić na to Kazimierz Górski. Miał jeszcze jedną zmianę, ale nie zdecydował się jej wykorzystać. Na kilka minut przed końcem nasze szanse ostatecznie pogrzebał Reinhard Hafner, który ustalił wynik meczu na 3:1. NRD pokonało nas naszą własną bronią – świetnie grali skrzydłami i wyprowadzali bardzo groźne kontry. Trener Górski zapytany, czy widział szansę na zwycięstwo, odpowiedział: ,,Tak. Gdyby powtórzono mecz następnego dnia, jestem przekonany, że nasza drużyna, w formie, w jakiej była, rozstrzygnęłaby pojedynek na własną korzyść. Czy w tym powtórzonym spotkaniu zmieniłbym taktykę? Nie. Nie zawiodły bowiem założenia taktyczne, lecz ich realizacja. Zawiodła dyscyplina taktyczna wykonywanych zadań szczególnie w grze defensywnej. W takim meczu i z takim przeciwnikiem można popełnić jeden błąd, stracić jedną bramkę, bo to jest jeszcze możliwe do odrobienia. Jednak nie więcej. Przeciwnik potrafi grać i był dobrze przygotowany do pojedynku. Zniwelowanie różnic dwóch bramek(jak się okazało) było niemożliwe”. Grzegorz Lato, który przedłużył swoją bramką nasze nadzieje na doprowadzenie do wyrównania, twierdzi, że zawodnikom zabrakło motywacji i ambicji. Nie dali z siebie wszystkiego. ,,Prawie wszyscy przed meczem byli już z powrotem w domach, bo mieli zapewniony srebrny medal i była pełnia szczęścia. Muszę powiedzieć, że do niektórych kolegów mam żal, pretensję, że mając szansę po raz drugi wywalczyć mistrzostwo olimpijskie, uznali że srebrny medal, to i tak coś, i wystarczy. No, tak nie może być w sporcie. Dopóki istnieje szansa sięgnięcia po złoty medal czy pierwsze miejsce w czymkolwiek to trudno, trzeba do końca grać i o to walczyć. Nawet przegrywając 0:2, mogliśmy spokojnie zremisować. A przy remisie może być różnie. Powiem dosadnie: niektórzy stchórzyli!”– wypowiadał się na łamach książki Macieja Polkowskiego.

Srebrny medal w porównaniu ze złotem siatkarzy wypadł blado. W kraju odebrano go jako porażkę, na kadrę spadła krytyka. Pisano, że piłkarze się do niczego nie nadają, że są wypaleni i trzeba dać szansę młodemu pokoleniu. Patrząc jednak na formę reprezentacji w okresie poprzedzającym igrzyska, to drugie miejsce na igrzyskach można odczytywać jako sukces. Choć trzeba uczciwie powiedzieć, że pierwszym silnym rywalem, z jakim przyszło nam się zmierzyć, była dopiero reprezentacją NRD. Być może gdyby do Kanady Górski zabrał młodych, utalentowanych zawodników, kosztem starych wyjadaczy, wynik byłby inny. Ale to tylko wróżenie z fusów. W swoich wspomnieniach przyznał, że po igrzyskach żałował, że nie odszedł po mundialu w RFN. Sam dostrzegał błędy, jakie popełnił w prowadzeniu drużyny. ,,To ja przede wszystkim zawiodłem, jako opiekun i wychowawca. Wolałem nie ryzykować, tasując i rozdając te same „karty”. Zawodnicy wyczuwali moją niepewności, była im w jakimś stopniu na rękę, stali się wygodni, wyrachowani. To był drugi powód naszej wspólnej porażki. Ale pierwszy tkwił we mnie. Po prostu się wypaliłem, przeżyłem swoje dni a mimo to pozostawałem nadal na stanowisku szefa reprezentacji. O dwa lata za długo”– winił się na łamach książki „Pół wieku z piłką”. Po powrocie do Polski na Okęciu nie witały ich tłumy. Pojawiła się tylko garstka kibiców, krewni i kilku dziennikarzy. Dodatkowo na piłkarzy czekała bardzo niemiła niespodzianka. ,,Na lotnisku Okęcie nas, było nie było, srebrnych medalistów, potraktowano jak przemytników. Jakbyśmy Bóg wie co przywozili. Był cyrk. Wzięto na rewizję osobistą co drugiego, bo ktoś, gdzieś „podkablował”, że przewozimy jakieś towary. Okazało się to wierutną bzdurą. Za srebrny medal dostaliśmy po niecałe osiemset dolarów, plus kieszonkowe i każdy coś tam sobie kupił, dla żony, dla dzieci, znajomych. A nas potraktowano jak bandę rzezimieszków przewożących narkotyki, czy nie wiadomo co”– opisywał powrót do kraju Grzegorz Lato. Jeszcze przed wylotem do Montrealu stało się jasne, że trener Górski opuści reprezentację. Wiedział, jaka jest atmosfera wokół kadry i jego osoby. Wiedział, że jego przeciwnicy mają cudowne recepty na uzdrowienie naszej narodowej drużyny. 9 sierpnia na łamach katowickiego Sportu ukazało się jego oświadczenie: ,,Pragnę oddać pałeczkę młodemu szkoleniowcowi. Po ostatnich perypetiach ze zdrowiem nie czuję się już na siłach do prowadzenia dalszej pracy z naszą kadrą. Stąd decyzja – żegnam reprezentację”. Opiekę nad kadrą przekazał Jackowi Gmochowi. Był przekonany, że trafia w dobre ręce. Zdania nie zmienił po mundialu w Argentynie, choć po odejściu Gmocha z reprezentacji nie łączyły ich przyjazne relacje. Twórca banku informacji wielokrotnie krytycznie wypowiadał się na jego temat, ale pan Kazimierz nie miał mu tego za złe i życzył mu jak najlepiej. Król strzelców turnieju w Montrealu Andrzej Szarmach właśnie w osobie Jacka Gmocha upatruje przyczyn rezygnacji Górskiego. ,,Kazio wielu ludziom zawadzał. Nie był partyjny, a w kadrze kilku chłopaków pisało raporty Służbie Bezpieczeństwa. Jeden z nich sam się przyznał i bardzo go za tę odwagę cenię. Reszta, mimo że kablowała na potęgę, siedzi cicho do tej pory. Gmoch był w partii i miał tam swoich ludzi. Czekał, żeby zająć miejsce Górskiego i się doczekał”– oceniał Szarmach w swojej biografii. Odejście trenera Górskiego zakończyło pewną epokę w dziejach naszego piłkarstwa. Trzykrotnie wprowadził naszą reprezentacją na duże turnieje i za każdym razem wracał z medalem. Przez sześć lat pracy z kadrą drużyna pod jego wodzą rozegrała 73 spotkania. Odniosła w nich 45 zwycięstw. 12 razy padał remis, a 16 razy schodziła z boiska pokonana. Nadchodził nowy czas. Czas Jacka Gmocha i jego filozofii prowadzenia kadry. Zbliżały się eliminacje do mistrzostw świata w Argentynie a kibice liczyli, że odegramy tam nie mniejszą rolę niż w RFN.

9

@FCBparasiempre
Po zdobyciu złotego medalu na igrzyskach w Monachium i srebrnego na mistrzostwach świata w 1974 r., z polską reprezentacją zaczęto się coraz bardziej liczyć na świecie. Wszyscy uczyli się wymowy nazwisk naszych piłkarzy a w prasie zagranicznej próżno było szukać tytułów takich, jak przed meczem na Wembley. Pokazaliśmy, że potrafimy grać w piłkę. Kolejnym krokiem po mundialu w RFN miały być mistrzostwa Europy. Niestety eliminacje nie poszły po naszej myśli i musieliśmy obejść się smakiem. Wielkimi krokami zbliżały się jednak igrzyska olimpijskie w Montrealu, gdzie jechaliśmy z ambicjami obrony mistrzowskiego tytułu. Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do eliminacji mistrzostw kontynentu. Zaczynały się we wrześniu 1974 r. meczem z Finlandią. Wcześniej, bo w lipcu zorganizowano Turniej XXX-lecia PRL, w którym polska drużyna grała jako reprezentacja Warszawy. Wygraliśmy z Rumunią i wyraźnie przegraliśmy z ZSRR. Te drużyny wystąpiły odpowiednio jako Bukareszt i Moskwa. Skład był oparty na zmiennikach pierwszej reprezentacji i uzupełniony graczami z szerszego zaplecza. We wrześniu grali już jednak bohaterowie z niemieckich boisk. Pojedynek z Finlandią w Helsinkach wygraliśmy, ale gra kadry zaczęła się rozjeżdżać. Trener wspominał, że niekończące się uroczystości, powitania i podziękowania nie pomagały w odpowiedniej koncentracji. Jak zwykle swoje trzy grosze wtrącili działacze. Mimo protestów Górskiego, trzy dni po starciu z Finlandią zaplanowali sparing z NRD, a kolejne trzy dni później sprawdzian z Francją. W ciągu tygodnia zawodnicy zagrali trzy spotkania, zaczęli w Helsinkach, potem zatrzymali się w Warszawie, a kończyli we Wrocławiu. Oba towarzyskie mecze przegraliśmy. We wrześniu na głowy kadrowiczów wylał się kubeł zimnej wody – skądś to znamy prawda? Po przeprowadzeniu paru zmian personalnych wydawało się, że kryzys został zażegnany. Do końca roku już nie przegraliśmy. Górski jednak zastanawiał się nad swoją przyszłością. Miał oferty z polskich klubów, otrzymał też propozycję z berlińskiej Herthy. Oczywiście nie mógł tak po prostu złożyć dymisji i wyjechać. Mieliśmy przecież różowe lata siedemdziesiąte. Zwrócił się do władz z prośbą o wyjazd. Rozmowy z szefującym PZPN Janem Majem i prezesem Polskiej Federacji Sportu Stanisławem Nowosielskim nie przyniosły jednak rezultatu. Do włodarzy nie trafiała argumentacja trenera, że zmiana jest potrzebna zarówno jemu, jak i kadrze. ,,Nie teraz. Wrócimy do tematu po rozgrywkach o mistrzostwo Europy”– jasno postawił sprawę Nowosielski. Trener grzecznie podziękował więc niemieckiemu klubowi i zajął się przygotowaniami do nadchodzących meczów. Na zimowe sparingi do Grecji i Jugosławii pojechał jednak Andrzej Strejlau. Górski musiał zostać w szpitalu z powodu swoich problemów ze stawami. Próbowano nowych rozwiązań i nazwisk, ale sprawdziany nie wypadły najlepiej. Kolejne wyjazdy, tym razem do RFN i Szwajcarii również stały pod znakiem eksperymentów kadrowych. Brakowało w nich Gadochy, który grał już we francuskim Nantes. Kiedy pojawił się w kadrze przed meczem z Włochami, koledzy mu zazdrościli. Sami zastanawiali się, kiedy oni dostaną szansę. Liczyli w głowach, ile mogliby zarobić. Nie wpływało to dobrze na atmosferę. Mecz z Włochami przypominał piłkarskie szachy, obie drużyny zagrały asekurancko. Nastawiliśmy się na grę z kontry, ale Włosi wcale nie mieli ochoty przejąć inicjatywy. Bezbramkowy remis przyjęto z ostrożnym optymizmem. ,,Włosi chętnie oddawali Polakom pole, a Polacy nie kwapili się z przejęciem inicjatywy. Jedna i druga strona najwięcej uwagi poświęciły obronie bramkowego przedpola i nawet kiedy przeszły do natarcia, wciąż miały przede wszystkim na uwadze własną strefę obronną. A przecież nie można iść naprzód z głową odwróconą do tyłu”– relacjonował ,,Kicker”.

W majowym meczu z NRD udało nam się zrewanżować za ostatnią porażkę. Dodatkowo pozytywnie zaprezentował się Joachim Marx. Górski zastanawiał się, czy na stałe nie wstawić go do ataku obok Laty i Szarmacha. Latem kadra wybrała się na tournée do USA i Kanady. W kraju podawano w wątpliwość zasadność tego wyjazdu. Forma narodowej drużyny pozostawiała wiele do życzenia. Do tego wyszła na jaw afera pociągowa z Szarmachem i Gorgoniem w rolach głównych. Poza tym Stany Zjednoczone i Kanada nie były wymagającymi przeciwnikami i po spotkaniach z nimi trudno było oceniać naszą aktualną dyspozycję przed jesiennymi decydującymi starciami w eliminacjach. Wygraliśmy wszystkie spotkania. Zarówno oficjalne z USA i dwukrotnie z Kanadą (4:1 i 7:1), jak i z drużynami klubowymi, z których najbardziej chyba musieliśmy się starać w starciach z Universidad Guadalajara. Można pokusić się o stwierdzenie, że taki wyjazd nie był nikomu potrzebny, bo rywale nie zmusili nas do większego wysiłku. Górski jednak miał okazję popróbować różnych wariantów taktycznych, sprawdzić kilka nowych nazwisk. Na początku września zagrano jeszcze kontrolny mecz z Hannoverem, który też wygraliśmy. 10 września oczy wszystkich kibiców skierowane były na Stadion Śląski. Na chorzowskim obiekcie zagraliśmy znakomite spotkanie z Holandią. Cały pojedynek zasługuje na osobny tekst, ale trzeba napisać, że był to jeden z najlepszych meczów, jakie rozegrała kadra Górskiego. Wicemistrzowie świata byli bezradni i przegrali aż 1:4. ,,Mecz w Chorzowie był moim ostatnim wielkim sukcesem w charakterze selekcjonera kadry narodowej. I chociaż miałem jeszcze przed sobą srebrny medal olimpijski, nie waham się tego powtórzyć: 4:1 z Holandią ma prawo stanąć obok zwycięstw z ZSRR i Węgrami na Igrzyskach, z Anglią w Chorzowie, wreszcie z Argentyną, Włochami i Brazylią na mistrzostwach świata. Naprawdę wielki mecz, niezależnie od tego, że „Pomarańczowi” zaprezentowali się w nieco słabszej formie, a błędy ich stoperów ułatwiły nam uzyskanie bramek”– twierdził trener w książce „Pół wieku z piłką”. Od tego momentu było już tylko gorzej. Co prawda z wygraliśmy jeszcze towarzysko z Węgrami, ale już rewanż w Amsterdamie kompletnie nam nie wszedł. Po spotkaniu w Chorzowie wydawać by się mogło, że skoro w takim stylu rozjechaliśmy Holendrów, to eliminacje są już wygrane. Nic bardziej mylnego. Pomarańczowi mimo wysokiej porażki nie stracili szans na awans i przystąpili do rewanżu niesamowicie zmotywowani i zdeterminowani. Polski zespół nie istniał, przegrał wyraźnie 0:3. Być może z Gorgoniem, który ciągle był jeszcze zawieszony, byłoby inaczej, ale przecież futbol to gra zespołowa. Po bezbramkowym remisie z Włochami ostatecznie pogrzebaliśmy swoje szanse na awans. Trzeba przyznać, że odpadliśmy zasłużenie. Atmosfera była kiepska. Nawet chorzowski triumf nie podniósł niskiego morale. ,,Mimo zwycięstwa nad Holandią w Chorzowie nastrój w drużynie się nie poprawił. Serdeczna, pełna szczerości i wzajemnego zaufania atmosfera, która była jednym z istotnych, o ile nie decydującym czynnikiem osiągnięć wpierw na igrzyskach, a potem na mistrzostwach świata, nie powróciła”– wspominał Górski. Rok wcześniej słusznie uważał, że drużyna potrzebuje nowego impulsu, że zawodnicy za bardzo obrośli w piórka. Mylili się ci, którzy myśleli, że kryzys był chwilowy. Jako mistrz olimpijski udział w Montrealu mieliśmy zagwarantowany. Pierwsza połowa olimpijskiego roku była fatalna. W lutym tradycyjnie udano się na zagraniczne zgrupowanie. Tym razem wybór padł na Hiszpanię. Niestety Kazimierz Górski znowu musiał udać się do szpitala i nie mógł nadzorować pracy na obozie. Wcześniej kadrę opuścił Andrzej Strejlau, który jednak wróci na igrzyska, więc na Półwyspie Iberyjskim piłkarzami kierował Ryszard Kulesza. Wieści nie były jednak najlepsze. Warunki były co prawda dobre, ale po zwycięstwach z Betisem i Málagą przyszła kolej na porażkę z drugoligowym wówczas Deportivo La Coruña. Nie nastrajało to optymistycznie przed marcowym spotkaniem z Argentyną. Prowadził ich César Luis Menotti, a w ataku zaczynał błyszczeć Mario Kempes. W składzie mieli kilku świetnych graczy: Jorge Mario Olguin, Alberto Tarantini, Américo Gallego, czy będący jeszcze wtedy rezerwowymi René Houseman i Osvaldo Ardiles. Wszyscy oni dwa lata później zdobędą mistrzostwo świata. W Chorzowie wygrali 2:1. Górski wobec słabszej postawy niektórych podstawowych zawodników szukał nowych nazwisk. W meczu tym zadebiutowali Zbigniew Boniek, Janusz Kupcewicz czy Paweł Janas. Warto jeszcze wspomnieć, że strzelcem bramki dla Polski był Kazimierz Kmiecik – jak podaje Encyklopedia FUJI, był to pierwszy gol zdobyty bezpośrednio z rzutu rożnego i trafienie nr 600 w historii reprezentacji. ,,Niektórzy ze „srebrnej” drużyny uwierzyli w swe niepodważane mistrzostwo, w lidze brylowali, więc po co nadal ciężko pracować, odmawiać sobie nawet drobnych przyjemności? Może byłem zbyt miękki wobec objawów wygodnictwa, nader długo tolerowałem fetowanie trzeciego miejsca, nie biłem na alarm, widząc, jak trwoni się dorobek kilku lat, ograniczając się do delikatnej perswazji”– zastanawiał się Górski w „Pół wieku z piłką”. Po porażce z Argentyną przyszła kolej na spotkania z Francją, Grecją i Szwajcarią. Wszystkie graliśmy na boiskach rywali i wszystkie przegraliśmy, choć każde w innych okolicznościach.

,,O porażce z Francją rozstrzygnęła właściwie samobójcza bramka Wawrowskiego. W Atenach, w momencie największej naszej przewagi strzelano nam jedynego gola. W Szwajcarii, no cóż, zirytowany denerwującym pasmem niepowodzeń wystawiłem eksperymentalny skład z Szymanowskim na środku obrony, Kmiecikiem w drugiej linii, Ćmikiewiczem w ataku, do tego Ogazę u boku rutynowanego Laty. I nic z tego nie wyszło”– opowiadał trener w cytowanej książce. Porażka z Irlandią na stadionie Warty była piątą z rzędu i siódmym meczem z kolei, w którym nie potrafiliśmy wygrać. Do igrzysk pozostawały dwa miesiące. W kraju toczyła się dyskusja nad przyczynami słabej formy kadrowiczów. Od kilku miesięcy z trenerem Górskim współpracował Ryszard Kulesza i to on stał się kozłem ofiarnym. W czerwcu, po zakończeniu zmagań ligowych do pracy z reprezentacją powrócił Andrzej Strejlau. Razem z kadrą pojedzie do Montrealu a zabraknie miejsca właśnie dla Kuleszy. Ostatnim etapem przygotowań było zgrupowanie w Zakopanem. Czasu, żeby odnaleźć formę i odpowiednią motywację było jednak coraz mniej. ,,Zastanawiałem się jak postąpić, by obronić olimpijskie złoto: oprzeć się na doświadczonych rutyniarzach licząc, że w obliczu najważniejszych zadań wzniosą się ponownie na wyżyny swego kunsztu, czy zaryzykować wystawiając nowych? Przyznaję, że chwilami byłem bezradny, nie znajdując odpowiedzi na nękające mnie pytania. A może zabrakło mi odwagi? Miałem pretensje do zawodników, że nie są już ci sami co w roku 1973 i w pierwszej połowie 1974. A ja też nie byłem ten sam, chwiejny i niezdecydowany, łatwo ulegający nastojom i wpadający bez powodu w złość, spięty i poddenerwowany. Gdzie podziała się moja taka chwalona, niezmącona niczym, pogoda ducha? Uleciała wraz z formą reprezentacji. Do tego wszystkiego doszedł stan zdrowia i nękające mnie ustawicznie bolesne dolegliwości”– analizował szkoleniowiec w swoich wspomnieniach. Obóz przygotowawczy pod Tatrami był ostatnią szansą na odnalezienie właściwej dyspozycji. Zakopane było dla nas szczęśliwym miejscem. To tutaj szlifowaliśmy formę przed mistrzostwami świata i przed igrzyskami w Monachium. Po tym, jak z pracą w kadrze pożegnał się Jacek Gmoch, osobą odpowiedzialną za bank informacji został Bernard Blaut. Treningi były ciężkie, wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że nie może być mowy o taryfie ulgowej. Jeśli chcieli odnieść sukces w Kanadzie, to musieli dawać z siebie wszystko. Po sparingach z Hutnikiem, reprezentacją Popradu i Garbarnią przyszła pora na starcie z Brazylią… amatorską. Polska wreszcie wygrała mecz międzypaństwowy, choć przeciwnik nie był z najwyższej półki. W prasie pisano, że po beczce piołunu wreszcie łyżka miodu. Wygraliśmy 3:0. Spotkaniem z Brazylią zapoczątkowano cykl meczów kontrolnych, które rozgrywaliśmy co dwa dni. Miało to naszych kadrowiczów odpowiednio przygotować do intensywności spotkań na igrzyskach. 2 lipca zaplanowano pojedynek z Vojvodiną Nowy Sad. Podróż do Krakowa, gdzie rozgrywano mecz, zaczęła się pechowo dla Jerzego Gorgonia. Potknął się na schodach, jak wsiadał do autokaru i rozciął sobie palec u nogi, przekreślając szanse na występ w tamtym spotkaniu. Urazy dokuczały też Zygmuntowi Maszczykowi i Wojciechowi Rudemu. Praktycznie każdy na coś narzekał. Całkowicie zdrowi byli jedynie bramkarz Piotr Mowlik i napastnicy Roman Ogaza i Jan Benigier. Ciekawostką jest fakt, że miejsce Janusza Garlickiego zajął nowy lekarz. Był nim Witold Stelowski, który na zgrupowanie przyjechał zraniony kosiarką w swoim przydomowym ogródku. Mecz z jugosłowiańską drużyną zremisowaliśmy 4:4 a Antoni Szymanowski wspomniał, że nie pamięta, kiedy Górski tak źle wyrażał się o zawodnikach. Ostatnim sprawdzianem było starcie z krakowską Wisłą. Wygraliśmy 4:0 i po krótkich wizytach w domach drużyna wyleciała za ocean. Po serii meczów kontrolnych i czasie przepracowanym na zgrupowaniu zaszczytu reprezentowania naszego kraju na igrzyskach dostąpiło 17 zawodników. Byli to: Jerzy Gorgoń, Andrzej Szarmach i Henryk Wieczorek (wszyscy Górnik), Lesław Ćmikiewicz, Kazimierz Deyna i Piotr Mowlik (wszyscy Legia), Jan Benigier i Zygmunt Maszczyk (obaj Ruch), Henryk Kasperczak i Grzegorz Lato (obaj Stal Mielec), Kazimierz Kmiecik i Antoni Szymanowski (obaj Wisła), Roman Ogaza (GKS Tychy), Jan Tomaszewski (ŁKS), Henryk Wawrowski (Pogoń) i Władysław Żmuda (Śląsk). Zbigniew Boniek, który bardzo liczył na występ, znalazł się tylko na liście rezerwowych.

Kanadyjskie igrzyska były pierwszymi, w których ruch olimpijski tak poważnie mierzył się z bojkotem. Z zawodów wycofało się większość krajów afrykańskich. Był to protest przeciw niewykluczeniu z igrzysk ekipy Nowej Zelandii, której reprezentacja w rugby złamała międzynarodową izolację uprawiającej politykę apartheidu Republiki Południowej Afryki i odbyła tournée po tym kraju. Dla turnieju piłkarskiego oznaczało to brak zespołów z Ghany, Nigerii i Zambii. Było już za późno, żeby dokooptować ewentualnych zastępców i w ten sposób w grupach A, C i D grały tylko trzy drużyny. W wyniku przeprowadzonego 24 maja losowania Polacy znaleźli się w grupie C. Naszymi rywalami miały być Iran, Nigeria i Urugwaj. Pierwsze spotkanie, które było jednocześnie meczem otwarcia, rozgrywaliśmy jednak z Kubą. Skąd się wzięła? Urugwaj już po losowaniu wycofał swój zespół, jego miejsce zaproponowano Argentynie, która odmówiła. Podobnej propozycji nie przyjęła również Kolumbia. Udział w igrzyskach zaproponowano więc Kubańczykom. Mogło się wydawać, że mając w grupie takich rywali jak Iran czy Kuba, wygramy z nimi z zawiązanymi oczami. Okazało się jednak, że w starciu z mistrzami olimpijskimi nasi rywale będą chcieli się pokazać z jak najlepszej strony. Już pierwszy mecz z Kubańczykami przyniósł wielkie rozczarowanie, żeby nie powiedzieć sensację. Zespół, który ostatni raz grał na dużej imprezie w 1938 r., postawił nam bardzo twarde warunki. Wszystkie akcje naszej drużyny kończyły się na bramkarzu Kuby albo na strzałach w aut. Polacy bili głową w mur, dużo było niedokładności i nerwów, mimo że na przedmeczowym treningu wszystko niby wyglądało w porządku. W przerwie Górski z trudem zdołał się opanować i spokojnie zwrócił zawodnikom uwagę, żeby realizowali założenia taktyczne i grali dokładniej i celniej. Zauważył też, że nie widział ani jednej składnej akcji w naszym wykonaniu, mimo że rywal nie był przecież najwyższej klasy. Swoje trzy grosze wtrącił też prezes PZPN: ,,Panowie, miejsce przynajmniej wzgląd na królową angielską, która po uroczystości otwarcia, specjalnie została na meczu, by podziwiać zwycięzców Anglików. Książę małżonek wyraził życzenie uściśnięcia dłoni po zwodach trenerowi i kapitanowi drużyny, jak się obaj Kazie pokażą mu na oczy? Siedzę niedaleko koronowanych głów w loży honorowej, rumieniąc się za was ze wstydu. Jeśli już nie dbacie o moje serce, bliskie zawału, to przynajmniej królowej oszczędźcie tego pożałowania godnego widowiska! – starał się wpłynąć na piłkarzy Jan Maj. W drugiej połowie obraz gry się nie zmienił. Cały czas brakowało dokładności. Kiedy wprowadzono na boisko Roberto Pereirę, to nasi zawodnicy mieli jeszcze więcej problemów z rywalami. Świetnie zbudowany, bardzo szybki zawodnik raz po raz wprowadzał zamieszanie w naszych szeregach. Dysponował dobrym uderzeniem i nieźle grał głową. To po faulu Gorgonia na nim podyktowano rzut wolny. Chwilę później piłka zatrzepotała w siatce, ale sędzia nie uznał bramki. Podobno był spalony, choć bezstronni obserwatorzy skłaniali się raczej ku wersji, że gol był zdobyty prawidłowo. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem. Mieliśmy sporo szczęścia, że właśnie taki wynik widniał na tablicy po końcowym gwizdku. Na konferencji prasowej Górski nazwał swoich podopiecznych profesorami futbolu, którzy wszystko wiedzą najlepiej, niczego nikt nie jest w stanie ich nauczyć i nie muszą nikogo słuchać. Kompromitacja była o krok, a atmosfera wzajemnych pretensji i niedomówień pod znakiem zapytania postawiła nasze dalsze losy w turnieju. Wydawało nam się, że mecz sam się wygra, a medal sam się zawiesi na szyi. Że nic nie trzeba będzie robić, tylko wyjść na boisko i trochę pobiegać. No to Kubańczycy szybko z nas z błędu wyprowadzili. Uprzytomnili nam, że to wcale nie będzie tak lekko, łatwo i przyjemnie. To było ostrzeżenie, którego nie potraktowaliśmy poważnie”– wspominał Andrzej Szarmach w swojej biografii.

6

11

Wybitne legendy polskiego futbolu:

18 lipca 1949 r. w Zabrzu urodził się Jerzy Gorgoń, środkowy obrońca. Mieszanka językowa jakiej używał węgierski trener Górnika Zabrze, Geza Kalocsay, zawsze budziła wielką wesołość. Madziar przeplatał ze sobą język angielski, niemiecki, węgierski i czeski, tworząc niespotykane konstrukcje. Jedną z najśmieszniejszych była wiązanka, którą często rzucał pod adresem swego podstawowego stopera- Jerzego Gorgonia: ,,Ty jesztesz welky elefant. Ty must biegać!”. Bawiła ona jednak głównie zawodników Górnika, bo przeciwnikom nie było już do śmiechu, gdy stawali naprzeciwko potężnego, mierzącego blisko 2 metry środkowego obrońcy, z charakterystycznymi długimi blond włosami. Wtedy pojawiał się raczej strach. W Ekstraklasie był wierny barwom Górnika przez ponad dekade. Trafił tam tuż po ukończeniu 18-tego roku życia. Z miejsca budził ciekawość swoim wzrostem, był prawie 10 cm wyższy od dwóch pozostałych najbardziej okazałych pod względem wzrostu zawodników w składzie Górnika, Jana Gomoli oraz Rainera Kuchty. Gdy zadebiutował w marcu 1968 r., z miejsca stał się jednym z najwyższych zawodników w Ekstraklasie. Z czasem przylgnął do niego pseudonim ,,Wielka Biała Góra”, z racji gabarytów oraz długich blond włosów. O tę gorę potem rozbijali się prawie wszyscy napastnicy. Dobrze zbudowany, twardy a dzięki pracy z Kaloscayem także znakomicie wyszkolony pod względem taktycznym, stanowił jednego z najlepszych obrońców Ekstraklasy w historii. ,,Uważam że był to jeden z lepszych środkowych obrońców w Europie. Warunki fizyczne miał wspaniałe a przy tym był bardzo sprawny i szybki. Wygrywał wiele pojedynków, także biegowych, przede wszystkim głową, ze względu na wzrost. Niektórzy, tak przypuszczam, to zwyczajnie się go bali… i wcale im się nie dziwie bo jak taki olbrzym ruszył i się rozpędził to nie było przeproś…”- opowiadał Kazimierz Górski w swojej książce ,,Pół wieku z piłką”. Nauki wyniesione od partnerów z obrony, Stanisława Oślizły oraz Stefana Florenskiego, sprawiały iż długo był liderem w kraju na swojej pozycji. Dowodziły tego indywidualne wyróżnienia. W 1973 r. wygrał punktacje ,,Złotych Butów” katowickiego ,,Sportu”. Sezon później został zaś sklasyfikowany na 15 miejscu w całej Europie w plebiscycie Złotej Piłki! Z obrońców wyżej od niego znaleźli się tylko Beckenbauer, Breitner oraz Vogts, czyli trzej mistrzowie świata. Jurorom mógł dać się zapamiętać nie tylko ze skutecznej gry w obronie ale też dzięki diabelskiej wręcz umiejętności strzelania goli z dystansu. Pokazał go między innymi podczas meczu fazy grupowej przeciwko NRD w turnieju olimpijskim w Monachium. Dwukrotnie z odległości 30 metrów kropnął nie do obrony dla bramkarza przeciwników. Podobnym wyczynem popisał się 2 lata później w starciu przeciwko Haiti na mistrzostwach świata, gdzie przepięknym strzałem z dystansu zaskoczył bramkarza egzotycznych przeciwników. Został tym samym pierwszym polskim obrońcą ze strzelonym golem na mundialu. Do dziś jego wyczyn skopiowali tylko Majewski, Bosacki i Bednarek spośród przedstawicieli tej pozycji. Mało brakowało a podobnie wpisałby się na liste strzelców też przeciwko Argentynie, jednak bramkarz obronił jego strzał z dystansu końcami palców. Bramkostrzelność pokazywał też w lidze, gdzie skończył z 18 golami, co jak na stopera było znakomitym wynikiem. W ostatniej edycji, w której występował, zanotował aż 5 trafień. W układance Kazimierza Górskiego Gorgoń był absolutnie bezcenny.

Razem z reprezentacją Polski zdobył złoto i srebro olimpijskie a także srebro mistrzostw świata. We wszystkich tych turniejach opuścił tylko jeden mecz! Przed starciem o 3 miejsce na mundialu w RFN mocno bolała go kostka ale zacisnął zęby i zagrał, skutecznie powstrzymując brazylijskie gwiazdy. Po MŚ francuska agencja prasowa umieściła go w drugiej ,,11” turnieju. Na igrzyskach 2 lata wcześniej uznawano go zaś za drugiego po Deynie największego bohatera Polaków. W eliminacjach MŚ 1974 także był filarem drużyny, zwłaszcza w finiszowych meczach z Walia i Anglią. Po pierwszym z nich selekcjoner rywali uznał go za najlepszego zawodnika w szeregach Polski. Po spotkaniu z synami Albionu zachwycił Alfa Ramseya. Także trener Górski wyróżnił go na konferencji prasowej, przyznając że znakomicie asekurował Jana Tomaszewskiego. Tomaszewski zrewanżował się Gorgoniowi już na mundialu, gdy obronił karnego wykonywanego przez Tappera ze Szwecji, podyktowanego właśnie za faul Gorgonia. Niektórzy uważali że jego konto obciążą gol stracony z RFN. Analizy wykazały jednak w tej sytuacji spalonego. ,,Świadomie puściłem Holzenbeina na spalonego”- twierdził po meczu. Potem pojechał z drużyną Gmocha na mundial do Argentyny. Selekcjoner postanowił z niego zrezygnować przed najważniejszym meczem z gospodarzami. Na obronie zastąpił go nominalny pomocnik, Henryk Kasperczak. Do dziś ta decyzja dla wielu znawców jest szokująca, zwłaszcza że 2 gole w tym meczu zdobył Kempes, za którego upilnowanie odpowiedzialny był następca Gorgonia. Gmoch jednak twierdził że absencja obrońcy wynikała tylko z powodu dyspozycji fizycznej. W kolejnym meczu(z Peru) udowodnił jednak dobrą forme. Trafił nawet do ,,11” tej kolejki. Problem jednak często stanowiła jego dyspozycja psychiczna. Z tego powodu został szybko zmieniony w starciu IO 1972 z ZSRR a 4 lata później w finale turnieju nie wybiegł na boisko, choć był w awizowanym składzie. Selekcjoner Górski uważał fakt że nie wymusił na nim udziału w meczu za jeden ze swoich większych błędów szkoleniowych. Na ogół cichy i spokojny raz wplątał się w olbrzymią afere. Wracając pociągiem z meczu z Francji, wraz z Szarmachem naubliżali obsłudze. Dla Gorgonia skończyło się to półroczną dyskwalifikacją. Z tego powodu nie wziął udziału między innymi w meczu decydującym o awans do ME z Holandią, który kadra gładko przegrała 0:3. Ostatecznie karierę w reprezentacji zakończył z 55 rozegranymi meczami. Jest członkiem Klubu Wybitnego Reprezentanta. Na jego koncie znajduje się finał Pucharu Zdobywców Pucharów. Odznaczył się zwłaszcza w tryptyku półfinałowym z AS Romą. Po jego rajdzie przerwanym faulem, sędzia zarządził rzut karny zamieniony przez Lubańskiego na gola. Brał też udział w kolejnej kampanii zakończonej na ćwierćfinale tych rozgrywek. Po wyjeździe z Górnika Zabrze grał w Sankt Gallen. Po zakończeniu kariery osiadł w Szwajcarii.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@th@les Ja natomiast się przypomne iż jestem ci bardzo wdzięczny za te słowa uznania, które do mnie kierujesz. Bardzo niewielu jest takich użytkowników jak ty, którzy szczerze doceniają moje starania względem, jakże ważnej historii futbolu. Jeszcze raz serdecznie dziękuje i gorąco pozdrawiam :)

13

Wybitne legendy futbolu:

18 lipca 1942 r. urodził się Giacinto Facchetti, lewy obrońca, Wicemistrz Świata z 1970, Mistrz Europy z 1968 r., 2-krotny Zdobywca Pucharu Mistrzów: 1964 i 1965(z Inter Mediolan), 2-krotny Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego: 1964 i 1965(Inter Mediolan). Niedoszły lekkoatleta w młodości biegający na 400 metrów, wykorzystywał na boisku naturalną szybkość i wytrzymałość. Był w grupie obrońców, którzy linię wyznaczającą środek boiska przestali traktować jak drut pod napięciem. Na czarno-białych taśmach z fragmentami meczów reprezentacji Włoch długonogiego obrońcę Giachinto Facchettiego częściej można dostrzec pod bramką przeciwnika niż pod własną, zresztą nieprzypadkowo. Oglądaliśmy piłkarza, który wyprzedził swoją epokę, którego gra okazała się kamieniem milowym na drodze emancypacji obrońców. Zygmunt Anczok lewy obrońca w reprezentacji Kazimierza Górskiego jest jednym z wielu, którzy wzorowali się na grze Włocha: ,, Przez lata trenerzy tłukli nam do głowy żebyśmy nie przekraczali tej środkowej linii. Któregoś dnia zobaczyłem faceta, który nic sobie nie robi z tych zakazów. Na Śląsku odbieraliśmy wtedy telewizję czeską. Sygnał ściągaliśmy dzięki takim długim szerokim antenom. Wcześniej jedynie czytałem o Facchettim a w końcu mogłem przyjrzeć się jego grze. 90 minut spędzonych przed telewizorem i gapienie się na niego traktowałem jako korepetycje na odległość”-opowiadał Anczok. Pod koniec lat 50-tych trenerzy eksperymentują z taktyką szukając najlepszych rozwiązań. W każdym z tych systemów gry rola obrońców ogranicza się jedynie do obmyślania sposobu na powstrzymanie napastnika. Własną połowę przekraczają od święta a linię wyznaczającą środek boiska mają traktować jak drut pod napięciem. Opowieści o obrońcach szarżujących w pole karne rywali brzmią jak herezja. Facchetti właśnie wkracza do dorosłego futbolu. Jest juniorem nieśmiało rozmyślającym o podpisaniu kontraktu z Interem Mediolan. W klubie rządzi charyzmatyczny Helenio Herrera, trener mający wielką ochotę wywrócić do góry nogami obowiązujące reguły gry a zajmie mu to kilka lat. Banalną prawdę że najważniejsze dla drużyny jest nie stracić gola uzna za swoje credo. Z czterech obrońców Interu, z jednym cofniętym jako libero, Herrera utworzy zaporę nie do przejścia nazwaną catenaccio(rygiel, zasuwa). Swój system stale udoskonala a jego siłę widzi w kontratakach. Zespół Interu przejmujący piłkę od rywali z żółwia szczelnie skrytego za swoim pancerzem przeistacza się w drapieżnika. Skrajni obrońcy mediolańczyków pędzą przed siebie siejąc popłoch w obozie wroga. Za swój rewolucyjny pomysł argentyński wizjoner nie tylko nie spłonął na stosie ale szybko znalazł naśladowców. Facchetti był dla niego kluczową postacią. W macierzystym klubie Trevigliese piłkarz zaczynał jako napastnik ale Herrera zrobił z niego wzorowego bocznego obrońcę. Sunął on po lewej stronie niczym pociąg ekspresowy zatrzymując się dopiero pod bramką przeciwnika.

Niedoszły lekkoatleta w młodości biegający na 400 m. wykorzystywał na boisku naturalną szybkość i wytrzymałość. Do tego silny, o budowie ciała tak idealnej iż mógłby pozować Michałowi Aniołowi. Od Herrery dostał zgodę na improwizowanie a instynkt atakującego dopomógł Fachettiemu strzelić 59 goli w Serie A(skuteczność niebywała jak na zajmowaną przez niego pozycję w grze). Pionierski styl gry Giacinto zmienił sposób myślenia o zadaniach defensywnych. Facchetti, boiskowy dżentelmen w trakcie kariery tylko raz obejrzał czerwoną kartkę i to nie za faul ale za ironiczne brawa dla sędziego po jego błędnej decyzji. Pytany jak mu się udało unikać wykluczeni gdy ryzyko faulu jest wliczone w grę obrońców odpowiadał z niewinną miną: ,,W piłkę gram dla przyjemności i nikomu nie mam zamiaru wyrządzić krzywdy. Nauczyli mnie tego w oratorium”. Katolickie oratoria istniejące we Włoszech od XVI wieku to rodzaj świetlic, w których młodzież zapoznaje się z Pismem Świętym. Ponieważ we Włoszech futbol jest jak religia, w końcu duchowni doszli do wniosku że zgłębianie Biblii warto połączyć z rozrywką. Zaczęli organizować mecze dla swoich podopiecznych. Obok oratoriów wyrastały boiska, na które potem zwabieni okazją zjeżdżali wysłannicy największych włoskich klubów. Giacinto był właśnie takim dzieckiem oratorium gdzie jego talent dostrzegli przedstawiciele Interu i zaprosili na rozmowy do Mediolanu. Młodzieniec jeszcze nie wiedział że w stolicy Lombardii znajdzie piłkarską miłość swojego życia. W bogatym futbolowym dossier Facchettiego zmieściło się 18 wybitnych sezonów spędzonych w Interze. W reprezentacji rozegrał 94 spotkania. Po Mistrzostwo Europy i drugie miejsce na świecie Włosi sięgali z Facchettim jako kapitanem drużyny. W 1978 r. zakończył karierę kiedy to z powodu kontuzji nie mógł pojechać do Argentyny na swój 4 Mundial. Miejsce Facchettiego, ikony włoskiego futbolu mogło być nadal tylko w Interze. Pełnił w nim różne funkcje a nawet zarządzał nim przez kilka lat jako prezydent. Przede wszystkim stanowił wyrocznię we włoskim futbolu. Łatwiej być doskonałym piłkarzem niż wielkim człowiekiem a jemu udało się to połączyć. Giacinto Facchetti zmarł w 2006 roku po długiej walce z rakiem krtani. Dla Interu był świętością i takim pozostanie na zawsze.
@Szalik
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

9

„Too many football”:
18 lipca 1934 roku, Estadio Centenario; Urugwaj-Argentyna.

Między nami istniały literackie rozbieżności(on nie kochał Federico tak jak ja, ja zaś nie podzielałem jego opinii, że Kafka zrewolucjonizował nie tylko przeszłość powieści, lecz także jej dostępność), za to futbol obydwu nam wydawał się na błahostką, do której przywiązuje się zbyt dużą wage. Głupstwa budziły naszą niechęć a popularność futbolu była nierozerwalnie związana z głupotą. Wybraliśmy się jednak na tamten mecz, ponieważ czuliśmy potrzebę zrozumienia tego, co wywoływało w tłumie tak wielką pasję. W drodze na „Estadio Centenario” mój drogi Jorge Luis, który trzymał mnie pod ramie, powiedział, że przeszkadzają mu klaksony pojazdów. „Futbol podsyca nacjonalizm, który jest wielkim złem tej epoki”- stwierdził. - Nie myśli się o tym, czy mecz był ładny, czy nie: myśli się o tych, którzy wygrali, co jest najbardziej przypadkowe. Nikogo nie interesuje gra sama w sobie”. Dyskutowaliśmy o tym, czy kraje są reprezentowane przez swoich poetów, czy piłkarzy. „Absurdem jest zakładanie, że piłkarze reprezentują swój kraj”, powiedział mój drogi Jorge Luis i dodał, że wszystko jest biznesem. „Sprzedaje się piłkarzy, kupuje a hotele wykorzystują to aby móc podnosić ceny”. Uśmiechnąłem się słysząc jego błyskotliwą refleksję. „Nie ujawniam żadnego sekretu, prawda mój drogi Amorimie?” Przy wejściu poczułem mocniejszy uścisk jego dłoni: nie czuł się komfortowo pośród tłumu. Zaprowadziłem go na nasze miejsca. Kiedy usiadł, wyglądał już na rozluźnionego. „Absurdem jest ocenianie kraju przez pryzmat futbolu - ciągnął. - Gry, które nie ma tutaj żadnej tradycji, Amorin. Kiedy byłem mały nie mówi się tutaj o futbolu: do diaska, mówiło się o walkach kogutów i wyścigach konnych. Dziwne, że chociaż Anglia jest tutaj tak znienawidzonym krajem(ja go nie nienawidzę, bardzo kocham Anglię; mam angielską babkę, która wyszła za mojego urodzonego w Urugwaju dziadka, pułkownika Francisco Borgesa), to nigdy nie wykorzystuje się przeciwko Anglii argumentu, że rozpowszechniła na świecie futbol, te gre, która była krytykowana a ja odkryłem ją całkiem niedawno”. I wtedy rozbłysły mu oczy: „Zdaje się że w „Królu Learze” Szekspira jest odniesieniem piętnujące futbol a Kipling myślał o Imperium i chciał żeby jego kraj był krajem żołnierzy i marynarzy a nie piłkarzy". Zanim zdążyłem odpowiedzieć, tłum ryknął jak oszalały. Pofrunęły meloniki i słomkowe kapelusze. Mój drogi Jorge Luis i ja siedzieliśmy cicho, nie rozumiejąc co się dzieje, aż zobaczyliśmy piłkarzy wychodzących za mężczyzną w czerni, który wyglądał tak, jakby przyjechał tu prosto z pogrzebu. „Zaczęło się”, powiedziałem do mojego towarzysza i wtedy wreszcie ujrzałem piłke białą i błyszczącą, leżącą w miejscu, które wydawało się samym środkiem boiska.
W dolnej części na trawie zobaczyłem niewielką tęczową kule o nieznośnym niemal blasku. Początkowo myślałem że się obraca; potem zrozumiałem, że ruch ten był złudzeniem wywołanym przez zawrotne obrazy, jakie w sobie zawierała. Średnica tego skórzanego Alefa, obszytego czarnymi i białymi pięciokątami i sześciokątami wynosiła 21 czy 22 cm, ale była tam cała przestrzeń kosmiczna, w swej naturalnej wielkości. Każda rzecz(powiedzmy trybuny Estadio Centenario) była nieskończonymi rzeczami, gdyż widziałem ją wyraźnie ze wszystkich punktów wszechświata. Ujrzałem świt i zmierzch nad stadionem. Ujrzałem tłumy Ameryki. Ujrzałem pajęczynę wapna utkaną pieczołowicie na murawie. Ujrzałem mnogość oczu, wpatrujących się we mnie jak w lustro. Ujrzałem wszystkie lustra planety i żadne nie rzucało mojego odbicia. Ujrzałem odmłodzonych staruszków krzyczących jak dzieci. Ujrzałem kobiety, które wyglądały jak mężczyźni i dzieci, które patrzyły na nie jak dorośli. Ujrzałem papierosy, cygara, zęby szczerniałe od próchnicy. Ujrzałem czapki i kapelusze słomkowe. Ujrzałem każde źródło trawy wyrwane przez korki butów. Ujrzałem pierwszy egzemplarz angielskiego przekładu Pliniusza, dokonanego przez Filemona Hollanda, ujrzałem jednocześnie każdą litere każdej strony. Ujrzałem delikatny szkielet ręki przyjaciela. Ujrzałem jego oczy, oczy Amorima. Ujrzałem siebie samego w jego oczach, trzydziestolatka z bródką. Ujrzałem moje pierwsze wspomnienie, grządkę i tęczę, nie wiem, czy po tej, czy po drugiej stronie La Platy. Ujrzałem willę w Adrogue. Skromny ogród w Palermo. Ujrzałem gałczów. Poganiaczy, którzy sprowadzają bydło z północnych departamentów. Ujrzałem Alefa w tej tęczowej piłce o nieznośnym blasku. Ujrzałem go ze wszystkich stron i poczułem zawrót głowy i zapłakałem, ponieważ moje oczy dostrzegły ten sekretny i przypadkowy przedmiot, którego nazwe zawłaszczyli ludzie, ale którego żaden człowiek nie widział: niewyobrażalny wszechświat. Ujrzałem poruszającą się piłke i jej zawrotne obrazy. Ujrzałem... "Widziałeś jaki piękny gol mój drogi?- zapytał mnie Amorin. - Widziałeś?". „Nie - odparłem - nie widziałem... Gdzie się podział?".

Ten dureń powiedział że Buenos Aires jest tylko dzielnicą Montevideo. Nie rozwaliłem mu łba bo kiepsko widział a mama od małego mi powtarzała że nie wolno bić słabeuszy. Wygadywali same głupoty, słowo daje. Zamiast oglądać mecz rozmawiali o książkach... Kto przychodzi na Centenario żeby zobaczyć mecz Urugwaj - Argentyna i gada o książkach i innych bzdurach? O ojczyźnie, to jeszcze ujdzie, w końcu rozgrywano derby; ale za całą resztę powinni dostać po ryju. Krótkowidz był najgorszy; ten drugi, co wyglądał na pedzia tylko go słuchał. Rozmawiali o ojczyźnie tak wielkiej że to już nie byłaby ojczyzna... Na meczu Urugwaj- Argentyna! Nie wiem czy te wszystkie głupoty przychodziły im do głowy dlatego że się upili, czy dlatego że byli wariatami. Nie wiem, czy w ogóle wiedzieli, kto zdobył gole a nawet, kto miał piłkę. Nie cieszyli się ani z gola dla Urugwaju Juana Jose Garcia, ani z wyrównującego gola Tomasa Gonzaleza Peralty... Nie lepiej byłoby im w jakiejś kawiarni albo w barze, niż tutaj?- zastanawiałem się. „Pasja do sportów, idolatria sportowa, należy do argentyńskich defektów", powiedział w pewnym momencie krótkowidz. Słowo daję że nie patrzyli na murawę a kiedy już to robili, to zbyt późno, kiedy akcja już się skończyła. Ci dwaj idioci byli tak pogubieni że w przerwie wstali z wielką godnością i stwierdzili że wychodzą. Powiedziałem im że została jeszcze druga połowa. „A więc to się jeszcze nie skończyło?", zapytał pedzio a krótkowidz ciągnął go za ramię. „45 minut too many, Amorin, 45 minut to zbyt wiele, nie sądzisz? Gdyby to były wyścigi konne, owszem, wyścigi są piękne, chociaż nigdy nie byłem na Hipodromie Palermo ani na La Plata, ani na San Isidro ale widziałem wyścigi poza miastem. I to jest piękne widowisko. Ale to... „Pedzio żwawo złapał go za ramię: Gdybym został, drogi Jorge Luisie, to po to żeby zobaczyć czy wygrają twoi Argentyńczycy". A ten drugi idiota odpowiedział: „Ja przyszedłem tutaj właśnie z tego samego powodu żeby zobaczyć czy wygrają twoi". „To właśnie zobaczymy w drugiej połowie!- powiedziałem im. - Zwycięzcę!" „Myśl że ktoś przegra albo wygra, wydaje mi się zasadniczo nieprzyjemna- odparł krótkowidz. - Ta idea supremacji, władzy wydaje mi się okropna". „Pełna zgoda drogi Jorge Luisie". Uścisnęli się. „Chodźmy zatem. Nasz mecz już się skończył". I wyszli gadając o tych swoich bzdurach. Nie zobaczyli gola strzelonego przez Annibala Ciocce dla „Charruas” i wyrównującej bramki Delfina Beniteza Caceresa, który ustalił wynik. Chociaż nie wiem, czy cokolwiek by zrozumieli.
Miguel Angel Ortiz.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

11

„Golazo” Piendibene’a:

To było równiusieńko 100 lat temu! Strzelec gola Jose Piendibene wcale się nie cieszył. Człowiek niezwykle utalentowany i, co również rzadko spotykane, nadzwyczaj skromny nigdy nie cieszył się gdy zdobył gola żeby nie urazić innych. Urugwajski klub Peñarol, w którym występował Piendibene podejmował w meczu towarzyskim na ,,Parque Central” barceloński Espanyol. Urugwajczycy nie potrafili jednak utorować sobie drogi do bramki świetnie broniącego Zamory. W końcu Anselmo ograł dwóch obrońców, przerzucił piłkę do Suffiatiego i ruszył pędem w oczekiwaniu na podanie. Jednak w to wszystko wymieszał się Piendibene: poprosił o futbolówkę, dostał ją, minął Urquizu i zbliżył się do bramki rywala. Ricardo Zamora zobaczył jak składa się do strzału w krótki róg i rzucił się w tym kierunku. Tymczasem Piendibene zamiast huknąć ile sił posłał piłkę leciutkim uderzeniem w długi róg. Zamora zdołał jeszcze poderwać się na nogi i rzucić w przeciwną stronę ale jedynie musnął palcami futbolówkę nieuchronnie zmierzającą do siatki.
@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

12

Wybitne legendy futbolu:

18 lipca 1892 r. urodził się legendarny Brazylijski napastnik Artur Friedenreich. Przez Brazylijczyków nazywany ,,Fried’’ a przez Argentyńczyków ,,Tigre’’ czyli tygrys. To był pierwszy piłkarz na świecie, który strzelił w swojej karierze ponad 1000 goli! Rozegrał ponad 1200 spotkań i strzelał średnio jednego gola na mecz! Takich zawodników w historii futbolu było zaledwie kilku m.i.n. Pele czy Wilimowski. Artur Friedenreich był rasy mieszanej, jego ojciec to emigrant z Niemiec a matka to brazylijka; był postawny, szczupły o mleczno-czekoladowej cerze i szokująco kontrastujących z nią zielonych oczach. Zaczął kopać w piłkę w klubie Germania, skupiającym sportowców pochodzenia niemieckiego a później przywdziewał koszulki w różnych barwach. Niezwykle sprawny i zwinny, cnoty świetnego technika i przebiegłego stratega łączył z przymiotami urodzonego snajpera. Aż 9-krotnie był królem strzelców stanu São Paulo: w drużynie Mackenzie w 1912, w stanie Ypiranga w 1914 i 1917, w Paulistano w 1918,1919,1921,1927,1928,1929.

W reprezentacji grającej wówczas bardzo rzadko wystąpił 22 razy strzelając w niej 10 goli. Łącznie w swej trwającej 26 lat! przebogatej karierze zakończonej przez 43 letniego weterana we Flamengo Rio de Janeiro w roku 1935 uzyskał nieprawdopodobny bilans 1329 goli! ,,Fried’’ pierwsza tej miary gwiazda brazylijskiej piłki, wielki poprzednik Leonidasa, Zizinho czy Pelego miał jednak jedną poważną wadę. Był mulatem ponad wszelką wątpliwość mimo swych szmaragdowych oczu. Zaś w tamtych czasach była to nie lada przeszkoda. Cóż tu dużo mówić! W arystokratycznym sporcie modelowanym przez styl panujący zwłaszcza w klubie Fluminense, obowiązywały kryteria rasistowskie. Murzyni a nawet mulaci zaliczali się do drugiej kategorii obywatelskiej. W reprezentacji występowali wyłącznie zawodnicy o białym kolorze skóry. Możemy sobie tylko wyobrazić ile upokorzeń musiał znieść Artur i jakie wewnętrzne zmagania z samym sobą stoczyć, zanim zdecydował się na krok groteskowy, żałosny i zarazem tragiczny. Otóż wypomadował sobie twarz nakładając nań grubą warstwę ryżowego pudru! Dopiero tak wybielony niczym nieszczęsny ,,Murzynek Bambo’’ zaryzykował pokazanie się wytwornej publiczności stadionu Laranjeiras. Jest w tym przypadku do głębi coś smutnego i zawstydzającego. Właściwie dopiero w latach 30-tych kryteria rasowe odeszły tam, gdzie ich miejsce czyli na śmietnik haniebnych przesądów, zaś wspaniali atleci o czekoladowej karnacji jak Domingos, Leonidas i legion innych stali się dumą i chlubą Brazylii.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Comentateiro
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

13

„Copa Rio”:

„Copa Rio”, czyli pierwsze w historii Klubowe Mistrzostwa Świata zorganizowała Brazylijska federacja w roku 1951 a udział wzięło w nich osiem drużyn. Mistrzowie dwóch brazylijskich stanów (Vasco da Gama oraz Palmerias) i Urugwaju (Nacional) reprezentowali nowy świat, podczas gdy ze starego kontynentu przybyli mistrzowie Austrii (Austria Wiedeń), Francji (OGC Nicea), Jugosławii (Crvena Zvezda Belgrad) oraz Portugalii (Sporting). Mistrz Włoch, Milan odmówił udziału, ale zastąpił go mistrz z poprzedniego sezonu, Juventus. Brytyjczycy jak zwykle odmówili udziału a w sukurs poszli im Hiszpanie. Atletico Madryt zostało zaproszone, ale wybrało udział w ,,Latin Cup”. Rozważano zaproszenie Malmö FF, lecz mistrzowie Szwecji… nie spodobali się publiczności podczas poprzedniej wizyty w Brazylii, więc z nich zrezygnowano. Chęć udziału wyraził meksykański Atlas i federacja Indyjska, lecz obu odmówiono. Ośmiu uczestników podzielono na dwie grupy, z których wyłoniono pary półfinałowe. Ostatecznie finałowy dwumecz odbył się pomiędzy Palmerias i Juventusem a wygrali go gospodarze 3-2. Turniej przyjęto z entuzjazmem, lecz nie przetrwał on próby czasu. Zorganizowany ponownie rok później zdołał przyciągnąć tylko trzy drużyny mistrzowskie a Francja, Włochy i Jugosławia nie wysłały przedstawiciela. Zastąpiły ich drużyny z Paragwaju (Libertad nie był mistrzem kraju), RFN (Saarbrucken, nie był mistrzem) i Szwajcarii (Grasshopers). Pod zmienioną nazwą zorganizowano je jeszcze w roku 1953, lecz przyciągnęły one tylko dwie ekipy z Europy.
@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

11

„Pequeña Copa del Mundo”:

18 lipca 1957 r. FC Barcelona zdobyła Mały Puchar Świata. Towarzyski turniej o nazwie ,,Pequeña Copa del Mundo” rozgrywano w Wenezueli w latach 1952-75(z przerwami). Łącznie odbyło się 13 edycji. W szóstej z nich poza Blaugraną wystąpiły: FC Sevilla, Botafogo oraz Club Nacional de Montevideo. Co ciekawe grano systemem mecz i rewanż, dlatego turniej trwał od 29 czerwca do 18 lipca i każda z drużyn rozegrała 6 spotkań. Duma Katalonii nie poniosła żadnej porażki a w decydującym o tryumfie meczu zremisowała z Botafogo 2:2. Gole dla Barçy w tym decydującym starciu zdobyli: Evaristo oraz Villaverde. W ekipie Botafogo zagrał genialny Garrincha, który rok później został mistrzem Świata z reprezentacją Brazylii. On również wpisał się na liste strzelców.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@martusiaaaa
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

12

Brazylijski crack:

17 lipca 1993 r. Romario przyleciał do Barcelony. Brazylijski napastnik negocjował kontrakt w rezydencji Joana Gasparta i po udanych rozmowach udał się razem z wiceprezydentem na mszę. Ich zdjęcie z kościoła ukazało się na okładce dziennika ,,El Mundo Deportivo”, podobnie jak wizyta Brazylijczyka na arenie walk byków dzień później. Na 19 lipca przewidziano podpisanie umowy, podczas której Romario zadeklarował że ,,strzeli 30 goli w La Liga!”. Była to śmiała deklaracja ponieważ ostatnim graczem Blaugrany, który tego dokonał był wybitny napastnik Mariano Martin(32 gole w sezonie 1942/43). Ku zdumieniu większości obserwatorów Romario dotrzymał słowa i strzelił 30-tego gola w 70 minucie ostatniego meczu z FC Sevilla. Osobiście zawsze uwielbiałem Samuela Eto’o, lecz chwilami Romario bił co najmniej na głowe „Czarną perłe Afryki”. Gdyby nie jego mocno rozrywkowy tryb życia, to zapewne niewiele ustępowałby Messiemu, jeśli w ogóle by ustępował…?
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@martusiaaaa
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

11

@FCBparasiempre
Cesarstwo Austro-Węgierskie jest o wiele ważniejsze dla historii piłki nożnej, niż się powszechnie uważa. Nie mówię tu o słynnej austriackiej drużynie z mundialu w 1934 roku czy potężnej węgierskiej kadrze Gustava Sebesa ale o promocji tego sportu na samym kontynencie. Pierwsza próba dołączenia do europejskich klubów w rozgrywkach miała miejsce w 1897 roku. John Gramlick, Anglik, współzałożyciel Vienna Cricket and Football Club(lepiej znany jako Cricketer), pochodzący ze stolicy Austrii, uważany jest za głównego mentora Challenge Cup, rywalizacji, w którym każdy uczestniczący kraj Cesarstwa Austro-Węgierskiego mógł wystawić dwie drużyny w turnieju. Tylko Budapeszt, Praga i stolica Wiedeń były reprezentowane w pierwszym turnieju, który wygrał zespół Gramlicka- Vienna Cricketer. Challenge Cup, który trwał do 1911 roku, został przerwany przez tlący się już klimat I wojny światowej. Uzgodniono, że pierwsza drużyna, która trzykrotnie wygra turniej, będzie miała ostateczne posiadanie pucharu, co później zostało uzgodnione między zespołami. Puchar definitywnie przypadł ostatniemu mistrzowi, Wiener Sport- Klubowi Austrii, który w ostatniej edycji pokonał Ferencvaros 3:0. Klub, który najczęściej wygrywał rozgrywki, oprócz Wiener AC, mający na swoim koncie trzy tytuły. Warto wspomnieć o Challenge Cup, ponieważ po długiej recesji i trudnościach, jakie wojna przyniosła kontynentowi, w taki czy inny sposób, piłka nożna nie przestała być grą, będąc nawet ważnym instrumentem w odbudowa poczucia własnej wartości i tożsamości narodowej w okresie powojennym. Innymi słowy, w życiu niektórych młodych ludzi nie pozostało wiele satysfakcji, poza grą w piłkę nożną, albo zapomnienie o bólu i stratach, albo dążenie do kariery sportowej, sektora, który dla rozrywki mas, był w pełnym rozkwicie. W tym czasie najbardziej widoczna piłka nożna uprawiana w Europie rezydowała na wschodzie kontynentu, gdzie już w połowie drugiej dekady lat 20-tych XX wieku zaczęły się profesjonalizować ligi narodowe, co dawałoby możliwość wypłacania pensji sportowcom i menedżerowie, którzy mogliby wtedy całkowicie skupić się na piłce nożnej lub pracować mniej i w mniej ryzykownych zawodach, którzy dzielili swój czas na przygotowania jako sportowcy. Austria, Węgry i Czechosłowacja były jednymi z pierwszych krajów, które przeszły na zawodowstwo, zainteresowanie piłką nożną przyciągnęło już tłumy na stadiony.
17 lipca 1927 roku na spotkaniu pod przewodnictwem Hugo Meisla, prezesa Austriackiej Konfederacji Piłki Nożnej, ustalono zasady nowych krajowych rozgrywek, które miały nosić nazwę Mitropa Cup. Wybrana nazwa była skrótem niemieckiego terminu ,,Mittel Europa”, oznaczającego Europę Środkową. Podobnie jak w rodowym Challenge Cup, każdy z uczestniczących krajów mógł mieć maksymalnie dwie drużyny, były to Węgry, Austria, Czechosłowacja i Jugosławia. Przyjęto system mecz i rewanż, z podróżami w obie strony. Już w 1927 roku po raz pierwszy rozegrano turniej, który wygrała drużyna Sparty Praga. Czechów nazywano Żelazną Spartą lub Sparta de Ferro, co było idealną nazwą dla tej drużyny, która przez wielu uważana była za najlepszą na świecie, w dużej mierze dzięki osiągnięciom w meczach towarzyskich, które miały oficjalny charakter, jak np. kiedy w 1921 roku pokonali Norymbergę z Niemiec 5:2 w towarzyskim meczu, którego celem było wyłonienie najlepszego klubu w Europie. W 1928 roku Węgrzy z Ferencváros zostali koronowani na mistrzów, co jeszcze bardziej zaostrzyło rywalizację w turnieju, który był już publicznym i krytycznym sukcesem. Jak można sobie wyobrazić, rywalizacja między Austrią i Węgrami, które były częścią tego samego imperium, wykroczyła daleko poza boisko, ale pozostała zdrowa, zapewniając turniejowi jeszcze większą popularność. W roku 1929 Włochy zastąpiły Jugosławię jako uczestnika turnieju, cztery włoskie drużyny rywalizowały o dwa miejsca, aby dołączyć do Mitropy, były to Juventus i Ambrosiana (dawna nazwa Interu Mediolan) a w innym meczu Mediolan i Genua, zdobywcy miejsc były Juventus i Genua. Włosi zostali wyeliminowani z łatwością a mistrzem historycznego roku 1929, roku krachu giełdowego w USA, została węgierska drużyna Újpest Football Club. W 1930 roku szwajcarski klub Servette , równolegle z mistrzostwami świata , zaprosił mistrzowskie kraje: Austrię , Węgry, Belgię, Czechosłowację, Niemcy, Włochy, Holandię i Hiszpanię na zawody, które nazwano Pucharem Narodów . Turniej ten jest wymieniany w wielu źródłach jako prawdziwy ojciec Ligi Mistrzów, ale była tylko ta jedna edycja, którą wygrał Ujpest , który pokonując Slavię Praga 3x0, kontynentalnie zadekretował potęgę węgierskiego futbolu. W edycji Mitropy tytuł powróciłby do Austrii, a finał wygrał Sk Rapid Wien z Wiednia. Nie trzeba dodawać, że ta przemiana między Austrią a Węgrami co roku udoskonalała urok zawodów. Na początku lat 30. XX wieku, wkrótce po tym, jak węgierska drużyna zdobyła Puchar Mistrzów, cała uwaga Europy zwróciła się na firmę Mitropa . Edycję z 1931 roku wygrał First Wiedeń, najstarszy austriacki klub piłkarski, który wyrównał liczbę tytułów pomiędzy dwoma największymi zwycięskimi krajami, Austrią i Węgrami. Wszystko wskazywało na rewanż w 1932 roku , w którym jeden z dwóch krajów zremisuje w liczbie tytułów, ale … Bogowie futbolu chcieli, aby zawody tego roku były najbardziej emblematyczną z edycji Mitropy . Stało się tak, że w półfinale, w meczu Slavii Praga z Juventusem w ostatnim meczu, w którym Slavia wygrała już pierwsze spotkanie wynikiem 4:2, Juventus szybko otworzył wynik dwoma bramkami przewagi, więc bojąc się zdobyć ostatecznego trzeciego gola, drużyna Slavii zaczęła opóźniać mecz wielokrotnymi odwrotami, co zirytowało włoskich kibiców, którzy zaczęli rzucać kamieniami w boisko a jeden z nich trafił legendarnego bramkarza Slavii Plánicke. Drużyna rzuciła się do szatni i pozostała tam do czasu poprawy pogody, co zajęło godziny. Organizacja zawodów uznała postawę opóźniania gry za lekceważącą i ukarała obie drużyny eliminacją z turnieju, co może wydawać się surowe ale jak na ówczesne standardy było to zrozumiałe, dlatego drugiego finalistę uznano za naturalnego mistrza a był to zespół Bolonii, który przeszedł najpierw Wiedeń, ubiegłorocznego mistrza. Więc w końcu mieliśmy mistrza Europy Środkowej rodem z Italii. Ten rok oznaczał oszałamiającą zmianę w sposobie myślenia Europejczyków o piłce nożnej. W latach trzydziestych XX wieku na murawach rozgrywek błyszczały najbardziej emblematyczne nazwiska, takie jak Sindelar, Meazza, Sárosi, Orsi czy legendarny Bican, którego niektórzy statystycy wskazują na najlepszego strzelca w historii futbolu, wyprzedzając m.in. Pele. W 1933 roku, w przededniu nowego Pucharu Świata w eliminacjach, Austria Wiedeń Waltera Nauscha i Sindelara wygrywa zawody. W 1934 roku liczbę przedstawicieli z każdego kraju zwiększono do 4, a Bolonia została mistrzem, ale tym razem regularnie rywalizując w finale. Warto wspomnieć, że Mitropa Cup był bardzo ważny w rozwoju narodowych lig i drużyn narodowych, co uzasadnia strach przed drużyną z Austrii w 1934 roku i później, kiedy Włochy zdominowały mundial. Nawiasem mówiąc, puchar 1934 został rozstrzygnięty między Włochami a Czechosłowacją. Nawet jeśli wszystko poszło dobrze, jak wiemy z historii, nazizm uniemożliwił przyłączonej do Niemiec Austrii udział w turnieju w 1938 roku i już ponoszącej konsekwencje nadchodzącej wojny, tylko dziesięciu z dwudziestu uczestników wzięło udział w 1939 roku. W roku 1940 puchar został odwołany w związku z oficjalnym rozpoczęciem II wojny światowej, obawiając się, że tłum kibiców na stadionie może przerodzić się w prawdziwą rzeź. Puchar Mitropa miał być ponownie rozegrany dopiero w 1955 roku, jednak świat był już inny, inne były czasy i jego blask nie był już tak intensywny.
Wśród najlepszych strzelców rozgrywek w latach 1927-1940 są nazwiska, które są pierwszą wielką falą gwiazd europejskiego futbolu:
1 - György Sárosi (Ferencváros TC) – 50 goli(!) i 42 mecze
2 – Giuseppe Meazza (AS Ambrosiana-Inter) – 29 goli i 27 meczów
3 – Géza Toldi (Ferencváros TC) – 29 goli i 42 mecze
4 – Gyula Zsengellér (Újpest FC) - 24 gole i 19 meczów
5 - Matthias Sindelar (FK Austria Wien) - 24 gole i 31 meczów
6 - Oldrich Nejedlý (AC Sparta Praha) - 22 gole i 42 mecze
7 - István Avar (Újpest FC i Rapid Bucure Ti) - 19 goli i 24 występy
8 - Raymond Braine (AC Sparta Praha) - 19 goli i 40 występów
9 - Franz Weselik (SK Rapid Wien) - 17 goli i 22 występy
10 - Josef Bican (SK Rapid Wien, SK Admira Wien i SK Slavia Praha) – 15 goli i 15 meczów
11 – Ferdinand Wesely (SK Rapid Wiedeń) – 15 goli i 25 meczów

8

Jak powstawał prestiżowy Puchar Mitropa(w odpowiedzi na mój komentarz):
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0

11

Wybitne postacie futbolu:

Pomysłodawcą turnieju Copa America, w którym biorą udział reprezentacje narodowe Ameryki Południowej, jest Argentyńczyk José Susan, ale prawdziwą chwałę należy przypisać Urugwajczykowi Héctorowi Rivadavia Gómezowi. Héctor Rivadavia Gómez urodził się w Dolores 17 lipca 1880 roku; był dziennikarzem, politykiem i liderem Urugwajskiego Związku Piłki Nożnej w 1916 roku. Historia uczy nas, że był ideologiem i siłą napędową Południowoamerykańskiej Konfederacji Piłki Nożnej oraz turnieju południowoamerykańskiego. Jednakże gazeta „El Clarín” przeprowadziła dochodzenie i twierdzi, że trzy lata wcześniej argentyński urzędnik zaproponował zorganizowanie turnieju Ameryki Południowej i wprowadzenie do gry trofeum o nazwie Copa América. José Susan był zawodnikiem i menadżerem dawnego Estudiantes de Buenos Aires a także sędzią. 15 października 1913 r. przedstawił ten projekt AAF a następnego dnia został on opublikowany w gazecie „La Argentina”: „Argentyńska Federacja Piłkarska postanawia organizować coroczne rozgrywki piłkarskie, ustanawiając w tym celu Copa América. Ligi urugwajska, chilijska i brazylijska zostaną zaproszone do przyłączenia się do tego projektu a jeśli to zrobią, będą musiały wysłać drużynę, która weźmie udział w Pucharze. Turniej ten odbędzie się w Buenos Aires, w terminie, który Rada ustali z dużym wyprzedzeniem”- podano w informacji. W odniesieniu do trofeum, raport stwierdza, że „Tego trofeum nie można uzyskać definitywnie, ale jeśli którykolwiek z zespołów rywalizujących o nie wygra trzy kolejne lata lub pięć naprzemiennie, będzie uprawniony do pucharu stymulacyjnego. Zwycięska drużyna i sędzia, który sędziował mecze, otrzymają złote medale, podczas gdy pozostałe drużyny otrzymają srebrny medal wskazujący ich ranking. Projekt ten został przedstawiony Stowarzyszeniu przez delegata klubu Estudiantes, pana J. Susan. Zostanie on omówiony na następnym posiedzeniu zarządu i być może zostanie zaakceptowany”. Przed końcem października trzy południowoamerykańskie stowarzyszenia zaakceptowały argentyńską propozycję. Puchar, który miał zostać rozegrany, był tym samym, który Ernesto Bosch, minister spraw zagranicznych i kultu religijnego, podarował na potrzeby trójkątnego turnieju rozgrywanego przez Argentynę, Urugwaj i Chile w ramach obchodów stulecia Rewolucji Majowej w 1910 roku. Został on również rozegrany w 1916 roku, z okazji 100. rocznicy niepodległości, z okazji której odbył się pierwszy oficjalny turniej południowoamerykański i założono Konfederację Południowoamerykańską. Pierwszy turniej w 1910 wygrała Argentyna a w 1916 Urugwaj. Turniej z 1916 roku był niczym innym, jak mistrzostwami zaplanowanymi przez Susan. Jednak argentyński przywódca zdecydowanie poparł propozycję Rivadavii Gómeza. Jednym z delegatów reprezentujących Argentynę w pracach nad regulaminem nowego turnieju południowoamerykańskiego był José Susan, którego nazwisko zostało zapomniane po ponownym popchnięciu sprawy przez Rivadavia Gómeza. Jednak nowy puchar, którego budowę zlecono i który oddano do użytku w 1917 r., nadal nosi nazwę Puchar Ameryki. Tak jak zaproponował trzy lata wcześniej Argentyńczyk José Susan. Natomiast Héctor R. Gómez, polityk, dziennikarz i założyciel „La Mañana” i „El Diario”, wraz z Pedro Maninim Ríosem, zostali uhonorowani przez klub piłkarski Montevideo Wanderers tablicą pamiątkową na cześć historycznego przywódcy i prezesa tej instytucji sportowej, który był założycielem Południowoamerykańskiej Konfederacji Piłkarskiej (CONMEBOL) i filarem Mistrzostw Świata 1930, które odbyły się w Urugwaju.

Héctor Rivadavia Gómez urodził się w Dolores 17 lipca 1880 roku a zmarł w Montevideo 25 lipca 1931 roku. Założył Południowoamerykańską Konfederację Piłki Nożnej (CONMEBOL) i zapewnił Urugwajowi wybór na gospodarza pierwszych Mistrzostw Świata w 1930 roku. Gómez był również menadżerem i prezesem klubu piłkarskiego Montevideo Wanderers (MWFC).
Był liderem uważanym za wizjonera, jeśli weźmiemy pod uwagę system piłkarski sprzed wieku. Był jednym z pierwszych, który promował międzynarodowy udział drużyn piłkarskich, przede wszystkim Wanderers a później reprezentacji narodowej. W 1926 roku poprowadził delegację reprezentacji Urugwaju w piłce nożnej na mistrzostwa Ameryki Południowej w Chile. Jeśli chodzi o grupę Wanderers, był on nieustannie zaangażowany aż do swojej śmierci w 1931 r., ale jego największy wpływ miał charakter międzynarodowy i kontynentalny, zwłaszcza pod koniec lat dwudziestych XX wieku, po jego udziale w Kongresie Barcelońskim w 1929 r.
Na cześć Héctora R. Gómeza na terenie klubu Wanderers odsłonięto tablicę pamiątkową. W tym kontekście „La Mañana” rozmawiał z Manuelem Paredesem, prawnikiem i badaczem, który poświęcił większą część swojego życia na opracowywanie historii MWFC.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Marusek
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne

12

Zapomniane europejskie puchary:
17 lipca 1932 r. First Vienna FC 1894 pokonała Bologna FC 1909 1:0 w drugim meczu półfinałowym Mitropa Cup(najstarsze międzynarodowe cykliczne rozgrywki klubowe w dziejach futbolu). Po puchar sięgnęła jednak ekipa włoska gdyż w pierwszym meczu wygrała 2:0 a po drugie, drugi z półfinałów(Juventus-Slavia) został anulowany po zamieszkach w Pradze, dzięki czemu puchar przyznano Bolonii.
@Szalik
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

14

Żywe legendy holenderskiego futbolu:

W latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia na boiskach całego globu tryumfy święciła reprezentacja Holandii. Dwa razy z rzędu została wicemistrzem świata. Jej sukcesy spowodowały olbrzymie zainteresowanie piłką nożna wśród dzieci i młodzieży. Jednym z maluchów, który chciał zostać Johanem Cruijfem był Jacob Stam. Przyszedł na świat w niewielkiej miejscowości Kampen obok Zwolle. Nastąpiło to 17 lipca 1972 roku. Tam stawiał pierwsze futbolowe kroki. Był postawnym młodzieńcem i to spowodowało, że został ustawiony w linii defensywnej. Swój niewątpliwy talent rozwijał w lokalny klubie DOS. Później sportowe losy rzuciły go do PSV Eindhoven. W następnych latach kontynuował karierę w Anglii a następnie we Włoch. W defensywie rządził i dzielił. Pod koniec kariery bardzo skomplementował go jego idol z dzieciństwa. „Stam stanowi jednoosobową linię obrony, jest obrońcą idealnym” - stwierdził najlepszy piłkarz w historii „Oranje” Johan Cruijff.

Jaap jak go nazywali członkowie rodziny a później koledzy z boiska, całą amatorską część swojej kariery spędził w DOS Kampen. Został zauważony przez skautów drugoligowego wówczas PEC Zwolle. Tam w wieku 20 lat dostąpił zaszczytu debiutu w seniorskiej piłce nożnej. 15 sierpnia 1992 roku zagrał w meczu przeciwko Heraclesowi Almelo. Jednak nie zabawił zbyt długo w drużynie. Już po jednym sezonie przeszedł do teamu z ówczesnej najwyższej klasy rozgrywkowej w Holandii S.C. Cambuur. Jednak klub ten zanotował spadek do niższej ligi. A to spowodowało, że zmienił barwy i rozpoczął grę w Willem II Tilburg. Tam grał tylko przez pół roku. Takimi zawiłymi ścieżkami trafił na końcu do jednego z najlepszych teamów Oranje PSV Eindhoven. Tam zakotwiczył na dwa lata. ”Wszystko co robię muszę robić perfekcyjnie (…) Kiedy odrabiałem lekcje w szkole, zawsze musiałem zrobić je dobrze. A jeśli naprawiam coś w domu czy robię cokolwiek, też chcę to zrobić jak najlepiej potrafię. Jeśli wieszam lampę i ona nie działa, to prawie przez godzinę nikt nie może ze mną rozmawiać. A szczególnie w futbolu mam tę chęć bycia perfekcjonistą oraz olbrzymią wolę wygrywania”- stwierdził Jacob Stam. Dzięki takiemu podejściu do swoich boiskowych obowiązków bardzo szybko stał się podstawowym zawodnikiem klubu. Już w pierwszym sezonie występów zdobył pierwszy z trzech Superpucharów Holandii. Dołożył do tego w 1998 r. mistrzostwo oraz puchar kraju. To spowodowało, że zaczęło się o nim robić głośno w Europie. Jego postawa znalazła uznanie u jednego z najlepszych i najbardziej wymagających menadżerów piłkarskich. Sir Alex Ferguson postanowił go ściągnąć do Czerwonych Diabłów. „Kiedy opuściłem PSV, aby przybyć do Manchesteru United, chciałem przyjechać do Anglii, aby zdobyć trofea i zaistnieć na światowej scenie (…) Nigdy nie myślałem o wygraniu potrójnej korony lub Lidze Mistrzów w moim pierwszym sezonie. Chciałem się zaaklimatyzować, dobrze radzić sobie indywidualnie”- zauważył urodzony w Kampen obrońca. Zawitał na Old Trafford w 1999 roku. Jak się okazało to był jeden z najlepszych sezonów w wykonaniu MU. Zwyciężyli w Premier League, tryumfowali w FA Cup oraz wygrali Ligę Mistrzów. Jacob stał się jednym z najlepszych obrońców na starym kontynencie. Jednak po trzech latach Ferguson postanowił się rozstać z podporą defensywy. Nie do końca były jasne powody odejścia Holendra. O decyzji klubu poinformował go Sir Alex na parkingu jednej ze stacji benzynowych. Nie tak to wszystko miało wyglądać. Jednak musiał pożegnać się z Czerwonymi Diabłami. Został sprzedany do włoskiego S.S. Lazio. „Zaraz po przyjeździe do Rzymu zadzwonił do mnie David Beckham (…) Drużyna United rozmawiała o tej wyjątkowo dziwnej sytuacji i zapewnili mnie, że chcieli abym został”- wspominał Jaap Stam. Jednak decyzji nie dało się odwrócić. Nie było takiej woli ze strony zarządu MU. Nie pozostało nic innego tylko występować w stolicy Włoch. Tam grał przez trzy lata. W 2004 roku zdobył puchar Italii i po tym sukcesie zmienił otoczenie. Przeniósł się do AC Milan. Z tym klubem po raz drugi w swojej historii awansował do finału Champions League. To był najdramatyczniejszy pojedynek w historii. Przeciwnikiem był FC Liverpool z Jerzym Dudkiem w bramce. Do przerwy Włosi prowadzili 3:0 i wydawało się, że nic im sukcesu nie odbierze. Jednak w drugiej połowie Anglicy wyrównali. Za sprawą naszego golkipera i jego brawurowych interwencjach przy strzałach Andrija Szewczenki doszło do serii jedenastek. A te wygrali futboliści z miasta Beatlesów. „Po pierwszej połowie mieliśmy 3:0 i wszyscy myśleli, że trofeum jest nasze. Niestety ostatecznie przegraliśmy mecz w rzutach karnych”- zauważył Stam. W wieku 34 lat przeniósł się na powrót do ojczyzny. Zasilił szeregi Ajaxu Amsterdam. 29 października 2007 roku postanowił zakończyć swoją wyjątkową karierę

Obrońca urodzony w Kampen zadebiutował w barwach narodowych w połowie 1996 roku. Wtedy to Holandia pokonała 1:0 Niemców. Od tego momentu stał się podstawowym zawodnikiem reprezentacji. Wystąpił na Euro 2000 rozgrywanym w jego ojczyźnie oraz Belgii. Wszystko pięknie się układało do potyczki półfinałowej z Italią. W regulaminowym czasie gry na tablicy wyników widniał rezultat 0:0. Dogrywka także nie wyłoniła zwycięzcy. O wejściu do meczu o złoto decydowały jedenastki. W nich gospodarze nie wykorzystali aż trzech strzałów. Ostatnim z pechowców był Jacob. Włosi skorzystali z indolencji strzeleckiej przeciwników i wygrali konkurs 3:1. Niestety 4 lata później na XII czempionacie starego kontynentu znowu mieli pecha. Polegli 1:2 w półfinale z gospodarzem turnieju Portugalią. Zaraz po tych zawodach Jaap zrezygnował z występów w drużynie Oranje. Reprezentował Holandię w 67 spotkaniach, w których zdobył 3 bramki. W 2016 roku został trenerem angielskiego Reading. Przez wiele miesięcy zdobywał doświadczenie. Jednak po dwóch latach postanowił powrócić do ojczyzny i został szkoleniowcem w PEC Zwolle. Po pół roku przeszedł do Feyenoordu Rotterdam. „To była trudna dwugodzinna sesja w pełnym słońcu, ale chłopcy pokazali, że chcą zrobić to co im proponuję”- powiedział po pierwszym oficjalnym treningu Stam. Jednak jak się później okazało wcale nie chcieli. Już po pół roku zespół poprowadził jego rodak Dick Advocaat. Jaap postanowił szukać szczęścia za oceanem. Podjął się pracy w FC Cincinnati. Jest europejskim futbolistą znanym w Stanach Zjednoczonych, co nie często się zdarza. „Ludzie nadal rozpoznają tę łysą głowę, nawet tutaj (…) Ludzie mu mówią: jesteś najlepszy, panie Jaap Stam. Świetny z pana facet. Przepraszam, że przeszkadzam. A Stam podnosi kciuk, po czym mężczyzna wychodzi z kawiarni”- opisał przypadkową scenę dziennikarz lokalnej gazety. Jacob Jaap Stam jest i będzie jeszcze przez długie lata legendą holenderskiego futbolu.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

10

@FCBparasiempre
Historia Marcosa Senny brzmi jak scenariusz z hollywoodzkiego filmu, w którym główny bohater otrzymuje wiele życiowych ciosów - na podłożu prywatnym i zawodowym. Pomimo wielu zadanych ran protagonista podnosi się i odnosi życiowy sukces. Już na zawsze może zapomnieć o cierpieniach z przeszłości. Senna to jedna z legend Villarrealu, ich filar przez długi czas. Większość jego kariery utożsamiana jest z tym miejscem i to tu, w Hiszpanii, znalazł swój drugi dom. To z reprezentacją “La Furia Roja” odniósł swój największy sukces. Marcos był niesamowicie utalentowanym, skromnym i inteligentnym zawodnikiem. Poznajcie jego historię. Marcos Senna urodził się 17 lipca 1976 roku w Sao Paulo. Od małego kochał piłkę, grał dla miejscowego klubu, jednak trudna sytuacja finansowa jego rodziny zmusiła go do poszukiwania pracy. ,,Od 12 do 15 roku życia grałem dla Sao Paulo, ale potem zacząłem pracować, ponieważ moja rodzina potrzebowała pieniędzy”- Marcos Senna. Otrzymał pracę w JardinRincon (Sao Paulo), był chłopcem na posyłki w firmie księgowej. Pomimo trudności w godzeniu pracy z grą, nigdy nie porzucił swojej pasji. Zawsze miał czas na piłkę. Będąc szesnastolatkiem, poznał o cztery lata młodszą od siebie dziewczynę – Fernandę mieszkającą w dzielnicy, w której pracował. Kontakt z jej rodziną, był pierwszym momentem, w którym spotkał się z rasizmem. ,,Nie lubili mnie, ponieważ byłem czarny”- Marcos Senna. Marcos opuścił Sao Paulo, aby znaleźć pracę. Jego ojciec zmarł na krótko przed uzyskaniem przez piłkarza pełnoletności, a pieniądze przecież nie leżą na ulicy. Nigdy jednak nie przestał skupiać się na celu, aby pójść ścieżką legendarnych zawodników “Selecao”. W tamtym okresie grywał dla czterech różnych drużyn w okolicy. Jego dzień to ogrom włożonego wysiłku. ,,Czasami nie miałem czasu na jedzenie, chodziłem z boiska na boisko”- Marcos Senna. Trudna sytucja finansowa jego rodziny zmusiłaby wielu z nas do zaniechania prób zostania profesjonalnym piłkarzem, ale nie jego – on kochał futbol.

Senna długo tułał się po niższych szczeblach rozgrywkowych w Brazylii. Rok 2000 był przełomowy, ponieważ wtedy został zauważony przez Corinthians. Tytaniczna praca została doceniona, a gra na najwyższym szczeblu często otwiera drzwi młodym, brazylijskim zawodnikom. Tutaj właśnie tkwi haczyk – Marcos w czasie transferu do “Timao” miał już prawie 24 lata, a musiał jeszcze zapracować na uwagę na największych w świecie futbolu. W Corinthians był częścią drużyny, która wygrała ligę oraz puchar, jednak nie zabawił tam na długo, ponieważ po pół roku przeszedł do Juventude. Stamtąd ulotnił się po roku, zmieniając barwy na Sao Caetano. Kręta droga po brazylijskich boiskach przyniosła nieoczekiwany obrót spraw. Marcosem zainteresował się hiszpański zespół – Villarreal. Była to oferta z tych nie do odrzucenia, takich szans się nie odpuszcza. Drzwi do piłkarskiego raju stanęły otworem. Historia transferu do Villarrealu jest o wiele bardziej skomplikowana niż się wydaje. Włodarze “Żółtej Łodzi Podwodnej” poszukiwali defensywnego pomocnika, jednak ich uwaga skupiona była na Gilberto Silvie. Byli już praktycznie dogadani, jednak dobre występy Gilberto na Mistrzostwach Świata w Korei i Japonii przyciągnęły uwagę Arsenalu i to tam udał się ostatecznie. Skautów z Estadio de la Ceramica na mecz Sao Caetano przyciągnął inny zawodnik. Manuel Llaneza oglądający spotkanie przeciwko America de Mexico z wysokości trybun został oczarowany przez Marcosa. Jego umiejętności spodobały mu się na tyle, że zapomniał o brazylijskim napastniku, po którego przyjechał. Teraz głównym celem był Senna. Zawodnik, który zapisał się złotymi zgłoskami na kartach historii Villarreal. Senna uchodził za zawodnika grającego prosty, ale skuteczny futbol, a do tego dokładał ogromną ilość pracy, którą wkładał na boisku. ,,Nie lubię gdy ktoś robi proste rzeczy w sposób skomplikowany”- Marcos Senna. Transfer oscylował w granicach 600 tysięcy euro, co z perspektywy czasu ukazuje się jako biznes idealny. Jednak los dalej nie oszczędzał brazylijskiego pomocnika, podrzucając mu kłody pod nogi. Marcos w czasie kariery w żółtym trykocie zmagał się z dwoma ciężkimi kontuzjami kolana, po obu był już silniejszy. ,,Kiedy podpisałem kontrakt z Villarrealem, wybrałem numer 19. Ostrzegano mnie, że w tym klubie to pechowy numer, odpowiadałem zawsze, że nie jestem przesądny”- Marcos Senna. Do problemów zdrowotnych doszła afera dopingowa. Badania przeprowadzone po finałowym zwycięskim meczu przeciwko Atletico Madryt w ramach Pucharu Intertoto wykazały niedozwolone środki w organizmie pomocnika. Senna zawieszony został na 60 dni, i tym samym przegapił 7 spotkań ligowych oraz dwa w Pucharze UEFA. Z sezonu na sezon Marcos stabilizował jednak swoją pozycję w klubie, stając się jej jedną z pierwszoplanowych postaci. Z „Żółtą Łodzią Podwodną” nie zdobył żadnego znaczącego trofeum, jednak ich gra siała postrach w szeregach rywali. Trio Senna – Riquelme – Forlan, potrafiło doprowadzić Villarreal do półfinału Ligi Mistrzów w sezonie 2005/2006. To pozwoliło tej pamiętnej ekipie utkwić w sercach najzagorzalszych kibiców z „Estadio de la Ceramica”. Po tym wspaniałym sezonie, oczy na defensywnego pomocnika skierował sam Sir Alex Ferguson. Pomimo oferty z Manchesteru, odrzucił ją woląc kreować swoją legendę na półwyspie iberyjskim. Kilka sezonów później, jako kapitan swojej drużyny, poprowadził ją do legendarnego drugiego miejsca w Primera Division, wyprzedzając FC Barcelonę. ,,Nie będę udawał, że nie przestudiowałem dokładnie oferty: to był Man United, ale Villarreal sprawił, że poczułem się doceniony i nie żałuję, że zostałem”- Marcos Senna.

Po sezonie 2005/2006 otrzymał hiszpański paszport, i tym samym mógł w pełni zadomowić się w swoim nowym domu. Jego świetna gra dla Villarrealu nie została przeoczona przez selekcjonera reprezentacji Hiszpanii – Luisa Aragonesa, który postanowił dać mu szansę w czerwonym trykocie. Debiut Senny w nowych barwach narodowych przypadł 1 marca 2006 roku przeciwko Wybrzeżu Kości Słoniowej. W spotkaniu rozegrał 32 minuty, na tyle dobrze, że nie zraził do siebie trenera. ,,Zawsze wiedziałem, że drużyna Brazylii jest odległa i po naturalizacji i rozegraniu meczu dla Hiszpanii całkowicie o tym zapomniałem. Jestem zaszczycony. Gdzie mógłbym zagrać dla Brazylii?”- Marcos Senna. Początkowo powołania do kadry Senny, jako jedynego czarnoskórego zawodnika w drużynie, odbierane były jako próba rozładowania napięcia afery rasistowskiej wokół Luisa Aragonesa. Legendarny trener miał pewnego czasu określić Thierry’ego Henry’ego – “czarnym gównem”. Całą sprawę skomentował sam Marcos, który wielokrotnie pytany o tę sprawę powiedział: ,,Aragonés jest osobą spektakularną. Bardzo pomógł sprowadzić mnie do drużyny hiszpańskiej, a fakt, że ludzie uważali go za rasistę, został zminimalizowany przez fakt, że do mnie zadzwonił. Widzę, jak mnie traktuje i jak mnie lubi”. Luis Aragones na pewno rasistą nie był, a Marcos Senna był zawodnikiem powoływanym przez niego na duże turnieje. Na Mistrzostwach Świata 2006 odgrywał rolę zmiennika, a Hiszpania odpadła w 1/16 z Francją, za to na Mistrzostwach Europy 2008 był już kluczowym elementem układanki selekcjonera. W zwycięskiej drużynie La Furia Roja, z boisk w Austrii i Szwajcarii był pierwszoplanową postacią. Rozegrał 5 z 6 spotkań w pełnym wymiarze czasowym. Odpoczywał tylko w ostatnim spotkaniu grupowym z Grecją, gdy zawodnicy z Półwyspu Iberyjskiego byli pewni awansu do kolejnej rundy. Jego nietykalność wynikała ze świetnej gry, co w obliczu potencjału Hiszpanów w środkowej formacji nie było sprawą oczywistą. Mistrzostwo Europy zdobyte przez Sennę i jego kolegów zaowocowało nagrodą indywidualną. Defensywny pomocnik został uznany za najlepszego hiszpańskiego zawodnika w roku 2008. Warto podkreślić, że miał wtedy 32 lata. ,,Wykonuje dla nas fantastyczną pracę i jest wspaniałym facetem. Znamy jego znaczenie”- Iker Casillas. Vincente Del Bosque, który zastąpił na stanowisku selekcjonera Luisa Aragonesa, przez jakiś czas po pamiętnym turnieju skrupulatnie stawiał na czarnoskórego zawodnika. Jednak ze względu na kreowanie się nowych, młodych gwiazd hiszpańskiej piłki nie pozwoliły pojechać Marcosowi na kolejny duży turniej. Swoje ostatnie spotkanie rozegrał w 2010 roku, w towarzyskim starciu z Francją przed Mundialem w RPA. Po 11 latach spędzonych na dumnym noszeniu żółtego trykotu drużyny, wyjechał do Stanów Zjednoczonych do drużyny NY Cosmos. Również tam odegrał wielką rolę we wstającej z kolan ekipie. Z hiszpańskim pomocnikiem w składzie, w sezonie 2013/2014 wygrali NASL Soccer Bowl, a Marcos, zdobywając zwycięską bramkę w finale, wybrany został MVP spotkania. W amerykańskim klubie spędził ponad dwa lata, po czym zawiesił buty piłkarskie na kołku. Kariera Marcosa to idealna lekcja dla młodych piłkarzy, pokazująca, że nie warto się poddawać pomimo przeciwności losu. Ten silny i inteligenty zawodnik zawsze będzie kojarzony ze swoją skromnością, altruizmem (założył Fundację Marcosa Senny) a przede wszystkim z grą dla Villarrealu (355 spotkań, 33 gole) oraz reprezentacji Hiszpanii (28 spotkań, 1 gol).

Media

Sonda

Kto powinien wygrać Złotą Piłkę 2026?