FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
14
Szaleństwo w Brugii:
Często zdarza się, że ostatnie mecze grupowe podczas wielkiego turnieju wywołują ogromne emocje. Czy to jawna kpina z kibiców podczas mundialu w Hiszpanii w 1982 roku, czy dramat reprezentacji Polski podczas EURO 2012, czy wreszcie odpadnięcie Niemców z Mistrzostw Świata 2018 i 2022. Ostatnie starcia też decydują o kolejności w grupie. Tak miało być podczas Mistrzostw Europy w 2000 roku w Belgii i Holandii w meczu Jugosławii z Hiszpanią. Pierwsze spotkania grupy C EURO 2000 były bardzo wyrównane. Nie było meczu, w którym jedna z drużyn miała przynajmniej dwie bramki przewagi nad rywalem. Hiszpanie rozpoczęli turniej od sensacyjnej porażki z Norwegami 0:1. Bramkę na wagę trzech punktów zdobył znany z występów między innymi w Tottenhamie Steffen Iversen. Sporą ciekawostką może być fakt, że tamto spotkanie sędziował Gamal Al-Ghandour z… Egiptu. Jest on pierwszym afrykańskim sędzią prowadzącym mecz mistrzostw Europy. A żeby było jeszcze zabawniej, dwa lata później ten sam arbiter znów prowadził spotkanie Hiszpanów. Był to mecz ćwierćfinałowy Mundialu w Korei Południowej i Japonii a „La Furia Roja” grała przeciwko gospodarzom z Korei. Gamal Al-Ghandour nie uznał wtedy dwóch prawidłowo zdobytych bramek dla drużyny z Półwyspu Iberyjskiego, w efekcie czego ci odpadli z turnieju po porażce w rzutach karnych. Wróćmy jednak do spotkań rozgrywanych na boiskach Belgii i Holandii. Podopieczni Jose Antonio Camacho po porażce z Norwegią mogli mieć nieco spokojniejsze nastroje, ponieważ w drugim meczu tej grupy w starciu typowo bałkańskim Jugosławia, której spadkobiercą stała się w 2003 roku Serbia i Czarnogóra zremisowała ze Słowenią 3:3. Jugosłowiańscy gracze trenera Vujadina Boskova pokazali, że mają charakter i że potrafią walczyć nawet w najtrudniejszych warunkach. Przegrywali bowiem już 0:3. Szczególnie w 57. minucie mało kto mógł przewidywać, że późniejsze starcie Jugosłowian z Hiszpanami będzie meczem drużyn, które w końcowym rozrachunku awansują z tej grupy. Kolejne starcia zresztą niejako potwierdziły obawy kibiców obu zespołów, ponieważ zarówno Hiszpanie ze Słowenią, jak i Jugosławia z Norwegami znów się męczyły, wygrywając przewagą jednej bramki. Hiszpanie pokonali Słowenię 2:1 a Jugosławianie Norwegię 1:0. Sytuacja w tabeli przed ostatnią kolejką była bardzo ciekawa. Hiszpania miała trzy punkty, Jugosławia była liderem z jednym punktem więcej. Norwegowie byli na równi z Hiszpanami, a Słowenia z punktem za remis z Jugosławią zamykała stawkę i nie liczyła się zbytnio w walce o drugie miejsce w grupie. Wszyscy, poza Słowenią w grupie C liczyli na udane zwieńczenie fazy grupowej i awans do ćwierćfinału. W najlepszej sytuacji była Jugosławia, której do utrzymania pozycji lidera grupy wystarczył remis. Norwegowie musieli wygrać i liczyć na porażkę bądź remis Hiszpanii. Słoweńcy mogli jedynie przeszkodzić Skandynawom w realizacji swojego celu. Nie dziwne więc, że oczy całego piłkarskiego świata zwrócone były w kierunku Bruggi i Arnhem, gdzie miały rozstrzygnąć się losy grupy C. Jugosłowianie bardzo szanowali swoich rywali, na których spadała fala krytyki. Szczególnie mocno dostawało się właśnie Guardioli. Hiszpańskie dzienniki na czele z madryckim AS-em poddawały wręcz w wątpliwość sens powołania Pepa na ten turniej. Piłkarze hiszpańscy zarzucali z kolei mediom hipokryzję, przypominając zarzuty, jakie one stawiały selekcjonerowi dwa lata wcześniej, gdy Guardioli w kadrze nie było. ,,Dla mnie Guardiola jest najlepszym hiszpańskim piłkarzem”– Vujadin Boskov. Hiszpańskich obserwatorów martwiła słaba dyspozycja fizyczna piłkarzy. W kontekście walki z wybieganymi i silnymi fizycznie piłkarzami z Bałkanów kiepskie przygotowanie motoryczne mogło być poważnym problemem podopiecznych Camacho. Problemów przysparzała też wspominana atmosfera wokół kadry.
,,Choć do awansu wystarczy nam remis, taktyka na grę bez goli byłaby samobójstwem”– mówił przed meczem Boskov. Trener Boskov słusznie przestrzegał swoich piłkarzy przed rozprężeniem i ewentualną próbą gry na remis. Nawet jeśli Hiszpanie mieli swoje problemy, to mieli na tyle dobre indywidualności, że jedną akcją mogli rozstrzygnąć mecz na swoją korzyść. Tak się rzeczywiście stało, ale po kolei. Początek starcia był oczekiwaniem na to, co zrobi przeciwnik. Mało kto mógł przewidzieć, że od 30. minuty sytuacja może zmienić się diametralnie. Pierwszy cios wyprowadzili Jugosłowianie. Po wrzutce z lewej strony Ljubinko Drulovicia świetnym strzałem głową popisał się znany obrońcom hiszpańskim napastnik Savo Milosević. Hiszpanie nie czekali jednak na rozwój sytuacji długo i po ośmiu minutach odpowiedzieli po zamieszaniu dobrym strzałem Alfonso. Kiedy wydawało się, że nic się nie zmieni w pierwszej połowie, Hiszpanie zagrozili, ale Gaizka Mendieta tym razem chybił. Wtedy jeszcze nie wiedział, że jego wielka chwila w tym meczu ma dopiero nadejść. Druga połowa była tym, na co postronni kibice czekali najbardziej. Szaleństwo rozpoczęło się w 50. minucie, kiedy Drulović świetnie wypatrzył za polem karnym wprowadzonego kilka minut wcześniej Dejana Govedaricę. Ten nie zastanawiając się długo i huknął znakomicie pod poprzeczkę bramki Canizaresa. Kibice z Bałkanów ściskali się z wielkiej radości. Nie trwała ona jednak zbyt długo. Nie minęła nawet minuta, a Munitis po podaniu od Etxeberrii z prawej strony popisał się pięknym strzałem na dalszy słupek bramki Ivicy Kralja. Na tablicy świetlnej widniał wynik 2:2. Nie był to koniec… W 63. minucie czerwoną kartkę w konsekwencji dwóch żółtych zobaczył Slavisa Jokanović, przez co wydawało się, że do głosu w tym starciu dojdą grający w przewadze Hiszpanie. Nic bardziej mylnego. W 75. minucie po rzucie wolnym i zamieszaniu podbramkowym przytomnością umysłu wykazał się Slobodan Komljenović i wyprowadził swój zespół na trzecie prowadzenie. Podopieczni trenera Boskova byli już wtedy niemal pewni awansu do kolejnej rundy. Przecież tylko cud mógł uratować ich rywali. La Roja nacierała na bramkę Ivicy Krajla, jednak ani Guardiola, ani Alfonso nie potrafili wepchnąć piłki do siatki. Przełom nastąpił dopiero w doliczonym czasie gry, kiedy w polu karnym padł Abelardo. Egipski sędzia podyktował rzut karny, który pewnie na gola zamienił Gaizka Mendieta. Ostatni raz do bramki rywala w tym spotkaniu trafił Alfonso, który po zagraniu na „aferę” dopadł do zgranej piłki i umieścił ją w siatce. Jugosłowianie pomimo trzykrotnego prowadzenia przegrali to starcie 3:4. Zawodnikiem meczu okrzyknięto krytykowanego wcześniej Pepa Guardiolę. Wynik ten spowodował, że podopieczni Camacho mimo ostrej krytyki wyszli z grupy z pierwszego miejsca, Jugosławia spadła na drugie miejsce, a Norwegowie po remisie ze Słowenią zakończyli rywalizację na trzecim miejscu.
Hiszpania – Jugosławia 4:3 (1:1)
Gole: 0:1 Savo Milošević 30′, 1:1 Alfonso Perez 38′, 1:2 Dejan Govedarica 50′, 2:2 Pedro Munitis 51′, 2:3 Slobodan Komljenović 75′, 3:3 Gaizka Mendieta 90′ -k, 4:3 Alfonso Perez 90′
Składy:
Jugosławia: Kralj – Komljenović, Djukić, MIhajlović, Djorović (Stanković 12′) – Stojković (Saveljić 68′), Jugović (Govedarica 46′), Jokanović, Drulović – Mijatović, Milosević;
Hiszpania: Canizares – Salgado (Munitis 46′), Abelardo, Paco (Urzaiz 64′), Sergi Barjuan – Mendieta, Guardiola, Helguera, Fran (Etxeberria 22′) – Raul, Alfonso
A jak potoczyły się dalsze losy tych zespołów w turnieju? Jugosławianie w ćwierćfinale boleśnie przegrali ze współgospodarzami Holandią 1:6, a Hiszpanie ulegli późniejszym mistrzom z Francji 1:2. W tym spotkaniu rzutu karnego w końcówce nie wykorzystał Raul Gonzalez.
@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@martusiaaaa
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
0
@kocuur A jakże by nie!? W 2002 r. to sędziowie za uszy ciągneli Koreańczyków tak wyraźnie że to na miliony kilometrów śmierdziało przekretem i nawet nie trzeba było żadnego varu!
1
@Comentateiro Oyarzabal może i jest alfą i omegą ale tylko napastnika. Ale Yamalek nie jest przereklamowany, on po prostu jest jeszcze i młody i z gorącą głową...
1
@kocuur A ja go lubiłem i generalnie nie przepadam za technologią var.
10
@FCBparasiempre
Pele uzyskał status Boga na przełomie lat 50-tych i 60-tych. Miał około 20 lat ale był już mistrzem świata. Kiedy w roku 1962 Brazylia zdobywała tytuł po raz drugi, Pelego w meczu finałowym zabrakło. W drugim spotkaniu turnieju został kontuzjowany i już na boisko nie wrócił. Koledzy dali sobie rade bez niego. Zresztą zastępujący go Amarildo znakomicie wywiązał się ze swojej roli. Pele stosunkowo szybko powrócił do zdrowia ale niemal bez przerwy narażał się na ataki obrońców całego świata. Którzy nie mogli zatrzymać go zgodnie z przepisami, czyli większości. W dodatku klub Pelego- FC Santos bez umiaru wykorzystywał fakt że miał w swoich szeregach najlepszego piłkarza świata oraz kilku innych mistrzów jak Gilmara, Mauro, Zito, Coutinho czy Pepe. FC Santos jako pierwszy klub w dziejach futbolu, odbywał wielotygodniowe tournée po świecie, zmieniając przeciwników, strefy czasowe i klimatyczne. Rozgrywał mecze co kilka dni, biorąc za każdy nie mniej niż 100 tysięcy dolarów. Pele wspominał iż w roku 1959 w Santosie, reprezentacji Brazylii, reprezentacji stanu São Paulo, reprezentacji wojskowej i drużynie koszarowej rozegrał około 100 meczów. Dziewięciokrotnie w ciągu jednej doby zdarzyło mu się zagrać dwa razy. Podczas tournée po Europie Santos rozegrał 22 mecze w ciągu 6 tygodni. To było szaleństwo! Piłkarze poruszali się wyłącznie między hotelami, stadionami, dworcami kolejowymi i portami lotniczymi. Na odpoczynek brakowało czasu. Na przełomie lat 50-tych i 60-tych to był prawdopodobnie najlepszy zespół świata nazywany ,,Os Santasticos”. Bez Pelego te wojaże byłyby znacznie mniej atrakcyjne i intratne, więc eksploatowano go ponad miare. Nie tylko grał ale też musiał się spotykać z różnymi ważnymi postaciami czy też pozować do zdjęć. W styczniu 1969 przyjazd Pelego z Santosem do Afryki stał się powodem przerwania wojny w Biafrze. Po zakończeniu meczu działania wojenne wznowiono ale dopiero po odlocie samolotu z piłkarzami na pokładzie. Na półtora roku przed mundialem w 1970 r. reprezentacje Brazylii prowadził Aimore Moreira, który zdobył z nią Puchar Rimeta w 1962; był jednak głuchy na żądania polityków i stracił posade. Zastąpił go João Saldanha, znany bardziej jako dziennikarz sportowy niż trener. Znał się na piłce, nie był zazdrosny, wiedział że w kraju jest wielu młodych trenerów i chętnie się nimi otaczał. Wiosną 1970 r. do Europy wybrał się Saldanha aby obejrzeć kilka meczów międzypaństwowych i ligowych w Anglii a nawet treningi reprezentantów tego kraju. Popatrzył, poczytał, porozmawiał a po powrocie do domu natychmiast wyrzucił z kadry obydwu bramkarzy, czterech obrońców i paru innych zawodników. Uznał że w starciu z twardym europejskim sposobem gry nie dadzą sobie rady. Chciał szukać na ich miejsce innych ale nie zdążył. Wśród wyrzuconych znalazł się ulubieniec prezydenta kraju, napastnik Dario Maravilha. W związku z tym prezydent zadzwonił do szefa Brazylijskiej Konfederacji Sportu João Havelenge’a i na 3 miesiące przed rozpoczęciem mundialu Saldanha stracił prace. Usłyszał że pije, nie potrafi znaleźć wspólnego języka z zawodnikami, jest nieobliczalny bo podobno podczas jakiejś sprzeczki groził pistoletem trenerowi Flamengo. Havelange, który 5 lat później zostanie prezydentem FIFA, wiedział jak się załatwia takie sprawy. Jego decyzje o zwolnieniu Saldanhy poparli dziennikarze sportowi, czekający aż ich byłemu koledze po fachu powinie się noga. Zastąpił go Mario Zagalo, lewoskrzydłowy, 2-krotny mistrz świata. Unikał konfliktów, więc dla świętego spokoju ponownie powołał Maravilhe do kadry i nawet zabrał go na mundial. Mógł sobie na to pozwolić ponieważ zebrał kilkunastu innych wspaniałych zawodników, którzy w dobrej formie mogli pokonać każdego. Nad tą formą i przygotowaniami do turnieju pracował sztab fachowców z różnych dziedzin. Brazylijscy piłkarze byli w dobrych rękach; wzorcowo rozwiązano także problem aklimatyzacji na wysokości, z czym w różny sposób i nie zawsze skutecznie radzili sobie inni uczestnicy mundialu. Przy błogosławieństwie prezydenta nie liczono się z kosztami. Tylko na ostatnią faze przygotowań Brazylia wydała około 1,5 miliona dolarów! Zgrupowanie rozpoczęło się 12 lutego, na 3,5 miesiąca przed turniejem. Do końca marca piłkarze przechodzili w Rio de Janeiro badania medyczne, testy psychologiczne i trenowali. Brazylia nie miała wprawdzie żadnego swojego przedstawiciela we władzach FIFA ale lobbować potrafiła niezwykle skutecznie. Wywalczyła dokładnie to samo, co Anglia 4 lata wcześniej – jedno stałe miejsce rozgrywania meczów podczas turnieju. Dla Anglików to było Wembley, dla Brazylijczyków stadion Jalisco w Guadalajarze. Podróż z Rio do Guadalajary można było odbyć samolotem w ciągu kilku godzin ale fizjolodzy stwierdzili że wiąże się to z ryzykiem; mogłoby dojść do niepożądanych reakcji organizmu, związanych z różnicą ciśnienia, pracy serca itp. A to w przypadku czynnych sportowców byłoby niepożądane. Zgodnie z sugestiami lekarzy wybrano inny wariant. Najpierw samolot wylądował w Manaus nad Amazonką. Po dwóch dniach odpoczynku piłkarze przenieśli się do położonej wyżej Bogoty a po trzech kolejnych wylądowali w Guadalajarze, na wysokości 1680 metrów. Stąd przenieśli się do leżącego o 400 metrów wyżej Guanajuato, gdzie spędzili prawie 2 miesiące. Opuszczali to miejsce tylko żeby rozegrać mecze kontrolne. Czuli się tam jak u siebie w domu, więc każdy przeciwnik miał poczucie że rozgrywa mecz na wyjeździe, tym bardziej że po 15 minutach, kiedy przeciwnicy z trudem łapali oddech, Brazylijczycy dopiero się rozkręcali.
Pierwszym przeciwnikiem na mundialu była Czechosłowacja, podobnie jak 8 lat wcześniej, w finale mistrzostw świata. Czesi pierwsi strzelili gola ale to były dla nich miłe złego początki. ,,Wielu komentatorów natychmiast zaczęło przypominać przedturniejowe prognozy, w których podkreślano że Brazylia potrafi tylko atakować i nie ma obrony ale ja wiedziałem że nasza drużyna jest wystarczająco dobra aby zmienić wynik. To nie byli Czesi z 1962 roku, a ja nie byłem wygasłą gwiazdą, jak twierdził ich trener”- wspominał Pele. Ostatecznie Canarinhos wygrali 4:1. Pele zdobył tylko jednego gola ale wsławił się strzałem z połowy boiska. Zobaczył że bramkarz Victor wyszedł daleko w pole karne i strzelił, lecz piłka przeleciała nad bramką. Już w drugim meczu Brazylia musiała się zmierzyć z broniącą tytułu Anglią. Ze względu na transmisje telewizyjne do Europy mecze rozgrywano często w samo południe i tak było tym razem. Temperatura przekraczała 35 stopni. Zagalo zakończył odprawę zdaniem: ,,Nie śpieszcie się, Anglicy nie są przyzwyczajeni do takich warunków i zmęczą się prędzej niż wy. Wcześnie czy później na pewno zdobędziecie gole”. Trener wiedział co mówi. Mecz stał na bardzo wysokim poziomie a akcji, po której Canarinhos zdobyli gola, piłkarze całego świata uczyli się na pamięć. Zaczeło się po lewej stronie, w pobliżu narożnika pola karnego. Tostão przedryblował trzech Anglików, w tym Bobby’ego Moore’a, zakładając mu ,,siatke”; to wyjątkowy despekt dla obrońcy. Następnie Brazylijczyk odwrócił się nie tak, jak Anglicy się spodziewali, podał na środek pola karnego, gdzie czekał Pele. Rzuciło się do niego 3 Anglików, więc Pele podał lekko w prawą strone. Nadbiegający Jairzinho strzelił od razu, nie dając bramkarzowi żadnych szans. To wszystko działo się w 60 minucie meczu. Bramkarzem był Gordon Banks, mistrz świata, jeden z najlepszych specjalistów w swoim fachu. W pierwszej połowie popisał się paradą, która została uznana za najlepszą obrone bramkarza w XX wieku. Bogiem a prawdą to trudno stwierdzić, jednak klasa strzelca i ranga meczu na pewno wpłynęła na ocene. Pele strzelił głową z odległości około 9 metrów tak mocno, jakby piłke kopał. Piłka odbił się od ziemi, co zawsze utrudnia obrone. Mimo to Banks w jakimś niezwykłym skoku zdołał piłke odbić; było to bez wątpienia coś absolutnie wyjątkowego ale jednak Canarinhos wygrali 1:0. Z Rumunią Brazylia wygrała 3:2 ,,siłą rozpędu”, po najsłabszym meczu fazy grupowej. W ćwierćfinale pokonała 4:2 Peru, mającym bodaj najlepszą reprezentacje w swojej historii, z Cubillasem na czele. Półfinałowym przeciwnikiem był Urugwaj. Spotykał się na mundialu z Brazylią pierwszy raz od słynnego finału w roku 1950. Jak chcą legenda i lukrowane biografie Pelego, kiedy Ghigghia wbijał Brazylii gola decydującego o tytule mistrza świata, 9-letni Pele płakał w domu, słuchając transmisji radiowej z Maracany. Przysiągł że kiedyś zmaże te plame na honorze Brazylii i właśnie teraz nadarzyła się okazja. Atmosfera w Brazylii rzeczywiście przypominała mobilizacje przed militarnym starciem, zresztą podobno wojsko wzmocniło posterunki przy granicy z Urugwajem; być może miało to wszystko jakiś wpływ na postawę piłkarzy obydwu krajów. Tyle że tym razem Urugwajczycy byli słabsi. Wprawdzie pierwsi zdobyli gola ale później stracili trzy. Pozostawał już tylko finał na Estadio Azteca z Włochami, mistrzami catenaccio, Cztery lata wcześniej doznali kompromitującej porażki z Koreą Północną 0:1. Wracali z mistrzostw z Anglii po cichu a na lotnisku w Rzymie musieli robić uniki, żeby nie dostać rzucanymi przez kibiców zgniłymi pomidorami. Teraz rozgrywali turniej po mistrzowsku nie szafując siłami. Do drugiej rundy przeszli dzięki jednemu golowi zdobytemu w meczu ze Szwecją. Dwa następne(z Urugwajem i Izraelem) zremisowali 0:0. W ćwierćfinale rozbili Meksyk 4:1 a w półfinale stoczyli zażarty pojedynek z RFN, gdzie wygrali dopiero w dogrywce 4:3. To był bez wątpienia jeden z tych meczów, które wstrząsnęły światem. Finał(21 czerwca) nie był tak emocjonujący, ze względu na przewagę Canarinhos ale widzowie pozostawali w napięciu do przerwy, kiedy jeszcze Włosi trzymali się mocno i w drugiej połowie, kiedy Brazylijczycy przeprowadzali akcje, niczym wisienki na torcie. Na pięknego gola strzelonego głową przez Pelego Włosi odpowiedzieli golem Boninsegni, który wykorzystał nieporozumienie między obrońcami a bramkarzem Felixem. Do przerwy 1:1. W drugiej połowie grali już tylko Canarinhos a gole strzelali: Gerson, Jairzinho i kapitan Carlos Alberto Torres. Trzeci tytuł mistrza, nazywany wówczas Pucharem Rimeta, na własność zgarnęli Brazylijczycy. Trener Włochów Valcareggi przyjął błędną taktykę. Naiwnie myślał że jeśli przy każdym Brazylijczyku postawi jednego obrońcę a nawet dwóch, uniemożliwi im rozgrywanie akcji. Dziwne że mógł się tak pomylić. Lepsi technicznie i szybsi Canarinhos nie napotykali żadnych przeszkód. Włosi nie tylko nie dawali sobie rady z pilnowaniem indywidualnie Brazylijczyków ale kiedy próbowali sobie nawzajem pomagać , zostawiali wolne miejsca w innych częściach boiska. Wystarczyło jedno podanie na wolne pole żeby szybszy Brazylijczyk mógł się tam znaleźć i rozpocząć akcje. Włosi pilnowali głównie napastników i pomocników, więc kiedy przy czwartym golu skrzydłem zaatakował Carlos Alberto, zastanawiali się kto ma mu przeszkodzić i kiedy. W rezultacie nikt tego nie zrobił. Zresztą Włosi już wtedy nie bardzo wiedzieli gdzie są. Chwile wcześniej Clodoaldo przedryblował czterech z nich, akcja przeniosła się ze środka boiska na lewą strone a podanie Pelego przerzuciło ją na prawą. Mało kto mógłby temu zapobiec. A przecież we włoskiej ekipie grali tak wybitni piłkarze jak Facchetti, Burgnich, Mazzola, Boninsegna, Rivera czy Riva.
To była klasowa drużyna ale między radosnym, pełnym polotu stylem gry Canarinhos a wyrachowaną obroną Włochów była zasadnicza różnica, którą najlepiej określił włoski reżyser, pisarz i poeta Pier Paolo Pasolini: ,,Są dwa rodzaje futbolu: europejski- kolektywny, zaprogramowany, podręcznikowy i południowoamerykański- spontaniczny oparty na inwencji artystów, erotyczny. Między nimi jest taka różnica jak między prozą a poezją”. Włosi mieli pecha trafiając na Brazylie, nazywaną ,,cudowną drużyną”, ,,jedenastką XX wieku”. Genialny 30-letni Pele był jak symbol, co należało mu się za lata niezwykłych dokonań na wszystkich stadionach na kuli ziemskiej. Pół roku wcześniej świat fetował tysięcznego gola, zdobytego przez niego w oficjalnym meczu. Strzelił go na Maracanie z rzutu karnego, w meczu z Vasco da Gama. Rzadko który mecz krajowej rangi, w dodatku na dalekim kontynencie, wzbudzał takie zainteresowanie w Europie. Wszyscy czekali na tego gola bo Pele był ,,własnością całego świata” i miał więcej kibiców niż jakikolwiek inny piłkarz. Bobby Charlton powiedział że Pan Bóg stworzył piłke nożną żeby Pele miał się gdzie wyżywać. Każdy piłkarz tamtej drużyny z 1970 w jakimś sensie wyżywał się. Mario Zagalo zdobył w Meksyku tytuł mistrza świata jako trener. Wcześniej dwukrotnie wywalczył Puchar Rimeta jako piłkarz. Nikt przed nim nie dokonał takiej sztuki. Po nim, tylko Franz Beckenbauer. Puchar Świata stał się własnością Brazylijczyków. W roku 1983 został skradziony z siedziby federacji w Rio de Janeiro i nigdy się nie odnalazł. Na koniec składy z historycznego finału:
Brazylia: Félix - Carlos Alberto , Brito , Piazza , Everaldo - Clodoaldo , Gérson - Jairzinho , Tostão , Pelé , Rivellino
Włochy: Albertosi - Burgnich , Cera , Bertini ( 75 Juliano ), Rosato , Facchetti - Domenghini , de Stisi , Mazzola - Boninsegna ( 84 Rivera ), Riva
7
Trzecia koronacja Pelego:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Comentateiro
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
12
Wybitne legendy futbolu:
21 czerwca 1955 r. urodził się Michel Francois Platini, francuski piłkarz, menedżer oraz były prezydent UEFA. Był członkiem reprezentacji Francji, która w 1984 roku zwyciężyła na Mistrzostwach Europy, po których został wybrany najlepszym piłkarzem oraz najskuteczniejszym zawodnikiem tego turnieju. Występował na Mistrzostwach Świata w 1978, 1982 i 1986 roku. Wraz z Alainem Giressem, Luisem Fernandezem oraz Jeanem Tiganą tworzyli tak zwany magiczny kwadrat- grupę piłkarzy grających jako pomocnicy, którzy tworzyli podporę francuskiego teamu w latach osiemdziesiątych XX wieku. Jest również uważany za jednego z najlepiej podających piłkarzy w historii piłki nożnej, oraz wybitnego wykonawcę stałych fragmentów gry. Był posiadaczem tytułu strzelca największej ilości goli w barwach narodowych(41) aż do 2007 roku, kiedy to Thierry Henry poprawił to osiągnięcie. Platini był również trenerem reprezentacji Francji przez 4 lata oraz współorganizatorem Mistrzostw Świata w swojej ojczyźnie w 1998 roku. Jego ojciec- Włoch o imieniu Aldo -był profesjonalnym piłkarzem oraz dyrektorem francuskiego zespołu AS Nancy, w którym młody Michel stawiał swoje pierwsze kroki. W listopadzie 1972 roku, po wcześniejszej grze w lidze regionalnej, został dołączony do rezerw zespołu AS Nancy, prowadzonego przez ojca. Bardzo szybko pokazał swoje umiejętności strzeleckie, zdobywając 3 gole w spotkaniu przeciwko Wittelsheim. Dalsze postępy zaowocowały przesunięciem go do pierwszego zespołu. Jego debiut nie był udany - w spotkaniu przeciwko Valenciennes, po wejściu z ławki rezerwowych, został kilkukrotnie trafiony przez przedmioty rzucane z trybun podczas zamieszek, które wybuchły w trakcie meczu. Kilka dni później, podczas kolejnego występu w zespole rezerw, nabawił się poważnej kontuzji kostki, która wykluczyła go z rozgrywek aż do maja 1973 roku. Sezon 1973/1974 skończył się dla drużyny Nancy spadkiem z najwyższej klasy rozgrywkowej we Francji. Duży wpływ na to niepowodzenie miała kolejna kontuzja Platiniego - w marcu 1974 roku, kiedy liga wkraczała w decydującą fazę, doznał on podwójnego złamania lewego ramienia w jednym ze spotkań. Jednak kolejny rok zaowocował powrotem do Ligue 1. Francuz stał się najważniejszym piłkarzem swojej drużyny, strzelając 17 goli, w tym kilka z rzutów wolnych, które stały się jego specjalnością. Trenował stałe fragmenty przy pomocy swego przyjaciela, bramkarza Moutiera, oraz rzędu manekinów, które tworzyły swego rodzaju mur. Po udziale w Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu w 1976 roku, w których Francja doszła do ćwierćfinału, podpisał on z Nancy swój pierwszy profesjonalny kontrakt. Przed wylotem na Mistrzostwa Świata w Argentynie, Platini zdobył pierwsze cenne trofeum w karierze, wygrywając finał Pucharu Francji przeciwko Nice i strzelając jedyną bramkę w spotkaniu.
Przed rozpoczęciem mundialu w 1978 r. wszyscy mieli w pamięci mecz eliminacyjny z Bułgarią, wygrany 3-1, w którym Michel zdobył jedną z bramek. Dzięki temu zwycięstwu Trójkolorowi zapewnili sobie awans na odbywającą się co cztery lata imprezę. W jednym z meczów towarzyskich przed mundialem zapisał się w pamięci kibiców, strzelając słynnemu włoskiemu bramkarzowi, Dino Zoffowi, dwie gole z rzutów wolnych. Same mistrzostwa były bardzo nieudane dla reprezentacji Francji. Po wygranej z Węgrami oraz porażkach z Argentyną i Włochami, Francuzi wyjechali z Argentyny już po pierwszej rundzie. Mimo że Michel Platini był jednym z najlepszych zawodników podczas tego nieudanego turnieju, to właśnie jego kibice uznali za winnego klęski Francuzów.
Jego kontrakt z Nancy wygasł w czerwcu 1979 roku. Rywalizowało o niego kilka mocnych francuskich klubów i ostatecznie zdecydował się na przenosiny do Saint-Etienne. Trzyletni pobyt w nowym klubie był dla Platiniego mieszaniną sukcesów i porażek. Saint-Etienne miało zamiar podbić piłkarską Europę, lecz mimo kilku fantastycznych spotkań, piłkarzom tego klubu nie udało się nawiązać do sukcesu z 1976 roku, kiedy to drużyna ta wystąpiła w finale Pucharu Europy. W 1981 roku Saint-Etienne zdobyło mistrzostwo Francji, lecz w tym samym roku przegrało z Bastią w finale krajowego pucharu. Ostatnim meczem Michela Platiniego w barwach tego klubu przed przenosinami do włoskiego Juventusu Turyn, był kolejny, ponownie przegrany, finał tych rozgrywek przeciwko Paris Saint-Germain. Zanim Francuz zaczął występować w barwach Starej Damy, dotarł wraz z kolegami do półfinału Mistrzostw Świata w 1982 roku w Hiszpanii. Porażka po rzutach karnych z RFN pozbawiła ich marzeń o finale. W pierwszym sezonie gry dla Juventusu Platini był bliski szybkiego odejścia z tego klubu, gdyż nie potrafił się dostosować do włoskiego stylu gry. Po zmianie taktyki dokonanej przez trenera, Francuz zaczął jednak grać o wiele lepiej. Piłkarze "Starej Damy" dotarli aż do finału Pucharu Europy, gdzie przegrali z niemieckim Hamburgerem SV, oraz zdobyli Puchar Włoch. Kolejne sezony to pasmo sukcesów Platiniego w Juventusie - Mistrzostwo Włoch w 1984 i 1986 roku, Superpuchar Europy w 1984 roku, Puchar Europy w 1985 roku oraz Puchar Interkontynentalny w 1985 roku.
Trzy sezony z rzędu był królem strzelców Serie A a także trzykrotnie był wybierany najlepszym piłkarzem Europy w latach 1983-1985. W 1984 roku reprezentacja Francji zdobyła tytuł Mistrza Europy, a Platini z 9 golami w 5 spotkaniach, został królem strzelców tej imprezy. Puchar Europy zdobyty w 1985 roku powinien być ukoronowaniem kariery Francuza, lecz został on zdobyty w cieniu wielkiej katastrofy na stadionie Heysel, kiedy to podczas finałowego meczu przeciwko Liverpoolowi, w czasie trwania zamieszek na trybunach zginęło 39 osób a ponad 600 zostało rannych. Mecz rozpoczął się z półtoragodzinnym opóźnieniem. Jedyną bramkę z rzutu karnego, podyktowanego za faul na Zbigniewie Bońku, strzelił Platini. Dzień po tym spotkaniu, Francuz był krytykowany za brak powściągliwości w świętowaniu zwycięstwa. Platini utrzymywał jednak, że nie był w pełni świadomy skali katastrofy, która wydarzyła się na stadionie.
Na Mistrzostwach Świata w 1986 roku Francja zajęła 3 miejsce a Platini zdobył ostatnie 2 bramki w swej reprezentacyjnej karierze. Rok później zawiesił swe piłkarskie korki na kołku, kończąc bogatą i fantastyczną karierę w wieku 32 lat. Ostatnie spotkanie w reprezentacji Francji to mecz z Islandią 29 kwietnia w 1987 roku. W sumie w 72 spotkaniach w trójkolorowych barwach zdobył 41 goli a w 432 oficjalnych występach klubowych, do bramki rywala trafiał aż 224 razy. 1 listopada 1988 roku Michel Platini został selekcjonerem reprezentacji Francji. Po wygraniu 19 spotkań z rzędu został wybrany trenerem roku. Jednak po odpadnięciu Francji z Euro 1992, został zwolniony z tej posady. W kolejnych latach był między innymi, razem z Fernandem Sastre, głową Komitetu Organizacyjnego Mistrzostw Świata w 1998 roku, które odbywały się we Francji, oraz członkiem Komitetu Wykonawczego FIFA.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
4
Laminek Yamalek to cudowne dziecko hiszpańskiego futbolu i "naszej" kochanej Barcuni. Trzeba na niego dmuchać i chuchać. Natomiast Ferran Torres? To patałach nad patałachami! Usunąć z klubu i reprezentacji i zapomnieć raz na zawsze!
13
Debiut Hondurasu, który sprawił Hiszpanii porażkę na ich własnym mundialu:
Honduras zadebiutował na Mistrzostwach Świata w 1982 roku, dokonując jednej z największych niespodzianek turnieju: remisu z Hiszpanią w Walencji. Dla gospodarzy był to nieoczekiwany cios; dla Hondurasu debiut na Mistrzostwach Świata był pełen dumy. Drużyna ta była bliska historycznego awansu ale ostatecznie odpadła minimalną różnicą punktów. Historia Hondurasu w 1982 roku nie ogranicza się do remisu z Hiszpanią. Zremisowali również z Irlandią Północną i przystępowali do finału z szansą na awans. W grupie, w której nie było miejsca na błędy, porażka z Jugosławią przekreśliła ich marzenia. Pierwszy mecz był, na papierze, górą do zdobycia. Hiszpania grała u siebie i musiała dobrze zacząć. Honduras, debiutujący w finale, wydawał się skazany na przetrwanie tak długo, jak to możliwe. Jednak Mistrzostwa Świata wkrótce przerosły oczekiwania. Héctor Zelaya wyprowadził Honduras na prowadzenie w 7. minucie. Hiszpania wyrównała z rzutu karnego za sprawą Lópeza Ufarte ale wynik pozostał 1:1. Dla hiszpańskich kibiców było to nieprzyjemne ostrzeżenie. Dla Hondurasu był to fundamentalny wieczór. Ten typ meczów wyjaśnia, dlaczego Mistrzostwa Świata są pełne drużyn, które potrafią sprawić niespodzianki. Nie zawsze trzeba eliminować potęgę; czasami wystarczy, by podkopać ich pewność siebie na własnym boisku. Potem Honduras zremisował 1:1 z Irlandią Północną. Drużyna wciąż była w grze. Nie byli tylko drugoplanową drużyną, ale zorganizowaną i waleczną drużyną, która wiedziała, jak radzić sobie z napiętymi meczami. Finałowy mecz z Jugosławią był decydujący. Honduras musiał utrzymać prowadzenie ale rzut karny Petrovicia w końcówce dał Jugosłowianom zwycięstwo. Odpadnięcie było bolesne, ponieważ drużyna była o krok od historycznego sukcesu. Honduras nie wrócił na Mistrzostwa Świata aż do 2010 roku. Dlatego rok 1982 pozostaje powodem do dumy: biała koszulka, wieczór przeciwko Hiszpanii i poczucie, że drużyna mogła przekroczyć granicę. Reprezentacja Hondurasu po raz pierwszy zadebiutowała w wielkim światowym finale na Mistrzostwach Świata w 1982 roku w Hiszpanii. Nie wygrała żadnego meczu, ale zdobyła szacunek.
Honduras 1982 zasługuje na pamięć, ponieważ był to nieustraszony debiut. Remis z gospodarzami, utrzymanie się w grze do ostatniej kolejki i przegrana w końcówce z rzutu karnego to czysta piłka nożna retro. Niektóre Puchary Świata trafiają do ksiąg rekordów, inne zaś ku pamięci narodu. Dla Hondurasu Hiszpania '82 zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@martusiaaaa
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne
6
@FCBparasiempre
Mecz w radiu: To, co najbardziej utkwiło mi w pamięci w dzisiejszym meczu, to ogromna liczba zmian. Pozwólcie, że wyjaśnię: największym wyzwaniem dla komentatora są pierwsze momenty, kiedy z maksymalnym skupieniem i nerwami napiętymi do granic możliwości próbujesz zlokalizować każdego zawodnika na jego pozycji, aby w ułamku sekundy ogłosić jego nazwisko. Z czasem to napięcie opada, by znów się pojawić na początku drugiej połowy, z powodu całkowitej zmiany pozycji, gdy drużyny zmieniają strony. Dodając do tego dodatkowy czas z dwiema zmianami stron, łatwo zrozumieć, jak bardzo jesteś zdezorientowany, gdy sędzia gwiżdże po raz ostatni. Bardzo mi brakowało punktu obserwacyjnego, z którego oglądałem mecz; w Berlinie i Mediolanie, ostatnich dwóch, które transmitowałem, widok był z lotu ptaka z wysokich, przeszklonych kabin; tutaj, pół metra od linii bocznej i praktycznie na poziomie boiska, mogłem zobaczyć niewiele więcej niż mrówkę. Ale myślę, że dzięki wysiłkowi udało mi się przekazać na fale radiowe wspaniałą grę Barcelony z dwoma wewnętrznymi napastnikami o niezwykłej klasie i pęd drużyny Atlético, która wyrównała przegrany mecz i załamała się w decydującym dogrywce. Ach! I emocje związane z meczem, które zdołały zarazić nawet mnie, pomimo braku faworyzowania którejkolwiek z rywalizujących drużyn.(Źródło: Enrique Mariñas [ 5. Marca, 23-06-1942).
Generał Moscardó, Delegat Narodowy ds. Sportu: „Wielki finał, uświetniony obecnością Jego Ekscelencji Głowy Państwa. Dzięki temu meczowi można powiedzieć, że hiszpańska piłka nożna zrehabilitowała się za dawne błędy na arenie międzynarodowej. Przeciwnicy, godni siebie nawzajem, pokazali w tym meczu swoje najlepsze cechy. Z moralnego punktu widzenia nie można kategorycznie stwierdzić, że był zwycięzca i przegrany”.
Javier Barroso, prezes Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej: „Zasłużone zwycięstwo Barcelony, która grała z naprawdę niezwykłym opanowaniem. Nie możemy jednak zapomnieć o wspaniałym powrocie Athletic Bilbao, odrobieniu straty i bliskim wygraniu meczu, który wydawał się przegrany”.
Ramón Sánchez Pizjuán, wiceprezes Hiszpańskiego Związku Piłki Nożnej: „Widziałem, jak ta drużyna Barcelony grała i wyeliminowała Sevillę. Byłem zaskoczony grą odrodzonej Blaugrany. Dziś widziałem, jak grali i zasłużenie wygrali, praktycznie bez wysiłku fizycznego. Bo chociaż skończyli wyczerpani, to nie była to wina taktyki, a raczej okoliczności towarzyszących atakowi”.
Sánchez Ocaña, sekretarz Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej: „Finał, jakiego nie widzieliśmy od dawna. Jako Sekretarz Federacji, chciałbym również dodać, że jesteśmy niezmiernie dumni z obecności Caudillo.
Arqueta, kapitan Athletic Bilbao: „Myślę, że mieliśmy pecha, ale nie przez cały mecz a dokładnie w momencie, gdy mogliśmy wygrać”.
Raich, kapitan FC Barcelony: „Ledwo mam siły, żeby mówić. Ale nie mogę milczeć o głębokim wzruszeniu – które będzie we mnie żyło jeszcze długo – po otrzymaniu Pucharu Generalissimusa od Caudillo i usłyszeniu jego serdecznych gratulacji z okazji naszego zwycięstwa. Po tym wszystkim zapomniałem o wszystkim”.
Manuel Fernández Cuesta dyrektor Marci: „ FC Barcelona zasłużenie wygrała i tym razem trenerzy nie zawiedli. Blaugrana nie powinna była dopuścić dogrywki; powinna była rozstrzygnąć mecz w regulaminowym czasie gry. Ich nadmierna pewność siebie doprowadziła do entuzjastycznego powrotu Basków, który mógł ich kosztować zwycięstwo. Spośród dwudziestu dwóch zawodników wyróżniało się dwóch: Escolá i Balmaña, prawdziwi geniusze Blaugrany, których inicjatywy poprowadziły zwycięską drużynę”.
Luis Casajuana, prezes Atlético de Bilbao: “Najbardziej niezwykłym momentem meczu był powrót Athletic Bilbao i wyrównanie. A najbardziej katastrofalnym momentem była przegrana z golem Zarry na cztery minuty przed końcem”.
Markiz Mesa de Asta, prezydent FC Barcelony: „To jest nasza dzisiejsza Barcelona, która może nam nawet przypominać inną drużynę złożoną głównie z zawodników reprezentacji. Wygrali jedną bramką, a powinni byli wygrać większą; bo patrząc na grę, ich zwycięstwo było miażdżące. Jak zawsze podobał mi się Athletic Bilbao: jako groźny przeciwnik, który czerpie siłę ze słabości, gdy wydaje się pokonany.
Kronika José L. Las Plazasa, komentatora sportowego Marca: „Ekscytujący finał. Liczba punktów, które trafiły na tablicę wyników, z pewnością gwarantowała zainteresowanie; sposób, w jaki je zdobyto, nadał meczowi emocjonalny charakter, ale kolejność, w jakiej dodawano je do dorobku Barcelony i Atlético, wystawiła kibiców na lawinę szkockich deszczów, zdolnych zburzyć spokój nawet najbardziej pogodnego widza”.
Finał rozegrany w Chamartín był najbardziej emocjonującym ze wszystkich meczów rozegranych od wielu lat, a dla katalońskich kibiców musiało być strasznym widowiskiem zobaczyć, jak w ciągu kilku minut to, co do tej pory można było uważać za wspaniałe i łatwe zwycięstwo, przerodziło się w możliwą porażkę. Wspaniała sceneria Chamartín, ozdobiona całą gamą przepychu i z wyraźnie wyróżniającą się wśród publicznością Madrytu, była sceną nie tylko dla emocjonującego finału, ale również dla finału zagranego lepiej niż zwykle. Obie drużyny grały według swojego typowego stylu gry, który jest powszechnie uznawany, co sprawiło, że starcie dwóch szkół stosujących odmienne taktyki było nie tylko interesujące, ale i miało klasę. Być może najlepszym momentem meczu było piętnaście minut pierwszej połowy, kiedy Barcelona skutecznie dominowała na boisku. W tych momentach mogło im brakować odrobiny ostrości – co uświetniło błyskotliwą akcję Escolá, otwierającą bramkę – ale operowali piłką z prawdziwym mistrzostwem a czerwono-biali dali się porwać zawrotnej sieci akcji Barçy. Potem grali dalej i padło jeszcze wiele bramek, niektóre od Atlético, inne od Barcelony, ale tych momentów nie przebił żaden z zawodników, którzy schodzili z boiska jako mistrzowie Hiszpanii, ani ci, którzy mogli łatwo sięgnąć po tytuł w końcówce drugiej połowy. FC Barcelona potwierdziła pozytywne wrażenie, jakie wywarła na nich linia ataku w ostatnich meczach, a widok, jaki zaprezentowali na Bernabéu, przed grzeczną i wymagającą publicznością, w finale Pucharu Króla, był mile widziany. Atak Barcelony jest teraz naprawdę skuteczny. Każdy z jego zawodników nieustannie stwarza poczucie zagrożenia, a choć pomocnicy grają głębiej, sposób, w jaki wypuszczają skrzydłowych i wykonują te impulsywne dośrodkowania – dośrodkowania, które coraz częściej znajdują przestrzeń – przekształca Blaugrane w drużynę, która, przestrzegając klasycznych zasad krótkich podań i opanowanej gry w środku pola, całkowicie się przeobraża, gdy tylko zbliża się do pola karnego. Ta transformacja obejmuje skrzydłowych i środkowego pomocnika, pozwalając napastnikom wejść na boisko z opanowaniem, szybkością i skutecznym wykończeniem. Dwa gole Martína - gola Bravo strzelonego sam na sam, który mógł skończyć się kolejną bramką, i gola Martína, gwałtownie skróconego przez Miezę - można uznać za wyraźne przykłady takiej ewolucji gry Blaugrany. Athletic niewątpliwie zrobiło dobre wrażenie. To młody zespół, być może zbyt młody, by stawić czoła drużynie, która gra obecnie najlepszą piłkę nożną w tym sezonie, dzięki odmłodzeniu się jej doświadczonych gwiazd. Nikt, kto beznamiętnie oglądał mecz, nie mógł przegapić tego, co w tym finale oznaczała dla drużyny z Bilbao nieobecność najsłynniejszego zawodnika drużyny, wspaniałego Oceji. Krótko mówiąc, finał jest już rozstrzygnięty. Barça wygrała a w przyszłą niedzielę zagra w barażach o awans/spadek; te baraże, będące karą za ich błędy, tak jak Puchar, który właśnie zdobyli, był nagrodą za ich szczęśliwe wysiłki.
Sportowe sensacje „x” (pseudonim komentatora sportowego gazety Marca): Komentator sportowy wygłosił liczne i zróżnicowane komentarze i opinie, wiele z nich ironicznych, dotyczące finału Pucharu Króla w wydaniu z 24 czerwca. Dlatego uwzględnimy tylko te związane z Athletic Bilbao. Oto one: „Między Martín i Zarraonaindía wezmę Martína. Łatwiej się je wymawia i jest krótsze… Krótsza droga do celu. Kiedy masz jakiekolwiek wątpliwości co do tego, To może być mina powietrzna, rozerwijcie się, patrząc na nią oczyszczanie odpływu, jeden z tych, z których małe ciało się wyrzuca w górę… Zarra, z włosami czy bez, nadal jest prawdziwym dżentelmenem dla bramkarzy. Echevarría powstrzymał coś, co Escolá w niego rzucił, i następnie obronił strzał Bravo, który to pokazuje, że bramkarz Bilbao ma flegmę, która może całkiem nieźle konkurować z Escolá. (Wszystkie opinie i komentarze zebrano w Marca z dnia 23-06-1942)
Wyjaśnienia dotyczące „możliwego” strzelenia czwartego gola Athletic Bilbao do tabeli wyników: „Nie chciałbym kończyć bez wyrażenia mojej opinii na temat czwartego gola, którego Athletic Bilbao mógł strzelić, dając im tytuł. Z lektury relacji meczowych Fielpeñi, Eduardo Teusa i José Luisa Lasplazasa, a także wypowiedzi Noguésa, Urquizu i Casajuany wynika, że istniały dwa kluczowe momenty dla teoretycznego osiągnięcia tego czwartego gola:
a) Wysoki strzał Iriondo pod koniec drugiej połowy.
b) Niezrozumiała porażka Zarry przy podaniu Iriondo, gdy znalazł się sam na sam, trzy metry od Miró.
Panuje jednomyślność co do pudła Iriondo: miało ono miejsce w końcówce regulaminowego czasu gry. Nie można jednak tego samego powiedzieć o pudle Zarry. Niektórzy twierdzą, że było to cztery minuty przed końcem, podczas gdy inni twierdzą, że miało miejsce na początku pierwszej połowy dogrywki.
9
@FCBparasiempre
Athletic Club był najbardziej utytułowaną drużyną w rozgrywkach Copa del Rey w XX wieku, zyskując przydomek „ króla pucharów ”, aż do 1998 roku, kiedy to prześcignęła go Duma Katalonii. Po proklamowaniu republiki w 1931 r. a przed wybuchem wojny domowej, zdobył trzy tytuły mistrza z rzędu: w 1931, 1932 i 1933 r.
a) Puchar Prezydenta Republiki w piłce nożnej 1931 został rozegrany jako pojedynczy mecz na stadionie Chamartín w Madrycie, 21 czerwca 1931. Naprzeciw siebie stanęły Athletic Club i Betis Balompié, pierwszy z nich wygrał 3 gole (Chirri II, Roberto i Bata) do 1 (Sanz), zostając tym samym mistrzem po raz jedenasty.
b) Finał 1932 roku został ponownie rozegrany na stadionie Chamartín w Madrycie 19 czerwca 1932 roku pomiędzy Athletic Club a FC Barcelona. Athletic wygrał mecz 1:0 (Bata), zapewniając sobie dwunasty tytuł.
c) Finał 1933 roku rozegrano na stadionie Montjuic (Barcelona) 25 czerwca bieżącego roku. Naprzeciw siebie stanęły Athletic Club i Madryt FC. Drużyna z Bilbao wygrała różnicą 2 bramek (Lafuente i Gorostiza) do 1 (Lazcano).
Zdobywając tytuł po raz trzeci z rzędu, zdobyli również drugie trofeum w klasyfikacji generalnej, po tym zdobytym już w sezonie 1914-15-16, które zapewniło im potrójną koronę. Po zakończeniu wojny secesyjnej ostatnie trofea zdobyli w latach 1943-44-45 (trzecie trofeum w klasyfikacji generalnej), 50-55-56-58-69-73 i 84. Od tego czasu były Król Pucharów nie zdobył żadnego, czekając na wynik tegorocznego finału, przełożonego z powodu pandemii. Po tym krótkim wstępie skupmy się na finale Copa del Generalísimo z 1942 r., gdyż był to jedyny finał, w którym José María Echevarria Ayestarán, znakomity bramkarz, grał w wyjściowym składzie, ale po krótkiej karierze był zmuszony przerwać karierę sportową z powodu zachorowania na gruźlicę. Bardzo trudno było przewidzieć zwycięzcę. Oba historyczne kluby wiedziały, jak grać w piłkę nożną, a drużyny były bardzo wyrównane. Miały dwie zupełnie różne techniki i style gry, ale obie strony dysponowały ogromnymi umiejętnościami i tą samą palącą chęcią zwycięstwa. Biorąc jednak pod uwagę niepowstrzymaną passę Barcelony, prognozy dla katalońskiej drużyny były zdecydowanie korzystne, ale ktokolwiek na to liczył, mylił się. Rzeczywiście, Athletic Bilbao, z głębokimi podaniami i bezpośrednim stylem ofensywnym, zaciętą i determinującą walką pomocników, solidną defensywą oraz elastycznym, odważnym i niezawodnym bramkarzem, stanowili groźnego przeciwnika dla najlepszej drużyny w jednym meczu. Zachowali oni nieskazitelną tradycję starego Athleticu, który, docierając do finału, wygrał go, rozstrzygając mecz zaledwie pięcioma minutami inspiracji i celnego wykończenia. Nie ulegało wątpliwości, że był to finał najwyższej klasy. Ponieważ był to jeden z najważniejszych meczów rozegranych przez Echevarríę, przepisuję opis sporządzony przez dziennikarza sportowego Fielpeñę, specjalistę od finałów Pucharu. Trzy dni przed meczem Chamartín był wyprzedany. 22 000 widzów miało być świadkami emocjonującego pojedynku, który – jak się spodziewano – przerósł wszelkie oczekiwania. Generalissimus Franco dodał jeszcze większego prestiżu wielkiemu finałowi, pojawiając się na boisku tuż przed rozpoczęciem meczu. Tłum entuzjastycznie dopingował Caudillo, podczas gdy piłkarze wstrzymali grę, aby powitać kibiców na trybunach. To była eksplozja oklasków i wiwatów, dowód na to, że ludzie utożsamiali się ze swoim wybawcą. W to upalne popołudnie 21 czerwca FC Barcelona zdobyła tytuł, którego nie zdobyła od czternastu lat. I zasłużenie, pod wodzą Ocañi(debiutującego w finale) i w składzie: Miró; Zabala, Benito; Raich, Rosalén, Llacer; Sospedrá, Escolá, Martín, Balmaña i Bravo. Athletic Bilbao wystawił tę samą drużynę, co w dogrywce z Realem Madryt na Les Corts, a Bertol zastąpił Ortúzara: Echevarría; Arqueta, Mieza; Bertol, Ortiz, Urra; Iriondo, Panizo, Zarra, Gárate i Elices. Blaugrana miała lekką przewagę w pierwszej połowie. Po dwudziestu minutach, po kilku sporadycznych atakach Atlético, Escolá(ich najlepszy zawodnik w tej części meczu) ruszył do przodu zręcznie. Dwa zwody i potężny, wysoki strzał pokonały hiszpańskiego reprezentanta Echevarríę. Stadion eksplodował od wspaniałego gola utalentowanego skrzydłowego. Mecz szybko jednak przerodził się w napiętą walkę. Balmaña trafił w słupek, a dobitka doprowadziła do szybkiego kontrataku Basków. Elices dośrodkował, a Iriondo [1] po słabym wybiciu Miró strzelił głową w kierunku bramki. Pierwszy gol wyrównujący. Była dwudziesta dziewiąta minuta. Choć Barcelona grała lepiej, dzięki niestrudzonej pracy pomocników, nie padły już żadne bramki. W drugiej połowie Katalończycy rozegrali pamiętne dwadzieścia minut. Martín wyglądał bardzo groźnie. Po sześciu minutach przedarł się przez obronę i pokonał baskijskiego bramkarza. Po piętnastu minutach Escolá zdobywa trzecią bramkę z rzutu rożnego. Wielu uważa, że finał jest już przesądzony. Ale to pokazuje brak zrozumienia dla Athletic Bilbao. Testują grunt. Barcelona odpowiada na ich coraz bardziej penetrujące ataki, zamykając szeregi. To nie błąd, bo dzięki cofającym się pomocnikom Katalończycy wygrali kilka meczów Pucharu Króla. A jednak, choć wydaje się niemożliwe, aby przełamać tak solidną i opanowaną barierę, Atlético dokonuje cudu. Panizo prowadzi atak, tak jak Escolá zrobił to dla przeciwnika. W 34. minucie Elices zdobywa drugą bramkę. Natarcie Basków jest potężne. Dwie minuty później Zarra głową po dośrodkowaniu Elicesa wyrównuje wynik na 3:3. Piłkarze Bilbao obejmują się a stadion drży od emocji po tym wspaniałym ataku. Atlético prawie wygrywa w ostatnich minutach, ponieważ Barcelona jest kompletnie zdezorientowana. Ale Iriondo marnuje znakomitą okazję. Rozpoczyna się dogrywka. Zespoły są wyczerpane wysiłkiem i upałem. Athletic Bilbao zaczyna mocno, ale ponownie traci tytuł, gdy Zarra nie wykorzystuje rzutu karnego z trzech metrów. Ortiz doznaje kontuzji i nie robi dużego wrażenia na boisku. Jedenaście minut później Martín popisuje się kolejną świetną akcją. Pokonuje obronę i strzela czwartego gola, który będzie decydujący dla Barcelony.
Druga połowa dogrywki przebiegła bez większych wydarzeń. Obie drużyny były wyczerpane. W ostatniej minucie Bravo, sam na sam z Echevarrią, strzelił prosto w bramkarza i zmarnował szansę na powiększenie prowadzenia. Barcelona zasłużenie triumfowała. Grali znacznie lepiej niż Atlético. Ale wspaniały powrót pokonanej drużyny, który mógł zapewnić jej zwycięstwo, pokazał, jak trudno jest pokonać Basków w finale. Wygrali trzynaście z osiemnastu finałów, w których grali. Tylko kolejny wielki specjalista, Barcelona, mógł ich powstrzymać w decydującym meczu. Katalończycy zagrali bowiem w trzynastu finałach, wygrywając dziewięć. Dwa naprawdę imponujące rekordy. Caudillo wręczył puchar Raichowi wśród na nowo okrzyków i uniesionych ramion, podczas gdy Martín został wyniesiony, mdlejąc ze wzruszenia i wysiłku. Generał Moscardó, delegat krajowy ds. sportu, pogratulował Atlético dżentelmeńskiej postawy w obliczu porażki, co było tym bardziej godne uwagi, że drużyna nie miała doświadczenia w przegrywaniu. Tak zawsze jest – napisał José María Ubeda w Pueblo – „ten Atlético powinien dodać do swojego herbu tę legendę: 'Zawsze! Zawsze!'
Ta porażka była jednym z największych sportowych smutków Echevarrii, nieszczęściem, które z wielkim bólem opłakiwali wszyscy piłkarze Atlético de Bilbao. Dla Athletic Bilbao sezon zakończył się nutą smutku, podczas gdy dla Barcelony oznaczał on podwójne zwycięstwo: Puchar i utrzymanie się w pierwszej lidze. Od czasu wojny w Madrycie rozegrano trzy finały Pucharu Króla. Wszystkie trzy w upale. To naturalne, że pod koniec czerwca na kastylijskim płaskowyżu pocimy się, ale mniej logiczne jest to, że dzień finału jest najgorętszy. Pamiętam, że trzy lata temu, podczas gdy my prażyliśmy się w upale, a zawodnicy cierpieli w upalne popołudnie w Vallecas podczas meczu Madryt-Espanyol, siedem dni później przeskoczyliśmy do finału amatorów w przyjemnych temperaturach. Tym razem cały poprzedni tydzień w Madrycie był chłodny i znośny. A w niedzielę zaległo mgliste, nieznośne popołudnie. Było idealnie na sjestę lub piwo, przyjemnie i w cieniu. W upale niczym w piecu, tysiące widzów w koszulkach z krótkim rękawem znosiło palące słońce przez prawie cztery godziny – trzeba było wcześnie wstać, żeby zająć dobre miejsce – a 22 zawodników, w godnej podziwu kondycji fizycznej, rozegrało wspaniały, 120-minutowy mecz. Aby w pełni docenić futbol rozgrywany na stadionie Chamartín, nie zapominajmy o tym szczególe, o którym niektórzy zdają się zapominać: czterdzieści stopni Celsjusza w słońcu, w bezwietrzne popołudnie. Upalne popołudnie, koszmar dla każdego wysiłku fizycznego. A piłka nożna to jeden z najbardziej brutalnych sportów. Zapis wyników z przeszłości mówi nam, że finały Copa del Rey pomiędzy Barceloną i Athletic Bilbao zawsze kończą się remisem w przerwie. Tak było w dwóch poprzednich edycjach i musiało się to powtórzyć w niedzielę na Bernabéu. Był wspaniały gol Escolá. Cudowny gol, uknuty po dwóch umiejętnych dryblingach, które dały mu swobodę. Potem przyszedł potężny, dobrze umieszczony strzał, który zdecydowanie pokonał Echevarríę. I wyrównująca bramka Iriondo, klasyczny gol Athletic Bilbao. W zamieszaniu po złym wybiciu Miró, oportunizm Iriondo pozwolił mu pogrzebać strzał. Tak więc, przy wyniku remisowym 1:1, całe zainteresowanie i emocje wielkiego meczu pozostały żywe. Meczu, którego nie oceniam wyłącznie po emocjach wywołanych wyrównującym golem w drugim spotkaniu, ale po wspaniałej grze, której niektórzy nie docenili. Zapomnieli wziąć pod uwagę następujące czynniki: lekkość w kontakcie z piłką, wagę meczu z wynikającą z tego nerwowością, czujną i destrukcyjną grę oraz upał. Biorę je pod uwagę i mam rację, że byliśmy świadkami wspaniałego finału, nie tylko ze względu na emocje, ale także wysoki poziom techniczny. Bo w tej początkowej fali ataków wspaniała czwórka napastników grała w piłkę nożną. Każda drużyna, nie tylko z Hiszpanii, ale z dowolnego miejsca na świecie, poddałaby się po stracie dwóch bramek w drugiej połowie. Czternaście minut po rozpoczęciu drugiej połowy Barcelona prowadziła 3:1. Szybki rajd skrzydłem Martína zaskoczył Echevarríę, pozostawiając go wbitego w jedenastkę. Chwilę później, słaby strzał głową Escolá dał prowadzenie 3:1. Następnie, po dłuższej ofensywie, Barcelona – w tym momencie Arqueta, z niepodznaczonym rzutem karnym, uniemożliwił Martínowi zapewnienie sobie zwycięstwa – zorganizowała swoją obronę. To było logiczne i naturalne. Nikt nie może oszczędzać energii w nieskończoność, by bezmyślnie atakować. Barcelona oszczędzała swoją, zamykając drogę przeciwnikowi. Wydawało się, że nie ma żadnych luk. To były najszczęśliwsze chwile Rosaléna. Cała drużyna Barcelony, z Balmañą, grającą bardziej niż kiedykolwiek defensywnym pomocnikiem, i Raichem w doskonałej formie, stanowili solidny zespół, który nie stwarzał sobie żadnych okazji. Każda drużyna na świecie, która wkraczałaby w ostatnie piętnaście minut, przegrywając w finale dwoma bramkami, byłaby zniechęcona. Każda drużyna, z wyjątkiem Athletic Bilbao. Mecz zmienił się w ciągu dwóch minut. Wystarczyły dwie minuty. Przy stanie 3:1 Elices strzelił gola w kolejnej klasycznej akcji. Przy stanie 3:2 Zarra głową strzelił do bramki. Obie drużyny ponownie remisowały. Do końca pozostało dziewięć minut. W ciągu tych dziewięciu minut Barcelona nie przegrała finału; nadal nie wiemy jak ani dlaczego. Bo przegrała go trzy lub cztery razy. Drużyna spadła, zniechęcona, wyczerpana i pokonana przez młodzieńczą i przytłaczającą energię Atlético. Bądźmy szczerzy do bólu. Duma Katalonii zasłużyła na zwycięstwo dzięki lepszej grze w całym meczu; ale Blaugrana miała szczęście, że triumfowała. W dogrywce wygrałby ten, kto strzeli pierwszą bramkę. I to Athletic Bilbao miał swoją najjaśniejszą szansę, zanim Martín strzelił zwycięskiego gola. Bramkę stworzył i wystawił Iriondo a zmarnował z powodu niedoświadczenia Zarry. A FC Barcelona, kiedy Martín strzelił bramkę(dwa miesiące temu krytykowano mnie za to, że wystawiłem go zamiast Zarry) była już mistrzem, mimo że do końca meczu pozostały jeszcze minuty. Nawet Atlético nie mogło tego zrobić.
Opinie Noguésa i Urquizu, trenerów odpowiednio FC Barcelony i Athletic Bilbao:
Nogués: Szatnia Blaugrany płonie z radości a Pepe Nogués, podekscytowany i nie ukrywający tego, ściska dłonie, przyjmuje gratulacje i pomimo swojej życzliwości, która sprawia, że staje się jeszcze bardziej popularny, czuje się bezsilny wobec wszystkich. Człowiek, który tak wiele zrobił dla odrodzenia Barcelony, tworząc drużynę, w której było tylko jedenastu zawodników, jest uwielbiany przez swoich chłopaków, którzy pokazują mu to jasno i z prawdziwym entuzjazmem. W końcu udało nam się oderwać go od głównego tematu i gdy mieliśmy go zapytać o opinię na temat spotkania, spontanicznie nam ją przedstawił: „Ale się przestraszyłem! Ale cóż, okazało się, że to tylko strach. - Czy obawiałeś się przegrania gry? —Tak. Przyznaję. Może dlatego, że kilka minut wcześniej myślałem, że mam wygraną, ale kiedy Zarra strzeliła trzeciego gola… —Tak, rzeczywiście nie było spokojnie. —Naprawdę przerażający jest kontrast. Drużyna grała tak wspaniale jeszcze chwilę wcześniej! —Co myślisz o swoich chłopcach? Chwila wahania. Widzimy, że Nogués jest szczerze zaniepokojony; po czym jego twarz rozjaśnia się szerokim uśmiechem i, już spokojny, odpowiada: „Teraz radzą sobie bardzo dobrze. Problemem, z którym borykała się drużyna, poza umiejętnościami technicznymi, była kwestia morale, i to zostało rozwiązane. Chłopaki wyszli z dołka, w jakim znaleźli się w lidze. Dodatkowo kontuzje mocno nas dotknęły”. —Dobrze, zostawmy to na boku i opowiedzmy coś o dzisiejszej grze. „Co mam powiedzieć? Skupiając się za bardzo na szczegółach, traci się z oczu szerszy obraz. Myślę, że pierwsza połowa była lepsza niż reszta meczu, co było niesamowicie ekscytujące”. —Która akcja była Twoim zdaniem najlepsza w tym meczu? —Bez wątpienia nasz pierwszy cel. Wykonania akcji, która go poprzedzała, i samego strzału, moim zdaniem, nie da się poprawić. Jednakże to nie to uważam za największą zaletę wspaniałej sztuki Escolá, lecz raczej jego umiejętność zachowania całkowitego opanowania, gdy wszyscy byli jeszcze bardzo zdenerwowani. —A oprócz wielu innych, który moment uważał Pan za najbardziej niebezpieczny dla bramki Bilbao? —Moment, w którym wydawało się, że Martín uratował obronę, tylko po to, by później zostać sfaulowanym, albo ten drugi, w dogrywce, gdy Bravo został sam na sam z Echevarrią. —A co z twoją ramą? —Piłka, którą Iriondo kopnął wysoko pod koniec drugiej połowy i moment, gdy Zarra znalazł się sam przed Miró. —Kto Twoim zdaniem był najlepszym zawodnikiem na boisku? —Nie wiem; niektórzy z naszych zawodników byli bardzo dobrzy; Echevarría i Arqueta też a także Panizo i Gárate. Oczywiście nie wiem, czy był najlepszym zawodnikiem na boisku, ale najbardziej podobała mi się gra Escolá ze względu na jego jakość. —Co jeszcze chcesz mi powiedzieć? —No cóż, to wszystko. Publiczność była świetna i jestem bardzo zadowolony. —A co z promocją? — Nie mówmy o tym teraz. Jutro, kiedy będziemy spokojniejsi. Wszyscy byliśmy dziś po południu bardzo zdenerwowani.(Źródło: Marca, 23.06.1942)
Urquizu: „Niejednokrotnie już wspominaliśmy, jak trudno jest skłonić Urquizu, trenera Athletic Bilbao, do skomentowania wyników, aspiracji i planów swojej drużyny. Po raz ostatni doświadczyliśmy tego w sobotę, dwadzieścia cztery godziny przed meczem: Urquizu powiedział nam i pozwolił innym powiedzieć nam tylko to, co uważał za „stosowne”, a nie „szkodliwe”. Ale dziś po południu, zaledwie dziesięć minut po meczu, kiedy myśleliśmy, że będzie małomówny, a nawet zrzędliwy, ku naszemu zaskoczeniu, zobaczyliśmy nieznanego nam Urquizu. I zaczęliśmy rozmawiać: —Wygląda na to, że nie byłeś aż tak zmartwiony porażką. —Zadajesz to pytanie, bo uważasz mnie za osobę spokojną, a nawet komunikatywną. Czyż nie? —Rzeczywiście, to nas zaskakuje… —Cóż, oto powód mojej radości i radości wszystkich naszych ludzi: obecność Jego Ekscelencji Generalissimusa na meczu, który mieliśmy zaszczyt rozegrać pod jego przewodnictwem. Tego się, szczerze mówiąc, nie spodziewaliśmy. I jeśli nasza radość nieco przytłumiona jest porażką, to z nawiązką rekompensuje ją duma moich chłopaków ze świadomości, że obserwują ich Caudillo. —To miłe wrażenie, drogi Urquizu, nie dotyczy tylko ciebie: dotarło również do tysięcy serc, które wypełniły dziś po południu stadion Chamartín. Jeśli chcesz, i korzystając z twojej komunikatywności, możemy porozmawiać o samym meczu? Na przykład, chcielibyśmy wiedzieć, czy uważasz, że zwycięstwo Barcelony było sprawiedliwe. Nikt nie będzie mógł temu zaprzeczyć, bez względu na to, jak bardzo mu się to nie podoba. Barcelona grała z opanowaniem, jakiego nigdy wcześniej nie widziałem. Chodzi mi o to, że spokój, jaki wszyscy prezentowali, ich opanowanie, jest rzadkością w tak ważnych momentach, jak finał mistrzostw. Jednak, szczerze mówiąc, myślę, że mieliśmy trochę pecha i to właśnie w tym momencie Zarra zakrztusił się piłką, kończąc podanie Iriondo. Zarra nie miał wtedy opanowania; wystarczyło mu tylko wpakować piłkę do siatki. Właśnie przez to straciliśmy mistrzostwo. —Ale wciąż istniała nadzieja na przedłużenie. — Nadzieja, po chwili ewidentnego pecha, jest zazwyczaj nikła, bo szczęście jest traktowane z podejrzliwością. Wtedy chłopaki wyszli z większą energią niż przez cały mecz, przewyższając Barcelonę fizycznie; było wszystko, co można sobie wyobrazić, a obrona Barcelony ledwo zdążyła wybrnąć z trudnych sytuacji. Potem padł gol Martína, wspaniały pokaz siły woli zawodnika, ale też błąd naszych obrońców, którzy ustawili się równolegle do siebie i za bardzo wysunięci do przodu; dzięki temu Martín zdołał ich minąć i strzelić gola z nadludzkim zaangażowaniem. —Jakie są twoje największe osiągnięcia na polu zawodowym? Nie będę mówił o indywidualnych występach, bo choć były i bardzo godne uwagi, mogę jedynie podkreślić z naszej strony wielką zasługę drużyny, która już doświadczyła momentów moralnego upadku, odrabiając znaczną stratę, na przykład dwie bramki, gdy mecz był ewidentnie przegrywany. Athletic Bilbao, mimo porażki, dokonał największego wyczynu całego popołudnia. Nie miałem wątpliwości, że ten ekscytujący powrót kiedyś nastąpi; ale, szczerze mówiąc, byłem głęboko poruszony, widząc, jak moi chłopcy tracą siły na pół godziny przed końcem regulaminowego czasu gry. Serce mi zamarło i zbuntowałem się; nie, proszę pana; to nie mogło się tak skończyć. Nie poddamy się przedwcześnie; musieliśmy sprostać reputacji „lwów”, którą zawsze mieliśmy na San Mamés. I wyłonili się, pokonując wszystko, co stanęło im na drodze, niepowstrzymanym naporem. Już z tego powodu Athletic Bilbao zasłużył na tytuł mistrza Hiszpanii i odebranie cennego trofeum z rąk Caudillo. Los tego nie chciał i słuszne jest, abyśmy to przyjęli, ale przede wszystkim, oddając sprawiedliwość i uznając, że Barcelona, ze względu na swoje zasługi sportowe, jest godnym mistrzem.(Źródło: Marca, 23.06.1942).
8
Finał Pucharu Króla 1942. FC Barcelona kontra Athletic Bilbao:
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
10
@FCBparasiempre
Być może ktoś go już wcześniej widział, ponieważ jest to jeden z klasycznych obrazów dawnego hiszpańskiego futbolu: Quique, bramkarz Valencii, siedzący na poprzeczce swojej bramki, uradowany po zwycięstwie swojej drużyny 3:0 nad FC Barceloną w finale Copa del Generalísimo w 1954 roku, rozegranym na nowym stadionie „Chamartín”, który wkrótce miał zostać przemianowany na Santiago Bernabéu. Od tamtej pory wiele się zmieniło, ale zawsze warto pamiętać o tych pamiętnych starciach naszej czarno-białej piłki nożnej. Finał był nieco dziwnym meczem, ponieważ największe gwiazdy obu drużyn(poza katalońskim bramkarzem Ramalletsem, kluczowym zawodnikiem Barcelony i reprezentacji Hiszpanii) były nieobecne: Holender Faas Wilkes i węgiersko-hiszpański Ladislao Kubala. Wilkes nie mógł zagrać, ponieważ ówczesne przepisy wykluczały zagranicznych piłkarzy z rozgrywek pucharowych, a Kubala, pełnoprawny Hiszpan – miał już nawet za sobą debiut w reprezentacji – pauzował z powodu poważnej kontuzji, której doznał na San Mamés w rewanżowym meczu ćwierćfinałowym z Athletic Bilbao. O ogromnej jakości tych dwóch nieobecnych gwiazd świadczą ich statystyki w niedawno zakończonym turnieju ligowym, w którym Kubala strzelił 23 gole w 28 meczach a pochodzący z Rotterdamu strzelił 18 goli w takiej samej liczbie spotkań. Dwie bardzo znaczące nieobecności, zatem. Uderzającym faktem w tym meczu jest to, że Valencia wystawiła aż siedmiu zawodników z regionu Levante: konkretnie sześciu Walentynczyków (Monzó, Sócrates, Puchades, Mañó, Fuertes i Seguí) oraz jednego z Castellón (Badenes). Wyjściową jedenastkę uzupełniają dwaj Baskowie – Juan Carlos Díaz Quincoces z Álavy, bratanek legendarnego Jacinto, który był trenerem Valencii przez sześć lat, oraz Pasieguito z Gipuzkoa – zawodnik z Kastylii i León ( Quique ) i Katalończyk (Buqué). Jednak, jak to zwykle bywa, zanim zagłębimy się w szczegóły, warto przeanalizować kontekst tego decydującego meczu. Biorąc pod uwagę występy obu drużyn w sezonie 1953/54 a także w poprzednich sezonach, Barça była zdecydowanym faworytem, pomimo nieobecności swojej gwiazdy z Europy Środkowej. Rozegrali solidną kampanię ligową, choć pod koniec stracili prowadzenie, zajmując drugie miejsce za Realem Madryt, gdzie przybycie Di Stéfano zdziałało cuda, zapewniając im tytuł mistrzowski nie mniej niż dwadzieścia lat po ostatnim. Tymczasem Valencia, z trzydziestokilkuletnim Wilkesem w swoich szeregach, zaprezentowała się imponująco na swoim stadionie Mestalla, ale ich forma na wyjazdach znacznie spadła. Nigdy poważnie nie walczyli o tytuł i ostatecznie zajęli trzecie miejsce, sześć punktów za mistrzami. FC Barcelona wygrała trzy ostatnie tytuły Copa del Generalísimo, a jeden z nich, w 1952 roku, został wygrany właśnie przez Valencię, odrabiając straty po dogrywce 0-2 . Ale finały, mimo że czasami mają mniej lub bardziej jasne przewidywania, zawsze muszą zostać rozegrane, zanim będzie można ogłosić zwycięstwo. Droga dla obu drużyn była obiektywnie bardziej skomplikowana w przypadku Katalończyków a nawet dłuższa. Wyjaśnijmy. W tym roku w Copa del Generalísimo rywalizowało tylko 14 drużyn: dwunastu najlepszych zawodników w najwyższej lidze i mistrzów dwóch grup w drugiej lidze. Ponieważ było ich czternaście, w pierwszej rundzie dwie z nich zostały zwolnione z powodu losowania, które dołączyłyby do sześciu zwycięzców tego meczu, aby rozstrzygnąć ćwierćfinał, tak jak Bóg zamierzył. A ów remis sprzyjał Santander i Valencii, więc drużyna Levante uratowała kilka meczów, co w tamtym momencie sezonu, gdy upał już dawał się we znaki w niektórych miejscach, wcale nie było złe. W tych dziwnych meczach 1/8 finału FC Barcelona zmierzyła się z Deportivo La Coruña a pierwszy mecz rozegrano na „Camp de Les Corts”. W tym meczu zadebiutowali bardzo młodzi Katalończycy: zaledwie 19-letni piłkarz, który przybył z galicyjskiej drużyny: Luís Suárez, którego wciąż chłopięca twarz niemal przyniosła mu przydomek. Barça, po miernym występie, wygrała przekonująco 4:0 (Kubala 2, oba rzuty karne, César Rodriguez i Segarra) a większość uznała dwumecz za rozstrzygnięty. Jednak na Riazor Deportivo zaprezentowało się znakomicie, obejmując zdecydowane prowadzenie 3:0 – gole weterana Zubiety, Tito Blanco i Royo – i niemal wymuszając powtórkę.
W kolejnej rundzie losowania par zmierzyli się zeszłoroczni finaliści, Barça i Athletic Bilbao. Obowiązywała zasada „finał przed finałem”. Pierwszy mecz również rozegrano na Les Corts, ale widzowie byli świadkami wspaniałego spotkania, w którym Barça wygrała 4:2 (Bosch, César, Kubala i Basora strzelili dla Barçy, a Maguregui i Arieta dla Athleticu ). Na San Mamés dwa historyczne kluby zremisowały golami dwóch znakomitych weteranów, Césara Rodrigueza i Gainzy ale Barça straciła swojego gwiazdora, Ladislao Kubalę, z powodu poważnej kontuzji, która wykluczyła go z gry na kilka miesięcy – wrócił po rozpoczęciu kolejnego sezonu. Półfinały były świadkiem kolejnego emocjonującego starcia na najwyższym poziomie rozgrywkowym, tym razem pomiędzy mistrzem ligi, Realem Madryt, a wicemistrzem. To bardzo wyrównane spotkanie rozstrzygnęło się w Barcelonie. Niewielkie zwycięstwo Realu Madryt na boisku Chamartín, z jedyną bramką strzeloną przez innego młodego talentu, Enrique Mateosa, oraz 3-1 na boisku Les Corts, po bramce w końcówce dla Barcelony, zdobytej przez Bioscę (César strzelił już dwa gole dla Katalończyków a Pérez Payá dla Realu Madryt). Trasa Valencii, oprócz tego, że była krótsza, była znacznie łatwiejsza, zarówno ze względu na niższy poziom rywali – Real Sociedad i mającą problemy Sevillę – jak i miażdżący charakter wyników. Levante rozpoczęło rozgrywki na Atocha, gdzie triumfowało 5:2, po słabym występie bramkarza gospodarzy, byłego zawodnika Valencii Ignacio Eizaguirre. Badenes strzelił dwa gole, a Mañó, Seguí i Fuertes dołożyli po jednym dla Realu Sociedad. Iriondo i Epi, dwaj inni znakomici weterani, zdobyli bramki dla drużyny z San Sebastián. Zakończyli na Mestalla kolejnym wyraźnym zwycięstwem 4:1 (trzy gole Badenesa i jeden Mañó, a jeden Ontorii z rzutu karnego). W pierwszym meczu półfinałowym, rozgrywanym w Nervión, również wygrali, choć dzięki pojedynczej bramce Seguí a w rewanżu nie mieli większych problemów, pokonując Sevillę 3:1 (Buqué, Badenes i Seguí u gospodarzy oraz Araujo u Andaluzji). Warto odnotować, że wszystkie cztery zwycięstwa odnieśli w tym samym składzie wyjściowym(koncepcja „rotacji” jeszcze nie istniała) który również miał wejść na murawę nowego stadionu Chamartín, po jego rozbudowie (otwarciu trzeciej ligi), aby rozegrać wielki finał. Ten finał, jak już wspomnieliśmy, był rewanżem za mecz rozegrany dwa lata wcześniej, kiedy Barcelona pokonała Valencię 4:2 w dogrywce. Valencia objęła zdecydowane prowadzenie 2:0, ale potem bardzo ucierpiała z powodu kontuzji weterana Asensiego.
Finał pomiędzy Walencją a Barceloną, po wyeliminowaniu w półfinale odpowiednio Sevilli i Realu Madryt. Mecz rozegrano w niedzielę 20 czerwca 1954 r. o godzinie 17:30 a na trybunach stadionu Chamartín zgromadziło się 110 000 widzów. Głowa państwa Francisco Franco wręczył puchar Salvadorowi Monzó, kapitanowi Valencii, drużyny, która zdobyła tytuł po raz trzeci w historii. W niedzielę 20 czerwca 1954 r. o godz. 17:30, przy około 113 000 kibiców na trybunach, prawie pełny dom - 25 000 kibiców Barçy i około 15 000 kibiców Valencii, większość z nich nosiła tekturowe daszki, aby uniknąć oślepienia słońcem - i przy bardzo gorącej pogodzie (termometry wskazywały 33 stopnie Celsjusza), na polecenie sędziego z Gipuzkoa, pana Gonzaleza Echevarríi, obaj kandydaci ustawili się następująco: dla Barcelony, aktualnego mistrza turnieju, Velasco; Seguer, Biosca, Segarra; Flotats, Bosch; Basora, Luís Suárez César, Moreno i Manchón (czyli skład wyjściowy z nieobecnością Ramallets i wymuszoną nieobecnością Kubali), a dla Valencii, Quique ; Juan Carlos Quincoces, Monzó, Sócrates; Pasieguito , Puchades; Mañó, Fuertes, Badenes, Buqué i Seguí. Siedmiu zawodników z finału z 1952 roku było w składzie Valencii a sześciu w drużynie Katalonii. Barça rozpoczęła grę od dominacji w posiadaniu piłki, z wymierzonymi podaniami do nogi(nierozsądnie było męczyć się biegiem tak wcześnie) i mieli szansę po strzale Cesara, ale entuzjazm Valencii szybko wziął górę. W 14. minucie objęli prowadzenie 1:0, po potężnym uderzeniu lewą nogą z dystansu, Fuertesa, który po podaniu od kolegi z drużyny Pasieguito , umieścił piłkę w górnym rogu bramki . Nic nie szło po myśli Barçy, ale Valencianie, pełni siły i odwagi, z niezwykłym wyczuciem, zawsze jako pierwsi docierali do każdej piłki. Przy nieznacznej przewadze drużyny z Mestalla, pierwsza połowa zakończyła się remisem, ale po przerwie Valencia przypieczętowała zwycięstwo w zaledwie trzy minuty (od 57. do 60. minuty) dwoma kolejnymi golami. Drugiego gola strzelił Badenes, który z bliska wykończył precyzyjne dośrodkowanie Fuertesa a trzeci, również autorstwa Fuertesa, był popisem sprytu. Prawy pomocnik otrzymał prostopadłe podanie od swojego stałego partnera, Daniela Mañó, i zmylił bramkarza Barcelony, Velasco, niespodziewanie umieszczając piłkę obok niego przy dalszym słupku, gdy doświadczony bramkarz myślał, że zawodnik Valencii dośrodkuje zamiast oddać strzał. Ostatnie pół godziny było zbędne, ponieważ Barça nie wykazała żadnej zdolności do reakcji, choć Valencia mogła jeszcze powiększyć przewagę, biorąc pod uwagę, że strzał Vicente Seguí, bardzo aktywnego przez całe popołudnie, został odbity przez poprzeczkę. Doszło do zamiany pozycji w ataku Barcelony ( Luisito Suárez przesunął się na skrzydło a Basora ustawił się bardziej centralnie), ale zmiana okazała się nieskuteczna. Mimo to César był bliski zdobycia gola honorowego dla Katalończyków, ale kapitan Valencii, Monzó, wybił piłkę z linii bramkowej. A kiedy González Echevarría zagwizdał po raz ostatni, dając Valencii wyraźne i donośne zwycięstwo 3:0, bramkarz Quique , z nieocenioną pomocą kibiców, wspiął się na poprzeczkę bramki, której bronił zaledwie kilka sekund wcześniej i pozostał tam przez chwilę w euforii, podczas gdy fotografowie uwieczniali ten moment naturalnej i całkowicie uzasadnionej radości. Przed meczem(to były ewidentnie inne czasy) poprosił trenera o pozwolenie, żeby „coś zrobił, jeśli wygrają” a Jacinto Quincoces, przebiegły stary lis, dał mu carte blanche. Valencia zasłużenie wygrała z Barceloną, która bez Kubali nie oferowała wiele w ataku, wykazując już oznaki spadku formy po kilku udanych sezonach. Po meczu Daucik, trener Blaugrany, przyznał wyższość przeciwnika i zrzucił winę na upał za nieoptymalną formę fizyczną swoich zawodników. Trzy dni później podpisał roczny kontrakt z opcją przedłużenia z Athletic Bilbao. Quincoces ze swojej strony – był to jego ostatni mecz na ławce rezerwowych Valencii, choć oczywiście kibice prosili go, by został – oświadczył, że jest pewien zwycięstwa swojej drużyny (wygrał nawet zakład o wartości 1500 peset, co w tamtym czasie nie było małą sumą), choć dodał, że nie spodziewał się tak decydującego wyniku, ale biorąc pod uwagę sposób, w jaki grała Valencia, uznał, że był on sprawiedliwy i zasłużony.
Z dwoma golami i asystą Antonio Fuertes był niewątpliwie tym, kogo dziś nazwalibyśmy MVP finału, ponieważ rozegrał mecz swojego życia, choć cała drużyna spisywała się wyjątkowo dobrze, kończąc tym samym perfekcyjne mistrzostwo: pięć meczów, pięć zwycięstw. Valencia pozostała drużyną skupioną głównie na rozgrywkach pucharowych, z dużymi wzlotami i upadkami w lidze, ale wyróżniała się w zaciętych meczach. Ich zaskakujące zwycięstwo oznaczało koniec triumfalnej ery Barcelony, tzw. „Drużyny Pięciu Pucharów”, z Ladislao Kubalą w szczytowej formie i jego szwagrem Daucikiem na ławce rezerwowych. Mówi się nawet o rzekomym bojkocie słowackiego trenera przez zawodników, który zaledwie trzy dni po porażce przyjął ofertę prowadzenia Athletic Bilbao, gdzie również zapisze się w historii jako trener jednej z tych drużyn, których skład znają na pamięć dzieci, a doświadczeni kibice wciąż go pamiętają. Tymczasem w Valencii Jacinto Quincoces, po sześciu udanych latach zarządzania znakomitą drużyną, która dwukrotnie zdobyła mistrzostwo Hiszpanii, przekazał stery Carlosowi Iturraspe, architektowi nieudanej próby Mestalla awansu dwa sezony wcześniej, by ten mógł cieszyć się zasłużonym odpoczynkiem. Niewątpliwie medialna sensacja w finale, dowiedzmy się kilku więcej o Quique. Jego pełne imię brzmiało Enrique Martín Navarro a urodził się w Valladolid, według niektórych źródeł w 1924 roku, a według innych rok później, a zmarł w Valencii w 2016 roku, mając już dziewięćdziesiąt lat. Zaczął wyróżniać się jako młody zawodnik w Villarreal i Castellón, gdzie zagrał tylko w trzech meczach, ponieważ Barça wkrótce sprowadziła go do Les Corts w 1943 roku. Ale w klubie Blaugrana napotkał nie do pokonania przeszkodę w postaci bramkarza Murcji Juana Zambudio Velasco, w skrócie Velasco, a gdy doznał poważnej kontuzji oka w Balaídos, to nie Quique zajął jego miejsce, ale bardzo utalentowany, zwinny i przystojny młody bramkarz o imieniu Antoni Ramallets. Zmęczony grzaniem ławki rezerwowych, Quique w końcu odszedł w 1950 roku do Valencii, gdzie pozycja bramkarza zwolniła się po podpisaniu kontraktu z międzynarodowym graczem Ignacio Eizaguirre przez jego lokalny klub, Real Sociedad San Sebastián. W ciągu siedmiu lat gry w Katalonii, rozegrał nieco ponad dwadzieścia oficjalnych meczów, ale na Mestalla szybko stał się bramkarzem wyjściowym. Biorąc pod uwagę jego fizyczne atrybuty (185 cm wzrostu, 84 kg wagi i duża rozpiętość ramion), był dobrym zagrożeniem w powietrzu, z pewną tendencją do upiększania swoich obron - trochę showmanem, delikatnie mówiąc - co doprowadziło do tego, że stracił kilka możliwych do uniknięcia bramek, zyskując w ten sposób niechęć niektórych kibiców Valencii, tradycyjnie trudnej publiczności. W latach 1950-1956 rozegrał około 100 oficjalnych meczów dla Valencii ale wychowanek Timor ostatecznie go wyparł a Quique szukał zmiany otoczenia, spędzając ostatnie lata kariery zawodowej niedaleko stamtąd, najpierw w sąsiednim Levante, a później w ukochanym Alcoyano. Po zakończeniu kariery został trenerem, debiutując w Levante UD i prowadząc kilka drużyn w regionie Levante (Atlético Saguntino, Onda, Denia, Torrent itp.), zanim wrócił do Levante. Tam poprowadził ich do pierwszego w historii awansu do najwyższej ligi pod koniec sezonu 1962-63, pracując u boku Ramóna Balaguera. Następnie trenował Oviedo, ponownie Levante, Constancię de Inca, Lleidę, Paiportę i Alzirę, gdzie zakończył karierę trenerską. Liczni kibice Valencii, którzy przyjechali do Madrytu wszelkiego rodzaju pojazdami – nie zapominajmy, że była to niepewna Hiszpania połowy lat 50., w której racjonowanie żywności było jeszcze stosunkowo niedawną praktyką – powitali zwycięstwo swojej drużyny z ogromną radością i tradycyjnymi fajerwerkami. W Walencji powitali bohaterów z Chamartín, jak na to zasługiwali, wśród ogromnego tłumu. Zwycięzcy odwiedzili ratusz i ofiarowali wspaniale zdobyte trofeum Matce Boskiej Porzuconych, patronce Walencji. Dzień po finale zostali również przyjęci na audiencji przez samego Franco w Pałacu El Pardo, a podobno generał nawet zażartował, nazywając bramkarza Quique „chłopakiem, który odebrał mu fotografów”. Ale najciekawszy incydent miał miejsce, gdy piłkarze udali się do klubowych biur, aby odebrać dodatkową premię za zdobycie Pucharu, 11 000 peset każdy – małą fortunę, kilkumiesięczną pensję przeciętnego pracownika – i byli niemile zaskoczeni, odkrywając, że każdemu z nich odjęto 2500 peset. Powodem była kwota, która stanowiła cenę złotej i diamentowej odznaki klubowej, przyznanej im za zwycięstwo. Mistrzowie, zmieszani i poirytowani spotkali się i postanowili złożyć protest, który na szczęście został wysłuchany i zwrócono im potrącone pieniądze. Faktem jest, że Valencia, całkowicie pochłonięta kosztowną rozbudową swojego stadionu, tzw. „Nowej Mestalli”, skrupulatnie przyglądała się każdej pesecie nie przez lupę, lecz przez mikroskop elektronowy. Po wspaniałym zwycięstwie w Copa del Generalísimo w 1954 roku Valencia weszła w okres skrajnie nijaki, z przeciętnymi wynikami sportowymi, które nie tylko uniemożliwiły jej zdobycie tytułów, ale także oddaliły ją od czołówki hiszpańskiej piłki nożnej, gdzie Real Madryt i Barcelona umacniały swoją dominację. Z tego kryzysu wyszli dopiero na początku kolejnej dekady, lat 60. Ale o tym porozmawiamy innym razem.
7
3:0 a Quique wdrapał się na poprzeczkę:
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Kolejny cud!
20 czerwca 1993 r. dokonał się kolejny „Cud na Teneryfie”. Przez wiele kolejek FC Barcelona walczyła o pozycje lidera z Deportivo La Coruña i z Realem Madryt. Ostatecznie drużyna z La Coruñi odpadła z rywalizacji i przed ostatnią kolejką powtórzyła się sytuacja z 1992 roku, gdy Blaugrana traciła jeden punkt do Realu, który wybierał się na Teneryfe. Na Camp Nou o tej samej porze rozpoczęto mecz Barçy z Realem Sociedad. W 13 minucie jedynego gola w meczu strzelił Stoiczkow. Tymczasem na Teneryfie gospodarze w dalszym ciągu trenowani przez Valdano prowadzili do przerwy 2:0 i utrzymali ten wynik do końcowego gwizdka. Duma Katalonii cieszyła się z trzeciego z rzędu mistrzostwa Hiszpanii!
@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@martusiaaaa
@Lionel_Messi10
@Gary
@Bernard777
@Adran360
9
Początek wyjątkowej przygody w roli trenera:
21 czerwca 2007 r. Josep Guardiola został mianowany na trenera FC Barcelony B. Sytuacja rezerw Barçy była opłakana po spadku z Segunda Division B do czwartego poziomu rozgrywek. Utrudniało to rozwój młodym piłkarzom, którzy stawiali pierwsze kroki w dorosłej piłce po awansie z juniorów. Guardioli udało się zdobyć 83 punkty w 38 kolejkach, co dało pierwsze miejsce w grupie i udział w play-offach o awans do trzeciej ligi. Efektem dwóch wygranych spotkań była promocja a Guardiole, który objął pierwszy zespół FC Barcelony zastąpił Luis Enrique.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Triumfy Blaugrany w Copa del Generalisimo:
21 czerwca 1942 r. FC Barcelona tryumfuje po raz ósmy w historii Pucharu Hiszpanii. W bardzo zaciętym finale rozgrywanym na Estadio de Chamartin, Barça pokonuje po dogrywce Athletic Bilbao 4:3. Gole dla Blaugrany zdobywają: Escola(20 i 59 minuta) oraz Mariano Martin(51 i 101 minuta).
21 czerwca 1953 r. FC Barcelona sięga po raz jedenasty(i trzeci z rzędu) w historii po Puchar Hiszpanii. W finałowym starciu rozgrywanym ponownie na Estadio de Chamartin, Blaugrana pokonuje Athletic Bilbao 2:1. Gole dla Barçy zdobyli: Kubala(46 minuta) oraz Manchon(57 minuta).
21 czerwca roku 1959, FC Barcelona zdobywa po raz 12-sty w historii Puchar Hiszpanii. W finale rozgrywanym na Santiago Bernabeu, Duma Katalonii pokonuje Granade CF 4:1. Gole strzelają: Eulogio Martinez(2 minuta), Sandor Kocsis(10 i 76 minuta) oraz Justo Tejada(67 minuta).
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@martusiaaaa
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
11
„Championship of Catalonia”:
21 czerwca 1905 r. FC Barcelona po raz pierwszy w historii sięgnęła po Mistrzostwo Katalonii. Rozgrywki te zainaugurowano w sezonie 1903/1904 jako następstwo Copa Macaya oraz Copa Barcelona a premierową edycje wygrał Espanyol. Rywalizacja trwała aż do sezonu 1939/1940 i została przerwana przez reżim generała Franco. Ogółem rozegrano 37 edycji, z których Blaugrana wygrała 21. W decydującym starciu 21 czerwca 1905 r. Duma Katalonii pokonała w derbach Espanyol 3:2 po dwóch golach Blaka i jednym Romy Fornsa.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne
1
@Safrani I to rozumiem!
1
@Safrani Ale między nami nie jest mowa dlaczego ty nie lubisz Argentyńczyków, tylko z jakiego powodu ich nie dzierżysz? Przecież można też być wobec nich tylko i wyłącznie obojętnym. A skoro się ich nie dzierży, to coś, kiedyś i z jakiegoś powodu musiało się wydarzyć.........???
9
Ten pierwszy raz na Argentyńskiej ziemi:
20 czerwca 1867 r. 16 członków miejskiego środowiska biznesowego(sami Brytyjczycy z wyjątkiem Williama Boschettiego, który urodził się na wyspie Saint Lucia) spotkało się by rozegrać pierwszy mecz piłkarski, jaki kiedykolwiek odbył się na argentyńskiej ziemi. Zasady gry w piłke nożną spisane przez „Football Association” w grudniu 1863 roku, dotarły do Buenos Aires i zostały opublikowane w anglojęzycznej gazecie „Standard” w początkach roku 1867. Pismo służyło społeczności, która w 1880 r. liczyła 40 tys. członków największej brytyjskiej populacji zamieszkującej jakikolwiek kraj nie będący wówczas częścią Imperium. Wywierała ona zresztą tak znaczący wpływ że czasami można było odnieść wrażenie że Argentyna w istocie jest częścią Korony Brytyjskiej, jak głosił nagłówek „Timesa” w 1806 r. Brytyjczycy zarządzali miejscowym systemem bankowym, budowali koleje, zajmowali się eksportem skór, wełny i mięsa. Wielka Brytania z wyraźną przewagą była największym partnerem handlowym Argentyny. Brytyjczycy w Argentynie robili to, co robią wszędzie na świecie. Tworzyli miniaturowe wersje ojczyzny, zakładając własne szkoły, szpitale, kościoły i kluby sportowe. Te ostatnie z początku organizowały głównie mecze krykieta, tenisa i(zważywszy na dostępność znakomitych koni) polo ale niektórzy ich członkowie musieli też uprawiać jakiś rodzaj piłki nożnej w szkołach i na uniwersytetach. Już w 1840 roku brytyjscy marynarze grali w dokach w coś na kształt futbolu. Była to czynność, która jak się zdaje budziła konsternacje wśród mieszkańców miasta, o czym świadczy notatka w „La Razon”, z dozą niepewności opisująca tę rozrywkę jako ,,nieustające bieganie za piłką”. Żeby rozwinąć te grę i rozpocząć jej propagowanie, potrzebna była organizacja i zajął się nią Thomas Hogg. Jego ojciec był właścicielem fabryki włókienniczej w Yorkshire a po przeprowadzce do Buenos Aires nie tylko kontynuował swoją działalność w tej branży ale także założył brytyjskie centrum handlowe, brytyjską bibliotekę, brytyjski college oraz w 1819 r. klub krykieta. Syn był równie aktywny. Zorganizował „Dreadnought Swimming Club”, klub pływacki, w którym pierwsze zawody odbyły się w 1863. Trzy lata później przerzucił się na suasha i z bratem Jamesem utworzył Buenos Aires Athletic Society. Mniej więcej w latach 60-tych XIX wieku zakładał również pierwszy klub golfowy w Ameryce Południowej. Słowem był pionierem niemal w każdej dziedzinie sportu, choć to jego praca na rzecz piłki ostatecznie zyskała największe znaczenie, nawet jeśli szybko porzucił tę dyscyplinę dla rugby. Szóstego maja 1867 roku Hogg zamieścił w ,,Standardzie” notatke pod tytułem ,,Foot Ball”. ,,Spotkanie organizacyjne odbędzie się w następny czwartek wieczorem o 7.30 w „Calle Temple” naprzeciw numeru 46 a jego celem będzie przyjęcie przepisów meczów piłki nożnej, które rozgrywane będą zimą na Stadionie Krykieta. Zapraszamy wszystkich zainteresowanych”.
Pierwszy mecz zaplanowano na 25 maja ale musiał zostać przełożony prawie o miesiąc w związku z zalanym boiskiem przy stacji kolejowej ,,Boca Junction” i w końcu, tamtego rześkiego czerwcowego popołudnia, po krótkim opóźnieniu wywołanym dyskusją o tym, czy przyzwoite jest noszenie szortów na oczach żeńskiej publiczności, drużyna ubrana w czerwone stroje(Los Colorados), której kapitanem był Hogg, stoczyła bój z drużyną ubraną na biało(Los Blancos), której przewodził przyjaciel Hogga, William Heald. Grano po ośmiu przez dwie 50-minutowe połowy. W centrum Buenos Aires, na miejscu wyjątkowo odległym od któregokolwiek z dzisiejszych stadionów, jakby współczesne kluby były zbyt taktowne i wolały trzymać się z dala od poświęconej ziemi, futbol w końcu objawił się w Argentynie. Heald nie wydawał się szczególnie zachwycony tym doświadczeniem. W swoim dzienniku zapisał że o 10-tej rano wsiadł z Hoggiem w pociąg do Palermo, potem wyznaczali flagami linie boiska a następnie ,,przenieśli się do Confiterii na chleb z serem i trochę portera” w oczekiwaniu na resztę graczy. Niewielka liczba tych ostatnich spowodowała że ,,grało się bardzo ciężko” i pod koniec Heald był ,,całkowicie wyczerpany”. Nie był to jedyny nieprzyjemny efekt. ,,Plecy bolały mnie bardzo i wydawało się że utraciłem cały apetyt, gdyż nie mogłem niczego tknąć na kolacje”. ,,Los Colorados” wygrali 4:0 i kiedy zorganizowano kolejny mecz, Healda w funkcji kapitana zastąpił H.J. Barge. Wyglądało na to że Heald nie przejawiał wielkiej ochoty by zagrać ponownie. Tym razem ,,Los Colorados” zwyciężyli 3:0. Futbol zaczął zapuszczać pierwsze nieśmiałe korzenie. Trzy lata później hiszpańskojęzyczna gazeta ,,El Nacional” wspominało o ,,tej angielskiej grze” i przepowiadała że ,,rychło się do niej przyzwyczaimy”. Futbol potrzebował więc trochę czasu by się przyjąć ale naprawdę tylko trochę. Z początku piłka nożna była tylko jedną z wielu dyscyplin uprawianych przez brytyjską społeczność ale do 1880 roku stała się już sportem najważniejszym, częściowo z powodu swojej prostoty a częściowo dlatego że forsowały ją brytyjskie szkoły, które(śladem swoich odpowiedników w ojczyźnie) uważały futbol za sposób krzewienia zdrowych chrześcijańskich cnót dyscypliny, siły i wytrzymałości. Co więcej, sporty zespołowe postrzegano jako antidotum na solipsyzm, stanowiący prostą drogę do najbardziej wyniszczającego z występków, onanizmu, prawdziwej obsesji szkół wiktoriańskich…
W takich właśnie realiach XIX wieku narodził się futbol w Ameryce Południowej.
@Vivienne
@Sysia11
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
1
@Safrani Nie lubić Niemców i Włochów to dla mnie całkiem normalne plus jeszcze Anglików. No ale nie dzierżyć Argentyny to dla mnie całkowicie niezrozumiale? No ale trudno, tak jak mówisz: niech już tak zostanie.
1
@Safrani Kiedy ty w końcu odpowiesz mi konkretnie z jakiego powodu nie trawisz?
11
To nie był czeski film, to było „výborně”:
Dokładnie 50 lat temu Reprezentacja Czechosłowacji zdobyła tytuł mistrza Europy, po zwycięstwie w finale w rzutach karnych 5:3 nad RFN w Belgradzie. Mistrzostwa Europy w 1976 roku były ostatnim turniejem z tego cyklu, w którym startowały jedynie 4 drużyny w finałowej imprezie. Tytuł zdobyła po raz pierwszy w historii drużyna Czechosłowacji. Turniej rozegrano w Jugosławii. Był to pierwszy i ostatni raz, kiedy gospodarzem imprezy tej rangi został kraj z bloku komunistycznego. Ostatni raz w historii mistrzostw Europy zdarzyło się też, że triumfował zespół z komunistycznego państwa (wcześniej zdarzyło się to podczas pierwszego Euro w 1960 roku we Francji, gdy wygrała ekipa ZSRR). Kwalifikacje odbyły się według sprawdzonej reguły. 32 drużyny podzielone zostały na 8 równych grup, z czego zwycięzcy rywalizowali potem w ćwierćfinałowych dwumeczach. W ten sposób do turnieju głównego zakwalifikowali się gospodarze - Jugosławia a także Czechosłowacja, Holandia (awans po raz pierwszy w historii, po wielkim boju w grupie z Polską, Włochami i Finlandią) i RFN. Euro 1976 odbywało się na dwóch stadionach - w Belgradzie i Zagrzebiu. W półfinale mieliśmy bardzo zacięte boje. Najpierw Czechosłowacja pokonała po dogrywce Holandię 3:1 a następnie Jugosławia również po dogrywce przegrała z RFN 2:4. W meczu o trzecie miejsce też nie padło rozstrzygnięcie w regulaminowym czasie gry i dopiero w dogrywce "Pomarańczowi" ograli Jugosławię 3:2. Finał był jeszcze bardziej wyrównany. Nawet dogrywka pomiędzy Czechosłowacją a RFN nie przyniosła rezultatu. Na tablicy wyników widniał wciąż wynik remisowy 2:2. Tym razem jednak (inaczej niż w poprzednich turniejach Euro) nie decydował kolejny mecz, czy rzut monetą. Po raz pierwszy w decydującym meczu o tytuł Starego Kontynentu rozegrano serię rzutów karnych. W czwartej serii pierwszy raz nie trafił zawodnik RFN- Uli Hoeness(później legendarny prezes Bayernu Monachium, który doprowadził ten klub do wielkich sukcesów ale w 2014 został skazany na karę więzienia za oszustwa podatkowe). Do piłki podszedł w piątej serii Antonin Panenka i swoim nietypowym, leciutkim strzałem technicznym w sam środek bramki przypieczętował mistrzostwo Europy dla Czechosłowacji a sam wpisał się do historii futbolu. Od tej pory jego nazwisko przypomina się za każdym razem, gdy zawodnik wykonuje w ten nietypowy sposób "jedenastkę".
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@Sysia11 I to sie chwali! Natomiast ja nie mam szacunku do tych chińskich iksów
8
@FCBparasiempre
19 czerwca 1934 r. Włochy pokonały Węgry 4:2 w finale II mistrzostw świata. Włosi byli najlepszą drużyną mistrzostw świata w 1934 roku i zasłużenie zdobyli mistrzowski tytuł ale w tle tego sukcesu była faszystowska propaganda i sędziowskie skandale. Mistrzostwa były wykorzystywane przez faszystów do „narodowej konsolidacji”. Reżim chciał pokazać że 12 lat rządów Benito Mussoliniego doprowadziło Włochy do nadzwyczajnej pozycji. Nakłady finansowe na organizację były ogromne, a determinacja, by zwyciężyć jeszcze większa. Człowiekiem Mussoliniego do pilnowania, by turniej zakończył się sukcesem, był generał faszystowskiej milicji Giorgio Vaccaro, zarazem szef włoskiej federacji piłkarskiej. ,,Celem jest pokazanie, że faszystowski sport jest napędzany ideałami swojego przywódcy, jest natchniony przez Duce”– mówił Vaccaro. Chwilami można było nie zauważyć, że mistrzostwa organizuje FIFA. To była pierwsza w historii tak upolityczniona impreza sportowa, igrzyska w Berlinie pod okiem Hitlera odbyły się 2 lata później. Wciąż pojawiają się głosy, że zawody mogły być przez faszystów „ustawione”. Ostatnio, na konferencji organizowanej przez FIFA, taki pogląd wygłosił włoski autor i historyk futbolu Marco Impiglia. Twardych dowodów jednak brak. Na pewno Włosi mocno wpływali na to, kto będzie sędziował ich mecze, bezspornym faktem są też kontrowersyjne decyzje arbitrów na korzyść gospodarzy. Czy ktoś był przekupiony, czy tylko ulegał presji? Na to pytanie pewnie nigdy nie znajdziemy ostatecznej odpowiedzi, choć w propagandowej, faszystowskiej atmosferze wszystko było możliwe. Nie zmienia to faktu, że mundial był doskonale zorganizowany. Jak się oblicza przyjechało aż 40 tys. kibiców z sąsiednich krajów, którzy mogli korzystać z wysokich zniżek na podróże koleją. Poczta włoska wydała w milionowym nakładzie serię okolicznościowych znaczków, a w setkach tysięcy drukowano plakaty i kartki pocztowe z symbolami mistrzostw. Na każdym kroku podkreślano wpływy kasowe, do tego stopnia, że gdy zaszła konieczność powtarzania meczu Włoch z Hiszpanią pojawiły się plotki, że to ukartowana sprawa, by tylko więcej zarobić. Przed mistrzostwami powszechnie typowano finał Włochy – Austria. Losowanie zmieniło te prognozy, bo oba zespoły znalazły się w tej samej "połówce" turniejowej drabinki. Druga część, z Czechosłowacją i Niemcami, była znacznie słabsza. Przynajmniej to jedno przeczy tezie, że wszystko w mistrzostwach układane było "pod Włochów". Grano wówczas bez podziału na grupy, najprostszym systemem pucharowym, czyli przegrywający odpada. W pierwszej rundzie Włosi, występując w Rzymie w obecności Mussoliniego, bez problemów rozbili USA aż 7:1. Jak się okazało był to ich jedyny mecz bez jakichkolwiek kontrowersji. Wszystko przerosła ich rywalizacja w ćwierćfinale z Hiszpanią, we Florencji. Trwała aż 210 minut! Pierwszy mecz, po dogrywce zakończył się remisem 1:1. Baraż rozegrano już następnego dnia (!). Włosi wygrali 1:0, ale do dziś o sędziowaniu tych spotkań krążą legendy. Hiszpanie, z genialnym Ricardo Zamorą w bramce i Isidro Langarą w ataku, byli bliscy sukcesu, mając w pierwszym meczu doskonałe sytuacje. Pod koniec gra była bardzo ostra z obu stron, a belgijski sędzia Louis Baert kompletnie sobie nie radził z falą fauli. W efekcie w barażu oba zespoły musiały dokonać łącznie aż 11 zmian! Włochom udało się postawić na nogi swojego lidera Meazzę, zniesionego pod koniec z boiska. Bardziej ucierpieli Hiszpanie, którzy wymienili aż siedmiu zawodników, tracąc przede wszystkim będącego w wybornej formie Zamorę, najlepszego bramkarza świata. Był cały poobijany, bo Włosi grali bardzo agresywnie i atakowali go w wyskokach łokciami i kolanami, albo po prostu wpadali na niego i taranowali. Wyrównujący gol dla Italii padł po faulu. Schiavio bez skrupułów tak blokował Zamorę, że Ferrari mógł strzelać nie obawiając się interwencji bramkarza. Rewanż był jeszcze brutalniejszy. Nasz "Przegląd Sportowy" pisał, że "nie przypominał spotkania piłkarskiego, a szereg pojedynków jiu jitsu". Decydującą, niechlubną rolę odegrał sędzia Rene Mercet, do dziś uznawany za jeden z "czarnych charakterów" w historii mundiali. Pochodził ze Szwajcarii, ale wielu umyka fakt, że z części tego kraju, która jest… włoskojęzyczna. Otwarcie i bez skrupułów faworyzował gospodarzy, brutalne zagrania przede wszystkim Montiego zostawiał bez konsekwencji, ulegał presji 40 tysięcy włoskich kibiców na stadionie we Florencji i przede wszystkim nie uznał Hiszpanom dwóch goli. Dopuszczał też do wielu fauli na Noguesie, który dobrze między słupkami zastępował Zamorę. Zdaniem wielu jedyna bramka meczu, po rzucie rożnym i główce Meazzy, też została zdobyta po nieprzepisowym blokowaniu bramkarza Hiszpanii. Oszustwa Merceta odbiły się tak szerokim echem, że po mistrzostwach jego macierzysta, szwajcarska federacja wyrzuciła go ze swoich szeregów. W opinii wielu obserwatorów zwycięstwo Włochów było bardzo szczęśliwe. Może gdyby nie Mercet, Hiszpanie nie musieliby czekać na tytuł mistrzowski aż do 2010 roku? W półfinale na Włochów czekali, tak jak się spodziewano, Austriacy. Jednak, ku zdziwieniu fachowców, grali nierówno.
W 1 rundzie zaskoczyli wszystkich in minus, bo zwycięstwo z Francją 3:2 wywalczyli dopiero po dodatkowych 30 minutach. To była pierwsza w historii mistrzostw świata dogrywka. W ćwierćfinale odzyskali uznanie kibiców, prezentując ładne, kombinacyjne akcje. Wygrali 2:1 "habsburskie derby" z Węgrami, którzy kończyli w dziewięciu bez wyrzuconego z boiska Marcosa i kontuzjowanego Avara. W "przedwczesnym finale", w Mediolanie, jednak znowu rozczarowali. Być może dlatego, że wcześniej padał deszcz i boisko nasiąkło. Na grząskiej nawierzchni austriacki "wunderteam" nie mógł prowadzić swojej koronkowej, technicznej gry. Włosi pokazali natomiast wielką klasę. To był ich trzeci mecz w ciągu czterech dni (30 maja – z Hiszpanią, 1 czerwca – baraż z Hiszpanią, 3 czerwca – z Austrią)! Byli doskonale przygotowani nie tylko kondycyjnie, ale i mentalnie, sześciotygodniowe zgrupowanie w górach, a potem w Rovecie koło Florencji uczyniło z nich niezłomną drużynę. Wygrali 1:0, będąc przez cały mecz zespołem lepszym. Jednak uznanie gola dla Italii było absolutnym skandalem. Sędziował Ivan Eklind ze Szwecji i w najłagodniejszej dla niego wersji można przypuszczać, że był zasłonięty i nie widział dobrze całej akcji. Faul był jednak więcej niż oczywisty. Bramkarz Austrii złapał piłkę po strzale i gdy klęcząc trzymał ją w rękach, wpadł na niego z impetem Meazza. Platzer padł i wypuścił piłkę, a gdy ponownie po nią sięgał, nadbiegający Guaita wepchnął ją tuż sprzed linii bramkowej do siatki. "Ślepy" Eklind chyba w nagrodę został wyznaczony do sędziowania kolejnego meczu Włochów, finału z Czechosłowacją. To też wzbudziło kontrowersje, bo wyznaczono go w ostatniej chwili (pierwotnie arbitrem miał być Baert, który prowadził pierwszy mecz Italii z Hiszpanią). Włosi zdobywali z Hiszpanami i Austriakami tylko po jednej bramce, zawsze w ogromnym zamieszaniu i po bezpośrednim ataku na bramkarza. Do dziś, gdy ogląda się archiwalne filmy, zadziwia niesamowita żywiołowość i agresywność włoskiego napadu. Górna piłka w pole karne przeciwnika i potem ostra walka z użyciem wszelkich środków, dozwolonych i niedozwolonych. Dopiero w finale Włosi natknęli się na odważnego Planickę, mistrza bramkarskiej gry na przedpolu i wtedy… wygrali dzięki pięknym strzałom z dalszej odległości. Trener Pozzo miał w ataku wielką gwiazdę mistrzostw Giuseppe Meazzę, a w środku pola Luisa Montiego, który dzielił i rządził, łącząc brutalne zagrania z inteligentnym rozgrywaniem piłki. Przede wszystkim miał jednak kolektyw. Nie brak głosów, że faszystowska atmosfera tamtych lat pozwoliła Pozzo, jak nikomu wcześniej i później, wytworzyć "wojenne" poczucie walki. Ewenementem jest, że w finale kapitanami obu drużyn byli bramkarze, Combi i Planicka. Dlatego, nie zapominając też o wspaniałej grze Zamory, nazwano ten mundial "mistrzostwami bramkarzy". 19 czerwca 1934 roku na trybunach rzymskiego Stadio P.N.F. (Narodowej Partii Faszystowskiej) siedział oczywiście Benito Mussolini. Sędzia Eklind przed meczem poszedł na jego trybunę, chwilę rozmawiali. To zdarzenie stało się później głównym argumentem, że sędziowanie było nieobiektywne. Owszem, nie obyło się bez kontuzji w drużynie czechosłowackiej (od pierwszej połowy mocno utykał Krcil), ale w rzeczywistości finał był prowadzony poprawnie, a same drużyny zachowywały się fair. Pamiętny jest obrazek, gdy urazu doznał Antonin Puc. Z boiska znieśli go wspólnie obaj trenerzy, ramię w ramię z Czechem Petru dźwigał Pozzo. Puc wrócił do gry po kilkunastu minutach i… zdobył gola dla Czechosłowacji. To była 71. minuta. Zaraz potem mogło być 2:0, ale piłki meczowej nie wykorzystał Svoboda, strzelając w słupek. Czechosłowacja grała świetnie, ale Włosi okazali się jeszcze lepsi, choć trener Pozzo nie wytrzymywał nerwowo i zaklinał bramkę Planički, stojąc tuż obok niej, za linią końcową. W 81 minucie Orsi strzelił jednego z najpiękniejszych goli w historii meczów finałowych. Stojąc z piłką na linii pola karnego, zrobił obrót i pięknie uderzył lewą nogą. Potrzebna była dogrywka. W 95. minucie Schiavio, agresywnie, ale bez faulu wykorzystał niepewne zagranie obrońców i z kilku metrów huknął nie do obrony na 2:1 dla Włochów. Sukces faszystowskich organizatorów był wielki a Benito Mussolini mógł wręczyć ogromny puchar, Coppa del Duce, swojej drużynie.
7
Italia pod dyktando ,,Duce”:
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
10
Wspominamy zasłużonych prezydentów Blaugrany:
19 czerwca 1919 r. Ricard Graells został nowym prezydentem FC Barcelony, zastępując na stanowisku samego Joana Gampera, który odszedł ponieważ coraz bardziej przeszkadzało mu powolne odchodzenie od idei amatorstwa w sporcie. W trakcie krótkiej kadencji Graellsa klub nadal wspierał działania niepodległościowe(brał czynny udział w Dniu Katalonii), liczba socios wzrosła do 3127 a klub po raz pierwszy w historii pozbył się całego długu. Również pod kątem sportowym roczna kadencja była udana ponieważ Blaugrana zdobyła mistrzostwo Katalonii oraz Puchar Króla.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@martusiaaaa
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne
13
Blaugrana w Copa del Rey:
18 czerwca 1981 r. FC Barcelona zdobyła 19-ty tytuł Pucharu Hiszpanii w swojej historii. Blaugrana pokonała w finale Sporting Gijon 3:1 po dwóch golach Quiniego i jednym Estebana. Finał krajowego pucharu był ostatnią okazją do godnego pożegnania legend: Rexacha i Helenio Herrery, którzy po tym sezonie zakończyli kariery, odpowiednio zawodniczą i trenerską. Napastnik nie mieścił się już w pierwszym składzie i ostatni mecz oficjalny zagrał w ćwierćfinale tych rozgrywek. Herrera w wywiadzie pomeczowym stwierdził że potyczka jego drużyny była tysiąc razy lepsza od tej z finału Pucharu Europy w Paryżu pomiędzy Realem a Liverpoolem. Po dobrym występie Quiniego w finale szkoleniowiec był przekonany że handicap związany z porwaniem napastnika sprawił iż Duma Katalonii nie wygrała Primera Division. Skład Barçy z tego finału: Artola, Jose Ramos, Olmo, Alexanco, Paco Martinez (65 m. Tente Sanchez), Zuviria, Simonsen, Schuster, Esteban, Estella, Quini.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@martusiaaaa
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne
12
@FCBparasiempre
Dania 1986 przyjechała na Mistrzostwa Świata w Meksyku jako debiutantka, ale nie grała jak debiutantka. W zaledwie trzech meczach fazy grupowej stała się jedną z sensacji turnieju: dynamiczna piłka nożna, wysoki pressing, talent, odwaga i koszulka Hummela, która dziś jest praktycznie eksponatem muzealnym. Ta duńska drużyna była znana jako Duński Dynamit i przez kilka dni wydawało się, że jest w stanie roznieść Mistrzostwa Świata w drobny mak. Paradoks polega na tym, że ich historia zakończyła się zdecydowanie za wcześnie. Wygrali wszystkie trzy mecze grupowe, rozgromili Urugwaj, pokonali RFN i dotarli do 1/8 finału z połączeniem autorytetu i entuzjazmu, które uczyniło z nich sentymentalnych faworytów. Ale potem trafili na Hiszpanię, z Emilio Butragueño w niezapomnianym meczu, i wszystko runęło w jednej chwili. Dania w 1986 roku była piękną i ulotną drużyną: błyszczeli jak mało kto, upadli jak prawie nikt i zostawili po sobie ślad, który znacznie przewyższa ich ostateczny wynik. Reprezentacja Danii nie miała silnej tradycji Mistrzostw Świata przed 1986 rokiem. W rzeczywistości Meksyk '86 był ich pierwszym występem na Mistrzostwach Świata. Fakt ten maskował jednak ciekawszą rzeczywistość: Dania budowała konkurencyjny zespół od Mistrzostw Europy w 1984 roku, gdzie dotarła już do półfinału i zaprezentowała bardzo charakterystyczny styl gry. Architektem był Sepp Piontek, niemiecki trener, który rozumiał, że Dania nie będzie w stanie konkurować, naśladując tradycyjne potęgi. Jego drużyna musiała biegać, łączyć siły, naciskać i atakować z polotem. To nie była defensywa czekająca na błąd przeciwnika. To była drużyna z ofensywnym nastawieniem, dynamicznymi pomocnikami, agresywnymi napastnikami i niemal bezczelną pewnością siebie. Już same nazwiska pomagają wyjaśnić mit. Michael Laudrup był młodym, eleganckim talentem, piłkarzem innego rodzaju, jednym z tych, którzy wydawali się grać z wewnętrznym spokojem. Preben Elkjær był kimś zupełnie innym: siłą, instynktem, buntem, rodzajem ulicznego napastnika z budową ciała tarana i duszą poszukiwacza przygód. Wokół nich byli Morten Olsen, Jesper Olsen, Søren Lerby, Frank Arnesen, Jan Mølby i grupa, która łączyła europejskie doświadczenie z bardzo szczególną energią. Dania z 1986 roku jest pamiętana nie tylko za grę. Pamięta się ją również za wygląd. Koszulka „Hummel”, w połowie gładka, w połowie w cienkie paski, była jednym z najodważniejszych projektów dekady. W erze coraz bardziej charakterystycznych strojów, ta koszulka uczyniła Danię drużyną, której wygląd zapada w pamięć. To nie przypadek, że wciąż pojawia się na listach i w rozmowach o kultowych koszulkach retro z Mistrzostw Świata. Był nowoczesny, nietypowy, odważny i idealnie pasował do drużyny, która go nosiła. Dania grała tak, jak się ubierała: bez zahamowań, z charakterem, skupiając na sobie uwagę bez proszenia o pozwolenie. Ta estetyka doskonale oddaje ducha piłki nożnej lat 80., dekady piłek, butów, wąsów, odważnych koszulek i meczów rozgrywanych w zupełnie innym tempie niż obecnie. Aby dopełnić obrazu, warto również przyjrzeć się kontekstowi piłek z Mistrzostw Świata z lat 80. i 90., ponieważ Meksyk '86 był jednym z tych turniejów, w których pamięć wizualna jest niemal tak samo ważna, jak wyniki.
Dania zadebiutowała w meczu ze Szkocją i wygrała 1:0 po golu Prebena Elkjæra. Nie była to pogrom, ale pierwszy sygnał. Duńska drużyna walczyła z całych sił i potrafiła zaskoczyć każdego przeciwnika. W drugim meczu nastąpiła eksplozja: zwycięstwo 6:1 nad Urugwajem, miażdżące zwycięstwo, które przerodziło ciekawość w fascynację. Mecz Dania-Urugwaj był popisem mistrzowskim. Elkjær strzelił trzy gole, Laudrup strzelił jedną z najbardziej eleganckich bramek turnieju, a cała drużyna emanowała rzadko spotykanym poczuciem szybkości, mobilności i ofensywnego talentu. Urugwaj, twarda i waleczna drużyna, została przytłoczona przez natarcie czerwonych, które zdawało się atakować z każdej strony. Trzeci mecz potwierdził rangę drużyny. Dania pokonała RFN, wicemistrza świata z 1982 roku i przyszłego finalistę tego samego turnieju, 2:0. Bramki zdobyli Jesper Olsen i John Eriksen. Trzy mecze, trzy zwycięstwa, dziewięć bramek zdobytych i tylko jedna stracona. Jak na debiutanta na mistrzostwach świata, był to znakomity debiut. Dlatego duński dynamit idealnie pasuje do drużyn, które sprawiły prawdziwą niespodziankę na Mistrzostwach Świata. Różnica polega na tym, że Dania nie zaskoczyła wycofując się czy powstrzymując. Zaskakiwała entuzjazmem, ofensywną sprawnością i poczuciem, że każdy mecz potrafi zamienić w burzę. Jeśli Laudrup był artystą, to Elkjær był ogniem. Przyszedł po znakomitym okresie w Weronie, gdzie odegrał kluczową rolę w historycznym zwycięstwie „Scudetto” w 1985 roku. Był napastnikiem na miarę czasów: silnym, nieprzewidywalnym, agresywnym, z naturalnym talentem do strzelania i aurą niezłomnego piłkarza. Podczas Mistrzostw Świata w Meksyku w 1986 roku był najbardziej żywiołową postacią Danii. Jego występ przeciwko Urugwajowi uczynił go jedną z gwiazd turnieju. Elkjær emanował magnetyzmem, który idealnie uosabia wielkich napastników lat 80.: mniej dopracowany niż współcześni napastnicy, ale bardziej instynktowny, bardziej filmowy. Nie byłby nie na miejscu w rozmowie o najlepszych napastnikach lat 80., mimo że jego międzynarodowa kariera naznaczona była historią równie błyskotliwą, co niedokończoną. Symbolizowało to również wewnętrzne napięcie w tej drużynie. Dania była piękna, owszem, ale i ryzykowna. Mieli talent do ataku, ale momentami zdawali się żyć zbyt blisko przepaści. Ta właśnie zaleta, która czyniła ich fascynującymi, mogła stać się ich zgubą.
18 czerwca 1986 roku Dania i Hiszpania zmierzyły się w 1/8 finału w Querétaro, w ramach Mistrzostw Świata 1986 w Meksyku . Duńczycy byli w świetnej formie. Hiszpania awansowała z grupy z większymi obawami, ale dysponowała talentem i pokoleniem zdolnym do walki w najważniejszych meczach. Mecz rozpoczął się dobrze dla Danii, która objęła prowadzenie po rzucie karnym, wykorzystanym przez Jespera Olsena. Ale krótko przed przerwą padł błąd, który zmienił losy meczu. Jesper Olsen próbował podać piłkę z powrotem, Butragueño ją odczytał, przejął i strzelił wyrównującego gola. Od tego momentu intensywność gry uległa zmianie. Dania stała się zdezorganizowana, Hiszpania nabrała pewności siebie a Butragueño zaliczył jeden z najbardziej pamiętnych indywidualnych występów w historii reprezentacji Hiszpanii. Wynik końcowy brzmiał 5:1. Butragueño strzelił cztery gole, a Dania z niespodziewanego pretendenta do tytułu awansowała do drużyny wyeliminowanej niemal z okrutną brutalnością. Drużyna, która wydawała się być wniebowzięta, rozbiła się w zaledwie czterdzieści pięć minut. Najciekawsze w Danii z 1986 roku jest to, że porażka z Hiszpanią nie zniszczyła jej mitu. Sprawiła, że mecz był dziwniejszy, bardziej melancholijny. Gdyby dotarli do półfinału, mogliby zostać zapamiętani jako drużyna-niespodzianka. Odpadając tak wcześnie, po idealnej fazie grupowej, zastygli w bardziej romantycznym wizerunku: drużyny, która mogła być, ale nie była.
Mistrzostwa Świata w Meksyku w 1986 roku obfitowały w niesamowite historie: Maradona, mistrzostwo Argentyny, Belgia eliminująca Hiszpanię w rzutach karnych, Francja i Brazylia w Guadalajarze oraz wszechobecne Niemcy, które dotarły do finału. W tym kontekście Dania zajmuje zupełnie inne miejsce. Nie była mistrzem, nie dotarła do półfinału, ale w pierwszej rundzie była prawdopodobnie najbardziej widowiskową drużyną turnieju. Ich porażka z Hiszpanią łączy się również z innym epizodem z tamtych Mistrzostw Świata: Belgia wyeliminowała Hiszpanię w rzutach karnych . Meksyk '86 był okrutny dla wielu drużyn, które zrobiły na nich ogromne wrażenie. Dania była jedną z nich, być może najbardziej spektakularną. Dania nigdy już nie odniosła tak wielkiego sukcesu na Mistrzostwach Świata, choć kilka lat później ich piłka nożna doczekała się historycznego triumfu: Mistrzostw Europy w 1992 roku. Ten tytuł miał inny kontekst, inny skład i inną historię, ale pamięć o duńskiej piłce nożnej już dawno odmieniła się w Meksyku. Od 1986 roku Dania przestała być drugoplanową drużyną, a stała się marką z własną tożsamością. Duński Dynamit pozostawił po sobie kilka śladów. Po pierwsze, piłkarską filozofię: można było debiutować i grać bez strachu. Po drugie, estetykę: niewiele strojów tak dobrze oddaje charakter drużyny, jak ten czerwono-biały Hummel. Po trzecie, garstkę piłkarzy, którzy wciąż rozpalali europejską nostalgię, zwłaszcza Michaela Laudrupa i Prebena Elkjæra. Ostrzegł również: na Mistrzostwach Świata piękno nie gwarantuje przetrwania. Brazylia 1982, Algieria 1982 i Dania 1986 mają podobną charakterystykę. Drużyny, które nie wygrały a nawet nie zaszły tak daleko, pozostają w zbiorowej pamięci, ponieważ grały z wyjątkową iskrą. Czasami piłka nożna jest bardziej pamiętna z powodu szoku niż z powodu kwalifikacji. Dania w 1986 roku była prawdziwie wybuchowa: intensywna, błyskotliwa i niebezpieczna nawet dla samej siebie. W fazie grupowej wydawała się rewolucją. W 1/8 finału zła decyzja, zmotywowany przeciwnik i ukryta słabość w obronie doprowadziły do ich odpadnięcia z turnieju. Ta mieszanka wielkości i upadku wyjaśnia, dlaczego wciąż się o nich mówi. Nie był to moralny mistrz w dosłownym tego słowa znaczeniu. To było coś bardziej dynamicznego: drużyna, która zamieniła swój pierwszy występ na Mistrzostwach Świata w krótką, hałaśliwą i niezapomnianą imprezę. Duński dynamit nie wygrał Meksyku w 1986 roku, ale pozostawił po sobie jedną z tych historii, które sprawiają, że Mistrzostwa Świata to coś więcej niż tylko lista mistrzów.