FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
3
@FCBparasiempre
Kolumbijskie El Dorado:
Rosnącą siłą związków zawodowych odczuwano także w świecie piłki. Nadejście profesjonalizmu zrodziło problem, na które nie dało recepty: zawodnicy na całym kontynencie byli niezadowoleni z powodu Kiepskich płac i braku zabezpieczenia społecznego. W 1939 roku Jose Nasazzi stanął na czele strajku piłkarzy w Urugwaju, 5 lat później nowo utworzona liga Zawodowa w Meksyku ściągała zawodników z Urugwaju i Argentyny, oferując im lepsze warunki bytowe. W tym samym roku powstał pierwszy związek zawodowy argentyńskich piłkarzy- Futbolistas Argentinos Agremiados. Do 1948 roku jego członkowie domagali się uznania ze strony władz, wprowadzenie płacy minimalnej i swobody podpisywania kontraktów i choć z początku kluby zwyczajnie ignorowały te postulaty, to w kwietniu 1948 roku, po ogłoszeniu strajku oficjalnie przyjęły do wiadomości istnienie związku. Na jakiś czas ucięło to dyskusję ale nie rozwiązało żadnych problemów, więc strajk zwołano ponownie w czerwcu stadiony, ku ogólnemu niedowierzaniu opustoszały interweniował rząd, który powołał specjalny trybunał do rozsądzenia sporu. Mecze wznowiono ale rozstrzygnięcia trybunału nieusatysfakcjonowały związkowców: piłkarze ze strajkowali jeszcze raz w październiku. W innym czasie kluby zapewne oparłyby się żądaniu a piłkarze w końcu musieliby skapitulować ale ten strajk zbiegł się z głośnymi wydarzeniami, do których doszło prawie 5000 km na północny zachód od granicy Argentyny. 9 kwietnia tamtego roku o pierwszej po południu prawnik Jorge Eliecer Gaitan, przywódca partii liberalnej i zagorzały przeciwnik przemocy w polityce wyszedł ze swojego biura na 7 ulicy w Bogocie. Na drugą miał umówione spotkanie z ambitnym 29-letnim prawnikiem z Kuby, niejakim Fidelem Castro ale wcześniej postanowił zjeść lunch przyjacielem Plinio Mendozą Neirą udał się w stronę odległego o 5 minut spacerkiem w hotelu Continental. Nigdy tam nie dotarł. Na drodze czekał morderca, który oddał cztery strzały i 5 minut przed planowanym spotkaniem z Castro w lokalnym szpitalu orzeczono śmierć Gaitana. W następnej dekadzie około 300 000 kolumbijczyków zginęło z powodu reperkusji po tym zamachu. Władze Kolumbii zdawały sobie sprawę że kraj stanął w obliczu Wielkiego kryzysu i desperacko szukałeś sposobu na uspokojenie nastrojów. " Piłka nożna była jedyną rzeczą, o której rząd mógł myśleć że przy jej pomocy może uspokoić i odzyskać kontrolę nad społeczeństwem po śmierci Gaitana. Nic innego nie mogło się z nią równać"- mówił Guillermo Ruiz Bonilla, najbardziej szanowany kolumbijski historyk futbolu w rozmowie z dziennikarzem Carlem Worswickiem. Oczywiście argentyńskie władze nie mogły tego przewidzieć ale inwestycje w kolumbijską piłkę miały ogromne wpływ na sytuację w ich kraju. Eldorado, jak szybko zaczęto nazywać ligę kolumbijską stanowiła atrakcyjną alternatywę dla rozgrywek w Argentynie: oferowała wyższe kontrakty i rekrutowała piłkarzy z niezwykłą drapieżnością. Wkrótce jednak relacje między ligą kolumbijską a kolumbijską federacją piłkarską znacznie się pogorszyły a w efekcie rozgrywki straciły oficjalną akredytację I choć w zamierzeniu miał to być cios w nie wymierzony, okazał się raczej aktem wyzwolenia. Ponieważ liga kolumbijska nie podlegała już regulacją FIFA, wchodzące w jej skład kluby mogły podpisywać kontrakty z kim chciały bo w gruncie rzeczy nie było takiej władzy, które mogłaby im tego zabronić. Na początku 1949 roku Milionarios powierzyło dawnemu obrońcy Platense i Quilmes Carlosowi Aldabe rolę grającego trenera. Mając świadomość że Aldabe jest bliskim przyjacielem Pedernery, w tamtym czasie wciąż jednego z najlepszych piłkarzy świata, choć grającego już nie w River Plate a w Huracanie, Senior(właściciel Milionarios) wysłał swojego podwładnego do Buenos Aires aby ściągnął do Kolumbii także dawnego kompana. Aldabe wsiadł do samolotu z walizką wypełnioną pięcioma tysiącami dolarów; Senior przyznawał później że był przerażony bo sądził że Argentyńczyk nie wróci. Aldabe spotkał się jednak z Pedernerą, który(ponieważ był po trzydziestce i nie widział szansy na rychłe przerwanie strajku piłkarzy) obawiał się że może już nigdy nie wrócić na boisko. Legenda River Plate postawiła jednak warunki: 5000 $ za podpisanie umowy i 200 dolarów miesięcznej pensji. Wówczas były to astronomiczne kwoty i Aldabe obawiał się że nawet Milionarius nie będą w stanie spełnić oczekiwań Pedernery. Wysłał w tej sprawie telegram do Seniora. Odpowiedź przyszła natychmiast: "Przywieź go". Nikt nie dbał o to aby powiadomić Huracan nie mówiąc o wypłaceniu mu jakiegoś odszkodowania. " To było jak wybuch bomby. Argentyńczycy uważali że ich piłka jest najlepsza na świecie, więc fakt że z kraju wyjeżdżały kolejne gwiazdy musiał ich boleć"- mówił Worswickowi Efraine Sanchez, kolumbijski bramkarz, który przyszedł do San Lorenzo w 1948 roku.
W czasie gdy w Argentynie nie posiadano się ze złości, setki kibiców witały Pedernere na lotnisku w Eldorado. Dzień później Milionarios grali z Atletico Municipal z Medellin. W związku z trwającym w ojczyźnie strajkiem i zaległościami w treningach Nowa gwiazda nie nadawała się do gry ale i tak przyszło ją zobaczyć 15 000 ludzi. Bilety i przyniosły seniorowi 17 000 dolarów. W jedno popołudnie zarobił na roczną pensję Pedernery. Argentyńczyk zadebiutował w meczu przeciwko Deportes Caldas 26 czerwca 1949 roku, wygranym przez Milionarios 3:0. Szybko okazało się jednak że ogranicza go kiepski poziom reszty drużyny, więc senior odesłał go do Argentyny z misją z rekrutowania większej liczby rozczarowanych gwiazd. Pedernera wrócił do Kolumbii z Nestorem Rossim i Alfredo di Stefano Milionarios zaczęli strzelać średnio cztery gole na mecz i zdobyli mistrzostwo kraju w 1949 roku. Dla Di Stefano transfer miał głębokie konsekwencje. Jego dziadek od strony ojca wyemigrował do Argentyny z Capri a matka miała francusko irlandzkie korzenie. Urodził się w barakach w 1926 roku i zadebiutował w River Plate 11 dni po 19 urodzinach. Choć jego potencjał nie budził wątpliwości, był to jedyny mecz, który rozegrał w tamtym sezonie a w następnym roku został wypożyczony do Huracanu. Po powrocie do macierzystego klubu strzelił 27 goli w 30 meczach ligowych i 6 goli w 6 meczach reprezentacji podczas zwycięskiego Campeonato Sudamericano w Ekwadorze. Najprawdopodobniej gdyby nie strajk, stałby się jedną z największych gwiazd River i całej Argentyny wyjechał jednak do Kolumbii, gdzie też wiodło mu się bardzo dobrze. Kiedy zaś w 1952 roku Milionarios ograło Real Madryt w meczu towarzyskim 4:2, zwrócił uwagę hiszpańskich klubów i w końcu, po rozstrzygnięciu sporu prawnego między Realem a FC Barceloną trafił do hiszpańskiej stolicy w 1953 roku. W Realu „La Saeta Rubia, czyli Blond Strzała stał się jednym z najlepszych piłkarzy w historii klubu i jednym z trzech zaledwie zawodników, którzy pod koniec dekady zagrali we wszystkich kolejnych pięciu triumfach realu w pucharze Europy. W Argentynie nie wystąpił już nigdy ich chodź po latach wrócił do kraju aby trenować River Plate i Boca, rodakom trudno było uwolnić się od poczucia że jego piłkarski geniusz objawił się na uchodźstwie. Exodus z Argentyny trwał a złość Argentyńczyków rosła. Ponieważ jednak ani władze ani Związek Zawodowy nie chciały ustąpić, trudno było dziwić się piłkarzom, którzy wybierali los łamistrajków i szukali szczęścia w Kolumbii. W 1951 roku aż 133 argentyńskich piłkarzy grało w lidze kolumbijskiej, co miało fatalne konsekwencje dla jakości zaczynających z powrotem kuśtykać rozgrywek krajowych. W tym właśnie roku Pedernera został grającym trenerem Milionarios i to, czego nauczył się z „La machiną”, wprowadził teraz do swojej naszpikowanej już gwiazdami drużyny. Rezultaty były olśniewające: nie chodzi tylko o 28 zwycięstw w 34 meczach ale o styl, w jakim je odnoszono, mieszankę techniki i artyzmu, która spowodowała że zespół przeszedł do legendy. To był ,, El Ballet Azul", niebieski balet, apogeum argentyńskiej estetyki, które za triumfowała wówczas w Bogocie. Jednak 1951 rok był też początkiem końca Eldorado. W sierpniu władze ligi porozumiały się z FIFA; zawieszenie Kolumbii uchylono, pod warunkiem wszakże powrotu zawodników do macierzystych klubów w ciągu najbliższych trzech lat bądź zapłacenia za nich kwot odstępnego. W czasie transferowego embarga Milionarios wygrali jeszcze Ligę 1952 i 1953 roku, później jednak piłkarze zaczęli odchodzić, poziom rozgrywek się obniżył a równocześnie trwała coraz krwawsza wojna domowa. ,, To było straszne, bez futbolu przemoc eksplodowała"- mówił historyk Guillermo Ruiz. Eldorado rozpłynęło się we mgle, piłkarze z Argentyny wrócili do ojczyzny, więcej argentyńska liga mogła wrócić do normalności, czyli do usypiającego przekonania że jest najlepsza na świecie.
2
Coś dla @Bernard777 i innych zainteresowanych
7
Na początek…tylko remis:
6 września 2008 roku reprezentacja Polski zremisowała ze Słowenią 1:1 w eliminacjach MŚ 2010. Zobaczyć Łukasza Piszczka w ataku reprezentacji Polski? Dziś wydaje się to wręcz nieprawdopodobne. Aby przekonać się na własne oczy, że tak faktycznie było, trzeba cofnąć się do września 2008 roku. Mecz ze Słowenią, otwierający eliminacje MŚ w RPA, późniejszy prawy obrońca kadry rozpoczął na szpicy. O tym, że zmiana pozycji w jego przypadku była słuszna, przekonuje chociażby to spotkanie. Polacy zaliczyli słaby start. W 34-stopniowym upale zremisowali ze Słoweńcami 1:1. Był to szósty mecz z rzędu bez wygranej. A podobno, jak stwierdził w studiu TVP przed pierwszym gwizdkiem arbitra były bramkarz reprezentacji Maciej Szczęsny, Leo Beenhakker mógł mówić o szczęściu, że zaczyna eliminacje od starć ze Słowenią i San Marino...
Po żenującej grze Polska zremisowała ze Słowenią 1:1. Na dziewięć ostatnich spotkań wygraliśmy raz – z Albanią na neutralnym terenie. Eliminacje mistrzostw świata zaczynają się więc fatalnie. Ale czy można się dziwić, że nie strzelamy zwycięskiego gola, skoro Leo Beenhakker nie wystawia w podstawowej jedenastce ANI JEDNEGO napastnika? On chyba w ogóle ma jakąś awersję do ludzi, którzy strzelają gole. Poza tym od dłuższego czasu mamy wrażenie, że jego największą motywacją do pracy w Polsce jest zrobienie wszystkim na złość i udowodnienie, że nawet najbardziej chora, ale JEGO koncepcja jest najlepsza…
,,Powiem szczerze, dawno nie widziałem Leo Beenhakkera tak zdenerwowanego, jak przed tym meczem. On sam chyba nie wie, na co stać ten zespół”- Dariusz Szpakowski.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
7
@FCBparasiempre
Pokolenie okresu międzywojennego wychowywało się w specyficznych warunkach. Patriotyzm, poświecenie się dla ojczyzny, obowiązkowość i dyscyplina – to były podstawowe zasady wpajane od dzieciństwa. Sport pociągał dlatego, że godził kulturę ciała i ducha. Dawał radość życia. Pokolenie okresu międzywojennego wychowywało się w specyficznych warunkach. Patriotyzm, poświecenie się dla ojczyzny, obowiązkowość i dyscyplina – to były podstawowe zasady wpajane od dzieciństwa. Sport pociągał dlatego, że godził kulturę ciała i ducha. Dawał radość życia. Przykładem, w którego postępowaniu powyższa maksyma znalazła potwierdzenie był Henryk Jaźnicki. „Mnie interesowały gry zespołowe. Dążyłem, żeby być pożytecznym członkiem zespołu, wyzwalać z siebie wszystkie siły i umiejętności. Sukces zespołu traktowałem jako największą osobistą satysfakcję. Największym marzeniem każdego z nas był występ w reprezentacji Polski. To zaszczyt, którego nikt nie próbował pomniejszać”. Henryk Jaźnicki urodził się 6 września 1917 roku w Radzyniu Podlaskim. Następnie wraz z rodzicami przeniósł się do Brześcia nad Bugiem. Uprawianie sportu rozpoczął w gimnazjum im. R. Traugutta. Z równym, dużym powodzeniem uprawiał koszykówkę i siatkówkę. Reprezentował w latach 1932-33 Okręgowy Ośrodek Wychowania Fizycznego miasta Brześcia właśnie w tych dwóch dyscyplinach sportu. Na wielkie zdolności młodego sportowca zwrócił uwagę Edward Ałaszewski, w latach międzywojennych piłkarz i instruktor w-f, później znakomity karykaturzysta. Podczas pobytu nad Bugiem w czasie zawodów sportowych, wpadł mu w oko, niepozorny, ale niebywale sprawny ruchowo młodzik. Gdy więc rodzina Jaźnickich przeprowadziła się do Warszawy, za sprawą Ałaszewskiego, Henryk trafił do Polonii Warszawa. Jednocześnie uczęszczał do gimnazjum im. Wyrzykowskiego, które ukończył zdaniem egzaminu maturalnego w 1937 roku. W tym samym roku odniósł swój pierwszy sukces sportowy. Zespół siatkarzy „Czarnych Koszul” po wielu perypetiach zdobył tytuł mistrza kraju. W drużynie tej Henryk Jaźnicki był kluczowym zawodnikiem. Jak pisał ówczesny „ Przegląd Sportowy” ,,Najlepszych siatkarzy miała Polonia w Jaźnickim, Wittengergu i Perkowskim, którzy grali dobrze zarówno w ataku jak i obronie. Nie załamywali się nawet w najtrudniejszych sytuacjach.” Zdobycie tytułu mistrzowskiego w siatkówce w 1937r. należało do największych sukcesów, jakie zawodnicy Polonii osiągnęli w grach zespołowych w latach międzywojennych. Rok wcześniej z zespołem koszykarzy też święcił spory triumf, został wicemistrzem Polski. W tamtych latach jednak ekipa stołeczna była na tyle silna, że drugie miejsce osiągała niemal etatowo. Talent Jaźnickiego nie uszedł jednak uwadze. Brał on udział w zgrupowaniach przedolimpijskich, był jednak jeszcze zbyt mało doświadczonym koszykarzem, by móc występować w reprezentacji olimpijskiej w Berlinie. W 1938 roku drużyna piłkarska Polonii wróciła w szeregi pierwszoligowców. I w tym czasie zadebiutował w niej – Henryk Jaźnicki. „Do piki nożnej zostałem zwerbowany z sekcji gier sportowych na wiosnę 1938 roku przez prezesa klubu Stanisława Frenkiela. Po zakończeniu przeze mnie cyklu rozgrywek mistrzowskich w siatkówkę i koszykówkę byłem przygotowany kondycyjnie i sprawnościowo, brakowało mi tylko umiejętności techniczno – taktycznych do gry w piłkę nożną. Trener klubowy Karol Kossok po trzech tygodniach intensywnego treningu specjalistycznego i dwóch sprawdzianach wstawił mnie do składu na mecz I ligi z Cracovią w Krakowie, aktualnym mistrzem Polski. Debiut był udany, znalazłem stałe miejsce w zespole będącym rewelacją rozgrywek 1938 roku.” Trener Kossok zaryzykował, wystawiając bardzo sprawnego, szybkiego i skocznego siatkarza i koszykarza na prawe skrzydło ataku Polonii. Atak kierowany przez Odrowąża ze skrzydłowymi Jażnickim i Kisielińskim był rewelacją rozgrywek ligowych. Grał bardzo szybko, a jednocześnie prosto, ambitnie i z fantazją. Prawoskrzydłowy okazał się piłkarzem bramkostrzelnym, i z meczu na mecz lepszym technicznie. Redaktor Stefan Sieniarski, wielki fanatyk Polonii, tak wyrażał się o grze ataku „Czarnych Koszul”: „ Atak nadawał ton grze, a zespół wypracował swój styl – nie uznawał zawiłych kombinacji, prostymi środkami atakował non-stop. Stosowano podania długie i prostopadłe, przez co zdobywano teren błyskawicznie. Zawodnicy byli szybcy, zwrotni, wytrzymali, skoczni i dobrzy technicznie.” Rok 1938 był dla klubu najlepszym w całym okresie międzywojennym. Piłkarze zajęli najwyższą lokatę – czwartą, w lidze, a władze sportowe uznały Polonię za całokształt działalności – pierwszym klubem Polski. Na to wyróżnienie zapracował swoimi bardzo dobrymi występami, na parkietach i boisku Henryk Jaźnicki.
W następnym roku, tak pamiętnym dla wszystkich Polaków i jakże tragicznym, spełniły się sportowe marzenia naszego bohatera. „W marcu dostąpiłem zaszczytu reprezentowania barw narodowych w koszykówce na meczu Polska – Niemcy wygranym 50:10. Pół roku później, 27 sierpnia po raz drugi założyłem koszulkę z Białym Orłem. Tym razem debiutowałem w meczu Polska – Węgry w piłce nożnej, w którym pokonaliśmy wicemistrzów świata 4:2.” Ten historyczny mecz opisywany i wspominany przez wszystkich, był już wielokroć. Przytoczę tu refleksję Wojciech Trojanowskiego, wybitnego dziennikarza i sprawozdawcy radiowego. „Nikt z tych tysięcy, które zaległy stadion Legii tuż przed wojną na spotkaniu naszej jedenastki z reprezentacją Węgier – tego meczu nie zapomni. Nasi chłopcy grali jakby natchnieni, wznosząc się na poziom, którego aż do czasu mistrzostw w 1974 roku żaden polski zespół nie osiągnął. Dziwny nastrój panował na tym meczu. Nikt przecież spokojnie wtedy nie spał. Wszyscy byli pełni okropnych przeczuć i bolesnego niepokoju. A jednak … jakaś w ludzi wstąpiła bezsensowna nadzieja, nielogiczny optymizm. Jeśli na boisku, wbrew wszelkim teoretycznym rozważaniom, doszło do tak nieprawdopodobnego zwycięstwa – to może i losy wojny potoczą się pomyślnie, Może to dobry omen, może się nie damy? No i tak. Tysięczne tłumy, rozweselone zwycięstwem, opuszczały stadion. Szedłem i ja wśród tego tłumu, nie wiedząc jeszcze wtedy, że to po raz ostatni na długie, długie lata ludzie się głośno śmieją na warszawskiej ulicy. Że to już ostatni raz…” Kapitan związkowy, dzisiejszy selekcjoner – Józef Kałuża nie mógł skorzystać ze wszystkich najlepszych piłkarzy. Wiadomo mobilizacja. Ale ci, których wystawił w tym meczu, nie zawiedli ani jego, ani tysięcy na trybunach. W takiej atmosferze i w tak pamiętnym meczu zadebiutował Henryk Jaźnicki. Znalezienie się kadrze prawoskrzydłowego Polonii było dla wielu zaskakujące, zważywszy na to, że jeszcze dwa lata wcześniej nie grał on w piłkę nożną. Jednak talent upoważniał piłkarza „Czarnych Koszul” do występu w tym spotkaniu. Już bowiem w lipcu brał on udział w zgrupowaniu kadry młodzieżowej, na warszawskiej CIWF na Bielanach. Z tą grupą piłkarzy wiązano nadzieje na przyszłość naszego piłkarstwa. Zajęcia prowadził z nimi słynny szkocki piłkarz i trener Alex James. Za cztery dni wybuchła wojna… Napastnik Polonii zapisał się jeszcze w historii polskiej piłki nożnej, jednym wydarzeniem. 20 sierpnia 1939 roku w ostatniej kolejce ligowej przed napaścią hitlerowską, był autorem ostatniego gola w spotkaniach ligowych. Polonia na Konwiktorskiej w Warszawie podejmowała lwowską Pogoń. Przewaga należała do gospodarzy, ale do 88 minuty wynik utrzymywał się remisowy 1:1. „ Na dwie minuty przed końcem Polonia uzyskuje szóstego kornera. Bije precyzyjnie Kisieliński. Znów róg i znów Kisieliński bije dobrze. Jeżewski odbija „świecą”, piłka zakręca na lewo. Bala szpetnie kiksuje, piłkę ma znów Kisieliński, który podaje wysoko do środka i nadbiegający Jaźnicki lokuje piłkę główką pod poprzeczkę. Wynik 2:1 jest zasłużony.” Po tym zwycięstwie zszedł z trybuny na boisko prezes klubu generał Kazimierz Sosnkowski i gratulował drużynie wygranej. Było to ostatnie spotkanie prezesa klubu z zawodnikami. Zajęty występami, aż w trzech dyscyplinach pan Henryk nie zaniedbywał nauki. Po uzyskaniu matury w 1937 roku został przyjęty na Uniwersytet Warszawski, a w 1939 roku przeniósł się na Wydział Administracji Państwowej w Szkole Nauk Politycznych w Warszawie. Wybuch wojny pokrzyżował plany sportowe i naukowe.
W marcu 1940 roku Henryk Jaźnicki wraz z gronem sportowców zostaje aresztowany. Przebywa w więzieniu mokotowskim, a następnie na Pawiaku, gdzie widział aresztowanego Janusza Kusocińskiego. Stąd zostaje przetransportowany do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen, a potem do Mathausen w Austrii. Codziennie widział śmierć współwięźniów, lecz nie poddawał się, walcząc o życie poprzez sport. Dzięki wiedeńczykowi, kibicowi piłkarskiemu, który był blokowym polskiego pawilonu nr 7, zaczęto rozgrywać mecze piłkarskie, z więźniami innych narodowości. Przy pomocy i dzięki staraniom koszykarki Polonii pani Duch-Markowskiej udało mu się po dwóch latach powrócić do Warszawy. Tu toczyły się konspiracyjne rozgrywki, powołano do życia tajny, podziemny WOZPN. W II okupacyjnych mistrzostwach Warszawy w 1943 roku, w barwach Polonii grał już Henryk Jaźnicki. Nie występował we wszystkich meczach, przeszkadzała mu w tym kontuzja kolana jakiej, za sprawą esesmana (uderzył go żelaznym prętem), nabawił się w obozie. Później wobec fali wzmożonej przemocy i represji, spotkania odbywały się sporadycznie. W 1944 roku mistrzostw Warszawy nie dokończono – wybuchło powstanie. Rok 1945 to powrót jej mieszkańców, w tym również piłkarzy, do ruin i zgliszcz. Już 25 marca Polonia rozegrała pierwszy mecz. W drugim zagrał Henryk Jaźnicki. Pod koniec lipca drużyna Polonii wybrała się na mecze do Krakowa, w składzie nie zabrakło oczywiście Jaźnickiego. Wrócił również do składu koszykarzy. Ze względu na pracę, którą podjął w Społem, przez cały rok 1946 trenował i grał w zespole piłkarskim tego klubu i który dzięki jego dobrej grze awansował do klasy A. Ominął go za to największy triumf, „Czarne Koszule” zostały mistrzem Polski w piłce nożnej, akurat wtedy gdy ten jedyny rok nie grał w jej barwach. W 1947 roku powrócił do Polonii i występował w niej do roku 1952, w większości meczów jako kapitan. Jednocześnie pełnił rolę trenera sekcji koszykówki kobiet Polonii. W tym zespole poznał swoją przyszłą żonę, Irenę Kamecką, wielokrotną reprezentantkę Polski w koszykówce. W tym okresie prezentował cały czas dobrą, równą formę. Był etatowym reprezentantem Warszawy, wtedy mecze między miastami były czymś normalnym i bardzo częstym. Wyróżniającego się piłkarza powołano w skład reprezentacji Polski na dwa trudne spotkania wyjazdowe ze Szwecją i Finlandią we wrześniu 1947 roku. Niestety zawodnika Polonii zatrzymały w kraju „kłopoty paszportowe” i szansa na kolejne występy w barwach biało – czerwonych minęła bezpowrotnie. Pozostała więc gra w swojej ukochanej drużynie „Czarny Koszul”. Osiągnięcia zespołu można określić na miarę oczekiwań, górna połowa ligowej tabeli, to nie było źle. A czwarta pozycja w 1949 roku, to powtórka najlepszego wyniku sprzed wojny. Pan Henryk nie poprzestawał tylko na piłce nożnej. W 1946 roku zagrał w mistrzowskiej ekipie siatkarzy Polonii, a w rok później zapisał na swoim koncie tytuły mistrzowskie w zespołach siatkówki i koszykówki AZS Warszawa. Obarczony tak wieloma obowiązkami sportowymi, równolegle studiował w Akademii Nauk Politycznych 1947/50. Swej edukacji na tym jednak nie zakończył. W 1956 roku postanowił kontynuować naukę, tym razem na Wydziale Budownictwa Lądowego w Wieczorowej Szkole Inżynieryjnej i którą ukończył, uzyskując dyplom inżyniera w 1961 roku. Wróćmy jednak do sportu. Z wiekiem pan Henryk zmienił pozycję na boisku, stał się prawym obrońcą. Nadal wyróżniał się grą kulturalną i dżentelmeńską, stanowił wzór do naśladowania dla młodszych, wchodzących do zespołu, zawodników. Przykładem takiej postawy kapitana Polonii był, chociażby mecz z Ruchem Chorzów w 1952 roku. Mecz ten przeszedł do legendy, to w nim decydowały się losy pozostania warszawskiego klubu w I lidze. Liczne starcia i incydenty, brutalna gra gospodarzy, skończyła się przerwaniem meczu w związku z agresją kibiców Ruchu.
„Cała drużyna znalazła się w szatni. Po około 20 minutach kapitan zespołu Henryk Jaźnicki namówił kolegów, aby po wezwaniu sędziego kontynuować grę. Nikt nie spodziewał się tego, że wznowienie spotkania sędzia rozpocznie od podyktowania rzutu karnego przeciwko Polonii. Gdybyśmy – mówili po latach poloniści – wobec trwającego zagrożenia pozostali w szatni, to byłaby szansa na walkower lub inne korzystniejsze rozstrzygnięcie. No, ale Jaźnicki wychowany w Polonii był zwolennikiem uzyskania rezultatów na boisku piłkarskim, a nie przy zielonym stoliku… W ten sposób, po skutecznie wykonanym karnym, Polonia zremisowała 3:3, tracąc 1 punkt – jak się okazało – na wagę gry w I lidze.” Jeszcze dwa spotkania i nadeszła gorzka chwila degradacji do II ligi. Przegrany mecz z Cracovią 0:3, był ostatnim spotkaniem ligowym, jaki Henryk Jaźnicki rozegrał w swej przebogatej w sukcesy karierze. Rozgoryczony postanowił zawiesić buty na kołku. Nie poczekał kilku tygodni, nie zagrał w meczach pucharowych. I znowu jak w 1946 roku zabrakło go w chwilach triumfu, Polonia wzniosła Puchar Polski w jej składzie nie było pana Henryka. Co za ironia losu. Nie odszedł jednak od sportu. W okresie pracy zawodowej, jako inspektor inwestycji i kapitalnych remontów obiektów sportowych w Federacji „Kolejarz” w latach 1950 – 1963, pełnił funkcję sekretarza Komisji Sportu Wyczynowego. Przez wiele lat był kierownikiem sekcji koszykówki i piłki nożnej. Wchodził w skład zarządu klubu. W latach siedemdziesiątych wybrany został wiceprezesem klubu. Na przełomie lat 1966 – 1993 działał jako członek Wydziału Gier i Dyscypliny oraz Funduszu Pomocy Koleżeńskiej Polskiego Związku Piłki Nożnej. W 1983 roku otrzymał tytuł Honorowego Członka PZPN. Wielki talent, pracowitość, zdyscyplinowanie i miłość do sportu te wszystkie cechy miał w sobie Henryk Jaźnicki. Dziś jest legendą Polonii…
6
Wyjątkowe postacie polskiego sportu:
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
1
@Safrani On grał z Kolejorzem w eliminacjach Ligo Mistrzów? Bo zupełnie nie pamiętam?
9
@FCBparasiempre
6 września 1913 r. urodził się brazylijski napastnik Leonidas da Silva; Zdobywca 3 miejsca na świecie na mundialu w 1938 roku oraz Król strzelców Mistrzostw Świata 1938.
Kariera Leonidasa owiana jest kilkoma legendarnymi opowieściami. Jedna z nich mówi o tym, że w pierwszym meczu mistrzostw świata w 1938 roku z Polską grał na boso i został bohaterem. Strzelił trzy gole, z czego dwa w dogrywce. Według innej to właśnie on jako pierwszy zaczął strzelać przewrotką. Podobno sędziowie widząc jego niebywałe uderzenia, niekiedy odgwizdywali przewinienie, bo nie wiedzieli, czy przepisy na to pozwalają. Ze względu na jego wielką sprawność fizyczną nazywano go „człowiekiem z gumy". Leonidas Da Silva urodził się 6 września 1913 roku w Rio de Janeiro. Wychowywał się w dzielnicy Sao Cristovao i, jak większość jego kolegów, od najmłodszych lat biegał na bosaka za skórzaną piłką, co nie podobało się jego rodzicom, którzy woleli, aby syn postawił na wykształcenie. Ten jednak na przekór uciekał z lekcji, by grać. W wieku 14 lat zrezygnował ze szkoły i w pełni poświęcił się futbolowi. Już dwa lata później podpisał kontrakt z lokalną drużyną z Sao Cristovao. Na początku kariery wystawiany był na środku ataku i wyróżniał się na tej pozycji niższym wzrostem od pozostałych napastników. Charakteryzowała go za to niezwykła szybkość, zwinność, technika oraz doskonały drybling. Na krajowych boiskach zasłynął w Bonsucesso, kiedy wyszedł mu strzał z przewrotki. Był pierwszym zawodnikiem w historii, który uderzył w ten ekwilibrystyczny sposób. Później wielu zawodników - z różnym skutkiem - próbowało go naśladować. W tamtym czasie bardzo zacięta, mająca podtekst nie tylko sportowy, była rywalizacja między dwoma miastami - Rio de Janeiro i Sao Paulo. Do historii przeszedł mecz z 1931 roku, gdy w São Paulo grał jeszcze pierwszy wielki brazylijski piłkarz Arthur Friedenreich. Dwie legendy stanęły naprzeciwko siebie - jedna dopiero rozkwitająca, druga schodząca ze sceny. Leonidas strzelił wówczas dwa gole i zapewnił wygraną swojej drużynie. Po meczu mający niemieckie korzenie Friedenreich podszedł do młodszego kolegi i serdecznie mu pogratulował. Była to symboliczna zmiana warty. Dobra postawa w kolejnych spotkaniach zaowocowała powołaniami do reprezentacji. W corocznym turnieju Rio Branco, w 1933 roku w meczu z Urugwajem (2:1) zdobył obydwa gole, co zwróciło to uwagę miejscowego Peñarolu, który zaproponował Brazylijczykowi kontrakt. Ten nie wahał się długo i parafował kontrakt. Po dobrym sezonie ( 28 goli w 25 meczach) spędzonym w zespole z Montevideo, wrócił Brazylii. Zasilił skład Vasco da Gama, z którym wygrał ligę w stanie Rio. W 1934 roku pojechał z reprezentacją do Włoch na drugie mistrzostwa świata, ale wtedy to nie była ta Brazylia, o której mamy wyobrażenie dzisiaj. Wówczas w kraju kawy panował rasizm, ale Murzyni i Latynosi, z racji większych umiejętności nad Białymi, powoli wchodzili do zespołu. Jednym z nich był właśnie Leonidas, który na mundialu zdobył honorową bramkę w przegranym meczu z Hiszpanią (1:3). Dla Brazylii turniej był zupełnie nieudany, ale po powrocie do kraju Leonidas stał się prawdziwą gwiazdą. Był uwielbiany przez kibiców, którzy nadali mu przydomek „Czarny diament". Po mistrzostwach przeniósł się również do Botafogo, z którym zdobył drugi tytuł Rio. W tym zespole spędził dwa lata, po których został kupiony przez Flamengo, stając się jednocześnie pierwszym ciemnoskórym piłkarzem w historii klubu. W międzyczasie regularnie występował w reprezentacji Brazylii, z którą pojechał na mistrzostwa świata do Francji. To właśnie dzięki turniejowi w 1938 roku Leonidas przeszedł do historii. W pierwszym meczu Brazylijczycy trafili na Polskę. W pierwszej połowie dominowali i na przerwę schodzili przy stanie 3:1 (jedną z bramek zdobył bohater artykułu). W drugiej części w polskim zespole pierwsze skrzypce grał Ernest Wilimowski, który popisał się hat-trickiem. Brazylia też strzeliła gola i o wyniku meczu decydowała dogrywka. W niej na boisku dominowali dwaj główni aktorzy - Wilimowski i Leonidas. Pierwszy zdobył jedną bramkę, a drugi dwie, co zadecydowało o zwycięstwie Canarinhos. Ze spotkaniem z biało-czerwonymi wiąże się jeszcze jedna legenda. Otóż w trakcie meczu Leonidas zmieniał obuwie, a późniejsze przekazy mówiły, że wielki Brazylijczyk grał w tym spotkaniu na bosaka. Historia chwytliwa, ale kompletnie zmyślona. Gry bez butów już wtedy zabraniały przepisy.
W ćwierćfinale Leonidas również trafił do siatki, ale po regulaminowym czasie i dogrywce dało to tylko remis z Czechosłowacją. Ówczesny regulamin nie przewidywał rzutów karnych, dlatego mecz został powtórzony. W nim Brazylia przegrywała po pierwszej połowie 0:1, ale po przerwie strzeliła dwa gole - autorstwa Leonidasa i Roberto. W półfinale Leonidas nie mógł zagrać z powodu kontuzji i od razu odbiło się to na grze zespołu. Canarinhos przegrali z późniejszymi triumfatorami Włochami 1:2 a bramkę stracili w ostatniej minucie meczu (strzelił ją słynny Giuseppe Meazza). W finale pocieszenia ze Szwecją „Czarny diament" wrócił do składu. Efekt? Dwa strzelone gole, zwycięstwo 4:2, wywalczenie trzeciego miejsca w mistrzostwach i wygranie klasyfikacji strzelców mundialu. Dla Brazylii był to spory sukces. Wtedy piłkarzy z kraju kawy cechowała inna gra, niż ta, którą kilkanaście lat później pokochał cały świat. Grali przede wszystkim bardzo brutalnie a taktycznie odstawali od zespołów z Europy. Mieli też jednego piłkarza, który decydował o obliczu zespołu. I to ich wyróżniało. Być może Leonidas pokazałby jeszcze więcej na mundialach, ale przeszkodziła mu w tym II wojna światowa. W 1942 roku miałby 29 lat a więc byłby w kwiecie piłkarskiego wieku. Cztery lata później także był w niezłej formie. Można więc śmiało założyć tezę, że w międzynarodowym futbolu osiągnąłby jeszcze więcej. W sumie w kadrze strzelił 37 goli w 37 meczach. Po MŚ we Francji wciąż znakomicie spisywał się na brazylijskich boiskach. W Flamengo grał do 1942 roku, a w barwach zespołu strzelił aż 153 gole w 149 meczach! W tym czasie postanowił zmienić otoczenie - wyprowadził się z Rio de Janeiro i przeszedł do FC São Paulo. Kibice jednego i drugiego zespołu nie byli zadowoleni z tej przeprowadzki, ale sympatycy jego nowej drużyny szybko się do niego przekonali. W trakcie siedmioletniego pobytu w klubie-Sao Paulo pięć razy sięgało po wygraną w lidze ogólnokrajowej. Ostatni mecz w reprezentacji zagrał na Copa America 1946, w zremisowanym meczu z Urugwajem (1:1). Buty na kołku zawiesił w 1950 roku, kiedy Brazylijczycy byli gospodarzami mistrzostw świata. Po zakończeniu kariery próbował sił jako trener, później jako kierownik drużyny, ale nie sprawdzał się w tym. Więcej radości przynosiło mu komentowanie meczów w radiu. Prowadził też sklep meblowy w Sao Paulo i miał agencję detektywistyczną. Jego życie zmieniło się na początku lat 60, kiedy wykryto u niego chorobę Alzheimera. Do końca życia był pod stałą opieką lekarzy. Dożył późnej starości. Zmarł 24 stycznia 2004 roku w wieku 90 lat.
8
Wybitne legendy brazylijskiego futbolu:
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Comentateiro
@Bernard777
@Adran360
7
Feliz cumpleaños panie Pedro!
6 września 1948 r. urodził się Pedro Maria Artola Urrutia, były bramkarz FC Barcelony w latach 1975-84. Jest wychowankiem Realu Sociedad, lecz w barwach baskijskiego klubu przez 5 sezonów zagrał w La Liga tylko 30 razy gdyż pozycję pierwszego bramkarza zajmował Urruti. Artola zdecydował się na transfer do FC Barcelony i w 1977 r. wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie, którego nie oddał przez następne 5 lat. W końcu z pierwszej jedenastki Blaugrany wygryzł go… Urruti.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
1
@Comentateiro Piękny wynik to raczej lekka przesada ale rzeczywiście chłopaki mocno pracowali na ten jeden punkt. Z drugiej strony trzeba przyznać że mieliśmy farta z takim wynikiem a zwłaszcza z takim golem Casha, którego strzela się raz na kilka ładnych lat. Przestrzegałbym przed Finlandią, gdyż nasi z takimi przeciwnikami bardzo się męczą i nigdy nie wiadomo co wymęczą...?
0
@Bernard777 A no właśnie! Tak też podejrzewałem, bo nie chce mi się wierzyć że Lionel Messi nie zagra nigdy więcej na ojczystej ziemi...
1
@Sysia11 No to pomijając nocke, to strumyk u mnie na ogół przerywał i miał bardzo słąbą jakość. Szkoda że nie transmitują w tv bo może by puścili powtórke? A skoro ogladałaś to jednak nie musisz wstawać rano do roboty?
7
Gdyby nie pan Kazimierz Górski i Zygfryd Szołtysik… nie byłoby żadnych sukcesów polskiego futbolu!
5 września 1972 r. Polska pokonała ZSRR 2:1 na igrzyskach olimpijskich w meczu, który w praktyce decydował o wejściu do finału imprezy. Sportowe zwycięstwa nad wielkim bratem ze Wschodu zawsze miały dla nas wyjątkowe znaczenie. To smakowało dość gorzko, bo zdarzyło się w cieniu tragedii. W dniu meczu z ZSRR w wiosce olimpijskiej doszło do zamachu terrorystycznego, w którym zginęło siedemnastu ludzi. Piłkarze mimo to wyszli na murawę i stoczyli pełen dramaturgii, niesamowity bój. Mecz z ZSRR był z gatunku „dla ludzi o mocnych nerwach”. Do przerwy przegrywaliśmy 0:1 (gola strzelił młodziutki Oleg Błochin) i wyglądaliśmy na boisku słabo. Po przerwie nie było wcale lepiej i kto wie, czy udałoby się w tym meczu cokolwiek ugrać, gdyby nie nos trenerski Kazimierza Górskiego. W 70. minucie wprowadził na boisko Zygfryda Szołtysika, który tchnął w naszych nowego ducha. W efekcie w 79. minucie Kazimierz Deyna wyrównał z rzutu karnego a na trzy minuty przed końcem właśnie Szołtysik, kapitalnym strzałem w „okienko”, dał nam upragnione zwycięstwo.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
2
@Gary A to szkoda bo on mimo zażywania narkotyków był po 30-tce wciąż genialny! Jednak swoją postawą znacząco osłabił Albicelestes
1
@Sysia11 Ty chyba do roboty nie musisz wstawać rano(!) przyznaj się? A jeśli tak to troche ci zazdroszcze bo ja lubie długo pospać a nie moge. A z kolei w sobote z automatu budze się o 5.30 bo to pora żeby wstawać do roboty ot i takie to życie...
A i jeszcze jedno pytanie: na jakim programie oglądałaś Albicelestes?
1
@Gary A to fajnie, fajnie bo był zajebisty! Mój pierwszy idol to wiadomo(!) widnieje na zdjęciu
7
Fenomenalny debiut, fenomenalnego napastnika:
5 września 1993 r. Romario da Souza Faria dokonał iście spektakularnego wyczynu. Otóż w swoim debiucie w La Liga w barwach FC Barcelony strzelił hattricka na Camp Nou przeciwko Realowi Sociedad. Jako jedyny w tym meczu zdobywał gole w 15, 65 oraz 88 minucie meczu.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
0
@Bernard777 No ale zaraz! Skąd taka pewność że już nigdy nie zagra na argentyńskiej ziemi? A jeśli będzie jakiś pożegnalny mecz albo jakiś towarzyski...?
10
Pożegnalne spotkanie ikony FC Barcelony:
5 września 1989 r. odbył się pożegnalny mecz jednej z największych legend Dumy Katalonii a mianowicie Migueliego Bernardo Bianquettiego. Ten urodzony w 1951 r. wychowanek FC Cadiz trafił na Camp Nou w 1973 r. i choć w swoim pierwszym sezonie w barwach Blaugrany rozegrał zaledwie jedno spotkanie pozostał w klubie przez 15 lat i wystąpił w aż 549 meczach, w tym 391 razy w La Liga, co stanowiło przez lata klubowe rekordy pobite dopiero przez Xaviego. W ramach benefisu popularnego ,,Tarzana” FC Barcelona zagrała z reprezentacją Bułgarii. W składzie Dumy Katalonii wystąpili trenerzy- Cruijff i Rexach a Johan strzelił nawet gola. Jedynego gola dla Bułgarów strzelił Stoiczkow, który dopiero rok później trafił do składu Barçy. ,,Nie ma takich pieniędzy na które zamieniłbym miłość tej publiki”- stwierdził wzruszony Migueli.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@misterio Po cholere wy wypisujecie te chińszczyzne!? nie wystarczy napisać zwyczajnie: najlepszy piłkarz meczu?
Skorupski rzeczywiście bronił świetnie ale ten pusty przelot i niepewna interwencja na samym początku meczu, moim skromnym zdaniem nie zasługuje na zawodnika meczu. Pilkarzem meczu wybrałbym właśnie Dumfriesa i to nie tylko za gola ale za całokształt jego umiejętności na boisku...
11
Panie i Panowie, szanowni cules, 5 września 1973 r. zadebiutował w barwach Blaugrany wielki człowiek i wielki sportowiec a mianowicie Śp. Johannes Hendrikus Cruijff. Miało to miejsce w towarzyskim meczu z Cercle Brugge, w którym to FC Barcelona zwyciężyła 6:0 a hattrickiem w tym meczu popisał się nie kto inny jak sam ,,Boski” Johan.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
1
@misterio MOTM?? A coć to do cholery?
10
Prawdziwi cules kultywują pamięć o legendach:
5 września 1953 r. zmarł Szkot George Pattullo. Był pierwszym, zapomnianym już dzisiaj superstrzelcem FC Barcelony. Do składu trafił podobno przypadkiem. Podczas treningowej gierki Barçy z drugą drużyną brakowało zawodników i zaproponowano mu grę. Strzelił gola już w oficjalnym debiucie i w sumie w 23 meczach zdobył niesamowitą liczbę 43 goli! Natomiast w oficjalnych meczach o stawke strzelił 15 goli w 8 meczach, co daje mu rewelacyjną średnią 1,87(!) gola na mecz i plasuje na 3 pozycji wszechczasów. W maju 1911 r. po zaledwie jednym sezonie postanowił wrócić do Szkocji. Rok później działacze Blaugrany próbowali namówić go do powrotu na półfinał Pucharu Pirenejów. Po kilku dniach bez odpowiedzi przyszła do klubu wiadomość z Londynu z krótką odpowiedzią: ,,Będę w piątek”. Okazało się później że piłkarz bał się iż telegram przejmie pracownik poczty Green, były zawodnik… Espanyolu. Pattullo strzelił oczywiście w finale 2 gole i wywalczył decydującego karnego na 3:2 w dogrywce. Co ciekawe Szkot sam zapłacił za hotel bo stwierdził że na zawsze zostanie amatorem. W 1928 r. wrócił ponownie do stolicy Katalonii i symbolicznie rozpoczął mecz z Oviedo. Publiczność zgotowała mu owacje, pamiętając jego dokonania sprzed lat.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
0
Ależ Jasio Urban ma farta w debiucie i to z tak silnym przeciwnikiem. Jednak z drugiej strony nie od dziś wiadomo że reprezentacja najlepiej gra z najsilniejszymi ekipami a ze słabymi przegrywa bądź remisuje, tak więc już wcale mnie nie zdziwi jak nawet przegramy z Finami, którzy na tą chwile są nieobliczalni...
9
@FCBparasiempre
Tak się jakoś złożyło że najbardziej widowiskowe pomysły miewali Francuzi i to im przypisuje się ich autorstwo. Jules Rimet doprowadził kiedyś do mistrzostw świata. W latach 50-tych spełniły się najpierw sny Gabriela Hanota i latem 1955 r. ruszył klubowy Puchar Europy a nieco później Henry Delaunay sprawił że narodziły się mistrzostwa Europy. W każdym razie gdy 16 grudnia 1954 r. na łamach ,,L’Equipe” ukazał się artykuł Hanota: ,,Proponujemy piłkarski Puchar Europy”, kości zostały rzucone. Odmienił się los europejskiej piłki. Najpierw puchar krajowych mistrzów a potem rozgrywki zdobywców klubowych pucharów i turniej UEFA, wcześniej zwany Pucharem Miast Targowych, stały się najbardziej popularnymi imprezami na kontynencie i nawet mistrzostwa Europy nie zagroziły tej popularności. Rozgrywki klubowe odniosły niebywały sukces sportowy, propagandowy, finansowy. Powstaje pytanie jak to się stało że pojedynki klubów przyćmiły inne formy futbolowej rywalizacji. Inicjatorzy tych rozgrywek po prostu spostrzegli iż towarzyskie mecze międzypaństwowe, różne okazjonalne turnieje międzynarodowe i mecze pokazowe nie mobilizują już w dostatecznym stopniu ani zawodników, ani kibiców. Słabnie zainteresowanie pojedynkami ,,bez stawki” Co więcej, w połowie lat 50-tych Europa była głęboko podzielona w następstwie zimnej wojny. Kontakty sportowe między Zachodem a Wschodem istniały ale w szczątkowej formie. Należało wymyślić taką formę rozgrywek, która by wciągnęła wszystkie kraje do konkurencji. W efekcie miało to wpłynąć na wzmożone zainteresowanie krajowych federacji, zawodników i kibiców i szybko się okazało że wpłynęło. Pomysł chwycił. Rozgrywki pucharowe przede wszystkim podniosły rangę i znaczenie wielkich klubów. Otrzymały one szanse sprawdzenia się na międzynarodowym forum i skorzystały z tej szansy. Choć idea wyszła od Francuzów, pierwsi ,,odcieli od niej kupony” Hiszpanie. Właśnie w pierwszych edycjach PEMK madrycki Real zbudował swą potęgę. Dziś pod kątem tych rozgrywek komponuje się drużyny i kupuje głośnych graczy. Trzeba powiedzieć że system rywalizacji był też dobrze wykoncypowany. Kolejne rundy wzmagały emocje. Duża częstotliwość pojedynków sprawiła że zaczęto mówić o ,,pucharowej karuzeli” a częstotliwość to także liczba widzów na trybunach. W ciągu kilku lat zainteresowanie wzrosło niesamowicie. Miało to oczywiście swoje skutki. Puchary zaczęły ,,zabezpieczać” pieniądze. Kluby odnoszące sukcesy stawały się coraz bogatsze. Mistrzowie krajów stawali się futbolową ,,wizytówką narodową”. Hierarchie klubowe zaczęły więc ważyć na hierarchiach narodowych. Już nie tylko wyniki reprezentacji stawały się istotne, tym bardziej że sławne drużyny klubowe prezentowały coraz wyższy poziom gry. Dzięki zgraniu zawodników i dzięki temu że mogły korzystać z graczy z innych kontynentów. Ba! Doszło do tego iż reprezentacje krajowe zaczęto budować ,,na bazie” klubów, które odnosiły w pucharach sukcesy. Karykaturalną formę przybrało to w przypadku Dynama Kijów. Zwłaszcza ranga PEMK rosła z roku na rok i znamienny jest przykład z roku 1983, kiedy to w finale HSV Hamburg po golu Maghata wygrał z Juventusem a mecz potraktowano w Niemczech jako rewanż za porażkę z Włochami w hiszpańskim mundialu. To świadczy najlepiej o znaczeniu, jakie przypisuje się klubowej rywalizacji. Nie jest przesadne stwierdzenie że rozgrywki te otworzyły nowe perspektywy przed piłka europejską. Stworzyły nowe fundamenty jej siły. Futbol w kilka lat po wojnie zagrożony w swej popularności zdobył władzę nad milionami. Mecze klubowe powodowały wygaśnięcie normalnego życia, wyludnienie miast. Zrodziły rytuały regularnego tele-kibicowania. Rozgrywki te, mając swoje istotne znaczenie sportowe, wprowadziły więc do naszego życie także nowe obyczaje. Wpisały się w świadomość ,,piłkarskiej środy”, kiedy króluje futbol. Niebywałe ale tak się właśnie stało! Z perspektywy lat widać wyraźnie jak silne było dążenie do stworzenia nowych form rozgrywek, rozszerzenia rywalizacji poza krajowe mistrzostwa czy pucharowe turnieje, w których bierze udział ograniczona i często dość przypadkowa grupa konkurentów. 16 grudnia 1954 r. na łamach wpływowej paryskiej ,,L’Equipe” , gazety wówczas o największym znaczeniu w sportowym światku Starego Kontynentu, ukazał się artykuł, w którym redakcja wykorzystując martwy sezon pragnie wywołać atrakcyjną dyskusje. ,,Proponujemy piłkarski Puchar Europy”- tyle w tytule a pod tekstem podpisany jest redaktor Jacques Ryswick.
Sam pomysł nie do końca był przemyślany bowiem zaproszenia do grona 16 uczestników miałyby być wyłącznie subiektywną oceną organizatorów. Nie mówi się nic o kryteriach wyboru uczestników, ani o obowiązkowym udziale mistrzów. Z punktu widzenia paryskiego komentatora, według bardzo subiektywnych kryteriów, ocenia się wartość europejskiego futbolu klubowego. Autor proponuje swoiste ,,klubowe mistrzostwa Europy” z udziałem kilkunastu zespołów a wśród nich: Stade Reims, Anderlech Bruksela, Grasshoppers Zurich, 1.FC Kaiserslautern, Real Madryt, Partizan Belgrad, Rapid Wiedeń, AC Milan, Volverhampton Wanderers, Honved Budapeszt oraz Dynamo Moskwa. To kryterium ,,mistrzostwa” wcale nie będzie zresztą długo najważniejsze, bodaj dopiero wiosną 1965 a więc w 10 lat po narodzinach idei, komitet organizacyjny wprowadzi obowiązek posiadania tytułu przez uczestników rywalizacji i to tytułu uzyskanego w ostatnich zakończonych rozgrywkach. Ten pomysł musiał narodzić się w czasie, gdy niemal w tym samym momencie nastąpiło działanie różnorodnych bodźców. Od politycznych uwarunkowań poczynając, bowiem okres ,,zimnej wojny” dzielącej Europe i świat ,,żelazną kurtyną”, męczył już nie tylko społeczeństwa ale i polityków, a z obu stron pojawiały się znaki otwarcia się na świat bez podziałów albo ukrycie ogromnych różnic politycznych pozornym współdziałaniem na niwie sportowej. W sporcie otwierała się epoka telewizji. Rodził się boom turystyczny. Europa a nawet świat bez granic, to hasło, które sięgało i do sportu. Specjalne pociągi piłkarskie, początkowo w jednym kraju, potem już międzynarodowe, przenosiły kibiców na atrakcyjne widowiska i zapewniały powrót. Było także wreszcie realizowane w praktyce organizowanie się Europy we własnej organizacji piłkarskiej, czemu długo przeciwstawiał się Jules Rimet, francuski prezydent FIFA ale też działacz czuły na swe wpływy i nie dopuszczający konkurencji na własnym europejskim podwórku. W tej sytuacji nie wystarczyły już krajowe rozgrywki, stadiony kurczyły się, ograniczając możliwości rozwoju, hamowały dopływ kapitału do przedsiębiorstw zwanych klubami piłkarskimi. Wiadomo że trzeba było grać częściej, coraz atrakcyjniejsze mecze aby przyciągnąć większą liczbę publiczności na trybuny. Zagraniczny rywal w grze o wszystko, czyli o awans do następnej rundy, miał być panaceum na spełnienie marzeń piłkarskiego swiata. W 1954 powstała UEFA, która zajęła się tworzeniem podstaw organizacyjnych i z wielkim trudem forsowała pomysł mistrzowskich rozgrywek dla reprezentacji narodowych. Tak się jednak dziwnie stało że pomysł ,,mistrzostw klubowych”, prywatna zrazu idea paryskiego dziennika, uzyskała zgode i oficjalny placet UEFA już na pierwszym kongresie w dniach 2 i 3 marca 1955 r. w Wiedniu. Myślę że działacze UEFA nie do końca zdawali sobie sprawę ze znaczenia klubowej rywalizacji o ,,mistrzostwo” kontynentalne a mając na głowie dziesiątki innych problemów, wśród których mecze narodowych drużyn ciągle miały jeszcze wyższą range, postawili na sprawę ich zdaniem łatwiejszą. Cztery miesiące po wiedeńskim kongresie wybrano komitet organizacyjny klubowych pucharów Europy(pucharów, ponieważ przeczuwano ze będzie ich więcej niż tylko turniej mistrzów). Piątka działaczy, mając pełnomocnictwa od Komitetu Wykonawczego UEFA, 18 lipca 1955 r. opracowała zasady rywalizacji i rozpoczęła praktyczną działalność. Siedem tygodni później rozegrano pierwszy mecz. Postanowiono zaprosić 16 zespołów a wśród nich londyńską Chelsea. Niestety władze angielskiej ligi nie wyraziły na to zgody i stąd w gronie premierowej edycji uczestników znalazła się polska drużyna. Zaproszono imiennie warszawską Gwardie choć ta nigdy nie była posiadaczem mistrzowskiego tytułu! Wyznaczono regulamin, który nie narzucał konkretnych terminów spotkań ale czas wyłonienia awansującej z każdej pary drużyny. Dopiero w 1966 r. ustalono sztywne ,,pucharowe” terminy dla wszystkich ekip. Znakomicie uprościło to rywalizacje a likwidacja tak zwanych ,,dodatkowych” trzecich spotkań(przy równym bilansie dwóch pierwszych) uczyniła rywalizację w każdej parze i w każdym meczu istną grą o wszystko. Potrzeba było jednak lat doświadczeń aby drobne na pozór innowacje(jak ,,podwójne” gole na wyjeździe czy konkurs rzutów karnych) uprościły system rozgrywek. Na początku sporom o terminy nie było końca a zmagania poprzez skomplikowany, rozciągnięty w czasie przebieg, nieco tonowały emocje. Jednak nie narzekajmy, pucharowe szaleństwo opanowało kibiców w całej Europie z siłą, jakiej Monsieur Hanot doprawdy nie mógł się spodziewać!
Pierwszy mecz PEMK rozegrano 4 września 1955 r. w Lizbonie, na Estadio Nacional. Miejscowy Sporting Clube de Portugal podejmował FK Partizan Belgrad, remisując 3:3 wobec około 30 tysięcy widzów. Sędziował Francuz Edouard Harzic a kapitańskie powitanie było dziełem Manuela Passosa i Stjepana Bobka. Pierwszy historyczny gol był dziełem João Martinsa w 14 minucie. Z kolei pierwszy mecz(trzy dni później) wygrał MTK Budapeszt pokonując na własnym stadionie Anderlecht Bruksela aż 6:3 a jednocześnie w tym meczu zanotowano premierowy hattrick, którego autorem był Węgierski napastnik Peter Palotas. Po tym pierwszym spotkaniu następne potoczyły się jak lawina, przekraczając w 35 edycji w sezonie 1989/90 liczbę 2 tysięcy. Kto nie docenia znaczenia tych gier dla rozwoju futbolu, dla wzrostu popularności tego sportu, nie zrozumie nic. Niemal wszystko co dobre ale i złe, wiązało się z klubową rywalizacją pucharową. To ona obok ligi i krajowych rozgrywek, stanowi o sile tego sportu. Dodajmy że na tyle atrakcyjną aby z czasem rozszerzyć się na turniej krajowych zdobywców pucharów oraz rywalizację zespołów miast targowych, przekształconych w rozgrywki o UEFA Cup. Wróćmy teraz do polskiego debiutanta w PEMK. Jak już wspomniałem przeciwnikiem warszawskiej Gwardii miał być mistrz Anglii Chelsea, która to zrezygnowała jednak ze startu, podając za przyczynę brak wolnych terminów. Tak naprawdę wyspiarze bali się kolejnej kompromitacji na arenie międzynarodowej a wycofanie wymogły władze angielskiej ligi. Tym samym pozostało wolne miejsce a Szwedzki Djurgardens Sztokholm musiał poczekać na nowego rywala. Władze UEFA proponowały Szwedom przeciwnika z Bułgarii, Rumunii bądź… Polski i właśnie ten ostatni kraj Skandynawowie wybrali. Dużo niejasności było także z nominacją naszego przedstawiciela. W Polsce grano wtedy systemem wiosna-jesień i mistrza za rok 1955 mieliśmy poznać dopiero w listopadzie. Logiczne zatem wypadało zgłosić do pierwszej rundy mistrza z poprzedniego roku – Polonię Bytom. Ta jednak spisywała się słabo w obecnym sezonie, więc aparatczykowiec z sekcji piłki nożnej Głównego Komitetu Kultury Fizycznej(ówczesny PZPN) postanowił zgłosić prowadzącą w tabeli ekstraklasy Gwardie Warszawa. Wówczas był to milicyjny klub, zatem stało za nim poparcie ważnego resortu. O milicyjnych wpływach przekonaliśmy się już podczas pierwszego meczu Gwardii, gdy do Sztokholmu zabrano Mariana Norkowskiego, słynącego z mocnego strzału napastnika… Polonii Bydgoszcz(kolejny klub z pionu gwardyjskiego). Dziś taki szwindel nie mógłby przejść ale Szwedzi zorientowali się dopiero po pierwszym meczu i oczywiście zaprotestowali a Norkowskiemu pozostał w biografii mecz w europejskich pucharach. W Sztokholmie wszystko było dla nas pierwsze. Premierowe spotkanie w pucharach, w dodatku w świetle jupiterów, pierwszy obroniony rzut karny(Stefaniszyn wspaniałą paradą wybił piłke zmierzającą w prawy dolny róg bramki). Co ciekawe, pechowy strzelec Parling, podbiegł do polskiego golkipera i pogratulował mu pięknej interwencji. Ostatecznie mecz zakończył się bezbramkowym remisem. Trenerem Gwardii był wtedy Edward Brzozowski ale z racji swoich przekonań, nie był on lubiany przez władzę ludową, która… nie pozwoliła mu wyjechać z drużyną na mecz do Szwecji. Dlatego opiekę nad zespołem na to jedno spotkanie przejął Tadeusz Foryś. W rewanżu na ławce zasiadł już Brzozowski ale swojego debiutu w europejskich pucharach nie zaliczył do udanych. Na stadionie Wojska Polskiego 25 tysięcy widzów oglądało popisowy występ Szwedów, którzy już do przerwy strzelili ,,warszawskim harpaganom” cztery gole. Trzy z nich Erikson- pierwszy piłkarz, który zaaplikował polskiemu klubowi hattricka. Wynik(4:1 dla gości) ustalono już w pierwszych 29 minutach. Odnotujmy historycznego zdobywcę gola dla naszej drużyny Krzysztofa Baszkiewicza. Popularny ,,Baśka” miał smykałkę do tego rodzaju trafień bo był też autorem premierowej bramki Gwardii w Ekstraklasie. Dziś to zapomniana postać a szkoda, gdyż Baszkiewicz słynął z niekonwencjonalnych strzałów, zaś jego specjalnością były gole zdobywane bezpośrednio z rzutu rożnego, jak choćby dwie strzelone bydgoskiej Polonii w kwietniu 1956 r. Wprawdzie żadnemu polskiemu klubowi nie udało się tryumfować w jakimkolwiek europejskim pucharze, jednak batalie Ruchu Chorzów, Legii Warszawa, Widzewa Łódź a zwłaszcza Górnika Zabrze, który jako jedyny polski zespół zagrał w finale europejskiego pucharu, będą zawsze z dumą wspominane przez polskich kibiców i przez całe środowisko polskiego futbolu.
8
Narodziny najważniejszego pucharu w dziejach futbolu oraz jego premierowy mecz:
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
7
„Niebiescy” w drodze po kolejne mistrzostwo:
Po nerwowym pojedynku w Chorzowie z AKS-em drużyna Ruchu zaczęła być wśród dziennikarzy postrzegana jako zespół, który nie pozwoli się wyprzedzić innym. Jedynym zespołem, który zdawał się dotrzymywać kroku niebieskim była Krakowska Wisła, która osiągając dobre wyniki w rundzie rewanżowej usadowiła się na drugim miejscu w tabeli ligowej, mając tylko dwa punkty straty do lidera. Otóż tak ułożył się terminarz rozgrywek że następnym przeciwnikiem Ruchu w rozgrywkach ligowych była właśnie Wisła. Jak pisała prasa: przed kilkoma tygodniami nikt nie przypuszczał że rywalem Ruchu będzie Wisła. Krakowianie zebrali jednak w drugiej serii z miejsca cztery punkty a ponieważ konkurencji powineła się noga więc też znajdujemy wiślaków dzisiaj na drugiej pozycji. W tygodniu poprzedzającym mecz z Wisłą kapitan związkowy Kałuża ogłosił 16-osobowy skład na obóz przygotowawczy przed meczem reprezentacji Polski z Niemcami, który miał się odbyć w Chemnitz 18 września. Był to niezwykle prestiżowy pojedynek dla obydwu reprezentacji a ładunek propagandowy był wielkiego kalibru. Obóz został zaplanowany w dniach 5-10 września w Warszawie a głównym celem, który postawiono przed powołanymi zawodnikami było zgranie drużyny. Wśród powołanych piłkarzy znaleźli się zawodnicy Ruchu: Giemza, Wilimowski oraz Wodarz. Brak w kadrze Peterka śląska prasa nazwała nowym błędem pana Kałuży. Mecz z Wisłą zbliżał się wielkimi krokami, w prasie częściej pisano o dwumeczu śląsko-krakowskim, gdyż w tej samej kolejce AKS wyjeżdżał do Krakowa na mecz z Cracovią. Podawano skład, w jakim Ruch przystąpi do niedzielnego spotkania, wskazując przy tym na fakt iż z pewnością wystąpi Dziwisz, który już ostatecznie wrócił do zdrowia. Wątpliwości budził występ Słoty, którego sprawa w dalszym ciągu nie była rozstrzygnięta w zarządzie ligi i działacze Ruchu nie chcąc ryzykować walkowerów woleli nie wystawiać prawego łącznika w składzie. Przezorność ta z jednej strony świadczyła o pragmatyzmie kierownictwa Ruchu a z drugiej dość jaskrawo uwypuklała opieszałość, by nie rzec nieudolność władz ligi w sprawach tak istotnych dla uczestniczących w rozgrywkach drużyn, jak weryfikacja zawodników uprawnionych do gry. Mecz z Wisłą zaplanowano na niedzielę 4 września 1938 r. Początek spotkania wyznaczono na godzinę 16:30 a sędzią był legendarny Wacław Kuchar. Renoma przeciwnika oraz stawka meczu spowodowały że na trybunach zgromadziło się około 15 000 widzów, w tym kilka tysięcy sympatyków Wisły, którzy głośno dopingowali swój zespół. Niebiescy przystępowali do meczu z Wisłą w następującym składzie: Brom, Ibrom, Giemza, Kruk, Skrzypiec, Mikunda, Przecherka, Malcherek, Peterek, Wilimowski, Wodarz. Tak więc kolejny raz się okazało że Dziwisz w dalszym ciągu nie był zdolny do gry, PanHyrz odbywał służbę wojskową a na decyzję wydziału gier i dyscypliny cały czas czekał Słota. W związku z możliwym walkowerem nie zdecydowano się na prawego łącznika z Sosnowca. Nowością było przesunięcie Kruka do linii pomocy a jego miejsce na prawym skrzydle zajął Przecherka. Zanim sędzia dał sygnał do rozpoczęcia meczu zebrał piłkarzy na środku boiska i odczytał im rozporządzenie PZPN-u wzywające wszystkich zawodników do gry jak najbardziej fair i sportowego zachowania. Po odczytaniu rozporządzenia rozpoczął się mecz, w którym od samego początku zaatakowali „Niebiescy” i już w czwartej minucie po akcji z Peterkiem gola strzelił Wilimowski. W 8 minucie z podania „Ezziego” wynik podwyższył Wodarz. W 16 minucie przy dużym udziale bramkarza ruchu Wisła strzeliła gole na 2:1. Po tej akcji trenera Ruchu zdecydował się na zmianę bramkarzy i między słupkami stanął Tatuś. Teraz to Wisła była stroną atakującą i w 22 minucie uzyskała wyrównującą bramkę. Goście grali bardzo dobry, techniczny futbol, preferując grę po ziemi. Szwankowała jednak linia ataku gdzie widoczny był brak zdecydowania. Pod koniec pierwszej połowy ponownie zaatakował Ruch i w 38 minucie sędzia podyktował rzut karny, który Peterek zamienił na bramkę. Do przerwy Ruch prowadził 3:2. W drugiej połowie dalej trwała walka, przy czym częściej atakował Ruch, tyle że piłka zamiast w bramce lądowała na poprzeczce bądź tuż obok słupka. Wreszcie w 74 minucie sędzia ponownie podyktował jedenastkę dla Ruchu, której skutecznym egzekutorem był „Mietlorz”. Wynik 4:2 dla Ruchu utrzymał się już do końca spotkania.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
9
Kalendarium FC Barcelony:
4 września 1984 r. Stowarzyszenie Futbolistów Hiszpańskich zbojkotowało rozgrywki Primera Division. Domagało się ono większych praw do podejmowania decyzji dotyczących kształtu ligi hiszpańskiej. Wobec braku porozumienia w kolejny weekend ligowy kluby w większości postanawiają wystawić zespoły amatorskie bądź juniorskie. Barça uważała iż obcokrajowcy tacy jak Schuster czy Archibald powinni zagrać z uwagi na to iż nie należą do żadnej ze stron konfliktu. Trener Venables zdecydował jednak że nie wystawi ich aby nie zaognić sytuacji. W efekcie juniorska drużyna FC Barcelony pokonała Real Saragosse 4:0. Z zawodników, którzy występowali w tym meczu największą karierę zrobił Luis Milla, gracz ,,Dream Teamu” Cruijffa i Realu Madryt. Dla większości graczy był to jednak jedyny mecz w pierwszej drużynie Blaugrany.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
9
Pierwszy gol o punkty ,,El Pelusy”:
4 września 1982 r. Diego Armando Maradona strzela swojego debiutanckiego gola w La Liga w barwach Blaugrany. Ma to miejsce na Estadio Luis Casanova w przegranym meczu z Valencią 2:1. Pierwszego gola w tym meczu w 20 minucie strzelił właśnie Maradona.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
0
@D10SLEO No tak kuźwa, będę całą nocke zarywał żeby jutro w robocie być nieprzytomnym i jeszcze kogoś zranić albo przejechać nie daj Boże!