FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
@michal2007 No czyli na Luis Companys bo Camp Nou w przebudowie. Dzieki za info
9
Niewytłumaczalna porażka w Lidze Mistrzów:
21 lutego 2007 r. FC Barcelona przegrała na Camp Nou z Liverpoolem 1:2 w pierwszym meczu 1/8 Champions Lig. Całe barcelonismo liczyło na to, że Blaugranie jako pierwszej uda się przełamać swoistą klątwe i wygrać Lige Mistrzów dwa razy pod rząd. Sprawy się jednak mocno skomplikowały po pierwszym meczu z ,,The Reds”. Chociaż już w 14 minucie Deco wyprowadził Barçe na prowadzenie, to przyjezdnym udało się odwrócić losy spotkania. Tuż przed przerwą fatalny błąd popełnił Valdes, który poślizgnął się na linii bramkowej i w efekcie sam strzelił sobie gola, jednak trafienie zapisano Bellamy’emu. W 74 minucie Bellamy dograł piłke do Johna Arne Riise i norweski obrońca wyprowadził Liverpool na prowadzenie. Wprawdzie w rewanżu podopieczni Rijkaarda wygrali 0:1 ale nie wystarczyło to do awansu.
Ależ byłem wówczas wściekły na Valdesa że odpierdzielił taki numer! Przecież jak się później okazało to wystarczył ,,nam” remis na Camp Nou aby wyeliminować Liverpool…
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360
0
@Iniesta19820815 Podłączam się do pytania, gdyż może w końcu pupliczna teliwizja będzie transmitować ,,nas"?
0
Po losowaniu Ligi Mistrzów: Czy mam rozumieć że rewanż z Benfika zagramy na Estadio Luis Companys?
9
Zapomniane El Clasico, zapomniana ,,La Manita”:
21 lutego 1954 r. FC Barcelona rozgromiła na Les Corts Real Madryt 5:1(!) w 22 kolejce Primera Division. Gole dla Dumy Katalonii strzelali: Tejada(2), Cesar Rodriguez, Moreno oraz Manchon. Honorowe trafienie dla Królewskich zaliczył Di Stefano. To zwycięstwo pozwoliło zrównać się punktami z prowadzącymi ,,Los Blancos”, jednak na koniec sezonu to niestety Królewscy cieszyli się z mistrzostwa Hiszpanii wyprzedzając Blaugrane czterema punktami.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
8
@FCBparasiempre
Finlandia kojarzona jest ze sportami zimowymi. Zapewne każdy z nas pamięta wspaniałych skoczków narciarskich, jakimi byli Nykänen czy Ahonen. Narodowym dobrem „krainy tysiąca jezior” jest także reprezentacja hokeja, której wielką gwiazdą był Raimo Helminen. Gdzie tu miejsce na piłkę nożną, zapytacie? Takowe zawsze się znajdzie. Kadra narodowa, mimo że nigdy nie awansowała na żaden z wielkich turniejów, doczekała się świetnego piłkarza. Był nim Jari Litmanen, któremu zapewne nawet narty nie przeszkadzałyby w zdobywaniu przepięknych bramek. Miasto Lahti położone jest w odległości mniej więcej 100 km od stolicy kraju, Helsinek. W tym miejscu urodził się najprawdopodobniej najlepszy piłkarz w historii fińskiej piłki. Jari wychowywał się w sportowej rodzinie. Zarówno jego ojciec, jak i matka mieli do czynienia z piłką. Zapewne to pod ich wpływem połknął bakcyla i zdecydował się na tę dyscyplinę. Rozdarty pomiędzy miłością do hokeja, a piłki nożnej, Jari zdecydował się na futbol. W wieku 16 lat zadebiutował w najwyższej klasie rozgrywkowej w Finlandii, grając przez trzy lata dla Reipas – trzykrotnego mistrza kraju oraz siedmiokrotnego zdobywcy pucharu krajowego. W późniejszym czasie zaliczył krótkie epizody w HJK oraz MyPa. Podczas finałowego meczu pucharu ligi w 1992, swą dobrą grą przykuł uwagę klubów zagranicznych. Zachwycony jego umiejętnościami był między innymi skaut Ajaxu Amsterdam, Ton Pronk. Całkiem odmiennego zdania był Louis van Gaal, który po pierwszych treningach chciał odesłać Fina do domu. Duchem opatrznościowym Jariego okazał się Gerard van der Lem, asystent trenera, który bardzo go lubił i tym samym stawał w jego obronie. ,,Odesłanie go z powrotem to zbyt surowa reakcja. On jest tutaj dopiero kilka dni, w całkiem nowym środowisku” – podsumował Gerard van der Lem. Okazało się, że wcześniej Litmanen mógł trafić do rumuńskiego Dynama Bukareszt, jednak do finalizacji transferu nie doszło. Zainteresowane nim były także PSV czy Leeds. Jednak nawet potężna Barcelona nie potrafiła doprowadzić do podpisania kontraktu z młodym Finem. To właśnie Ajax Amsterdam wygrał wyścig o podpis Jariego. Pierwszy sezon nie należał do najłatwiejszych. Na szpicy klubu z Amsterdamu występował Dennis Bergkamp, którego ciężko było wygryźć ze składu, dlatego też Jari sporo spotkań rozegrał w drużynie rezerw. Szansa nadeszła w kolejnym sezonie, gdy Dennis opuścił Holandię, przenosząc się do Interu Mediolan. Jego następcą miał być Dan Peterson, jednak doznał urazu, który wykluczył go z gry. Van Gaal dał szansę młodemu Litmanenowi, a ten ją wykorzystał i nie oddał już miejsca w podstawowej jedenastce. Nie marnował ani chwili, lecz zaczął ciężko pracować nad rozpoznawalnością swojego nazwiska. Przypomnę zawodników, którzy rozgrywali wielkie mecze dla Ajaxu: Marco Van Basten, Johan Cruyff, Frank Rijkaard, Ronald Koeman, Edgar Davids czy Clarence Seedorf. Historia tego klubu jest wypełniona legendarnymi nazwiskami, rozpoznawalnymi na całym świecie. Pośród nich, samych Holendrów, możemy wymienić piłkarza z małej Finlandii – Litmanena, który każdemu powinien kojarzyć się z tym zespołem. Jari nazywany był „profesorem” ze względu na swoją niesamowitą świadomość gry. Wdarł się na europejską scenę piłkarską w sezonie 1993/94 dzięki strzeleniu niesamowitej liczby 26 goli w sezonie, i to na pozycji cofniętego napastnika. Jego zespół zdobył tytułu mistrzowski, a Litmanen zdobył nagrodę najlepszego piłkarza w Holandii. Ajax był niepokonany przez cały ligowy sezon na długo, zanim podobne osiągnięcie powtórzył Arsenal. Po pokonaniu Rody Kerkrade drużyna wygrała ligę, wyprzedzając PSV Eindhoven, w którym pierwsze skrzypce grał Brazylijczyk Ronaldo. Kibice Ajaxu po czasie musieli zamienić tekst w swojej piosence, którą było „Volare” na „Litmaneeen, oh oooh, Litmaneeen, ohoohooh”. Podsumowując, Jari podczas swojej całej kariery aż ośmiokrotnie wybierany był piłkarzem roku w Finlandii przez dziennikarzy, a przez fiński związek piłki nożnej aż dziewięciokrotnie!
W swoim trzecim sezonie w Ajaxie stał się kluczową postacią zespołu, a klub obronił tytuł mistrzowski. Wspólnie z takimi piłkarzami jak Edwin van der Sar, Kanu czy Marc Overmars dotarł do finału Pucharu Europy, w którym zmierzyć mieli się z wielkim Milanem w Wiedniu na Ernst Happel Stadion. Litmanen wystąpił w nim do siedemdziesiątej minuty i został zmieniony przez Patricka Kluiverta, który okazał się gwiazdą tego wieczoru, strzelając bramkę na wagę zwycięstwa w 85 minucie spotkania. Kolejnym mistrzostwem klub mógł pochwalić się w sezonie 1995/96. Ekipa Ajaxu dotarła także po raz kolejny do finału europejskich rozgrywek, a gol Litmanena pozwolił jej odrobić jednobramkową stratę jeszcze w pierwszej połowie meczu. Po dogrywce i karnych Holendrzy musieli jednak uznać wyższość Juventusu. W roku 1995 Jari zajął trzecie miejsce w plebiscycie „Złotej Piłki”, wyprzedzili go jedynie Jürgen Klinsmann i grający w Milanie Liberyjczyk, George Weah. Za Litmanena wpływało wiele ofert, jednak ten nie wybierał się tak szybko poza granicę kraju tulipanów. Zespół opuścili m.in. Edgar Davids czy Michael Reiziger, Ajax oddał tytuł PSV, a czwarty sezon Jariego okazał się rozczarowaniem. ,,Atmosfera w Ajaksie jest ważniejsza niż pieniądze we Włoszech. Nie sądzę, abym gdziekolwiek indziej miał lepsze życie niż w Amsterdamie, więc zostaję. Zawdzięczam wszystko temu miejscu, to jest mój klub”– mówił Jari. Trzeba jasno sobie powiedzieć – tą wypowiedzią Litmanen zaskarbił sobie na zawsze wdzięczność. Był ich bohaterem do samego końca, czyli do 1999 roku, kiedy to opuścił Ajax na rzecz Barcelony. Siedem sezonów w Holandii zakończył świetnym dorobkiem 91 bramek w 159 meczach ligowych. Przenosiny Littiego na Camp Nou były wielkim krokiem w jego dotychczasowej karierze: po raz kolejny mógł trenować pod okiem byłego trenera Ajaxu, czyli van Gaala. W FC Barcelonie nie wiodło mu się najlepiej. Zyskał przydomek „piłkarza ze szkła” ze względu na liczne kontuzje. Ulotne przebłyski geniuszu pozwoliły mu zagrać tylko 21 spotkań w barwach blaugrany. Zwolnienie van Gaala i przybycie Lorenzo Serra Ferrera, który był wcześniej trenerem Betisu, również miało niekorzystny wpływ na Jariego. Zmiana trenera oznaczała zamknięcie rozdziału pod tytułem „Fin w Barcelonie”, zanim rozpoczął się on na dobre. Jako chłopiec Jari marzył o grze w barwach The Reds. Uwielbiał oglądać swoich idoli, którymi byli Kevin Keegan i Kenny Dalglish. Pozycja w Barcelonie, z której był niezadowolony, stworzyła szansę przejścia do ulubionego klubu z dzieciństwa. Gerard Houlier, ówczesny trener Liverpoolu gotów był wyciągnąć pomocną dłoń w stronę Jariego, którego kariera stanęła w miejscu. Dwa razy prosić nie było trzeba. Pogłoska stała się faktem – Litmanen trafił do Premier League. Dietmar Hamann, były reprezentant Niemiec, który po kilku sezonach gry w Bayernie Monachium przeniósł się na Wyspy, ciepło wspominał zawodnika z Finlandii. Jego wizja gry była niewiarygodna. Nie był najszybszy, gdy do nas przyszedł, ale jego debiut z Aston Villą był jednym z najlepszych, jakie kiedykolwiek widziałem w koszulce Liverpoolu. Według kibiców z Liverpoolu Jari nie dostawał tylu szans, ile powinien dawać mu Houlier i jego asystenta Phil Thompson. Pomimo drobnych urazów, których doznawał, często miał większy czy mniejszy wpływ na losy spotkania. Przeważnie jednak zasiadał na ławce rezerwowych, co zaczęło być częstym powodem frustracji. Litmanena zabrakło podczas trzech ważnych finałów w zwycięskim sezonie 2000/01, właśnie z powodu kontuzji. Fin stanowił ważne ogniwo zespołu w Lidze Mistrzów w następnym sezonie 2001/02. Zaledwie kilka dni po niebywałej bramce z trzydziestu metrów przeciwko Tottenhamowi zdobył kolejnego świetnego gola, tym razem przeciwko Dynamo Kijów w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Zapunktował również przeciwko Romie w ważnym meczu na Anfield. Houlier wrócił wówczas na ławkę trenerską po operacji (miał sześciomiesięczną przerwę po ataku serca, pierwsze problemy zdrowotne dawały o sobie znać już podczas pracy w PSG). Kolejną bramkę Litmanen strzelił w meczu rewanżowym przeciwko Bayerowi Leverkusen. Liverpool nie zdołał jednak pokonać „Aptekarzy”. Po zaciętym boju ekipa, której kapitanem był Michael Ballack wygrała 4:2. Porażki tej nie można jednak nazwać wstydliwą – odpadli przecież z finalistą rozgrywek, który uległ w finale Realowi Madryt 1:2. Po zakończeniu sezonu pożegnano się z Litmanenem. Wrócił do Ajaxu, prowadząc go na drodze do półfinału Ligi Mistrzów.
Człowiekiem, który uratował moją karierę był Jari Litmanen. Był niesamowicie zaangażowany w to co robił. Mieliśmy wtedy trzech napastnikow: Machlas, Mido i ja. Jari mówił, co robić, trenował a przede wszystkim starał się, abym był lepszy na boisku. Sprawiał, że inni grali po prostu lepiej – Zlatan Ibrahimović. Późniejsza kariera to tułanie się po Finlandii, Niemczech czy Szwecji. Rzadko kiedy, jeśli w ogóle można spotkać gracza takiego kalibru, tej klasy i z taką pokorą, jaką posiadał Litmanen. Zaliczył niesamowite występy dla swojej reprezentacji, grając w niej ponad dwie dekady. W 2009 roku pisarz Paul Simpson stwierdził, że kariera tego zawodnika nie pokazała całości jego talentu. W zupełności zgadzam się z tą opinią. Kto wie, jak wyglądałaby przygoda Jariego, gdyby nie nękające go kontuzje. Nic nie zmienia jednak faktu, że jest on i przez najbliższe lata będzie największą gwiazdą fińskiej piłki.
Sukcesy:
Mypa Kuovola:
1 x Puchar Finlandii (1992)
AFC Ajax Amsterdam:
5 x mistrzostwo Holandii (1994, 1995, 1996, 1998, 2004)
3 x Puchar Holandii (1993, 1998, 1999)
3 x Superpuchar Holandii (1993, 1994, 1995)
1 x Puchar Ligi Mistrzów UEFA (1995)
1 x Superpuchar Europy (1995)
1 x Puchar Interkontynentalny (1995)
Liverpool FC:
1 x Puchar Anglii (2001)
1 x Puchar Ligi Angielskiej (2001)
1 x Tarcza Wspólnoty (2001)
1 x Puchar UEFA (2001)
1 x Superpuchar Europy (2001)
HJK Helsinki
1 x mistrzostwo Finlandii (2011)
1 x Puchar Finlandii (2011)
8
Gwiazda fińskiego futbolu kończy dziś 54 lata:
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
2
@misterio Powiedzmy że w urodziny będziemy prezentować tylko pozytywy...:)
8
Fantastyczna przygoda ,,Białej gwiazdy”:
20 lutego 2003 r. Wisła Kraków zremisowała na wyjeździe z Lazio Rzym 3:3! Piłkarze Wisły Kraków stoczyli niesamowity bój z Lazio Rzym w czwartej rundzie Pucharu UEFA. Dziś brzmi to jak abstrakcja, ale wówczas gracze czołowej włoskiej drużyny z obawą podchodzili do spotkania z „Białą Gwiazdą”. I mieli rację, bo na boisku nie było widać wielkiej różnicy w klasie tych drużyn. W Wiecznym Mieście piłkarze Wisły poszli z gospodarzami na wymianę ciosów i na Stadio Olimpico kibice zobaczyli grad goli. Podopieczni Henryka Kasperczaka byli nawet bliscy wygranej, bo w pewnym momencie prowadzili 3:2. Bramkarz Luca Marchegiani dwukrotnie faulował wiślaków w polu karnym, a jedenastki na gole zamieniał Maciej Żurawski. Jedną bramkę dołożył też Kalu Uche i dopiero wyrównujący gol Enrico Chiesy w 71. minucie uratował rzymian przed porażką. Zespół z Krakowa był w dobrej sytuacji przed rewanżem, bo awans do ćwierćfinału Pucharu UEFA dawało nie tylko zwycięstwo, ale także remisy 0:0, 1:1 lub 2:2. Spotkanie odbyło się dopiero 5 marca, gdyż włoscy działacze, powołując się na fatalny stan murawy, doprowadzili do jego przełożenia (pierwotnie miało się odbyć 27 lutego). W nowym terminie nie było wiele lepiej, płyta, z której z trudem usunięto śnieg i lód, była nierówna, co sędzia Stuart Dougal ze Szkocji przypłacił złamaniem kostki. Mecz udało się dokończyć pod okiem arbitra technicznego. Minimalnie lepsze okazało się Lazio (2:1, gole Fernando Couto i Enrico Chiesy oraz Marcina Kuźby) i Wisła zakończyła udział w Pucharze UEFA na 1/8 finału.
Gole: 1:0 Nikola Lazetić 22, 1:1 Kalu Uche 39, 2:1 Mariusz Jop 44 (samob.), 2:2 Maciej Żurawski 50 karny, 2:3 Maciej Żurawski 63 karny, 3:3 Enrico Chiesa 71.
Lazio: Luca Marchegiani - Massimo Oddo, Fernando Couto, Sinisa Mihajlović, Giuseppe Pancaro, Nikola Lazetić (61' Cesar), Dino Baggio (73' Dejan Stanković), Fabio Liverani, Diego Simeone (55' Claudio Lopez), Stefano Fiore, Enrico Chiesa
Wisła: Angelo Hugues - Marcin Baszczyński, Arkadiusz Głowacki, Mariusz Jop, Maciej Stolarczyk - Kalu Uche, Paweł Strąk, Mauro Cantoro (75 Mirosław Szymkowiak), Kamil Kosowski - Marcin Kuźba, Maciej Żurawski (77 Daniel Dubicki)
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Adran360
2
Ich całkowicie pojebało! Prezes dziękuje dziewczynom i zaraz jest oskarżany o molestowanie. Przecież to są jaja i skandal w jednym. Za chwile będą nas sądzić za przywitanie(podanie ręki) kobiecie...
Ja pierdole co za świat!
12
Legendy rodzimego futbolu:
20 lutego 1980 r. urodził się Artur Boruc, ,,Król Artur” Boruc. Polska miała szczęście do wyjątkowych postaci w bramce reprezentacji. Edward Szymkowiak i jego genialny występ przeciwko ZSRR. Mistrz olimpijski Hubert Kostka. ,,Człowiek, który zatrzymał Anglie”, czyli Jan Tomaszewski. Medalista MŚ i zdobywca PEMK Józef Młynarczyk czy choćby zwycięzca Ligi Mistrzów Jerzy Dudek. To tylko kilka z wielu cegieł budujących renome słynącej na całym świecie ,,polskiej szkoły bramkarskiej”. Potężnym filarem tej marki jest także Boruc, rekordzista w liczbie występów w kadrze jako bramkarz. Jako piłkarz klubu najwyższej rodzimej ligi rozegrał w reprezentacji w sumie 7 meczów. Niedużo ale też cały XXI wiek nie sprzyjał golkiperem występującym nad Wisłą w budowie rekordów. Spośród nich w reprezentacji Polski w tym czasie tylko Sebastian Przyrowski zanotował więcej meczów niż Boruc. Od zakończenia kariery prze Młynarczyka przewyższyli go zaś pod tym względem jeszcze tylko Józef Wandzik(32 mecze jako gracz Górnika), Jarosław Bako(25 meczów jako gracz ŁKS, Zagłębia Lubin oraz Lecha Poznań) i Grzegorz Szamotulski(13 meczów jako gracz Legii i Amiki). Na początku XXI wieku świeża była jeszcze pamięć o Szamotulskim, młodym, pewnym siebie, może nawet nieco szalonym bramkarzu, który w wieku 20 lat wygryzł z bramki dużo bardziej doświadczonego Zbigniewa Robakiewicza. Stąd, z Łazienkowskiej 3 trafił nawet do pierwszego składu reprezentacji w czasach Kłaka, Matyska, Szczęsnego, Woźniaka czy Sidorczuka. Kto by przypuszczał że spod tego samego adresu jeszcze wyżej zawędruje wkrótce inny piłkarz…. Po przerwie zimowej sezonu 2001/02 pierwszym bramkarzem Legii został Radostin Stanew. Bułgar zagrał w pierwszym meczu ligowym po przerwie zimowej z Amiką i rozpoczął też kolejny mecz z Pogonią Szczecin. Po pół godzinie gry musiał zapobiec akcji Roberta Dymkowskiego. Wybiegł mu naprzeciw, jednak napastnik gospodarzy przechytrzył go a w dodatku ,,spotkanie” zakończyło się zderzeniem i urazem Stanewa. Bułgara zastąpił Boruc i spisał się raczej… słabo. Przepuścił bowiem łatwego gola z rzutu wolnego pod koniec meczu. Nic zatem dziwnego że Dragomir Okuka zaczął poszukiwać zmiennika. Ostatecznie jednak serbski trener aż do powrotu do zdrowia Stanewa nie dokonał roszady w składzie. Boruc rozegrał 5 meczów, przepuścił 6 goli i dwa razy zachował czyste konto. W tym raz w arcyważnym starciu z Wisłą Kraków. Dzięki niemu Legia strąciła Białą Gwiazde z pozycji lidera. Na koniec sezonu bramkarz mógł zaś wypiąć pierś po złoty medal za mistrzostwo kraju i zwycięstwo w Pucharze Ligi.
Niekwestionowanym numerem jeden stał się zimą 2003 r. już po odejściu Stanewa, choć legia ani przez trochę nie szczędziła na wartościowych konkurentach. Póki jednak był Boruc, ich nadzieje rozbijały się najdalej o ,,ogony” w mniej ważnych meczach. Boruc stał się zaś nie tylko podstawowym graczem ale też ulubieńcem trybun. Podbijał lige efektownymi interwencjami, skuteczną grą ale też olbrzymią charyzmą i zuchwałością. Kiedyś w starciu z Widzewem podszedł nawet do wykonywania rzutu karnego. Płaski plasowany strzał dał mu jedynego gola w Ekstraklasie. Oczywiście nie byłby sobą gdyby radości nie zamanifestował w osobliwy sposób. Po skutecznej próbie nerwów podbiegł do narożnika i wyjął… chorągiewke, za co otrzymał żółtą kartke. Takie euforyczne chwili były zresztą jednym z jego znaków rozpoznawczych.
,,Potrzebuje zmiennika dla Dudka!”- jak mantre powtarzał w tym czasie od kilku miesięcy selekcjoner reprezentacji Polski Paweł Janas. ,,Janosik” budował nową reprezentacje z jasno określonym celem: mundial 2006. Między słupkami nadal numerem jeden był oczywiście Dudek. Brakowało jednak wartościowego zmiennika. Od zakończenia poprzednich eliminacji selekcjoner próbował w tej roli Szamotulskiego, Kuszczaka, Nalepę i Kowalewskiego. Żaden nie zdołał na dłużej osiąść w kadrze. Boruc pierwsze powołanie otrzymał na zgrupowanie przed meczem towarzyskim z Irlandią w kwietniu 2004 r. W lidze w barwach legii nie przepuścił gola w 5 z 8 meczów poprzedzających nominacje do udziału w batalii z Irlandią. ,,Jerzy Dudek jest pewniakiem ale musimy mieć przecież gotowego do gry zmiennika”- przyznawał Maciej Skorża, wtedy asystent Janasa. Premiera wypadła lepiej niż w lidze. Artur nie przepuścił żadnego gola. Blask jednak zyskał nie przeciwko Irlandii ale kilka tygodni później w Szczecinie. W meczu przeciwko Grecji fenomenalnie wybronił sytuacje sam na sam. ,,Dość powiedzieć że po przerwie Polska ani razu celnie nie strzeliła na bramke rywali. Najmocniejszym punktem był w tej sytuacji Boruc. Chyba można zaryzykować że Polska ma drugiego bramkarza. Spokojny bezbłędny. Uratował zespół od utraty pewnej, wydawałoby się bramki”- pisała Gazeta Wyborcza. Kres wszelkim wątpliwościom położył zaś występem przeciwko USA. W mecz wszedł może nie specjalnie bo sprokurował rzut karny. Jego notowania znacząco spadły, jednak na zaledwie kilkanaście sekund. Błąd naprawił bowiem broniąc ten strzał z ,,wapna” Briana McBride’a. ,,W drużynie polskiej był świetny bramkarz, kto wie czy nie najlepszy piłkarz meczu, zapora niemal nie do przebycia”- skomentował mecz trener Bruce Arena. Tym występem zakończył dyskusje nad poszukiwaniami dublera, lecz rozpoczął nową… Nad tym czy nie powinna nastąpić roszada w bramce w meczach eliminacyjnych! On, piłkarz Legii, konkurent- gracz Liverpoolu. Dystans między ich sławą, osiągnięciami i pozycją klubów w europejskim rankingu wydawał się nie do przebycia. Boruc skrócił go jednak dzięki ledwie trzem meczom w koszulce reprezentacji. ,,Stawiam że najbliższe 10 lat to będzie show jednego człowieka – Artura Boruca. W tej chwili każdy z nich może bronić a decyzje można podjąć tylko będąc na zgrupowaniu, na którym obaj przebywają. Pozycja Jurka jest poważnie zagrożona”- mówił Maciej Szczęsny dla ,,Życia Warszawy”. Była zatem duża szansa na zakończenie serii trwającej od 1997 roku, ostatniego występu bramkarza z Ekstraklasy w meczach o punkty w reprezentacji Polski. Wtedy Szamotulski z Legii strzegł bramki w starciu z Gruzją. Ostatecznie jednak Janas zdecydował się na Dudka i ta passa ciągnie się nadal… Boruc od meczu z Danią jeszcze 3 razy stanął w bramce biało-czerwonych jako piłkarz Legii. Latem 2005 przeszedł do Celtiku a potem nastąpił debiut Boruca w meczu o punkty. Łzy rozpaczy w Dortmundzie, gdy po fenomenalnym meczu w Mistrzostwach Świata z gospodarzami skapitulował w ostatnich sekundach. Był splendor i pochwały od prezydenta, śp. Lecha Kaczyńskiego, po jednym z najgenialniejszych występów w historii polskiego bramkarstwa, gdy na Euro 2008 w pojedynke zatrzymał Austriaków, przepuszczając strzał tylko z rzutu karnego. Były chwile triumfu po nominacji do trzech najlepszych bramkarzy świata w 2007 roku. Była cudowna interwencja z Belgią, wybrana najlepszą obroną kolejki w eliminacjach ME. Były też chwile trudne, jak sławetny błąd z Irlandią Północną czy wyrzucenie przez Smude z kadry. Był wreszcie triumfalny powrót, rekord w liczbie występów na tej pozycji w reprezentacji i udział w EURO 2016, gdzie już z perspektywy ławki rezerwowych cieszył się z pierwszego od 1982 roku awansu do ćwierćfinału wielkiego turnieju. Tę sinusoidę emocji przeżywaną przez tysiące kibiców w całej Polsce przez 13 lat i 196 dni rysował Artur Boruc. Koniec tej drogi nastąpił w piątek 10 listopada 2017 r. na stadionie PGE Narodowym. Dzięki temu uplasował się na drugim miejscu pod względem największej rozpiętości między pierwszym a ostatnim występem w reprezentacji Polski wśród bramkarzy. W Celtiku zyskał miano bohatera klubowego. Nazywany jest tam ,,Holly Goallie”(Święty bramkarz). Z tym klubem 3 razy był mistrzem Szkocji, wywalczył też po razie Puchar Szkocji oraz Puchar Ligi. Później bronił barw Fiorentiny, Southampton i Bournemouth. Z tym ostatnim został mistrzem Championship(drugiego poziomu rozgrywkowego w Anglii). Wszędzie gdzie się pojawiał udawało mu się wywalczyć pozycje pierwszego bramkarza. Po odejściu z Ekstraklasy był między innymi dwukrotnie notowany na trzecim miejscu wśród najlepszych bramkarzy świata.
@Adran360
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
1
@Herato Dokładnie tak!
7
@FCBparasiempre
20-ty dzień lutego 1992 roku na zawsze odmienił oblicze angielskiej piłki klubowej. To wówczas 22 najlepsze zespoły w kraju zrezygnowały z gry w First Division i tym samym, z bycia częścią Football League. Trzy miesiące później powołano do życia rozgrywki, które nadal budzą ogromne emocje wśród kibiców na całym świecie. Powstała najbogatsza i najbardziej kosmopolityczna liga piłkarska w Europie – Premier League. Okres w angielskim futbolu, który upłynął pod znakiem Premier League, obejmuje zaledwie ostatnich 31 lat. Wcześniej forma rozgrywek ligowych znacznie bardziej promowała pomniejsze kluby, a nie – tak jak dziś – sportowych i finansowych gigantów. Tak zwaną The Football League założyło w 1888 roku dwanaście klubów, a po kilku latach dołączyło do nich prawie drugie tyle i rozgrywki podzielono na dwie ligi. Stopniowo chętnych do gry w piłkę przybywało i oprócz First i Second, w 1920 roku powstała także Third Division (rok później skład tej ostatniej rozszerzono i podzielono na Północ i Południe). Oznaczało to, że całą The Football League tworzyło 86 klubów. Ich liczba zwiększyła się do 92 w 1950 roku (nie zmieniło się to aż do początku lat 90.), a osiem lat później rozgrywki zyskały czwarty poziom ligowy. Podwaliny do powstania Premier League położono jeszcze w latach 80., bo to właśnie w tym czasie w angielskiej piłce zachodziły pierwsze wielkie zmiany. Na początku dekady Football League podpisała lukratywny kontrakt na sponsorowanie rozgrywek z firmą Canon; zmieniono też zasady dotyczące podziału dochodów z biletów i odtąd każdy klub mógł zatrzymać dla siebie całość wpływów (zamiast przekazywać jego część do Football League, jak było do tej pory). Jednak lata 80. na zawsze zapisały się w historii angielskiego futbolu głównie ze względu na problemy stwarzane przez chuliganów. Zastrzeżenia budził też stan wielu stadionów, które nie spełniały żadnych wymogów bezpieczeństwa. Szerokim echem odbiła się tragedia na stadionie Valley Parade, do której doszło 11. maja 1985 roku w meczu Bradford City z Lincoln City w Thrid Division. Było to ostatnie spotkanie sezonu, po którym planowano huczne świętowanie sukcesu Bradford, bo zespół już w kwietniu zapewnił sobie awans poziom wyżej. Na trybunach zasiadło 11 tysięcy kibiców, którzy byli świadkami ogromnego pożaru. Tak o wydarzeniach opowiadał John Helm, komentator tego spotkania: Pewien Australijczyk, który odwiedzał syna, skończył palić papierosa, rzucił go na drewnianą podłogę i próbował przygasić stopą. Papieros spadł jednak przez dziurę nieco niżej i mężczyźni zobaczyli lekki płomyk. Szybko wlali do szczeliny kawę i na moment nic nie wskazywało na możliwy pożar. Po kilku chwilach jednak płomień zaczął narastać, więc ojciec i syn pobiegli powiedzieć o tym stewardowi. Gdy wrócili, było już za późno.
Ogień pochłonął drewniane elementy konstrukcji, pochodzące jeszcze z 1909 roku. Na stadionie zginęło 56 osób, a 250 zostało rannych.
Zaledwie dwa tygodnie później, 29. maja, na stadionie Heysel w Brukseli FC Liverpool mierzył się w finale Pucharu Europy z Juventusem. Jeszcze przed rozpoczęciem spotkania fani angielskiej drużyny zaatakowali kibiców z Włoch, w wyniku czego jedna ze ścian stadionu się zawaliła. Życie pod gruzami straciło 39 osób, około 600 odniosło obrażenia, a chuligani walczyli nawet z policją. Aby nie rozzłościć publiczności jeszcze bardziej, postanowiono, że mecz się odbędzie. Juventus wygrał 1:0, a po spotkaniu UEFA wyciągnęła konsekwencje – podjęła decyzję o wykluczeniu angielskich klubów z gry w europejskich pucharach na czas nieokreślony (Liverpool na dodatkowe trzy lata liczone od momentu, kiedy pozostałe drużyny otrzymają zgodę na ponowne występy). Ostatecznie Anglicy wrócili do rywalizacji w Europie w sezonie 1990/91, a Liverpool rok później. To właśnie z Liverpoolem wiąże się najbardziej dramatyczne wydarzenie w historii angielskiej piłki. Doszło do niego 15. kwietnia 1989 roku, czyli w sezonie obchodów stulecia istnienia Football League. Półfinał FA Cup pomiędzy Liverpoolem a Nottingham Forest zatrzymano po 6 minutach, bo na stadionie Hillsborough w Sheffield wybuchła panika. Kibice byli stłoczeni na trybunach wskutek błędów organizacyjnych i nieprawidłowej pracy policji, która postanowiła wyłączyć kołowrotki i otworzyć bramę – dzięki temu kilka tysięcy fanów zgromadzonych przed stadionem otrzymało szansę na wejście do środka przed pierwszym gwizdkiem spotkania. Ci, którzy wydostali się na trybunę, zobaczyli, że nie ma już na niej miejsca; nie było też możliwości przejścia na pozostałe części stadionu. Dodatkowo murawę od rzędów krzesełek oddzielały wysokie płoty. 96 osób zginęło – większość z powodu niedoboru tlenu w organizmie. Tragedia na Hillsborough była bezpośrednią przyczyną opublikowania w styczniu 1990 roku raportu Taylora, który uznał winę policji za wydarzenia z Sheffield i ustalił zasady bezpieczeństwa. Większość klubów odnowiła swoje stadiony lub wybudowała nowe, zlikwidowano miejsca stojące i usunięto płoty. Wprowadzenie tych zmian zbiegło się w czasie ze znakomitym występem reprezentacji Anglii na mundialu w 1990 roku we Włoszech, kiedy to kadra prowadzona przez (wtedy jeszcze nie sir) Bobby’ego Robsona zajęła czwarte miejsce. Angielskie kluby wróciły do gry w Europie, i to z sukcesami, bo w sezonie 1990/91 Manchester United triumfował w Pucharze Zdobywców Pucharów. Na początku lat 90. stało się jasne, że angielska piłka potrzebuje powiewu świeżości. Zespoły z Wysp wyraźnie odstawały od topowych drużyn występujących na Starym Kontynencie (dość powiedzieć, że ostatnim angielskim klubem, który zdobył Puchar Europy, był FC Liverpool w 1984 roku). Rozwiązaniem tego problemu mógł być zastrzyk gotówki dla pierwszoligowych klubów, które nie chciały już dzielić się zarobionymi pieniędzmi z pozostałymi zespołami zrzeszonymi w The Football League. To dlatego w lipcu 1991 roku drużyny z First Division podpisały porozumienie w sprawie utworzenia Premier League. Nowo powstała liga miała być spółką niezależną od Football League i Football Association w kwestiach finansowych (w praktyce oznaczało to swobodę wyboru sponsorów ligi i zawierania kontraktów na transmisje telewizyjne). Od tej pory zyski z najwyższej klasy rozgrywkowej miałby zasilać konta jedynie 22, a nie aż 92 zespołów grających w Anglii. Początkowo na takie rozwiązanie nie chciała przystać Football Association, ale kluby postawiły na swoim i 20. lutego 1992 wszystkie grające w pierwszej lidze zespoły wystąpiły z The Football League. Trzy miesiące później oficjalnie powstała Premier League, i to same należące do niej kluby miały zdecydować, kto otrzyma prawa do transmisji meczów ligi. W międzyczasie The Football League zmieniła swoją strukturę – ligi druga, trzecia i czwarta otrzymały kolejno nazwy First, Second i Third (dziś to Championship, League One i League Two). O zwycięstwo w medialnym wyścigu starały się BSkyB, ITV oraz SBC (Swiss Bank Corporation). BSkyB Ruperta Murdocha (utworzona po fuzji Sky Television z BSB) złożyła Premier League ofertę wspólnie z BBC, która nadawała program „Match Of The Day” i to właśnie ta opcja zwyciężyła podczas głosowania w maju 1992 roku. Dwa kluby wstrzymały się od głosu; BSkyB przekonało 14 klubów, a ITV (która proponowała, że mecze „wielkiej piątki” będą transmitowane najczęściej) sześć – były to Arsenal, Aston Villa, Everton, Leeds, Liverpool i Manchester United. Tottenham poparł ofertę BSkyB, co dało jej 2/3 większości wymaganych do zwycięstwa głosów. Sprzedano też prawa do nazwy rozgrywek, choć początkowo ówczesny prezes FA, Graham Kelly, tak komentował odrzucenie oferty marki Carling: ,,Czystość nazwy FA Premier League powinna być nienaruszalną świętością. No, przynajmniej na ten sezon.”
Ostatecznie od 1993 do 2001 roku liga nosiła nazwę „FA Carling Premiership”, a na jej konto wpłynęło 12 milionów funtów w pierwszych czterech sezonach tej umowy (od 1997 do 2001 Carling musiało zapłacić już w sumie 36 milionów – to wzrost o 300%). Od 2001 do 2004 ligę sponsorowało przedsiębiorstwo Barclaycard, które zapłaciło za tą możliwość 48 milionów funtów. Później sponsorem został bank Barclays (w latach 2004-2007 „FA Barclays Premiership”, a 2007-2017 „FA Barclays Premier League”), który w pierwszy okresie umowy płacił 65.8 miliona funtów, a w drugim już 300 milionów (sic!). Po wygaśnięciu umowy z Barclays zrezygnowano ze sprzedaży praw do nazwy, aby rozgrywki zyskały więcej prestiżu.
W pierwszym, historycznym sezonie Premier League (ruszył 15. sierpnia 1992 roku) wzięły udział 22 drużyny (już od tamtego momentu zakładano, że w przyszłości skład ligi będzie obejmował jedynie 20 zespołów, co udało się osiągnąć pod koniec sezonu 1994/1995, kiedy to cztery kluby spadły do niższej ligi, a awansowały tylko dwa). To jednak nie był jedyny element rewolucji – mecz Nottingham Forest z Liverpoolem z pierwszej kolejki sezonu 92/93 przeszedł do historii jako pierwszy niedzielny mecz transmitowany w telewizji. Jeszcze w tej samej kolejce Queens Park Rangers i Manchester City zagrały w poniedziałek – co również było wydarzeniem bez precedensu. Inauguracyjny sezon Premier League wygrał Manchester United, kończąc tym samym niechlubną serię 26 lat bez zdobycia mistrzostwa kraju. W sumie United okazali się najlepsi w tych rozgrywkach aż 13 razy, co po dziś dzień jest rekordem, a na przestrzeni trzech dekad liga miała zaledwie siedmiu różnych triumfatorów (Manchester United, Blackburn Rovers, Arsenal, Chelsea, Manchester City, Leicester City i Liverpool). Było ich trzech do momentu, gdy w sezonie 2004/2005 ligę wygrała Chelsea zasilana przez pieniądze Romana Abramowicza (klub został mistrzem kraju dopiero drugi raz w swojej historii; na powtórzenie sukcesu musiał czekać 50 lat). Kilka lat później do grona najlepszych dołączył Manchester City (poprzednie mistrzostwo: 1968), tym razem opłacany przez szejka Mansoura, co tylko potwierdziło teorię, że finanse grają w Premier League pierwsze skrzypce. Ostatnich 30 lat obfitowało w wydarzenia wyjątkowe w sensie sportowym. Można zaliczyć do nich chociażby: wyczyn Manchesteru United, któremu dwukrotnie udało się wygrywać Premier League przez trzy sezony z rzędu, drużynę Arsenalu, która nie przegrała ani jednego ligowego meczu w sezonie 2003/2004, Leicester City, które w maju 2016 roku zostało mistrzem Anglii w swoim drugim z rzędu sezonie w najwyższej klasie rozgrywkowej czy wreszcie Liverpool, który w 2020 roku sięgnął po swój pierwszy triumf w Premier League. Obecnie trwa 124. sezon w historii piłki nożnej w Anglii i 31. sezon Premier League. Od momentu jej utworzenia jedynie sześć klubów wystąpiło we wszystkich 31 sezonach – to Arsenal, Chelsea, Everton, Liverpool, Manchester United i Tottenham Hotspur. Co ciekawe, nigdy nie zdarzyło się, aby wszystkie trzy drużyny, które w danym sezonie spadły z Premier League, powróciły do niej w kolejnym. Trudno się temu dziwić, biorąc pod uwagę przepaść finansową dzieląca Premier League i Championship – nagroda za wygranie tej pierwszej to około 40 milionów funtów, podczas gdy zwycięzcy drugiej ligi zarabiają zaledwie około 100 tysięcy funtów. Budżety drużyn występujących w Premier League są zasilane nie tylko przez tzw. equal share za prawa do transmisji meczów (w zeszłym sezonie było to po 84 miliony funtów dla każdego zespołu), ale też bonusy (ich wysokość zależy od tego, ile razy spotkania tych drużyn pokazywano w telewizji oraz które miejsce drużyna zajmie w tabeli – najsłabszy ze spadkowiczów dostaje niewiele ponad 2 miliony funtów). Dla porównania: kluby z Championship otrzymują kwotę pomiędzy 7 a 8 milionów funtów za prawa telewizyjne za sezon (zawiera się w niej equal share, która wynosi 2.5 miliona, „płatność solidarnościowa” od Premier League, czyli 4.5 miliona i bonusy za transmisje konkretnych meczów – po 100 tysięcy funtów każdy). W nieco lepszej sytuacji są spadkowicze, którzy mogą liczyć na tzw. „płatność spadochronową” wypłacaną przez trzy sezony – to odpowiedni procent equal share z danego sezonu Premier League (55% w pierwszym sezonie, 45% w drugim i 20% w trzecim, co obecnie daje odpowiednio 40, 35 i 15 milionów funtów). Wypłatę w trzecim sezonie dostaną tylko te kluby, które przed spadkiem grały w Premier League dłużej niż przez jeden sezon. Łatwo zauważyć, że obecny system rozgrywek obok aspektów czysto sportowych promuje też umiejętne zarządzanie klubem i trafiającymi do niego pieniędzmi.
8
Narodziny Premier League:
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360
8
Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:
20 lutego 1933 r. urodził się Humberto Dionisio Maschio, legendarny napastnik. Mistrz Argentyny, mistrz Włoch, zdobywca Copa Libertadores(z Racingiem Club w 1967 r.), zdobywca Pucharu Interkontynentalnego, również z Racingiem w 1967 i wreszcie zdobywca Copa America z 1957 r. Maschio to dziecko Racingu, gdyż urodzony w dzielnicy Avellaneda i chociaż zaczynał w Arsenal Sarandi, ,,Akademia” szybko upomniała się o obiecującego młodzieńca. Ustawiony akurat pomiędzy Corbattą i Angelillo, zadebiutował w lidze w 1955 a już rok później grał w reprezentacji. W kadrze w przeciągu zaledwie 2 lat(1956-57) osiągnął rewelacyjną przeciętną: w 12 meczach strzelił… 12 goli! Opanowany, poważny i ponadprzeciętnie inteligentny zarówno na boisku jak i poza nim, solennie zasłużył na przydomek ,,Bocha” czyli głowa. Bowiem Maschio głównie tą częścią ciała posługiwał się w grze. Owszem główkował dobrze, lecz przede wszystkim myślał. Zimny i rozważny momentalnie wyrósł na wybitnego stratega linii ataku. Proporcjonalnie zbudowany(176 cm i 76 kg) silny i skoczny, dryblował i strzelał nie gorzej od innych. Jednak wszystko to robił ekonomicznie, żadnego zbędnego ruchu, żadnej kiwki ponad rzeczywistą potrzebe. Po mistrzowsku wiązał akcje całej piątki, zmieniał rytm gry i dyktował tempo. Zdumiewał mrówczą pracowitością; bezpośrednio po stracie piłki angażował się w jej odzyskanie. Wkrótce po Copa America wykupiła go włoska Bolonia. We Włoszech zapisał piękną karte. Dla Bolonii w latach 1957-59 strzelił 13 goli w 43 meczach, po czym z równym powodzeniem występował w Atalancie(1959-62, 80 meczów i 22 gole), w Interze(1962-63, 15 meczów i 4 gole) a wreszcie w Fiorentinie(1963-66, 51 meczów i 11 goli). Kiedy wydawało się że ta błyskotliwa kariera dobiegła końca, Maschio zadziwił wszystkich. Od zamiaru zawieszenia butów na kołku odwiódł go dawny kolego z boiska, trener Racingu Juan Pizzuti. W 1966 powrócił do swojego starego klubu i w imponującym stylu poprowadził go do ligowego mistrzostwa. Do gry odnowionego, świetnego zespołu(Cejas, Perfumo, Basile, Cardeñas, Rulli) wniósł całą nabytą wiedze i mądrość wytrawnego reżysera. Racing w ogromnej mierze dzięki jego przywództwu, stworzył nową jakość w argentyńskim futbolu: ,,dinamica collectiva”, zespołowy dynamizm. Pod wodzą Maschio ,,Akademia” zdobyła Copa Libertadore i jako pierwszy klub Argentyny, po dramatycznych meczach ze szkockim Celtikiem została w 1967 roku klubowym mistrzem świata!
@Adran360
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
@Sysia11
10
Na San Siro górą Milan:
20 lutego 2013 r. AC Milan pokonał FC Barcelone 2:0 w 1/8 Ligi Mistrzów. Milan nie mógł skorzystać z pozyskanego z Manchesteru City Balotellego a w Blaugranie z kontuzją grał Xavi. Ostatecznie to zespół prowadzony już przez Jordiego Roure, który zastąpił Tito Vilanove po tym, jak u następcy Guardioli wykryto nowotwór, wyraźnie przegrał na San Siro 0:2.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360
0
@Cvzx No tak ale nie tylko samym serwisem Iga potrafiła wygrywać mecze...
a jaki jest tego powód że grała średnio...?
0
@Eklerek Jeśli wystarczy bardzo dobrze wyglądać na turnieju i wygrać z pięciokrotną zwyciężczynią wielkoszlemowych turnieji i drugą rakietą świata, to wiele tenisistek badzo dobrze wygląda. Dlaczego akurat tej młodej siksie się udało?
0
Co się dzieje z naszą kochaną Igą? Żeby tak gładko przegrać z jakąś młodziutką siksą! O co tu chodzi?
10
Tym razem Neeskens zastąpił Rijkaarda:
20 lutego 2008 r. Blaugrana grała w ⅛ Lidze Mistrzów o posadę Franka Rijkaarda. Media plotkowały że Joan Laporta pozostaje w stałym kontakcie z Jose Mourinho i jest gotów zatrudnić go u siebie. Na Celtic Park, gdzie holenderski szkoleniowiec musiał zasiąść na trybunach a zespół poprowadził Johann Neeskens (przed sezonem zastąpił w roli asystenta Henka ten Cate), Barça jednak wygrała 3:2 po dwóch golach Messiego(18 i 79 minuta) oraz Henry’ego(52 minuta), mimo że do czasu strzelenia gola przez Francuza przegrywała 2:1. Artur Boruc pomimo puszczenia trzech goli został uznany najlepszym graczem meczu. W rewanżu naznaczonym kontuzją Leo Messiego też spisał się wybornie chroniąc zespół przed wyższą niż 0:1 porażką. Przypominam że Boruc obchodzi dzisiaj urodziny, więc jeszcze o nim wspomnę…
Jubileusz ,,Pepa”:
20 lutego 2010 r. Josep Guardiola rozegrał swój setny mecz na ławce rezerwowych jako trener FCB. Blaugrana pokonała wówczas Racing Santander 4:0 a największą gwiazdą wieczoru był młodziutki Thiago Alcantara- syn Mazinho, mistrza Świata z 1994 r. W pierwszych stu spotkaniach Guardiola zanotował aż 71 zwycięstw i był to drugi najlepszy wynik w historii klubu. Rekordzistą jest Helenio Herrera, który w pierwszych stu meczach wygrał 72 razy, tyle że Pep przegrał w tym samym czasie o 6 meczów mniej.
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
0
@partymaker Jaki mecz?
1
Co to za losowanie 1/8 Ligi Mistrzów kiedy już dobiera się potencjalnego przeciwnika?
9
Wyjątkowe legendy futbolu:
19 lutego 1954 r. urodził się Sócrates Brasileiro Sampaio de Souza Vieira de Oliveira, legenda brazylijskiego futbolu. Z dwóch mistrzostw świata nie przywiózł medalu, tylko raz otrzymał nagrodę dla najlepszego zawodnika kontynentu, futbolem - jak sam mówił - zajął się przypadkowo, bo nigdy się nim nie interesował. Brazylijczycy jednak uważają go za jednego z najlepszych graczy, którzy nosili kanarkową koszulkę reprezentacji, a dla kilku pokoleń kibiców na świecie Socrates był synonimem piłkarza wirtuoza. Choć miał aż 193 cm wzrostu, z piłką wyczyniał cuda. Jego podania rozbrajały najszczelniejsze defensywy. - Wybierał optymalne rozwiązania, wiedział, gdzie pobiegnie kolega i rywal. Imponował nieszablonowym dryblingiem - wspomina Stefan Majewski. Słynął z zagrań piętą. Pele uważał, że Socrates grał lepiej tyłem niż większość przodem. - Na boisku zachowywał się dostojnie. Grał czysto. Rywalizowanie z nim było przyjemnością. Mało biegał, ale imponował inteligencją i wyszkoleniem technicznym - mówi Zbigniew Boniek. Obaj Polacy grali przeciw Socratesowi w 1/8 finału MŚ w 1986 r. Przegraliśmy wtedy 0:4. Socrates wyżej od sukcesów na boisku cenił te, które odniósł poza nim. Historia Socratesa nie jest typową opowieścią o brazylijskim piłkarzu, który wychował się w faweli, szybko rzucił szkołę, a młodość spędził na ulicy, uganiając się boso za zdartą piłką. Jego ojciec życie spędził z nosem w książkach, dorobił się olbrzymiej biblioteki, najstarszemu synowi podsuwał dzieła antycznych filozofów. - Moi młodsi bracia nazywają się Sofokles i Sostenes. To o ojcu mówi wszystko - wspominał Socrates. Sam między treningami czytywał nie tylko greckich filozofów, ale i dzieła Machiavellego oraz Hobbesa. Fascynowali go Che Guevara, John Lennon i Fidel Castro. Dlatego jeden z sześciu synów Socratesa otrzymał imię po kubańskim dyktatorze. Gdy matka spytała go, czy nie obawia się, że imię Fidel może być dla dziecka obciążeniem, spytał ją tylko, gdzie była, kiedy ojciec wybierał imię dla niego. Jak na lewicowca przystało, wprowadził w klubie "demokrację Corinthians". Brazylią rządziła wówczas wojskowa dyktatura, a Socrates uważał, że szefowie klubu traktują piłkarzy jak generałowie obywateli. Wymusił na działaczach, by decyzje podejmowano, głosując. Zaczęło się od spraw błahych, każdy - od sprzątaczki po prezesa - decydował, kiedy drużyna zje obiad i jakich piłkarzy sprowadzić. Później zawodnicy decydowali, czy wyjdą na boisko w koszulkach z napisem "democracia", czy wypisanym wezwaniem do udziału w wyborach.
Wtedy zaprzyjaźnił się z Luizem Inácio Lulą da Silvą, sławnym działaczem związkowej opozycji, prezydentem kraju po obaleniu wojskowej dyktatury. Razem brali udział w demonstracjach przeciw torturowaniu więźniów politycznych. W 1984 r. przed 1,5 mln ludzi Sokrates obiecał, że jeśli dojdzie do wolnych wyborów, odrzuci propozycję gry we Włoszech. Wtedy jeszcze się nie udało i Socrates na rok przeniósł się do Fiorentiny. Był krytykiem współczesnego futbolu. Tłumaczył, że coraz lepiej zbudowani fizycznie piłkarze mają na boisku mniej miejsca, grają z pierwszej piłki, przez co mecze są coraz brzydsze. - W 1970 r. zawodnik biegał ok. 4 km w każdym meczu, teraz prawie cztery razy więcej. Inne sporty dostosowały się do zmian, a w piłce wciąż obowiązują te same przepisy. Dziś powinno się grać dziewięciu na dziewięciu - uważał Socrates. Nie oszczędzał też selekcjonerów reprezentacji Brazylii. Na mundialu w 2002 r. defensywne pomysły trenera Luiza Felipe Scolariego nazwał "kupą g.". Na mistrzostwach świata w RPA kibicował Hiszpanom, bo uważał, że prowadzona przez Dungę reprezentacja Brazylii wyrzekła się korzeni. - Zwycięstwo nie może być celem samym w sobie. Artyzm i piękno to także część tej gry - mówił, a rodacy słuchali kapitana ostatniej reprezentacji "Canarinhos", która swą grą wprowadzała kibiców w ekstazę.
Brazylia z 1982 r. uchodzi do dziś za najlepszy zespół, który nie zdobył mistrzostwa świata. I jest przez rodaków cieplej wspominana od grających nudno zwycięzców mundialu z 1994 r. Brazylia, uważana za faworyta turnieju w Hiszpanii, potrzebowała remisu z Włochami, by awansować do półfinału. Choć na 20 minut przed końcem było 2:2, dowodzeni przez Socratesa "Canarinhos" nie zrezygnowali z ataków. Włoch Paolo Rossi zdobył swoją trzecią bramkę i Brazylijczycy przegrali 2:3. Cztery lata później odpadli w ćwierćfinale po rzutach karnych z Francją, a pierwszej jedenastki nie wykorzystał Socrates. - Nie ubolewałem nad porażkami, jestem dumny, że grałem na dwóch mundialach i byłem częścią fantastycznego zespołu z 1982 r. - mówił. Po zakończeniu kariery pisał felietony, w których rzadko zajmował się futbolem. Bardziej interesowały go polityka i ochrona środowiska. Choć skończył medycynę i otworzył klinikę, zdrowiem nigdy się nie przejmował. Od 13. roku życia palił kilka paczek papierosów dziennie, dziennikarzom opowiadał, że tysiące razy próbował rzucić nałóg, ale determinacji starczało mu na kilka godzin. - Umrę na raka lub rozedmę płuc - mówił kilka lat temu. Zabił go jednak alkohol. Jego przyjaciele opowiadają, że niezależnie od tego, ile w siebie wlał, nigdy nie był pijany. Socrates zaprzeczał, że jest alkoholikiem, ale przyznawał, że "lubi łyknąć sobie rano i po południu". W ostatnich tygodniach miał problemy z wątrobą, czekał na przeszczep.
Grał w Botafogo (1974-78), Corinthians (1978-84), Fiorentinie (1984-85), Flamengo (1988-89) i Santosie (88-89). W 2004 r., po 50. urodzinach, zagrał kilka minut w meczu amatorskiego angielskiego Garforth Town. W reprezentacji wystąpił 60 razy, strzelił 22 gole. Miesięcznik "World Soccer" uznał go za 61. spośród najlepszych piłkarzy w dziejach.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360
8
Zasłużone postacie polskiego futbolu:
19 lutego 1940 roku w Warszawie urodził się Andrzej Michał Strejlau, absolwent stołecznej AWF, w młodości uprawiał w warszawskich klubach piłkę nożną i ręczną. Podczas mistrzostw świata 1974, zakończonych wielkim sukcesem polskich piłkarzy(trzecie miejsce), a także na igrzyskach olimpijskich 1976 (drugie miejsce) był asystentem w sztabie szkoleniowym Kazimierza Górskiego, natomiast później - kolejnego trenera kadry Jacka Gmocha. W 1989 roku został selekcjonerem reprezentacji Polski, którą prowadził do 1993 roku. Jako szkoleniowiec ligowy trenował m.in. Legię Warszawa (dwukrotnie: 1975-79 i 1987-89, Puchar Polski) i Zagłębie Lubin. Pracował także w klubach zagranicznych - z Islandii (Fram Reykjavik), Grecji (AE Larisa) oraz Chin (Szanghaj Shenhua). Wielki pasjonat futbolu, od lat ceniony komentator i ekspert w różnych stacjach telewizyjnych. Znawca piłki w wydaniu międzynarodowym i krajowym, zarówno seniorskim jak i juniorskim. Wciąż w dobrej formie, którą - jak przyznaje - zawdzięcza m.in. nauczycielom z czasów szkolnych. "Jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne, wspomnę o warszawskim liceum, popularnej "jedynce" (na Żoliborzu), którą kończyło wiele znanych osób, m.in. mój kolega prof. Zbigniew Religa. Miałem tam świetnego nauczyciela wychowania fizycznego, pana Czerwińskiego. Kładł duży nacisk na wszechstronne zajęcia. Ci, którzy uprawiali gimnastykę, na różnych przyrządach, musieli również ćwiczyć dyscypliny drużynowe. To się później bardzo przydało" - przyznał Strejlau. Pan Andrzej nie ukrywa, że miał szczęścia do spotykania na swojej drodze wspaniałych ludzi. "Jestem wychowankiem Jerzego Talagi, do PZPN ściągnął mnie Ryszard Koncewicz, a później w reprezentacji pracowałem przy Kazimierzu Górskim" - wspomina. Strejlau jest od lat niekwestionowanym autorytetem wśród trenerów. "Zawsze starałem się trzymać określonych zasad. Pamiętajmy, że szkoleniowców zmienia się często. Najważniejsze, żeby umieć zachować swoją filozofię postępowania. Trzeba mieć cały czas swoje zdanie, bez względu na okoliczności i problemy. Przecież trener, podpisując kontrakt, tak naprawdę podpisuje jednocześnie swoje... zwolnienie. Tak jest na całym świecie" - podkreślił. Jak dodał, w przypadku szkoleniowców ważna jest również odpowiedzialność za drużynę. "Wszelkie analizy zawsze trzeba rozpoczynać od siebie, a nie od zespołu. Czasami trenerzy mówią po porażkach, że biorą winę na siebie. A przecież to oczywiste. Kolejne przesłanie dla młodszych kolegów - niech słuchają wszystkich. Będą zdania mądrzejsze, głupsze, ciekawe lub nie, ale na koniec trzeba samemu podjąć decyzję. To trener musi mieć ostatnie zdanie" - zaznaczył Strejlau. Sam przyznaje, że pełnił prawie wszystkie funkcje w PZPN. M.in. przewodniczącego Kolegium Sędziów, szefa wydziału szkolenia, a nawet rzecznika prasowego. Był również prezesem Stowarzyszenia Trenerów Piłki Nożnej. W 1999 roku odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. W swoim bogatym życiorysie ma także... epizod w popularnym, zwłaszcza wśród młodzieży, filmie fabularnym (komedia "Poranek kojota", reż. Olaf Lubaszenko).
@Adran360
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
8
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
19 lutego 1931 r. w Nowym Bytomiu urodził się Marceli Strzykalski, waleczny i dysponujący niespożytymi siłami pomocnik. Wychowywał się w Nowym Bytomiu, dzielnicy Rudy Śląskiej. Jego sąsiadem z podwórka był Lucjan Brychczy. Przygodę z piłką zaczynał jeszcze w czasach okupacji. Kiedy w 1945 r. rodzice przeprowadzili się do Bobrka, Marceli próbował swoich sił w Szombierkach, ale nie zrobił tam na nikim wrażenia. Jako młody piłkarz był zawodnikiem śląskich klubów – Pogoni Nowy Bytom i Bobrka Bytom. Później przeniósł się do Sosnowca, choć proponowano mu grę w hutniczym Baildonie, ale działacze Zagłębia powiedzieli mu, że klub wkrótce zostanie rozwiązany, więc Strzykalski wybrał występy w Sosnowcu. W 1951 r. trafił do Garnizonowego WKS Kielce. Oprócz gry w piłkę próbował swoich sił w sportach walki. Kiedy grał w Bytomiu, to zimą po zakończeniu sezonu przychodził na halę i walczył na zapaśniczej macie. W Kielcach zgłosił na treningi bokserskie, bo jako sportowiec nie musiał wtedy brać udziału w ćwiczeniach młodego rocznika. W klubie brakowało boksera wagi ciężkiej, więc Strzykalski sporo przybrał na wadze, żeby osiągnąć odpowiedni limit i nawet stoczył kilka oficjalnych walk. Z Kielc przeniesiono go do Krakowa, gdzie został zawodnikiem Wawelu.
W 1953 r. pod okiem trenera Artura Waltera zespół zdobył nieoczekiwanie wicemistrzostwo Polski, mając w składzie takich graczy jak Edmund Kowal, Czesław Uznański, Eugeniusz Piechaczek czy właśnie Strzykalski. Nie mogło być tak, że Okręgowy Wojskowy Klub Sportowy, jakim wówczas był Wawel, jest lepszy od klubu centralnego, jakim była Legia. Wawel rozwiązano, a najlepsi jego piłkarze trafili do Warszawy. Wśród nich był też Strzykalski. Na debiut w ekstraklasie w barwach nowego klubu musiał jednak czekać do 17 października, kiedy to wystąpił w meczu z ŁKS-em. Zaprezentował się na tyle dobrze, że trener János Steiner stawiał na niego konsekwentnie do końca sezonu. Rok później, kiedy Legia pod wodzą Węgra sięgała po tytuł mistrzowski i po puchar Polski, to Strzykalski był jednym z ważniejszych ogniw drużyny. Sukces ten powtórzył w kolejnej kampanii, ciekawostką jest fakt, że w meczu z Odrą Opole 15 kwietnia 1956 r. przez kilka minut zastępował w bramce opatrywanego Szymkowiaka. W Legii razem z Edmundem Zientarą stworzył najlepszą klubową parę pomocników. Na Łazienkowskiej występował do 1963 r. Zagrał dla klubu w 162 meczach i zdobył 15 goli. Grał twardo i czasami ostro. Zdarzało się, że sędziowie wyrzucali go z boiska, ale swoją walecznością zdobył serca kibiców. Po odejściu z Legii grał jeszcze przez rok dla Warszawianki. W biało-czerwonych barwach pierwszy raz wystąpił w 1952 r. jeszcze jako zawodnik Wawelu. Wystąpił w wygranym 3:0 meczu z NRD, a w 58. minucie został zmieniony przez Czesława Suszczyka. To właśnie ten piłkarz blokował mu miejsce w kadrze przez kolejne lata. Na szansę w reprezentacji czekał cztery lata, kiedy trener Koncewicz wystawił go zremisowanym 0:0 meczu Norwegią. W drużynie narodowej występował z mniejszym lub większymi przerwami do 1961 r., kiedy to zagrał w starciu z RFN, które Polacy przegrali 0:2. W Reprezentacji rozegrał 17 meczów.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Adran360
8
Mecz w cieniu katastrofy:
19 lutego 1958 roku Manchester United powrócił z piekła. W trzynasty dzień po katastrofie w Monachium miał miejsce przełożony mecz piątej rundy Pucharu Anglii z Sheffield Wednesday. W zimny, lutowy wieczór na ,,Old Trafford” zebrało się 60 tysięcy oddanych fanów „Czerwonych Diabłów”. Wielu z nich miało na sobie biało-czerwone szaliki owinięte czarnymi wstęgami. Większość płakała. Kibice otrzymali programy meczowe bez wpisanego składu gospodarzy i to spiker zawodów zachęcał obecnych do własnoręcznego wypełnienia dokumentu. Asystent sir Matta Busby’ego – Jimmy Murphy – który podjął się misji odbudowania klubu podczas czasowej absencji bossa, do ostatnich chwil przed meczem kompletował skład. Po latach wspominał zakontraktowanie Stana Crowthera: ,,Eric Houghton był managerem w villa w tym czasie i powiedział stanowi, ze my się nim interesujemy. Stan nie chciał opuszczać aston villa, ale Eric zabrał go na Old Trafford na mecz z Sheffield Wednesday. Po drodze powiedział mu, ze chciałby, żeby Stan pomógł nam, ale ten odparł, ze nie wziął ze sobą stroju. „Nie martw się, mam twoje buty w bagażniku” – powiedział Eric. Spotkaliśmy się o 17.30 i godzinę przed rozpoczęciem meczu Stan podpisał kontrakt! Cytat ten pokazuje dobitnie, w jaki sposób była budowana jedenastka United. Gdyby nie pomoc managerów z całej Anglii, zapewne ciężko byłoby doprowadzić nie tylko do tego spotkania, ale i tak rychłej odbudowy klubu. Z pośród graczy, którzy przeżyli katastrofę lotniczą, w tym meczu wybiegł tylko bramkarz Harry Gregg i obrońca Bill Foulkes. Junior Ian Greaves, który zastępował Rogera Byrne’a, powiedział po meczu: ,,Pamiętam, że w szatni było bardzo cicho. Przebierałem się w miejscu, gdzie zwykle siedział Roger. Miałem na sobie jego koszulkę…”.
Nowym graczem w składzie był również Shay Brennan – Irlandczyk, który nie mógł sobie wymarzyć lepszego debiutu. To właśnie jego dwie bramki znacząco przyczyniły się do zwycięstwa Manchesteru United. Trzecią dołożył Alex Dawson. „Czerwone Diabły” grające ku czci swoich zmarłych kolegów, niesione dopingiem publiczności zdemolowały rywala z Sheffield 3:0. Jednak tego wieczoru nie wynik był najważniejszy. Rozdarte bólem i cierpieniem serca fanów radowały się jednocześnie, ponieważ ich klub(wielki Manchester United) nie upadł. Nawet po tak wielkiej tragedii, dzięki pomocy swoich rywali, podniósł się i pokazał światu, że był, jest i będzie wielki, a jego czerwone niczym krew ofiar koszulki wzbudzać będą strach wśród konkurentów przez lata.
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
12
Pogrom na Osasunie i hattrick Romario:
19 lutego 1994 r. FC Barcelona rozgromiła na Camp Nou Osasune Pampelune 8:1 w ramach 24 kolejki Primera Division. Hattrickiem popisał się genialny brazylijski napastnik Romario. Pozostałe gole zdobywali: Koeman(2 gole z rzutów karnych), Amor, Quique Estebaranz oraz Stoiczkow(również z rzutu karnego). Po tej kolejce Barça zajmowała 3 pozycje z dorobkiem 30 punktów, tracą 6 punktów do prowadzącego Deportivo La Coruña.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360
0
@esem91 Chciałbym w to wierzyć! Te dziadygi zrobią(potriafią zrobić) wszystko żeby dzisiaj awansować. Real to nie Atalanta...
8
Kultowy stadion Dumy Katalonii:
19 lutego 1922 r. rozpoczęto budowę słynnego stadionu Blaugrany: Camp de Les Corts. FC Barcelona kupiła za 960 tysięcy peset tereny na końcu ulicy Les Corts i 19 lutego 1922 rozpoczęła tam budowę nowego stadionu na 25 tysięcy osób, który zainaugurowano 20 maja tego samego roku. Później pojemność zwiększono do 30 tys., następnie dzięki małym trybunom po sześć siedzeń dostawionym tuż przy boisku – do 45 tysięcy, aż w końcu do 60 tysięcy. Wszystko przez ogromne zainteresowanie kibiców, zafascynowanych występami zwłaszcza takich zawodników jak Samitier, Alcântara, czy Zamora. Na początku boisko nie miało trawy, ale musiano ją posiać w 1926 roku w związku z wymaganiami Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej. Obiekt powstał około kilometra od zbudowanego trzy dekady później Camp Nou, pomiędzy istniejącymi do dziś ulicami Numancia, Travessera de les Corts, Vallespir i Marques de Sentmenat. W uroczystości uczestniczyło około 2,5 tys. kibiców, wśród nich Joan Gamper oraz przedstawiciele innych klubów katalońskich i hiszpańskich, między innymi Athleticu Bilbao i Realu Madryt. Pierwszy mecz na legendarnym Les Corts FC Barcelona rozegrała przeciwko drużynie Saint Mirren i zwyciężyła 2:1. Premierową bramkę zdobył nie kto inny jak Paulino Alcântara. Stadion przy Les Corts jest symbolem pierwszej złotej ery w historii Blaugrany, która trwała przez całe lata 20-te. Jest również symbolem niesamowitej ekspansji i rozwoju klubu, ponieważ musiał być cały czas rozbudowywany. Kolejne rozbudowy nie były jednak w stanie zmienić faktu, że był on za mały na potrzeby rosnącego w siłę zespołu. 21 kwietnia 1957 roku remisem 1:1 zakończyło się spotkanie FC Barcelony z Sewillą, które było jednocześnie ostatnim meczem na stadionie Les Corts. W 1966 roku został on ostatecznie zburzony a w jego miejscu znajduje się dziś ,,Parc de Les Corts”.
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
2
@Safrani No ma, gdyż to wybitny był piłkarz na swojej pozycji...