FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Kto wygra mistrzostwo świata?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
5
Historia mistrzostw Europy część 14:
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson
9
@FCBparasiempre
Gilmar, Djalma Santos, Nilton Santos, Didi, Zito, Vava, Zagallo. Tuż przed rozpoczęciem Mistrzostw Świata w 1958 roku Brazylia miała kim straszyć swoich przeciwników. Trener Vicente Feola dokooptował do składu na turniej, pod presją mediów i kibiców, dwóch zawodników, którzy dla świata byli wówczas anonimowi. Jak bardzo Pele i Garrincha, bo o nich mowa, zmienili historię futbolu? Zgodnie z obietnicą FIFA z lipca 1950 roku, organizację Mundialu 1958 powierzono Szwecji. Chęć udziału w turnieju wyraziło 55 krajów. Większość z nich podzielono na trzyzespołowe, kontynentalne grupy. Polska została skojarzona z Finlandią i ZSRR. Finowie przegrali wszystkie mecze, stając się, zgodnie z przewidywaniami, outsiderami tabeli. Biało-Czerwoni przegrali pierwszy mecz z Rosjanami 0:3, a rewanż na Stadionie Śląskim doczekał się miana legendy. 100 tys. osób obserwowało, jak po dwóch bramkach Gerarda Cieślika Polacy zwyciężyli 2:1. W związku z taką samą liczbą punktów, konieczny był dodatkowy mecz barażowy na neutralnym terenie. W Lipsku Sowieci zwyciężyli 2:0 i to “Wielki Brat” wywalczył awans na Mistrzostwa Świata. Ciekawy przypadek z eliminacji dotyczy reprezentacji Izraela. Izraelczycy mieli pierwotnie przejść cztery etapy kwalifikacji. W każdym z nich trafiali na kraje muzułmańskie, kolejno Turcję, Indonezję, Egipt i Sudan. Żaden z nich nie chciał rozgrywać meczu na terenie swojego oponenta, zatem wszyscy solidarnie oddali dwumecze walkowerem. Cztery starcia, cztery walkowery – czy taka sytuacja zapewniła Izraelowi udział w czempionacie? Myśląc logicznie, powinna zapewnić ale nie zapewniła! FIFA stwierdziła, że bez grania w eliminacjach udział w turnieju przysługuje jedynie gospodarzom (Szwecja) i aktualnemu Mistrzowi Świata (Republika Federalna Niemiec), zatem postanowiła, że Izrael zmierzy się z jedną z drużyn, która zajęła drugie miejsce w swojej grupie w eliminacjach europejskich. Wylosowano Walię. Wyspiarze wygrali dwa mecze w rozmiarze 2:0 i to oni pojechali do Skandynawii. Swoją drogą, jeden jedyny raz w historii zdarzyło się, by awans wywalczyły aż cztery drużyny z Wysp Brytyjskich – Anglia, Walia, Szkocja i Irlandia Północna. W turnieju, rozegranym w dniach 8-29 czerwca 1958 roku, wzięło udział 16 drużyn: Szwecja, RFN, Anglia, Francja, Węgry, Czechosłowacja, Walia, Austria, ZSRR, Jugosławia, Irlandia Północna, Szkocja, Argentyna, Brazylia, Paragwaj i Meksyk. Zostały podzielone na cztery grupy. W grupie A mierzyły się Argentyna, Irlandia Północna, Czechosłowacja i RFN. Grupa B skojarzyła ze sobą Jugosławię, Francję, Paragwaj i Szkocję. Grupa C: Meksyk, Szwecja, Walia i Węgry. Najciekawiej zapowiadały się pojedynki w grupie D, w której zameldowały się ekipy Anglii, Austrii, Brazylii i ZSRR. W szwedzkim czempionacie wprowadzono kilka innowacji. Po raz pierwszy ułożono finałową drabinkę, dzięki czemu nie było konieczności losowania par w fazie pucharowej. Wielką popularnością cieszył się konkurs na oficjalną piłkę. Organizatorzy doczekali się aż 103 zgłoszeń. Ostatecznie wygrał model “Gunnar Gren”, nazwany tak na cześć znakomitego szwedzkiego pomocnika. Ponadto po raz pierwszy mecze były transmitowane na żywo w telewizji. Co prawda tylko na terenie Szwecji, inne kraje nadal musiały podziwiać wyczyny piłkarzy jedynie z odtworzenia. Nie zmienia to jednak faktu, że był to bardzo duży krok w kierunku komercjalizacji i popularyzacji najpiękniejszej dyscypliny sportu na świecie. Jednym z głównych faworytów do sięgnięcia po Złotą Nike była Brazylia. Canarinhos bardzo poważnie podeszli do turnieju. Na kilka miesięcy przed jego rozpoczęciem krajowy rząd postanowił przekazać na reprezentację potężną działkę pieniędzy. W związku z tym piłkarze z kraju kawy mieli zapewnione najlepsze warunki przygotowawcze.
Ponadto do pracy w kadrze zaangażowanego prywatnych lekarzy, dentystów, a nawet psychologa. W związku z faktem, że większość zawodników wywodziła się ze skrajnej biedy, przywołani fachowcy mieli ręce pełne roboty. Najwięcej do powiedzenia chciał mieć psycholog, Joao Carvalhaes. Jeszcze w trakcie selekcji dokonał na zawodnikach wiele badań psychologicznych. Dzięki uzyskanym wynikom zaczął namawiać trenera Vicente Feolę do tego, by ze zgrupowania wyrzucił dwóch gagatków, których wyniki “stanu umysłu” były wręcz katastrofalne. Jednego nazwał dzieckiem, a drugiego człowiekiem niedorozwiniętym. Pierwszym był 17-letni Pele, a drugim gwiazda Botafogo, 24-letni Garrincha. Feola również nie był zagorzałym zwolennikiem tych dwóch zawodników. Doskonale zdawał sobie sprawę, że obaj mają pstro w głowie i lubią sprawiać kłopoty wychowawcze. Ich obecność w drużynie narodowej była podyktowana olbrzymią presją mediów i społeczeństwa. Pele, mimo młodego wieku i koguciej budowie ciała, grał bez strachu, na wielkim luzie i prezentował niespotykaną wcześniej w Brazylii skuteczność. Garrincha był jeszcze większym fenomenem. Kiedy wychodził na rozgrzewkę wśród publiczności, przed którą prezentował się po raz pierwszy, wzbudzał salwę śmiechu. Wszystko przez specyficzną budowę ciała i sposób poruszania się. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że największy magik w historii piłki nożnej nie zrobiłby dzisiaj kariery, bo w młodym wieku zostałby pozbawiony nadziei przez lekarzy. Garrincha miał bowiem krzywy kręgosłup, lewą nogę krótszą od prawej, a w zestawie obie tworzyły swoisty żagiel na wietrze – lewa była wygięta na zewnątrz, a prawa do wewnątrz. Manuel Francisco dos Santos, bo tak brzmi pełne imię i nazwisko Garrinchy, urodził się i wychował w Pau Grande. Malownicza miejscowość była ziemskim rajem dla zawodnika. Gdy był mały, uwielbiał łowić ryby i polować na strzyżyki. To właśnie dzięki tym małym ptaszkom zyskał swój przydomek. Nie brał życia zbyt poważnie. Nie interesowało go zainteresowanie wyrażane jego osobą przez największe kluby w Brazylii. Wolał swoje Pau Grande, do którego stale wracał po wypłynięciu na szerokie wody. Kiedy w 1950 roku cały kraj rozpoczynał płacz podczas przegranego finału z Urugwajem na Maracanie, on na spokojnie łowił ryby. Nigdy nie dbał o pieniądze, co często wykorzystywali klubowi prezesi. Od zawsze był uczulony na pracę, a jego ulubionymi zajęciami było uganianie się na przemian za kobietami i za piłką. W jednym i drugim nie miał sobie równych. Byłe kochanki zachwalały jego łóżkowe umiejętności i 25-centymetrowy sprzęt, którym dysponował. Jeszcze większym magikiem był jednak na boisku. Chwała Bogu, że akurat tę zdolność mógł podziwiać cały świat. Dysproporcje w budowie ciała przeobraził w swoją tajną broń. Dzięki niespotykanej koordynacji ruchowej mało który przeciwnik był w stanie przewidzieć, jak zwód akurat wymyśli Garrincha. A dryblerem był niezwykłym. Uwielbiał holować piłkę, kiwać zawodników, zakładać im siatki. Sprawiało mu to większą przyjemność niż samo strzelanie goli. Tuż przed Mundialem 1958 reprezentacja Brazylii rozegrała sparingowe starcie z włoską Fiorentiną. Mane przedryblował obrońców, wyszedł sam na sam, okiwał bramkarza kładąc go “na tyłku” i mając przed sobą pustą bramkę… zatrzymał się, pozwolił golkiperowi wstać, wymanewrował go raz jeszcze i wszedł z piłką do jego świątyni. Feola, inni trenerzy i koledzy z drużyny z początku nienawidzili u niego samolubnej gry. Do czasu… Mundial 1958 zainaugurowało starcie Szwecji i Meksyku, pewnie wygrane przez gospodarzy 3:0. Szwedom trzeba oddać, że podczas całego turnieju prezentowali się znakomicie. Faza grupowa wyklarowała kilku pretendentów do wygrania mistrzostw. Wśród nich, obok Brazylii i Francji, byli właśnie Skandynawowie. Awans z grupy A wywalczyły drużyny RFN i Irlandii Północnej, z grupy B Francja i Jugosławia, a z grupy C Szwecja i Walia, której do promocji wystarczyły zaledwie trzy remisy. Najciekawiej było w grupie D, uznanej za grupę śmierci. Garrincha i Pele od początku turnieju ugrzęźli na ławce. Bez nich Canarinhos pokonali Austrię 3:0 i bezbramkowo zremisowali z Anglią, prezentując bardzo zachowawczą grę.
Decydującym meczem w kontekście awansu do fazy pucharowej było starcie z ZSRR. Na kilkanaście godzin przed pierwszym gwizdkiem do Feoli udała się rada drużyny, prosząc, by wystawił w składzie Pelego i Garrinchę. W tym samym czasie Carvalhaes wykonał na zawodnikach kolejne psychotesty. Pozytywnie zdało go tylko dwóch zawodników – Nilton Santos i, co zaskakujące, Pele. Najgorszy wynik osiągnął, a jakże, Mane. Kiedy został poproszony o narysowanie pierwszej rzeczy, która przychodzi mu na myśl, nabazgrał coś na kształt okręgu i kilku wychodzących z niego kresek. Psycholog zapytał: ,,Mane, mam rozumieć, że to słońce? Nie. Głowa Quarentinhy (kolega z Botafogo)”. Carvalhaes stanowczo odradzał Feoli wystawienie Garrinchy. Ten jednak wziął odpowiedzialność na swoje barki i odpowiedział: “Może i masz rację w kwestii psychiki Garrinchy, ale rzecz w tym, że nie znasz się na piłce nożnej”. Po wszystkim odsunął Carvalhaesa od drużyny aż do zakończenia mistrzostw. Garrincha i Pele wybiegli w podstawowej jedenastce. Mane nie znał brazylijskiego hymnu, podczas jego grania stał pogarbiony i wyraźnie znudzony. Zwracał na siebie uwagę publiczności. Feola chciał od samego początku pokazać, kto będzie dzielił i rządził na boisku, więc nakazał Didiemu, by pierwszą piłkę zagrał na skrzydło do Garrinchy. Tak się stało. Piłkarz z Pau Grande już w swoim dziewiczym kontakcie z futbolówką rozkochał w sobie kibiców zgromadzonych na trybunach. W ciągu pierwszych pięciu minut przez sowieckie pole karne przeszła prawdziwa nawałnica. Jej efektem był gol Vavy. Ten sam zawodnik ustalił rezultat w drugiej połowie. Zwycięstwo 2:0 dało Brazylijczykom pierwsze miejsce w grupie i awans do ćwierćfinału, gdzie czekała na nich Walia. Dzięki dość niespodziewanemu remisowi Anglii z Austrią, w grze pozostali Rosjanie. Po triumfie nad Sowietami prasa zachwycała się tylko jednym zawodnikiem, czarodziejem Garrinchą. Pisano, że zawodnik Botafogo “w pojedynkę rozwaliłby reprezentację Anglii”. Mecz 1/4 finału z Walią był słabszy w wykonaniu Canarinhos. Wielu trenerów jest zdania, że najtrudniejszym starciem na turnieju zawsze jest czwarty mecz. Potwierdziło się to na przykładzie drużyny Feoli. Mane stale miał przy sobie trzech opiekunów, nie opuszczających go nawet na krok, przez co ciężko było mu w pełni rozwinąć skrzydła. Bohaterem starcia został Pele, strzelec jedynego gola. W dniu starcia miał zaledwie 17 lat i 239 dni. Do dziś jest najmłodszym strzelcem bramki w finałach Mistrzostw Świata. Patrząc na dyspozycję poszczególnych zespołów, półfinał między Francją a Brazylią zapowiadał się wręcz fenomenalnie. Ułożeni Francuzi, do których dzień przed meczem przyjechały żony i partnerki, kontra nieokiełznani Brazylijczycy, którzy podczas mistrzostw żyli w seksualnym raju, uciekając z hotelu w ramiona bardzo wyzwolonych i chętnych na wszystko i o każdej porze Szwedek. Przede wszystkim była to jednak konfrontacja najlepszych zawodników na świecie. Z jednej strony Raymond Kopa i Just Fontaine, z drugiej Pele i Garrincha. Ci drudzy nie pozostawili żadnych złudzeń. Co prawda pierwsza połowa nie wskazywała końcowego, zdecydowanego triumfu, ale drugie 45 minut rozwiało wszelkie wątpliwości. Canarinhos więcej akcji przeprowadzali stroną Garrinchy, a ten szalał w najlepsze. Kryjący do Andre Lerond po latach odtworzył sobie zapis meczu na video i widząc, jak ośmieszał go Mane, szczerze stwierdził: “Wiedziałem, że było źle, ale dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jaki to był obciach”. Mimo wszystko Garrinchę w półfinałowym starciu przyćmił Pele, zdobywca klasycznego hat-tricka. Młokos liczący 17 lat i 244 dni został najmłodszym w historii strzelcem trzech bramek w jednym mundialowym meczu. Brazylia zwyciężyła 5:2. Finałowym przeciwnikiem piłkarzy Feoli byli Szwedzi, którzy w poprzedniej rundzie pokonali RFN 3:1. Zanim doszło do decydującego starcia, Francja ograła Niemców 6:3 w meczu o trzecie miejsce. Cztery bramki zdobył Just Fontaine. W całym turnieju uzbierał aż 13 trafień, co jest wyczynem niedoścignionym i ciężko będzie go kiedykolwiek poprawić. Przed wielkim finałem pojawił się problem. Stroje Szwecji i Brazylii były niemal bliźniacze, przez co konieczne było losowanie, która z drużyn może wystąpić w swoich standardowych, żółtych (kanarkowych) trykotach. Losowanie było łaskawe dla gospodarzy. Canarinhos mieli więc trzy opcje– koszulki białe, zielone albo niebieskie. Białe kojarzyły się z niczym innym jak z haniebną porażką na Maracanie w 1950 roku, więc automatycznie odpadły. Ostatecznie wybrano niebieskie. Z dwóch powodów. Niebieski był kolorem szat Matki Bożej z Aparecidy, patronki całego kraju, której powierzono opiekę nad piłkarzami podczas Mistrzostw Świata. Ponadto zauważono, że w poprzednich pięciu mistrzowskich edycjach aż cztery razy triumfatorem był zespół, grający finał właśnie w niebieskich koszulkach (po dwa razy Urugwaj i Włochy).
W Rio de Janeiro i innych miastach kraju powoli odczuwano nadchodzący sukces. Feola nie chciał powtórki z 1950 roku, zatem zabronił swoim zawodnikom rozmawiać z kimkolwiek przed decydującym starciem. Gdy na konferencji prasowej zobaczył setki mikrofonów, nakazał je powyłączać. Nie chciał szumu. Nie zapowiadał sukcesu, wypowiadał się rozważnie, z respektem i lekką obawą przed przeciwnikiem i wspierającą go publicznością. Przed każdym spotkaniem obowiązkowym rytuałem brazylijskich zawodników było wypicie narodowego dobra, kawy. Kawy oryginalnej, przywiezionych przez zespół ze swojego kraju w olbrzymich ilościach. W finale z początku bardziej pobudzeni byli jednak Szwedzi. Za sprawą Liedholma wyszli na prowadzenie już w czwartej minucie. Pięć minut później wyrównał niezawodny Didi. Ten sam zawodnik wyprowadził swoich kolegów na prowadzenie na nieco kwadrans przed końcem pierwszej części spotkania. W szatni zawodnicy znów posilili się kawą i w drugiej odsłonie odegrali kolejny koncert. Dwie bramki Pelego, najmłodszego w historii Mistrza Świata (17 lat i 249 dni), i jedna Zagallo były efektem zdecydowanej, ofensywnej, radosnej gry Canarinhos, napędzanej rajdami Garrinchy. Ostateczny wynik odzwierciedlał różnicę między dwoma zespołami – 5:2. Po końcowym gwizdku niemal cała zwycięska ekipa zalała się łzami szczęścia. Niemal cała, bo niewzruszony pozostał jedynie Garrincha. Dla niego zwycięstwo w finale Mundialu smakowało mniej więcej tak, jak zwycięstwo na podwórku w Pau Grande. Podczas koronacji Mistrzów Świata, zgodnie z tradycją, puchar Julesa Rimeta trafił w ręce kapitana, Belliniego. Zawodnik uniósł statuetkę wysoko ponad głowę, dając przykład kolejnym pokoleniom zawodników, którzy w podobny sposób świętują zdobycie ważnego pucharu lub mistrzostwa. Brazylia oszalała na punkcie swoich zawodników. Oszalał również cały świat. Każdy, kto śledził przebieg Mistrzostw Świata, był zauroczony Pelem i Garrinchą. Nelson Rodrigues pisał o tym drugim: “Jest uważany za idiotę, ale na Mistrzostwach Świata pokazał, że to my jesteśmy idiotami. Myślimy, racjonalizujemy. Przy cudownej szybkości jego reakcji jesteśmy nierobami, ociężałymi hipopotamami”. Pele i Garrincha stali się najcenniejszym dobrem narodowym Brazylii. Z całego świata otrzymywali setki listów z prośbą o autografy, europejskie ekipy zapraszały Botafogo i Santos na tournee, a kobiety mdlały na ich widok, z czego zawodnicy skrzętnie korzystali. Ich wartość była do tego stopnia niepodważalna, że otrzymali zakaz podróżowania jednym samolotem. Dalsza historia pokazała, że gdy w reprezentacji występowali w duecie, Canarinhos nie przegrali meczu. Na całym świecie to Pele po dziś dzień jest uznawany za najlepszego piłkarza w historii, jednak większość Brazylijczyków w tym rankingu znacznie wyżej stawia Garrinchę. Mane porywał tłumy, często w pojedynkę rozstrzygał losy spotkań. W narodowych barwach wystąpił 50 razy. Wówczas Brazylia przegrała tylko jedno spotkanie. Kiedy? Tego dowiecie się przy innej okazji.
8
Joga Bonito, czyli piękna gra:
@Symson
@Pawel13sz
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@Comentateiro
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
0
@Kamiloza91 Zdaje się że najmłodszym był Luis Nazario de Lima
1
@Jakchcesz A to dzięki śliczne za wyjaśnienie :) Ach ta chińszczyzna....
10
Bobek wyrównuje osiągnięcie Fernando Peyroteo:
8 czerwca 1947 r. genialny Jugosłowiański napastnik Stjepan Bobek strzelił 9 goli(!) w jednym, wygranym przez Partizan 10:1 meczu ligi jugosłowiańskiej przeciwko 14. Oktobar. Mecz rozgrywany był w miejscowości Nisz. Przypomne tylko iż absolutnym rekordzistą świata pod tym względem jest Ernest Wilimowski, który w jednym meczu strzelił 10 goli!
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson
1
@Sysia11 Aaaa to chodzi o te bijatyki! No to akurat mnie to wogóle nie interesuje, jak to mówi młodzież: nie kręci mnie to. Słuchaj, mówisz że nie pisałaś chmura? Przecież wyraźnie napisałaś: Dzisiaj cloud jakieś pomysły na wygraną. Ja spytałem co to znaczy cloud i użytkownicy powiedzieli mi że to znaczy chmura. Więc o co chodzi?
0
@Sysia11 A konkretnie? Bo kompletnie nie wiem co to jest?
0
@Sysia11 O co tak naprawde chodzi z tą ,,chmurą"? Co miałaś przez to na myśli?
0
@Sysia11 Co to znaczy Cloud?
1
@FcPortoFan1999 Akurat meczu z Grecją nie miałem zamiaru przypominać, gdyż ten remis chluby nam nie przyniósł i jak sam stwierdziłeś: najbardziej boli, zwłaszcza że graliśmy w swoim domu na komfortowych warunkach. No cóż, ,,Franek Smuda czyni cuda, niewidy......."
10
No kto by pomyślał?
8 czerwca 1991 Real Madryt zrobił FC Barcelonie mistrzowski szpaler na Santiago Bernabeu. Miało to miejsce w ostatniej kolejce sezonu 1990/91. To był pierwszy przypadek w historii, gdy Blaugrana przyjeżdżała do Madrytu na mecz z Realem będąc już mistrzem Hiszpanii. Barça była już zwycięzcą La Ligi od miesiąca i w każdym z czterech ostatnich spotkań rywale oklaskiwali jej graczy, gdy ci wbiegali z szatni na boisko. Nie ominęło to także Realu, który na pocieszenie wygrał tamto starcie 1:0 po golu Aldany. Prezydent ,,Królewskich” Ramon Mendoza, po meczu wypowiedział się dyplomatycznie ale jednocześnie w sposób ironiczny: ,,Jak możemy nie klaskać drużynie, która wyprzedza o 11 punktów mistrza Hiszpanii z ostatnich 5 lat ”.
@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
11
Feliz cumpleaños panie Javier!
Javier Mascherano kończy dzisiaj 40 lat. Dziękujemy za wielkie oddanie i poświęcenie ,,naszemu” klubowi. Bywaj zdrów ,,nasza” legendo.
Chyba nie musze nakreślać sylwetki tak dobrze nam znanego piłkarza? Dodam tylko że Javier urodził się w San Lorenzo a swoją karierę zaczynał w klubie Renato Cesarini z Rosario.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson
@Sysia11
0
@FcPortoFan1999 Nie mam Canal+, nie stać mnie...
1
@Comentateiro No co ty? Chyba żartujez?
Z drugiej strony jak masz silne przeczucie to obstawiaj!
8
@FCBparasiempre
Legendami nie zawsze zostają piłkarze, którzy zdobywają liczne trofea, strzelają setki bramek i regularnie trafiają na pierwsze strony gazet. Tacy piłkarze są jednak wyjątkami, bo żeby jeden z nich mógł osiągnąć miano wybitnego, tysiące innych będzie musiało pogodzić się z rolą drugoplanową. Czasem jednak ci drugoplanowi aktorzy też przechodzą do historii. Najlepszym przykładem jest Meksykanin Antonio Carbajal. Urodzony 7 czerwca 1929 r. w stołecznym Mexico City Carbajal już za młodu wyróżniał się skocznością i zwinnością, a więc od zawsze był idealnym kandydatem na bramkarza. Wzrost (180 cm) może i nie był jego atutem, ale przecież w tamtych czasach warunki fizyczne nie były najważniejsze. Zresztą, w Meksyku chyba nigdy nie zwracano większej uwagi na wzrost bramkarzy, o czym świadczy wielka kariera Jorge Camposa. Sam zainteresowany szybko zauważył, że Bóg obdarzył go pewnym talentem, którego nie może zakopać, tylko musi rozwijać. Szybko porzucił więc naukę i skupił się na treningach. Jego ojciec nie potrafił mu tego wybaczyć i nawet kiedy później Antonio grał na mundialu, nie odezwał się do syna nawet słowem. Być może takie podejście jeszcze bardziej motywowało młodego bramkarza, który nie zamierzał się poddawać. Obrał kierunek, w jakim zamierzał podążać i nawet odsunięcie się ojca nie wpłynęło na zmianę kursu. W 1948 roku Carbajal zaczął zbierać pierwsze żniwa swojej determinacji. Młody golkiper znalazł się w kadrze na igrzyska olimpijskie w Londynie, lecz jego rola ograniczyła się do trwania na posterunku, jakim była ławka rezerwowych. Trzeba zaznaczyć, że olimpijska przygoda nie trwała zbyt długo. Już w pierwszym meczu „El Tri” przegrali 3:5 z Koreą Południową i turniej się dla nich zakończył. Dla naszego bohatera był to jednak początek wspaniałej przygody, bo udział w igrzyskach zbiegł się z ofertą z Club Espana. W tym klubie młodzian bronił zaledwie przez dwa lata, ale to wystarczyło, żeby wypracować sobie świetną reputację. Sława Carbajala szybko zaczęła wychodzić poza granice Meksyku i nie było w tym nic dziwnego, że trener reprezentacji Meksyku(Vial) znalazł dla niego miejsce w kadrze na mistrzostwa świata w 1950 roku. Zanosiło się, że Carbajal będzie rezerwowym, ale w ostatniej chwili pretendenta do miejsca między słupkami „El Tri” dopadła kontuzja. W ten sposób jedna z najbardziej odpowiedzialnych ról w drużynie przypadła 21-letniemu debiutantowi. 24 czerwiec 1950 roku – to wtedy zaczęła się tworzyć ta piękna historia. Na stadionie w Rio de Janeiro naprzeciwko siebie stanęły reprezentacje Brazylii(gospodarza turnieju) i Meksyku. Mecz poprzedziła uroczystość otwarcia a na pierwszy gwizdek sędziego czekało 80 tysięcy zakochanych po uszy w futbolu fanów „Canarinhos”. Jak w tym wszystkim odnajdował się Carbajal, żółtodziób, który dopiero rozpoczynał swoją przygodę z futbolem? Ciężar presji musiał być ogromny, szczególnie dla bramkarza. To tak jakby stać między słupkami ze słoniem na plecach, nie dość, że ciężar ogromny, to jeszcze trzeba uważać, żeby nie potknąć się o trąbę. No i Carbajal się nie potknął, choć puścił cztery bramki a jego zespół nie odpowiedział żadną. Mało tego, w meczu z Jugosławią znów cztery razy wyjmował piłkę z siatki a Szwajcarzy dwukrotnie znaleźli sposób na przechytrzenie stróża świątyni „El Tri”. Mimo dziesięciu bramek straconych nikt nie miał pretensji do bramkarza, nie zarzucano mu, że brakło mu doświadczenia, nie wytykano mu błędów, choć takie też się przydarzyły, jego dokonania przyjęto z umiarkowanym optymizmem. Melodia przyszłości? Tak zapewne myśleli wtedy kibice. Występ na mundialu przyniósł zainteresowanie ze strony silniejszych klubów. Club Leon, który zgłosił się po Carbajala, miał nieco wyższe notowania niż Club Espana, więc transfer można było potraktować jako sportowy awans. Inna rzecz, że był to transfer wymuszony, bo poprzedni pracodawca Carbajala wycofał się z rozgrywek, ponieważ jego władze nie mogły znaleźć wspólnego języka z działaczami federacji. No cóż, w tamtych czasach takie rzeczy jak poplątane języki decydowały o upadkach czołowych klubów. Antonio już w drugim sezonie zdobył mistrzostwo kraju z Leon, jednocześnie nie oddając miejsca między słupkami w reprezentacji kraju. Z powodzeniem bronił w meczach towarzyskich oraz w spotkaniach eliminacyjnych do mistrzostw świata w 1954 roku. Warto zauważyć, że Carbajal w tych eliminacjach tylko raz przepuścił piłkę do siatki (Tej sztuki dokonał Amerykanin Looby w meczu wygranym przez Meksykanów 3:1). Wydawało się, że nasz dzisiejszy bohater ma pewne miejsce w składzie na mundialu, że trener Vial nie widzi drużyny bez niego i może tak było.
Ostatecznie jednak Vial nie pojechał na mundial, zastąpił go Lopez Herranz, który widział w bramce bardziej doświadczonego Motę. Już po pierwszym meczu (0:5 z Brazylią) tymczasowy szkoleniowiec zmienił zdanie i w pojedynku z Francją postawił na Carbajala. Ten puścił dwie bramki, ale Meksykanie wyrównali a na dwie minuty przed końcem meczu Raymond Kopa celnym strzałem z rzutu karnego pogrzebał marzenia kibiców „El Tri” na korzystny wynik. Powrót do ligowej rzeczywistości okazał się dość przyjemny. W 1956 roku Leon sięgnął po mistrzostwo kraju, rok później przegrał w finale play-off, by w roku, w którym odbywały się kolejne mistrzostwa świata znów sięgnąć po koronę. Nie było więc wątpliwości, że bramki na mundialu musi strzec golkiper najlepszej meksykańskiej drużyny. Na turnieju w Szwecji Carbajal przeżył pewne deja vu. Mecz Meksyku znów poprzedziła uroczystość otwarcia, na trybunach znów ogromne tłumy, tylko rywal nieco inny, choć wcale nie łatwiejszy. Szwecja w owym czasie mogła poszczycić się takimi asami jak Niels Liedholm czy Kurt Hamrin. Jeszcze jedną różnicą był fakt, że tym razem to pełniący funkcję kapitana Carbajal wyprowadzał swoich kolegów na boisko. To jednak niewiele zmieniło, Szwedzi wygrali 3:0, a Meksyk znów musiał liczyć się z pożegnaniem z turniejem już w fazie grupowej. Remis w meczu z Walią nic nie zmienił, bo w ostatnim spotkaniu miejsce w szeregu Latynosom wskazali Węgrzy, pewnie wygrywając 4:0. W ten sposób Meksyk odpadał z turnieju finałowego w fazie grupowej po raz trzeci z rzędu. Kolejne czterolecie nie było już tak udane, jak poprzednie. W latach 1958 – 1962 Club Leon nie zdobył żadnego trofeum. Meksykowi w kwalifikacjach do kolejnego mundialu też się nie wiodło najlepiej, bowiem porażka 0:1 z Kostaryką i bezbramkowy remis z Antylami Holenderskimi można rozpatrywać w kategorii blamażu. Ostatecznie „El Tri” zakwalifikowali się do barażu, w którym rywalem miał być Paragwaj. To właśnie te mecze sprawiły, że historia, którą czytacie, zasługuje na miano legendy. Pierwszy mecz Meksykanie wygrali 1:0, w drugim nie padły bramki. Carbajal zachował więc czyste konto i można powiedzieć, że wybronił sobie czwarty udział w mistrzostwach świata. Przed nim nikt nie dokonał takiej sztuki. Tym razem Meksyk pojechał na mundial z poważnym postanowieniem – wyjść z grupy albo przynajmniej wygrać choć jedno spotkanie. Te plany szybko zweryfikował los, który przydzielił im Hiszpanię, Czechosłowację i, o zgrozo, Brazylię. Potomkowie Inków i Azteków przegrali pierwsze spotkanie z Brazylią 0:2, w drugim ulegli Hiszpanom 0:1, a w trzecim… Czechosłowacy zaskoczyli Carbajala już po 20 sekundach, kiedy to Masek wpakował piłkę do siatki. Potem jednak coś wstąpiło w piłkarzy „El Tri” i po golach Diaza, Del’Aguili i Hernandeza wygrali oni 3:1! Wagę tego zwycięstwa podnosi fakt, że Czechosłowacja została wicemistrzem świata, przegrywając w finale z… Brazylią. Po tym turnieju powoli następował zmierzch kariery Carbajala. Wciąż bezapelacyjnie królował on między słupkami Club Leon, ale w reprezentacji zdarzało się to bardzo rzadko. W 1966 roku Antonio zapowiadał zakończenie swojej niezwykle bogatej kariery, chyba już nawet nie liczył, że selekcjoner reprezentacji kraju powoła go na kolejny turniej. W końcu miał już 37 lat a w Meksyku grali znacznie młodsi i nie mniej utalentowani bramkarze niż on. Jednak w tym miejscu nasz bohater się pomylił. Trener Trellez Campos być może chciał oddać mu hołd, zabierając go na piąty mundial z kolei, choć tym razem tylko w formie rezerwowego. Los znów był wyjątkowo złośliwy, przydzielając Meksykanom Urugwajczyków, Francuzów i Anglików. W meczu z Francją następca Carbajala, Calderon, spisał się bardzo dobrze, przepuszczając jedno uderzenie Haussera, dzięki czemu mecz zakończył się remisem. W drugim spotkaniu poszło mu już nieco gorzej. Po trafieniach Charltona i Hunta Anglia pokonała Meksykanów 2:0, jednocześnie grzebiąc ich marzenia o wyjściu z grupy. To jednak było pretekstem, by w ostatnim spotkaniu z Urugwajem Trellez wystawił w bramce Carbajala! Antonio nie zmarnował szansy, zagrał bardzo dobrze i nie dał się pokonać urugwajskim snajperom. To była wspaniała okazja, żeby pożegnać się z boiskiem i 37-latek postanowił z niej skorzystać. Mecz z Urugwajem był ostatnim w jego profesjonalnej karierze piłkarskiej.
Przez te wszystkie lata nasz dzisiejszy bohater pozostawał piłkarzem Clubu Leon (po odejściu z Clubu Espana, który zrezygnował z udziału w rozgrywkach ligowych). W koszulce tego klubu rozegrał 364 spotkania, zdobywając wszelkie możliwe trofea. Przywiązanie do barw klubowych musi budzić szacunek. Może i Carbajal nie był piłkarzem wybitnym, ale jego charakter, determinacja i długowieczność sprawia, że uważa się go za wybitną postać. Teraz sami powiedzcie, czy historia futbolu musi być pisana wyłącznie przez wybitnych piłkarzy. Antonio Carbajal dokonał rzeczy niezwykłej, uczestniczył w pięciu kolejnych mundialach. Wiele lat później dorówna mu Lothar Matthaus, ale przecież dla Niemców udział na mistrzostwach świata jest czymś normalnym, natomiast dla Meksyku niekoniecznie, szczególnie w tamtych czasach. Fakt, że za czasów Carbajala „El tri” ani razu nie wyszli z grupy, wcale nie umniejsza jego zasług. Zupełnie jak w filmie „Jestem Legendą”– nie ważne, że ci się nie udało, próbowałeś, następcy skorzystają z Twoich doświadczeń i zrobią to dobrze.
Statystyki i osiągnięcia:
Osiągnięcia zespołowe:
Club Leon
2x mistrzostwo Meksyku (1952, 1956)
1x Puchar Meksyku (1958)
1x Superpuchar Meksyku (1956)
7
Herosi Mundialu:
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
10
Żywe legendy rodzimego futbolu:
7 czerwca 1977 r. urodził prawy obrońca Marcin Baszczyński. W dorobku ma aż sześć mistrzostw Polski, a w pewnym momencie był podstawowym obrońcą naszej reprezentacji. Kariera Marcina Baszczyńskiego obfitowała w sukcesy. ,,Jestem spełnionym sportowcem. Z perspektywy czasu człowiek jest trochę mądrzejszy i pewne rzeczy zrobiłby inaczej, ale tych chwil chwały nikt mi nie zabierze”– mówi Baszczyński. Baszczyński urodził się w Rudzie Śląskiej i jak większość chłopaków w tamtych czasach zaczynał na podwórku. ,,Ustawialiśmy kamienie, które pełniły role słupków, albo kopaliśmy piłką w ścianę, chociaż akurat za to sąsiedzi mocno nas gonili”– śmieje się były obrońca, który na początku grał jako napastnik. – To było stopniowe cofanie. Z ataku trafiłem do pomocy, dopiero później zacząłem pełnić rolę kryjącego obrońcy, jak to się niegdyś ładnie nazywało – wspomina. Na szerokie wody wypłynął w chorzowskim Ruchu. Po pięciu sezonach spędzonych przy Cichej przyszła oferta z Wisły Kraków, gdzie Bogusław Cupiał budował najsilniejszy polski zespół początku XXI wieku. – Musiałem walczyć o swoje, bo nie oferowano mi kokosów. W Ruchu nauczyłem się walczyć o ten pieniążek, w dodatku miałem na koncie już występy w reprezentacji i jakąś markę sobie zbudowałem – mówi Baszczyński. Jeszcze będąc w Ruchu obrońca został zawieszony za atak na sędziego. Nieżyjący już Stanisław Żyjewski w meczu ,,Niebieskich” z Górnikiem przyznał mocno naciąganego karnego ekipie z Zabrza. Baszczyńskiemu puściły nerwy. – Można powiedzieć, że wtedy zacząłem walkę z korupcją i to dość skuteczną. Prawdę mówiąc, nie kontrolowałem wtedy swoich emocji. Dziś się tego wstydzę, niezależnie od kulisów tego zdarzenia – mówi nam były piłkarz. Kibice kojarzą Baszczyńskiego przede wszystkim z występami w Wiśle Kraków. Klub z Małopolski był na początku XXI wieku hegemonem w polskich rozgrywkach. Obrońca aż sześciokrotnie zdobywał z Białą Gwiazdą mistrzostwo kraju. Który tytuł wspomina najlepiej? – Ciężko mi wyróżnić któryś. Pierwsze mistrzostwo było wyjątkowe, ale obrona także. Nie mam najcenniejszego, każde stawiam tu na równi – twierdzi. Z Wisłą przeżywał też piękne przygody w Europie. W 2002 roku Biała Gwiazda rozbiła słynne Schalke 04 na wyjeździe aż 4:1. – Mieliśmy takich chłopaków, którzy czekali na wielki mecz w Europie. Po pierwszym spotkaniu rewanż nie zapowiadał się łatwo. Zagraliśmy wspaniale, na jednym z najnowocześniejszych obiektów na świecie. Cała otoczka nas urzekła. Szatnie, jacuzzi, wszystko było z innego świata. Po meczu było świętowanie, bo trener Henryk Kasperczak pozwolił nam na piwko. I to niejedno – uśmiecha się Baszczyński.
Za granicę Baszczyński wyjechał w 2009 roku do greckiego Atromitosu. Wcześniej pojawiły się oferty z Rosji, Niemiec i Anglii. Polaka chciał słynny West Ham. – Jakbym miał czegoś żałować, to właśnie tego niedoszłego transferu do Anglii. Oni chcieli mnie jednak tylko wypożyczyć. Ja chciałem, ale Wisła się nie zgodziła. Byłem tam na testach, ale musiałem wrócić. Szkoda, bo jestem przekonany, że bym sobie tam poradził – wspomina Baszczyński. Ważnym rozdziałem w karierze naszego bohatera była też reprezentacja Polski. Zagrał w niej 35 razy i strzelił jednego gola. Na mundialu w Niemczech nie zszedł z boiska ani na minutę. Okazało się, że mecz z Kostaryką (2:1) był jego ostatnim w koszulce z orłem na piersi. – Leo Beenhakker powoływał mnie, ale jako zmiennika. Twierdził, że jestem mu potrzebny, jednak już w kadrze nie zagrałem, bo wyżej ceniono Pawła Golańskiego i Marcina Wasilewskiego. Z kadry mam jednak piękne wspomnienia. Nawet dziś kibice mnie pamiętają, czasem podchodzą zbić piątkę i podziękować za moją grę. To szalenie miłe – zakończył Marcin Baszczyński.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
13
Wybitne legendy futbolu:
7 czerwca 1970 r. urodził się Marcos Evangelista de Moraes znany jako Cafu, brazylijski prawy obrońca. 2-krotny Mistrz Świata-1994 i 2002 ; Wicemistrz Świata z 1998 ; 2-krotny Zdobywca Copa America-1997 i 1999 ; 2-krotny Zdobywca Copa Libertadores-1992 i 1993(z FC São Paulo) ; Zdobywca Ligi Mistrzów-2007(AC Milan) ; Zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów 1995(z Real Saragossa) ; Zdobywca Superpucharu Europy-2003 i 2007(AC Milan) oraz Zdobywca Klubowego Mistrzostwa Świata-2007(AC Milan). Zawodową karierę zaczął w 1988 roku w São Paulo FC. Na początku swojej przygody z piłką pełnił rolę rezerwowego, jednak zbiegiem czasu wywalczył sobie miejsce w podstawowej jedenastce. W 1991 roku zdobył swój pierwszy mistrzowski tytuł. W dwóch kolejnych sezonach triumfował w rozgrywkach Copa Libertadores i Recopa Sudamericana. W 1994 roku został wybrany najlepszym piłkarzem roku w Ameryce Południowej. W barwach São Paulo rozegrał 115 spotkań i strzelił 7 goli. W tym samym roku Cafu postanowił zmienić klub. Został piłkarzem Juventude, lecz po krótkiej przygodzie z tym klubem trafił do hiszpańskiego Realu Saragossa, gdzie sięgnął jedynie po Puchar Zdobywców Pucharów. W 1995 roku Brazylijczyk odszedł do Palmeiras São Paulo. W nowej drużynie nie pograł zbyt długo ponieważ dwa lata później trafił do AS Romy. Na swój pierwszy sukces w ekipie "Giallorossich" musiał czekać do 2000 roku, kiedy to Roma sięgnęła po mistrzostwo kraju. W barwach tego klubu rozegrał 163 spotkania.
W 2003 roku podpisał kontrakt z AC Milanem. Swój pierwszy mecz w barwach "czerwono-czarnych" rozegrał 3 sierpnia tego samego roku w zremisowanym 1:1 meczu z Juventusem. W debiutanckim sezonie w ekipie z San Siro zdobył drugi mistrzowski tytuł, sięgnął po Superpuchar Włoch oraz Superpuchar Europy. W 2005 roku po raz pierwszy zagrał w finale Ligi Mistrzów lecz wówczas Milan przegrał po rzutach karnych z Liverpoolem. W kolejnym sezonie świętował zdobycie aż trzech pucharów - Ligi Mistrzów, Superpucharu Europy i Klubowego Mistrzostwa Świata. 16 maja 2008 roku zapowiedział iż po sezonie zakończy piłkarską karierę. W reprezentacji Brazylii zadebiutował 12 września 1990 roku w przegranym 3:0 meczu z Hiszpanią. W 1994 roku po raz pierwszy wystąpił na mundialu, pełniąc rolę rezerwowego a Brazylijczycy po raz czwarty w historii zdobyli Mistrzostwo Świata. W 1997 roku wygrał w rozgrywkach Copa America oraz Pucharze Konfederacji. Rok później Cafu otrzymał powołanie na kolejne MŚ, jednak tym razem ekipa "Canarinhos" przegrała w finale z reprezentacją Francji 3:0. Brazylijski obrońca wystąpił także na Mistrzostwach Świata 2002 roku zdobywając Puchar Świata oraz na nieudanych Mistrzostwach Świata 2006 roku. Na tych dwóch ostatnich turniejach Cafu był podstawowym piłkarzem swojego zespołu. W drużynie narodowej wystąpił łącznie w 142 spotkaniach i strzelił 5 bramek. Po mundialu 2006 wychowanek São Paulo FC zakończył reprezentacyjną karierę. Dla drużyny narodowej rozegrał łącznie 142 spotkania i strzelił pięć goli. Jest rekordzistą kraju pod względem największej ilości występów w reprezentacji Brazylii i jednym z najlepszych prawych obrońców w dziejach futbolu.
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
0
@Herato Czyżby USA?
0
Kurcze ależ pan Carlos Alcaraz męczy się z jakimś tam Sinnerem. Naprawde żal mi go widzieć w takiej męczarni...
0
@Mixtape Wprawdzie generalnie nie oglądałem Bayeru Leverkusen w minionym sezonie ale oglądając cały finałowy mecz z Atalantą Bergamo, to mogę stwierdzić jedynie że ten cały Wirtz nie był lepszy od ,,naszego" patałacha Ferrana Torresa...
2
@FcPortoFan1999 No rzeczywiście, aczkolwiek warunki klimatyczne, zwłaszcza wilgotność, były w Meksyku zdecydowanie gorsze niż w Katarze. No i potencjał ludzki mieliśmy wówczas(w Meksyku) zdecydowanie lepszy...
13
Jedyne zwycięstwo i jedyny gol na Mundialu ,,Mexico 1986”:
7 czerwca 1986 r. Polska pokonała Portugalie 1:0. ,,No wreszcie, proszę państwa! Tyle nas to nerwów kosztowało, tak długo czekaliśmy na tę upragnioną bramkę! Wzruszyłem się, ale myślę, że państwo też w polskich domach. No wreszcie, wreszcie. Brawo panie Włodzimierzu, brawo Polacy!”– krzyczał szczęśliwy Dariusz Szpakowski, który relacjonował ten mecz ze stadionu Estadio Universitario w Monterrey. W pierwszym meczu fazy grupowej biało-czerwoni tylko bezbramkowo zremisowali z Marokiem. Jak się później okazało, gol Smolarka z Portugalią pozwolił im wyjść z grupy z trzeciego miejsca. ,,To był mecz o wszystko. Liczyliśmy się, że pierwsze miejsce zajmą Anglicy, a my powalczymy o drugie z Portugalią”– wspominał Dariusz Dziekanowski, który asystował przy tym trafieniu. ,,Znakomicie się zachował. Przyjął piłkę, zagrał po ziemi na dalszy słupek. Co ciekawe, Włodek miał być już zmieniony przez Andrzeja Zgutczyńskiego, ale nie było przerwy w grze i sędzia nie mógł zezwolić na przeprowadzenie zmiany”– zdradził Dziekanowski. Ostatecznie Zgutczyński zmienił go siedem minut później. Na koniec fazy grupowej Anglia pokonała Polskę 3:0 po hat-tricku Gary'ego Linekera, a w 1/8 finału Brazylia rozbiła drużynę Antoniego Piechniczka 4:0. Na kolejny występ w mundialu musieliśmy czekać aż do 2002 roku.
@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
11
Wybitne legendy futbolu:
7 czerwca 1930 r. urodził się Hilderaldo Bellini, wybitny brazylijski środkowy obrońca, 2-krotny Mistrz Świata(1958 i 1962). Pierwszy Brazylijczyk, który podniósł Puchar Świata jako kapitan zwycięskiej drużyny z 1958 roku. Bellini prowadził drużynę, w skład której wchodzili tacy gracze jak genialny Garrincha, Mario Zagallo czy 17-letni Pele. Brazylijczycy pokonali w finale gospodarzy Szwecję 5:2 i zdobyli pierwszy z rekordowych pięciu tytułów mistrza świata. Bellini był częścią drużyny, która cztery lata później wzniosła trofeum w Chile, chociaż ani razu nie zagrał w tym turnieju. Ostatni ze swoich 51 występów rozegrał na mundialu w Anglii w 1966 roku. Po pobycie w młodzieżowej drużynie swojego rodzinnego klubu Itapirense, zasłynął w Vasco da Gama, gdzie przebywał przez dziewięć lat. Grywał też w São Paulo i Atletico Paranaense. Najlepiej zapamiętano go z kultowego sposobu, w jaki podniósł trofeum Julesa Rimeta, wysoko nad głową dwiema rękami a kolejni brazylijscy kapitanowie powtarzali ten gest.
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Arkon
@Adran360
0
@Tridente2015 Przyznaje się bez bicia ale akurat nie czytałem całego tekstu, co nie zmienia mojego nastawienia względem Cubarsiego...
0
@Tridente2015 A no zapomniałem ale również wolałbym aby nie grał na igrzyskach...
10
W sporcie jak w życiu, trzeba mieć porządnego farta:
7 czerwca 1992 r. FC Barcelona zdobyła drugie z rzędu mistrzostwo Hiszpanii po pierwszym ,,Cudzie na Teneryfie”. Przed ostatnią kolejką Barça traciła punkt do prowadzącego Realu Madryt i wygrana na Camp Nou 2:0 z Athletic Bilbao była tylko połową sukcesu. Wszyscy cules nasłuchiwali wieści z meczu Tenerify z Realem Madryt. Po 30 minutach wydawało się że sensacji być nie może. Real Beenhakera prowadził bowiem z Tenerifą 2:0 a ponadto drużynę z wysp trenował Valdano- były piłkarz ,,Królewskich”. Gol dla gospodarzy w 36 minucie nieco przywrócił nadzieje, które nasiliły się, gdy w 69 minucie obrońca Realu Villaroya otrzymał czerwoną kartke. Osiem minut później Brazylijczyk Rocha strzelił samobójczego gola doprowadzając do remisu i czyniąc Blaugrane wirtualnym liderem. Niespodziewanie już minute później Tenerife wyszło na prowadzenie po tym, jak Sanchis przelobował własnego bramkarza trafiając w poprzeczkę a do bezpańskiej piłki pierwszy dopadł Pier. Przysłowiowy cud stał się faktem. Duma Katalonii została mistrzem, choć wcześniej ani razu w tamtym sezonie nie była na pierwszym miejscu w tabeli.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
17
Nasz kochany Leo nie tylko jest jednym z najlepszych piłkarzy w historii futbolu ale również jednym z najmądrzejszych. Jego wypowiedź jest dla mnie trafiona w punkt!
0
No i super! Ja się z tego bardzo ciesze! Wystarczy jak pogra w presezonie a i to nie w pełnym wymiarze czasowym. Na tak ogromny talent trzeba chuchać i dmuchać a nie zajeżdżać jak Pedriego. Cubarsiemu nie może spaść choćby włos z głowy.....!