0

@FcPortoFan1999 Być może. Jeśli chodzi o Roberta to osobiście uważam że w jego wieku, po sukcesach w Bayernie, nie powinien podpisywać kontraktu z FC Barceloną na okres 2+2 lat, gdyż w tym klubie wymaga się co sezon minimum Pucharu Hiszpanii i mistrzostwa Hiszpanii, a niestety nasz rodak nie jest w stanie tego zapewnić. Poza tym uważam że La Lagi mu nie do końca pasuje i powinien zostać w Bayernie, ewentualnie w MLS lub Arabii na piłkarskiej emeryturze...

0

Zobaczyłem coś takiego na tej sportowej stronie: https://sport.tvp.pl/77847973/iga-swiatek-ciezkie-mecz-inspiruja-ale-fajnie-jest-miec-kontrole
No i po prostu tak po ludzku zrobiło mi się bardzo żal już nie tylko naszej kochanej Igi ale wogóle płaczącej kobiety. To jest bardzo przykry widok, kiedy widzi się coś takiego. Po prostu nie moge na to patrzeć, rozklejam się jak małe dziecko, kiedy kobieta(dziewczyna) płacze...

10

Przełomowa debata w Teatrze Nou, zwanym również ,,Teatro Nuevo”:

Kochani cules, 1 czerwca 1923 r., na krótko przed 25-tą rocznicą powstania FC Barcelony, w ,,Teatrze Nou” zorganizowano zgromadzenie ogólne klubu. Zebrani w audytorium socios oczekiwali dymisji całego zarządu. Żeby zapełnić pustke, zaprezentowano cztery kandydatury; jedną z nich był Joan Gamper i to on okazał się zwycięzcą. W ten sposób założyciel klubu rozpoczął sprawowanie nowego mandatu na czele FC Barcelony w trakcie jednego z najbardziej delikatnych momentów w jego historii, z racji przechodzenia na profesjonalne uprawianie futbolu. Tak więc w ,,Teatrze Nou” odbyło się jedno z najważniejszych zgromadzeń w historii Barçy. Profesjonalizacja futbolu spowodowała iż sport ten stał się o wiele bardziej widowiskowy i efektowny ale przyczyniła się również do pojawienia się pierwszych niesnasek między klubami i piłkarzami. Rywalizacja o zawodników stała się chlebem powszednim. Gamper rozczarowany tym że Samitier domagał się podwyżki pensji, był świadomy że klub potrzebuje pieniędzy ażeby skompletować silną drużynę a jednocześnie obserwował jak futbol oddalał się od swej pierwotnej, radosnej natury. Finansowe wymagania charyzmatycznego piłkarza przyczynią się(kilka lat później) do jego odejścia do Realu Madryt.



@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

1

@Mixtape Bezwzględnie moje serduszko ,,pika" za Argentyną i również ona będzie faworytem tego turnieju. Najgroźniejszym przeciwnikiem ,,Albicelestes" w końcowym triumfie będzie zawsze niewygodny Urugwaj. Bardzo bym nie chciał aby Argentyna trafiła w fazie pucharowej własnie na ,,Celestes", gdyż oni mogą doprowadzić do karnych a jak to mawiają latynosi na rzuty karne: to ,,taniec diabła"...

9

@FCBparasiempre
Często mówi się, że gospodarz mistrzostw świata powinien grać w turnieju możliwie jak najdłużej. Chodzi oczywiście o utrzymanie odpowiedniej frekwencji na stadionach i zainteresowania imprezą w kraju. Nie od dziś też wiadomo, że gospodarzom pomagają ściany. I nie chodzi tu tylko o doping własnych kibiców. Wielu z nas pamięta skandaliczne sędziowanie na mistrzostwach w 2002 r. Zastrzeżenia do pracy arbitrów można było mieć już jednak znacznie wcześniej. Jednym z pierwszych meczów, w których pan w czerni wyraźnie sprzyjał gospodarzom, było starcie Włochy – Hiszpania w 1934 r. Turniej organizowany w 1934 r. był pierwszą wielką sportową imprezą, w którą tak wyraźnie wkroczyła polityka. Rządzący Włochami Benito Mussolini chciał za wszelką cenę pokazać Włochy jako kraj mlekiem i miodem płynący. Kiedy w 1932 r. przyznano im organizację, duce powołał specjalną rządową komisję, która miała kontrolować przebieg przygotowań. Stadiony były gotowe na czas, a komunikacja działała bez zarzutu. Wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik, a świat miał się przekonać, że włoscy piłkarze są najlepsi na świecie. Prezydentem Włoskiej Federacji Piłkarskiej Mussolini mianował generała Giorgio Vaccaro. Był on niezwykle żywym i rzutkim organizatorem i doskonale orientował się w realiach sportowego życia Włoch. Pilnował, żeby zawodnikom i trenerowi Vittorio Pozzo niczego nie brakowało. Mussolini przed mistrzostwami powiedział Vaccaro, że włoska reprezentacja musi wygrać. Kiedy usłyszał w odpowiedzi, że piłkarze zrobią wszystko, co ich w mocy, rzucił w stronę rozmówcy, że to jest rozkaz. Liczyło się dla niego tylko zwycięstwo i to za wszelką cenę. Pierwszy mecz Włosi grali ze Stanami Zjednoczonymi. Duce kupił bilet tak samo, jak wszyscy inni miłośnicy piłki. Pozdrowił ich, a oni odpowiedzieli owacjami. Amerykanie mimo dojścia do półfinału na mistrzostwach w Urugwaju, nie byli wówczas zbyt silnym rywalem dla Squadra Azzura. Wzmocniona kilkoma oriundi drużyna Włoch, nie miała żadnych kłopotów z gośćmi zza oceanu i zdeklasowała ich, wygrywając aż 7:1. W ćwierćfinale starli się jednak z dużo bardziej wymagającym przeciwnikiem. Na ich drodze stanęli walecznie Hiszpanie. Podobnie jak dla Włochów, również dla piłkarzy z Półwyspu Iberyjskiego był to pierwszy występ na mistrzostwach świata. W swoim premierowym występie spotkali się z wirtuozami z Brazylii. Przybysze z Ameryki Południowej dotarli do Włoch statkiem. W trakcie podróży musieli stosować się do pewnych zasad. Nie wolno im było mieszać się z pasażerami pierwszej klasy i nie mogli trenować. Z tego względu część zawodników po piętnastodniowym rejsie miała problem z odzyskaniem właściwej formy fizycznej. Wymęczeni podróżą, mało ruchliwi i źle przygotowani Brazylijczycy nie byli w stanie przeciwstawić się dobrze zorganizowanym Hiszpanom i przegrali 1:3. Hiszpanie zaczynali coraz więcej znaczyć w światowym futbolu. W 1929 r. jako pierwsza drużyna z kontynentu pokonali dumnych Anglików. Rok później zwyciężyli w Bolonii z Włochami 3:2, a w eliminacjach do turnieju rozbili w dwumeczu Portugalię 11:1. Zwycięstwem nad Brazylią potwierdzili swoje duże ambicje. Poza bramkarzem nie mieli w składzie wielkich, międzynarodowych gwiazd. Nadrabiali to jednak zgraniem i zaangażowaniem. Obronę tworzyła para stoperów madryckiego Realu Jacinto Quincoces i Ciriaco Errasti. W środku pola piłki rozdzielali dwaj wybitni zawodnicy Athletic Club José Muguerza i Leonardo Cilaurren, których uzupełniał Federico Fede Sáiz z Deportivo Alavés. Na środku ataku brylował Isidro Lángara – jeden z najlepszych piłkarzy w historii Realu Oviedo. W zdobywaniu bramek wspierali go Luis Regueiro z Realu Madryt i trójka piłkarzy Athletic Club – Ramón de la Fuente Leal, José Iraragorri i Guillermo Gorostiza. Największą gwiazdą zespołu był jednak stojący między słupkami Ricardo Zamora – obok Plánički najlepszy wówczas bramkarz na świecie. Mając zawodnika takiego formatu za sobą, cała defensywa mogła grać dużo pewniej i spokojniej. Nad wszystkim miał czuwać trener Amadeo García de Salazar. Wcześniej prowadził zespół w zaledwie trzech meczach, ale za to wszystkie trzy były zwycięskie.

Włosi od czasu porażki z Hiszpanami w 1930 r. rozegrali 23 mecze i przegrali tylko trzy – dwukrotnie z Austrią i raz z Czechosłowacją. W pokonanym polu potrafili zostawić takie ekipy jak Węgry, Szwajcaria, Francja czy Niemcy. Za sukces należy też uznać remis z Anglią na własnym terenie. Dysponowali naprawdę wspaniałą drużyną i przez wielu fachowców byli uważani za głównych faworytów turnieju. W bramce grał Gianpiero Combi, który przez całą swoją karierę związany był z Juventusem. W defensywie występował duet Eraldo Monzeglio (Bologna) i Luigi Allemandi (Ambrosiana-Inter). W pomocy grali Mario Pizziolo (Fiorentina) i Armando Castellazzi (Ambrosiana-Inter), ale prawdziwą gwiazdą i liderem tej formacji był niezapomniany Luis Monti, który cztery lata wcześniej przed finałem Argentyna – Urugwaj miał otrzymywać wiadomości z pogróżkami. Był pierwszym z oriundich, których włoskie korzenie wykorzystano, żeby włączyć ich do kadry. Oprócz niego w Ameryce Południowej urodzili się grający na skrzydłach Enrique Guaita i Raimundo Orsi, który w 1928 r. zdobył z argentyńską reprezentacją srebrne medale w Amsterdamie. Środek ataku był zarezerwowany dla kolejnego wybitnego zawodnika. Był nim Angelo Schiavio, który przez całą karierę reprezentował Bolognę i do dzisiaj jest najskuteczniejszym strzelcem tego klubu. Obok niego występował Giovanni Ferrari z Juventusu i chyba największa gwiazda włoskiego calcio przed wojną – Giuseppe Meazza, który pod względem skuteczności w barwach narodowych, ustępuje tylko Silvio Pioli. Z ławki zespołem dyrygował charyzmatyczny Vittorio Pozzo. 31 maja o godzinie 15:00 belgijski sędzia Louis Baert dał sygnał do rozpoczęcia meczu. 30 tysięcy kibiców zgromadzonych na Stadio Giovanni Berta, który dziś nosi imię Artemio Franchi, oczekiwało kolejnego spokojnego zwycięstwa swoich pupili. Do Hiszpanii docierały relacje radiowe. Tam takiego optymizmu, jak wśród Włochów już nie było. Wierzono, że sukces jest możliwy, ale zdawano sobie sprawę z umiejętności rywali. Zgodnie z oczekiwaniami gospodarze od pierwszych minut ruszyli do ataku. Raz za razem na bramkę Zamory sunęły ataki włoskiej ofensywy. Hiszpanie sprawiali wrażenie jakby trochę onieśmielonych wielkością przeciwnika. Nie zdecydowali się na wymianę ciosów. Woleli się cofnąć pod własną bramkę i skupić się na defensywie. Amadeo García de Salazar doskonale zdawał sobie sprawę z atutów, jakie posiada zespół prowadzony przez Vittorio Pozzo. Grano systemem pucharowym, gdzie przegrywający odpadał. Jedna stracona bramka mogła więc oznaczać przegraną i pożegnanie z turniejem. Nie było więc miejsca na najmniejszy nawet błąd. Włosi miażdżyli rywali, wydawało się, że gole są kwestią czasu, ale mijały minuty, a wynik nie ulegał zmianie. Znakomite zawody rozgrywał Jacinto Quincoces, który doskonale dyrygował formacją obronną Hiszpanów. Cudów dokonywał Ricardo Zamora. Strzeżona przez niego bramka wydawała się zaczarowana. Zawodnicy Squadra Azzura oddali kilkanaście strzałów na bramkę rywali, mieli aż szesnaście rzutów rożnych, ale nie przynosiło to żadnych efektów. Prowadząc nieustanne ataki, zostawiali też coraz więcej miejsca Hiszpanom, którzy wyprowadzili kilka groźnych kontrataków. Jeden z nich, przeprowadzony w 31. minucie, przyniósł im nieoczekiwane prowadzenie. Lider formacji ofensywnej Hiszpanów– Isidro Lángara cały czas był pieczołowicie pilnowany przez Włochów. Wiedzieli o jego nietuzinkowych umiejętnościach, które potwierdził, strzelając pięć bramek Portugalii. Kiedy mijało pół godziny od rozpoczęcia gry, kolejny faul na hiszpańskim napastniku, zakończył się podyktowaniem przez sędziego rzutu wolnego. Odległość do bramki Combiego wynosiła 25 metrów. Sam poszkodowany, odczuwając skutki przewinienia rywala, nie zdecydował się pójść w pole karne, tylko sam wolał podawać piłkę kolegom. Castellati, który go pilnował, wrócił więc pod swoją bramkę, asekurując bramkarza. Nie zrozumiał się jednak do końca z Combim i kiedy Monzeglio przegrał walkę o górną piłkę z Luisem Regueiro, ten mógł spokojnie strzelić obok zdezorientowanego włoskiego golkipera. Szok i niedowierzanie na trybunach. 1:0 dla Hiszpanii. Pojedynek stawał się coraz bardziej zacięty. Gospodarze z jeszcze większą pasją i zaangażowaniem ruszyli do przodu. Hiszpanie coraz rzadziej przekraczali linię środkową boiska. Coraz bardziej skupiali się na utrzymaniu korzystnego rezultatu, ale do końca zostawała jeszcze godzina gry. Oba zespoły powoli zaczynały odczuwać trudy pojedynku. Gra się zaostrzyła. Z porozcinanych nóg lała się krew. Nie zawsze trafiano w piłkę, a uderzenie w kostkę czy łydkę solidnym, ciężkim piłkarskim butem musiało pozostawić ślad.

Do przerwy wynik nie uległ zmianie. Chwilę po wznowieniu gry belgijski sędzia odgwizdał rzut wolny dla Włochów. W pole karne zacentrował Mario Pizziolo. Angelo Schiavio, zamiast na piłce, to skoncentrował się na bramkarzu. Zwyczajnie przytrzymał Zamorę, dzięki czemu Giovanni Ferrari mógł wpakować piłkę do bramki. Kiedy futbolówka zatrzepotała w siatce, kibice nie posiadali się ze szczęścia. Początkowo sędzia nie uznał bramki, ale pod naciskiem Włochów zmienił zdanie. Zamora natychmiast podbiegł do arbitra, wyraźnie sugerując mu, że w tej sytuacji był faulowany. Poparli go oczywiście koledzy z drużyny, a do dyskusji włączyli się też Włosi. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Piłkarze się kłócili, a kibice, krzycząc, próbowali wywrzeć presję na Belgu. Ten nie chcąc samotnie podejmować decyzji, wolał skonsultować się ze swoim asystentem. Po chwili wskazał na środek boiska i mecz zaczął się niejako od początku. Hiszpanie wrócili do taktyki z pierwszych minut, która przyniosła im prowadzenie. Włosi nadal nie potrafili znaleźć sposobu na Zamorę. Hiszpan był już mocno poobijany, a mimo to w bramce dokonywał rzeczy niemożliwych. Gospodarze przeważali, ale wynik nie ulegał zmianie. Krótko przed upływem regulaminowego czasu Hiszpanie zdołali przeprowadzić jeszcze jedną szaleńczą akcję, a Ramón de la Fuente Leal pokonał Combiego. Okrzyk radości rozległ się w hiszpańskich domach, ale Baert po raz kolejny podjął kontrowersyjną decyzję. Mimo że Hiszpan minął czterech rywali, uznał, że był na pozycji spalonej i bramka nie została zaliczona. Już po mistrzostwach za nieudolne prowadzenie tego meczu, ukarała go jego własna federacja. Hiszpanie mieli dwóch bohaterów. Pierwszym był Zamora a drugim Quincoces, o którym pisano w samych superlatywach: ,,To niemożliwe by opisać jego waleczność. W meczu z Włochami uratował nas od straty trzech bramek. Nie sądzimy, aby ktokolwiek mógł się z nim równać”– pisano w magazynie Campeones. Po raz drugi w historii mistrzostw świata 90 minut nie przyniosło rozstrzygnięcia. W dogrywce poobijani i wyczerpani piłkarze obu drużyn nie byli w stanie zmienić rezultatu. 120-minutowy dreszczowiec dobiegł końca. Regulamin stanowił wówczas, że w takim przypadku konieczne jest powtórzenie meczu. 24 godziny później walka o półfinał zaczęła się od nowa. Na boisko wybiegły te same drużyny, ale nie takie same. W szeregach Włochów zabrakło czterech piłkarzy – Pizziolo, który złamał nogę, Castellaziego, Schiavio i Ferrariego. Zastąpili ich Attilio Ferraris z Romy, Luigi Bertolini i Felice Borel z Juventusu oraz kolejny z oriundich Attilio Demaría, który na co dzień występował w Ambrosiana-Inter. Hiszpanie ponieśli jeszcze większe straty i musieli wymienić aż siedmiu zawodników. Ciriaco Errastiego zastąpił w obronie Ramón Zabalo z Barcelony, a w środku zamiast Fede zagrał Simón Lecue z Betisu. Z ataku pozostał jedynie strzelec bramki Luis Regueiro. Na skrzydle zamiast Ramóna de la Fuente Leala wystąpił Martí Ventolrà, który na co dzień reprezentował barwy Barcelony, na środku Isidro Lángarę zastąpił Guillermo Campanal z Sevilli, Guillermo Gorostizę zmienił Crisant Bosch z Espanyolu, a zamiast José Iraragorriego zagrał Eduardo González Valiño Chacho, który był zawodnikiem Deportivo de La Coruña. Największym osłabieniem był jednak brak Ricardo Zamory w bramce. Poturbowanego bramkarza zastąpił młody Juan José Nogués z Barcelony. Włosi znowu nie mieli zamiaru przebierać w rodakach. Szwajcarski sędzia René Mercet pozwalał naprawdę na dużo. Na bramkę Hiszpanów sunął atak, za atakiem, ale zastępujący Zamorę Nogués spisywał się znakomicie. Musiał jednak skapitulować wobec bezpardonowych ataków gospodarzy. W 11. minucie rzut rożny wykonywał Orsi, a do piłki wyskoczył znakomity Giuseppe Meazza. Wepchnął głową piłkę do siatki, ale niemal stratował przy tym hiszpańskiego bramkarza. Protesty na nic się zdały. Sędzia bramkę uznał. Nie była to jedyna kontrowersyjna decyzja arbitra. Jeszcze w pierwszej połowie nie podyktował dwóch rzutów karnych dla Hiszpanów, a drugiej odsłonie nie uznał im dwóch bramek. Skoro Włosi mieli po swojej stronie arbitra, to trudno było nawiązać równorzędną walkę, tym bardziej że trzech hiszpańskich graczy odniosło kontuzje. Do końca spotkania wynik nie uległ zmianie. Do półfinału awansowali gospodarze, gdzie czekała na nich wspaniała drużyna Austrii. To starcie też przejdzie do historii. Hiszpanie z kolei, mając jedną z najlepszych drużyn w turnieju, musieli się z nim pożegnać. Cztery lata później, kiedy Włosi będą bronić mistrzowskiego tytułu, Hiszpania będzie ogarnięta wojną domową. Kolejny raz na mistrzostwach świata zagrają dopiero szesnaście lat później i to tamten występ przez lata będzie ich najlepszym na mundialach, ale to temat na inną opowieść.

9

15

Takie podejście to ja rozumiem. Tak silnego i szybkiego stopera możemy prędko nie mieć, więc zatrzymanie go to priorytet

11

Pierwszy w dziejach Blaugrany finał najważniejszego z pucharów:

31 maja 1961 r. FC Barcelona po raz pierwszy w historii zagrała w finale Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Dramatyczny pojedynek z Benfica Lisbona zakończył się porażką 2:3. Już w 20 minucie genialny główkaż Sandor Kocsis wyprowadził Barçe na prowadzenie właśnie strzałem głową. Dziesięć minut później Portugalczycy wyrównali a po dwóch kolejnych minutach wyszli na prowadzenie po fatalnym błędzie Ramalletsa. Bramkarz Barçy tak niefortunnie wybijał piłke podbitą wysoko do góry przez swojego obrońcę że wrzucił ją sobie do bramki. W drugiej połowie wynik podwyższył mocnym strzałem z woleja zza pola karnego znakomity Mario Coluna i Blaugranie na nic się zdało jeszcze piękniejsze trafienie Czibora, który huknął z lewej nogi w samo okienko. W drugiej połowie meczu ataku serca doznał siedzący na trybunach prezydent Benfiki Mauricio Vieira de Brito. Takie nerwy nie mogły dziwić. W całym meczu piłkarze Barçy czterokrotnie trafiali w słupek bądź poprzeczke. Legenda głosi iż ten mecz walnie przyczynił się do zmiany przekroju obramowania bramki z prostokątnego na kolisty. Legenda legendą, jednak trzeba przyznać że jak ktoś ma pecha… to mu w drewnianym kościele spadnie cegła na głowę. Przecież wówczas Barça miała naprawdę silna pake(!) na czele z Luisem Suarezem, Sandorem Kocsisem, Evaristo de Macedo czy choćby wspomnianym Ramalletsem. W 1/8 tych rozgrywek Barça odprawiła z kwitkiem sam Real Madrid! No cóż, jak wiemy w futbolu trzeba mieć też dużo szczęścia a na stadionie Wankdorf w Bernie ewidentnie go ,,nam” zabrakło.





@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz

1

@meteo100 A no faktycznie, rzeczywiście masz racje. Ale tak się składa że to akurat nie ja pisałem, więc to nie mój błąd. Jednak dziękuje że to zauważyłęś :)

8

@FCBparasiempre
Euro 2000

W XXI wieku Euro zawitało po raz pierwszy w historii jednocześnie do dwóch krajów: Belgii i Holandii. Nowy trend bardzo szybko pozyskiwał kolejnych zwolenników, którzy propagowali idee wspólnej organizacji największych imprez piłkarskich. Zainteresowane państwa coraz śmielej składały podwójne kandydatury, chcąc w ten sposób rozłożyć ciężar przygotowań tak ważnej imprezy. Przykładem będzie Euro 2008 i 2012 do których jeszcze dojdziemy. Arenami Euro 2000 były 4 stadiony w Belgii i 4 w Holandii. Z racji przygotowywania turnieju przez dwóch gospodarzy pozostało do obsadzenia 14 wolnych miejsc. Na Euro awansowali naturalnie zwycięzcy 9 grup plus jedna drużyna z drugiej pozycji z najlepszym dorobkiem punktowym, w tym wypadku była to Portugalia. O pozostałe 4 miejsca walczono w barażach systemem pucharowym a w nim najlepsze okazały się ekipy Danii, Turcji, Anglii oraz Słowenii. Organizatorzy zawodów są chwaleni za świetne przygotowanie imprezy ale już nie koniecznie za sportową forme i osiągane wyniki. Belgowie byli dość przeciętnym zespołem i w efekcie nie wyszli z grupy przegrywając rywalizacje z Włochami a nawet z Turcją. Natomiast Holendrzy byli znacznie bardziej doświadczeni i utytułowani. Byli wówczas czwartą drużyną świata więc apetyty były zdecydowanie większe. ,,Pomarańczowi” trafili do grupy śmierci razem z Francją, Danią i Czechami. Z tymi ostatnimi wygrali 1:0 ale po bardzo wątpliwym faulu i w efekcie wykorzystanym rzucie karnym podyktowanym przez znanego włoskiego arbitra Colline. Z Danią również wygrali(3:0) więc o kolejności w tabeli zadecydował mecz z Francuzami. Obie ekipy były już pewne awansu gdyż ,,Trójkolorowi” również wygrali z Danią i Czechami. Konfrontacja Holendrów z Francuzami była przednim spektaklem, w którym padło aż 5 goli. O jedno trafienie lepsi okazali się gospodarze a cudowny gol Franka de Boera z rzutu wolnego był ozdobą tego niesamowitego meczu. Do ćwierćfinału awansowali również Hiszpanie i Jugosławianie. ,,Plavi” preferowali otwarty futbol. W meczach z ich udziałem padło aż 14 goli(!), z czego aż 7 w starciu z Hiszpanią. Z kolei w grupie A istny zawrót głowy. Wprawdzie Portugalia okazała się bezkonkuracyjna i wygrała wszystkie 3 mecze ale już Niemcy sięgnęli dna, uzyskując zaledwie jeden punkt w starciu z rewelacyjną Rumunią i zajmując ostatnie miejsce w grupie. Rumuni awansowali z drugiego miejsca. Z kolei na trzecim miejscu tej grupy uplasowała się… Anglia. Synowie Albionu dwukrotnie przegrali 2:3, najpierw z Portugalią a następnie z Rumunią! Udało im się wygrać tylko z Niemcami 1:0 i w efekcie podzielili ich los. Najsłabszą grupe(B) wygrali Włosi przed Turcją. W ćwierćfinałach pewnie wygrywali swoje mecze Portugalczycy oraz Włosi. Francuzi do ostatniej chwili drżeli o wynik meczu z Hiszpanią. Przy stanie 2:1 dla ,,Trójkolorowych” wybrańcy Camacho dostali rzut karny. Dobiegała 90 minuta gry. Niezawodny w takich momentach Raul tym razem spudłował. Stawke półfinalistów uzupełniła Holandia, która zdemolowała Jugosławie aż 6:1! Hattrickiem popisał się Kluivert. Starcia półfinałowe miały niezwykle dramatyczny przebieg. Wszystko przez niestrzelone karne i ,,złotego gola”. Mistrzami w marnowaniu dogodnych szans okazali się Holendrzy. ,,Pomarańczowi” mieli finał na wyciągnięcie ręki ale nie potrafili wykorzystać 2 rzutów karnych podyktowanych w trakcie meczu. Jako pierwszy spudłował Frank de Boer, drugi w kolejności był Kluivert. Włosi przeczekali cały mecz i dogrywke, doprowadzając do piłkarskiej loterii. Na pierwszy ogień poszedł ponownie De Boer i ponownie nie trafił! Toldo odczytał jego zamiary, w końcu Włosi zawsze mieli wybitnych bramkarzy. Di Biaggio i Pesotto byli bezbłędni. Kolejną okazje zmarnował Jap Stam, natomiast Totti pomyślnie przeszedł próbe nerwów. Zrehabilitował się za to Kluivert a pomylił Maldini. Wszystko zależało od Bosvelta, który nie udźwignął presji i sprawił iż Holendrzy przegrali. Do dogrywki doszło także w konfrontacji Francji z Portugalią. Po 90 minutach był remis 1:1. Dodatkowe pół godziny dawało nadziej na zwycięstwo jednej z ekip. Od serii jedenastek wybawił oba zespoły rzut karny, podyktowany za wątpliwe zagranie ręką Abela Xaviera. Rozwścieczeni Portugalczycy rzucili się na sędziego. Najbardziej protestował strzelec pierwszego gola Nuno Gomes i za czerwoną kartke musial opuścić boisko. Sędzia nie zmienił podjętej decyzji. Piłke na wapnie ustawił Zidane i trafił. Francja w finale. O wszystkim przesądził złoty gol strzelony w nie do końca klarownych okolicznościach.

Po raz pierwszy w historii mistrzostw Europy los skonfrontował ze sobą Francuzów z Włochami. ,,Azzuri” przygotowali prosty plan na wygranie finału. Jako pierwsi strzelić gola a później przez resztę meczu bronić korzystnego wyniku. Wszystko zaczęło układać się po ich myśli, gdy po strzale Delvecchio objeli prowadzenie. Na prawej flance Totti uwikłany w walkę z dwoma rywalami odegrał piętą do nadbiegającego Pesotto. Pomocnik Juventusu dośrodkowal w pole karne wprost do Delvecchio, który z bliska wpakowal piłke do siatki. Szkoleniowiec Włochów Dino Zoff miał szanse zdobyć złoty medal mistrzostw Europy zarówno w roli piłkarza, jak i trenera. Miał, gdyż odebrali mu ją Francuzi, dosłownie w ostatniej chwili. Wszystko działo się w doliczonym czasie gry. Daleki wykop Bartheza. Pilka trafia do Trezegueta, który odgrywa ją do Wilforda. Cannavaro nie przecina podania. Napastnik Bordeaux przyjmuje piłke, po czym oddaje strzał w długi róg bramki strzeżonej przez Toldo. Nesta nie zdołał zablokować piłki a Toldo jej nie wybił. Chwila dekoncentracji okazała się brzemienna w skutkach. Dla Francuzów jeszcze nie wszystko stracone. Włosi nie mieli już nic do stracenia bo w jednej chwili zaprzepaścili wszystko. Okazja na zostanie mistrzem Europy niebezpiecznie się oddaliła. Swoją szanse zwietrzyli rywale. Pressing Francuzów i Albertini traci piłke. Dopada do niej Pires. Wbiega w pole karne i dośrodkowuje do Trezegueta. Nesta próbuje interweniować ale bezskutecznie. ,,Trezegol” mocnym strzałem z woleja pod poprzeczke zapewnia ,,Trójkolorowym” Puchar Delauanya. Dramat Włochów, euforia Francuzów. Zwycięzców się nie sądzi, zwycięzców się ceni. Sukces piłkarzy nie był by możliwy bez ogromnego trenerskiego wkładu Rogera Lemerre’a. Opiekun Francuzów miał nosa do zmian. To one odmieniły gre podopiecznych a także… niekorzystny wynik meczu. W 58 minucie posłał w bój Wiltorda a na kwadrans przed końcem meczu – Trezegueta. Obaj zadali decydujące trafienia. Przy zwycięskim(złotym) golu duży udział miał Pires, trzeci dżoker w talii Lemmer’a. Pomocnik Marsylii wchodził na murawe gdy plac gry opuszczał włoski bohater Delvecchio. Co było później, wiadomo. Mistrzowie świata zostali mistrzami Europy. Na osłode dla Holendrów i Jugosłowian pozostał tytuł króla strzelców Euro 2000 w postaci 5 strzelonych goli ex aequo przez Kluiverta i Milosevicia.

8

7

Zakład przy ulicy Vidre:


Na początku XX wieku futbol był jeszcze w mieście sportem mniejszościowym. To pasja owych Pionierów umożliwiła rozgrywanie pierwszych meczów ponieważ niemal jakiekolwiek miejsce uważali za wystarczająco dobre żeby biegać za piłką w krótkich spodenkach. Boiska do gry w złym stanie i byle jakie stroje były na porządku dziennym. Za sprzęt płacili sami piłkarze, którzy korzystali z ręcznie szytych piłek, przynajmniej do czasu, gdy Gamper dostał futbolówkę od krewnych ze Szwajcarii. Często zdarzało się tak że piłkarze wychodzili z domu w bawełnianych koszulkach brał grana, które zakrywali płaszczem, wypełnianych spodenkach sięgających za kolana, podtrzymywanych paskiem z materiału a także w wełnianych getrach. Uniform uzupełniały buty ze skóry, często białej albo chromowanej w kolorze jasnoszarym, które kupowali za granicą. Do tego wszystkiego cierpieli na niedostatek piłek. Dlatego też klub zlecił wyprodukowanie kilku rymarzowi z zakładu przy ul Vidre. Jej nazwa pochodziła od dawnego pieca szklanego, który znajdował się przy niej łącząc plac Reial z ulicą Eskudellers w środku dzielnicy El Raval. Piłki wykonane były ze skórzanych kawałków w ciemnych kolorach, zszytych ze sobą nitką. Rymarz, nie mający pojęcia o futbolu, wytworzył je ręcznie, korzystając z fotografii zamieszczonych w zagranicznej prasie, dostarczonych mu przez kibiców i szefów klubu. Rezultatem była mało konwencjonalna piłka o nieregularnym kształcie, która szybko przestawała nadawać się do gry i którą trzeba było stale zszywać. Jednak najważniejsze że klub miał własną piłkę bardzo cenione i rzadkie dobro będące w tamtym czasie synonimem poważnej drużyny. Pierwsze mecze Barca rozgrywała właśnie tymi ręcznie szytymi piłkami, do czasu aż Ernest Whitney Cotton, założyciel ,,Reial Club de Tenis Barcelona” i wtedy także piłkarz Barçy, ofiarował dwie piłki Marki Greenville-Birmingham, który kupił podczas pobytu w Wielkiej Brytanii. Przywiózł również jeden z pierwszych gwizdków dopuszczonych regulaminem do wykorzystywania przy sędziowaniu meczów oraz pierwszą parę butów piłkarskich, które wywołały podziw wśród jego kolegów z drużyny z uwagi na ich wysoką jakość.



@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

7

@FCBparasiempre
Steven Gerrard to jeden z najlepszych piłkarzy w historii angielskiej piłki. Dla drużyny „The Reds” wygrał wiele cennych trofeów. Z Liverpoolem sięgnął m.in. po puchar Anglii, puchar ligi, a także tryumfował w rozgrywkach Champions League. To właśnie w Stambule natchnął swoich kolegów do odwrócenia losów meczu i na zawsze zapisał się w annałach klubu z miasta Beatlesów. Kapitan „The Reds” ma jednak na swoim koncie także wielką porażkę. Nigdy nie zdobył mistrzostwa Premier League. Kiedy było ona na wyciągnięcie ręki w decydującym meczu z Chelsea, poślizgnął się, stracił piłkę i podarował gola Londyńczykom. Jego bogata historia skłoniła nas do napisania o nim artykułu. Gerrard przyszedł na świat 30 maja 1980 roku w miejscowości Whiston. Miasteczko to jest oddalone o niespełna piętnaście kilometrów od ścisłego centrum Liverpoolu. Młody Stevie w dzieciństwie często nosił koszulkę Evertonu, gdyż jego wujek był zakochany w drużynie z Goodison Park. Wydawało się więc, że naturalnym wyborem Gerrarda będzie gra dla odwiecznego rywala „The Reds”. Na szczęście dla fanów Liverpoolu geniusz młodego Anglika zauważyli skauci wielokrotnego mistrza Premier League i w wieku dziewięciu lat Gerrard rozpoczął swoją przygodę na Anfield. Niestety kariera Gerrarda mogła zakończyć się już w dzieciństwie. Młody piłkarz Liverpoolu podczas gierki podwórkowej doznał paskudnego urazu. Kiedy po jednej z akcji piłka utknęła w krzakach, Gerrard starał się wykopać futbolówkę. Nie wiedział jednak, że w zaroślach są widły, na które nadział stopę. Rana była tak głęboka, że Anglik trafił od razu do szpitala. Na miejscu okazało się, że najprawdopodobniej będzie trzeba amputować palec z powodu dostania się bakterii do organizmu. Jednak zgody na to nie wyrazili ówcześni włodarze Akademii Liverpoolu. Twierdzili oni, że taki zabieg pozbawi szans Gerrarda na profesjonalne granie w piłkę. Zaproponowali oni niekonwencjonalną formę leczenia, która ostatecznie zapobiegła amputacji palca. Gerrard po długim okresie rekonwalescencji w końcu mógł wrócić do futbolu. Po przejściu przez wszystkie etapy akademii „The Reds” pomocnik Liverpoolu zadebiutował w pierwszym zespole w sezonie 1998/1999 pod batutą Gérarda Houlliera. Miał wtedy już skończone osiemnaście lat. Rywalem klubu z Anfield było Blackburn Rovers. Nastolatek z Whiston zameldował się na placu gry w końcówce spotkania. Liverpoolu prowadził wówczas 2:0 i pewnie dowiózł wynik do końcowego gwizdka arbitra. Młody Stevie w tamtym czasie nie grzeszył posturą. Nie miał rozwiniętej muskulatury, a jego przeciwnicy w pojedynkach fizycznych robili z nim, co chcieli. Tydzień po meczu z Blackburn Gerrard otrzymał szansę od menedżera z Francji na grę w pierwszym składzie. Liverpool tym razem pojechał na trudny teren do Tottenhamu. Anglik wypadł w tamtym spotkaniu beznadziejnie. Odpowiadał za krycie Davida Ginoli, który ośmieszał go swoimi dryblingami w każdej akcji. Gerrard zszedł z boiska na początku drugiej połowy. Angielskie media bardzo go skrytykowały za tamten występ, wybierając go na najgorszego piłkarza meczu. Anglik się jednak nie poddawał. Niepowodzenia jeszcze bardziej go motywowały. Zaczął ciężej przykładać się do treningów, dając tym samym do zrozumienia menedżerowi, że jest ambitnym i pracowitym zawodnikiem. Gerrard otrzymywał coraz więcej szans na boisku jako rezerwowy, by bo pewnym czasie stać się etatowym zawodnikiem pierwszej jedenastki klubu z Anfield. Razem z Jamiem Redknappem tworzyli w środku pola duet nie do przejścia. Pomocnik Liverpoolu na początku swojej kariery miał bardzo dużo zadań defensywnych. Odpowiadał za tak zwaną czarną robotę. Starał się przeszkadzać w akcjach swoich przeciwników, grał brutalnie, zbierając tym samym bardzo dużo kartek. Przełomowym momentem w karierze Gerrarda były rozgrywki 2000/2001. Wtedy to Liverpool zdobył potrójną koronę, w której w skład wchodził Puchar UEFA, rozgrywki FA Cup oraz Puchar Ligi Angielskiej. Najważniejszym sukcesem w tamtych rozgrywkach było oczywiście wygranie przez Liverpool Pucharu UEFA. „The Reds” po nieprawdopodobnym finale wygrali po dogrywce 5:4 z Deportivo Alaves. Gerrard w tamtym spotkaniu strzelił gola na 2:0. W międzyczasie pomocnik Liverpoolu zadebiutował w kadrze reprezentacji Anglii 31 maja 2000 roku. Wyspiarze tego dnia w meczu towarzyskim na Wembley podejmowali reprezentację Ukrainy, którą ostatecznie pokonali 2:0. Na pierwszego gola dla reprezentacji Gerrard musiał czekać ponad rok po swoim debiucie. Anglicy w meczu eliminacyjnym do MŚ w Korei i Japonii rozbili Niemców aż 5:1. Wszystkie gole w tamtym meczu zdobywali zawodnicy Liverpoolu. Trzy bramki ustrzelił Michael Owen, a po jednym trafieniu dołożyli Gerrard z Emilem Heskey. W wieku dwudziestu trzech lat Gerrard po raz pierwszy dostał opaskę kapitana drużyny z miasta Beatlesów. Dla Anglika było to niesamowite wyróżnienie, zwłaszcza że poprzednikiem Gerrarda był doświadczony piłkarz Liverpoolu Sami Hyppia. Szatnia klubu z Anfield nie była zachwycona decyzją trenera. Zawodnicy uważali, że Stevie jest za młody, pełniąc tak odpowiedzialną funkcję. Gerrard jednak nic sobie z tych uwag nie robił, broniąc się swoją twardą i nieustępliwą grą na boisku.

Przed rozgrywkami 2004/2005 do Liverpoolu przyszedł nowy szkoleniowiec. Był nim Rafa Benitez, który w przeszłości zdobył z Valencią dwukrotnie mistrzostwo Hiszpanii, przełamując hegemonię Realu i Barcelony. Wydawało się więc, że Benitez jest odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu. Z Liverpoolu odszedł w tym samym czasie Michael Owen, który zasilił drużynę z Santiago Bernabeu. Coraz więcej odpowiedzialności spadło więc na Stevena Gerrarda. Jednak pomocnik „The Reds” w tamtym momencie również zastanawiał się, czy nie zmienić barw klubowych. Chrapkę na zawodnika z Anfield miała ekipa Chelsea, której potęgę budował Roman Abramowicz. Gerrard wiedział, że „The Blues” są bardziej klubem perspektywicznym, a Liverpool popadał w przeciętność. Ostatecznie Stevie był lojalny wobec klubu, w którym się wychował i kontynuował swoją karierę w mieście Beatlesów. Decyzja Gerrarda okazała się strzałem w dziesiątku, gdyż pod koniec maja 2005 roku Liverpool po dwudziestu jeden latach wygrał rozgrywki Champions League. Mecz w Stambule pomiędzy Liverpoolem a Milanem jest uważany do dzisiejszego dnia jako jeden z najlepszych spotkań w historii piłki nożnej. Do przerwy podopieczni Rafy Beniteza byli zdruzgotani. Przegrywali z drużyną z Mediolanu aż 0:3. Eksperci w przerwie meczu wieszali już złote medale na szyjach piłkarzy z San Siro. Nikt nie wierzył w odwrócenie losów meczu z wyjątkiem kibiców z Liverpoolu i właśnie bohatera naszego artykułu. Gerrard dał impuls drużynie, zdobywając bramkę głowę na 1:3 w 54 minucie. Nie minęło 120 sekund, a Neslon Dida musiał po raz drugi wyciągnąć piłkę z siatki po uderzeniu za pola karnego Vladimira Smicera. Gdy po godzinie gry Xabi Alonso strzelając na raty rzut karny, doprowadził do remisu, kibice na obiekcie olimpijskim im. Atatürka przecierali oczy ze zdumienia. „The Reds” dokonali niemożliwego i po kwadransie drugiej połowy odrobili wszystkie straty. Wynik w regulaminowym czasie gry nie uległ już zmianie i nadeszła dogrywka. W niej w 118 minucie meczu Milan stanął przed znakomitą szansą na rozstrzygnięcie spotkania. Andrij Szewczenko dwa razy próbował pokonać Jerzego Dudka. Bramkarz „The Reds” jednak nie dał się zaskoczyć. Najpierw wybronił silny strzał głową Ukrainca, a chwile później sparował dobitkę Szewczenki na rzut rożny. W konkursie rzutów karnych Dudek również wybronił decydujący strzał napastnika Milanu i Gerrard mógł, po chwili podnieś najcenniejszy klubowy puchar. Po wygraniu Ligi Mistrzów przez Liverpool Gerrard miał ponownie wiele ofert z innych klubów Premier League. Kusiły go takie marki jak Arsenal czy Chelsea. Anglik ponoć miał już nawet wybrać nowy klub. Jednak zdecydował się ponownie zostać na Anfield, gdyż nie chciał zawieść swojego tatę, który był mocno związany z Liverpoolem. Niestety Gerrard do końca swojej kariery zdołał wygrać już tylko trzy trofea dla swojego ukochanego klubu. Pierwszy z nich, zdobył trzynastego maja 2006 roku w finale FA Cup na Millenium Stadium w Cardiff. „The Reds” grali wtedy przeciwko drużynie West Ham United. Mecz w stolicy Walii był popisem Steviego. Liverpool wszedł w to spotkanie bardzo źle. Po trzydziestu minutach gry „Młoty” prowadziły 2:0. Kapitan Liverpoolu musiał ponownie podnieść swój zespół z kolan. W 34 minucie finału Anglik asystował przy trafieniu Djibrila Cisse. Natomiast na początku drugiej połowy Gerrard huknął pod poprzeczkę i wyrównał wynik meczu. West ham jednak nie dawał za wygraną i po chwili odpowiedział trzecią bramką. Gdy wydawało się, że to spotkanie wygrają Londyńczycy, pomocnik Liverpoolu po raz kolejny wziął sprawy w swoje ręce. W doliczonym czasie gry oddał strzał życia z ponad 30 metrów i spowodował euforię całego stadionu. O końcowym wyniku miały decydować jeszcze raz rzuty karne. W Wali „The Reds” lepiej egzekwowali jedenastki i tak jak w Stambule mogli się cieszyć z udanego come backu. Kolejnym tryumfem, jaki zanotował Stevi z Liverpoolem było wygranie meczu o Tarczę Wspólnoty tego samego roku. Podopieczni Rafy Beniteza pokonali Chelsea na Wembley 2:1. Gerrard w tym meczu pojawił się na boisku dopiero w 60 minucie. W następnych sezonach „The Reds” zanotowali olbrzymi spadek formy. Nie przypominali już tamtej drużyny z sezonu 2004/2005, która mogła się bić z każdym w Lidze Mistrzów. Udany mieli co prawda sezon 2008/2009, kiedy to zajęli drugie miejsce w lidze, jednakże w kolejnych czterech kampaniach Liverpool stał się średniakiem ligowym. Na osłodę „The Reds” sięgnęli w roku 2012 po mało prestiżowy Puchar Ligi Angielskiej. Było to ostatnie trofeum Garrarda w czerwonej koszulce. Po fatalnych sezonach dla kibiców Liverpoolu nadeszła legendarna kampania 2013/2014. W niej Liverpool grał jak natchniony. Kwartet ofensywny Gerrard, Suarez, Sterling, Sturridge siał popłoch w szeregach defensywnych niejednego rywala. „The Reds” przez większość rozgrywek byli liderem tabeli Premier League. Niestety dla podopiecznych Brendana Rogersa nadeszła pechowa 36 kolejka. Liverpool przed tym spotkaniem wygrał aż jedenaście spotkań z rzędu. Wydawało się więc, że w meczu na Anfield przeciwko Chelsea zrobią kolejny krok do zdobycia wyczekiwanego od lat mistrzostwa Anglii. To nie był jednak udany dzień dla klubu z miasta Beatelsów. W doliczanym czasie gry pierwszej połowy Gerrad przepuścił piłkę pod stopą. Anglik starał się naprawić swój błąd. Niestety nie dość, że nie naprawił, to jeszcze się poślizgnął, futbolówkę przejął Demba Ba, wyszedł sam na sam z bramkarzem i otworzył wynik spotkania.

W drugiej części meczu Liverpool starał się odrobić straty. Atakował ze zdwojoną siłą na bramkę Marka Schwarzera, ale Australijczyk tego popołudnia nie dał się zaskoczyć ani razu. Chwile przed końcowym gwizdkiem sędziego Chelsea wyszła z kontrą i dobiła „The Reds”, strzelając na 2:0. Piłkarze Liverpoolu byli załamani. Mieli niesamowity sezon, kapitalną serię zwycięstw, a jeden przegrany mecz spowodował, że musieli pożegnać się z mistrzostwem. Główny winowajcą tego zdarzenia obarczono oczywiście Gerrarda. „Tego dnia poczułem się pusty. Jakby właśnie ktoś zmarł z mojej rodziny”. Dwa miesiące później kapitan Liverpoolu pojechał na MŚ z reprezentacją Anglii do Brazylii. Dla „Synów Albionu” turniej w Ameryce Południowej był bardzo nieudany. Anglicy musieli pożegnać się już z Mundialem po fazie grupowej. Media znowu bardzo skrytykowały Gerrarda, twierdząc, że Anglik zawalił przy dwóch trafieniach dla Urugwajczyków i pozbawił tym samym szans na awans swój naród do kolejnej fazy turnieju. Po tych rozgrywkach Gerrard zakończył reprezentacyjną karierę. Finalnie dla Anglików zagrał w 114 spotkaniach, zdobywając 21 bramek. Po sezonie 2014/2015 Gerrard w wieku 35 lat zdecydował się także odejść z Liverpoolu. W listopadzie 2014 roku dostał co prawda opcję przedłużenia swojego kontraktu, jednak Stevie odmówił włodarzom klubu. „To była najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Poinformowałem o niej teraz, by trenera oraz drużyny nie dekoncentrować przez spekulacje na temat mojej przyszłości. O tym, gdzie zagram, nie mogę jeszcze powiedzieć, ale na pewno będzie to drużyna, która nigdy z Liverpoolem się nie zmierzy. Co do tego nigdy nie miałem żadnych wątpliwości”. Gerrard na Anfield rozegrał łącznie siedemnaście pełnych sezonów. W tym czasie wystąpił w 710 meczach, notując na swoim koncie 185 bramek. Zdobył dziewięć trofeów, w tym najważniejszy puchar Ligi Mistrzów. W klasyfikacji najlepszych strzelców Liverpoolu w historii zajmuje piąte miejsce. A trzeba pamiętać, że Anglik nie był napastnikiem i na początku swojej kariery miał bardzo dużo zadań defensywnych. Gerardowi do pełni szczęścia zabrakło wygrania pucharu Premier League i sukcesu z reprezentacją narodową. Dlatego też do końca kapitan Liverpoolu nie może być zawodnikiem spełnionym. Jednak pomimo braku tytułu mistrza Anglii, wielu kibiców „The Reds” uznaję go do dzisiaj za najlepszego piłkarza w dziejach swej drużyny. Fani Liverpoolu cenią w swoim wychowanku takie cechy jak: lojalność, przywiązanie i wierność do barw klubowych. Gerrard podczas swojej przygody z piłką wielokornie otrzymywał oferty z silniejszych klubów, jednak nigdy nie wzmocnił lokalnych rywali. Na koniec kariery Anglik grał jeszcze dla klubu z MLS Los Angeles Galaxy. Niestety Gerrard za oceanem nie przypominał już zawodnika, który rozpieszczał fanów z Europy swoimi zjawiskowymi zagraniami. Ostatecznie karierę zakończył w 2016 roku. Gerrad po zawieszeniu butów na kołek nie zrezygnował z szatni piłkarskiej. W 2018 roku objął posadę trenera drużyny Glasgow Rangers, z którą w sezonie 2020/2021 tryumfował w rozgrywkach Ligi szkockiej. Anglik przełamał hegemonię Celticu po dziesięciu latach. „The Gers” nie przegrali w całym sezonie ani razu. Po dobrze wykonanym zadaniu w Szkocji Gerrard dostał propozycję prowadzenia Aston Villi. W Premier League legenda Liverpoolu nie radziła sobie już tak dobrze. Zespół z Birmingham grał bardzo przeciętnie pod wodzą Gerrarda i zarząd „The Villans” zdecydował się podziękować swojemu trenerowi za współpracę po niespełna roku. Dzisiaj Anglik próbuje odbudować swoją markę w klubie z Arabii Saudyjskiej Al Ettifaq FC, gdzie występuje obecnie bardzo dużo uznanych nazwisk piłkarskich. Stevie na pewno jednak marzy, żeby w przyszłości objąć stery Liverpoolu i doprowadzić ich do tytułu Premier League, czego nie udało mu się jako piłkarzowi.

Osiągnięcia klubowe

Liverpool (jako piłkarz)

FA Cup – 2x – 2000-01, 2005-06

Puchar Ligi – 3x – 2000–01, 2002–03, 2011–12

Tarcza wspólnoty – 1x – 2006

Liga Mistrzów – 1x – 2004–05

Puchar UEFA – 1x – 2000–01

Superpuchar UEFA – 1x – 2001

Rangers (jako menadżer)

Mistrzostwo ligi szkockiej – 1x – 2020-21

Osiągnięcia indywidualne

Piłkarz roku UEFA – 1x – 2005

Piłkarz roku w Anglii (PFA) – 1x – 2005–06

Młodzieżowy piłkarz roku w Anglii (PFA) – 1x – 2000–01

Najlepsza XI roku w Anglii (PFA) – 8x – 2000–01, 2003–04, 2004–05, 2005–06, 2006–07, 2007–08, 2008–09, 2013–14[

Piłkarz roku w Anglii według fanów (PFA) – 2x – 2000–01, 2008–09

Piłkarz roku w Anglii według dziennikarzy (FWA) – 1x – 2008–09

Onze d’Argent – 1x – 2005

Najlepszy piłkarz reprezentacji Anglii – 2x – 2007, 2012

Najlepszy piłkarz Liverpoolu w sezonie – 4x – 2004, 2006, 2007, 2009

Najlepszy piłkarz Liverpoolu w sezonie według fanów – 2x – 2005, 2007

FIFA FIFPro World XI – 3x – 2007, 2008, 2009

Najlepsza XI roku UEFA – 3x – 2005, 2006, 2007

Najlepsza XI mistrzostw europy – 1x – 2012

Najlepsza XI według ESM – 1x – 2008–09

Piłkarz miesiąca Premier League – 6x – March 2001, Marzec 2003, Grudzień 2004, Kwiecień 2006, Marzec 2009, Marzec 2014

Najwięcej asyst w sezonie Premier League – 1x – 2013–14[

Hall of Fame angielskiej piłki – 1x – 2017

Srebrna piłka mistrzostw świata – 1x – 2005

Hall of Fame Premier League – 1x – 2021

7

Zapomniane legendy światowego futbolu:

30 maja 1946 r. urodził się Dragan Džajić. Polska w latach 70-tych miała swojego Kazimierza Deynę, Czechosłowacja nieco wcześniej Josefa Masopusta, ale o nich się dzisiaj doskonale pamięta. Nieco inaczej jest z największą gwiazdą reprezentacji Jugosławii, którą był Dragan Džajić. Ten fantastyczny skrzydłowy przez wiele lat decydował o obliczu Crvenej Zvezdy Belgrad (305 meczów i 113 goli), a przez pewien czas czarował też swoim talentem kibiców francuskiej Bastii (56 gier i 31 goli). Przede wszystkim był jednym z największych asów reprezentacji Jugosławii (85 występów i 23 gole). Do legendy przeszły również jego rzuty wolne. Można nawet znaleźć opinię, według której Džajić miał być najlepszym lewonożnym wykonawcą rzutów wolnych w historii futbolu. ,,Dragan Dżajić to legenda jugosłowiańskiej piłki. Przede wszystkim fenomenalny drybler. Kiedyś BBC zrobiło film, pod tytułem „czarna kobra”, na którym pokazano kilkadziesiąt zwodów Dżajicia w miejscu i w biegu. Był wtedy zupełnie nie do zatrzymania. Gdyby wskazać dziś jakiegoś piłkarza, który prezentowałby namiastkę gry przypominającą to, co robił „Džaja”, to byłby to Arjen Robben. Jego kariera jakoś się rozpłynęła, być może dlatego, że nie było kontynuacji w silnych zagranicznych klubach”– Włodzimierz Szaranowicz.


@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360

11

Zapomniane legendy futbolu:

30 maja 1913 r. urodził się Geza Kalocsay, węgierski piłkarz grający na pozycji napastnika, reprezentant Czechosłowacji i Węgier, oraz trener(w latach 1966–1969 trener Górnika Zabrze). W Mistrzostwach Świata 1954 był asystentem trenera Gusztáva Sebesa, twórcy ,,Złotej Jedenastki”. Géza stale łączył rozwój sportowy z rozwojem intelektualnym. W życiu zadbał o sukcesy zarówno piłkarskie, jak i naukowe. Do tych pierwszych niewątpliwie można zaliczyć udział w Mistrzostwach Świata w 1934 roku w barwach Czechosłowacji (Kalocsay dopiero w 1940 r. zadebiutował w reprezentacji Węgier) a do drugich fakt, że był doktorem prawa. W Zabrzu prowadził piłkarzy twardą ręką, co przynosiło znakomite efekty. W wywiadzie dla katowickiego Sportu Jerzy Gorgoń stwierdził: ,,Kalocsay dawał w kość. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z Górnikiem, po treningu wszyscy szli do szatni a mnie jeszcze gonił kilkanaście kółek i robił dodatkowe zajęcia. Buntowałem się. Mówiłem, że mam niższe od wszystkich stypendium a pracuję za trzech ale miał rację, zrobił ze mnie piłkarza”. Zawodnicy ówczesnej ekipy zgodnie stwierdzają, że Węgier jako pierwszy w polskiej lidze przykładał wielką wagę do piłkarskiej taktyki. Ponadto wspominają, że był najbardziej wymagającym trenerem, z jakim kiedykolwiek mieli przyjemność pracować. Pod jego skrzydłami Zabrzanie wywalczyli Mistrzostwo Polski w 1967 roku, jednak kibice pamiętają go przede wszystkim dzięki wspaniałym występom Górnika w europejskich pucharach. To on był architektem drużyny, która w sezonie 1969/70, już pod wodzą Michała Matyasa, awansowała do finału Pucharu Zdobywców Pucharów, ulegając minimalnie Manchesterowi City 1:2. Dwa lata wcześniej Zabrzanie sprawili niebywałą sensację, pokonując 1:0 drugi z wielkich klubów z Manchesteru. United w tamtym sezonie sięgnęli po Puchar Europy a ich porażka ze Ślązakami w 1/4 finału była jedyną w drodze po triumf (w pierwszym meczu wygrali 2:0 i awansowali do półfinału). Bilans Górnika w europejskich pucharach pod wodzą Kolocsaya jest naprawdę imponujący: 15 meczów, 10 zwycięstw, 2 remisy i 3 porażki, przy bilansie bramkowym 30:16. Ciekawy wątek dotyczy jego zwolnienia. Nie zaważyły o tym ani wyniki sportowe, ani finanse a historie obyczajowe. Kolocsay nigdy nie krył się ze swoimi zapędami do płci pięknej. Jego rozwiązłość nie spodobała się rodzicom dziewczyn, z którymi sypiał, więc donieśli na niego partii a że wówczas partia miała najwięcej do powiedzenia…


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson

12

Blaugrana w Pucharze Hiszpanii:

Dokładnie 60 lat temu FC Barcelona pokonuje na wyjeździe Espanyol Barcelona 2:4 w rewanżowym ćwierćfinale Copa del Generalisimo i tym samym awansuje do półfinału tych rozgrywek. Gole dla Barçy strzelali wówczas Jose Zaldua(2), Sandor Kocsis oraz Cayetano Re. Co ciekawe w ekipie Espanyolu zagrał ,,wielki" Ladislao Kubala, który już powolutku kończył swoją karierę zawodniczą.



@Visca_barca
@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

4

No, kochani ale spektakl zgotowała nam wczoraj nasza kochana Igunia. Takiego pojedynku to ja jeszcze w jej wykonaniu nie widziałem. Co prawda to sama Osaka przegrała ze sobą i zmarnowała nawet piłki meczowe ale Iga pokazała kto rządzi w kobiecym tenisie. Osobiście nie kojarze aby w wielkim szlemie Iga przegrywając drugiego seta 6:1(a niewiele brakowało do 6:0) a trzeciego... ile(?) 5:2!, wyciągneła to i wygrała pojedynek. Spektakularny wynik z ogromnym szczęściem...

10

Wspomnienia z łezką w oku:

30 maja 1998 r. Guillermo Amor rozpłakał się jak dziecko po słowach Luisa Van Gaala. Jeden z najbardziej oddanych drużynie piłkarzy w historii Blaugrany musiał odejść z powodu decyzji trenera. Holender w ostrych słowach ostrzegł zawodników, którzy nie będą chcieli odejść że ,,kolejny rok będzie dla nich straszny”. Następnie kierując słowa bezpośrednio do Amora stwierdził że ,,będzie on blokował rozwój takich piłkarzy jak Xavi”. Gracz, który był wychowany w La Masii i przez 18 lat był związany z Dumą Katalonii nie mógł się powstrzymać od płaczu po usłyszeniu takich słów. Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej prezydent Nuñez oświadczył, że wykorzysta klauzule w kontrakcie pozwalającą na przedłużenie umowy z Amorem ale służyło to jedynie temu, aby uzyskać za Katalończyka pieniądze od przyszłego pracodawcy. Guillermo trafił ostatecznie do Fiorentiny. Wyobrażacie sobie taką sytuację gdyby miała miejsce z Iniestą, Xavim czy nawet z Messim? Przecież to byłby skandal!


@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Symson
@Visca_barca

3

Igo, Igunio, jesteś tenisistką wszechpotężną!
Rozpiera mnie duma!

6

@FCBparasiempre
29 maja 1985 r. w Brukseli, Juventus pokonał FC Liverpool 1:0. Na finał rozgrywek o Puchar Mistrzów czekało w całej Europie wiele milionów ludzi ale po ataku kibiców angielskich i śmierć 39 osób mecz przestał się liczyć. Czegoś podobnego nie było od 1982 r., kiedy w Moskwie zgineło aż 340 osób! Przyczyny dramatów często się powtarzały. Przejścia były zbyt wąskie albo zamknięte, policja chcąc rozpędzić tłum atakujący sędziów lub piłkarzy, używała gazów łzawiących, co powodowało panike. Ludzie tratowali się albo dusili się w tłumie. W maju 1985, zaledwie 2 tygodnie przed Heysel, doszło do jednej z największych tragedii na Wyspach Brytyjskich. Finał Pucharu Mistrzów w 1985 nie zapowiadał żadnego dramatu. Oczekiwano wyłącznie przeżyć sportowych, ponieważ spotykały się 2 drużyny o niezwykłych tradycjach, dokonaniach, pełne gwiazd znanych na całym świecie. Liverpool bronił pucharu zdobytego rok wcześniej w zakończonym rzutami karnymi meczu z AS Roma. Juventus był właścicielem wywalczonego w tym samym czasie Pucharu Zdobywców Pucharów. Miał w drużynie 4 mistrzów świata oraz Platiniego i Bońka. To wszystko gwarantowało wspaniałe widowisko. Tyle że mecz ten nie powinien się odbyć. Wielu kibiców z obydwu krajów przybywało do Belgii już pod wpływem alkoholu. W południe na kilka godzin przed meczem, na Brukselskim Grand Place bawiło się zgodnie około 2 tysięcy Anglików i Włochów. Kolejne tysiące zajmowały restauracje, bary i ogródki na sąsiadujących z rynkiem ulicach. Wszyscy koncentrowali się na piciu, skandowaniu haseł i wymachiwaniu klubowymi flagami. Cały Grand Place pokrywało szklo z potłuczonych butelek. Wielu Anglików leżało nieprzytomnych na chodniku przy barze. Temperatura wzrastała. Wczesnym popołudniem na konferencji z udziałem szefów Liverpoolu, Adidas przedstawił wzór koszulek, w jakich Anglicy pierwszy raz mieli zagrać wieczorem. Obok Atomium pod stadionem kolejna konferencja. Stadion podzielony był standardowo. Całą trybune za bramką po prawej stronie zajmowali kibice włoscy. Po przeciwnej stronie znajdowali się Anglicy i Włosi, przedzieleni wąski pasem przeznaczonym dla kibiców belgijskich, którzy jednak szybko z tamtąd uciekli. Właśnie ta trybuna oznaczona literami X, Y i Z, stała się sceną dramatu. Obydwie trybuny za bramkami miały miejsce wyłącznie stojące. Iskrą stały się butelki, kamienie i petardy, rzucane z angielskiego sektora X na włoski – Z. Początek finału wyznaczono na godzinę 20.15. Kiedy o 18.15 na boisko wyszły dwie drużyny trampkarzy, mało kto patrzył na ich mecz. Oni grali a sytuacja na trybunach stawała się coraz bardziej dramatyczna. Wszyscy na to patrzyli, żadne służby porządkowe nie interweniowały. Burmistrz Brukseli mówił że do pracy przy meczu zaangażowano około tysiąca policjantów. 240 z nich znajdowało się na stadionie, chociaż prawde mówiąc nie rzucali się w oczy. Kiedy sytuacja całkiem wymknęła się spod kontroli, policjanci docierali na stadion czym tylko się dało, odpowiadając na zamieszczony w telewizji apel. Najgorsze nastąpiło między 19.00 a 19.30. Po rzucaniu butelkami itp. Doszło do pierwszej szarży Anglików na Włochów, z sektora X na Z. Była co prawda jeszcze odpierana przez nielicznych policjantów ale napastnicy zdobyli nowy oręż – metalowe pręty, wyrwane z płotu oddzielającego sektory. Po chwili przerwy atak powtórzono. Tym razem ubrani na czerwono Anglicy przebiegli się po belgijskim sektorze buforowym, jakby nie istniał. Nie Belgowie a Włosi byli celem ataku. Kibice Juventusu czegoś takiego się nie spodziewali, zresztą i tak stali na straconej pozycji. Nie mieli gdzie uciekać. Najwyżej kilkanaście metrów wzdłuż, dalej już była tylko ściana. Gromadzili się na samym rogu kończącej się trybuny, gdzie mur był najniższy i dawał nadzieje na zeskoczenie z wysokości 2, 3 metrów na bieżnie. W kierunku wejść uciekać nie mogli bo wciąż nowi kibice nieświadomi sytuacji wchodzili na trybune. Rozjuszeni, pijani Anglicy gonili swoje ofiary aż do skutku. W czasie, kiedy Włosi znajdujący się na końcu skłębionej masy uciekających otrzymali ciosy prętami, pięściami, drewnianymi częściami ławek, kastetami i nożami, pierwsi zostali przyparci do muru. Ten nie wytrzymał pod ciężarem kilkuset osób i runął na bieżnie. Kilkunastu kibiców poniosło śmierć przygniecionych cementem, cegłami, zbrojonymi prętami lub stratowanych przez uciekających rodaków, którzy dopiero teraz wylali się na bieżnie. Biegli po ciałach ludzi, obok których jeszcze przed chwilą stali. Inni zostali na trybunie ryzykując życie. Kiedy setki ludzi wtargnęły na bieżnie i boisko, które trampkarze opuścili po skończonym meczu, wielu innych na stadionie nie miało świadomości, co tak naprawdę się stało.

Spiker apelował o spokój i powrót na swoje miejsca ale niektórzy już swoich miejsc nie mieli. Na ławkach prasowych nikt nie pomyślał że efekt szarży może być tak tragiczny. W tłumie przy zawalonej ścianie niewiele można było zobaczyć. Dopiero widok coraz większej liczby sanitariuszy z noszami, wycie syren karetek i śmigłowce nad stadionem uświadomiły wszystkim że stało się coś strasznego. Na stadionie panował chaos. Przez megafony wzywano do zachowania spokoju, na tablicy świetlnej pojawił się przygotowany wcześniej napis: ,,Organizatorzy serdecznie witają przybyłych kibiców futbolu”. Policjanci belgijscy wprawni w rozpędzaniu demonstracji związkowców, teraz byli bezradni. W takiej sytuacji nigdy się nie znaleźli. Przyglądali się pierwszym iskrom przyszłego ognia, który groził pożarem, z czego musiał sobie zdawać rację każdy, kto choć raz widział awantury wywołane przez kibiców. Patrzyli co z tego wyniknie a kiedy Anglicy ruszyli, policjanci uciekali razem z Włochami. Wprowadzenie większej liczby funkcjonariuszy i służb porządkowych niewiele dało. Kiedy ożywiła się trybuna M, N i O – to po drugiej stronie boiska, zajmowana tylko przez Włochów grupki kibiców wybiegły na bieżnie żeby pograć tam w piłke i bić się, policjanci stanęli jak słupy. Uzbrojeni w pałki, tarcze z pleksiglasu, hełmy, nie mogli dać sobie rady z młodymi chłopakami w trampkach i drzewcami po sztandarach w ręku. Wtedy wjechała konnica. Jechali kłusem wzdłuż trybuny nie robiąc na nikim wrażenia. Potem jeszcze dwudziestu ale nawet nie próbowali usunąć kibiców z boiska i bieżni, nie rozpoczęli żadnej akcji, która mogłaby przywrócić porządek. Czekali na rozkazy ale rozkazów nie było. Oficer dowodzący akcją znajdował się poza stadionem. Minister spraw wewnętrznych siedział spokojnie w domu przed telewizorem, patrzył co się dzieje a w tym czasie w jego gabinecie trwały narady. Na postawione zarzuty odpowiedział że organizacja była bez zarzutów i nie chciano prowokować kibiców demonstracją policyjnej siły. To był szok cywilizacyjny dla kraju, w którym żyło się spokojnie i bezpiecznie. Belgowie, którzy nie doświadczyli okropności wojny w takim stopniu jak wiele innych europejskich krajów, nie wyobrażali sobie że może ich spotkać coś takiego. Nie byli na to przygotowani. Nie był też na to przygotowany stadion. Prezydent Liverpoolu sir John Smith powiedział: ,,Stadion Heysel nie nadaje się do takich meczów. Kibice mogli bez poważniejszych problemów dostać się na trybuny bez biletów a potem poruszać się względnie swobodnie po całym obiekcie. To niedopuszczalne”. Wtórował mu prezydent Juventusu Giampiero Boniperti: ,,Gdybym wiedział że Belgia nie da sobie rady z organizacją, byłbym za przeniesieniem meczu do Związku Radzieckiego. Tam od razu dano by sobie rade z bandytami”. Przed godziną 20-tą wiadomo było że mecz nie rozpocznie się zgodnie z planem, czyli o 20.15. ale prawdopodobnie nikt wtedy nie wiedział czy w ogóle się odbędzie. Działacze Komitetu Wykonawczego UEFA byli podzieleni. Zresztą oni nawet nie mieli miejsca, w którym mogliby spokojnie na ten temat podyskutować. W powszechnym chaosie Włosi często w szoku uciekali z zagrożonych miejsc, szukając schronienia na trybunie honorowej i prasowej, które były najbezpieczniejszymi okolicami na stadionie. ,,Już wtedy wiedzieliśmy, co się wydarzyło. Siedzieliśmy w szatni i czekaliśmy na decyzje. Wielu z tych, którzy ponieśli śmierć lub zostali ranni było znanych było znanych piłkarzom Juventusu. Nie chciało się nam grać w takiej sytuacji ale nie mieliśmy wyjścia”.- opowiadał Boniek. UEFA uznała że odwołanie meczu mogłoby spowodować jeszcze większą tragedie. Postanowiono więc zagrać dla bandytów żeby ich nie drażnić. Niemiecka telewizja ZDF w tym momencie przerwała transmisje. O godzinie 20.30 do walczących z policją kibiców na trybunie M, N i O wyszli piłkarze Juventusu. Najpierw mistrzowie świata Tardelii i Cabrini, potem Brio i Favero. Wszyscy prosili swoich kibiców o zaprzestanie walk i zachowanie spokoju. Kapitan Juve Gaetano Schirea zwracał się do włoskich kibiców za pośrednictwem megafonów. Z taki samym apelem do przybyszów z Anglii wystąpił kapitan Liverpoolu Phil Neal. Służby medyczne cały czas udzielały wtedy pomocy poszkodowanym. W loży dziennikarskiej jeden z Włochów, który się tam schronił dostał ataku serca. Jego przyjaciel próbował go reanimować. Zaalarmowani lekarze przybyli niemal natychmiast. Po kilku minutach reanimacji zabrali go do szpitala. O godzinie 21.30 grupa młodych Włochów z trybun M, N, O wniosła na bieżnie transparent z napisem: ,,Red Animals” – Czerwone Zwierzęta, nawiązując do koloru koszulek Liverpoolu. Cała widownia zaczęła bić brawo. Długo to nie trwało. Policja zabrała im transparent i to była jej jedyna udana akcja owego wieczoru. W tym czasie na boisko wyszły obydwie drużyny. Liverpool równo, karnie, jak zwykle. Juventus w nieładzie, jak na rozgrzewke. Piłkarze z wyjątkiem obydwu bramkarzy(Tacconiego i Grobbelara) nie przywitali się jak to jest w zwyczaju. Mecz rozpoczął się z opóźnieniem jednej godziny i 28 minut. Piłkarze spędzili więc w swoich szatniach około 3 godzin. Liverpool miał pecha. Środkowy obrońca Mark Lawrenson już w 3 minucie doznał kontuzji barku i musiał zejść z boiska. Płlkarze obydwu drużyn grali czysto, jak gdyby się bali iż ostrzejszy atak może stać się powodem kolejnych rozruchów na trybunach. Żadna ze stron nie osiągnęła wyraźnej przewagi. W 57 minucie, po jednej z akcji piłkarze Liverpoolu nie zdążyli wrócić pod swoja bramke. Odzyskaną piłke Platini kopnął daleko do przodu gdzie czekał Boniek. Polak wbiegł między 2 obrońców, wyprzedził ich, uderzył piłke głową i kiedy zbliżal się do pola karnego został przewrócony przez Gary’ego Gillespiego. Faul był ewidentny, tyle że Szkot popełnił go przed linią pola karnego. Szwajcarski sędzia znajdował się zbyt daleko od tej sytuacji, źle ją ocenił, przyznając Juventusowi rzut karny. Platini wykorzystał jedenastke dając swojej drużynie prowadzenie. Na kwadrans przed końcem jedna z akcji Liverpoolu zakończyła się ostrym atakiem Favera na Whelanie w narożniku pola karnego. Pół stadionu zerwało się na nogi, widząc faul Włocha a to oznaczało rzut karny i szanse na wyrównanie ale sędzia faulu nie dostrzegł i Juventus wygrał 1:0.

Plotki o zakulisowych decyzjach UEFA, pragnącej zadośćuczynić Włochom i ukarać Anglików, same pchały się na usta i łamy prasy. Berno oczywiście je zdementowało ale jak interpretować decyzje dobrego zwykle sędziego, który dyktuje dla Włochów jedenastke za faul poza polem karnym i nie przyznaje jej Liverpoolowi za atak niezgodny z przepisami w obrębie ,,szesnastki”? Prezydent UEFA, Jacques Georges, wręczył Juventusowi Puchar Mistrzów w szatni. Żadnej gali nie było. Włosi wybiegli z trofeum pod trybune M, N i O, demonstrując je swoim kibicom. W tym samym czasie, po drugiej stronie stadionu za trybuną X, Y, Z, ostatnie karetki zabierały tragicznie zmarłych. Konsekwencje tragedii na Heysel dotknęły wiele osób. Angielska federacja piłkarska wycofała kluby angielskie z rozgrywek europejskich. Kara spotkała 16 klubów. UEFA zawiesiła je na 5 lat(Liverpool na 6) i rozpoczęła kampanie na rzecz bezpieczeństwa na stadionach. Premier Margaret Thacher wydała wojne stadionowym chuliganom. Bramkarz Liverpoolu Grobbelaar powiedział: ,,Nie chce mi się bronić piłek lecących na bramke, skoro mam tym sprawiać przyjemność takim kibicom, jak ci, którzy wywołali awantury w Brukseli. 14-tu z pośród 24 zatrzymanych, po 4 latach śledztwa i procesów zostało skazanych w Brukseli na kary do trzech lat więzienia i grzywny. Sekretarz generalny UEFA, Hans Bangerter i sekretarz generalny federacji belgijskiej Albert Roosens otrzymali kary więzienia w zawieszeniu. UEFA została zobowiązana do wypłacenia odszkodowań rodzinom ofiar. Rząd angielski przeznaczył na ten sam cel ponad ćwierć miliona funtów. Stadion Heysel został przebudowany, nosi teraz imię belgijskiego Króla Baudouina. W miejscu gdzie zginęło najwięcej Włochów, znajduje się tablica pamiątkowa. Kiedy w roku 2005 Liverpool wylosował w Lidze Mistrzów Juventus, kibice na trybunie kop stadionu Anfield Road, , najsłynniejszej w Anglii ułożyli z biało-czerwonych kartek wielki napis ,,Amicizia” – Przyjaźń. Na stadionie Anfield odsłonięto też tablice pamiątkową ku czci poległych Włochów, podobną do tej, jaka znajduje się na Heysel. ,,You’ll Never Walk Alone”… Śmierć na Heysel poniosło 38 Włochów i jeden Belg. Najstarsza ofiara, Barbara Lusci miała 58 lat, najmłodszą był 11-letni Andrea Casula.

2

@FCBparasiempre
Rozpoczął się sezon 1973-74, który okazał się najlepszym w karierze Yazalde. Cały zespół grał pod niego. Dodatkowo był człowiekiem, którego lubili praktycznie wszyscy. Wielu starszych lizbończyków (zarówno kibiców Benfiki jak i Sportingu) opowiada historie o spacerującym po ulicach stolicy Portugalii Yazalde, który przyłączał się do dzieci grających w piłkę na ulicach, a po grze zapraszał ich na lody i na koniec jeszcze obdarowywał drobnymi kwotami pieniędzy. Pierwsza kolejka nowego sezonu nie była dla „Chiroli” szczęśliwa. Mimo że oddał siedem strzałów na bramkę Vitorii Setubal, żaden nie przyniósł gola dla Sportingu, a Lwy przegrały 0:1. Kolejne mecze to już popis bohatera tekstu. W siedmiu spotkaniach zdobył (19!) goli. W 9. kolejce Sporting zremisował 1:1 z Porto i było to jedyne spotkanie w sezonie, w którym „Chirola” nie wystąpił. Od 12. serii spotkań zaczął strzelać ponownie i sezon zakończył z nieprawdopodobnym wynikiem… 46 goli zdobytych w 29 meczach. Ten wynik zapewnił mu tytuł najlepszego strzelca na Starym Kontynencie, a co za tym idzie, otrzymał nagrodę Złotego Buta. Na galę udał się oczywiście ze swoją piękną małżonką, która najbardziej wspomina słowa (czemu mnie to nie dziwi?) Franza Beckenbauera, skierowane do „Chiroli”: ,,Masz najpiękniejszą kobietę spośród wszystkich graczy na świecie”. Toyotę (nagrodę dla zwycięzcy) sprzedał a otrzymane pieniądze podzielił wśród kolegów z zespołu. Pytany o to czemu tak zrobił, odpowiedział: ,,Bez nich nie byłbym w stanie zdobyć tych wszystkich goli”. Sporting sięgnął w Portugalii po dublet. Również w Pucharze Zdobywców Pucharów spisywali się znakomicie. W pierwszej rundzie wyeliminowali Cardiff City (0:0 i 2:1). „Chirola” strzelił oczywiście jedną z bramek. Zdobył także ważnego gola kontaktowego w pierwszym spotkaniu z Sunderlandem w kolejnej rundzie. Historia dotycząca rewanżu z Sunderlandem pokazuje determinację i zawziętość tego zawodnika. W pierwszym meczu z Anglikami uległ kontuzji, ale wybłagał u trenera Mário Lino, by ten pozwolił mu grać do momentu zdobycia pierwszego gola. „Chirola” zdobył go w 28. minucie. Gdy trener zawołał go, by ustalić zmianę, to Hector odpowiedział mu, że musi zostać na boisku, bo wynik nie jest rozstrzygnięty. Zszedł z boiska dopiero w 65. minucie. Portugalski zespół awansował dalej. Kolega z linii ataku Sportingu, Chico Faria, tak opowiadał o kontuzjach Chiroli: ,,Czasami prosił o zastrzyki i obwiązywał stopy, by nie odczuwać bólu”. Losy rywalizacji z FC Zürich rozstrzygnęli praktycznie w pierwszym meczu, wygrywając 3:0 (trzeci gol autorstwa Yazalde). Niestety „Chirola” nie mógł grać w meczach półfinałowych z 1. FC Magdeburg z powodu kontuzji (1:1 i 1:2). W pierwszym spotkaniu na Alvalade Sporting miał rzut karny, którego nie wykorzystał. Można było tylko gdybać, jak poradziliby sobie ze znakomitym snajperem w składzie… Zwieńczeniem sezonu były mistrzostwa świata w RFN. Argentyna była jednym z faworytów, a w grupie trafiła m.in. na Polskę. „Chirola” pojechał na mundial z kontuzjowaną kostką i nie zagrał w pierwszym meczu z Polakami. Wystąpił za to w kolejnych spotkaniach z Włochami, Haiti (dwa gole) i z Holandią. Jednak po porażce 0:4 z Oranje, do końca turnieju już nie zagrał. Kontrakt ze Sportingiem wygasał mu 31 lipca. Sytuację chciał wykorzystać Real Madryt, który złożył ofertę kontraktu siedmiokrotnie przewyższającą jego dotychczasowe zarobki w Lizbonie. Sytuacja wydawała się bardzo skomplikowana, bo Yazalde nigdy nie stawiał pieniędzy na pierwszym miejscu, ale był u szczytu kariery, miał 28 lat i chciał zarobić przede wszystkim dla rodziny. Prezes Sportingu nie bardzo chciał podnieść płacę Argentyńczyka. Wtedy jednak w rozmowie z dziennikarzem „A Bola” Yazalde powiedział: ,,Real Madryt przedstawił mi propozycję o wiele lepszą niż Sporting. Wszyscy wiedzą że Rolls Royce nie może spalić pięciu litrów paliwa na 100 km, ale jeżeli Sporting przedstawi mi propozycję odpowiadającą mojej obecnej pozycji w Europie, to zostanę w Lizbonie”. Oferta Sportingu nie dorównała tej Realu, ale była na tyle dobra, że „Chirola” zdecydował się pozostać w Lizbonie na kolejne dwa lata. Kolejny sezon okazał się jego ostatnim w barwach Lwów. Yazalde co prawda po raz drugi został królem strzelców, tym razem zdobywając jednak „tylko” 30 bramek, jednak Sporting zajął dopiero trzecie miejsce w lidze i potrzebował pieniędzy z transferu Argentyńczyka. Ogromny wpływ na finanse klubu z Lizbony miała sytuacja polityczna w Portugalii i słynna Rewolucja Goździków z 1974 roku. Kilka tygodni po Yazalde, z ligą portugalską pożegnał się również legendarny Eusebio, czyli idol czerwonej części Lizbony. Mimo wielkiej rywalizacji, relacje pomiędzy tymi dwoma wspaniałymi graczami były znakomite, o czym wspomina w wywiadzie żona Chiroli Carmen Yazalde: ,,Byli wspaniali ludzie zarówno w Sportingu, jak i w Benfice. „Chirola” na przykład zawsze świetnie rozumiał się z Eusebio. Czasem po derbach Lizbony jadali razem obiad w lizbońskiej restauracji. Oni oraz ich kobiety, czyli Flora i Ja. Znałam dobrze Florę (…) „Chirola” odwiedził w domu Eusebio, gdy ten miał problemy zdrowotne, a ten przyszedł do Hectora gdy mój mąż był kontuzjowany. To była dobra przyjaźń”.

Chciał nauczyć się nowego języka. To było dla niego bardzo ważne, bo planował swoją przyszłość. Carmen opowiada o tym tak: ,,Była oferta z Realu Madryt lub Atletico Madryt, ale on wolał Marsylię, aby nauczyć się mówić po francusku. Nie potrafisz sobie wyobrazić profesjonalizmu Chiroli: znał angielski, francuski, wszystko. Chciał posiąść jak najwięcej wiedzy na przyszłość. I nie mówię tylko o przyszłości jako gracz, ale także jako trener. Gdyby miał szczęście w życiu, byłby jednym z największych”. Jednak nigdy nie zapomniał klubu, który pokochał. Gdy już we Francji dziennikarz „A Bola” zapytał go o Sporting i o Portugalię, „Chirola” odpowiedział: ,,Czy tęsknię za Portugalią? Oczywiście, że tak. Chciałbym ponadto przekazać za pośrednictwem „A Bola”, że kocham Portugalię. Sporting i Sportinguistas zawsze będą w moim sercu”. W sezonie 1975-76 zdobył 19 goli dla Olympique i pomógł klubowi wygrać Puchar Francji. Kontuzje spowodowały, że kolejny sezon miał praktycznie stracony. Rozegrał tylko 13 spotkań ligowych, w których zdobył cztery bramki. W sumie w brawach Marsylii rozegrał 56 meczów i 26 razy trafił do siatki. Chociaż miał oferty od europejskich klubów oraz ważny jeszcze przez dwa lata kontrakt z OM, postanowił powrócić w 1977 roku wraz z żoną do Argentyny. Dlaczego? Tak opowiada o tym Carmen: ,,Kazano mu wrócić do Argentyny, jeśli chciał zagrać na mundialu w 1978 roku. Ponieważ „Chirola” nadal był rozczarowany swoim występem na mundialu w RFN, kiedy to Argentyna została wyeliminowana w drugiej fazie grupowej, zdobywając tylko punkt w trzech meczach, nawet się dwa razy nie zastanawiał i pojechaliśmy do Argentyny. Dodatkowo musiał zapłacić 500 tysięcy dolarów, aby móc opuścić Marsylię, z którą nadal miał kontrakt na kolejne dwa lata. Przybyliśmy do Argentyny i nic. „Chirola” nie dostał powołania do reprezentacji”. Po powrocie do Argentyny grał w barwach Newell’s Old Boys, a karierę zakończył w Huracanie. Jednak depresja, w którą wpadł ze względu na to, że nie wystąpił na MŚ w rodzinnym kraju, spowodowała, że nie był to już ten sam gracz, który zachwycał w Europie. Swoje zrobił też wiek. Gdy Yazalde powrócił do Buenos Aires, to miał już 31 lat. Przez cztery lata gry dla Newell’s rozegrał 120 meczów i zdobył 54 bramki. Pamiętajmy, że był już napastnikiem po trzydziestce. Przeszedł na emeryturę w 1981 roku w wieku 35 lat po rozegraniu jednego meczu w barwach Huracanu. Po zakończeniu kariery został agentem piłkarskim, ale nie szło mu dobrze. W 1987 roku rozstał się z żoną i nie potrafił sobie poradzić z samotnością. Pił bardzo dużo i to alkohol był główną przyczyną jego śmierci. Zmarł w wieku 51 lat w wyniku krwotoku wewnętrznego, którego przyczyną była marskość wątroby. Został znaleziony martwy w nocy 18 czerwca 1997 w swoim domu przez gracza, którego reprezentował jako agent. Tak zakończyła się historia jednego z najlepszych argentyńskich napastników wszech czasów. Trzeba przyznać, że gracza trochę zapomnianego. Był świetnym technikiem. Nie miało znaczenia czy kopał lewą, czy prawą nogą. Mimo że miał tylko 1,76 m, skakał bardzo wysoko i świetnie uderzał piłkę głową. Jego slalomy między rywalami przypominały autentycznie kroki Tanga. Gdy przyjmował piłkę, wydawało się, że ona ugina się, by nie odskoczyć od jego nogi. Był silny, szybki i zdeterminowany. Fani Sportingu do dziś uważają go za najlepszego w historii obcokrajowca, jaki grał w zielono-białej koszulce i wybierają do wszelkich historycznych jedenastek wszech czasów.

6

@FCBparasiempre
Liga portugalska miała w swojej historii wielu wybitnych napastników: Peyroteo(jeden z ,,Cinco Violinos” Sportingu), Eusebio, Fernando Gomes czy Mario Jardel ale rekordzistą pod względem strzelonych goli w jednym sezonie jest skromny Hector Casimiro Yazalde, znany jako „Chirola”. Jedyny Argentyńczyk obok Lionela Messiego, który zdobył nagrodę „Złotego Buta” dla najlepszego strzelca lig europejskich. Dziś opowiem wam historię tego właśnie piłkarza, urodzonego(tak jak słynny Diego Maradona) w Villa Fiorito, bardzo biednej dzielnicy Buenos Aires. Urodził się 29 maja 1946 jako szósty z ośmiorga dzieci Petrony i Pedra Yazalde. Senior Pedro musiał pracować po 20 godzin dziennie, żeby móc wyżywić rodzinę. Mały Hector ganiał za kulką z papieru lub starych szmat. Prawdziwe piłki nie były dostępne dla dzieciaków z tej dzielnicy, podobnie jak buty do gry czy stroje sportowe. Nie nosił również ciężkiego tornistra do szkoły. Jego ojca po prostu nie było stać na to, żeby kupić mu książki. Do pobliskiej szkoły biegał więc z zeszytami pod pachą i ołówkiem w ręku. Był uczniem pracowitym, inteligentnym i często chwalonym przez nauczycieli. Po lekcjach pożyczał na kilka godzin książki od swojego najlepszego przyjaciela, Horacio Aguirre, by móc odrobić zadania domowe. Dopiero gdy skończył je rozwiązywać, miał czas na grę w piłkę aż do wieczora. Rodzice wiedzieli, że jest pilnym uczniem, więc nie karcili młodego Hectora za to, że tak długo za nią ganiał. Martwiło ich jednak to, że zbyt szybko niszczył buty i ubrania, na które brakowało w domu pieniędzy. Tak żył Yazalde do ukończenia trzynastego roku życia. Po siódmej klasie zakończył edukację, choć marzył, że zostanie lekarzem. Musiał zacząć pracować i pomagać finansowo rodzinie. Sprzedawał gazety i banany, zarabiając za swoją pracę niewielkie sumy pieniędzy. Koledzy zaczęli go więc nazywać „Chirola”, co w miejscowym dialekcie oznaczało monetę(y) małej wartości. Pseudonim ten pozostał już mu do końca życia. Dzięki temu, że Hector i jego bracia zaczęli pracować, sytuacja materialna rodziny uległa poprawie i „Chirola” mógł sobie z czasem pozwolić na zakup nowych butów lub ubrań. Piłka nadal była dla niego najważniejsza. Po pracy grał w drużynach ze starszymi i większymi chłopakami, a prawie zawsze był najlepszym strzelcem. Ojciec zauważył, że jeżeli syn coś w życiu osiągnie, to dzięki futbolowi, choć nie miał przekonania czy mu się powiedzie. Młody Yazalde śnił o tym, że strzela bramki w koszulce Boca Juniors, zwłaszcza po tym, gdy zobaczył trening swoich idoli, parady Antonio Romy, siłę Antonio Ubaldo Rattína i strzały Paulo Valentima. Przez pięć kolejnych lat pracował, grał w piłkę i żył marzeniami o zawodowej karierze. Pewnego razu, a było to w 1965 roku, jego przyjaciel z czasów szkolnych, wspomniany wcześniej Horatio Aguirre, który grał w Piraña (półamatorskim klubie w Buenos Aires) spotkał się z Yazalde i zaprosił go na trening swojego klubu. Hector w pożyczonych butach i spodenkach pokazał, co potrafi. Do domu wrócił już jako gracz tego klubu. Za każdy mecz otrzymywał około 2000 pesos (tyle zarabiał przez miesiąc, sprzedając banany). Yazalde szybko stał się gwiazdą, a dzięki bramkom, które zdobywał, jego imię zaczęło być znane w całym mieście. Gwiazda zespołu Piraña zaczęła wzbudzać zainteresowanie największych klubów w Buenos Aires. Bohater tekstu marzył o grze w Boca, ale to Independiente, za sprawą przyszłego wieloletniego prezydenta argentyńskiej federacji piłkarskiej Julio Grondony, złożyło najlepszą ofertę. Piraña otrzymała za Yazalde 1,8 mln pesos. Argentyńczyk podpisał kontrakt za około 30 tys. pesos i po dwóch latach gry opuścił malutki klub, by grać dla Independiente. Gdy koledzy z drużyny rezerw Rojo (przydomek Independiente) zobaczyli tego chudzielca (176 cm wzrostu i tylko 60 kg wagi), to na pierwszym treningu dali mu w kość. Przeniesiono go więc do drużyn młodzieżowych. Tam strzelił sześć goli w trzech meczach trzeciego zespołu, a w kolejnych trzech – osiem. Trener Independiente, Brazylijczyk Osvaldo Brandao stwierdził, że jego gra z juniorami mija się z celem. Zauważyli to również inni trenerzy i po trzech meczach został przeniesiony do pierwszej drużyny. Zagrał w ataku u boku legendarnego Luisa Artime. Już w pierwszym sezonie pokazał, że nie ma zamiaru być w jego cieniu i zdobył w całych rozgrywkach tylko jednego gola mniej od słynnego kolegi (Artime – 11, Yazalde – 10). Rojo zdobyli mistrzostwo Argentyny, a „Chirola” stał się nowym idolem kibiców z Estadio Libertadores de América.

W kolejnych rozgrywkach potwierdził swoją wartość, strzelając 11 bramek, a w całym 1968 roku 18 (Metropolitano – 11, Nacional – 7). Dzięki swojej skuteczności dostał powołanie do reprezentacji i 11 sierpnia 1968 roku zadebiutował w barwach Albicelestes w meczu przeciwko Brazylii. Argentyna przegrała w Belo Horizonte 2:3, ale tego dnia „Chirola” nigdy nie zapomni, bo zrealizował swoje marzenie. W 1968 roku kupił też swój pierwszy samochód, co było dla niego bardzo ważne, bo pasjonował się sportami motorowymi. Kupił także mieszkanie w Buenos Aires i już na zawsze pożegnał się z biedą, choć wieloma czynami w przyszłości pokaże, że nigdy nie zapomniał, skąd się wywodzi. W 1969 roku był jeszcze skuteczniejszy. Strzelił dla Rojo 21 ligowych goli. Wyjechał też na międzynarodowe tournée z reprezentacją Argentyny. Po powrocie rozpoczęły się niezapomniane dla kibiców Independiente oraz dla samego Hectora – rozgrywki Campeonato Metropolitano 1970. Rojo cały czas prowadzili, ale po przedostatniej kolejce, w wyniku nieoczekiwanej porażki 2:3 u siebie z Platense, dali się doścignąć River Plate. O wszystkim miały zadecydować ostatnie mecze. Ekipa Yazalde wprawdzie miała lepszą różnicę bramek, ale musiała się zmierzyć w wyjazdowych derbach Avellaneda z Racingiem, podczas gdy River grało u siebie z walczącym o utrzymanie Unionem. Mecz River jako jedyny w kolejce został rozegrany w piątek ze względu na transmisję telewizyjną. Milionerzy wygrali 6:0 i postawili Rojo pod ścianą. Independiente musiało wygrać derby oraz zdobyć co najmniej dwa trafienia, żeby zostać mistrzem. Kibice River Plate zebrali się na Monumental i razem słuchali relacji z meczu, który odbywał się na Cilindro de Avellaneda. Do przerwy było 2:2. Na dziewięć minut przed końcem meczu, „Chirola” przyjął piłkę na klatkę piersiową i od razu strzelił na bramkę, zdobywając zwycięskiego gola dla Independiente. Gola na wagę mistrzostwa. W 1970 roku dziennikarze argentyńscy po raz pierwszy przyznali nagrodę dla najlepszego piłkarza tego kraju (wręczana jest do dzisiaj) i jako pierwszego triumfatora wybrali właśnie Hectora Yazalde. „Chirola” grając dla Independiente w latach 1967-1970 – zagrał w 117 meczach, w których zdobył 72 bramki. Zapisał swoją piękną kartę w historii klubu z Avellaneda. Kibice do dziś o nim pamiętają. Pod koniec 1970 Independiente popadło w kłopoty finansowe i musiało zdecydować się na sprzedaż Yazalde. Nie stać ich było na zaoferowanie mu nowego kontraktu. Wiele klubów chciało mieć tego zawodnika. Były to m.in. Santos, Palmeiras, Valencia, Olympique Lyon, Nacional Montevideo czy Boca Juniors. Najsprytniejszy ze wszystkich był wiceprezydent portugalskiego Sportingu Clube de Portugal, Abraham Sorin. Yazalde w wyniku tej umowy otrzymał tyle pieniędzy, że mógł spełnić kolejne marzenie, jakim był, zakup willi w Buenos Aires dla swoich rodziców. Poprosił też władze klubu, żeby znaczną część jego wynagrodzenia przelewali na konto w Argentynie, tak by z tych pieniędzy mogła korzystać jego rodzina. Yazalde zapytany czemu tak zrobił, odpowiedział: ,,Nie mam dużych wydatków. Zawsze żyłem skromnie i nigdy nie lubiłem szastać pieniędzmi. To, co zarabiam starcza mi na to, by codziennie się najeść i nie głodować. Są inni, którzy potrzebują tych pieniędzy bardziej niż ja”. „Chirola” przyleciał do Lizbony 11 lutego 1971, a trzynaście dni później został zaprezentowany kibicom, podczas meczu przeciwko francuskiemu Red Star. Przez ponad pół roku tylko trenował z zespołem. Ze względu na obowiązujący limit obcokrajowców, nie mógł grać w oficjalnych meczach. W tym okresie poznał portugalską aktorkę i modelkę Carmizé, z którą w najbliższych latach miał stworzyć jedną z najpopularniejszych par lat 70. Poznali się podczas kolacji, słuchając Fado, na którą zaprosił ich portugalski aktor wielki Sportinguista (zagorzały fan Sportingu) Camilo de Oliveira. Pierwszy oficjalny mecz w barwach Lwów „Chirola” zagrał 12 września 1971 roku i od razu strzelił dwa gole. W całym sezonie rozegrał 20 meczów ligowych i zdobył dziewięć bramek. W Pucharze Zdobywców Pucharów miał bilans 4/4. Carmize mogła go jednak oglądać tylko podczas meczów na Jose Alvalade. Dlaczego? To były inne czasy i gracze nie mieli obecnej wolności. Dodatkowo, jeśli Sporting zagrał słabo lub przegrał, to za karę piłkarze musieli spać w hotelu z niedzieli (mecze były zazwyczaj rozgrywane w niedzielę) na poniedziałek. Kiedy rano wstali, jedli razem śniadanie i szli na trening. Widziałam „Chirolę” dopiero po lunchu w poniedziałek. W kolejnych rozgrywkach spisał się już znakomicie. W 29 meczach ligowych zdobył 19 bramek, w pięciu spotkaniach o Puchar Portugalii strzelił 7 goli, a w Pucharze Zdobywców Pucharów dorzucił jeszcze jedną. Wygrał również pierwsze trofeum z Lwami, jakim był wspomniany Puchar Portugalii. Po zakończeniu rozgrywek udał się wraz z narzeczoną do Argentyny, gdzie 16 lipca 1973 roku wzięli ślub.

0

Jest nasza kochana Igunia na korcie.
Vamos Iga, Vamos a ganar!

10

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

29 maja 1962 r. urodził się Marek Koniarek, napastnik. W latach 1986–1987 reprezentant Polski w piłce nożnej. Zdobywca Pucharu Polski w sezonie 1985/1986 z GKS Katowice, król strzelców pierwszej ligi piłkarskiej w sezonie 1995/1996 i mistrz Polski w sezonie 1996/1997 z Widzewem Łódź. Członek Klubu 100, klasyfikacji uwzględniającej piłkarzy, którzy strzelili co najmniej sto goli w polskiej najwyższej klasie rozgrywkowej. Z dorobkiem 65 goli najlepszy strzelec w historii Widzewa Łódź. Swoją piłkarską karierę rozpoczął w Siemianowiczance Siemianowice Śląskie, gdzie grał przez dwa i pół sezonu od 1980 r. do jesieni 1982 r. Wiosną 1983 r. trafił do Szombierek Bytom, gdzie rozegrał 21 spotkań, strzelając 3 gole. W sezonie 1984/1985 przeszedł do GKS Katowice, gdzie grał do jesieni 1988 r., zdobywając Puchar Krajowy w sezonie 1985/1986. W GKS rozegrał 106 spotkań, strzelając 29 bramek. Następnie przeszedł do występującego w lidze niemieckiej Rot-Weiss Essen, rozgrywając w nim 37 spotkań, strzelając 4 bramki w sezonach 1988/1989-1990/1991. Jesienią 1991 r. grał w Zagłębiu Sosnowiec, gdzie rozegrał 13 meczów i zdobył 4 bramki. Wiosną tego samego sezonu (1991-1992) trafił do Widzewa Łódź, gdzie przez dwa sezony (do jesieni 1993 r.) zagrał w 68 spotkaniach i zdobył 35 goli. Z Widzewa, Koniarek przeniósł się do ligi austriackiej, gdzie najpierw reprezentował Wiener SC, rozgrywając przez rundę wiosenną 16 spotkań i strzelając 8 bramek, a w sezonie 1994/1995 związał się z VSE St. Pölten, dla którego zdobył 8 bramek. W sezonie 1995/1996 powrócił do Widzewa Łódź, z którym odniósł największe sukcesy w swej karierze. W sezonie 1995/1996 zdobył wraz z Widzewem mistrzostwo Polski i został królem strzelców z dorobkiem 29 goli(4. wynik w historii polskiej ekstraklasy). Łącznie przez dwa sezony rozegrał w barwach Widzewa 38 meczów i zdobył 30 goli (łącznie 65 goli dla tego klubu, najlepszy strzelec w dziejach Widzewa). W sezonie 1996-1997 powrócił do ligi austriackiej, gdzie trafił do SK Vorwärts Steyr. Jesienią 1997 r. przeszedł do Wisły Kraków, w której zagrał w 12 meczach, nie strzelając żadnej bramki. Z Wisły przeszedł do GKS Katowice wiosną 1998 r. W tym sezonie zagrał w 13 spotkaniach i zdobył 3 gole. W sezonie 1998-1999 zakończył karierę zawodniczą. Łącznie w polskiej lidze rozegrał 271 spotkań i zdobył 104 gole. W reprezentacji Polski wystąpił w dwóch spotkaniach, strzelając jednego gola.


@Visca_barca
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360

11

Tylko remis na ,,Śląskim”:

29 maja 1993 r. reprezentacja Polski remisuje z Anglią 1:1 w ramach 3 kolejki eliminacji MŚ USA 1994. 20 lat wcześniej na tym obiekcie Polska odniosła historyczne zwycięstwo nad Anglią 2:0 po golach Roberta Gadochy i Włodzimierza Lubańskiego. Drużyna Kazimierza Górskiego zaskoczyła pewnych siebie synów Albionu. Dwie dekady później znów mogła pokusić się o sprawienie sensacji. Spotkaniu towarzyszyły ogromne emocje. Na Stadionie Śląskim pojawiło się blisko 60 tysięcy widzów, którzy – poza pewną grupą chuliganów – stworzyli fantastyczną atmosferę. Niesieni dopingiem Polacy rozegrali świetne zawody, długo prowadzili po trafieniu Dariusza Adamczuka ale w końcówce stracili wyrównującego gola za sprawą Iana Wrighta. Kto wie, co by było, gdyby lepiej ustawiony celownik miał Marek Leśniak, który zaprzepaścił dwie fenomenalne sytuacje. Po meczu równie dużo jak o grze biało-czerwonych mówiło się, niestety, o burdach na trybunach. Po bijatykach grupy pseudokibiców FIFA zdecydowała o zamknięciu śląskiego giganta. ,, Do problemu finansowego dołożyły się kłopoty ze strojami. Zerwano umowę z Adidasem, w jej miejsce miała się znaleźć lepsza oferta od Admirala. Angielska firma niestety nas zawiodła. Znaleźliśmy się w trudnym położeniu. Na mecz z San Marino stroje dostarczył prywatny producent z Łodzi. A przed Anglią był już bunt. PZPN zerwał kontrakt z Admiralem i musiał bardzo szybko załatwić niezbędny sprzęt. Okazało się, że tamte stroje z Łodzi farbują, i tylko dzięki życzliwości panów Loski i Grajewskiego z Niemiec dostaliśmy komplet Adidasa na mecz z Anglią. Wszystko odbyło się w ostatniej chwili, co wywołało wzburzenie zawodników i doprowadziło do sytuacji, iż drużyna dwa dni przed meczem nie chciała wyjść na trening, o czym ze zrozumiałych względów nie poinformowano opinii publicznej”- fragment „Autobiografii” Andrzeja Strejlaua.


@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Visca_barca

5

@FCBparasiempre
28 maja 2003 r. AC Milan pokonał Juventus Turyn 3:2 w rzutach karnych w finale Ligi Mistrzów. Po raz pierwszy w historii o Puchar Europy miały zagrać dwa zespoły ze słonecznej Italii. Co ciekawe wcześniej aż czterokrotnie zdarzało się to w pucharze UEFA. We włoskim finale Ligi Mistrzów większość obywateli Italii ściskała kciuki za Milan. Ówczesne sondaże wykazywały bowiem z jednej strony że z 26 milionów mieszkańców tego kraju interesujących się futbolem aż 34,5% jest wielbicielami właśnie Starej Damy ale z drugiej dowodziły że zdecydowana większość z pozostałych 65,5% fanów piłkarskich najbardziej nienawidziła Juventusu. Obok trykotów swoich klubów ich sympatycy zakładali koszulki z napisem ,, nienawidzę Juve” i innymi podobnymi hasłami. Starą Damę można było postrzegać jako faworyta starcia z Milanem z uwagi na zwycięstwo w wyścigu o scudetto. Juve wywalczyło je długim, udanym finiszem rozpoczętym w momencie, kiedy wydawało się że właśnie straciło na tytuł jakiekolwiek szanse. Oto 2 lutego kontuzji doznał Alessandro Del Piero, przez co wypadł z gry na ponad miesiąc. Mimo że Alex był zdecydowanie najlepszym z napastników, bez niego zespół spisywał się lepiej niż z nim, może dzięki większej mobilizacji pozostałych graczy. Na zwarcie szyku wśród turyńczyków wpłynęła Też z pewnością śmierć Giovanniego Agnellego. Precedens związany z nieobecnością Del Piero i jej skutkami, wzmocniony wspomnieniem Zwycięstwa Milanu nad Barceloną w 1994 roku bez Baresiego i Costacurty, w sprawie że fani Juve nie grzebali szans swego zespołu na triumph w związku z absencją Nedveda, który Zresztą pod nieobecność Del Piero zaczął grać lepiej niż kiedykolwiek. Może teraz wielki mecz zaliczy Alex?- pytali z samych siebie kibice. Nawet z Mediolanu dochodziły głosy że AC Milan nie ma szans z Juve, natomiast Pięknie poradziłby sobie z Realem więc szkoda że to nie Hiszpanie awansowali do finału że aż 61,7% kibiców typu jest zwycięstwo starej damy. Marcello Lippi też był optymistą: ,, już początek sezonu wskazywał że może być on dla nas wyjątkowy. Zdobyliśmy scudetto, teraz pora zwiększyć dzieło w Manchesterze". Nie całkiem odpowiadało to faktom, gdyż pierwsza część rozgrywek należała do Milanu, stara dama rozpędziła się dopiero w drugiej połowie. Trener Juve apelował też przy okazji o szacunek dla włoskiej piłki, które nie jest Może najpiękniejsze ale za to, jak się właśnie okazało, najskuteczniejsza w świecie. Tamten Juventus to była istotnie potężna drużyna, Nawet jeśli ktoś znaczny akurat wypadał ze składu. Każda formacja Juve miała lidera. W bramce brylował Gigi Buffon, obroną rządził Lilian Thram, pomocą wraz z Nedvedem Davids, atakiem zaś Del Piero ale atuty zespołu się na tym nie kończyły. Spore nadzieje wiązano z Mauro Camoranesim, rewelacją kończącego się sezonu. Zamiast zostać tylko zmiennikiem kontuzjowanego Zambrotty Argentyńczyk stał się najlepszym skrzydłowym serie A. Gdy Zambrotta powrócił, Lipki znalazł mu miejsce na lewej obronie, by nie ruszać Camoranesiego j pomocy. Pochodzący z Argentyny zawodnik niedawno uzyskał włoski paszport a w 2006 roku razem z Zambrottą i kilkoma innymi graczami Juve został mistrzem świata. 28 maja na murawę Old Trafford wybiegły dwa najbardziej utytułowane włoskie kluby. Juventus miał w gablocie 49 różnych trofeów, Milan 37. Stara Dama, jako trzeci w historii włoski zespół po Interze z 1965 roku oraz Milanie z 1994 mogła ustrzelić najcenniejszy klubowy dublet. Kibice obu zespołów otrzymali po 19 000 biletów, na trybunach zasiadło ponad 100 posłów do włoskiego parlamentu. Ancelotti tak opisuje przygotowanie do finału: ,, Na kilka dni przed meczem zamiast tradycyjnej odprawy taktycznej zorganizowałem swego rodzaju forum dyskusyjne. Wyświetliłem zawodnikom scenę z filmu ,, Męska gra", na której Al Pacino w roli trenera drużyny Futbolu Amerykańskiego tuż przed decydującym spotkaniem wygłasza niesamowite przemówienie: ,, albo wygramy tę walkę jako zespół albo umrzemy osobno jako jednostki". Potem Carletto pokazał nagranie z najwspanialszymi momentami zespołu w drodze do finału w Manchesterze. ,, Na koniec zapaliłem światła i ograniczyłem się do krótkiego stwierdzenia: ,, Teraz potrzeba nam już tylko jednego". Paulo Maldini zapytany w 2019 roku w rozmowie z DAZN o to, kiedy stanął w karierze przed najtrudniejszym wyzwaniem, odpowiedział: ,, O mój Boże w 2003 roku przed finałem w Manchesterze. Awansowaliśmy do finału po 8 latach, wielu kolegów w nim nigdy nie grało. Musiałem udawać najspokojniejszą osobę na świecie żeby inni się nie denerwowali ale w środku się gotowałem, musiałem brać tabletki nasenne". Rok później Serginho we wspólnej rozmowie z Didą dla Sempre milan.it powiedział tak: ,, Trener przed meczem nie mówił wiele, To była jedna z najkrótszych odpraw. Postrzegaliśmy ten mecz jak każdy inny A często wygrywa ten, to mniej się denerwuje. My w każdym razie nie odczuwaliśmy żadnej presji i to zademonstrowaliśmy. Spięty był tylko Maldini, któremu bardzo zależało by powtórzyć wyczyn Ojca. Dopiero gdy wzniósł trofeum wszystko z niego zeszło". Jak widać Maldiniemu niespecjalnie wyszło udawanie spokojnego. Ponadto błędnie założył że jeśli on jest zdenerwowany, to inni też a może było tak że Seginho ekstrapolował swój stan psychiczny na innych a w istocie rzeczy nie denerwowali się obcokrajowcy a zwłaszcza Brazylijczycy? O tym zdają się świadczyć słowa Alessandro Nesty z wywiadu dla Milan TV: ,, wolałbym mierzyć się z rywalem z innego kraju. Wtedy ewentualna porażka byłaby mniejszym problemem. Napięcie w dniu meczu wydawało się nie do wytrzymania, droga z hotelu na stadion w Manchesterze dłużyła mi się niemiłosiernie. Nie rozmawiałem z nikim, chciałem tylko żeby wreszcie zaczął się mecz". Z kolei Costacurta powiedział: ,, graliśmy przeciwko przyjaciołom i zarazem największym rywalom.". Te wypowiedzi pokazują jak bardzo wsobna jest włoska piłka, jak bardzo liczy się w tym kraju pokonanie lokalnego rywala. Dla Hiszpanów wewnętrzny finał Ligi Mistrzów to okazja do wielkiego święta, dla Włochów olbrzymi stres. ,, przez cały tydzień przed meczem atmosfera była bardzo elektryczna"- wspominał Andrea Pirlo. Końcowy wynik 0:0 po 120 minutach gry jest mylący. Nie było to bowiem starcie tak nudne, jak choćby pierwszy półfinał między Milanem a Interem. Po prostu rację miał bramkarz Milanu Dida, który po latach we wspomnianym wywiadzie powiedział: ,, Przed meczem czułem się silny. Podszedłem do trenera Ancelottiego i zapewniłem go że tego dnia nie puszczę gola". Za to już w 9 minucie po strzale Szewczenki piłka wpadła do siatki Juve, tyle że sędzia gola nie uznał z powodu spalonego Rui Costy. ,,Rossoneri” wyraźnie dominowali, po chwili Buffon cudem obronił strzał Inzaghiego(,,uważam tą parade za jedną z najlepszych w jego karierze"- powiedział w 2020 roku sam strzelec w wywiadzie udzielonym Carlo Pellegattiemu) a Rui Costa z bliska nie trafił do bramki. Przed końcem pierwszej połowy najlepszą okazją dla Juve miał Ferrara ale Uprzedził go Nesta, groźnie strzelił też Del Piero. Gracze Ancelottiego byli agresywniejsi, Nesta w jednym ze starć rozciął skórę pod okiem rywala. ,, To w ogóle był bardzo ostry mecz, z wieloma falami, niełatwy do oglądania ale piłka czasami taka jest, tak rozwija się gra i nic na to nie poradzisz"- wspominał Dida, który przez długie minuty czuł się jak widz a nie uczestnik zawodów. O ile jednak fauli było dużo, o tyle złośliwości i brutalności mało, o czym świadczą ledwie trzy żółte kartki pokazane przez Markusa Merka. Na początku drugiej połowy Juventus był blisko objęcia prowadzenie. Antonio Conte, który wszedł na boisko po przerwie pisze: ,, Przychodzi mi przeżyć jedno z największych rozczarowań w karierze. Del Piero dośrodkowuje z lewego skrzydła w pole karne, ja wyprzedzam Nestę i uderzam piłkę głową w krótki róg. Bramkarz ani drgnie. Wydaje się że za chwilę będziemy cieszyć się z gola, tymczasem futbolówka trafia w poprzeczkę. W nocy nie udaje mi się zmrużyć oka. Dziesiątki razy oglądam swój strzał w poprzeczkę, który ograbił mnie z radości". Z biegiem czasu dominacją Milanu malała. Gdy na początku dogrywki kontuzji doznał Roque Junior i odtąd na boisku ledwie statystował, gdyż Ancelotti wyczerpał limit zmian, stało się jasne że jest silny Milan wygra, to pokarnych a że Juventus nie potrafił dobrać się rywalowi do skóry na jego połowie, wszystkie strzały ekipy z Mediolanu bronią zaś Buffon, to doszło do serii jedenastek. ,, Znalezienie gracza gotowego wykonać jedenastkę wcale nie było takie łatwe. Do dziś przechodzą mnie dreszcze, gdy wspominam, kto wtedy strzelał. Inzaghi zniknął, Nie mogliśmy go znaleźć, dosłownie rozpłynął się w powietrzu, aż trudno w to uwierzyć ale Juventus wyznaczył do serii rzutów karnych jeszcze gorszych zawodników"- napisał Ancelotti w autobiografii. Piłkarze pamiętają to jednak inaczej. ,, W tygodniu dużo ćwiczyliśmy karne i to dało nam teraz wiarę ja zawsze świetnie je wykonywałem, więc gdy podchodziłem do swojego strzału byłem pewny że trafią a było to bardzo ważne, gdyż po pudle Trezegueta mogliśmy wyjść na prowadzenie. To że Dida odbił ten strzał tylko mnie uspokoiło. No i się nie pomyliłem. No ale Kaladze (podobnie jak Seedorf nie wykorzystał karnego) na treningu też był bezbłędny"- opowiadał Serginhio, który w 71 minucie zastąpił Pirlo a w serii ,,11” podszedł do piłki jako pierwszy. Jako czwarty strzelał Nesta. ,, Podszedłem do trenera i powiedziałem: będę strzelał. Decyzja o wykonaniu rzutu karnego w takim momencie to dowód na siłę mentalną. To także chwila prawdy o sobie, test czy potrafisz być zimny, czy masz charakter. Jestem szczęśliwy że wtedy się zdecydowałem, coś sobie udowodniłem raz na zawsze"- wspominał. I jego wywód można streścić tak: trzeba mieć jaja żeby się na to odważyć. On się odważył i trafił.


Ostatecznie więc Milan wygrał dlatego że Dida wyłapał trzy rzuty karne a Buffon tylko dwa. ,, Byłem pewien że obronię strzał Del Piero, gdyż wiedziałem jak uderza. Tymczasem akurat on mnie pokonał. Gdy Birindelli podchodził do piłki było po nim widać że jest spanikowany ale też strzelił kropkę na szczęście z innymi poszło mi lepiej"- wspominał brazylijski bramkarz. ,, Gdy Szewczenko wykorzystał ostatniego karnego, podszedł do mnie i spojrzeliśmy sobie w oczy jak dwaj ludzie, którzy dobrze wykonali swoją pracę"- zakończył., ,, zobaczyłem pogrążone w całkowitym bezruchu trybuny z kibicami Juventusu. Wyglądało jak na plakacie. Żałowałem że nie mogę go zdjąć i zabrać ze sobą do domu"- wspomina ten moment Ancelotti. Po meczu podszedł do niego Antonio Conte i powiedział: ,, Carlo jeśli faktycznie nie my mieliśmy zdobyć ten puchar to dobrze że trafia właśnie do ciebie". Przede wszystkim jednak Didzie a nie Ancelottiemu koledzy mogli podziękować za sute premie, którymi zostali nagrodzeni czyli około 250 000 € na głowę. Cały klub łącznie z wpływami związanymi z meczami o Superpuchar Europy oraz puchar interkontynentalny zarobił w kontynentalnych pucharach około 50 milionów euro. 6 Puchar Europy zdobyty przez Milan wznosił Paulo Maldini, syn piłkarza, który 40 lat wcześniej demonstrował pierwszy- Cezary Maldiniego. Po meczu udali się na bankiet do luksusowego hotelu ,,Mottram Hall”, leżącego około 40 km od centrum Manchesteru. W imprezie wzięło udział 300 osób. O 4:00 rano jak opowiadał Serginia gdy bohaterzy mieli już dość jedzenie i picie (,, wszyscy kompletnie pijani angielskim piwem"- napisał Ancelotti), Gattuso i Pirlo wpadli na szalony pomysł rozegrania piłkarskiego meczu na hotelowym polu golfowym. Uczestniczyło w nim kilku jeszcze w miarę przytomnych zawodników: Nesta, Abiatti, Brocchi, Serginho, Ambrozini i Dallabona, do których dołączyło trzech trenerów oraz zaproszeni chłopcy pracujący w hotelowej kuchni. ,, Nie mogliśmy spać, opanowało nas jakieś szaleństwo"- wspomina Serginhio. Szkoda że nikt nie zarejestrował tego niezwykłego spotkania. Tym bardziej iż, ,, żeby nie zniszczyć trawy zdjęliśmy nawet buty. Niestety Gattuso nawet na boso jest jak buldożer. Rozrył wszystko łącznie z jednym z dołków pośrodku pola"- relacjonował Ancelotti. Carletto po dwóch triumfach w pucharze Europy jako piłkarz zdobył to trofeum także w roli trenera i to już w swoim pierwszym podejściu. Marcello Lippi przegrał zaś w Manchesterze 3 z czterech swoich finałów! Co z Pucharem? Wedle słów trenera, Galliani zabrał go do pokoju i spędził z trofeum całą noc sam na sam. Na San Siro na wielkim telebimie mecz oglądało 30 000 kibiców Milanu. Potem poszli na ,,Piazza del Duomo”, gdzie dołączyły do nich kolejne tysiące. Następnego dnia O 17:00 na ,,Malpensa” wylądował samolot z bohaterami, na których na lotnisku czekały tysiące kibiców. ,, Dopiero w Mediolanie zrozumieliśmy czego dokonaliśmy, jak bardzo ludzie chcieli znów świętować zdobycie Pucharu Europy"- mówił Nesta. Przedłużeniem fety był rewanżowy mecz finału pucharu Włoch rozegrany na San Siro 31 maja, w którym Milan zremisował 2:2 z AS Romą i po 26 latach zdobył także to trofeum, gdyż w pierwszym meczu jeszcze przed finałem w Manchesterze wygrał 4:1.

Media

Sonda

Kto wygra mistrzostwo świata?