FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@FCBparasiempre
Peter Taylor, ówczesny minister sprawiedliwości, na polecenie “Żelaznej Damy” opublikował 188 stron raportu, w którym zawarł przyczyny tragedii na Hillsborough. Nie to było jednak najważniejsze. Lord Taylor dał wskazówki, jak w przyszłości unikać tego typu wypadków. Jego praca była pewnego rodzaju drogowskazem, jaką ścieżkę należy obrać, aby naprawić całą sytuację, uleczyć toczony gangreną przez dekady organizm. Swój raport opublikował on w sierpniu 1989 roku, a jego finalna wersja ujrzała światło dzienne w styczniu 1990 roku. Raport obnażył wręcz stadionowe zwyczaje, ubogą infrastrukturę klubów, fatalną organizację meczów na stadionach oraz całych rozgrywek piłkarskich w Anglii. Był to powiew świeżości w hermetycznym, skostniałym piłkarskim półświatku, głos rozsądku w pomieszczeniu pełnym bezsensownych krzyków. Raport Taylora doskonale uchwycił całe zło w angielskiej piłce nożnej. Na skutek raportu całkowicie zrezygnowano z trybun stojących. Od tej pory kibice mogli zajmować miejsca wyłącznie siedzące, w dodatku numerowane. Spowodowało to łatwiejszą identyfikację kibiców po miejscach, z czasem wprowadzono bowiem także unikalne karty kibica, sygnowane nazwiskiem. Wywołało to oczywiście falę protestów, zarzucano nawet ograniczenie swobód obywatelskich. Poprawiono jednak organizację meczów, wprowadzono monitoring oraz zatrudniono specjalistów od ochrony. Wzrosły za to ceny biletów. Odstraszyło to najmłodszych oraz najbiedniejszych, którzy przeważnie tworzyli trzon chuligańskich grup kibiców. W latach 80. można było wejść na stadion już za pięć funtów, dzisiaj te ceny wahają się od 40 do nawet 120. To spowodowało wzrost zainteresowania futbolem wśród całych rodzin, dotąd wykluczonych ze struktur kibicowskich, kojarzących się wcześniej z subkulturą ludzi młodych, przeważnie z nizin społecznych. Piłka nożna zaczynała wchodzić na salony, rósł poziom ligi. Za gigantyczne pieniądze przebudowano stadiony, które dzisiaj przypominają luksusowe obiekty, a nie mordownie sprzed 30 i 20 lat. Ortodoksyjni fani twierdzą, iż futbol umarł wraz z reformą ligi, mecze straciły bowiem swój dawny klimat, stając się miejscem dla pracowników korporacji, a nie prawdziwych kibiców. Jest w tym trochę racji, ale lepszy taki stan rzeczy aniżeli lata 80. pełne krwi, przemocy i śmierci. Zmienił się także profil samego kibica na stadionie w Anglii. To nie są już wyłącznie chuligani, ale ludzie wywodzący się ze wszystkich grup społecznych, zarówno pod kątem pochodzenia, jak i materialnym. To znów ma drugą stronę medalu, ponieważ dzisiaj krytykuje się znowu zbytnią elitarność Premier League. Futbol w Anglii staje się coraz bardziej niedostępny dla biedniejszej klasy pracującej, opanowali go za to pracownicy korporacji, nazwani pogardliwie „krewetkożercami”. Angielskie kluby po śmierci Margaret Thatcher w większości odmówiły uczczenia minutą ciszy zmarłej pani premier. Świat składał kondolencje, Premier League nie. Rodziny zmarłych na Hillsborough przez lata domagały się zadośćuczynienia, bezskutecznie. “Żelazna Dama” nie chciała zbawić angielskiej piłki, chciała ją zniszczyć. Futbol był dla niej zabawą dla mas, dla plebsu. Nie rozumiała piłki nożnej i robotniczego etosu napędzającego futbol. Wszystkie jej decyzje, wycelowane w piłkę, w jakiś sposób jednak uzdrowiły ją. Wolny rynek doprowadził do powstania telewizji Sky Sports, która zainwestowała w futbol i w ten sposób rozwinęła samą ligę. Czy bez traumatycznych zdarzeń na Heysel bądź Hillsborough oglądalibyśmy Premier League w takim wydaniu jak dziś? Śmiem wątpić. A sama Margaret Thatcher? Cóż, to nie ona odpowiedzialna jest za rozkwit Premier League, jednak bez jej decyzji nie byłoby dzisiaj ligi, którą znamy i kochamy. Ciekawy paradoks.
6
@FCBparasiempre
Rok 2013 przyniósł smutną wiadomość. We wtorek, ósmego kwietnia w wieku 88 lat zmarła Margaret Thatcher. “Żelazna Dama” była postacią tak kontrowersyjną, że zdania o niej do dziś są podzielone w społeczeństwie angielskim. Pani premier nie była za to na pewno lubiana w środowisku piłkarskim, ale śmiało można rzec, że sama sobie była winna. Nienawidziła futbolu tak bardzo, że chcąc go zniszczyć, paradoksalnie uzdrowiła go. Wszystko to nie wydarzyłoby się, jednak gdyby nie wydarzenia z 15 kwietnia 1989 roku, których 26. rocznicę obchodziliśmy w tym roku. Mowa oczywiście o tragedii na Hillsborough – zdarzeniu, które do dziś jest cierniem wbitym w serce nie tylko angielskiego futbolu, ale całej krainy dumnych synów Albionu. „Derby Anglii w chlaniu” opowiadają przede wszystkim losy herosów murawy, ale nie można pisać o angielskiej piłce jedynie przez pryzmat kielicha, zabawy i włosów „Na Beatlesa”. Lata 80. w futbolu wyspiarskim to apogeum zła i przemocy, dlatego warto pochylić się nad tym, w jaki sposób uzdrowiono piłkę w kraju, gdzie złamana kość w stopie Davida Beckhama była problemem całego kraju. Jak doszło zatem do przecięcia węzła gordyjskiego, będącego spiralą zła i gangreną toczącą angielską ziemię? Feralna druga połowa lat 80. zaczęła się dokładnie pod koniec sezonu 1984/1985, kiedy na stadionie Valley Parade w Bradford doszło do wybuchu pożaru. Zginęło 56 kibiców, a ponad 250 zostało ciężko poparzonych. Fatalna infrastruktura, brak gaśnic na stadionie (!) doprowadziły do tragedii, która właściwie zaczyna opowieść o tym, jak angielska piłka zamieniła rynsztok na salony. Bradford było jednak tylko wstępem, wszystko to ginie w cieniu tragedii na Heysel. Spytacie dlaczego, przecież na Valley Parade zginęło więcej ludzi? Tragedia w Bradford była wynikiem złej organizacji stadionu i niedopatrzeń, Heysel to natomiast eskalacja nienawiści i co tu dużo mówić – barbarzyństwa. Wydarzenia z Belgii do dziś pozostają tematem tabu. Jest to kwestia, którą lepiej przemilczeć w rozmowach z wieloma osobami, a zarazem fakt, który zdaje się być negowany i konsekwentnie zacierany w pamięci ludzkiej. Ten swoisty proces wyparcia to nic innego jak reperkusje zdarzeń, które zamieniły festiwal radości, jakim powinien być futbol, w masową mogiłę. Obrazy ludzkich ciał ustawianych w stosy bliższe są raczej relacjom z wojen bałkańskich niż opisowi meczu. Najważniejsze spotkanie w roku, finał Pucharu Europy pomiędzy Juventusem, a Liverpoolem, zamienione zostało w totalną katastrofę. Piłkarze przed spotkaniem byli niespokojni, w ich głowach kiełkowała myśl, że coś jest nie tak, z boiska do szatni dochodziły bowiem sprzeczne komunikaty. Angielscy kibice byli nabuzowani, najgorzej było w sektorze Z. Włoskich tiffosi i kibiców “The Reds” oddzielała jedynie policyjna strefa buforowa, która była… pusta. Anglicy ruszyli na Włochów, rzucając w nich, czym się dało. Włoscy kibice zaczęli uciekać, wspinając się na mur, który pod ich ciężarem się zawalił. 39 istnień ludzkich odeszło na zawsze z powodu tak błahego, jak futbol. Zapomnijcie o Shanklym, który mawiał, iż „piłka nożna nie jest ważniejsza od kwestii życia i śmierci”. Nie jest-to tylko atrakcyjny bon mot, mile łechczący ego ludzi zajmujących się futbolem. Heysel to grobowiec, symbol śmierci. Śmierci, która będzie musiała jeszcze raz powrócić, aby tchnąć iskrę życia w angielski futbol.
Francuski filozof Jean Baudrillard, tropiący multikulturalizm, globalne zacieranie się granic oraz niszczący wpływ konsumpcjonizmu, w swojej książce “Przejrzystość zła” odniósł się właśnie do feralnych wydarzeń na Heysel. Jego zdaniem masakra ta wydarzyła się, ponieważ w człowieku tkwi głęboko zakorzeniona chęć stania się czynnym aktorem pewnego wydarzenia, hipnotyzującego swą siłą – będącego wręcz pewnego rodzaju plemiennym aktem. Po tragedii w Brukseli angielska prasa wrzała. Lata 80. były czasem, kiedy Anglię bynajmniej nie określały dzisiejsze atrybuty wielkości, vide prosperity, dobrobyt, zadowolenie. Szeroko rozumiany kryzys dopadł dzisiaj oczywiście wszystkich – w mniejszym lub większym stopniu – jednak nie okłamujmy się, Anglia to wciąż kraina mlekiem i miodem płynąca. 30 lat temu było jednak inaczej, a Heysel było zapalnikiem, katalizatorem zmian nie tylko w angielskiej piłce, ale i w społeczeństwie. Premier Margaret Thatcher była stanowcza, tak samo jak prasa, która nie zostawiła suchej nitki na kibicach angielskich, ochrzczonych w Europie mianem “The Animals”. Angielski kibol pustoszył Europę niczym czarna ospa, zostawiając za sobą jedynie zniszczenie, pijaństwo i nieślubne dzieci. Prasa oraz brytyjska inteligencja o taki stan rzeczy oskarżyły totalną kulturową zapaść, jaka stała się udziałem Anglii w latach 80. Przeciętny Anglik w swoim mniemaniu nadal był panem świata, mogącym folgować własnym potrzebom w każdym zakątku. Kula ziemska w mentalności obywatela kraju królowej Elżbiety II nadal była kolonią, a wszystko poza Anglią jedynie perłą w koronie Imperium Brytyjskiego. Czasy się jednak zmieniły. Anglią nie rządziła już Królowa Wiktoria, Kompania Wschodnioindyjska była jedynie reliktem przeszłości, ale nadal pokutowało kolonialne myślenie. Panowie Europy – podsyceni piłkarską kulturą robotniczą – utworzyli pejoratywny ideał piłkarskiego chuligana. Thatcher powiedziała dość, i słusznie. Dlaczego zatem piłkarski świat tak bardzo jej nienawidzi? Margaret Thatcher stała na czele rządu Jej Królewskiej Mości od roku 1979 aż do 1990. Wsławiła się rządami twardej ręki, zwłaszcza w opozycji do strajkujących robotników oraz klasy pracującej (czytaj w większości kibiców piłkarskich). Thatcher wywodziła się z Partii Konserwatystów (torysów), stojących w przeciwwadze do laburzystów, czyli Partii Pracy. Jej stanowczość oraz specyficzna polityka zostały ochrzczone mianem „Thatcheryzmu”. Polegał on na ograniczaniu roli państwa dobrobytu(tzw. welfare state), prywatyzowaniu państwowych przedsiębiorstw oraz wprowadzeniu wolnego rynku tak, aby wydobyć kraj z zapaści gospodarczej. Państwo szybko dźwignęło się z niebytu, jednak efektem ubocznym okazały się galopujące bezrobocie i wzrost stóp procentowych. Nie przysporzyło to oczywiście samej pani premier popularności. Thatcher stawiała na zwiększenie konkurencyjności, wzrost liczby prywatnych spółek i przedsiębiorstw, a także na innowacyjność, która rozwija przecież przemysł. Przy całej swojej miłości do wolnego rynku “Żelazna Dama” (ochrzczona tak przez Radio Moskwa) była czołowym eurosceptykiem, jeśli chodziło o model integracji ponadnarodowy, czyli federacyjny. To ona wypowiedziała słynne słowa: “Give my money back”, sprzeciwiając się wpłacaniu wielkich sum oraz rozwijającego się wpływu instytucji europejskich. Wspierała Ronalda Reagana w jego walce z ZSRR, walczyła także z IRA. Dwukrotnie próbowano ją zabić, ale pozostała nieugięta. Członkowie IRA próbowali nawet głodówek (świetny film Steve’a McQueena “Głód”), a jeden z nich, Bobby Sands, zmarł.
Margaret Thatcher stała jednak niewzruszona przy swoim. O zmarłych nie wypada źle mówić, jednak dzisiaj postać Thatcher bardziej dzieli, niż łączy. Nienawidziły jej środowiska lewicowe, a czołowy brytyjski bard Morrissey śpiewał nawet “Margaret na gilotynę”. Pani premier była nieugięta, przez co silnie krytykowana. Niemiecki “Die Zeit” pisał o niej: “Przyjaciółka Boga, a wróg całego świata”. Wojowała także z futbolem. Dlaczego? Z prostej przyczyny – nie rozumiała jej. Dla Margaret Thatcher futbol był miejscem kaźni, a na stadionach rozgrywały się dantejskie sceny, trybuny były epicentrum zła. Może i było w tym ziarnko prawdy, jednak “Żelazna Dama” nienawidziła kibiców, którzy umówmy się – mieli swoje za uszami, jednak to nie oni byli największym problemem. Prawdziwym utrapieniem były przestarzała infrastruktura, stadiony pamiętające II wojnę światową i płonące łatwo niczym zapałka – jak ten z Bradford. Trybuny stojące, brak identyfikacji kibiców – to wszystko było problemem, który trudno sobie wyobrazić, oglądając dzisiejsze obrazki z Premier League – piękne niczym widokówki z Malibu. Thatcher natychmiast po wydarzeniach w Belgii wycofała angielskie kluby z europejskich pucharów. Uderzyło to jednak przede wszystkim w samą Anglię, przynosząc odwrotne skutki. Po pierwsze. Poziom sportowy drużyn w Anglii zwyczajnie się obniżył. Życie nie znosi pustki i aby być dobrym, utrzymywać stały poziom, kluby piłkarskie muszą rywalizować z innymi. Izolacjonizm drużyn doprowadził do braku jakichkolwiek kontaktów z klubami z kontynentu, a co za tym idzie braku dostępu do nowinek technicznych, innych sposobów gry, rewolucji taktycznych. Pomiędzy rokiem 1977 a 1984 angielskie drużyny całkowicie zdominowały rozgrywki europejskie, to były złote lata futbolu brytyjskiego (paradoksalnie). Po wykluczeniu miało minąć aż 14 lat, zanim następny angielski klub zawojuje Puchar Europy (Manchester United w 1999 roku). Taki stan rzeczy spowodował odpływ pieniędzy i sportowej jakości znad Tamizy. Po drugie. Ci, którzy mieli odpowiedzieć za tragedię, nie ponieśli większej winy. Oczywiście Liverpool wykluczono z rozgrywek, ale co z tego. Sankcje poniosły wszystkie kluby, a w Europie utrwalono stereotyp prostaka z Wysp, szukającego jedynie rozrywek przypisanych plebsowi rodem z czasów wiktoriańskiej Anglii, w opozycji do Europejczyka, odkrywającego dumę ze swojej tożsamości i przynależności do kontynentu, który rozpoczynał starania o zjednoczenie w ramach zalążków UE. Inna sprawa, że Anglicy nigdy nie zabiegali o integracje z kontynentem, ale izolacja sportowa jedynie pogłębiła taki stan rzeczy. Zastanawiające jest także to, że do dziś Heysel jest tematem tabu i stosuje się raczej politykę wypierania tego faktu, aniżeli kultywowania go w pamięci ludzkiej. Nie dziwi taki fakt u Anglików, którzy byli prowodyrami, ale niespecjalnie przypomina się go również u Włochów, a także w Belgii. Na samym stadionie Heysel (nazwanym tak od nazwy dzielnicy Brukseli, w której się znajduje) widnieje jedynie mała tabliczka pamiątkowa i nic więcej. Czy wydarzenia te zostawiły tak głęboko zakorzenioną w sercu zadrę, iż ludzie nie chcą ich pamiętać, czy może cała ta sprawa ma jakieś drugie dno, niesprecyzowane, błąkające się gdzieś na granicy sfery kulturalnej, historycznej, wreszcie politycznej?
Po trzecie. Izolacjonizm doprowadził do rosnącej fali niepokojów w samej Anglii. Margaret Thatcher trzymała rządy żelaznej ręki, dzięki czemu – jak wcześniej pisałem – doczekała się tytułu “Żelaznej Damy”. Będąc na czele partii torysów, stała w opozycji do całej robotniczej Anglii, wspierającej front laburzystów. Retoryka laburzystów była bliższa także sercom i umysłom środowisk piłkarskich w Anglii, które tak jak same kluby wywodziły się przede wszystkim ze związków zawodowych i wielkich zakładów robotniczych schyłku XIX wieku. Thatcher wojowała natomiast ze związkami zawodowymi, górnikami. Nie rozumiała robotniczego etosu, stojącego za sukcesem futbolu. Ludzie zmęczeni byli jej rządami i mimo iż zrobiła wiele dobrego, różnie ocenia się lata jej panowania na brytyjskiej scenie politycznej. Odgórne ograniczenie związków zawodowych niemalże rozsierdziło lewicująca klasę pracującą. Lata 60. to apogeum chuligaństwa w Anglii, jednak dekada lat 80. przyniosła więcej ofiar. Czara goryczy przelała się 15 kwietnia 1989 roku w Sheffield na stadionie Hillsborough. Jeśli zawalenie się trybuny i śmierć 39 osób w Belgii było katastrofą, to to, co zdarzyło się cztery lata później w Sheffield, urosło do rangi pandemonium. 15 kwietnia 1989 roku doszło do półfinałowego spotkania w ramach pucharu Anglii, pomiędzy tym samym Liverpoolem, którego fani wywołali zamieszki na Heysel, a Notthingham Forest. To był kolejny z tych meczów, które zamiast świętem stały się masowym pogrzebem. W 6. minucie spotkania – w wyniku fatalnej wręcz organizacji meczu oraz złego zachowania policji – fani Liverpoolu z powodu zbyt małej liczby miejsc zaczęli tratować się nawzajem, przygnieceni do metalowego płotu. Jęki umierających ludzi opanowały stadion, powodując panikę. Mecz przerwano. Zginęło aż 96 kibiców Liverpoolu. Najmłodszy z nich, Jon Paul Gilhooley, miał jedynie dziesięć lat. Był kuzynem obecnego kapitana oraz legendy “The Reds”, Stevena Gerarrda. Do dzisiaj świadkom tamtych wydarzeń cisną się na twarz łzy, gdy próbują o tym mówić. Rodziny ofiar oraz sam klub przez laty starały się dociec, dlaczego umorzono śledztwo oraz dlaczego policja nie przyznała się do ewidentnych, kardynalnych wręcz błędów. Dopiero w 2012 roku rząd Davida Camerona oznajmił, iż specjaliści przyjrzą się jeszcze raz tragedii w Sheffield. Wyniki były zaskakujące dla opinii publicznej, oczywiste natomiast, a zarazem przyjęte z ulgą przez środowisko piłkarskie oraz to związane z samym miastem Liverpool i klubem. Raport wykazał, że do tragedii doszło wskutek niefrasobliwości oraz uchybień, jakich dopuścili się przedstawiciele angielskiej policji. Przez lata popularna była akcja “Justice for the 96″, w której ludzie domagali się zadośćuczynienia dla 96 ofiar tamtych zdarzeń, których rodziny musiały czekać aż 23 lata, aby sprawiedliwości stało się zadość i przywrócono należną cześć i dobre imię ich zmarłym krewnym. Jest to jedna z ciemnych kart rządów Margaret Thatcher, ponieważ do dziś mówi się, iż jej polityka gardziła środowiskiem kibiców i dopuszczała pewne nadużycia względem nich oraz akceptowała nieoficjalne środki stosowane przez policję. Sprawy te nie zostały do końca wyjaśnione i nie wiadomo, czy sama Thatcher nie została wprowadzona w błąd przez policję i ochronę. Summa summarum, zamieciono pod dywan całe dochodzenie w sprawie Hillsborough. Wydarzenia te, mimo fatalnego zachowania zarówno rządu, jak i policji (w czasie meczu i po nim), doprowadziły do poważnych reperkusji, które raz na zawsze miały zmienić oblicze angielskiej piłki nożnej, a także dać impuls do zmian, tak potrzebny ludziom w Anglii. Margaret Thatcher zleciła opracowanie raportu tamtych zdarzeń.
4
Węzeł Gordyjski(czytajcie w odpowiedzi na komentarz):
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
7
Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:
8 kwietnia 1972 r. urodził się Piotr Świerczewski. Pomocnik. Młodsza publiczność zna go głównie jako celebryte i bohatera reality show ,,Agent”. Dawniej jego wizerunek gościł w domach wielu nastolatków na całym świecie. Pan Piotr znalazł się bowiem na okładce pierwszej edycji kultowej gry z serii FIFA. Szatnia GKS Katowice często gościła charakternych piłkarzy. Tacy byli Adam Kucz, Sławomir Wojciechowski czy Adam Ledwoń. W niczym nie ustępował im jednak właśnie Świerczewski. Waleczny, ambitny aż do ostatniego gwizdka, bardzo ofiarny zawodnik znakomicie sprawdzał się w roli defensywnego pomocnika. Pseudonim ,,Świr” pochodził tyleż od nazwiska, co bezkompromisowego drapieżnego stylu gry. Przekore pokazał już na początku kariery. Starszy brat Marek swe kroki skierował do Sandecji Nowy Sącz. Piotr postanowił natomiast iść do innej drużyny i wybrał derbowego rywala klubu krewniaka- Dunajec. Z powodu tych cech charakteru wpadł w oko Januszowi Wójcikowi trenerowi reprezentacji olimpijskiej. ,,Wójt” zabrał go na igrzyska do Barcelony, choć istniało poważne ryzyko wykluczenia Świerczewskiego. Zawodnik nie przeszedł pierwszych testów dopingowych. Kolejna próba oczyściła go jednak z zarzutów. Na turnieju zagrał w 5 z 6 meczów. Między innymi zaliczył asyste w starciu z Kuwejtem, po dośrodkowaniu z lewej strony. W finale został wprowadzony w 55 minucie za Marcina Jałochę. Grę od pierwszej minuty uniemożliwiał mu drobny uraz. Z Hiszpanii przywiózł srebrny medal. Odważnie zapowiadał w rozmowie z bratem jeszcze przed turniejem że medal przywiezie. Akurat pewności siebie nigdy mu nie brakowało.
Wraz z Tomaszem Wałdochem chyba najmocniej potem odcisnął piętno na seniorskiej reprezentacji Polski. Razem z Koźmińskim byli kluczowymi postaciami kadry Jerzego Engela, która awansowała na Mundial w 2002 r. Zagrał w 9 z 10 spotkań eliminacji. Na samych MŚ wystąpił zaś przeciwko Koreańczykom oraz Portugalii. Łącznie w kadrze wystąpił 70 razy i strzelił 1 gola. Dzięki temu należy do Klubu Wybitnego Reprezentanta. Na początku lat 90-tych był natomiast jedną z najbardziej wyróżniających się postaci na pozycji defensywnego pomocnika w Ekstraklasie. Razem z GKS Katowice sięgnął dwukrotnie po Puchar Polski i raz po Superpuchar; wywalczył wicemistrzostwo Polski oraz brązowy medal. Później rozwijał swa karierę we Francji. Wraz z S.C. Bastią zwyciężył w Pucharze Intertoto a z Olimpique Marsylia, gdzie pełnił rolę kapitana , zajął 3 miejsce w Ligue 1. Krótko grał też w Japonii i Anglii. Po przekroczeniu 30-tego roku życia powrócił do Polski. Na rodzinnej ziemi jeszcze dwukrotnie świętował zdobycie Pucharu Polski(z Groclinem Dyskobolią i Lechem) a także dołożył do tego 2 Puchary Ligi(oba z Groclinem), Superpuchar Polski(z Lechem) oraz brązowy medal mistrzostw Polski z Groclinem. Świerczewski w swojej karierze nie unikał kontrowersyjnych sytuacji. Zdawało się że czas ustatkowania się nadejdzie już przed igrzyskami. ,,Świr” wziął ślub i sprzedał ,,szpanerskiego” forda sierre. Jego zapalczywy charakter niejednokrotnie jednak dawał potem o sobie znać. Przydarzyły mu się między innymi bójki z dziennikarzami, kibicami, piłkarzami innych drużyn czy nawet… policjantami. Z drugiej strony dzięki ambicji cieszył się sławą jednego z bardziej lubianych zawodników w kraju. Występował w filmach i serialach. Nie odszedł całkiem od futbolu. W Ekstraklasie był m.in. menadżerem ŁKS-u. Ponadto prowadził też Znicza Pruszków czy Motor Lublin. Niedawno pełnił również funkcje II trenera w kadrze U-21.
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
10
Legendarni prezydenci:
8 kwietnia 1964 r. zmarł Agustin Montal Galobart, prezydent FC Barcelony w latach 1946-52. Stanowisko objął decyzją dyktatorów reżimu ale z perspektywy klubu był to dobry wybór. Za jego rządów liczba socios zwiększyła się z 20 do 30 tysięcy. 28 lipca 1948 r. zorganizował pierwsze zgromadzenie socios po 12 latach przerwy. W 1949 r. z okazji 50-lecia powstania Blaugrany zorganizował turniej będący hołdem dla Waltera Wilda i Joana Gampera, w którym uczestniczyły brazylijski Palmeiras i Boldklubben Kopenhaga. Mecz z Duńczykami uroczyście rozpoczął wnuk Gampera. Na turniej zaproszono byłego gracza Emilio Waltera, któremu Agustin przez kilka lat wysyłał paczki żywnościowe do Niemiec. Inne ważne decyzje mandatu Montala Galobarta to zatrudnienie Kubali i kupno terenów pod przyszłe Camp Nou.
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
1
@DonCarletto Co? Chyba żartujesz?
9
Rekordy Blaugrany:
8 kwietnia 1962 r. FC Barcelona odniosła rekordowe w swojej historii zwycięstwo w Pucharze Hiszpanii, gromiąc Club Deportivo Basconia aż 10:1(!) w ⅛ tychże rozgrywek. Hattrickiem popisał się w tym meczu Jesus Pereda. Pozostałe gole strzelali Verges(2), Szalay(2), Pais, Zaldua oraz Zaballa.
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj
7
Duma Katalonii cierpiała ale w końcu się doczekała:
7 kwietnia 1974 r. FC Barcelona zapewniła sobie długo wyczekiwane mistrzostwo Hiszpani. To był tytuł, który cules świętowali najmocniej w całej historii klubu. Katalończycy nie wygrali La Ligi przez 14 lat(!) a w tym samym czasie Real Madryt świętował tytuł aż dziewięciokrotnie. Blaugrana przypieczętowała sukces w Gijon z tamtejszym Sportingiem, gdzie grał Quini, o którym Michels mówił iż nie widzi dla niego miejsca w składzie gdyż zatrudnił już Claresa. Barça zaczęła sezon 1973/74 od miejsca w strefie… spadkowej! Dopiero transfer Cruijffa spowodował że nie przegrała 24 kolejnych spotkań i wygrała w tym okresie 19 meczów. W Gijon Duma Katalonii przegrywała już 2:1 lecz w ciągu 12 minut Marcial ustrzelił hattricka i zapewnił upragniony tytuł. Po meczu pytano Michelsa czy można porównać Barcelone do Ajaxu a ten odpowiedział: ,,To nie było by sprawiedliwe. Ajax ma kilka Pucharów Europy a Barça dopiero zaczyna”. Michels okazał się niestety prorokiem ponieważ FC Barcelona na kolejny tytuł czekała aż 11 lat!
@Symson
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
7
Premierowe Derby:
7 kwietnia 1929 r. FC Barcelona rozegrała pierwsze ligowe derby z Espanyolem w 8 kolejce premierowych mistrzostw Hiszpanii. Duma Katalonii wygrała ten mecz 1:0 po golu Jose Sastre. Bramki Espanyolu strzegł wówczas legendarny Ricardo Zamora, który zapobiegł utracie kolejnych goli.
@Lionel_Messi10
@Symson
@Monix10
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
7
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
6 kwietnia 1939 r. w Chorzowie urodził się Eugeniusz Faber. Jeden z najlepszych skrzydłowych w historii chorzowskiego Ruchu. Godny następca Gerarda Wodarza. W 1954 r. rozpoczął pracę w kopalni Prezydent i szybko został zawodnikiem zakładowego klubu. Swoją grą zrobił wrażenie na Erwinie Michalskim, który chętnie powoływał go do reprezentacji miasta. Kiedy Roman Lentner odniósł kontuzję, to właśnie Michalski optował za tym, żeby do reprezentacji Śląska powołać w jego miejsce Fabera. Ojga, jak mówili na niego koledzy, spisał się na tyle dobrze, że wkrótce ściągnął go do Ruch. W drużynie Niebieskich szybko się zaadaptował i od pierwszych meczów zrobił wrażenie na kibicach. Uwielbiali go nie tylko za wspaniałe umiejętności, szybkość i strzelecką precyzję, ale też za to, że zawsze grał czysto i fair. Raz tylko dał się sprowokować i uderzył rywala, za co został zawieszony na rok, ale po trzech miesiącach PZPN go ułaskawił. W Ruchu występował przez 12 lat i przez cały ten okres był jednym z najlepszych w zespole. Dwukrotnie sięgał po mistrzostwo kraju (1960 i 1968). Reprezentacyjny debiut zaliczył w starciu z Finlandią (wygrana 6:2) w ramach eliminacji do igrzysk w Rzymie. Jego głównym rywalem do gry na lewej flance był Roman Lentner, dlatego też Faber nieraz występował na prawym skrzydle, gdzie radził sobie równie dobrze. Pojechał na igrzyska, ale w samym turnieju nie zagrał. W reprezentacji występował przez 10 lat. Pożegnał się wygranym meczem z Holandią (2:1) 7 września 1969 r. Z Ruchu odszedł niedługo po przyjściu trenera Vičana. Szkoleniowiec nie chciał mieć w zespole zbyt wielu starszych zawodników, a sam Faber nie miał już tyle sił, żeby wytrzymać ciężkie treningi nowego trenera. Wyjechał do Francji, gdzie został zawodnikiem Lens. W 1961 r. Ruch grał tam mecz towarzyski, a Faber swoim występem zrobił na tamtejszym prezesie duże wrażenie. O transferze nie mogło być wówczas mowy. Kiedy jednak Francuzi dowiedzieli się, że piłkarz może odejść z klubu, to z miejsca się po niego zgłosili i po paru dniach był już w Lens. Z klubem awansował do I ligi, grał w finale pucharu Francji. W końcu wrócił do Polski, gdzie prowadził zespoły trzecioligowe. 12 grudnia 1981 r. wyjechał do Francji na święta do znajomych. Kiedy wprowadzono stan wojenny, zdecydował się pozostać na emigracji. Eugeniusz Faber zmarł w ubiegłym roku właśnie we Francji w wieku 82 lat. W Reprezentacji rozegrał 36 meczów, strzelając 11 goli.
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
8
Kalendarium polskiego futbolu:
6 kwietnia 1983 r. Juventus pokonał Widzew Łódź 2:0 na Stadio Olimpico Gran Torino, po golach Tardelliego i Bettegi w ramach pierwszego półfinału Pucharu Mistrzów. Półfinał Pucharu Europy Mistrzów Krajowych to największy sukces w historii występów Widzewa w europejskich pucharach. To także jedno z największych osiągnięć polskiego klubu na arenie międzynarodowej. Dalej dotarł jedynie Górnik Zabrze, który zagrał w finale, tyle że mniej prestiżowego Pucharu Zdobywców Pucharów. Początek drogi do półfinału był łatwy, bo w pierwszej rundzie łodzianie trafili na maltański Hibernians FC i bez problemów wygrali obydwa spotkania (3:1 oraz 4:1). Schody zaczęły się już od kolejnego rywala. Los przydzielił Rapid Wiedeń. Mistrz Austrii (dwa lata późnej zagrał w finale PZP) wygrał u siebie 2:1, ale w Łodzi Widzew szybko odrobił straty (po półgodzinie prowadził 3:0) i zwyciężył 5:3. W ćwierćfinale trafił się już przeciwnik z najwyższej półki - Liverpool FC. U siebie podopieczni trenera Władysława Żmudy wygrali 2:0, w rewanżu prowadzili 2:1, ale w końcówce Anglicy strzelili dwa gole. To było jednak za mało, by wyeliminować łodzian. „Jesteście wspaniali. Do zobaczenia w Atenach. Zbyszek" - napisał wtedy do byłych kolegów z Widzewa Zbigniew Boniek, który był już piłkarzem Juventusu. Były prezes PZPN-u w ten sposób życzył, by te zespoły zagrały ze sobą w finale. Stało się inaczej i podczas losowania już w półfinale Widzew trafił na Włochów. Pierwszy mecz(w Turynie) odbywał się tuż po Wielkanocy. Dlatego piłkarze trenowali w świąteczną niedzielę a w Lany Poniedziałek polecieli do Włoch. Trener Żmuda jeszcze przed wylotem analizował na podstawie zapisu wideo mecz Juventusu z Torino. Podkreślał, że rywale dali sobie wbić trzy gole w pięć minut. Paolo Rossi, napastnik Juventusu, stwierdził, że to będzie podobne spotkanie do tego z 1982 r. podczas mundialu w Hiszpanii, kiedy Włochy pokonały Polskę 2:0.
Najwięcej miejsca włoska prasa poświęcała oczywiście Bońkowi. Ba, dziennikarze "La Gazetta Dello Sport" wcześniej odwiedzili Polskę, by napisać reportaż o Zibim. "Niejednokrotnie mówiłem, że nastąpił dość nieszczęśliwy zbieg okoliczności, który sprawił, że musimy spotkać się z Widzewem już w półfinale. Dziś jestem piłkarzem Juventusu, kierują mną sportowe ambicje i chciałbym zdobyć ze swą drużyną Puchar Europy. Dlatego też dołożę wszelkich starań, by przyczynić się do zrealizowania tych marzeń" – cytował Bońka "Dziennik Łódzki". "Dziś w Turynie supermecz" - zapowiadała polska prasa. Włosi podkreślali rekordowe zainteresowanie kibiców. Do kasy Juventusu ze sprzedanych biletów wpłynęło 1 mld 100 tys. lirów (wtedy około 800 tys. dolarów). To był nowy rekord Włoch pod względów wpływów z wejściówek. "Jeżeli w pierwszych 15 minutach nie popełnimy błędów, wówczas osiągniemy bardzo korzystny rezultat. Jestem pewny, że sprawimy naszym sympatykom prezent" - twierdził Mirosław Tłokiński. Jak się okazało, rację miał Paolo Rossi. Tłokiński też nie minął się z prawdą, bo widzewiacy nie utrzymali bezbramkowego rezultatu przez kwadrans. Gola stracili już w ósmej minucie. Na oczach 70 tys. widzów Widzew przegrał 0:2, choć wcale tak nie musiało się skończyć. "Widzew nie do końca wykorzystał swoje szanse. Nie było widać zbyt wyraźnej przewagi mistrza Włoch, a nawet powiedziałbym więcej, że przez wiele fragmentów właśnie piłkarze Widzewa zamykali zespół gwiazd na ich połowie" - pisał korespondent DŁ. " ,,Gospodarze zaimponowali mi konsekwencją i mieli więcej sił. W pierwszej połowie byliśmy równorzędnym partnerem. Drugą część moi chłopcy rozpoczęli fatalnie, popełnili wiele błędów i straciliśmy drugiego gola. Wyróżniam Młynarczyka i Smolarka" - mówił trener Żmuda.
Składy obu drużyn:
Widzew: Młynarczyk, Świątek, Grębosz, Wójcicki, Kamiński, Wraga (81. Myśliński), Romke, Rozborski, Surlit, Tłokiński, Smolarek.
Juventus: Zoff, Gentile, Scirea, Brio, Cabrini, Boniek, Bonini, Platini, Tardelli, Bettega, Rossi (78. Marocchino).
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
10
Duma Katalonii w Lidze Mistrzów:
6 kwietnia 2010 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Arsenal 4:1 w rewanżowym spotkaniu ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Wszystkie 4 gole strzelił genialny Messi. Ten mecz jest uważany za jeden z najlepszych indywidualnych występów Argentyńczyka w całej karierze. Mecz zaczął się dość niespodziewanie. Już w 18 minucie Kanonierzy wyprowadzili szybką akcje, po której Wallcot wyłożył piłke Bendtnerowi a duński napastnik otworzył wynik. Raptem 3 minuty później Messi doprowadził jednak do wyrównania a jeszcze przed przerwą skompletował hattricka. Pod koniec spotkania dokończył dzieła i ustalił wynik meczu. Hiszpanie określają taki wyczyn mianem ,,Pokera”, co odnosi się do układu znanego w Polsce jako ,,kareta”.
To trzeba przypomnieć:
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
8
Cześć i chwała legendom Blaugrany:
6 kwietnia 1966 r. zmarł nagle Julio Cesar Benitez. 27-letni Urugwajski piłkarz FC Barcelony zmarł w wyniku zakażenia przewodu pokarmowego po zjedzeniu zepsutych owoców morza. Tragiczne wydarzenie nastąpiło na 3 dni przed arcyważnym pojedynkiem z Realem Madryt w La Liga. 150 tysięcy ludzi uczestniczyło w ostatniej drodze Beniteza, który na Camp Nou występował od 1961 r. Grał przeważnie w obronie stając się z czasem ulubieńcem publiczności. Jego poświęcenie najlepiej oddają słowa wypowiedziane tuż przed śmiercią: ,, Do boju chłopaki! Pokonamy Real 2:0!”. Mecz z Królewskimi został przełożony o 2 dni, lecz koledzy Urugwajczyka nie byli w stanie się pozbierać i zremisowali 1:1. Pod koniec tamtego sezonu Katalończycy wygrali jednak z Realem finał krajowego pucharu i zadedykowali trofeum zmarłemu koledze.
@Lionel_Messi10
@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
@Monix10
2
Moje obawy przed porażką w El Clasico potwierdziły się w stu procentach ale że polegniemy na Camp Nou aż 0:4 to chyba nawet by mi się nie przyśniło. Owszem zagraliśmy bez czterech podstawowych zawodników ale czy to jest usprawiedliwienie tak wysokiej porażki? Kto jest temu winien? Laporta? Xavi? Zapewne jeden i drugi. Tacy zawodnicy jak Kessie, Marcos Alonso czy Ferran Torres, nigdy nie powinni trafić do tak wielkiego klubu jak FC Barcelona. Druga rzecz to plaga kontuzji- gdzie jest sztab medyczny? a właściwie co to za jakość tych medyków że piłkarze padaja jak muchy? Do tego dochodzi fatalna skuteczność pod bramką przeciwników o czym świadczą wyniki 1:0. To wszystko trzeba naprawić jak najszybciej inaczej w przyszłym sezonie będzie powtórka obecnego...
3
@ComentateiroJesli masz na myśli że nie dowiezie tylko Pucharu Króla, to moim skromnym zdaniem Laporta nie zwolni Xaviego.
9
Hydraulik z Preston:
5 kwietnia 1922 r. urodził się Tom Finney, angielski napastnik. Legenda angielskiej reprezentacji Anglii Billy Wright powiedział kiedyś o nim, że nikt nie jest bardziej godzien noszenia białego trykotu reprezentacji. Bill Shankly zestawił go w jednym szeregu z Alfredo Di Stéfano, Pelé, Stanleyem Matthewsem i Diego Maradoną. O kim mowa? Przedstawiamy ikonę Preston North End Toma Finneya. Finney jak wielu piłkarzy urodzonych tuż po zakończeniu I wojny światowej, zanim zaczął pracować na własną chwałę, musiał pomóc w obronie chwały ojczyzny. W 1942 roku powołany został do Królewskiego Korpusu Pancernego, gdzie walczył w Egipcie z ramienia Montgomery’s Eighth Army. Tam zdarzało mu się grywać w lokalnych turniejach drużyn wojennych. Zawodnikiem jednego z miejscowych zespołów był znany na całym świecie z tytułowej roli w filmie ,,Doktor Żywago” aktor Omar Sharif. W 1946 kariera Finneya ruszyła z kopyta. Zadebiutował on w First Division, a także w reprezentacji Anglii. Do 1958 roku rozegrał dla niej aż 76 spotkań i strzelił 30 goli. W tamtych czasach nawet najlepsi angielscy piłkarze nie mogli godnie żyć z pensji w klubie, więc chwytali się innych zajęć. Tom został hydraulikiem i zarabiał czternaście funtów tygodniowo. Z powodu wykonywania tej profesji, kibice w całej Anglii nazywali go ,,Preston Plumber”. Cały zespół Preston North End nazywano natomiast ,,drużyną hydraulika i dziesięciu kropel”, dając do zrozumienia, że koledzy Finneya byli tak naprawdę nic nie znaczącymi dodatkami do niego. Ten znakomity lewoskrzydłowy rzeczywiście nie osiągnął ze swoim klubem zbyt wiele. Dwa razy zajmował drugie miejsce w lidze angielskiej (1953 i 1958), a raz dotarł do finału Pucharu Anglii (1954). Finneyem interesowały się inne kluby, szczególnie włoskie. Do Preston przyjeżdżali przedstawiciele Palermo i Torino. Ci drudzy oferowali Anglikowi dziesięć tysięcy funtów za podpisanie kontraktu, sto funtów tygodniowej pensji, Maserati oraz willę nad jeziorem Como. Finney odmówił, tłumacząc, że na zawsze pozostanie wierny miastu Preston i jego klubowi. W szczytowym okresie kariery, Finney zarabiał dwadzieścia funtów tygodniowo. Nigdy jednak nie zależało mu na pieniądzach. Wiele lat po skończeniu z futbolem, Tom krytykował przepłacanie piłkarzy. Uważał też, że nieliczni zasługują na miliony i takim graczom jak choćby Ryan Giggs pieniędzy nie zazdrości.
Finney był znany jako boiskowy dżentelmen. Na murawie jako jeden z nielicznych zawodników nie przeklinał. Przykładem świecił również jako człowiek. Ze swoją żoną Elsie Noblett wziął ślub zaraz po zakończeniu II wojny światowej. Przeżył z nią niemal sześćdziesiąt lat. Mieli dwójkę dzieci: Barbarę i Briana. Krytykował piłkarzy, którzy między treningami włóczyli się po nocnych klubach, mieli problemy z używkami i rozbijali drogie samochody. Zdaniem Finneya takie zachowanie przynosiło wstyd nie tylko samym graczom, ale również ich klubom z bogatą historią. On sam wstydu Preston North End nigdy nie przyniósł. Mało tego, stał się najlepszym zawodnikiem w historii tego klubu. Czternaście lat gry, 433 mecze i 187 goli. Klasa. Wspomniany Bill Shankly powiedział kiedyś o gwiazdach lat siedemdziesiątych, że są tak dobre jak Finney, z tym że on ma już prawie sześćdziesiątkę… Toma Finneya szanowali nie tylko kibice i koledzy z boiska, ale i przeciwnicy. W 1951 roku Anglia pokonała Portugalię 5-3 w meczu towarzyskim rozgrywanym na Goodison Park. Obie reprezentacje spotkały się raz jeszcze na bankiecie po meczu. W pewnym momencie wszyscy portugalscy zawodnicy unieśli w górę kieliszki, wstali z miejsc i wznieśli zdrowie ,,mistrza, Pana Finneya”. Szacunek okazany przez rywala to chyba najpiękniejsza chwila w karierze.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
1
@Pawel13sz Ale ta broda wpadająca w rudy kolor to już nie ładnie...
9
Duma Katalonii w Pucharze Króla:
5 kwietnia 1925 r. FC Barcelona na Camp de Les Corts, rozgromiła Stadium Zaragoza(prawdopodobnie późniejszy Real Saragossa) aż 8:0(!) w ostatnim meczu grupowej fazy Copa del Rey i awansowała do półfinału. Jeśli się nie mylę było to najwyższe zwycięstwo z tą drużyną w Pucharze Króla. Gole strzelili: Arnau(4), Vincenc Piera(2) oraz Samitier(2). Jednak w półfinale Blaugrana bardzo męczyła się z Atletico Madryt i potrzebny był trzeci dodatkowy mecz z Rojiblancos ale o tym wspomnę w rocznice tego meczu dodatkowego a mianowicie 3 maja.
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Symson
@Monix10
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@DaPidejpi
8
Przed nami El Clasico po raz 288 w historii i po raz 38 w Copa del Rey. Wprawdzie gramy na Camp Nou i wystarczy nam nawet remis ale jakoś bardzo się obawiam tego rewanżu. ,,Los Blancos” są w gazie i co najmniej półke wyżej od Elche. Obyśmy tego nie spartolili…
1
Szanowni kibice, czy tego chcemy czy też nie(ja np. nie chce), to właśnie Cristiano Ronaldo strzelił 508 gola na poziomie pierwszoligowym, czym zrównał się w klasyfikacji z legendarnym Ferencem Puskasem. Do prowadzącego w tej klasyfikacji Jozefa Bicana traci już tylko 10 goli.
12
Puchar Wyzwolicieli:
Już dzisiejszej nocy rozegrane zostaną pierwsze mecze 64. edycji Copa Libertadores. 32 południowoamerykańskie drużyny rozlokowane w ośmiu grupach powalczą o „La Gloria Eterna” – Wieczną Chwałę, jak za oceanem mówi się o końcowym triumfie w najbardziej prestiżowych rozgrywkach na kontynencie. Jak co roku możemy spodziewać się ignorowania taktyki, fanatycznych kibiców, wielu pięknych goli, wiadra czerwonych kartek, masy polotu i ogromu finezji. Bo Copa Libertadores na pewno nie jest smutna. Pierwszy raz o Puchar Wyzwolicieli zagrano w roku 1960. Wystartowało tylko siedem drużyn a każda z nich była mistrzem swojego kraju. W pierwszym spotkaniu w historii rozgrywek Peñarol pokonał boliwijską ekipę Jorge Wilstermann (nazwaną na cześć pierwszego boliwijskiego pilota samolotów komercyjnych) 7:1! Urugwajczycy później wygrali w finale z Olimpią Asunción, zostając pierwszym klubowym mistrzem kontynentu. Peñarol wygrał też w 1961, tym razem będąc minimalnie lepszym od Palmeirasu.
Pierwsze dwie edycje nie cieszyły się popularnością poza Ameryką Południową. W 1962 było już zupełnie inaczej, a wszystko to za sprawą wielkiego Santosu, który miał w swoim składzie 22-letniego wirtuoza – Edsona Arantesa do Nascimento. Nie tylko Pelé brylował zresztą w tamtej drużynie. „Os Santásticos” („Santastyczni”) lub „O Balé Branco” („Biały Balet”), bo tak nazywano wtedy Santos, przez wielu uważani są za najwspanialszą drużynę wszech czasów. Biorąc pod uwagę, jak bardzo zmienił się futbol od tamtych czasów, jest to stwierdzenie mocno na wyrost, ale sporów z serii „Maradona czy Messi?” rozstrzygać tu nie będziemy. Wtedy Santos był wielki i wygrał Copa Libertadores w 1962 i 1963 roku – pokonując w finale odpowiednio Peñarol i Boca Juniors. W sumie Copa Libertadores padła łupem 25 różnych klubów z siedmiu krajów. Nigdy nie zwyciężyły drużyny z Peru, Boliwii i Wenezueli. Nie wygrali też Meksykanie – od 1998 do 2017 w CL grały też kluby meksykańskie. Chivas, Tigres i Cruz Azul docierały do finału, zawsze w nim przegrywając. Dyskusja o powrocie meksykańskich drużyn ciągle się toczy. Meksykanie wycofali się z rozgrywek po zmianie formatu kalendarza – od 2017 Copa Libertadores startuje na przełomie lutego i marca, a kończy się w listopadzie. Wcześniej zaczynała się w styczniu, a finał miał miejsce w lipcu lub sierpniu. Obecny format koliduje Meksykanom z ich krajową ligą i Ligą Mistrzów CONCACAF. Potomkowie Azteków są jednak otwarci na powrót (jeśli kalendarz ulegnie zmianie), a przy tej okazji sporo mówi się też o ewentualnych występach drużyn z MLS. Reprezentanci Wenezueli i Boliwii jako jedyni nigdy nie dotarli nawet do finału rozgrywek. Najwięcej triumfów zanotowały kluby argentyńskie (23), a za nimi brazylijskie (22). Ośmiokrotnie najwyższej chwały dostąpili piłkarze z Urugwaju, trzykrotnie Kolumbijczycy i Paragwajczycy, a raz gracze z Chile i Ekwadoru.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
2
@Herato Tak ten sam. Żywa legenda Blaugrany!
11
Każdy miał swoje problemy:
4 kwietnia 1993 r. FC Barcelona strzeliła gola po rzucie rożnym w wygranym 3:0 meczu z CD Logroñes. I co z tego zapytacie?. Otóż zdobywanie goli po dośrodkowaniach z kornerów za trenera Cruijffa przychodziło Blaugranie niezwykle ciężko. Właśnie 4 kwietnia Katalończycy strzelili takiego gola po główce Bakero. Na kolejną taką okazje przyszło czekać… 20 miesięcy! Autorem gola w meczu Ligi Mistrzów był… ponownie Bakero. Ekipa Cruijffa potrzebowała w tamtym czasie średnio 162 rzuty rożne czyli mniej więcej 26 spotkań aby pokonać bramkarza rywali po bezpośrednim dośrodkowaniu.
@Lionel_Messi10
@Symson
@Pawel13sz
@Monix10
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj
8
Copa w rytmie samby:
3 kwietnia 1949 r. w Rio de Janeiro Brazylia rozgromiła Ekwador 9:1(7:1)! w meczu rozpoczynającym 21 edycje Copa America. Do tej edycji nie przystąpiła Argentyna, bez reszty zaprzątnięta myślą jak sklecić możliwie silne składy w krajowych rozgrywkach ligowych. Urugwajczycy wciąż sparaliżowani strajkiem najlepszych zawodowców, w ostatniej chwili wysłali do Brazylii ,,ekipe ratunkową”, złożoną z piłkarzy drugiego rzutu. W tych okolicznościach Canarinhos wydawali się faworytem niepodważalnym i stuprocentowym. Puchar Ameryki miał właściwie stanowić przygrywke i rodzaj poligonu doświadczalnego dla finałów MŚ 1950, przyznanym właśnie Brazylii. Wszystko też podporządkowano temu celowi strategicznemu. Brazylia w trakcie mijającej właśnie dekady tylekroć upokarzana przez Argentyne i Urugwaj, otrząsała się z dawnych kompleksów, odzyskując pewność siebie i uzasadnione poczucie własnej wartości. Szykowała się do wielkich zadań i wyjątkowych przeznaczeń. Zmianie tego nastawienia sprzyjała polityka prezydenta Getulio Vargasa, uderzająca w tony patetycznie patriotyczne. Dobitnie oddawało ów nastrój hasło ,,Brazylia brazylijska!”. Znalazło to również przełożenie na gruncie sportowym. Przez całe 10-lecia liga brazylijska była ,,Mekką” zawodowców, zwłaszcza argentyńskich i urugwajskich. Każdy klub mógł mieć ich nawet pięciu! Wreszcie w 1949 rygory zostały skrajnie zaostrzone; w całej Brazylii mogło jednocześnie grać najwyżej 5 zawodników cudzoziemskich. Gospodarze turnieju szli od początku jak burza, dosłownie zmiatając z drogi wszelkie przeszkody. Na rozgrzewke rozgromili Ekwador 9:1 i tratowali następnych przeciwników, nie okazując im żadnych względów, należnych gościom. Kolejno padały jak ścięte: Boliwia 1:10!, Chile 1:2, Kolumbia 0:5, Peru 1:7, Urugwaj 1:5… Aż tu raptem na drodze rozpędzonego brazylijskiego tornada znalazł się maleńki, skromny Paragwaj. 50-tysięczna ,,torcida” zapełniająca trybuny Vasco da Gama, dyszała żądzą krwi. Kolejna ofiara miała zostać metodycznie poćwiartowana, rozdarta na strzępy i połknięta żywcem.
Obstawiano zakłady czy ,,Guarani” dostaną 6, 7 czy może 8 goli w plecy. Początek meczu zdawał się potwierdzać te oczekiwania. Prawa strona brazylijskiego napadu, Tesourinha-Zizinho, wymieniała podania z zamkniętymi oczami. Na przedpolu bramki Paragwajskiej rozpętał się huragan, lecz ten huragan nie złamał paragwajskiej palmy, co najwyżej przygiął ją do ziemi. Guarani ustępujący rywalom technicznie, nie wdawali się w misterne kombinacje i nie pozostawiali zagrożonych kolegów bez pomocy. Walczyli z bezgranicznym poświęceniem o każdy centymetr murawy i o każdą sekundę czasu. Cudów zręczności dokonywał kapitalny bramkarz Garcia, który bronił tak rewelacyjnie że już w przerwie meczu działacze Flamengo wiedzieli że za wszelką cene muszą go wykupić z Cerro Porteño, co w istocie niebawem się stało. Do dzisiaj Sinforiano Garcia uchodzi za bezsprzecznie najlepszego golkipera w dziejach ,,Flu”. Obrona paragwajska dowodzona przez Alberta Gonzaleza grała pewnie, twardo i bezwzględnie. W środku pola zapore nie do przebicia stworzyli Manuel Gavilan i Pedro Nardelii,który wkrótce zrobił furore w Boca Juniors czy Peñarol. Asem atutowym w ataku był błyskotliwy, fantastyczny przebojowiec o kąśliwym strzale, 22-letni Duilio Jorge Benitez z Nacional Asuncion. Jego niepowszedni talent eksplodował właśnie na tym turnieju. Działacze Boca Juniors, wykładając 200 tysięcy pesos zadbali aby z Rio nie wracał już do Asuncion, tylko jechał do Buenos Aires. Jednak Benitezowi najwidoczniej przypadł do gustu klimat brazylijskiej metropolii; dołączył szybko do swojego rodaka Garcii. Doskonale też spisywali się pozostali napastnicy Guarani, w razie potrzeby w pocie czoła wspomagający obronę i czyhający na szanse błyskawicznych wypadów. Szybkością imponował Cesar Lopez Fretes, strzałami z najtrudniejszych pozycji Enrique Casimiro Avalos zaś wszechstronnością Dionisio Arce. Golom Avalosa i Beniteza, gospodarze przeciwstawili tylko jeden gol, jaki strzelił Tesourinha i oto zdrętwiała z trwogi widownia Vasco da Gama musiała przyjąć do wiadomości że jej idole przegrali ten pozornie ,,spacerowy” mecz. Ponieważ obie drużyny miały po 12 punktów, 3 dni później doszło do dodatkowego rozstrzygającego meczu. Jednak ów czynnik miał natychmiastowe następstwa nieco innego typu.
Postawa Paragwajczyków wywarła takie wrażenie że wielkie kuby z Rio momentalnie zapałały pożądaniem do skromnych(i co nie bez znaczenia-tanich) piłkarzy maleńkiego kraju. Już niebawem w ślady Beniteza i Garcii poszedł stoper Modesto Bria ściągnięty do Flamengo, podczas gdy napastnik Egidio Landolfi zasilił Botafogo. Zresztą na całym kontynencie zapanowała swoista moda na futbolistów z Asuncion. Tymczasem Canarinhos wzmocnili skład, chimerycznego Octavuio zastępując Ademirem i od pierwszej sekundy natarli z dziką furią. Dzielni Guarani w poprzedni zwycięski mecz włożyli tyle energii iż nie byli w stanie zregenerować nadwątlonych sił. Pod niektórymi piłkarzami dosłownie uginały się nogi. Tym razem brazylijski sztorm zatopił paragwajską łupinke. Zemsta była straszna bo aż 7:0! Sam Ademir popisal się hattrickiem, co stanowiło zapowiedź jego strzeleckich osiągnięć podczas MŚ 1950. Poligon doświadczalny zdał w oczach ekspertów egzamin. Ostatecznie, mimo przejściowych kłopotów z Paragwajem, Brazylia po kilkudziesięciu latach zdobyła Puchar Ameryki. Pokazała gre ofensywną, radosną i pełną rozmachu. W 8 meczach strzeliła aż 46 goli! co dało niewiarygodną przeciętną 5,75 na mecz! Brazylijczyk Jair da Rosa Pinto został z 9 golami pierwszym ,,arthilero” turnieju. Przetestowani zostali pozytywnie przyszli ,,mundialiści”. Przygotowania były dopięte na przedostatni guzik. Jednakże wnikliwi analitycy, bardziej sceptyczni i skłonni do dzielenia włosa na czworo, nie podzielali tych zachwytów. Zapamiętali dobrze bezradność brazylijskich wirtuozów w obliczu twardej obrony w pierwszym meczu z Paragwajem i zadali sobie pytanie: A co będzie jeśli Canarinhos na trafią na jeszcze twardszą? Ten właśnie problem szczególnie dogłębnie postanowiono przestudiować rok później w Urugwaju…
@Pawel13sz
@Symson
@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
11
Czy wiemy że:
Dokładnie 118 lat temu pięciu włoskich imigrantów zebrało się w Plaza Solís, położonym w samym sercu La Boca, portowej dzielnicy Buenos Aires. Esteban Baglietto, Alfredo Scarpatti, Santiago Sana, oraz bracia Juan i Teodoro Farenga założyli klub Boca Juniors, 32-krotny mistrz Argentyny i 6-krotny zdobywca Copa Libertadores. Nazwę Boca Juniors można tłumaczyć jako „młodzież z Boca”. La Boca to jedna z 47 dzielnic Buenos Aires, natomiast słowo „Juniors” zostało dodane celem zwiększenia prestiżu oraz nadania nazwie angielskiego brzmienia (to głównie brytyjscy marynarze, budowniczy kolei i robotnicy jako pierwsi przywieźli piłkę nożną do Ameryki Południowej).
Pozdrawiam wszystkich sympatyków ,,Bosteros”.
@Sensible
@Symson
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@AssisMoreira
11
Tak oto rozpoczeła się Polska liga piłki nożnej:
96 lat temu na stadionie przy ulicy Wodnej w Łodzi rozegrano pierwszy w historii mecz Polskiej Ligi Piłki Nożnej: Klub Turystów – ŁKS. Derby Łodzi rozegrane 3 kwietnia 1927 roku, w obecności czterech tysięcy widzów wygrał ŁKS 2:0 (2:0), po dwóch golach Jana Durki. Durka mógł mieć hat-tricka, ale nie strzelił rzutu karnego – obronił Alfred Lass. Z jedenastu metrów nie strzelił też Aleksander Kubik (Klub Turystów), który nie trafił w bramkę. Tak spotkanie opisał korespondent „Przeglądu Sportowego”: „Mistrz zawiódł kompletnie, co prawda Karasiak (Władysław – przedwojenny reprezentant Polski) nie grał, gdyż siedzi w pace, no i Wieliszek od początku statystował, mając niewyleczoną kontuzję z ubiegłego tygodnia, ale to jeszcze nie usprawiedliwia. Jedynie Lass i Kubik starali się.” Stadion przy ulicy Wodnej w śródmieściu Łodzi już nie istnieje. Na jego miejscu leży głaz, na którym umieszczono tablicę informującą o tym wydarzeniu. W odsłonięciu tablicy uczestniczył m.in. Jan Tomaszewski. Kim byli uczestnicy pierwszego spotkania w historii polskiej ligi?
KLUB TURYSTÓW ŁÓDŹ:
ALFRED LASS (1910 – 1973) – trzy sezony dla „Turystów” (1926-28). Najmłodszy ligowiec w szeregach Klubu Turystów. Po wojnie ślusarz i robotnik w fabrykach włókienniczych.
ALEKSANDER KUBIK (1900 – 1948?) – pochodził z Pabianic, jest wychowankiem PTC. Grał też w ŁKS (dwa lata) i cztery lata w „Turystach”. Pierwszy piłkarz w historii ligi, który nie wykorzystał rzutu karnego. Po wojnie osiadł w Szczecinie – zginął w niewyjaśnionych okolicznościach.
ARTUR MARCZEWSKI (1896 – ?) – grał w pierwszym meczu reprezentacji Polski w Budapeszcie (1921). Łodzianin, przez cztery lata związany z Polonią Warszawa, potem wrócił na stare śmieci. Był też przedwojennym arbitrem piłkarskim. W 1945 roku prawdopodobnie aresztowany przez Rosjan w Tomaszowie Mazowieckim. Dalsze jego losy są nieznane.
ARTUR HINTZ (1897 – 1955) – związany z Klubem Turystów przez całą karierę, rozstał się z ekipą w dość burzliwych okolicznościach. W czasie wojny służył w niemieckim wojsku, zmarł w RFN.
KAROL BERSCH (1900 – po 1976) – wychowanek Unionu Łódź, autor pierwszego ligowego hat-tricka dla „Turystów”. Zagrał w siedmiu meczach. Po wojnie mieszkał w NRD, potem przeniósł się w okolice Hamburga. Brak dokładnej daty śmierci.
JÓZEF KULAWIAK (1900 – 1985) – cztery lata związany z klubem (1926-29). Po wojnie pracował jako księgowy w Łodzi, był też sędzią niższych klas.
ALFONS MICHALSKI (1907 – 1986) – z Klubem Turystów, a potem Union Touring związany przez 16 lat. W czasie okupacji zmienił nazwisko na Michler. Młodszy brat Bronisława, także piłkarza „Turystów”.
STANISŁAW WALTER (1898 – ?) – wywodził się z łódzkiego Widzewa, dla „Turystów” 14 spotkań, 4 gole. Brak informacji o jego powojennych losach.
TEODOR WIELISZEK (1898 – 1952) – jeden z najlepszych łódzkich piłkarzy okresu międzywojennego. Jednokrotny reprezentant Polski. W trakcie okupacji osiadł we wschodnich Niemczech, tam też zmarł.
STEFAN KUBIK (1898 – 1976) – starszy brat Aleksandra. W czasie I wojny światowej przebywał w Rosji, gdzie był gwiazdą w mieście Orzeł. Występował m.in. przeciwko reprezentacjom Moskwy, Tuły i Petersburga. Grał w ŁKS i Klubie Turystów. Po wojnie pracownik urzędu skarbowego.
ALFRED HERMANS (1900 – ?) – wychowanek Unionu Łódź, grał w Polonii Warszawa, a potem w Klubie Turystów. Ponoć nigdy nie prał skarpetek, zawsze zakładał świeże. Prawdopodobnie wcielony do Wehrmachtu, zaginął na froncie wschodnim po 1942 roku.
ŁKS ŁÓDŹ:
JÓZEF MILA (1907 – 1988) – pierwszy mecz w lidze przypadł na jego 20. urodziny. Najlepszy bramkarz ŁKS w okresie międzywojennym, zagrał w lidze 95 spotkań. Po wojnie ukończył Uniwersytet Łódzki i został prawnikiem.
WAWRZYNIEC CYL (1900 – 1974) – legenda ŁKS, z którym jako zawodnik był związany 16 lat. Olimpijczyk z Paryża (1924), trzykrotny reprezentant Polski. Po wojnie był działaczem piłkarskim i księgowym.
ANTONI GAŁECKI (1906 – 1958) – kolejna legenda ŁKS. Postać, której życiorys mógłby posłużyć za scenariusz do filmu. Przedwojenny olimpijczyk (1936) i uczestnik pamiętnego meczu z Brazylią podczas mundialu w 1938 roku. W czasie wojny internowany na Węgrzech wraz z drużyną Junaka Drohobycz. Przez Jugosławię (grał w HASK Zagrzeb), Turcję i Palestynę trafił do armii generała Andersa. Walczył pod Tobrukiem i Monte Cassino. Koniec wojny zastał go w Anglii. Po wojnie „gnębiony” przez komunistyczne władze – zmuszony do rezygnacji z funkcji piłkarza, a potem trenera ŁKS. Tuż przed jego śmiercią, ŁKS sięgnął po pierwszy tytuł mistrzowski. Jego ostatnią wolą było, by kondukt z ciałem przeszedł rundę honorową wokół stadionu ŁKS. Komuniści nie zgodzili się i na to, ponoć przeszkadzało im, że na czele konduktu szedł ksiądz…
JÓZEF MIKOŁAJCZYK (1903 – 1946) – w lidze trzy sezony (1927, 1928, 1930). Był kupcem.
ANTONI TRZMIEL (1905 – 1964) – przez całą przygodę z futbolem wierny ŁKS, w którym według oficjalnych źródeł wystąpił 122 razy. Po wojnie pracował jako mechanik w zajezdni tramwajowej.
KAZIMIERZ JASIŃSKI (1902 – 1972) – przez 10 lat związany z ŁKS (1923-33). Zmarł w podłódzkich Poddębicach.
JAN DURKA (1903 – 1958) – bohater pierwszego meczu, z ŁKS związany przez 13 lat (1921-34). Po wojnie pracował jako monter urządzeń elektrotechnicznych. Jego syn, Jerzy, także grał w ŁKS.
STEFAN SOWIAK (1907 – 1959) – wychowanek WKS Łódź, przez 12 lat w klubie z Alei Unii Lubelskiej.
KAROL MILLER (1899 – 1956) – wychowanek „Turystów”, przez osiem lat związany z ŁKS. W 1942 roku wyjechał do Niemiec, powołany do Wehrmachtu. Zmarł w Niemczech.
ZYGMUNT LANGE (1900 – 1971) – w ŁKS pięć sezonów (1921-23, 1925, 1927). Prężnie działał także w hokeju na lodzie i tenisie stołowym, a w 1934 roku został wybrany prezesem Polskiego Związku Tenisa Stołowego. Kawaler Krzyża Orderu Odrodzenia Polski (1965 rok), więzień obozów koncentracyjnych.
ANTONI ŚLEDŹ (1901 – 1979) – zanim zagrał w lidze, walczył w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Dziewięć lat w ŁKS, zaliczył jeden mecz w reprezentacji. Jego młodszy brat Jan, także grał w I lidze w barwach biało-czerwono-białych.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
9
Duma Katalonii w Lidze Mistrzów:
3 kwietnia 2012 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou AC Milan 3:1(2:1) po dwóch golach Messiego i jednym Iniesty oraz po honorowym trafieniu Nocerino, w ramach rewanżowego meczu ćwierćfinałowego Ligi Mistrzów. Składy:
FC Barcelona: Valdes - Alves, Mascherano, Pique (Adriano, 75.), Puyol, Xavi (63.), Iniesta, Busquets, Fabregas (Keita, 78.), Messi, Cuenca
AC Milan: Abbiati; Abate, Mexès, Nesta, Antonini; Nocerino, Ambrosini, Seedorf (Aquilani, min.60); Boateng (Pato, min.69) [Maxi López, min.83]; Robinho, Ibrahimovič
@Pawel13sz
@Symson
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Ogorinho1974
@Sensible
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj
10
My cules zawsze pamiętamy:
Feliz cumpleaños panie Salvador! Z okazji 82-tych urodzin.
3 kwietnia 1941 r. w L’Arboç urodził się Salvador Sadurni, legendarny bramkarz. Salvador Sadurni charakteryzował się potężną sylwetką i był ubrany niemal zawsze na czarno. Obok Ramalletsa i Zubizarrety prawdopodobnie największa legenda jaka stała w bramce FC Barcelony. Jako jedyny z tej trójki był wychowankiem Dumy Katalonii i nigdy jej nie opuścił (nie licząc rocznego wypożyczenia do Mataró). Jego idolem był Ramallets, który dał mu szansę, a do jego rozwoju przyczynił się również ówczesny trener Barçy- Kubala. Dzisiaj wspomina, że był on „najważniejszym trenerem w jego karierze”. Jako jeden z niewielu stosował specjalne treningi dla golkiperów. Sadurní trzykrotnie zdobył Trofeo Zamora ale miał również szansę na czwarte trofeum, lecz jego trener, Olsen, zdecydował się nie wystawić go w ostatnim spotkaniu. By zdobyć nagrodę zawodnik musiał rozegrać przynajmniej 22 mecze w sezonie. Po przyjściu Cruyffa, Sadurní zdobył z Barceloną jedyne mistrzostwo Hiszpanii. Miało to miejsce w sezonie 1973/74 i co ciekawe bramkarz opuścił pamiętne zwycięstwo 5:0 na Bernabéu z powodu kontuzji. Ostatni sezon spędzony w Barcie był najgorszy w całej karierze. Tak oto go wspomina: ,,trener Weisweiler nie chciał nawet o mnie słuchać i dał mi szansę jedynie pod koniec sezonu, gdy graliśmy w różnych wsiach. Tak źle to zniosłem, że nie chciałem już nic słyszeć o piłce nożnej’’. Salvador Sadurni rozegrał dla Dumy Katalonii 500 spotkań w tym 247 w La Liga. 1 września 1976 r. odbył się pożegnalny mecz Sadurniego, Rife oraz Torresa na Camp Nou przeciwko Stade Rennes wygrany 2:0.
Dziękujemy serdecznie za oddanie i wierność FC Barcelonie.
@Monix10
@Pawel13sz
@Symson
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj
9
@FCBparasiempre
Cesarz. Ten pseudonim jest doskonale znany w futbolu. Nosił go słynny Franz Beckenbauer. Dziś przedstawimy historię innego „Kaisera”. Chodzi o Cesarza, którego śmiało można nazwać królem piłkarskiej obłudy – Carlosa Henrique Raposo. Ów Kaiser może uchodzić za kogoś w rodzaju futbolowego Nikodema Dyzmy, choć czasem może się wydawać, że Dyzma jest przy nim tylko płotką. Zanim przybliżymy bliżej jego sylwetkę, spójrzmy na jego metrykę. Wygląda ona obiecująco. Wynika z niej, że Carlos Henrique Kaiser był piłkarzem takich klubów jak Botafogo, Fluminense, Flamengo, Vasco da Gama, grał też w Meksyku, Stanach Zjednoczonych i Argentynie oraz we francuskim Ajaccio. Wygląda to więc solidnie ale jeśli przyjrzymy się głębiej samym statystykom, to dojdziemy do wniosku, że użycie słowa „grał” jest dużym nadużyciem. Carlos Henrique był w tych klubach, ale w żadnym z nich nie rozegrał ani jednego spotkania. Początkowo Raposo rzeczywiście przejawiał spory talent. W wieku juniorskim kopał piłkę na tyle dobrze, że zwróciły na niego uwagę znaczące brazylijskie kluby. Z czasem okazało się, że seniorski futbol to zupełnie co innego niż młodzieńcza zabawa w piłkę nożną. Zabawa – to słowo klucz w przypadku tego piłkarza. Młokos pod względem piłkarskim przestał się rozwijać, ale już w młodym wieku uzależnił się on od gwiazdorskiego trybu życia. Zaczął on więc szukać różnych metod, żeby utrzymać się na powierzchni. I w tym momencie zaczyna się przedstawienie. Pierwszym jego elementem jest przydomek piłkarza – Kaiser. To nic, że nasz bohater był napastnikiem, a słynny „Cesarz” Beckenbauer obrońcą. Ten majestatyczny przydomek pasował jak ulał, bo kojarzył się z wielką postacią ze świata futbolu. Kto nie chciałby mieć w swoich szeregach brazylijskiego „Kaisera”? Przecież to marketingowy majstersztyk! Dalej miało jednak być już znacznie trudniej. Sam przydomek przecież nie zapewni mu godnego kontraktu, ale znajomości mogą przynieść wiele korzyści. Raposo zaprzyjaźnił się z czołowymi brazylijskimi piłkarzami jak Romario, Edmundo, Branco, Renato Gaucho czy Ricardo Rocha. Kiedy jeden z nich zmieniał klub, proponował też, by działacze zwrócili uwagę na utalentowanego napastnika.
W ten sposób „Kaiser” był zapraszany na testy, najczęściej trzymiesięczne. Na początku tłumaczył, że nie jest w pełni formy i musi się odbudować fizycznie i dlatego potrzebuje nieco więcej czasu niż trzy miesiące. Potem kiedy już rzekomo się przygotował, wychodził na boisko i przy pierwszym kontakcie z piłką padał na ziemię jak rażony piorunem. Kontuzja! Raposo grał w czasach, kiedy medycyna nie była jeszcze tak rozwinięta, żeby sprawdzić, czy kontuzja jest rzeczywista, czy może jest tylko wymysłem piłkarza na uniknięcie odpowiedzialności, tak więc czas mijał, „Kaiser” pobierał pensję, a na boisku nie było po nim śladu. Na takiego piłkarza z porcelany patrzy się krzywo, ale Carlos Henrique był niezwykle ceniony przez działaczy kolejnych klubów. Z czego to wynika? Będąc w Botafogo piłkarz bardzo często posługiwał się telefonem komórkowym. Warto wspomnieć, że w tych czasach mało kto miał taki telefon, więc samo posiadanie takiego gadżetu było nie lada gratką. Raposo wciąż odbierał telefony i rozmawiał z kimś po angielsku, tłumacząc, że dzwonią do niego agenci zagranicznych klubów, które są gotowe zrobić wszystko by mieć go w swoich szeregach. Skoro wszyscy się o niego biją, to trzeba mu zaoferować nowy kontrakt! Sielanka trwała do czasu, kiedy jeden z członków sztabu szkoleniowego podsłuchał rozmowę i zdał sobie sprawę z faktu, że Raposo ni w ząb nie zna języka angielskiego. Postanowił więc sprawdzić, jak to jest z jego telefonem i kiedy piłkarz był pod prysznicem, szkoleniowiec sprawdził tajemniczą komórkę, która okazała się być… zabawką. Jak bardzo przebiegły musiał być „Kaiser”, żeby przez tyle lat pozorować wysokie umiejętności piłkarskie? Odpowiedzią niech będzie historia z Bangu. Będąc w tym klubie i oczywiście lecząc kontuzję, piłkarz zasiadł na ławce rezerwowych. Początkowo był zapewniany, że i tak nie zagra, ale kiedy wynik był niekorzystny trener postanowił wyciągnąć asa z rękawa i wprowadzić go na boisko. Raposo podniósł się z wielką werwą i zamiast się rozgrzewać podbiegł do kibiców drużyny przeciwnej, wdrapał się na siatkę i obrzucał ich inwektywami. Doszło nawet do rękoczynów! Sędzia nie zastanawiał się długo i pokazał piłkarzowi czerwoną kartkę zanim ten postawił stopę na murawie. Sam piłkarz tłumaczył się następująco: ,,Zanim cokolwiek powiecie, posłuchajcie mnie przez chwilę. Bóg dał mi ojca, którego straciłem, ale potem dał mi kolejnego (chodzi o prezydenta Bangu, Castora de Andrade). Nigdy nie pozwolę żeby ktokolwiek mówił, że mój ojciec jest złodziejem a fani posunęli się do takiego czynu. Musiałem interweniować.” Prezes de Andrade natychmiast zaoferował mu nowy kontrakt. Wszystko, co do tej pory napisaliśmy, jest mocno niewiarygodne, ale to jeszcze nie koniec. Legendy o Raposo dotarły w końcu do Europy i piłkarz otrzymał ofertę z Gazalec Ajaccio. We Francji odbiło się to szerokim echem, bo w końcu do klubu przybywał brazylijski napastnik, który grał u boku Romario czy Edmundo. Zorganizowano wielką fetę, która miała poprzedzać mecz sparingowy. „Kaiser” został przedstawiony kibicom, ci przyjęli go z wielką radością, szczególnie kiedy ten zaczął wybijać piłki w trybuny. W tamtych czasach fani mogli zatrzymać piłki jako pamiątki, więc Raposo wybijał i wybijał, aż w końcu piłek zabrakło. Skończyło się na tym, że sparing się nie odbył, a trener zaaplikował swoim podopiecznym trening biegowy. „Kaiser” pozostał w Ajaccio przez kilka kolejnych sezonów. Zagrał około 20 spotkań, wchodząc na boisko z ławki rezerwowych. Potem wrócił do Brazylii i zakończył swoją niezwykle bogatą karierę. Po kilku latach opowiedział o wszystkim brazylijskim mediom. Mówił, że od zawsze chciał być piłkarzem, ale nie chciał grać w piłkę i udało mu się to. Jego historię można traktować jak magiczną sztuczkę słynnego iluzjonisty, można też uważać go za oszusta, który przechytrzył wszystkich i zapewnił sobie godne zarobki oraz rozrywkowy tryb życia. Jednak czy idąc na występ iluzjonisty nie chcemy zobaczyć magicznych sztuczek? A czy oszust nie nabiera tylko tych, którzy dają się nabrać?
6
Król futbolowej obłudy:
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson