8

Żywe legendy futbolu:

18 lutego 1967 r. urodził się Roberto Baggio, napastnik, legenda włoskiego futbolu. Wicemistrz Świata z 1994,Trzecie miejsce na MŚ w 1990, Zdobywca Pucharu UEFA z 1993(Juventus), 2-krotny Mistrz Włoch: 1995(Juventus) oraz 1996(AC Milan), Zdobywca Pucharu Włoch 1995(Juventus), Zdobywca Złotej Piłki France Football: 1993, drugi w 1994, Najlepszy Piłkarz Roku według FIFA: 1993, Najlepszy Piłkarz Świata według World Soccer: 1993. Roberto Baggio to zdaniem wielu najlepszy włoski piłkarz w historii. Posiadał wrodzony talent, bajecznie prowadził piłkę i balansował ciałem, co pozwalało mu na bezproblemowe mijanie rywali. Świetnie czytał grę, strzelał bramki i wypracowywał je kolegom. Nie był rasowym napastnikiem, często grał ze skrzydła lub brał się za rozgrywanie akcji. Dość drobna budowa ciała, drybling i przyśpieszenia powodowały, że momentami bardzo przypominał Diego Maradonę. Początki kariery Roberto Baggio to rok 1981 i klub Vicenza. W sezonie 1984/1985 razem z zespołem awansował do Serie B, strzelił w nim 12 bramek w 29 meczach. Po roku zadebiutował w Serie A meczem z Sampdorią, który odbył się 21 września 1986 roku. Pierwszego gola zdobył grając przeciw Napoli 10 maja 1987. Przełom nastąpił w sezonie 1987/1988. Baggio zdobył w nim 9 bramek i został powołany na mecz towarzyski Włochów z Holendrami. Miało to miejsce w listopadzie 1988 roku. W następnym sezonie Roberto Baggio osiągnął z Fiorentiną finał Pucharu UEFA, w finale tym doznał porażki z innym zespołem z Italii – Juventusem. W 1990 roku we Włoszech odbywał się mundial, a Baggio znalazł się w kadrze. Niestety nie wystąpił w pierwszych dwóch spotkaniach. Ale w swoim pierwszym występie przeciwko Czechosłowacji, Baggio pokazał błysk geniuszu, zdobywając przepięknego gola, po rajdzie z niemal połowy boiska. Bramka jest uznawana za jedną z najpiękniejszych w historii mistrzostw. Włosi przegrali półfinał z Argentyną po rzutach karnych. Jednego z nich skutecznie wykorzystał Baggio. W meczu o trzecie miejsce z Anglią, jednego z goli Baggio sam sobie wypracował (kiedy to wykorzystał moment nieuwagi bramkarza odbierając mu piłkę), rozegra piłkę z kolegą z drużyny, a następnie mijając jednego z obrońców wpakował z bliska piłkę do siatki. Roberto Baggio w ten sposób miał już w dorobku brąz MŚ. Po mistrzostwach Roberto przeszedł do Juventusu Turyn. To w tym klubie spędził swoje najlepsze lata stając się legendą piłki nożnej. Strzelał przepiękne gole, mijał rywali jak najwięksi wirtuozi futbolu. W pierwszym sezonie zdobył 14 goli w 33 spotkaniach. W następnym sezonie w 32 meczach Serie A udało mu się strzelić 18 bramek. W sezonie 1992/1993 Baggio sięgnął z Juventusem po Puchar UEFA, w którym to brylował w meczach półfinałowych i finale, strzelając w sumie 5 z 9 bramek dla Juve.. W lidze z kolei osiągnął jeszcze lepszy wynik strzelając 21 goli w 27 spotkaniach. W następnym sezonie zdobył swoją setną bramkę we włoskiej pierwszej lidze. O mistrzostwo ligi było w owym okresie bardzo trudno, a to za sprawą naszpikowanego gwiazdami AC Milanu(van Basten, Gullit, Rijkaard), który praktycznie był bezkonkurencyjny. Ale Juventus z Baggio deptał im po piętach i niemal zawsze odbierał punkty w ligowych spotkaniach. W 1992 i 1994 roku „Juve” kończyło ligę na drugiej pozycji. Uwieńczeniem sukcesów i znakomitej gry było otrzymanie przez Roberto Baggio w 1993 roku Złotej Piłki dla najlepszego piłkarza Europy i nagrodę FIFA dla najlepszego Piłkarza Świata. Na zakończenie przygody z Juventusem w 1995 roku wywalczył w końcu Mistrzostwo Włoch. Na Mistrzostwach Świata w Stanach Zjednoczonych w 1994 roku Baggio stanowił o sile włoskiej reprezentacji. Uważany za najlepszego wówczas piłkarza świata Baggio, prezentował się znakomicie i zdobył w tym turnieju pięć goli, a Włosi dotarli aż do finału. Łatwo nie było. Niezbyt dobry początek turnieju i dogrywka w 1/8 finału z meczu z Nigerią, w którym to do 88. minuty Włosi przegrywali 1:0 i grali w dziesiątkę. Tuż przed końcem Roberto Baggio wykorzystał podanie kolegi i strzelił wyrównującą bramkę. W dogrywce Baggio wykorzystał rzut karny i Włosi byli w ćwierćfinale! Tam spotkali się z drużyną Hiszpanii, i „Boski warkoczyk” ponownie wpisał się na listę strzelców, dając w ostatnich minutach prowadzenie 2:1 i półfinał dla Włoch. Na drodze do finału na przeciw Azzurrich stanęli Bułgarzy z Christo Stoiczkowem w składzie. Bułgarzy byli rewelacją turnieju, ale przewagę od początku mieli Włosi, u których znowu główne skrzypce grał Roberto Baggio. W 21. minucie Baggio przyjął piłkę rzuconą z autu, minął dwóch rywali wzdłuż pola karnego i pięknym technicznym strzałem wkręcił piłkę w dłuższy róg. 5 minut później było już 2:0: Baggio dostał świetne podanie nad obrońcami Bułgarii, wbiegł w pole karne i strzałem na dłuższy słupek pokonał bramkarza przeciwnej drużyny. Co prawda Stoiczkow jeszcze w pierwszej połowie strzelił bramkę kontaktową, ale to Włosi przeszli dalej. W finale zmierzyli się z Brazylijczykami, w składzie którym największą gwiazdą był Romario. W regulaminowym czasie żadnemu zespołowi nie udało się strzelić gola, konieczny był konkurs rzutów karnych. Ten okazał feralny dla Baggio. Podszedł on do piątej serii karnych. Wcześniej jego dwaj koledzy przestrzelili i to jego strzał miał zadecydować. Baggio nie wytrzymał presji i przestrzelił jedenastkę. Tytuł Mistrzów Świata przypadł „Canarinhos”. Niestrzelony karny, zdaniem wielu najlepszego piłkarza owego czasu i całych mistrzostw, stał się jednym z najsłynniejszych i najważniejszych nietrafień w historii piłko nożnej. Mimo, tego, że w dużej mierze dzięki znakomitej grze Baggio w fazie pucharowej, Włosi doszli do finału, a nawet strzelony karny mógł nic nie zmienić, to występ Baggio z MŚ w 1994 roku jest odbierany głównie przez pryzmat niestrzelonego karnego. Ten nieudany strzał zadecydował również, że nadal najlepszy na świecie Baggio nie dostał drugiej Złotej Piłki. W 1995, wciąż w Juventusie Turyn, osiągnął w końcu mistrzostwo Włoch. Kontuzja nie pozwalała mu wejść na maksymalne obroty. W Juventusie pojawiła się nowa gwiazda – Alessandro del Piero, a Baggio musiał wybierać – zostać w drużynie tracąc 1/3 swoich dotychczasowych dochodów albo odejść. Wybrał drugie rozwiązanie. Zdecydował się na AC Milan, z którym także sięgnął po Mistrzostwo Italii, ale mecz często zaczynał na ławce rezerwowych. Grając w Milanie był również pomijany w powołaniach do reprezentacji Włoch i w wieku 29 lat, być może najlepszy piłkarz w historii Włoch, nie wystąpił na Mistrzostwach Europy w 1996 roku. Tą decyzję ówczesnego trenera wytykało większość kibiców i fanów piłki. Zemściło się to na Arrigo Sacchim, gdyż bez Baggio Włosi nie wyszli nawet z grupy. W 1997 roku Roberto Baggio zdecydował się przejść do Bolonii. 22 strzelone gole i nowy trener Azzurrich spowodowały, że Baggio wrócił do łask i znalazł się w kadrze Włoch na Mistrzostwa Świata we Francji w 1998 roku, strzelając w eliminacjach m.in. gola Polakom. Baggio w ataku miał sporą konkurencję, ale z powodu kontuzji Del Piero, wystąpił w pierwszym spotkaniu z Chile u boku Vieri. Baggio już w 10. minucie błysną swoimi umiejętnościami podając z pierwszej piłki do partnera z ataku, który znalazł się sam na sam z bramkarzem i strzelił gola. Chilijczycy wyrównali w końcówce pierwszej połowy a na początku drugiej prowadzili już 2:1. Szykowało się na porażkę Italii, ale Baggio w końcówce zagrywał piłkę w pole karne i trafił w rękę obrońcę (niektórzy twierdzą, że Baggio zrobił to celowo), sędzia podyktował rzut karny do którego podszedł Roberto. Wykorzystał jedenastkę stając się pierwszym włoskiem piłkarzem w historii, który strzelił gole na trzech MŚ. W drugim meczu zaliczył asystę a parę dni później w meczu z Austrią „Warkoczyk” ponownie wpisał się na listę strzelców zdobywając swoją 9 bramkę we wszystkich mundialach. W pierwszej rundzie fazy pucharowej Włosi pokonali Norwegię i w ćwierćfinale spotkali się z niezwykle silną Francją, z Zidanem w składzie. Mecz zakończył się wynikiem 0:0, a dogrywce się nie zmienił. Lecz o pechu ponownie może powiedzieć Baggio, który chybił o włos w doliczonym czasie (obowiązywało wówczas zasada „złotej bramki”). Do rzutów karnych tym razem podszedł jako pierwszy. Wszyscy wstrzymali oddech obawiając się powtórki z 1994 roku, ale tym razem Baggio pewnie wykorzystał karnego. Gorzej poszło jego kolegom, którzy dwukrotnie spudłowali, co oznaczało pożegnanie się Włoch z turniejem. Po Mistrzostwach Roberto Baggio trafił do mediolańskiego Interu. Popadł tam w konflikt z trenerem, a drużyna wylądowała w jego pierwszym sezonie w nowym klubie na 8. miejscu. Trudno było mu także rywalizować z najlepszym wówczas napastnikiem świata – Ronaldo. Roberto zmienił klub, w 2000 roku stał się zawodnikiem Brescii. Skazywaną na pożarcie i spadek z pierwszej ligi Brescie, Baggio wywindował na 7. pozycję w tabeli końcowej. W międzyczasie odrzucił oferty takich gigantów jak Real Madryt, czy Arsenal Londyn, tłumacząc, że chce być ciągle aktywnym piłkarzem i pomóc jeszcze reprezentacji Włoch. Jednak mimo dobrej gry i ku niezadowolenia wielu kibiców, nie dostał powołania na Euro 2000. W Brescii w pierwszym sezonie zajął najwyższe w historii klubu 7. miejsce. Dawało to klubowi możliwość gry w Pucharze Intertoto, w którego finale Brescia w przegrała z Paris Saint Germain. Na Mistrzostwa Świata 2002 w Japonii i Korei Południowej nie pojechał. Nie został powołany przez Giovanniego Trapattoni’ego, który tłumaczył swoją decyzję długą przerwą piłkarza po kontuzji. Baggio w ostatnim meczu w barwach Brescii zmierzył się z Milanem. Była to ostatnia kolejka sezonu 2003/2004, zaś Milan świętował swoje 17-te mistrzostwo Włoch. Ostatni mecz w reprezentacji Włoch Roberto Baggio zaliczył 28 kwietnia 2004 roku przeciwko Hiszpanom. Wystąpił w nim z nr 10 i opaską kapitana, a schodząc z boiska został nagrodzony owacją na stojąco. Roberto Baggio chyba nigdy nie osiągnął tego co powinien piłkarz jego klasy. Nieszczęsny rzut karny w finale z Brazylią, liczne kontuzje, konflikty i niedocenianie go przez trenerów, spowodowało, że jeden z największych talentów w historii futbolu, nie rozwinął w pełni swoich skrzydeł. Mimo wszystko piłkarz w charakterystycznym kucykiem zapisał się na kartach futbolu jako jeden z najwybitniejszych. W marcu 2004 roku Pele umieścił go na liście „FIFA 100” – 100 jego zdaniem najlepszych piłkarzy w historii futbolu. Uplasował się na 16. miejscu w ankiecie World Soccer na najlepszych piłkarzy XX wieku. Jest także w „jedenastce” wszech czasów piłkarzy włoskich. W głosowaniu internetowym w 2001 roku został wybrany jak „Najbardziej uwielbiamy włoski piłkarz”. Roberto trzykrotnie był wicekrólem strzelców włoskiej Serie A. W lutym 2005, już po zakończeniu zawodowej kariery piłkarskiej wystąpił w meczu charytatywnym na rzecz ofiar azjatyckiego tsunami na Camp Nou w Barcelonie.

2

Jak drzewo bez korzeni, człowiek bez przeszłości, tak FC Barcelona nie może istnieć bez historii:

Na początku lat 20-tych ubiegłego wieku w FC Barcelonie powstała komisja, której zadaniem było wskazanie terenów pod budowę nowego stadionu. Ostatecznie znaleziono odpowiednie miejsce przy skrzyżowaniu ulicy Numancia z Travessera de Les Corts. Była to działka, na której znajdował się Can Ribot, zbudowany w XVI wieku trzypiętrowy wiejski dom, znany także jako Can Guerra. I tak 18 lutego 1922 r. prezydent Joan Gamper podpisał dokument nabycia Can Ribot. Następnego dnia, podczas zorganizowanej w tym miejscu ceremonii, wmurowano kamień węgielny pod budowę nowego stadionu Camp de Les Corts. Kilka dni później, wraz z początkiem robót, dom został zburzony. Wmurowanie kamienia pod budowę nowego stadionu zamieniło się w miejska fieste. Zorganizowano defiladę od stadionu Escopidora do terenów, na których miał stanąć nowy obiekt. Na czele pochodu szło 4 agentów Gwardii Miejskiej oraz Emili Ardevor, mistrz Katalonii w zapasach i członek tej sekcji, istniejącej w latach 1924-28, który niósł flagę Blaugrany. Orszak uzupełniały 4 drużyny klubu a także tłum ciekawskich i kibiców, którzy spontanicznie dołączyli do defilady. Po dotarciu na miejsce ojciec Lluis Sabater, kapelan klubu i socio numer 79, którego tygodnik ,,Xut” nazwał księdzem sałatą, pobłogosławił pierwszy kamień stadionu Les Corts, zaś Gamper zwrócił się do obecnych w języku katalońskim. Następnego dnia ruszyły prace przy budowie nowego obiektu.

0

@busquets5 Jak najbardziej, zwłaszcza Lige Mistrzów, wiadomości, 1 z 10-ciu no i serial Zniewolona!

5

Wybitne legendy trenerskie:

18 lutego 1933 r. urodził się Robert Wiliam Robson, legenda brytyjskiego futbolu, napastnik, pomocnik oraz wybitny trener m.in. FC Barcelony. Ten angielski gentelmen już od samego początku miał niesamowicie utrudnione zadanie, gdyż do Barcelony przyszedł jako następca samego boskiego Johana Cruyffa. Presja jaką na nim wywierano była wręcz kolosalna, a na dodatek, obojętnie czego by nowego nie wprowadził do drużyny, wszystkie jego nowatorskie pomysły na ustawienie i sposób gry, spotykały się z niesamowitą falą krytyki. Pomimo tej całej niezbyt przyjemnej otoczki, Bobby Robson nie ugiął się, a wszystkich niedowiarków przekonał do siebie dzięki odniesionym przez zespół wynikom. Barça, pod wodzą Anglika, zdołała uplasować się na drugim miejscu w Primera División i sięgnąć po dwa puchary. Pierwszym z nich był Puchar Zdobywców Pucharów, kiedy to wyższość Katalończyków musieli uznać zawodnicy z Paris Saint Germain przegrywając 0:1, jak również Copa del Rey, w finale to którego Betis Sevilla dał sobie wbić na Santiago Bernabéu 3 gole, strzelając przy tym tylko dwa. Kiedy to cała zwycięska drużyna powróciła do swego miasta, w tamtejszej twierdzy, Camp Nou, została przywitana niczym mityczni herosi. Pomimo tego, że Robsonowi dobrze wiodło się w roli szkoleniowca, od samego początku było wiadomo, że jego kadencja długo nie potrwa, gdyż w kolejce już od dawna stał trener, wydawało się - genialny, który to z Ajaxem Amstrerdam zdobył wszystko, co było do zdobycia i jeszcze trochę. Chodzi oczywiście o Luisa Van Gaala. Kiedy Holender zasiadł na ławce Camp Nou, Anglik musiał szybko podjąć decyzję co dalej, dlatego też przychylił się ku propozycji przystąpienia do zarządu FC Barcelony. Wcześniej jednak, kiedy to właśnie on jeszcze dowodził zespołem, udało mu się wypromować zawodnika, który może się poszczycić mianem jednego z najlepszych napastników w historii fuybolu. Nikt chyba nie może zakwestionować geniuszu Brazylijczyka Ronaldo, który z miejsca został Pichichi Ligi Hiszpańskiej i ulubieńcem fanów z Blaugrany, podobnie jak jego 'riserczer'. Sir Bobby Robson opuścił stolicę Katalonii w lecie 1998 roku, po tym, jak niezwykle kuszącą ofertę złożyło mu PSV Eindhoven.

Źródło- fcbarca.com

6

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

18 lutego 1950 r. w Radomsku urodził się Jan Benigier, napastnik. Pierwsze piłkarskie lekcje pobierał w zespołach Stali i Czarnych w rodzinnym Radomsku. Jako 16-latek trafił do Hali Sportowej Łódź, gdzie pod okiem trenera Leszka Jezierskiego wywalczył z kolegami tytuł mistrza Polski juniorów. Po pół roku zaliczył debiut w II-ligowym Starcie. Z Łodzi przeniósł się do Bydgoszczy, gdzie od 1970 r. występował dla Zawiszy. Dobre występy nad Brdą zaowocowały transferem na Śląsk. Do Ruchu ściągnął go czeski trener Michal Vičan. W Chorzowie współtworzył jedną z najlepszych drużyn lat 70. w polskiej piłce klubowej. Trzykrotnie sięgał po mistrzostwo Polski (1974, 1975 i 1979) i raz po puchar Polski (1974). Chorzowska drużyna świetnie radziła sobie również w europejskich pucharach. W Pucharze UEFA odpadła w ćwierćfinale po ciężkim, zakończonym dogrywką boju z Feyenoordem, a w Pucharze Europy w tej samej fazie pechowo odpadli z AS Saint-Étienne. Kazimierz Górski powoływał go do kadry, ale głównie na mecze nieoficjalne. Znalazł się nawet w szerokiej kadrze piłkarzy na mistrzostwa świata w Niemczech, ale na mundial nie pojechał. Sam wspominał, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak wielka jest konkurencja na jego pozycji, ale po cichu liczył, że w końcu przyjdzie jego czas. W oficjalnym meczu zadebiutował 24 marca 1976 r. z Argentyną. Latem pojechał z kadrą na igrzyska olimpijskie w Montrealu. Tam wystąpił jednak tylko w jednym spotkaniu. W wygranym 3:2 pojedynku z Iranem wszedł na boisko w 65. minucie, zmieniając Kazimierza Kmiecika. To był jego ostatni występ w kadrze, których uzbierał w sumie ledwie cztery. W Ruchu grał do 1980 r. Później swoim Polonezem wyjechał do Belgii, gdzie został zawodnikiem RFC Seraing, ale po dwóch latach wrócił do Chorzowa. Karierę kończył w bytomskiej Polonii, choć dał się jeszcze namówić na występy w Przemszy Siewierz. Pracował jako trener w GKS-ie Tychy, Szombierkach Bytom, Polonii Bytom czy Rymerze Niedobczyce. Ukończył szkołę trenerów PZPN w Warszawie. W Reprezentacji rozegrał 4 mecze.

3

Towarzyskie El Clasico:

18 lutego 1920 r. FC Barcelona rozgromiła Real Madryt 7:1 w meczu towarzyskim. Hattrickiem popisał się Paulino Alcantara a pozostałe gole dla Blaugrany strzelili: Vinyals, Sancho, Plaza oraz Lakatos. Pamiętajmy że wówczas mecze towarzyskie traktowano bardzo poważnie

0

@KibicBarcy84 Kluczowe pytanie brzmi czy ta mentalność zagwarantuje nam zdobycie Ligi Europy i jednocześnie 4 miejsca w tabeli? Dwóch srok za ogon napewno nie utrzymamy.

0

O takim wydarzeniu każdy cule powinien wspominać do końca życia:

17 lutego 1974 r. na Estadio Santiago Bernabeu, FC Barcelona pokonała Real Madryt w stosunku 5:0! Mecz ten jest uznawany za najlepsze spotkanie Johana Cruijffa w koszulce Blaugrany. W dniu spotkania było bardzo zimno i widzowie zajeli jedynie 1/3 pojemności stadionu. Przez pół godziny pojedynek był wyrównany. Ostatni kwadrans pierwszej połowy należał jednak do gości. Dwa gole strzelili: Asensi i Cruijff. W dodatku sędzia nie uznał Barcie jeszcze jednego prawidłowo strzelonego gola. Po przerwie Azulgrana strzeliła kolejne 3 gole autorstwa: ponownie Asensiego, Juana Carlosa i Sotila. W dodatku Rexach nie wykorzystał trzech stuprocentowych okazji na podwyższenie wyniku. Trener Realu-Molowny, żałował okazji Velazqueza w pierwszych minutach spotkania, gdyż wtedy ,,mecz mógłby potoczyć się zupełnie inaczej”. Natomiast Rinus Michels żartował sobie: ,,Takie liczby można zobaczyć tylko w bankach”, odpowiadając tym na pytanie czy Cruijff stanowi 80 % siły jego zespołu.

Swoją drogą czy my cules dożyjemy jeszcze ,,Manity” na Bernabeu?

0

@xproject Nie ty decydujesz kto i w jaki sposób wyraża swoje opinie na tej stronie, panie kulturalny cwaniaku!

0

@stepkovski A co to niby znaczy te iks de?

0

Moim skromnym zdaniem lepiej się stanie dla dobra La Ligi jeśli już odpadniemy z Napoli. Z taką jakością jaką prezentujemy zwłaszcza w defensywie to nie wygramy tego trofeum. Natomiast ćwierćfinał czy też potencjalny półfinał nic nam nie daje, również finanse z tego są bardzo skromne. Absolutnym priorytetem jest zdobycie minimum 4 pozycji w lidze. Jeśli odpadniemy szybko z Ligi Europy to mamy realne szanse powalczyć nawet o wicemistrzostwo Hiszpanii a to już wyglądałoby znacznie lepiej niż tylko czwarta pozycja.

4

Pionierskie El Clasico w Primera Division:

17 lutego 1929 r. FC Barcelona przegrała na Les Corts z Realem Madryt 1:2 w drugiej kolejce premierowych rozgrywek Primera Division, po honorowym golu Perery oraz 2 golach Morery dla Realu. To było pierwsze ligowe El Clasico w historii. No cóż, pierwsze koty za płoty okazały się nieudane…

0

@AllBundy Mnie to nie przeszkadza jeśli nie łamie regulaminu. Polecam nie czytać i nie przewijać jeśli cie to nie interesuje. Poza tym nie do końca czaje co znaczy w odpowiedzi do komentarza? Czyjego komentarza?

0

(Nie)zapomniane legendy futbolu:

16 lutego 1964 r. w Salvadorze urodził się José Roberto Gama de Oliveira, znany bliżej jako Bebeto, napatnik; mistrz świata z roku 1994 i wicemistrz z roku 1998, najlepszy piłkarz Ameryki Południowej z roku 1989. Brązowy medalista olimpijski na igrzyskach w Seulu oraz w Atlancie. Słynna „Kołyska” Bebeto z Mundialu w USA weszła na stałe do kanonu „cieszynek”. I choć, jak zauważył kiedyś komentator TVP Jacek Laskowski, z niejednej z takich kołysek dzieci rychło by wypadły, to w ten sposób obwieszczono na całym świecie już tysiące narodzin potomków piłkarzy. Debiut w pierwszej drużynie Vitorii zaliczył w 1982 roku. W swojej rodzinnej miejscowości nie spędził jednak zbyt dużo czasu. Po roku gry w Vitorii trafił do Flamengo, prawdopodobnie najpopularniejszego klubu w całej Ameryce Południowej. Z zespołu właśnie odszedł Zico a wkrótce potem Leovegildo Lins da Gama Júnior. Były to dwie niezwykle ważne postacie drużyny, która zdobyła właśnie mistrzostwo Brazylii. Pierwszy sezon Bebeto w nowym klubie nie był jednak udany. „Fla” nie obroniło mistrzostwa, a w finale rozgrywek spotkali się dwaj wielcy rywale czerwono-czarnych, Vasco i Fluminese, które ostatecznie wygrało. Rozczarowanie sportowymi wynikami pozostało jednak w cieniu tragedii, do jakiej doszło w grudniu 1984 roku. W katastrofie lotniczej zginęli wówczas Nilton, brat piłkarza a zarazem pilot samolotu oraz Cláudio Figueiredo Diz, kolega z zespołu. Bebeto zdołał otrząsnąć się po tej tragedii i stał się niezwykle silnym punktem zespołu Flamengo. W koszulce Rubro-Negro Bebeto występował aż do 1989 roku. Według różnych źródeł rozegrał ponad 280 meczów i strzelił ok. 150 goli. W czasie gry dla „Fla” trafił najpierw do młodzieżowej, a później dorosłej reprezentacji. Jeszcze w 1983 roku wygrał z reprezentacją do lat 20. Mistrzostwo świata. W 1985 przyszedł czas na debiut w kadrze seniorów. Na Mundial do Meksyku nie udało mu się jednak pojechać. Pewnym przełomem w jego reprezentacyjnej karierze były Igrzyska Olimpijskie w Seulu w 1988 roku. Podczas turnieju stworzył świetny duet z Romario. To właśnie ich gole pozwoliły Canarinhos dostać się do finału, gdzie jednak lepszy okazał się ZSRR. Prawdziwym popisem Bebeto była jednak Copa America 1989. Turniej rozgrywany był w dość dziwnym formacie – najpierw dwie 5-drużynowe grupy, a później 4-zespołowa grupa finałowa. W tej ostatniej fazie Brazylijczycy wygrali z Argentyną 2:0, Paragwajem 3:0 i Urugwajem 1:0 i zdobyli złoto, a sam Bebeto został z sześcioma golami na koncie królem strzelców turnieju. Wtedy był już piłkarzem Vasco da Gama. Przejście do lokalnego rywala wywołało sporo kontrowersji. Bebeto nie przejmując się tym specjalnie, zaczął z wysokiego „C” – Vasco w 1989 roku zdobyło po raz drugi w swojej historii mistrzostwo Brazylii. Sukcesy reprezentacyjne i klubowe przełożyły się również na indywidualne laury – na koniec roku Bebeto otrzymał prestiżową nagrodę dla najlepszego piłkarza Ameryki Południowej. Kolejny rok nie był już tak udany, choć wiele wskazywało na to, że może być inaczej. Bebeto znalazł się w kadrze na Mundial, który w 1990 roku odbywał się na włoskich boiskach. Selekcjonerem był wówczas Sebastião Lazaroni, który hołdował dość osobliwej zasadzie – podzielił swoich napastników na pary: Careca miał występować z Mullerem, a Bebeto z Romario. Ten ostatni przyjechał na zgrupowanie z urazem, a sam Bebeto również doznał kontuzji przed meczem z Kostaryką. W ataku grali Careca i Muller, a Brazylia odpadła już w 1/8 po porażce z Argentyną 0:1. Nie minęły nawet dwa miesiące od zakończenia mistrzostw świata, gdy wznowiono rozgrywki Copa Libertadores. Vasco miało zapewniony udział w tych rozgrywkach jako mistrz Brazylii z poprzedniego sezonu. W 1/8 brazylijski klub wyeliminował chilijskie Colo-Colo, ale w ćwierćfinale lepsze okazało się kolumbijskie Atlético Nacional. W 1992 roku Bebeto okazał się najlepszym strzelcem całej ligi i choć tym razem Vasco nie zdobyło trofeum, to dla José Roberto Gamy de Oliveiry tytuł króla strzelców stał się szansą na przenosiny do Europy. Trafił do Deportivo La Coruna. Klub ten w sezonie 1991/1992 cudem uratował się przed spadkiem, ale już w nowej kampanii (przede wszystkim dzięki Bebeto) stał się czołową drużyną La Liga. Pierwszy sezon na De Riazior był dla brazylijskiego napastnika rewelacyjny. Trzecie miejsce w tabeli i tytuł króla strzelców z 29 golami na koncie. W pokonanym polu zostali m.in. Ivan Zamorano i Christo Stoiczkov. W kolejnych rozgrywkach Bebeto strzelił „tylko” 16 goli, ale „Depor” bliskie było zdobycia pierwszego w swej historii mistrzostwa Hiszpanii. W ostatniej minucie ostatniego meczu sezonu wystarczyło wykorzystać rzut karny. Etatowym wykonawcą jedenastek było do tej pory Bebeto. Tym razem oddał piłkę Jugosłowianinowi Miroslavowi Đukićowi, który jednak nie zdołał umieścić piłki w siatce. Mecz z Valencią zakończył się wynikiem 0:0. Deportivo i Barcelona zakończyła sezon z równą liczbą punktów, ale klub z Katalonii miał lepszą różnicę bramek. Tytuł trafił na Camp Nou. Po latach w wywiadzie dla magazynu FourFourTwo Bebeto wspominał tamtą sytuację: „NIE CHCIAŁEM UDERZAĆ, BO MIAŁEM 4 CM PRZERWĘ W MIĘŚNIU PRZYWODZICIELA, NIE TRENOWAŁEM NA PEŁNYCH OBROTACH PRZEZ 4 TYGODNIE. A ĐUKIĆ ZAWSZE TRAFIAŁ RZUTY KARNE, NAWET NA TRENINGU NIE CHYBIŁ ANI JEDNEGO. POZWOLIŁEM MU STRZELAĆ. POTEM PRZEPRASZAŁ MNIE ZA TO. WTEDY, POWIEDZIAŁ: »JEST OK., POZWÓL MI STRZELAĆ « TEGO DNIA BOISKO BYŁO BARDZO BŁOTNISTE. MOŻE GDYBYM TO JA STRZELAŁ? MOŻE ZMYLIŁBYM BRAMKARZA I POSŁAŁBYM PIŁKĘ WYSOKO W ŚRODEK BRAMKI? ĐUKIĆ PRZEPRASZAŁ PÓŹNIEJ WSZYSTKICH. NIESTETY PRZEZ GORSZY BILANS BRAMEK PRZEGRALIŚMY MISTRZOSTWO Z BARCELONĄ”. To bolesne niepowodzenie, Bebeto w pełni zrekompensował sobie występem na Mundialu w USA, o którym była już tu mowa. Kolejny sezon w Hiszpanii to kolejne wicemistrzostwo, tym razem za Realem Madryt. Następna kampania (1995/1996) była ostatnią w barwach galicyjskiego klubu. Bebeto zdobył 25 goli, co było zupełnie dobrym wynikiem, a zespół z La Corunii zajął dopiero 9. Miejsce. Bebeto nieco niespodziewanie postanowił wrócić do Flamengo. Niestety, nie wszyscy przywitali go ciepło, pamiętając, że swego czasu przeszedł do Vasco da Gama. Dalsza kariera klubowa niestety nie przyniosła sympatycznemu napastnikowi zbyt wielkich sukcesów. Sevilla, powrót do Vitorii, Cruzeiro, Botafogo, meksykański Toros Neza, japońska Kashima Antlers, kolejny pobyt w Vitorii, powrót do Vasco i nieudana przygoda z saudyjskim Al-Ittihad – te wszystkie kluby Bebeto zdążył zwiedzić w ciągu ostatnich 6 lat swojej kariery. Zawodowe granie w piłkę zakończył w 2002 roku. O ile ostatnie lata na niwie klubowej były raczej niesatysfakcjonujące, to w reprezentacji wciąż było miejsce dla pochodzącego z Salvadoru zawodnika. Przed mundialem w 1998 roku wydawało się, że będzie to miejsce na ławce rezerwowych, ale wobec kontuzji Romario to właśnie Bebeto stworzył duet z Ronaldo. Trzy gole (w tym znakomity w meczu z Danią) w turnieju to powtórka wyniku z 1994 roku, tym razem jednak Brazylijczycy nie zdobyli tytułu. W pamiętnym finale z Francją przegrali 0:3. Po mistrzostwach Bebeto już nigdy nie zagrał w reprezentacji, kończąc ten etap kariery z przyzwoitym dorobkiem 75 meczów i 38 goli w narodowych barwach. Skoro była mowa o Romario, to warto napisać, choć kilka słów o skomplikowanych relacjach między nim a bohaterem tego tekstu. Romario zwołał konferencję prasową przed Mistrzostwami Świata w 1994, aby ogłosić, że nie usiądzie obok Bebeto podczas lotu drużyny do Stanów Zjednoczonych. Po latach jednak relacje obu panów wyglądają całkiem przyzwoicie. W 2018 roku Bebeto udzielił wywiadu, w którym chwalił sobie współpracę z dwa lata młodszym kolegą: „GRAŁEM Z ROMARIO TYLKO W REPREZENTACJI NARODOWEJ. GRALIŚMY RAZEM TYLKO W JEDNYM MECZU FLAMENGO, ZANIM WYJECHAŁ DO EUROPY. CZY WIESZ, ŻE BRAZYLIA NIGDY NIE PRZEGRAŁA MECZU, GDY BEBETO I ROMARIO GRALI RAZEM? ANI JEDNEGO MECZU! POZA TYM ZA KAŻDYM RAZEM, GDY GRALIŚMY RAZEM, PRZYNAJMNIEJ JEDEN Z NAS STRZELIŁ GOLA”. Jak podsumować karierę tego wiecznie uśmiechniętego napastnika? Z reprezentacją zdobył mistrzostwo i wicemistrzostwo świata, w Deportivo uznawany jest za legendę, w innym klubach wiodło mu się różnie. W reprezentacji jednak zawsze trochę w cieniu Romario lub Ronaldo. Pewnie Bebeto mógł wyjechać do Europy nieco wcześniej. Prawdopodobnie nie powinien był odchodzić z Deportivo w 1996 roku. Być może jego kołyska jest najbardziej kultową „cieszynką” w najnowszej historii futbolu.

5

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

16 lutego 1931 r. w Bobrku urodził się Edmund Kowal. Z piłką potrafił zrobić niemal wszystko. Był genialnym dryblerem, czarował w Krakowie, w Warszawie i w Zabrzu. W każdym z tych miast zapisał się w pamięci miejscowych kibiców. Jako młody chłopak grał od rana do wieczora, często sam przeciwko kilku młodszym chłopcom. Długo nie chciał zapisać się do żadnego klubu. W końcu jednak w 1946 r. dzięki namowom Józefa Wieczorka i Marcelego Strzykalskiego dołączył do drużyny KS Odra przy Hucie Julia w rodzinnym Bobrku. Miał braki w przygotowaniu motorycznym, nie imponował szybkością, a do tego dość dziwnie i nienaturalnie biegał na całych stopach. Wszystko to nadrabiał jednak swoją znakomitą techniką. Jesienią 1952 r. przeniósł się do Krakowa i został zawodnikiem OWKS. W 1953 r. wystąpił w 21 meczach i siedem razy wpisywał się listę strzelców. Z zespołem zajął drugie miejsce w rozgrywkach i już od kolejnego sezonu najlepsi zawodnicy drużyny trafili do Legii. W Warszawie spędził trzy sezony. Rozegrał 58 meczów i 14 razy pokonywał bramkarzy rywali. Dwukrotnie z kolegami z zespołu sięgał po dublet (1955 i 1956). Później razem ze swoim przyjacielem Ernestem Pohlem przeszedł do Górnika, gdzie już w pierwszym sezonie poprowadzili swój nowy klub do mistrzostwa. Gracz wybitnie utalentowany i znakomicie wyszkolony technicznie. Na boisku bardzo często szukał nieszablonowych rozwiązań. W 1959 r. zdobył swój drugi tytuł mistrza kraju. Miał problemy z alkoholem i był za to zawieszany. Jednak dla wielu kolegów z boiska był najwybitniejszym piłkarzem swoich czasów. ,,To był największy talent, jaki widziałem w życiu. Prawdziwy artysta piłki. Kiedy pierwszy raz pojechałem z Górnikiem na obóz, zaszokował mnie tymi swoimi dryblingami. Na treningach wiele razy próbowałem odebrać mu piłkę, udawało mi się to bardzo rzadko. Do dziś pamiętam ten jego niecodzienny zwód. Zawsze robił nogą charakterystyczny „krzyżyk” nad piłką, wszyscy się na to nabierali. Jeździł z tą piłką we wszystkie strony, to było niewiarygodne” – opowiadał o nim z kolei Jan Kowalski. W reprezentacji rozegrał tylko osiem spotkań i strzelił jednego gola w meczu z Finlandią w 1956 r. Nie potrafiono odpowiednio wykorzystać jego wspaniałych umiejętności i ustawiano go inaczej niż w klubie. Zmarł śmiercią tragiczną. W 1960 r. podczas świąt Wielkiejnocy, wybrał się w odwiedziny do kolegi. Po drodze zauważył tramwaj i chciał wskoczyć do pędzącego wagonu. Niestety poślizgnął się na resztkach zlodowaciałego śniegu i przewracając się, wpadł pod koła tramwaju. Za pazuchą miał butelkę wódki, która rozbijając się dotkliwie go poraniła. Jedyną dla niego szansą była natychmiastowa dializa. W Warszawie odmówiono pomocy, więc wysłano go do Poznania. Niestety było już za późno.

0

@equwesta Wiem że potrzebujemy, tyle że ta konkretna kasa będzie tylko i wyłącznie za wygranie Ligi Europy. Zagwarantujesz że wygramy te rozgrywki? Natomiast kasa za ćwierćfinał czy nawet półfinał nie wystarczy nawet na pensje dla całej kadry.

0

Czy wiecie że…

16 lutego 1998 r. ogłoszono głosowanie nad wotum nieufności wobec prezydenta Nuñeza. Referendum odbyło się z inicjatywy organizacji Elefant Blau założonej 14.12.1997 r. przez Joana Laporte i Sebastiana Rocę. Jej członkowie potępiali rządy Nuñeza i chcieli udowodnić że klub popadł w ogromne długi. W styczniu 1998 Elefant Blau udało się zebrać ponad 6 tysięcy podpisów co było podstawą do organizacji głosowania przeciwko prezydentowi. Instytucja krytykowała odejście Ronaldo, słabą pracę z wychowankami, wysoką pożyczkę, którą zaciągnął klub oraz wypłacenie firmie Kappa wyższego odszkodowania za zerwanie umowy niż to wynikało z porozumienia. Elefant Blau nie zgadzała się również na liczne przywileje ze strony klubu dla przestępczych grup kibicowskich, wypominała brak budowy obiecanego miasteczka sportowego i alarmowała iż zarząd chce ograniczyć prawa socios. Działacze klubu bronili się twierdząc że nie powinno się przeprowadzać głosowania z przyczyn formalnych. Negowali również większość zarzutów, twierdząc iż Zgromadzenie Generalne wyraziło zgode na pożyczkę, wniosek nie precyzuje o jakie grupy kibicowskie chodzi a transfer Ronaldo nastąpił z winy poprzedniego zarządu(choć ówczesnym prezydentem był także Nuñez). 6 marca socios opowiedzieli się za pozostawieniem władz klubu ale rok później, również dzięki działalności Elefant Blau, Nuñez podał się do dymisji. Organizacja wystawiła do wyborów Lluisa Bassata, który przegrał jednak z Joanem Gaspartem. Po tym wydarzeniu niespodziewanie Elefant Blau uległa rozwiązaniu.

Jak widzieliśmy przy okazji prezydenta Bartomeu, dzisiejsi socios także przybierali się do usunięcia ,Bartka’, jak pies do jeża! Przecież można to było zrobić znacznie wcześniej. Ba! To nawet było obowiązkiem wobec klubu tak postąpić.

1

Nie czytałem całego artykułu ale powiem tak: Owszem, zdobycie Ligi Europejskiej i automatyczny awans do Ligi Mistrzów, to było by coś pięknego. Jednak w mojej ocenie zdobycie Ligi Europy a zdobycie 4 pozycji w La Liga to jest duża różnica. Znacznie łatwiej jest uplasować się na tej czwartej lokacie niż zdobyć LE! Nie postawiłbym złamanego grosza na to że zdobędziemy Lige Europy. Na te chwile po prostu nie stać nas na to. Nie z taką jakością zawodników. Dla dobra klubu lepiej byłoby już odpaść Napoli i nie rozmieniać się drobne bo w przeciwnym razie nie osiągniemy ani jednego ani drugiego celu, jakim jest gra w Lidze Mistrzów.

0

@OsamaDembele No nie mogłem, ponieważ szwagier mieszka na Śląsku a ja mieszkam w Białej Podlaskiej.

3

Przez te pieprzone strimy, które przerywały mi mecz PSG-Real nawet nie wiedziałem że PSG ma karnego i że tego karnego nasz kochany Messi nie strzelił! Dowiedziałem się o tym w esemesie od szwagra, który posiada te płatne polsaty. Z drugiej strony może i dobrze że nie widziałem tego karnego. Jednak te jego karne to jest duży problem. Wyczytałem ze sport.tvp.pl że Messi nie wykorzystał 30 rzutu karnego w karierze! Zdawałem sobie sprawe z tego że Leo zmarnował kilka, kilkanaście karnych ale 30!? Przecież pod tym względem Robert Lewandowski bije go niemiłosiernie(osobiście nie pamiętam aby Robert zmarnował karnego). No jeśli Leo nie będzie trafiał z rzutów karnych, to myśle że tymbardziej będzie mu dużo ciężej strzelić z akcji, zwłaszcza w Lidze Mistrzów. Coś niedobrego dzieje się z naszym Leosiem, może ktoś lub coś ma na niego bardzo zły wpływ?

23

Lionelu kochany Messi, wyeliminuj naszego ,,wspólnego wroga" z Ligi Mistrzów a najlepiej zapakuj im hattricka!

0

@dmcteam Wywiesza pranie? Jakie znowu pranie?

2

Legendy rodzimego futbolu:

15 lutego 1966 w Piasecznie urodził się Roman Kosecki . Od lat jest obecny na polskiej scenie sportowej i politycznej. W czasie kariery piłkarskiej występował na pozycji napastnika lub pomocnika. Karierę piłkarską rozpoczynał w klubie RKS Mirków (1980–1983), następnie był zawodnikiem RKS Ursus (do 1986). W latach 1987–1990 był związany z klubami warszawskimi – Gwardią i Legią. W barwach Legii Warszawa wystąpił w 51 meczach oficjalnych i strzelił 12 goli, świętował zdobycie dwóch Pucharów Polski (1989, 1990) oraz Superpucharu Polski (1989). Przeniósł się następnie do klubów zagranicznych; był kolejno graczem tureckiego Galatasaray SK (1991–1992), hiszpańskich Osasuny Pampeluna (1992–1993) i Atlético Madryt (1993–1995), francuskich FC Nantes (1995–1996) i Montpellier HSC (1996–1997). W 1997 przez krótki czas ponownie grał w Legii; ostatnie lata kariery zawodniczej spędził w USA, gdzie z Chicago Fire zdobył mistrzostwo i Puchar USA (1998). Zaliczył 69 występów w reprezentacji narodowej (jest tym samym członkiem Klubu Wybitnego Reprezentanta). Debiutował jako zawodnik drugoligowej Gwardii Warszawa w meczu przeciwko Rumunii w 1988. W czternastu meczach pełnił funkcję kapitana. Zakończył karierę reprezentacyjną, gdy w meczu ze Słowacją w Bratysławie (11 października 1995) otrzymał czerwoną kartkę za demonstracyjne zdjęcie koszulki w trakcie dokonywania zmiany. Założył szkółkę piłkarską w Konstancinie-Jeziornie pod nazwą MUKS Kosa Konstancin, zajmującą się szkoleniem młodzieży. W latach 2002–2005 zasiadał w radzie gminy Konstancin-Jeziorna . W wyborach parlamentarnych w 2005, otrzymując 4395 głosów, został wybrany na posła V kadencji . W wyborach parlamentarnych w 2007 po raz drugi uzyskał mandat poselski, otrzymując 6847 głosów. W 2007 ogłosił, że będzie kandydował w wyborach na prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej, lecz niedługo potem zrezygnował z tych zamiarów, twierdząc, że polskiej piłce niepotrzebny jest prezes związany z partią polityczną. W wyborach parlamentarnych w 2011 z powodzeniem ubiegał się o reelekcję do Sejmu, dostał 4603 głosy. 26 października 2012 przegrał wybory na prezesa PZPN, jednak po wygranej Zbigniewa Bońka został wiceprezesem związku ds. szkoleniowych. Funkcję tę pełnił do 2016.

2

Blaugrana w Primera Division:

15 lutego 1948 r. FC Barcelona rozgromiła na Les Corts Real Sociedad aż 6:1 w 20 kolejce Primera Division. Gole dla Barçy zdobywali: Seguer(2), Basora(2), Navarro oraz Florencio. W tamtym sezonie podopieczni urugwajskiego szkoleniowca Enrique Fernandeza sięgnęli po trzecie w historii mistrzostwo Hiszpanii wyprzedzając o 3 punkty CF Valencie.

5

@David_Beckham Zdecydowanie porażka naszej Barcuni z Bayernem Monachium 2:8! Oczywiście na porażke byłem jak najbardziej przygotowany ale nie w takich rozmiarach! Na drugim miejscu włąśnie ten mecz z Mundialu Brazylia-Niemcy.

4

(Nie)zapomniane legendy futbolu:

14 lutego 1945 r. urodził się Ladislao Mazurkiewicz, legendarny zawodnik polskiego pochodzenia. W 1970 r. mistrzostwa świata organizowano w Meksyku. Grupę eliminacyjną Polacy przegrali tylko jednym punktem z Bułgarią, pozostawiając w pokonanym polu Holandię z Cryuffem i Suurbierem. Choć na mistrzostwa nie pojechaliśmy, to na turnieju mieliśmy polski akcent. Był nim reprezentujący Urugwaj Ladislao Mazurkiewicz – jeden z najlepszych ówcześnie bramkarzy na świecie. Gdyby mistrzostwa transmitowano w polskiej telewizji, to jego świetne występy i swojsko brzmiące nazwisko z pewnością przysporzyłyby mu fanów nad Wisłą. Kiedy zapytamy, kto był najlepszym bramkarzem w historii, wielu z was wskaże Dino Zoffa, Seppa Maiera, Františka Pláničkę, Rudiego Hidena czy Ricardo Zamorę. Jednak najwięcej głosów zebrałby pewnie Lew Jaszyn. To on jako jedyny golkiper zdobył Złotą Piłkę. Jego pożegnalny mecz zgromadził na trybunach stadionu im. Lenina w Moskwie 100 tys. kibiców. W drużynie Reszty świata obok Bobby’ego Charltona, Gerda Müllera, Florei Dumitrache, Włodzimierza Lubańskiego czy Zygmunta Anczoka zagrał Ladislao Mazurkiewicz. Urugwajczyk zaliczył świetny występ na mundialu w 1970 r. w Meksyku, a sam Jaszyn widział w nim swojego następcę. To nie był pierwszy raz, kiedy ci wielcy bramkarze spotkali się na boisku. W 1968 r. Mazurkiewicz zmienił reprezentanta ZSRR w meczu drużyny Reszty świata z Brazylią z okazji dziesiątej rocznicy zdobycia przez Canarinhos tytułu mistrza świata. To właśnie w tym meczu Jaszyn dał mu swoje rękawice. Ladislao musiał jednak przejść długą drogę, żeby być branym pod uwagę przy ustalaniu składów na mecze gwiazd. Przyszedł na świat 14 lutego 1945 r. w letniskowym miasteczku Piriápolis. Jego matka była Hiszpanką, a ojciec Polakiem pochodzącym z Warszawy. Mój ojciec pracował na statkach jako mechanik. Często podróżował i nie było go długo w domu. Mama była z kolei Hiszpanką. Urodziła troje dzieci. Mam jeszcze brata i siostrę, która mieszka w Hiszpanii – wspominał piłkarz cytowany w artykule Macieja Kaliszuka – El Polaco zatrzymał Pelego – przegladsportowy.pl – 13.11.2012. Od dziecka przejawiał talent do sportu. Obok piłki nożnej trenował również koszykówkę. Karierę zaczynał w stolicy kraju Montevideo. Do miejscowego Racingu zgłosił się jako gracz z pola. W dniu, w którym przyszedł do klubu, bramkarzowi drużyny rezerw lekarz zabronił grać po usunięciu zęba. Kiedy Ladislao się o tym dowiedział, chciał udowodnić swoją przydatność dla nowego zespołu. Zgodził się stanąć między słupkami. Tamtego popołudnia obronił sześć rzutów karnych. Z bramki już nie wyszedł. Pobyt w tym klubie był dla niego trampoliną do wielkiej piłki. W 1962 r. wygrał z drugą drużyną rozgrywki w czwartej lidze, a w 1964 r. trener Fabián Coito zabrał go na mistrzostwa Ameryki Południowej U-20 do Kolumbii. Urugwaj w decydującym o mistrzostwie meczu pokonał Kolumbię i po raz trzeci z rzędu zdobył tytuł, a Ladislao swoimi udanymi występami zwrócił na siebie uwagę wielkich klubów. Po świetnym występie w derbach Montevideo zgłosił się po niego Peñarol, którego szkoleniowcem był wybitny Roque Maspoli – bramkarz mistrzów świata z 1950 r. Sam klub był wówczas jednym z najlepszych na świecie. W latach 1960-62 grali w trzech pierwszych finałach Copa Libertadores, a w 1960 i 1961 wychodzili z tych pojedynków zwycięsko. W 1960 r. w premierowej edycji Pucharu Interkontynentalnego okazali się co prawda gorsi od wielkiego Realu, ale już rok później pokonali portugalską Benfikę. Bramkarzem Peñarolu był wówczas 30-letni Luis Maidana. Maspoli szukał dla niego następcy i klub sięgnął po młodego Ladislao, za którego zapłacono Racingowi 500 tys. peso. 19-letni Mazurkiewicz spełnił swoje wielkie dziecięce marzenie. Pierwsze miesiące w drużynie Los Carboneros upłynęły mu na zdobywaniu doświadczenia. Poznawał świat wielkiej piłki od środka i cierpliwie czekał na szansę zaprezentowania swoich umiejętności na wyższym poziomie. Wszystko zmieniło się 31 marca 1965 r. Peñarol w półfinale Copa Libertadores mierzył się z brazylijskim Santosem. O awansie do finału miał decydować trzeci mecz rozgrywany na Estadio Monumental w Buenos Aires. Przed spotkaniem pierwszy bramkarz Luis Maidana pokłócił się z trenerem i opuścił drużynę. Po latach wspomniał: Po kolacji chciałem jeszcze poczytać gazetę. On kazał mi iść spać. Nie spodobało mi się, jak mnie potraktował. Zamówiłem taksówkę i pojechałem do domu– artykuł Macieja Kaliszuka – El Polaco zatrzymał Pelego – przegladsportowy.pl – 13.11.2012. Maspoli miał do wyboru rezerwowego bramkarza Garcíę albo młodego Ladislao. Postawił na nieopierzonego młokosa. Mazurkiewicz dostał szansę debiutu w jednym z najważniejszych meczów sezonu. Dowiedział się o tym krótko przed meczem: Wyruszyliśmy do Buenos Aires – Eduardo Garcia i ja. Pamiętam doskonale jak jeszcze dwie godziny przed meczem nie wiedzieliśmy kto z nas zagra. Wtedy Roque Maspoli wybrał mnie. Spisał się znakomicie, a słowa uznania dla jego umiejętności wyraził sam Pelé. Ladislao w jednym z wywiadów tak wspominał debiut: W tamtym meczu nie potrafiłem nazwać żadnego z przeciwników, z wyjątkiem Pelégo. Santos miał wielu bardzo groźnych piłkarzy. Nie zwracałem uwagi na kogoś szczególnie, wszyscy byli tak samo niebezpieczni. Nawet kiedy przechodzili do defensywy, ich centry były niebezpieczne. To był ten Santos. Peñarol wygrał 2:1 i mógł szykować się do finału. W pierwszym finałowym starciu przegrał na wyjeździe z Indepediente 0:1. U siebie natomiast zwyciężył 3:1. W decydującym, dodatkowym meczu w Santiago 4:1 wygrali Argentyńczycy i Los Carboneros na kolejny puchar musieli jeszcze poczekać. Mazurkiewicz grał we wszystkich trzech finałowych spotkaniach i spisał się na tyle dobrze, że miejsca w bramce już nie oddał. W tym samym sezonie zdobył swój pierwszy mistrzowski tytuł i zadebiutował w reprezentacji w meczu z Chile. Rok później mimo dwóch porażek w grupie, Peñarol po raz kolejny zameldował się w finale Copa Libertadores. Wtedy również do wyłonienia najlepszej klubowej drużyny Ameryki Południowej potrzebne były trzy mecze. Tym razem jednak to Urugwajczycy wyszli z nich zwycięsko, pokonując River Plate. Byli najlepszą drużyną na kontynencie, ale Los Carboneros chcieli też potwierdzić swoją klasę w rywalizacji o Puchar Interkontynentalny. Po drodze jednak były jeszcze mistrzostwa świata w Anglii. Dzięki swojemu nadzwyczajnemu refleksowi, pewności na linii i znakomitej grze w sytuacjach jeden na jeden, Mazurkiewicz stał się podstawowym bramkarzem reprezentacji. W ojczyźnie futbolu Urugwaj trafił do grupy razem z Anglią, Francją i Meksykiem. Razem z gospodarzami zagrali w meczu otwarcia, który poprzedziła krótka ceremonia otwarcia. Po oficjalnych przemówieniach królowa Elżbieta II zeszła po czerwonym dywanie do piłkarzy i przywitała się z przedstawianymi przez kapitana zawodnikami. Kiedy przyszła kolej na Mazurkiewicza, ucałował ją w dłoń, którą okrywała biała rękawiczka i zwrócił się do niej po hiszpańsku: Wygląda Pani jak malowana. Ale to my dzisiaj wygramy! Jego koledzy wspominają, że ta zabawna sytuacja pomogła im uspokoić nerwy i dobrze zaprezentować się w meczu. Ladislao nie mógł sobie wymarzyć lepszych okoliczności do debiutu na dużym turnieju. Urugwaj zdołał zremisować z gospodarzami na słynnym stadionie Wembley, a on sam zachował czyste konto. Zagrał bez kompleksów, będąc pewnym punktem swojego zespołu. Warto wspomnieć, że był jedynym bramkarzem tamtego turnieju, którego Anglicy nie zdołali pokonać. Gordon Banks w swojej biografii tak wspominał dyspozycję Mazurkiewicza z tamtego meczu: Bramkarz Urugwaju, 21-letni Ladislao Mazurkiewicz, miał co prawda dobrych obrońców, ale kiedy musiał się wykazać, to nie rozczarowywał.(…) Angielskie nadzieje wzrosły w końcówce, ale Ladislao Mazurkiewicz je udaremnił. Bobby Charlton uderzył lewą nogą ze skraju pola karnego, piłka zmierzała nad głowami zawodników obok lewego słupka, ale została świetnie wyłapana. Po zwycięstwie nad Francją, Urugwaj ze spokojem podchodził do ostatniego grupowego starcia z Meksykiem. Rywale nie prezentowali wielkiej klasy, a nawet w przypadku minimalnej porażki, do dalszych gier przechodzili Urusi. Meksykanie nie mieli jednak zamiaru poddawać się bez walki i od początku zyskali sporą przewagę. Mazurka, jak Ladislao nazywali koledzy, nie dał się jednak pokonać. Obronił trzy potężne strzały meksykańskich napastników, a swoimi odważnymi wyjściami wyjaśnił wiele groźnych sytuacji. To głównie dzięki niemu Urugwaj zdołał zremisować, a jego parady były na ustach wszystkich. W ćwierćfinale spotkali się z drużyną RFN. Na początku meczu sędzia nie zauważył ręki Schnellingera, który wybijał piłkę z linii bramkowej, a od 10 minuty Niemcy prowadzili 1:0. Mimo straconej bramki Mazurkiewicz bronił pewnie, a Urusi toczyli wyrównaną walkę. Tilkowski kilkukrotnie musiał wspinać się na wyżyny umiejętności. Kilka minut po przerwie angielski sędzia Jim Finney wyrzucił z boiska kapitana Horacio Troche, a niedługo później Hectora Silvę. Dopiero wtedy drużyna Charrúas się rozsypała i dała sobie strzelić trzy bramki. Decyzje angielskiego sędziego były równie kontrowersyjne co wyroki niemieckiego arbitra w meczu Anglia – Argentyna. Obie południowoamerykańskie federacje doszukiwały się tutaj spisku, który miał na celu wyeliminowanie ich z rywalizacji. Zdobyte doświadczenie miało jednak zaprocentować za cztery lata w Meksyku. Po mistrzostwach Ladislao był już uznawany za najlepszego bramkarza na kontynencie amerykańskim, a trzeba pamiętać, że miał dopiero 21 lat. Piłkarscy eksperci wyrażali się o nim z uznaniem i szacunkiem, stwierdzając, że w niczym nie ustępuje najlepszym europejskim bramkarzom. W październiku 1966 r. Peñarol po raz trzeci stanął przed szansą zdobycia Pucharu Interkontynentalnego. Ich rywalem był Real Madryt, a Los Carboneros chcieli zrewanżować się za porażkę z pierwszej edycji rozgrywek. W pierwszym meczu na Estadio Centenario w Montevideo zwyciężyli 2:0, po dwóch golach znakomitego Alberto Spencera. W rewanżu na Santiago Bernabeu potwierdzili swoją wyższość i pokonali drużynę Miguela Muñoza również 2:0. W obu meczach znowu świetnie spsiał się El Polaco. Na przełomie stycznia i lutego 1967 r. wziął udział w Copa América. W turnieju zorganizowanym w Urugwaju wystąpił tylko w dwóch ostatnich meczach. Jednak to właśnie te spotkania decydowały o końcowej klasyfikacji. Zarówno z Paragwajem, jak i z Argentyną zachował czyste konto i do sukcesów odniesionych z klubem mógł dopisać triumf z reprezentacją. W lidze Peñarol nie miał sobie równych, a Mazurkiewicz pobił rekord minut bez wpuszczonej bramki. Uzbierał ich aż 985 i w znacznym stopniu przyczynił się do zdobycia tytułu. Rok później zdobył swoje trzecie mistrzostwo w karierze, a w całym sezonie wpuścił zaledwie 5 bramek. Ustanowił tym samym kolejny rekord, który pozostaje niepobity do dziś. I tak już chyba zostanie. Zbliżały się mistrzostwa świata w Meksyku, Mazurka miał 25 lat i jak na bramkarza był jeszcze młody. Cieszył się jednak już dużym uznaniem wśród kolegów. Jako że Urugwaj zdobywał tytuł w 1930 i 1950 r., a więc co 20 lat, to zawodnicy jechali na mundial z dużymi ambicjami. W eliminacjach Mazurkiewicz zagrał we wszystkich czterech meczach i w każdym z nich zachował czyste konto. Na turnieju pierwszy mecz w grupie Urugwajczycy grali z debiutującym Izraelem. Zwyciężyli 2:0, ale kapitan Celeste – Pedro Virgilio Rocha już w 13. minucie musiał opuścić boisko wskutek kontuzji i zakończył swój udział w mistrzostwach. W kolejnym spotkaniu mierzyli się z Włochami i to właśnie im najbardziej dał się we znaki Ladislao. Boninsegna, Bertini, Mazzola, Riva i De Sisti dwoili się i troili, ale nie byli w stanie pokonać świetnie dysponowanego El Polaco. Skapitulował dopiero w ostatnim meczu fazy grupowej ze Szwecją. Dopiero w 90. minucie pokonał go Ove Grahn, ale porażka ta nie przeszkodziła Urugwajowi w wyjściu z grupy. W ćwierćfinale Charrúas trafili na znakomitą drużynę Związku Radzieckiego. W Anglii zajęła ona czwarte miejsce, a dwa lata wcześniej na tej samej lokacie zakończyła mistrzostwa Europy. Była więc jednym z faworytów i zapowiadał się trudny i wyrównany mecz. Tak w istocie było. Po 90 minutach na tablicy widniał bezbramkowy remis. Po raz kolejny Mazurkiewicz był nie do przejścia dla napastników rywali. Jego bramka była jak zaczarowana. W 114. minucie na boisku pojawił się Victor Rodolfo Esparrago i to on trzy minuty później strzelił zwycięskiego gola dla Urugwaju. Piłka, którą zagrał mu Montero, znajdowała się na linii, ale piłkarze rywali zawzięcie protestowali, twierdząc, że zdążyła opuścić już boisko. Sędzia pozostał nieugięty i nie zamierzał dyskutować z zawodnikami ZSRR. Po meczu radziecka federacja złożyła oficjalny protest, ale FIFA odrzuciła go, tłumacząc, że decyzja arbitra podjęta na boisku jest ostateczna. Półfinał zaplanowano na 17 czerwca na Estadio Jalisco w Guadalajarze. O finał Urugwaj grał z Brazylią. Urusi szybko strzelili bramkę, ale tuż przed przerwą Canarinhos wyrównali. W drugiej połowie Celeste nie byli w stanie stawić czoła jednej z najlepszych reprezentacji w historii i stracili jeszcze dwie bramki. Mecz zakończył się wynikiem 3:1, ale Ladislao bardzo dobrze spisywał się między słupkami, a przy straconych golach niewiele mógł zrobić. To, co zostało w pamięci kibiców, to sytuacja, jaką miał przy stanie 3:1 Pelé. Dostał kapitalne podanie od Tostão, wyszedł sam na sam z Mazurkiewiczem, minął go tuż przed polem karnym i mając przed sobą pustą bramkę… uderzył kilkanaście centymetrów obok słupka. Sam Ladislao śmiał się później, że tak nastraszył Brazylijczyka, że ten nie trafił w bramkę. Po latach tak opisywał tę sytuację: Gdybym został w bramce, byłby gol. Przez moją interwencję zgubił swój rytm, a kiedy dogonił piłkę, odchylił się i chybił. W meczu o trzecie miejsce Urugwajczycy nie sprostali Niemcom z Overathem, Müllerem i Seelerem. Przegrali 0:1 i powtórzyli osiągnięcie z 1954 r. ze Szwajcarii. Na otarcie łez Mazurkiewiczowi pozostało to, że został uznany przez ekspertów za najlepszego bramkarza turnieju. Sam później wspominał: Szkoda, że przegraliśmy mecz z Niemcami, ale zasłużyli na trzecie miejsce. Meksyk ’70 był udany dla Urugwaju. Mieliśmy najskuteczniejszą obronę. Mimo że wyprzedziły nas trzy drużyny, to straciliśmy spośród nich najmniej bramek. Po sukcesie, za jaki należy mimo wszystko uznać jego występ na meksykańskich boiskach, Ladislao spróbował szczęścia w nowym otoczeniu. W 1972 r. opuścił Peñarol i został zawodnikiem brazylijskiego Atlético Mineiro. Niewiele brakowało, a negocjacje w sprawie kontraktu zostałyby zerwane. Mazurkiewicz wykazywał jednak dużą chęć gry dla nowego klubu i udało się doprowadzić sprawy do pozytywnego rozwiązania. Atlético było świeżo upieczonym mistrzem Brazylii, ale Mazurka w czasie swojego dwuletniego pobytu w klubie nie odniósł znaczących sukcesów. Kibice zapamiętali go jednak jako bardzo pewny punkt drużyny. Wyróżniał się refleksem i nie podejmował zbędnego ryzyka, a jego pewność siebie udzielała się obrońcom. Sam opisywał swój pobyt w Brazylii jako niezapomniany czas. Mistrzostwa świata w RFN chciałby pewnie wymazać z pamięci, bo Urugwaj na nich rozczarował. W zderzeniu z holenderskim futbolem totalnym Urugwajczycy wyglądali jakby czas się u nich zatrzymał. Przegrali z Holandią 0:2, ale gdyby nie Mazurkiewicz ten wynik mógłby być dużo, dużo wyższy. Nie wyszli nawet z grupy i po trzech meczach wracali do domu. Ostatni grupowy mecz ze Szwecją był dla niego pożegnaniem z reprezentacją. El Polaco tylko trzykrotnie wybiegał na boisko, a mimo to swoimi występami zdołał przekonać do siebie obserwatorów. Uznali go oni za trzeciego najlepszego golkipera turnieju – po Maierze i Tomaszewskim. Po mistrzostwach postanowił spróbować swoich sił w lidze hiszpańskiej. Został zawodnikiem Granady. Pobyt na starym kontynencie nie był jednak udany i wkrótce wrócił do Ameryki Południowej. Został zawodnikiem chilijskiej Cobreloi, a później grał w kolumbijskiej Américe de Cali. W wieku 35 lat wrócił do Peñarolu i 1981 r. świętował swój ostatni tytuł mistrza kraju z ukochanym klubem. Po zakończeniu kariery zajął się trenerką. Był trenerem bramkarzy w Peñarolu, a w 1988 samodzielnie prowadził pierwszy zespół. W latach 90. był też członkiem sztabu Víctora Púi, kiedy ten prowadził reprezentację Urugwaju. Mazurkiewicz zdecydowanie lepiej jednak radził sobie na boisku. Pod koniec 2012 r. trafił do szpitala z powodu problemów z oddychaniem. Od dłuższego również jego nerki odmawiały posłuszeństwa. Odszedł z tego świata 2 stycznia 2013 r. Mimo, że w jego żyłach płynęła polska krew, to nigdy nie był w Polsce i nie znał języka polskiego: Po polsku nie potrafię powiedzieć ani słowa. W naszej rodzinie tylko siostra trochę mówi po polsku. W ogóle niewiele wiem o tym kraju. Ale nie zapomniałem, skąd pochodził mój ojciec. Chciałem przyjechać do Polski, ale niestety nie miałem takiej okazji, choć kiedy graliśmy w mundialu w Niemczech, byłem blisko. Ojciec po tym, jak wyemigrował, także nigdy już nie wrócił do ojczyzny – artykuł Macieja Kaliszuka – El Polaco zatrzymał Pelego – Przegladsportowy.pl – 13.11.2012. Był czołowym bramkarzem swoich czasów. W niczym nie ustępował Banksowi, Tilkowskiemu, Maireowi, Albertosiemu czy Zoffowi. W plebiscycie dziennika El Diario został miażdżącą przewagą głosów wybrany najlepszym golkiperem w całej historii urugwajskiej piłki, wyprzedzając takie sławy jak Aníbal Paz czy Roque Maspoli. Był ostatnim Urugwajczykiem wybranym do światowej drużyny gwiazd. O jego klasie najlepiej świadczy fakt, że sam Lew Jaszyn namaścił go na swojego następcę i osobiście zaprosił na swój pożegnalny mecz. Sam Mazurkiewicz tak to zapamiętał: ,,Byłem zaszczycony, że sam osobiście mnie zaprosił. Byłem jednym bramkarzem z Ameryki. To było ekscytujące przeżycie. Nigdy nie zapomnę powitalnego uścisku i spędzonych godzin z nim. Był rewelacyjną osobą. Dzięki tłumaczowi dużo rozmawialiśmy. On sam bardzo serdecznie mnie traktował. Pamiętam, że poprosiłem go zdjęcie z autografem dla mojego ojca i dał mi je bez żadnego problemu. Był prostym człowiekiem, ale jednocześnie wielkim – w całym znaczeniu tego słowa. Traktowałem go szczególnie, jak nauczyciela". Ameryka Południowa przeciętnemu kibicowi raczej nie kojarzy się z wielkimi bramkarzami. Trzeba jednak pamiętać, że Gilmar, Amadeo Carizzo czy Sergio Goycochea byli naprawdę świetnymi fachowcami. Również Urugwaj wbrew pozorom posiada bogate tradycje na tej pozycji. W najlepszych jedenastkach mistrzostw świata znaleźli się Roque Maspoli w 1950 r. i Enrique Ballestreros w 1930 r. Ladislao Mazurkiewicz wyróżniał się z nich wszystkich jednak najbardziej. Liderował na boisku, dodawał drużynie pewności siebie, a koledzy darzyli go ogromnym zaufaniem i szacunkiem. Był niewątpliwie jednym z najwybitniejszych bramkarzy, jacy zagrali na mundialu i chyba najlepszym, jakiego światu dał kontynent amerykański.

2

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

14 lutego 1921 r. w Bismarckhütte urodził się Walter Brom. Dysponował fenomenalnym wręcz refleksem i intuicją oraz kocią zwinnością i zręcznością. W wieku 17 lat pojechał z reprezentacją na mistrzostwa świata do Francji w 1938 r. Do dzisiaj jest najmłodszym powołanym bramkarzem na tę imprezę i raczej się nie zanosi, żeby ktoś miał go pobić. Od najmłodszych lat związany z Ruchem. Został jego zawodnikiem już w wieku 13 lat! Wcześniej występował w szkolnym zespole z ulicy 16 sierpnia. Nie było wówczas żadnych szkółek ani juniorskich zespołów, a młodzi adepci futbolu grali najczęściej w parkach, na skwerach czy na placach. Brom chętnie brał udział w tych meczach, choć nie zawsze występował w bramce. Jego brat wspominał, że Walter lubił też strzelać gole. Szybko jednak poznano się na jego bramkarskim talencie. Kiedy Józef Kałuża powołał go do reprezentacji, Brom miał ledwie dziewięć ligowych meczów na koncie. We Francji co prawda nie zagrał, ale Edward Madejski bardzo cenił swojego młodego konkurenta. Znakomicie rozwijającą się karierę przerwał kataklizm II wojny światowej. W czasie okupacji Brom występował w klubach niemieckich. Na krótko został wcielony do Wehrmachtu, ale zwolniono go z powodu choroby uszu. W 1942 r. został dożywotnio zdyskwalifikowany za uderzenie sędziego. Brom przerzucił się wtedy na piłkę ręczną, ale karę wkrótce złagodzono i w latach 1943-44 występował już w reprezentacji Śląska. Kiedy w marcu 1945 r. Ruch rozgrywał swoje pierwsze mecze, to z przedwojennej ekipy zostali tylko Karol Dziwisz i właśnie Walter Brom. Razem z reprezentacją Śląska pojechał na tournée do Szkocji, gdzie swoją grą oczarował miejscowych dziennikarzy. Dziwili się oni jak to możliwe, że bramkarz o takich umiejętnościach nie grał w reprezentacji Europy. Najlepsze lata zabrała mu wojna, ale w pełni rozwinąć talentu nie pomogły też nałogi. Brom miał problem, żeby odmówić kolegom od kieliszka, co powodowało coraz częstsze zawieszenia. W Ruchu grał do 1950 r., potem przeniósł się do RKS Batory, a następnie do Stali Poręba. Karierę chciał zakończyć w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie trenerem był Teodor Peterek, ale postawione przez żonę ultimatum spowodowało, że po tygodniu wrócił do domu. Talentem przerastał wszystkich bramkarzy jakich kiedykolwiek widziano w Polsce. Człowiek o niewiarygodnym refleksie, wspaniałej technice chwytów i bezbłędnej grze na przedpolu – charakteryzowali go fachowcy.

1

@Pawel13sz Puchar UEFA, w skrócie PUEFA :)

1

14 lutego 1951 r. w Doncaster urodził się Kevin Keegen, angielski napastnik, 2-krotny zdobywca Złotej Piłki France Football, zdobywca Pucharu Mistrzów, 2-krotny zdobywca PUEFA, 3-krotny mistrz Anglii oraz mistrz RFN. Był jednym z najskuteczniejszych napastników lat 70., z FC Liverpool trzykrotnie zdobył mistrzostwo kraju oraz Puchar Mistrzów i dwa razy Puchar UEFA. Sportową karierę udanie kontynuował w Hamburgerze SV. Od 1999 do 2000 roku był selekcjonerem reprezentacji Anglii. Później ze zmiennym szczęściem prowadził Manchester City. Jest wychowankiem lokalnego Scunthorpe United. W 1971 roku w wieku dwudziestu lat został kupiony na 35 tysięcy funtów przez Liverpool. Wcześniej bacznie przyglądali mu się wysłannicy Coventry City, ale ostatecznie uznali, że jest zbyt słaby fizycznie.W sierpniu 1971 roku zadebiutował w barwach nowego klubu i po dwunastu sekundach przebywania na boisku strzelił gola w meczu z Nottingham Forest F.C.. Rok później po raz pierwszy zagrał w reprezentacji Anglii. W ciągu kolejnych pięciu lat Keegan wraz z Walijczykiem Johnem Toshackiem stał się liderem linii ataku i zdobył dla Liverpoolu wiele decydujących o zwycięstwie goli. W 1973 roku drużyna prowadzona przez Szkota Billa Shankly'ego po siedmioletniej przerwie odzyskała tytuł mistrza Anglii, a kilka tygodni później pokonała Borussię Mönchengladbach z Vogtsem, Netzerem i Heynckessem w składzie, w finale Pucharu UEFA. Aby wyłonić zwycięzcę trzeba było rozegrać aż trzy mecze, w pierwszym padł bowiem bezbramkowy remis. Liverpool najpierw wygrał 3:0 (dwa gole strzelił Keegan), a dwa tygodnie później uległ podopiecznym Hennesa Weisweilera tylko 0:2 i mógł cieszyć się z cennego trofeum. W następnym sezonie Liverpoolczycy triumfowali w rozgrywkach o Puchar Anglii – w finale zwyciężyli 3:0 Newcastle United, a dwukrotnie do bramki Srok trafiał właśnie Keegan. W roku 1976 zespół prowadzony już przez Boba Paisleya powtórzył wyczyn sprzed trzech lat i ponownie zdobył mistrzostwo kraju i Puchar UEFA (w dwumeczu finałowym pokonał FC Brugge 3:2 i 1:1 – w każdym spotkaniu Keegan strzelił gola). Rok później Liverpool obronił tytuł mistrza Anglii oraz po raz kolejny okazał się lepszy od Borussii Mönchengladbach, tym razem w finale Pucharu Mistrzów. Po tym spotkaniu Keegan postanowił wyjechać za granicę. Długo przebierał w ofertach znanych klubów z Kontynentu, aż w końcu zdecydował się przyjąć propozycję Hamburgera SV, triumfatora Pucharu Zdobywców Pucharów. W Liverpoolu szybko znalazł godnego siebie następcę w osobie Kenny'ego Dalglisha. W Hamburgu Keegan piłkarsko dojrzał i dzięki dobrym występom w Bundeslidze oraz europejskich pucharach dwukrotnie odbierał Złotą Piłkę, przyznawaną przez magazyn France Football dla najlepszego zawodnika klubów Starego Kontynentu. W czerwcu 1980 roku po przegranym finale Pucharu Mistrzów z Notthingham Forrest oraz nieudanych mistrzostwach Europy niespodziewanie rozwiązał kontrakt z HSV i powrócił do Anglii. Przez dwa sezony występował w barwach Southampton FC.W reprezentacji Anglii grał na Euro 1980 oraz Mistrzostwach Świata 1982, ale Synowie Albionu na początku lat 80. przeżywali regres formy. Kiedy po mundialu nowym selekcjonerem został Bobby Robson, który zapowiedział, że Keegan przestanie być kluczowym zawodnikiem w jego kadrze, zawodnik Southampton postanowił pożegnać się z drużyną narodową. Rozegrał w niej 63 mecze, w tym 31 jako kapitan, i strzelił 21 goli. W wieku 31 lat podpisał kontrakt z drugoligowym Newcastle United, w którym w ciągu dwu lat wystąpił 78 razy, zdobywając 48 bramek. W sezonie 1983-84 pomógł mu w awansie do ekstraklasy. Kilka tygodni później zakończył piłkarską karierę. W reprezentacji Anglii od 1972 do 1982 roku rozegrał 63 mecze (31 jako kapitan) i strzelił 21 goli.

5

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

14 lutego 1956 r. urodził się Krzysztof Adamczyk, napastnik, 3-krotny reprezentant kraju. 12 listopada 1980 roku, stadion Sarria w Barcelonie. Polacy grają towarzyski mecz z Hiszpanią. Do przerwy prowadzą 1:0. Jest nieźle bo akurat z tym rywalem nie wygrali nigdy wcześniej. Również nigdy wcześniej Krzysztof Adamczyk nie zagrał w reprezentacji. Trener Ryszard Kulesza pozwala mu wejść na boisko w 72 minucie. Na 3 minuty przed końcem gospodarze mają rzut karny i jest już remis. Hiszpanom się spieszy, widać że zależy im na zwycięstwie. Polacy jednak mają podobny plan. ,,Piłke na środku miał Zbyszek Boniek, przyspieszył, zagrał mi na lewą strone a ja dośrodkowałem w pole karne, gdzie był już Andrzej Iwan. Trafił na 2:1!”- relacjonował Adamczyk. Zbliżały się kwalifikacje do mistrzostw świata w Hiszpanii i ówczesny napastnik Legii mógł być pełen optymizmu. Wejść do gry w debiucie z mocnym rywalem i zaliczyć asyste na wagę zwycięstwa- marzenie każdego nowicjusza! Parę tygodni później w kadrze na pierwszy eliminacyjny mecz z Maltą jednak go nie było. Siłą rzeczy ominęła go też afera na Okęciu, czego akurat nie żałował. Czarnymi bohaterami zostali czterej piłkarze łódzkich klubów, sami liderzy: Boniek, Młynarczyk, Żmuda i Śp. Terlecki. Odesłano ich do kraju więc paradoksalnie szanse Adamczyka na występ w La Valetta nawet by wzrosły. Dlaczego więc go tam nie było? ,,Sam się wykreśliłem. Ten jeden raz. Młodzieńcza głupota. Miałem do odebrania samochód w zachodnich Niemczech. Fiat 123, używany ale zaledwie jednoroczny. U nas w ministerstwie obrony narodowej generałowie takimi jeździli, więc te bryke koniecznie chciałem sprowadzić z Kilonii ale powiem więcej: miałem tam się spotkać z moją byłą dziewczyną. Znaliśmy się jeszcze z Gdańska, wyjechała kiedyś na stałe do RFN i była okazja żeby się z nią zobaczyć. Dziewczyna, samochód… No jak tu się nie skusić?”- wspominał Adamczyk. Dostał zgode z wojskowego klubu, co też było dużym osiągnięciem, więc nie zastanawiał się już ani chwili. A reprezentacja? Nie zając, nie ucieknie. Oczywiście ta jedna nieobecność nie przekreślała jego planów, zwłaszcza że trener Kulesza cenił Adamczyka i szybko by z niego nie zrezygnował. Problem w tym że w wyniku wspomnianej afery na Okęciu spadła selekcjonerska głowa. Nowym szefem kadry został Antoni Piechniczek, lecz on specjalnego przekonania do Adamczyka nie miał. ,,Wystąpiłem tylko w jego debiucie, na wyjeździe z Rumunią. Już do przerwy przegrywaliśmy 0:2, ,,kaszanka” była straszna, wyglądało to beznadziejnie. Wszedłem w końcówce na niecałe 20 minut. I koniec, już nigdy więcej nie dostałem powołania”- opowiadał Adamczyk. Ma czego żałować, ponieważ był w bardzo dobrej formie. W sezonie 1980/81 z 18 golami w 28 meczach został królem strzelców ekstraklasy. Wszedł do wymagającej szatni Legii i w niej nie zginął. Wywalczył snajperski tytuł i 2 Puchary Polski, choć w pamiętnym finale z Lechem Poznań(5:0) w Częstochowie nie wystąpił, ponieważ był świeżo po operacji łąkotki. Przez wiele lat był ważnym zawodnikiem Legii, trafił też pod skrzydła Śp. Kazimierza Górskiego, który po powrocie z Grecji zajął się drużyną z Łazienkowskiej. Po niespełna 6 latach, w czerwcu 1984 r. Adamczyk musiał odejść. Dlaczego? ,,Mówiąc najkrócej: Kopa mnie wykopał”- złośliwie komentuje rozczarowany piłkarz. Trener Jerzy Kopa po swojemu układał zespół. Akurat dla Adamczyka nie widział miejsca. ,, Mam do niego żal, bo choć oczywiście każdy trener ma prawo do suwerennych personalnych decyzji, to powinien umieć powiedzieć to odstawionemu piłkarzowi prosto w oczy. Lecz on wykonywał jakąś krecią robote, żeby odsunąć mnie i paru innych piłkarzy, jak pamiętam także Miłoszewicza, Tumińskiego czy Barana. Były jakieś jego bzdurne zarzuty że sprzedaliśmy mecz. Krew się we mnie burzyła bo nawet nie wiedziałem jak się bronić. Zmiana klubu była więc najsensowniejszym wyjściem. Rok wcześniej miałem oferte z Rapidu Wiedeń. Byłem nawet na testach w drużynie Otto Baricia ale wtedy Legia mnie nie puściła. Potem przez, jak się okazało, ostatni sezon więcej się męczyłem niż grałem. Nieustannie wypychano mnie na margines. O to właśnie miałem największe pretensje. Nie lepiej od razu powiedzieć: ,,Nie chce cię w drużynie, musisz odejść!”? Kopa tego nie potrafił”- komentował Adamczyk. Pamiętał o nim Andrzej Strejlau. Trafił do prowadzonej przez niego Larisy. Najpierw grał w drużynie razem z Kmiecikiem a potem z Kupcewiczem. ,,Dobrze się tam czułem, trochę goli nastrzelałem, do tego było sporo asyst. Kibice mnie lubili. ,,Czik, czik, Adamczik”- skandowali z trybun”- uśmiecha się wychowanek Gedanii. Adamczyk występował też w lidze austriackiej, po czym na przejście do cypryjskiego Apollonu Limassol namówił go Jerzy Engel. Tam grał ze Stefanem Majewskim, potem z Eugeniuszem Ptakiem. Na koniec wojaży wylądował w szwedzkim Höör. ,,Nie chciałem tam jechać ale mam szwagra Szweda. Zależało mu i tylko dlatego się zgodziłem. To była trzecia liga, występowałem jako grający asystent trenera. Wytrzymałem tam jedynie rok. Szwecja jest nudna”- wyjaśniał Adamczyk. Ostatni mecz zagrał jednak w Polsce. ,,Stary kumpel z Legii Waldek Tumiński prowadził Pogoń Grodzisk Mazowiecki i poprosił mnie bym jeszcze u niego pograł. Zagrałem raz, akurat z Mazurem Karczew. Znowu strzeliłem gola, tak jak kiedyś w rezerwach Legii. A po meczu mówię: ,,Waldek, za daleko mam. Przecież nie będę dojeżdżał dzień w dzień z Warszawy”. I to już był naprawdę koniec grania.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?