9

Legendy hiszpańskiego futbolu:

Agustín Gaínza urodził się 22 maja 1922 roku w Basauri(Kraj Basków). Gaínza całą swoją karierę grał w Athletic Club de Bilbao, do którego dołączył w sezonie 1939-1940. Wraz z Iriondo, Venancio, Zarrą i Panizo stworzył jedną z najbardziej legendarnych formacji w hiszpańskim futbolu. Jeden z najlepszych lewoskrzydłowych w historii hiszpańskiego futbolu. W sezonie 1946/47 w meczu pucharowym zdobył 8(!) goli przeciwko Celcie. Zdobył dwa tytuły mistrzowskie (1943 i 1956) oraz siedem pucharów Hiszpanii(1943, 1944, 1945, 1950, 1955, 1956 i 1958). W reprezentacji Hiszpanii rozegrał 33 mecze i strzelił 10 goli. Brał udział w mistrzostwach świata w 1950 roku. Agustín Gaínza zmarł 6 stycznia 1995 roku w Basauri.

@Adran360
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

8

@FCBparasiempre
28 maja 1997 r. Borussia pokonała Juventus Turyn 3:1 w finale Ligi Mistrzów. Nie ulega wątpliwości że Juventus Turyn w pięknym stylu awansował do finału a Borussia ledwie się do niego wślizgnęła. Zatem nic dziwnego że Włosi wydawali się murowanym faworytem. Co zatem mogło wskazywać na Borussie? Po pierwsze znakomite znajomość stylu gry Juventusu, które wynikała z tego że aż pięciu graczy BVB występowało w przeszłości w klubie z Turynu a trzech z nich reprezentowało nawet barwy starej damy w finale pucharu UEFA w sezonie 1992-93, kiedy to dwa razy pewnie pokonała dortmundczyków. Włosi okazali się też lepsi 2 lata później w okolicznościach półfinałowych tejże imprezy po drugie finał odbywał się w Monachium. Wtedy jeszcze UEFA nie pilnowała tak ściśle parytetów dla kibiców poszczególnych drużyn, wskutek czego Borussia czuła się jak u siebie i żółto-czarna ściana faktycznie przeniosła się z Westfalii do stolicy Bawarii. Obawy o to że bilety wykupią kibice Bayernu by wspierać Juve okazały się wyolbrzymione. Po trzecie klasa trenera. Hitzfeld to był naprawdę tęgi fachowiec, który w niczym nie ustępował Marcello Lippiemu. Po popisie Juve w rewanżu z Ajaksem doszedł do wniosku że jego drużyna absolutnie nie może zagrać w finale z otwartą przyłbicą, Lecz musi pilnować własnej bramki i nastawić się na kontry. Jak się okazało rachuby Niemca były prawidłowe. Po czwarte wiara w sukces. Najlepiej wyraził ją Michael Henke asystent, którego w swojej książce Cytuję Hesse: ,,Przegralibyśmy z nimi dziewięć na 10 meczów ale ten wygramy". Żeby zapewnić piłkarzom odrobinę spokoju i wyciszenia trenerzy zadecydowali że już na 3 dni przed finałem zespół wyjedzie do Monachium. ,,Cały Dortmund był do góry nogami. Musieliśmy przed tym uciec"- tłumaczył po latach Stefan Klos. W Turynie czekano na zwycięstwo w finale Ligi Mistrzów jako zwieńczenie wspaniałego roku stulecia klubu, w którym stara dama zdobyła już trzy trofea: Puchar Interkontynentalny, Superpuchar Europy oraz 24 mistrzostwo Włoch. Panowało przekonanie że to trofeum się Juventusowi po prostu należy i że kopciuszek z Niemiec nie ma prawa wydrzeć go faworytowi. Nastroje te nieopatrznie podtrzymywał Marcello Lippi, który na konferencji przed meczem powiedział że jego zespół po zdobyciu tylu trofeów jest świadomy swojej siły i nie boi się absolutnie nikogo. Angelo Di Livio też zapewniał że zwycięstwo będzie ich: „Mamy duży szacunek dla Borussi ale to my będziemy dominować w Monachium". W końcu nadszedł ów pamiętny wieczór i Sandor Puhl zagwizdał po raz pierwszy. Gdy dzięki oddaniu inicjatywy przez BVB Włosi zdobyli na początku optyczną przewagę i stworzyli sobie kilka sytuacji bramkowych, do reszty zapomnieli że rywal też umie zaatakować. Ponadto znakomita obrona Juve zagrała chyba najgorszy mecz w sezonie. Już na zawsze pozostanie jej tajemnicą dlaczego tak świetny snajper, jakim był Carl Heinz Riedle został dwa razy pozostawiony bez opieki w polu karnym bramki strzeżonej przez również słabo dysponowanego Peruzziego. Pierwszego gola wypracowali Andy Möller oraz Paul Lambert, który poza tym troskliwie zaopiekował się Zinedinem Zidanem, praktycznie wyłączając go z gry. „Powiedziałem mu przed meczem: Zajmij się a ja zrobię w środku pola całą resztę"- opowiadał po latach w wywiadzie dla „Kickera” Paulo Sousa ale Lambert zdołał zaliczyć asystę. Po rogu Möllera i wybiciu piłki przez obrońcę Juve, Szkot ponownie wrzucił ją na aferę w pole karne. ,,Nie myślałem ani gdzie, ani jak uderzyć, liczyło się tylko aby dopaść do futbolówki jako pierwszy i kopnąćją w światło bramki"- opowiadał po latach Riedle w wywiadzie telewizyjnym. Druga bramka to też dzieło Möllera, który idealnie dośrodkował z rogu, i Riedlego, który precyzyjnie uderzył głową. „To był najbardziej typowy gol dla całej mojej kariery"- mówił potem ze śmiechem strzelec. Oczywiście Juventus szybko się obudził po golach z 29 i 34 minuty, który pierwszą dogodną okazję zmarnował już w szóstej minucie przestrzelił też w końcówce pierwszej połowy a sędzia Puhl anulował jego gola dopatrując się zagrania piłki ręką. Zidane trafił zaś w tym okresie w słupek.

W drugiej połowie włosie atakowali rywali wyżej, szybciej odbierali piłkę. Gdy w 64 minucie rezerwowy Del Piero w końcu przełamał czary bramkarza BVB Stefana Klosa, po akcji Boksicia uderzając do siatki technicznie piętą (wielu fanów futbolu zalicza tego gola do grona najpiękniejszych w całej historii Ligi Mistrzów) można było sądzić że losy finału jeszcze się odwrócą. „Ten gol na powrót otworzył mecz"- mówił Riedle. Jednak 7 minut później zdarzyła się rzecz niesamowita, absolutnie bez precedensu w historii finału Ligi Mistrzów. Oto dwudziestoletni Lars Ricken 16 sekund po tym, jak pojawił się na boisku, zmieniwszy Stefana Chapuisat, przy pierwszym kontakcie z piłką umieścił ją w siatce rywali. Znakomicie zagrał mu prostopadle Andy Möller a Ricken przelobował Peruzziego. Po meczu opowiadał: „Trener wytłumaczył mi dlaczego ten mecz muszę zacząć jako rezerwowy ale zapewnił że zagram dlatego siedząc na ławce rezerwowych uważnie Przeglądałem się temu, co się dzieje i zaobserwowałem że bramkarz Juventusu często wybiega poza pole karne, co można by wykorzystać. Jednak nigdy nie przypuszczałem że uda się to właśnie mnie i to zaraz po wejściu na boisko. Pewnie 8 albo 9 prób na 10 by nie wpadło ale ta jedna wpadła". Hitzfeld wspominał: „Trener musi być optymistą i wierzyć w swoje pomysły. Tak więc gdy tylko pomyślałem że Lars może coś zdziałać, powiedziałem mu że ma szybko strzelić gola i posłałem go na boisko". Warto tu nadmienić że znakomitą czutką wykazał się Manfred Breuckmann, komentator niemieckiego radia, który w momencie, gdy Hitzfeld wpuszczał na boisko rikena powiedział tak: „A za moment wejdzie Lars Ricken, człowiek od rozstrzygających goli. Strzeli na 3:1". Jak widać tym razem opatrzność nie zdołała utrzymać w tajemnicy swych postanowień co do losów finału Ligi Mistrzów, pojawiły się bowiem przecieki... W tym momencie zawodników Juve opuściła i wiara w sukces i kibice, którzy po prostu wyszli ze stadionu a zostawiając go we władaniu świętujących fanów BVB. Na kilka minut przed końcem meczu ich śladem podążyli też Giovanni Umberto Agnelli. W 89 minucie Hitzfeld wpuścił na boisko wieloletniego kapitana zespołu 34-letniego Michaela Zorca, aby to on mógł wznieść puchar. Zorc oczywiście rodził też rej następnego dnia, podczas fety na ulicach Dortmundu, w którym wzięło udział 300 000 ludzi czyli ponad połowa jego ówczesnych mieszkańców. „Nie pamiętam z niej nic, emocje były tak silne że wyczyściły mi pamięć"- opowiadał Riedle. Szczególne powody do szczęścia miał Paulo Sousa, który powtórzył dokonanie Marcela Desailly’ego i dwa razy z rzędu zdobył Puchar Europy w dwóch różnych klubach. Juventus natomiast został trzecim z rzędu obrońcą trofeum, który przegrał kolejny finał. Czy Borussia zasłużyła na ten triumf? Patrząc na liczbę strzałów oddanych przez oba zespoły- nie, gdyż gracze Juve uderzali 13 krotnie a BVB tylko trzy razy, a więc wyłącznie wtedy, gdy posyłali piłkę do siatki przeciwnika ale jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę błędów popełnionych przez obrony obu ekip to poziom entuzjazmu w poczynaniach piłkarzy, skrupulatność w realizacji planu taktycznego, to chyba tak. Jeśli skoncentrujemy się na tym co pokazali liderzy zespołu, w przypadku Borussi obrońca Sammer, pomocnik Möller, który miał udział przy wszystkich trzech golach oraz napastnik Riedle, to też jak najbardziej. Z pewnością nie można nazwać zwycięstwa BVB ani niezasłużonym, ani przypadkowym. Ekipa Hitzfelda być może lepiej grała w piłkę przed rokiem czy dwoma ale brakowało jej dojrzałości, które pojawiła się akurat w sezonie 1996/97, gdyż potrafiła przetrwać trudne momenty i ukąsić, gdy rywal stracił koncentrację. W fazie pucharowej zdecydowanie była drużyną reaktywną a nie kreatywną. Jeśli więc chodzi o bardzo interesującą nas kwestię czy zwycięstwo Borussi wpłynęło na rozwój futbolu, to odpowiedź musi być negatywna. W istocie rzeczy jej triumf zakonserwował to, co dominowało w piłce nożnej w poprzednich latach czyli przewagę włoskiej myśli szkoleniowej. Ligę Mistrzów wygrali Niemcy ale zrobili to bardzo po włosku, co zresztą nie dziwi, zważywszy na to, jak wielu graczy BVB miało przeszłość w Serie A. Wszyscy oni przesiąkli jej stylem, osiągnęli w nim mistrzostwo a inteligentny trener Hitzfeld postanowił i umiał to wykorzystać. Charakterystyczny dla włoskiego futbolu był podział drużyny na ośmiu zawodników koncentrujących się na obronie i tylko sporadycznie atakujących oraz trzech fantasistów, odpowiedzialnych za grę w ostatniej tercji boiska. Jeden z nich(znakomicie rolę tę odgrywał Andy Möller) był ofensywnym pomocnikiem, który często atakował z głębi pola a dwaj napastnicy szukali okazji w polu karnym rywala oraz w jego sąsiedztwie. Choć zabrzmi to paradoksalnie, w finale z pewnością Borussia była o wiele bardziej włoska niż Juve.

Jak zauważa Uli Hesse atmosfera nie była mocno stroną zespołu BVB w sezonie 1996/97. Cytuje Knuta Reinhardta, pracowitego defensywnego pomocnika, który powiedział po latach że w drużynie panowały podziały klasowe. Na najwyższym piętrze drabiny społecznej znajdowali się byli zawodnicy klubu w Serie A, którzy czasami nawet rozmawiali ze sobą po włosku podczas treningów. W związku z plagą kontuzji padały też ze strony zawodników oskarżenia wobec pionu medycznego. Z kolei asystent Hitzfelda Michael Hanke mówił w 2015 roku o napięciach między szefami klubu a sztabem szkoleniowym. Po latach Stefan Klos w rozmowie ze „spox.com” wprawdzie zaprzeczył jakoby cokolwiek między zawodnikami było nie tak ale przyznał: „Atmosfera przed meczem z Juventusem rzeczywiście była gęsta. Oczekiwano że zdobędziemy trzeci z rzędu tytuł mistrza Niemiec, tymczasem straciliśmy na to szansę. Wygranie finału z Juve było zatem jedyną możliwością aby wystąpić w kolejnej edycji Ligi Mistrzów, co z kolei stanowiło podstawę klubowego budżetu". Tak to właśnie jest, nie tylko w futbolu, większe dochody powodują większe wydatki, więc potem nie można nagle zacząć zarabiać mniej. Ottmar Hitzfeld zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę. Wiedział że porażka z Juve będzie czymś więcej- klęską. Był trenerem niezwykle zaangażowany w swoją pracę. Jak podaje Hesse w 1994 roku doznał z powodu nadmiernego stresu pęknięcia jelita. Po zwycięskim finale wyznał że gdy obejmował w 1991 roku posadę w Borussi marzył by kiedykolwiek zagrać z nią w którymkolwiek z europejskich pucharów a coś takiego jak triumf w Lidze Mistrzów pozostawało całkowicie poza jego wyobrażeniami. Prowadzony przez niego zespół zawsze grał mądrze taktycznie, czasami przeciwko słabszemu rywalowi bardzo żywiołowo szturmował bramkę przeciwnika a czasami wyczekiwał na okazję do kontry. Był to zatem futbol wyrafinowany. We wszystkich meczach zwycięskiej edycji Ligi Mistrzów, poza rewanżem z Auxerre, kiedy Szwajcar stosował ustawienie z trójką obrońców, które jednak bywało rozmaicie modyfikowane: równie często jak finałowe 3 4 1 2 wykorzystywał 3 4 2 1. W 2020 roku Hitzfeld mówił: „Uważam że ustawienie musi jak najlepiej pasować do piłkarzy a oni jak najlepiej pasować do siebie. Nie mogę wprowadzić systemu, do którego piłkarze się nie nadają. W Borussi próbowałem wprowadzić grę czwórkę obrońców ale w 1991 roku, gdy zaczynałem tam pracę, wszyscy w Bundeslidze grali z Libero i dwoma kryjącymi, więc wykazałem się tak potrzebną trenerowi elastycznością". Najważniejsza była jednak strategiczna decyzja podjęta przez niemieckiego szkoleniowca jeszcze jesienią i poniekąd utrzymywana w tajemnicy żeby nie drażnić kibiców i opinii publicznej że mianowicie w sezonie 1996-97 Borussia koncentruje się na Lidze Mistrzów, nawet kosztem zdobycia trzeciego z rzędu mistrzostwa Niemiec. Gwiazdorzy Hitzfelda podczas spotkań ligowych często odpoczywali, na trybunach bądź snując się po murawie, w efekcie czego zespół skończył sezon ligowy na trzecim miejscu ze stratą ośmiu punktów do zwycięskiego Bayernu i sześciu do drugiego na mecie Bayeru Leverkusen. Zdobycie Pucharu Europy w sezonie 1996/97 okazało się łabędziem śpiewem tamtej Borusji. „Wielu zawodników było wcześniej mistrzami Niemiec oraz świata i Europy. Zwycięstwo w Lidze Mistrzów stało się dla niektórych stacją końcową. Po finale można było poczuć: droga się skończyła, zenit minął"- powiedział po latach Stefan Kloss. To już jednak inna historia. Na koniec tej opowieści warto chyba zauważyć że żadna drużyna w historii Ligi Mistrzów (a może i futbolu) nie miała tak wspaniałego 12 zawodnika. O roli jej kibiców dużo mówili piłkarzy a także trener Hitzfeld: „Zawsze czułem że fani są z nami. To jest prawdziwa miłość. Jeśli jesteś z Dortmundu po prostu kochasz ten klub i jesteś z nim na dobre i na złe".

7

12

Szanowni sympatycy futbolu, dziś mija dokładnie 103 lata od pierwszego gola i pierwszego zwycięstwa reprezentacji Polski w historii jej występów. 28 maja 1922 r. Polska pokonuje Szwecję w Sztokholmie 1:2. "W 27. minucie Leon Sperling kończy bieg centrą. Einar Hemming nieatakowany przez nikogo daje niepotrzebnie piłce klapsa ręką: karny. Komu powierzyć tę ważną funkcję? Jedynym graczem, który w swej drużynie bije z dobrym skutkiem jedenastki, był Józef Klotz, jemu też oddaje kapitan z całym zaufaniem wykonanie rzutu, od którego skuteczności tak wiele zawisło. Klotz z całym spokojem, bez rozpędu pakuje piłkę w lewy róg pod poprzeczkę. Bramkarz ani drgnął" - w ten sposób w "Przeglądzie Sportowym" opisano historyczne trafienie dla Biało-Czerwonych. Meczem ze Szwedami Klotz kończył swoją krótką reprezentacyjną karierę- to był jego zaledwie drugi mecz z orzełkiem na piersi, jednak ilu piłkarzy oddałoby dziesiątki meczów za to jedno, historyczne trafienie. Piłkarzowi nieistniejącej już Jutrzenki Kraków nie zadrżała noga i pewnym strzałem pokonał Fritiofa Rudena. Na nieco ponad kwadrans przed końcem towarzyskiej potyczki drugą bramkę dołożył Józef Garbień z Pogoni Lwów i premierowa wygrana Biało-Czerwonych stała się faktem.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360

10

Po raz pierwszy z ojcami futbolu:

28 maja 1910 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy w historii mecz z profesjonalnym zespołem z Wysp Brytyjskich. Spotkanie rozgrywane było na boisku przy „Placa d'Armes” a przeciwnikiem był słynny walijski Cardiff Corinthians AFC. Tamten mecz był zarazem pierwszą wizytą zawodowej drużyny brytyjskiej w mieście. Barça wygrała ten mecz 4:1 po golach braci Comamala(Carles 2 gole, Arseni jeden) i jednym Perisa. Z uwagi na rozmiary placu do gry otoczonego polami, bez żadnego ogrodzenia, które wyznaczałoby jego granice, Blaugrana jako gospodarz spotkania przygotowała aż 7 piłek żeby nie zatrzymywać gry w razie gdyby jedna z nich wyleciała poza teren boiska. Na Plaça d’Armes już wcześniej odbywały się inne rozgrywki piłkarskie, między innymi mecze dwóch pierwszych edycji turnieju o Medal Federacji, znanego także jako Medal Ratusza. W pierwszej edycji oprócz Blaugrany udział wzięło 8 innych drużyn z Barcelony: FC Catala, Irish FC, Iberia FC, FC Internacional , Catalonia FC, Club Espanyol oraz Club Universitari i Hispania Athletic Club, które wycofały się z turnieju jeszcze przed jego zakończeniem. Triumfatorem została Barça, która uzyskała o 10 punktów więcej niż drugi najwyżej sklasyfikowany zespół, jej wielki rywal w tamtym okresie, czyli FC Catala. Niedługo potem, biorąc pod uwagę wewnętrzne problemy klubu z jakimi borykała się Barça, zarząd postanowił przenieść działalność klubową na teren przy ulicy Muntaner.



Duma Katalonii triumfuje w Lidze Mistrzów:

28 maja 2011 roku FC Barcelona zdobyła swój trzeci w historii Puchar Ligi Mistrzów. Ponownie wyższość Blaugrany musiał uznać Manchester United. To był jeszcze lepszy występ Barçy niż w Rzymie dwa lata wcześniej. Duma Katalonii wyszła na prowadzenie po golu Pedro a wyrównujące trafienie Rooneya było jedynym celnym strzałem Manchesteru w całym meczu. W drugiej połowie ,,Czerwone Diabły” zostały zepchnięte na własną połowe w efekcie czego gole Messiego oraz Vili przesądziły o wygranej drużyny Pepa Guardioli. Po meczu Puyol przekazał opaskę kapitańską Abidalowi i Francuz, który dwa miesiące wcześniej przeszedł operacje usunięcia guza wątroby, wzniósł puchar jako pierwszy. Na konferencji prasowej z klasą zachował się sir Alex Ferguson, który stwierdził iż FC Barcelona to najlepszy zespół, z jakim kiedykolwiek się mierzył i zasłużenie zdobyła to trofeum. Historyczne składy obu drużyn:

Barcelona: Víctor Valdés - Dani Alves (88, Carles Puyol), Gerard Piqué, Javier Mascherano, Éric Abidal - Xavi, Sergio Busquets, Andrés Iniesta - Pedro (90, Ibrahim Afellay), Lionel Messi - David Villa (86, Seydou Keïta)

Manchester United: Edwin van der Sar - Fábio (69, Nani), Rio Ferdinand, Nemanja Vidić, Patrice Evra - Antonio Valencia, Michael Carrick (77, Paul Scholes), Ryan Giggs, Wayne Rooney, Park Ji-sung - Javier Hernández.

@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

11

„Smoki” zademonstrowały magię:

27 maja 1987 r. FC Porto z Józefem Młynarczykiem w bramce zdobyło pierwszy w historii piłkarski Puchar Europy, pokonując w finale na Praterstadion(dziś Ernst Happel Stadion) w Wiedniu Bayern Monachium 2:1, po golach Madjera w 79 m., Juary’ego w 81 m. oraz honorowym trafieniu Kögla w 24 minucie. Oto kilka zdań z korespondencji Jerzego Lechowskiego z tygodnika "Piłka nożna" rozpoczynającej się od fragmentu wywiadu z Udo Lattkiem, szkoleniowcem Bayernu. "Zatem jak będzie w Wiedniu? Ma pan nadzieję, że Bayern znowu wywalczy Puchar Mistrzów? - Mam nadzieję? Nie, ja jestem o tym przekonany!". Ten fragment wywiadu w pełni oddaje nastrój przed finałem na wiedeńskim Praterze. W telewizji już od poniedziałku w każdym programie można było usłyszeć, że zdecydowanym faworytem jest Bayern Monachium. Akcje Portugalczyków obniżała przede wszystkim nieobecność Fernando Gomesa. Kontuzja niezbyt groźna, ale całą nogę miał w gipsie. Kto więc będzie strzelał gole? Zawodnicy FC Porto wykazywali umiarkowany optymizm, natomiast Jean Marie Pfaff i Lothar Matthaeus z Bayernu podzielali opinię swego trenera. Wiele wskazywało, że skończy się zgodnie z przewidywaniami. W 25. minucie na 1:0 strzelił lewoskrzydłowy Ludwik Koegl. "Krzyczałem "Moja!", ale w tym ryku nie usłyszał tego Maghalaes i wyskoczył do piłki. Nie trafił jej czysto, gdyż była za wysoka, musnął ją głową, myląc mnie przy okazji. Piłka skozłowała przed Koeglem a ten szczupakiem skierował ją do bramki"- opisywał Młynarczyk w swojej autobiografii "Piłeczko kochana". W przerwie meczu trener Portugalczyków, Artur Jorge, zaatakował swoich piłkarzy. Krzyczał, że za bardzo ulegli presji mediów, za bardzo wzięli sobie do serca, że nie są faworytem i po prostu boją się przeciwnika. Po zmianie stron Porto rzuciło się do natarcia. W 77. minucie padła jedna ze słynniejszych bramek tamtych czasów. Algierczyk Rabah Madjer strzelił z bliska bramkę piętą. Za chwilę na 2:1 strzelił Juary, rezerwowy Brazylijczyk. Porto dowiozło wynik do końca.

Jednym z bohaterów był Młynarczyk, choć jego gra była raczej solidna niż fantastyczna. W samej końcówce w polu karnym Polaka zrobiło się bardzo gęsto, ale nasz bramkarz tylko raz został zmuszony do największego wysiłku. "W obronie graliśmy, jak zwykle zresztą, dość prawidłowo i piłkarze Bayernu nie mieli stuprocentowych sytuacji, natomiast dość dużo wrzucali na wysokiego Hoenessa, który miał te piłki zgrywać. Jeśli chodzi o wychodzenie z bramki, to czułem się w tym meczu dość pewnie i wszystkie piłki wyłapywałem. W tym meczu najwyższe oceny powinna dostać nasza obrona" - pisał Polak. Korespondent "Piłki Nożnej" dodał od siebie, że Polak wykazał bardzo silne nerwy i bardzo umiejętnie "kradł cenne sekundy". Po spotkaniu Franz Beckenbauer przyznał, że "wygrała piłka nożna". FC Porto to czas, gdy portugalska piłka kojarzyła się z czystą techniką, zaś niemiecka z bezwzględną maszyną. Algierczyk Madjer przyznał, że dla niego był to mały rewanż za słynną "Hańbę w Gijon", czyli mecz z 1982 roku, gdy Niemcy i Austriacy umówili się na wynik i wyeliminowali Algierię z mundialu w Hiszpanii. Dziś czasy się zmieniły, Niemcy kojarzą się z techniczną, efektowną grą. Młodsi kibice byliby wyraźnie zdziwieni, gdyby przeczytali zdanie w "Piłce Nożnej": "Bawarczycy są zawodowcami, ale w ich grze jest mało technicznego kunsztu".

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Astad
@Adran360

1

@Bernard777 Wiesz co? Powiem ci szczerze że gdyby nie fascynacja Wilimowskim a przy okazji też Peterkiem i Wodarzem a co za tym idzie Niebieskimi, to uwierz mi że wogóle nie interesowałby mnie śląski futbol, czy jak wy to mówicie fusbal, zwłaszcza że pochodze z kompletnie innego regionu. Tak więc sam widzisz jak ogromny wpływ ma na mnie(a mam nadzieje że na wielu polskich kibicach) jeden z najwspanialszych tercetów w dziejach futbolu! Z drugiej jednak strony, gdyby nie Barcunia i ten tercet, to nie poznałbym ciebie, miłośniku historii futbolu :) Dzięki śliczne za te informacje ze Śląska a odpisuje dopiero teraz bo nie zawsze mam siły, czas i możliwości. Również pozdrawiam.

3

@Stinger_ To prawda. Do tego wszechstronny Yaya Toure, który w tym finale stworzył pare środkowych obrońców z Pique. Chociaż z drugiej strony tercet Messi, Villa, Pedro też był świetny i wcale nie gorszy od M.E.H.

11

Cudowne lata, fantastyczna drużyna, niezapomniany finał:

27 maja 2009 r. FC Barcelona zdobyła swój trzeci w historii Puchar Ligi Mistrzów. Wygrany 2:0 finał z Manchesterem United rozegrano na Stadionie Olimpijskim w Rzymie. Blaugrana przystępowała do tego finału ze sporymi osłabieniami w defensywie. Kartki wykluczyły występ Daniego Alvesa i Abidala a z powodu kontuzji nie mógł wystąpić doświadczony Rafael Marquez. Trenujący Manchester sir Alex Ferguson próbował wykorzystać te osłabienia i oparł taktykę na Cristiano Ronaldo, który rozpoczął swój występ od kilku prób uderzeń z dystansu. Duma Katalonii wydawała się być zepchnięta do defensywy, lecz w 10 minucie Iniesta zagrał piłke w pole karne do Eto’o i niezawodny jak zawsze Kameruńczyk pokonała Van der Saara. Barça przejęła wówczas kontrole nad grą i pozwoliła ,,Czerwonym Diabłom” na zaledwie dwa celne strzały w całym meczu. W 70 minucie Xavi posłał górną piłke w pole karne, do której niespodziewanie doskoczył Messi, pokonując strzałem głową holenderskiego bramkarza rywali. Warto dodać że pod nieobecność wyżej wymienionych obrońców, bardzo dobrze spisali się Yaya Toure i Sylvinho. Historyczne składy obu drużyn:

Barcelona: Víctor Valdes - Carles Puyol, Yaya Toure, Gerard Pique, Sylvinho - Xavi, Sergi Busquets, Andres Iniesta, Lionel Messi, Samuel Eto'o, Thierry Henry (72 Seydou Keita).

Manchester: Edwin van der Sar - John O'Shea, Rio Ferdinand, Nemanja Vidić, Patrice Evra - Ji-sung Park (66 Dimityr Berbatow), Michael Carrick, Anderson (46 Carlos Tevez), Ryan Giggs (75 Paul Scholes) - Cristiano Ronaldo, Wayne Rooney.

@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

11

Początki wielkiej „Barçy 5 Pucharów”:

27 maja 1951 r. FC Barcelona zdobywa dziewiąty w historii Puchar Hiszpani(zwany wówczas Copa del Generalisimo). W finałowym starciu na Estadio de Chamartin Barça pokonuje Real Sociedad San Sebastian 3:0. Gole w tym finale strzelali znakomici snajperzy: Cesar Rodriguez (31 i 67 minuta) oraz Mariano Gonzalvo(44 minuta). Ten zdobyty puchar był swoistym preludium do zdobycia przez Blaugrane 5 pucharów w roku następnym, co okazało się jednym z największych osiągnięć w historii Dumy Katalonii.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Astad
@AssisMoreira
@Adran360

9

Debiut bramkarskiej legendy FC Barcelony:

27.05.1923 r. w meczu towarzyskim z angielskim Bishop Auckland FC, zadebiutował w barwach Blaugrany legendarny golkiper Ferenz Plattko. Barça wygrała ten mecz 5:0 a więc debiut okazał się całkiem udany.

@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

6

@FCBparasiempre
Na niwie futbolowej obaj mieli ten sam cel - zostać największym magnatem Europejskiej piłki. Dlatego potyczka ich drużyn była dla nich tak bardzo prestiżowa. Gdy Tapie zapowiedział piłkarzom Premium w wysokości 200 000 dolarów na głowę za wygranie meczu, Berlusconi od razu podbił stawkę. Za faworyta uważano Milan i to pomimo kiepskiej postawy tej drużyny na ligowym finiszu, która jednak nie mogła pozbawić zespołu tytułu mistrza Włoch. Mediolańczycy mieli de facto scudetto w garści już na półmetku rozgrywek odsadziwszy Inter na 8 punktów (za zwycięstwo przyznawano wtedy dwa punkty). ,,Rossonerii” śpiewająco, z kompletem zwycięstw przeszli też przez fazę grupową Ligi Mistrzów a ponadto napędzała ich żądza zemsty wobec UEFA za wykluczenie klubu z europejskich rozgrywek w sezonie 1991/92. Warto przypomnieć okoliczności tego wydarzenia. Otóż piłkarze Milanu za podszeptem kogoś ,, z góry" postanowili przed czasem opuścić boisko podczas spotkania z om, w proteście przeciwko decyzjom sędziego. To tylko dodawało smaczków finałowej rywalizacji. Milan na początku lat 90 to była prawdziwie Galaktyczna drużyna. Szatnia pełna gwiazd stanowiła zresztą dla młodego wówczas trenera Fabio Capello wielki kłopot. Żalił się mediom że częściej niż trenerem przychodzi mu być psychologiem, gdyż co chwila musi jakiemuś gwiazdorowi komunikować że nie wystąpi w danym meczu. ,, Nie można narażać gwiazd na częste, przymusowe przerwy w karierze"- stwierdził pewnego razu tłumacząc dlaczego tak mocno rotuje składem w Lidze Mistrzów. Do finału zagrało w niej aż 23 piłkarzy. Tak więc często zdarzało się że Włoch posyłał do boju 11 nieoptymalną, tylko wykoncypowaną. Miał w kadrze aż sześciu obcokrajowców, gdyż do słynnego tercetu Holendrów dokupiono mu latem 1992 roku oprócz Papina także Dejana Sawicevicia, Zvonimir Boban zaś wrócił z Bari a przecież cały czas obowiązywał limit trzech zawodników z zagranicy na boisku. Do tego doszło jeszcze dwóch najzdolniejszych włoskich piłkarzy młodego pokolenia: Lentini oraz Eranio. Trzeba jednak zauważyć że Cappello żonglował swymi asami znakomicie, żaden z nich nie mógł czuć się zbytnio pokrzywdzony. Szkoleniowiec Milanu nie miał zresztą innego wyjścia niż prowadzić z ręczną politykę personalną, wszak jego Boss jasno powiedział co sądzi o oskarżeniach że wpakował do tego barszczu zbyt wiele grzybów: ,,To sprawa trenera żeby w drużynie nie było kwasów". Swoją drogą Capello miał do swego ,,cappo” równie nabożny stosunek jak Goethals do swojego. Gdy Milan nie przegrał 41 kolejnego meczu w lidze i pobił rekord Fiorentiny rzekł: ,,Ten sukces dedykujemy naszemu prezydentowi". W zespole z Lombardii w finale nie mogli zagrać Ruud Gullit, Dejan Sawicevič i Zvonimir Boban, co tylko ułatwiło trenerowi ustalenie składu. Mimo to Papin zajął miejsce zaledwie na ławce rezerwowych. Co do Gullita, plotkowano że wcale nie był kontuzjowany, lecz decyzję o odsunięciu go od gry podjął sam Silvio Berlusconi, gdyż zawodnik nie chciał przyjąć zaproponowanych mu warunków przedłużenia kontraktu. Zresztą nie tylko on, także Frank Rijkaard nosił się z zamiarem opuszczenia klubu. Miląc znajdował się w centrum uwagi ale zawodnicy om mieli przekonanie że to oni wygrają. ,,Przegraliśmy finał 2 lata temu, choć byliśmy lepsi, teraz Bóg musi nam go oddać. Po tylu trudnościach na drodze nie możemy doznać kolejnej porażki"- tak można streścić kilka przedmeczowych wypowiedzi Abediego Pele dla francuskich mediów. Koledzy zaś musieli ufać gwieździe zespołu. Zaproponowany przez Goethalsa skład Olympique został zatwierdzony przez Tapiego. Nie wiadomo czy prezydent wprowadził do tym razem jakieś zmiany, w trakcie meczu natomiast kilka razy sięgał po krótkofalówkę a w tym samym czasie na ławce podnosił ją któryś z członków sztabu. Czy Tapie domagał się korekty taktyki w trakcie meczu i żądał zmian personalnych? Nie wiemy, na pewno jednak nie pytał trenerów o samopoczucie... Początek meczu zdecydowanie należał do ekipy z Włoch. Milan przyciskał marsylię, lecz Marco van Basten i Daniele Massaro zmarnowali dogodne okazje. W zespole z Francji największą ochotę do walki i prowadzenie ataków przejawiał po jego Szarży w ostatniej minucie gry przed przerwą francuski zespół wywalczy rzut rożny, gdyż dośrodkowanie gańczyka w ostatniej chwili zablokował wcześniej prześcignięty przezeń Paulo Maldini. Sam Pele dokładnie zacentrował na głowę Bazyla Bolliego, który mocne uderzeniem umieścił piłkę w siatce. To był dopiero drugi gol stracony przez Milan w tej edycji Ligi Mistrzów ale właśnie to trafienie przesądziło o porażce Włochów. Aedi Pele zdradził po latach kulisy zdobycia Tego gola w wywiadzie dla „Sport-avenir.com”: ,,Zauważyłem że przy rzutach rożnych drużyna Milanu ustawia się dosyć głęboko. Dlatego wieczorem w pokoju hotelowym powiedziałem do Bolly’ego i Anglomy żeby przy każdym kornerze dla nas jeden z nich atakował bliższy słupek A ja tam spróbuję dograć". W przerwie na stadionie olimpijskim rządzili kibice Milanu, lekceważący to, co się stało. Wielki Milan nie mógł przecież w taki sposób wypuścić z rąk trofeum. Równo z rozpoczynającym drugą odsłonę spotkania gwizdkiem sędziego istotnie zaczął się szturm Van Bastena i kolegów. Na boisku zameldował się Papin, przywitany przez kibiców om straszliwymi gwizdami i okrzykami zdrajca. Zaraz po wejściu mógł wyrównać ale i jego zawiodła skuteczność. Z każdą minutą napór mediolańczyków słabo, podobnie jak doping ich kibiców, tymczasem coraz głośniejsi byli fani OM, którzy zaczynali wierzyć że marzenie może się ziścić. W końcu sędzia zakończył zawody. ,,Zagraliśmy kompletny mecz. To było zwycięstwo nasze, piłkarzy ale zarazem wielki sukces z całej Francji"- skomentował po latach Rudi Voller w rozmowie z rp-online.de.

Pozostaje pytanie dlaczego w końcówce wyraźnie więcej sił mieli zawodnicy mistrza Francji, którzy dzięki temu pewnie doholowali zwycięstwo do końca? Oto co na ten temat powiedział w 2006 roku w wywiadzie dla ,,L'Equipe" ich pomocnik Jean Jacques Eydelie: ,, Przed finałem Kazano nam ustawić się w rządku i każdy dostał zastrzyk. Odmówił tylko Rudi Voller. Podczas gry czułem niezwykłą suchość w ustach. Moje ciało reagowało inaczej niż zwykle". Czy om wygrało mecz, bo jego piłkarzom podano doping? Czy może, jak tłumaczono w klubie były to wyłącznie dozwolone środki? Żaden z pozostałych zawodników nie potwierdził rewelacji kolegi. ,,To co mówi Eydelie jest całkowicie niewiarygodne. Nie przypominam sobie widoku któregokolwiek piłkarza OM dostającego podejrzany zastrzyk"- powiedział Völler. „Nasze zwycięstwo w Monachium było absolutnie czyste"- stwierdził Marcel Desailly. ,,Mieliśmy tak silny skład że nie było potrzeby się dopingować"- dodał asystent trenera Goethalsa Jean Fernandez. No właśnie, jak silny skład posiadała Francuska drużyna? Wielu kibiców OM uważa że o wiele mocniejsza była ekipa z 1991 roku, ta, która przegrała finał z Crveną Zvezdą. Najlepiej znający zagadnienie, gdyż najdłużej grający w klubie obrońca Eric de Meco po latach powiedział tak: ,,Najmocniejsza to była drużyna z 1990 roku, która z Pucharu Europy odpadła w półfinale po meczu z Benfiką i golu strzelonym dla niej ręką przez watę. Enzo Francescoli, Chris Waddle, Karl-Heinz Forster, Moser, Manu Amoros! Cóż to była za moc!". No ale zespołowi temu zabrakło szczęścia i determinacji a ekip jest 1993 roku- nie. Obraz odbierający trofeum piłkarzy OM i smutno siedzących w kącie boiska graczy Milanu utkwił w pamięci wielu obserwatorów. Sytuacja wzbudziła pewne zażenowanie, UEFA zaczęła więc rozmyślać nad tym by za nim zwycięzcy odbiorą puchar, wręczać pokonanym medale za dotarcie do finału, co było bardzo ludzkim pomysłem, który niebawem wprowadzono w życie. W Monachium graczy Marsylii oraz Bernarda Tapiego opanowało szaleństwo. Wspólna noc była bardzo długa. Na imprezie zabrakło tylko jednego człowieka- trenera Goethalsa. On świętował największy sukces w karierze po swojemu: wypalając na balkonie hotelowego pokoju kilka papierosów, które przez całe życie były najwierniejszym druhem. ,,Gdy następnie jego dnia wróciliśmy do Marsylii od wczoraj kibiców"- opowiadał po latach rudy Voller. Piłkarze nie mogli się do nich przyłączyć, gdyż niebawem czekał ich kolejny arcyważny mecz. Wielka feta odbyła się na Stade Velodrom 3 dni później, 29 maja. Tak się złożyło że Olimpic grał tego dnia w lidze z depczącym mu po piętach PSG. Miał dwa punkty przewagi, więc zwycięstwo przesądzało sprawę tytułu mistrzowskiego. Kibice chcieli świętować podwójnie i otrzymali ku temu okazję, bo choć goście wyszli na prowadzenie w Siódmej minucie Marsylia wygrała 3:1. Nikogo nie obchodziło że mecz był brzydki czy pełen fauli. Bohaterowie zostali nagrodzeni, choć nie poszło gładko, ponieważ kibice ze stolicy nie zamierzali, oczywiście klaskać wielkiemu rywalowi. Rzucali na boisko race a ostatecznie pobili się z policją. To była chyba jedyna w historii Ligi Mistrzów feta Zwycięzców przebiegająca w takiej atmosferze. Fabian Bartez powiedział jednak po niej: ,, granie w takim klubie jak Olympic Marsylia, z takimi kibicami, to najwspanialsza rzecz jaka możesz spotkać piłkarza". Bernard Tapie też wypinał pierś do orderów. Nawet jeśli już nie ingerował w zwycięską taktykę i w skład (albo robił to w umiarkowanym stopniu) to przecież Olimpiq był jego tworem, powstał i funkcjonował za jego pieniądze ,,To był po prostu klub należący do jednego człowieka, który podejmował tam wszystkie ważne decyzje"- powiedział po latach Angloma. Od 1986 roku ta pije, nie licząc się z pieniędzmi, kupował wszystkich tych znakomitych piłkarzy, którzy umknęli uwagę szefów klubów potężnych wtedy serie A. Zatrudniał wybitnych trenerów, przed Goethalsem jego zespół prowadzili między innymi Michelle Hidalgo oraz Franz Beckenbauer. Nie zrezygnował z marzeń o triumfie ani po porażce w Bari, ani po wyeliminowaniu w kolejnej edycji 1991-92 przez Spartę Praga jeszcze przed fazą grupową. Zemścił się jednak za to ostatnie na piłkarzach w charakterystyczny dla siebie sposób: przez cały następny sezon dostawali wypłaty z opóźnieniem. Gdy latem 1992 roku Milan zagiął parol na gwiazdę zespołu Jean Pierre Papina, nie zatrzymywał napastnika na siłę, lecz sprzedał go sprowadzając w zamian dwóch kapitalnych atakujących: Vollera oraz Boksicia. Pierwsze zdobycie Pucharu Europy przez klub z kraju pomysłodawców europejskich rozgrywek traktował jako swoje powołanie, dziejową misję. Gdy wyczarterowany samolot ze zdobywcami i trofeum na pokładzie lądował w Marsylii, Tapie przeżył być może najszczęśliwszy dzień życia. Nie wiedział jeszcze wtedy że wejście na szczyt skończy się upadkiem. Cytując Bułhakowa: ,,Annuszka już wylała olej". Pięć dni przed starciem z Milanem Marsylia rozgrywała ligowy mecz z Valencienneem. Do końca sezonu pozostały trzy kolejki, zespół literował w tabeli lig 1 i miał cztery punkty przewagi na PSG. W poprzedniej serii OM wysoko pokonał Lille, tymczasem rywal znajdował się w strefie spadkowej, dostał ostatnio lanie od Nantes i wyglądał na słabowitego. Federacja piłkarska, chcąc pomóc marsylczykom przed finałowym starciem z Milanem wyznaczyła potyczkę na piątek. Co podkusiło Tapiego żeby kupować akurat ten mecz? Takie działanie ocierało się o absurd. Magnat wyszedł jednak z założenia że trzeba wspomóc piłkarzy, który głowy będą już zaprzątnięte meczem w Monachium. Poprzez swoich ludzi dotarł więc do kilku zawodników Valenciennes i zapłacił im by Nie stawiali przesadnego oporu jego pupilom ale Boksić strzelił gola w 21 minucie a potem zaczął się kabaret, jak w meczu z Brugge (ale wtedy nikomu niczego nie udowodniono; być może ten mecz z belgami tak rozzuchwalił Tapiego?). Po kilku dniach jednego z graczy Valenciennes, obrońcę i Jackuesa Glassmanna ruszyło sumienie (albo zmotywowało go coś innego) i zawodnik ujawnił całą sprawę. Jego rewelacje potwierdził kapitan zespołu Christopher Robert, który przyznał że to do niego zgłosił się z propozycją korupcyjną jeden z graczy om - Jean Jacques Eydelie. Afera z początku śmieszne, wkrótce stała się poważna. UEFA zaczęła naciskać by ją wyjaśnić. Sama wzięła pod lupę mecz om z... CSKA (6:0), gdyż trener Rosjan Kostyliew doniósł że próbowano go przekupić ale Europejska Federacja niczego nie wytropiła. Dopiero po kilku latach o złożonej i im propozycji korupcyjnej donieśli trener Glasgow Rangers Walter Smith oraz piłkarz Mark Hatelley. Być może więc OM przebyło nieuczciwie całą drogę do finału Ligi Mistrzów.

Niewykluczone że Francja w 1993 roku dłużej i zacieklej broniła swej chluby ale przecież za kilka lat miał się tam odbyć mundial, więc skaza na wizerunku kraju była i jej niepotrzebna. Om szybciutko zaczęto wykluczać z kolejnych rozgrywek sezonów 1993 94: Puchar Francji (Ostatecznie w nim zagrał), superpucharu Europy i pucharu interkontynentalnego. W końcu klub został wyrzucony także z Ligi Mistrzów. Czołowi zawodnicy natychmiast zgłosili chęć rozwiązania kontraktów. Tapie krzyczę o włoskiej mafii, która chce Zemsty za odebranie serię a Pucharu Europy ale nikt go już nie słuchał. Tak upadło jego imperium. Sam szef najpierw zasłaniał się menadżerem OM Barnesem ale ostatecznie okazało się że od początku o wszystkim wiedział. W końcu w 1996 roku, w wieku 53 lat Bernard Tapie trafił do więzienia. Znalazł się w nim w ciekawych okolicznościach. Gdy otrzymał wyrok 24 miesięcy pozbawienia wolności, z czego 16 w zawieszeniu, nie udało się go osadzić za kratkami, gdyż adwokaci potrafili go wybronić ale chcąc złożyć odwołanie musiał pozwolić się zamknąć chociaż na jeden dzień, gdyż tak stanowi francuskie prawo. Tak więc udał się w wyznaczone miejsce do paryskiego więzienia La Sante, lecz sąd kasacyjny nie znalazł podstaw do wszczęcia postępowania odwoławczego i biznesmen pozostał w celi. Niebawem jednak adwokaci podjęli starania zmierzające do tego by ich klient był wolny w dzień a w zakładzie zamkniętym spędzał tylko noce. Ostatecznie to w tym trybie odbył karę. Mecz z PSG był przedostatnim w karierze Goethalsa. Po ostatnim ligowym meczu sezonu z Toulouse zmęczony szkoleniowiec odszedł na emeryturę (by jeszcze na chwilę wrócić z niej w 1995 roku i objąć Anderlecht). Jako futbolista grał na bramce. Jako trener przez wiele lat przysparzał chwały belgijskiemu futbolowi, pracując w tym że Anderlechcie oraz standardzie Liege, wówczas czołowych ekip Europy. Za granicą przed objęciem Marsylii w 1991 roku prowadził Bordeaux, Sao Paulo FC, Vitorię ponownie Bordeaux. Z reprezentacją Czerwonych Diabłów dotarł do najlepszej czwórki Mistrzostw Europy w 1972 roku. Uchodził on za mistrza taktyki, Nazywano go nawet z tego powodu naukowcem a ponieważ często wygrywał z silniejszymi, także czasami czarodziejem. Wolał jednak raczej bronić niż atakować kropkę to on wprowadzał do Europejskiego futbolu nowinki służące po prawie gry defensywnej: agresywny pressing i strefowe krycie. Właśnie tymi elementami imponował grający najczęściej w ustawieniu 5-2-3 zespół (choć akurat na finał Belg wybrał inny system: 4 3 1 2). Przez wiele lat nikt nie stosował potem 1 z tych ustawień, odeszło ono w zapomnienie, po wielu latach zostało jednak odkurzone przez reprezentację Kostaryki na mundialu w 2014 roku, która właśnie dzięki oryginalnej taktyce wyszła z grupy, mimo że Rywalizowała w niej z Anglią, Włochami i Urugwajem, po czym dotarła do ćwierćfinałów imprezy. Jego dziedzictwo nie zostało więc całkowicie zaprzepaszczone. Wkładem om w rozwój futbolu było udowodnienie jak świetnie rezultaty może przynieść wdrożenie defensywnych rygorów do zespołu składającego się z wybitnych futbolistów. Taka idea była też bliska Bernardowi Tapiemu, który w 2018 roku powiedział: ,, część zawodników woli mecz przegrany 3-4, w którym strzeli trzy gole, niż zwycięstwo 1:0 bez swojego udziału. Tymczasem piłka nożna opiera się poświęceniu dla innych. Jeśli w zespole nie ma altruizmu jest on skazany na porażkę". W istocie rzeczy wszyscy trenerzy silnych zespołów stawiający na defensywę, w tym Jose Mourinho są uczniami Goethelsa ale oczywiście dziś nikt do takiego źródła inspiracji nie zamierza się przyznawać. Goathels dostał dożywotni zakaz pracy trenerskiej w Belgii, więc jeśli temida nie okazała się całkiem ślepa nie był o niczym nie wiedzącym niewiniątkiem. Tapie doskonale wiedział kogo zatrudniał. Po aferze w Belgii trenera nie dopadły Zresztą wyrzuty sumienia. Po krótkim epizodzie w Guimaraes objął posadę dyrektora sportowego w drugoligowym Racingu Yet z rodzinnej Brukseli. Oczywiście był de facto trenerem tego zespołu, który ekspresowo wywalczył awans do ekstraklasy. W Marsylii dostał od prezydenta Tapiego zespół z mnóstwem gwiazd. Nie ze wszystkimi udało mu się dogadać. Tylko rok wytrzymał z nim Eric Cantone. Gdy pewnego razu piłkarz powiedział że nie podoba mu się rola rezerwowego i nie zasiądzie na ławce trener polecił mu zająć miejsce rząd za nią gracze bardzo go cenili. ,, szanuję go oczywiście ze względu na wiek ale także doświadczenie i klasą trenerską. Dopiero on zrobił z nas stuprocentową ekipę"- powiedział Basile Boli. Goethals wygrał Ligę Mistrzów mając 72 lata. Do dziś nie dokonał tego nikt starszy.

9

„Les Olympiens” zdobywają najcenniejszy puchar w cieniu korupcji:
Pierwszy w dziejach finał Ligi Mistrzów pomiędzy Olympique Marsylia a AC Milan był starciem Tapiego z Berlusconim, dwóch ludzi o bardzo podobnej drodze życiowej, związanej z show-biznesem, wielkimi interesami i polityką oraz o równie okazałych ambicjach. O kulisach tego finału zapraszam do odpowiedzi na mój komentarz.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360

9

Derby Chorzowa:

W czwartek 26 maja 1938 r. w święto Wniebowstąpienia Pańskiego a więc w dzień wolny od pracy na stadionie w Wielkich Hajdukach stanęły naprzeciwko siebie drużyny ruchu i AKS-u. W mecz 6-tej kolejki ligowej lepiej weszli piłkarze z Chorzowa i pierwsze 10 minut przebiegało pod ich dyktandem. Niebiescy stopniowo jednak zaczęli przejmować kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Pierwszego gola dla ruchu w 21 minucie spotkania strzelił głową Peterek wykorzystując doskonałą centrę Kruka Jak napisał dziennikarz „Śląskiego Kurjera Porannego": Peterek strzelił bramkę, która nadawałaby się na taśmę filmu olimpijskiego. Kilka minut później po dwójkowej akcji z włodarzem do siatki trafił Wilmowski i wynik brzmiał 2:0 dla Ruchu. 35 minucie w zamieszaniu podbramkowym najprzytomniej odnalazł się ponownie ,,Ezi" podwyższając prowadzenie niebieskich na 3.0. Według prasy ten zabójczy kwadrans doskonałej gry gospodarze wykorzystali w 100%. Zamieniając swoje sytuacje na gole. Potem znów do głosu doszli goście z Chorzowa. Pierwszą bramkę dla ,, zielono-białych" z rzutu karnego po faulu Broma zdobył Leonard Piątek i wynik do przerwy brzmiał 3:1. Komentatorzy pisali o bardzo wysokim poziomie obydwu zespołów, przy czym AKS grał a Ruch strzelał gole. W drugiej części spotkania początkowo zaatakowali Niebiescy chcąc ,, zamknąć ten mecz". Jednak zryw gospodarzy trwał tylko kilka minut, w tym czasie dwukrotnie Wilmowski niepokoił bramkarza AKS-u. Później napór drużyny gości stawał się coraz większy. Niebiescy słabli z każdą minutą ale bronili się z dużą determinacją i szczęściem. Doszło do sytuacji że nawet Wilimowski cofnął się do linii pomocy pilnując Piątka. Na kwadrans przed końcem drugiego gola strzelił właśnie Piątek. Wynik 3:2 pomimo frontalnych ataków gości nie uległ już zmianie i Ruch wygrał derby. Po tym zwycięstwie Ruch umocnił się na pozycji lidera rozgrywek ligowych mając dwa punkty przewagi nad drugą w tabeli Warszawianką.

@Adran360
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

8

W pogoni za historycznym mistrzostwem:

26 maja 1929 r. FC Barcelona zdecydowanie pokonuje Atletico Madryt 4:0 na „Estadio Montjuïc” w 14 kolejce Primera Division, umacniając się na prowadzeniu z dwupunktową przewagą nad Realem Madrid. Blaugrana już do końca rozgrywek nie odda prowadzenia, czego efektem było pierwsze w historii mistrzostwo Hiszpanii! Gole przeciwko Atletico strzelali: Josep Sastre(10 m.), Josep Samitier(43 i 61 m.) oraz niemiecki prawy obrońca Emil Walter(47 m.).

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Astad
@AssisMoreira
@Adran360

8

Wiekopomny triumf w Copa Del Rey:

26 maja 1910 roku FC Barcelona pokonała na „Estadio Tiro del Pichon” Espanyol de Madrid 3:2 w finale Pucharu Króla i po raz pierwszy w dziejach sięgnęła po ten puchar. Gole zdobywali: Charles Wallace, Carles Commamala i Jose Rodriguez dla Blaugrany oraz dwa Buylla dla Espanyolu. Ekipa Blaugrany wystawiła w tamtym finale następujący skład: Sola, Bru, Peris, Grau, Forns, Jose Rodriguez, bracia Wallace i Commamala a także Amechazurra, który był pierwszym zawodowym piłkarzem klubu. Po powrocie do Barcelony drużyna została powitana przez rozentuzjazmowany tłum, który zgromadził się na przystanku przy „Passeig de Gracia” żeby zobaczyć swoich mistrzów. Następnie piłkarze, szefowie klubu i władze miasta pojechali do „Cafe Torino” aby wygłosić tam tradycyjne przemowy i świętować zwycięstwo jak należy przy kieliszku wina. Wśród przybyłych na celebracje zwracała uwagę obecność najważniejszej osoby klubu, ówczesnego prezydenta Otto Gmelina, znanego jako „Wielki Otto” ze względu na potężną sylwetke.

@Adran360
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

0

@FcPortoFan1999 Dopiero z roboty wróciłem i co widze? A no że wygrała! Bravo Igunia i do przodu!

4

@FCBparasiempre
W półfinale Włosi musieli się zmierzyć z CSKA Sofia. Bułgarzy w 1/8 wyeliminowali mistrza Polski Górnika Zabrze (4:0 w Sofii i 0:3 w Zabrzu – Górnik prowadził już do przerwy 3:0, a po zmianie stron karnego nie wykorzystał Ernest Pohl), w ćwierćfinale byli górą w starciu z Linfield Belfast (2:2 w Irlandii Północnej i 1:0 w Sofii). Byli prawdziwą rewelacją tej edycji Pucharu Mistrzów i o mały włos nie dotarli do finału. Po remisie 1:1 w Mediolanie dokładnie taki sam wynik padł w Sofii. Dopiero w trzecim meczu na „neutralnym” stadionie w Bolonii (wybór tego miejsca nie był zbyt fortunny) Włosi zapewnili sobie awans do finału po bramce niezawodnego Renato Cappelliniego w 12. minucie. Potem zastawili słynny „rygiel” i udało się „dowieźć” 1:0 do końca meczu. Krąży legenda, że paragwajski trener Juventusu Heriberto Herrera (zbieżność nazwisk z Helenio przypadkowa) przed finałem zaprosił do Turynu Jocka Steina, aby dokładnie wyjaśnić mu sposób gry Interu. Nawet i bez tego trener „Celtów” wiedział jednak, czego może się spodziewać. Mimo tego został zaskoczony. Pierwsze minuty meczu finałowego należały zdecydowanie do zawodników z Półwyspu Apenińskiego. Już w 7. minucie James Craig sfaulował w polu karnym Renato Cappelliniego, a legendarny Sandro Mazzola pewnie wykorzystał jedenastkę. Spotkanie ułożyło się więc dla Interu wyśmienicie i mógł on przyjąć ulubioną taktykę – „rygiel”, utrzymywanie piłki na własnej połowie i sporadyczne kontry. Wyszło jednak na to, że Inter objął prowadzenie zbyt wcześnie. Świetnie przygotowany fizycznie Celtic stosował – używając dzisiejszej terminologii – wysoki pressing, i z każdą minutą Szkoci coraz bardziej tłamsili rywala. Szybko też neutralna publiczność portugalska (Włochów i Szkotów było po ok. 12 tysięcy) opowiedziała się po stronie Wyspiarzy, ponieważ ich ofensywny styl był po prostu przyjemniejszy dla oka. Inter dzielnie bronił się do 63 minuty. Wtedy Tommy Gemmel uderzył z linii pola karnego w „same widły”, a strzegący bramki Interu Giuliano Sarti nawet się nie ruszył. Napór Celticu rósł i druga bramka wisiała w powietrzu. Inter padł ostatecznie w 84. minucie – Stevie Chalmers zmienił kierunek lotu piłki wstrzelonej w pole karne i znalazła ona drogę do siatki. Pozostawało jeszcze sześć minut na odrobienie strat, ale Inter nie był już w stanie nic zrobić. Puchar trafił w ręce niesamowitych chłopaków z Glasgow. Ponieważ rok wcześniej Real wywalczył puchar na własność, UEFA ufundowała nowy, nieco inny, ten sam, o który walczy się do dziś. I właśnie ten puchar odebrał z rąk prezydenta UEFA, Szwajcara Gustava Wiederkehra i prezydenta Portugalii America Thomaza – Billy McNeill, jako kapitan pierwszej zwycięskiej drużyny z Wysp Brytyjskich. Dwa tygodnie później Celtic zaproszony został przez Real Madryt do rozegrania na Estadio Bernabeu pokazowego meczu na cześć żegnającego się z boiskiem Alfreda di Stefano. Ówczesny trener Liverpoolu Bill Shankly (autor wielu słynnych cytatów), starszy o dziewięć lat od Jocka Steina, powiedział do niego po finale w Lizbonie: „Jock, teraz jesteś nieśmiertelny!”. W następnym sezonie Celtic wywalczył mistrzostwo i Puchar Ligi Szkockiej, potem znowu ugrał potrójną koronę. W 1970 r. „The Boys” jeszcze raz dotarli do finału Pucharu Europy, ale tym razem musieli uznać wyższość nowej jakości w europejskim futbolu – holenderskiego futbolu totalnego. Przegrali z Feyenoordem Rotterdam 1:2. Jock Stein prowadził „Celtów” do 1978 r. Następnie zaliczył krótki epizod w Leeds United i przejął obowiązki selekcjonera reprezentacji Szkocji, którą poprowadził w finałach MŚ w Hiszpanii w 1982 r. Umarł tak jak żył – 10 września 1985 r. dostał zawału serca podczas meczu wyjazdowego z Walią w eliminacjach MŚ. Na śmierć swojego mistrza patrzył bezradnie Alex Ferguson, zdolny szkocki trener młodszego pokolenia i ówczesny asystent Jocka Steina. Celtic FC zdobył po 1967 r. wiele tytułów, w 2003 r. dotarł nawet do finału Pucharu UEFA, jednak żadna drużyna nie może się równać z „Lwami z Lizbony” Jocka Steina. Razem z nim na nieśmiertelność zasłużyła cała jedenastka, która 25 maja 1967 r. zdobyła najcenniejsze klubowe trofeum.

9

@FCBparasiempre
25 maja 1967 na Estádio Nacional w Lizbonie CELTIC Glasgow pokonuje INTER Mediolan 2:1(0:1) w finale Pucharu Mistrzów. Dzisiaj drużyny walczące o triumf w Lidze Mistrzów to zbiory najlepszych piłkarzy z całego świata. Był jednak piękny czas, kiedy to grupa kolegów z osiedla potrafiła pokonać wszystkich. W 1967 r. Puchar Europejskich Mistrzów Klubowych wywalczył Celtic Glasgow a wszyscy ówcześni zawodnicy „The Bhoys” urodzili się w promieniu 30 mil od Glasgow. Tę wspaniałą drużynę trenował Jock Stein i przeszła ona do historii jako „Lwy z Lizbony”, ponieważ właśnie w słonecznej Portugalii Celtic FC pokonał w finale Pucharu Mistrzów Inter Mediolan. Każdego wieczora tuż przed snem, klęcząc przed figurką Matki Boskiej, razem z bratem modliłem się o zdrowie dla mamy i taty, dla Grana McKenny oraz dla Grana McCabe’a a także dla wszystkich naszych ciotek i wujków. „Módlcie się także za Jocka Steina” – przypominał nam ojciec. Kilka lat później było u nas kilku wujków i ksiądz, który tłumaczył, dlaczego Jock Stein powinien zostać świętym. Co prawda nie był katolikiem ale w 1967 r. za jego sprawą stał się cud – pisał w „The Guardian” szkocki dziennikarz Kevin McKenna. „Lwy z Lizbony” (Lisbon Lions) to zwycięzcy finału Pucharu Europejskich Mistrzów Klubowych, który odbył się na Stadionie Narodowym w Lizbonie 25 maja 1967 r. Celtic Glasgow pokonał tego dnia Inter Mediolan 2:1, zdobywając jako pierwszy klub z północy kontynentu najcenniejsze klubowe trofeum. Było to zwieńczenie najlepszego sezonu w 130-letniej historii „The Bhoys”. Celtic FC w sezonie 1966/1967 zdobył mistrzostwo, Puchar Szkocji, Puchar Ligi Szkockiej, no i przede wszystkim Puchar Europy. Dokonała tego drużyna będąca mieszanką rutyny z młodością, prowadzona przez legendę szkockiej piłki Jocka Steina. Jego „Lwy z Lizbony” już kilka lat przed erą Ajaxu Amsterdam i genialnego Rinusa Michelsa prezentowały futbol totalny. ,,To niemożliwe, nikt tak nie gra, w zespole szkockim jest ośmiu napastników!” – krzyczał szwajcarski komentator w drugiej połowie finałowego meczu z Interem. Jednocześnie był to zespół złożony z chłopaków niemal z jednego osiedla, wszyscy poza Bobbym Lennoxem urodzili się w promieniu 10 mil od stadionu Celtic Park. Zresztą nawet i sam Lennox pochodził z miasteczka Saltcoasts, leżącego zaledwie 30 mil od największego szkockiego miasta (jako jedyny nie-glasgowczyk określał sam siebie mianem outsidera). Historia „Lwów z Lizbony” to coś niemożliwego w erze modern football, dlatego ma w sobie tyle romantyzmu. Zwłaszcza że była to naprawdę świetna drużyna. Celtic Football Club został oficjalnie założony 6 listopada 1887 r. przez irlandzkich imigrantów w Glasgow. Celem miała być walka z biedą wśród miejscowych Irlandczyków, a zaczęło się to wszystko w sali katolickiego kościoła św. Marii (katolicyzm od samego początku był jednym z symboli „The Bhoys”). Na klubowym herbie widnieje jednak rok 1888, ponieważ dokładnie 28 maja tego roku „Celtowie” zagrali pierwszy oficjalny mecz. Ich rywalem – a to niespodzianka! – byli Glasgow Rangers. Pierwsze Old Firm Derby zakończyły się zwycięstwem Celticu 5:2. Już w 1889 r. „The Bhoys” dotarli do finału Pucharu Szkocji, w 1892 r. zdobyli to trofeum, a po roku dorzucili do tego pierwszy tytuł mistrza Szkocji. Wystarczyło więc zaledwie kilka lat istnienia, aby Celtic stał się czołowym klubem w kraju. W 1964 r. klub po raz pierwszy pokazał się na arenie międzynarodowej, docierając do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów (zlikwidowany w 1999 r.). Po imponującym zwycięstwie u siebie z MTK Budapeszt 3:0, na wyjeździe „Celtowie” roztrwonili przewagę i przegrali aż 0:4. Była to jednak zapowiedź złotej ery Celticu, która miała się zacząć wraz z przyjściem trenera Jocka Steina. Oficjalnie został on ogłoszony menedżerem Celticu 31 stycznia 1965 r. Umówił się jednak z władzami klubu, że pozostanie w Hibernanie, dopóki nie znajdą tam jego następcy. Ostatecznie więc zawitał na dobrze sobie znany Celtic Park w marcu, zastępując pracującego tam od 20 lat Jimmy’ego McGrory’ego (ten w uznaniu zasług otrzymał posadę dyrektora PR). Jock Stein urodził się 5 października 1922 r. w Hamilton oddalonym o 12 mil od Glasgow i był zawodnikiem Celtic FC w latach 1951-1956. Przychodził z walijskiego Llanelli AFC raczej jako uzupełnienie, ale udało mu się wywalczyć stałe miejsce na środku obrony, z czasem zasłużył nawet na opaskę kapitana. Karierę musiał zakończyć w wieku 34 lat z powodu uciążliwej kontuzji kostki.

Przydzielono mu do trenowania drużyny juniorskie oraz rezerwy. Po nieco ponad trzech latach takiej pracy postanowił rozpocząć działalność na własną rękę i przeszedł do Dunfermline Athletic. W momencie rozpoczęcia pracy (14 marca 1960 r.) miał zaledwie dwa punkty przewagi nad ostatnią drużyną w tabeli. Utrzymał zespół w najwyższej klasie rozgrywkowej, a już w następnym sezonie wywalczył Puchar Szkocji. Dało to prawo gry w Pucharze Zdobywców Pucharów, gdzie w sezonie 1961/1962 Dunfermline dotarł do ćwierćfinału. Te osiągnięcia poskutkowały ofertą z Hibernianu Edynburg, do którego Jock Stein przeniósł się w marcu 1964 r. (to był ulubiony przez Steina miesiąc do zmian miejsca pracy). Przez rok pobytu w stolicy Szkocji zdołał wygrać Summer Cup czy pokonać w meczu towarzyskim Real Madryt. To wystarczyło, aby dostać ofertę z Celticu i w marcu 1965 r. Jock Stein rozpoczął swoją najpiękniejszą życiową przygodę. Jego następcą w Hibernianie został Bob Shankly, starszy brat legendarnego Billa. Do dzisiaj Stein pozostaje najlepszym menedżerem Hibernianiu w historii, w ciągu roku jego pracy współczynnik zwycięstw drużyny wynosił 62%. Zatrudnienie Jocka Steina na stanowisku pierwszego trenera Celtic FC było przełamaniem swego rodzaju tabu, ponieważ był on pierwszym protestanckim menedżerem w historii klubu. Zastał drużyną przygotowującą się do rozegrania półfinałów Pucharu Szkocji. Udzielił swoim nowym podopiecznym wskazówek taktycznych na poziomie, z jakim wcześniej nie mieli do czynienia. Rozprawili się w półfinale z Motherwell, a w finale pokonali Dunfermline. Po dwóch miesiącach pracy na Celtic Park Jock Stein miał już swój pierwszy „skalp” – „The Bhoys” wygrali Puchar po raz pierwszy od jedenastu lat. W przerwie letniej ściągnął najlepszego strzelca Motherwell Joe McBride’a. W pierwszym pełnym sezonie pod wodzą Steina (1965/1966) „The Bhoys” zdobyli Puchar Ligi Szkockiej i dotarli do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Byli bardzo bliscy historycznego występu w finale europejskich rozgrywek – przegrali w dwumeczu z Liverpoolem 1:2, a w meczu na Anfield sędzia nie uznał dającej „Celtom” awans bramki Bobby’ego Lennoxa (wątpliwy spalony). Co się jednak odwlecze… Potem Celtic przegrał w finale Pucharu Szkocji z Rangersami, ale powetował to sobie w lidze, zdobywając pierwsze od dwunastu latu mistrzostwo Szkocji. Imponujące pasmo sukcesów w ciągu zaledwie dwóch lat, ale najlepsze dopiero się zbliżało. Przed startem sezonu 1966/1967 Jock Stein właśnie tak powiedział do swoich piłkarzy. Faktycznie, był to najbardziej magiczny, cudowny i niezapomniany sezon w historii klubu z katolickiej części Glasgow. Mistrzostwo, Puchar Szkocji, Puchar Ligi Szkockiej, Glasgow Cup i Puchar Europy – w drodze do tych trofeów „The Bhoys” strzelili łącznie 196 goli. Już letnie mecze towarzyskie zapowiadały coś wielkiego – Celtic pokonał m.in. Manchester United 4:1 (tzw. „dzieci Busby’ego”, które w 1968 r. zdobyły Puchar Europy) oraz 1:0 Real Madryt na Estadio Santiago Bernabéu. Ligę ekipa Jocka Steina rozpoczęła od fenomenalnej serii ośmiu kolejnych zwycięstw. Dopiero w dziewiątej kolejce rozpędzonych „Celtów” na ich boisku powstrzymała drużyna St Mirren, remisując 1:1 (5 listopada 1966 r.). W tym czasie Jock Stein i spółka mieli już na koncie pierwszy triumf – 29 października w finale Pucharu Ligi Szkockiej pokonali Glasgow Rangers 1:0 po golu Bobby’ego Lennoxa. Spotkanie na Hampden Park oglądało 94,5 tys. widzów. Wpadkę z 5 listopada z St Mirren „The Bhoys” szybko sobie powetowali zwycięstwem w finale Pucharu Glasgow (7 listopada) nad Patrick Thistle FC 4:0 (znowu na Hampden Park, tym razem jednak „tylko” 31 tys. widzów – mniejsza ranga rozgrywek i rywala). Oprócz finalistów udział w Glasgow Cup brały jeszcze Queens Park FC oraz oczywiście Rangersi. Potem przyszła seria trzech kolejnych ligowych zwycięstw, bezbramkowy remis w Kilmarnock i znowu dwie wygrane. Jedynie w okresie świątecznym „Celtów” dopadła lekka zadyszka – w wigilię zremisowali z Aberdeen 1:1, a w sylwestra 1966 po raz pierwszy przegrali w lidze (2:3 na wyjeździe z Dundee United). Był to tylko wypadek przy pracy, ponieważ w 13 kolejnych meczach Celtic wygrał aż 12 razy, notując w międzyczasie jeden remis. Chłopcom Jocka Steina wyraźnie jednak nie leżały Aberdeen i Dundee United, ponieważ w rewanżach padły niemal identyczne wyniki – bezbramkowy remis z Aberdeen (19 kwietnia) i porażka 2:3 z Dundee na Celtic Park (3 maja). To sprawiło, że w przedostatniej kolejce (6 maja – Old Firm Derby) Rangersi wciąż mieli szansę na prześcignięcie rywala z katolickiej części Glasgow. Padł jednak remis 2:2 i „Celtowie” mogli świętować kolejne mistrzostwo Szkocji. Tytuł przypieczętowany na Ibrox Park smakował szczególnie. Był to już czwarty „skalp” Jocka Steina i spółki, bo 29 kwietnia w finale Pucharu Szkocji pokonali Aberdeen 2:0 (z którym nie mogli sobie poradzić w lidze) po dwóch bramkach Williego Wallace’a. Sezon wspaniały, ale każde z tych czterech trofeów Celtic zdobywał już wielokrotnie. Jednak o wyjątkowości sezonu 1966/1967 stanowi Puchar Europejskich Mistrzów Klubowych.

„The Bhoys” mogli wystartować w tych rozgrywkach dzięki pierwszemu od dwunastu lat tytułowi mistrza Szkocji, a stało się to już w pierwszym pełnym sezonie pracy Jocka Steina. Do Lizbony wiodła jednak dość długa droga. W pierwszej rundzie Celtowie trafili na FC Zurich. 28 września 1966 r. zwyciężyli na Celtic Park 2:0 po golach Gemmella i McBride’a. W rewanżu 5 października (dzień 44. urodzin Jocka Steina) Gemell trafił dwa razy, jednego gola dołożył Stevie Chalmers i Celtic pewnie przeszedł do kolejnej rundy. Przejście Szwajcarów okazało się bułką z masłem, a w drugiej czekał zespół FC Nantes, mistrz Francji. Rywal był jednak słabszy niż sądzono i sprawa rozstrzygnęła się już praktycznie w pierwszym meczu, wygranym przez „Celtów” na wyjeździe 3:1. 30 listopada 1966 r. w Nantes bramki strzelali McBride, Lennox i Chalmers. Identycznym wynikiem zakończył się rewanż w Glasgow, rozegrany 7 grudnia (Johnstone, Chalmers, Lennox). Kolejne mecze odbyły się dopiero w marcu następnego roku. Tu zaczęły się schody, bo 1 marca 1967 r. w Nowym Sadzie Celtic przegrał z Vojvodiną 0:1. Jock Stein bał się tego meczu. Rok wcześniej oglądał bowiem inny, w którym Partizan Belgrad grał z Manchesterem United na tyle skutecznie, by wyeliminować go z rozgrywek. Teraz Vojvodina była mistrzem i ona stanęła na drodze Szkotów. Jej podstawowym atutem miał okazać się bramkarz Ilija Pantelič. Ale nie tylko on. Zespół z Nowego Sadu wygrał 1:0 i miał prawo jechać na rewanż w niezłych nastrojach. Serbowie w Glasgow musieli się jednak zmierzyć nie tylko z rywalem, ale także z 70-tysięcznią widownią na Celtic Park. 8 marca 1967 r. gospodarze wyrównali stan rywalizacji w 58. minucie po golu Steviego Chalmersa. Kiedy zanosiło się na dogrywkę, awans dał w ostatniej minucie meczu stoper Billy McNeill po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Charliego Gallaghera. Na drodze do finału stała potem już tylko jedna drużyna – praska Dukla. Półfinał Pucharu Mistrzów był jednak przekleństwem Brytyjczyków. Do tej pory na tym szczeblu zespoły w Wysp grały aż osiem razy i nigdy nie dotarły do finału. W pierwszym meczu w Glasgow (12 kwietnia) gospodarze zwyciężyli 3:1 po dwóch golach Williego Wallace’a i jednym Jimmy’ego Johnstone’a. W rewanżu 25 kwietnia mistrzowie Czechosłowacji wcale jednak nie stali na straconej pozycji, poczynaniami zespołu z Dukli kierował wciąż będący w wysokiej formie 36-letni wicemistrz świata z 1962 r. Josef Masopust. Bohaterem okazał się jednak starszy o cztery miesiące bramkarz „Celtów” Ronnie Simpson, który zachował czyste konto. Bezbramkowy remis w pełni satysfakcjonował Szkotów. To był w ogóle magiczny czas dla weterana, który pomiędzy dwoma meczami z Duklą zadebiutował w reprezentacji Szkocji. I co to był za debiut – Szkocja pokonała na Wembley aktualnych mistrzów świata 3:2! Skład Anglików w tym meczu (15 kwietnia 1967 r.) był niemal identyczny jak w finale MŚ z Niemcami Zachodnimi, jedynie Jimmy Greaves zastąpił Rogera Hunta. Pod koniec kwietnia „The Boys” zapewnili sobie jeszcze Puchar Szkocji, na początku maja przypieczętowali mistrzostwo, więc całe swoje siły mogli skupić na finale Pucharu Mistrzów. O ile droga do finału była stosunkowo łatwa (raczej żaden z wyeliminowanych klubów nigdy nie należał do potentatów europejskiej piłki), o tyle w finale czekał wielki Inter Mediolan pod wodzą Helenio Herrery, triumfator PEMK z 1964 i 1965 roku. Jedenaście edycji rozgrywek o Puchar Mistrzów i tyleż zwycięstw drużyn z południa kontynentu! Posrebrzane trofeum nie opuszczało dwóch półwyspów i tylko trzech miast. Jak nie Półwysep Iberyjski, to Apeniński. Jak nie Madryt – to Lizbona. Jak nie Lizbona – to Mediolan. I tylko cztery kluby – sześciokrotnie Real, po dwa razy Benfica oraz Inter i raz Milan. Drużyna z północnych Włoch miała też dużo trudniejszą drogę do finału w Lizbonie. Początek dość lekki, bo w pierwszej rundzie wyeliminowali Torpedo Moskwa. Było to klasyczne zwycięstwo w preferowanym przez Inter stylu catenaccio – 1:0 u siebie po samobójczej bramce Woronina i dające awans 0:0 na wyjeździe. Czyli zgodnie z podobną filozofią, wyznawaną wiele lat później np. przez José Mourinho – przede wszystkim nie stracić bramki, a z przodu zawsze coś wpadnie (choćby po samobójczym trafieniu rywala). Dużo bardziej przekonujące było zwycięstwo w 1/8 finału z Vasasem Budapeszt (2:1 w Mediolanie i 2:0 w stolicy Węgier). Jednak w ćwierćfinale na podopiecznych Helenio Herrery czekała przeszkoda najtrudniejsza z możliwych. Real Madryt w 1966 r. wygrał PEMK po raz szósty i stawał do rozprawy z triumfatorem z dwóch poprzednich lat. Był to także rewanż za półfinał sprzed roku, kiedy to górą okazał się Real. W pierwszym meczu w Mediolanie Inter wygrał 1:0. Taktyka na rewanż była więc prosta: „zaryglować” bramkę, a z przodu może coś wpadnie. I tak też się stało – w 23. minucie trafił do siatki gospodarzy Renato Cappellini (strzelec gola także w pierwszym spotkaniu), a „Królewskich” pogrążył w 57. minucie ich własny obrońca Zoco, strzelając „samobója”. Była to dopiero druga porażka Realu na własnym stadionie w europejskich pucharach (wcześniej w 1962 r. wygrał tam 1:0 Juventus), ale pierwsza decydująca o odpadnięciu.

9

0

@FcPortoFan1999 A kiedy będzie coś wiadomo(?) przecież już jutro gra...

0

@Matiasio Dzięki śliczne. Szkoda że nie po południu bo do 15-tej pracuje ale może następny mecz będzie później....

0

@FcPortoFan1999 No a kiedy nasza kochana Igunia gra i z kim?

0

@FcPortoFan1999 To już dzisiaj french Open wystartował!? W niedziele? Co to za komedie?

8

Zapomniane, acz wspaniałe legendy hiszpańskiego futbolu:

25 maja 1912 r. urodził się wybitny napastnik Isidro Langara. Isidro był postacią absolutnie wyjątkową. Podczas gdy większość zawodników wyjeżdżało z Ameryki Południowej do Europy, on postąpił odwrotnie. Urodzony w miejscowości Pasaia zawodnik zaczynał i kończył swoją karierę w Realu Oviedo (142 mecze i 165 goli!), lecz wojna domowa w Hiszpanii skłoniła go do wyjazdu za ocean. Tam Langara przez cztery lata zakładał koszulkę argentyńskiego San Lorenzo de Almagro (121 meczów i 110 goli) oraz meksykańskiego Real Club España(68 występów i 105 goli). Fenomenalną skuteczność potwierdził również w kadrze Hiszpanii (12 gier i 17 goli!) oraz w reprezentacji Kraju Basków (osiem gier i 17 trafień). ,,Jako piłkarz Isidro Langara wsławił się jako doskonały atleta oraz jako autor „niemożliwych goli”, które często zdobywał po strzałach z dystansu. Jednym z pamiętnych jego występów był pojedynek otwierający sezon 1933/34, kiedy jego Oviedo wygrało z FC Barceloną 7:3! Tego dnia Langara strzelił dwa gole ze stałych fragmentów z odległości około 50 metrów! Zauważył to bramkarz Espanyolu, Lazaro Florenza, jednak kilka tygodni później i on stał się ofiarą podobnego rzutu wolnego, wykonywanego przez Langarę. Jego doskonałe warunki fizyczne zostały też zauważone przez kolegów z drużyny CA San Lorenzo del Almagro, kiedy na pierwszym treningu mieli oni zapytać, czy Langara jest piłkarzem, czy może zapaśnikiem. W San Lorenzo również został zapamiętany ze względu na ekstremalnie silne strzały, oddawane bardzo często z dużego dystansu”– czytamy w wikipedii.

@Adran360
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

8

@FCBparasiempre
Po niesatysfakcjonujących pod względem sukcesów latach 60-tych, w 1971 roku w Juventusie rządy objął Giampiero Boniperti. Nowy prezydent odkrył młodych, zdolnych zawodników oraz trenera Trapattoniego, dzięki którym nastała druga złota era klubu. W historycznej drużynie, która zdobyła między innymi Puchar Europy, obok Platiniego, Bońka czy Rossiego grał Gaetano Scirea, wielka legenda Juventusu, która w wieku 36 lat zginęła… w Polsce. Włoch urodził się 25 maja 1953 roku w Cernusco sul Naviglio. Swoją piłkarską przygodę zaczął w Atalancie Bergamo, początkowo grając jako pomocnik. W Serie A zadebiutował 24 września 1972 roku w wieku 19 lat w meczu z Calgiari. W sezonie rozegrał 20 meczów, jednak Nerazzurri zajęli dopiero odległe 14 miejsce w tabeli i spadli do Serie B, gdzie Gaetano ostatni rok reprezentował ich barwy. Jak to jest wrócić po roku do najwyższej klasy rozgrywkowej i od razu zdobyć Scudetto? Ba, zdobyć je będąc podstawowym zawodnikiem czołowego klubu we Włoszech, a nie jakimś tam rezerwowym wchodzącym na ostatnie minuty meczu. A to dopiero przedsmak tego, co miał osiągnąć w biało- czarnej koszulce. W Juventusie grał na pozycji libero z „szóstką” na plecach. Po odejściu Dino Zoffa przejął opaskę kapitana. Profesjonalizm i skuteczność na boisku przekładały się na sukcesy w kraju i Europie. Był (wraz z Marco Tardellim) pierwszym piłkarzem, który zdobył wszystkie cztery najważniejsze europejskie klubowe puchary. Do tego siedem razy został mistrzem kraju i zdobył 2 puchary Włoch. Po boisku poruszał się elegancko, z gracją. Umiejętnie łączył rolę obrońcy z ofensywnymi zapędami pod bramkę rywala. Najlepiej Grę Scirei obrazują słowa Bońka: ,,Blok defensywny stanowił najsilniejszą formację Juventusu. Całością poczynań obronnych kierował kapitan drużyny Gaetano Scirea, w mojej opinii najlepszy libero na świecie. Uważam, że od czasów Beckenbauera, Scirea nie miał konkurenta. Doskonale grał głową, dzięki czemu zdobywał sporo bramek. Silny, waleczny”. Skoro mówimy już o waleczności, Giuseppe Furino – boiskowy kolega wspomina Włocha w jednej z rozmów: ,,Pamiętam historię, gdy Gaetano doznał kontuzji stopy. Zamiast poprosić o zmianę, rozegrał całe spotkanie, używając tylko lewej nogi do kopania piłki. Byliśmy zszokowani, gdy dowiedzieliśmy się o tym po meczu i zaczęliśmy podziwiać go jeszcze bardziej. Kiedy przybył do klubu, był jeszcze młody, ale już wtedy nie było takiego drugiego”. Scirea do końca swojej kariery został w Turynie, przez 14 lat rozgrywając 552 mecze, rekord, który dopiero po 20 latach pobił Alessandro Del Piero. Z reprezentacją pojechał na trzy mundiale. W Argentynie Włosi zajęli 4 miejsce a Scirea grał w każdym spotkaniu. Swoją pierwszą bramkę dla Italii zdobył w meczu towarzyskim z Polską tuż przed euro ‘80, gdzie Azzurri znów zajęli miejsce za podium. Mistrzostwa Świata w Hiszpanii ’82 rozpoczęli słabo. Ledwo przebrnęli przez pierwszą rundę, nie wygrywając ani jednego meczu! W drugiej zaś czekali Argentyńczycy i zachwycający grą Brazylijczycy. Pokonanie Argentyny oznaczało walkę z drużyną Tele Santany o pierwsze miejsce w grupie. Powstrzymanie ich było nie lada wyzwaniem jednak formacja obronna Włoch z Gaetano Scireą w szeregach, znalazła na Canarinhos sposób. Wygrana 3:2 dała awans do najlepszej czwórki turnieju, gdzie po pokonaniu Polaków, ekipa Enzo Bearzota w finale rozprawiła się z Niemcami 3:1. Dzięki swojej fantastycznej grze Scirea trafił do jedenastki turnieju i w dużej mierze pomógł reprezentacji zdobyć trzeci już tytuł mistrza świata. Zakończył karierę reprezentacyjną po mundialu w Meksyku w 1986 roku. Mecz z Francją, po którym Włosi odpadli z turnieju był jego 78. W Juventusie, jak i w reprezentacji kolegą Gaetano był Claudio Gentile. Ci panowie często byli razem przedstawiani, ponieważ ich styl gry znacząco ze sobą kontrastował. Mówiono, że Scirea jest aniołem środka defensywy natomiast kolega z drużyny diabłem wcielonym. Podczas gdy Gentile uważał, że futbol nie jest dla baletnic, priorytetem Scirei była gra fair play, co zaowocowało brakiem czerwonej kartki w całej jego karierze. Świetnie sprawdzał się w roli kapitana. To on podczas tragedii na Heysel starał się uspokoić tysiące ludzi na trybunach. Zawsze też był gotowy podać pomocną dłoń kolegom z drużyny. Kiedy Stefano Tacconi przeżywał kryzys po trafieniu na ławkę rezerwowych, ten motywował go, by walczył o ponowne miejsce w podstawowej jedenastce. Poza boiskiem był uczciwy i skromny, nie szukał rozgłosu. Po śmierci jego żona odkryła, że wspierał finansowo kilka instytutów i biednych rodzin.

Kiedy zawiesił buty na kołku, Boniperti wpadł na pomysł, aby dwaj przyjaciele z boiska poprowadzili Juventus z ławki trenerskiej. Tak więc Scirea – drugi trener i asystent Dino Zoffa, pojechał do Polski, aby zebrać informacje o Górniku Zabrze, przyszłym rywalu w Pucharze UEFA. Przed meczem zawitał w Wadowicach, by zwiedzić miasto Papieża. Podczas pobytu w Polsce dowiedział się o tragicznej śmierci Kazimierza Deyny w wypadku samochodowym. 3 września 1989 roku wracał fiatem 125p do Warszawy wraz z kierowcą, tłumaczką i działaczem Górnika. W okolicy Babska można było napotkać na roboty drogowe. Prowadzący auto nie zachował wystarczającej ostrożności, by dowieźć wszystkich bezpiecznie do celu. W trakcie wyprzedzania zderzył się z żukiem jadącym z naprzeciwka. Prawdopodobnie wszyscy by przeżyli wypadek, gdyby nie fakt, iż wybuchły wiezione kanistry z benzyną. Czy mogło być jeszcze gorzej? Niestety okazuje się, że mogło. Trzy z czterech drzwi zablokowały się, uniemożliwiając ucieczkę. Oprócz działacza Górnika, który uratował się przez sprawne drzwi, wszyscy spłonęli żywcem. Policjanci przybyli na miejsce zdarzenia, kilka godzin identyfikowali ciała. Po całej tragedii, w Polsce można było usłyszeć jedynie krótki komunikat: ,,Na trasie z Katowic do Warszawy, w miejscowości Babsk doszło do tragicznego wypadku. Zginęli tłumaczka Barbara Januszkiewicz, kierowca Henryk Pająk oraz były reprezentant Włoch w piłce nożnej, a potem drugi trener Juventusu Gaetano Scirea”. Dino Zoff o śmierci przyjaciela dowiedział się w drodze powrotnej z meczu ligowego. Bardzo boleśnie to przeżył, tak samo, jak członkowie rodziny zmarłego. Ojciec Scirei nie mógł się pogodzić z utratą syna i po kilku dniach sam zmarł na zawał. Po śmierci Gaetano, żona Mariella została dosłownie zasypana listami od kibiców i znajomych. Otrzymała siedem tysięcy telegramów i dwa tysiące pięćset listów – wszystkie zaadresowane do męża jakby mógł je przeczytać i odpowiedzieć. Włochy okryły się żałobą. W pogrzebie uczestniczyło ponad 20 tysięcy osób. Rok później nadal pamiętano o włoskim piłkarzu. Kiedy Pani Scirea, wraz z drużyną Juventusu odwiedziła Jana Pawła II, papież trzymając ją za rękę, powiedział: „ Wiem, że Pani mąż zginął na mojej ziemi i bardzo nad tym boleję. Będę o nim i o pani synu pamiętać w moich modlitwach”. Upamiętniając legendę Juventusu trybuna, na której przebywali najwierniejsi kibice Juve, otrzymała nazwisko Scirei, natomiast do głównego wejścia Juventus Stadium prowadzi ulica jego imienia. Co roku jest rozgrywany turniej dla młodzieży na jego cześć i przyznawana nagroda dla najlepszej publiczności Serie A. Kiedyś Marco Tardelli powiedział: ,,On był jednym z najlepszych piłkarzy na świecie, ale był zbyt skromny, by to stwierdzić, czy nawet o tym pomyśleć. W sercach zawodników i fanów zawsze będzie wielkim piłkarzem i człowiekiem, którego skromność i życzliwość była po prostu niespotykana. Czapki z głów Panie Scirea”.

Statystyki i osiągnięcia:

Osiągnięcia zespołowe:

Juventus Turyn

1x Puchar Europy (1985)

1x Superpuchar UEFA (1984)

1x Puchar UEFA (1977)

1x Puchar Zdobywców Pucharów (1984)

1x Puchar Interkontynentalny (1985)

7x mistrzostwo Włoch (1975, 1977, 1978, 1981, 1982, 1984, 1986)

2x Puchar Włoch (1979, 1983)

Reprezentacja:

1x Mistrzostwo Świata (1982)

8

To był dobry człowiek i wielce zasłużony piłkarz. Wielkim grzechem byłoby o nim zapomnieć:

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360

8

Wybitne legendy futbolu:

25 maja 1953 r. w Chacabuco urodził się Daniel Passarella, środkowy obrońca; Mistrz Świata z 1978 i 1986(jako rezerwowy) oraz 5-krotny Mistrz Argentyny. Fruwający „Gran Capitan”-tak go nazywano. Szybki i zwinny, był stoperem prawie nie do przejścia. Lecz prawdziwych cudów dokonywał w powietrzu. Nawet wyżsi o głowę rywale nie mieli tam cienia szans! W roku 1974 w Argentynie na Estadio Monumental miał się rozpocząć mecz na szczycie-słynne El Classico pomiędzy River Plate a Boca Juniors. Tymczasem w szatni River rozgrywała się scena, która do siebie siedzącego w kącie niewysokiego, szczupłego chłopaczka i zaszczycił go pytaniem, o jakim tylko marzyć mogłyby setki jego rówieśników: ,,Czy miałbyś odwagę zagrać tego wieczoru przeciwko Boca?’’ ,,Tak jeśli dopisze panu odwaga, by mnie wystawić’’-brzmiała zuchwała odpowiedź. Szatnia zamarła. Wszystkich poraził niebywały tupet smarkacza. Sam Rossi poczuł się lekko dotknięty ale przypomniał sobie siebie sprzed półwiecza i pomyślał że ten chłopak musi mieć charakter nie lada i osobowość niepowszednią. Nestor Rossi nie miał syna. I kiedy tak spoglądał na młodego zuchwalca, dostrzegł w jego wzroku hardość. I pokochał go właśnie od tego pierwszego wejrzenia miłościa niemal ojcowską. Podją decyzję: tak, sprawdzę go! I nie pomylił się. A tym chłopcem był Daniel Alberto Passarella, późniejszy mistrz świata, wielki kapitan reprezentacji, najlepszy argentyński obrońca wszechczasów! Daniel pierwsze kroki stawiał w amatorskim Argentino Chacabuco, marząc o karierze w którejś ze słynnych drużyn stołecznych. Jednak ojciec poradził mu by wcześniej przetarł szlaki na nieco skromniejszym poziomie. I tak w wieku 18 lat trafił do trzecioligowego Sarmiento Junin, gdzie grał do 1973 roku. Tam właśnie wypatrzyli go wszędobylscy szperacze River Plate. Oficjalny debiut ligowy Passarelli nastąpił 14 kwietnia 1974 roku w wyjazdowym meczu z Rosario Central, przegranym 0-1. Niebawem nastąpiła w River zmiana trenera. Funkcję obją Angel Labruna, podobnie jak Rossi jedna z legend klubu i argentyńskiej piłki. Początkowo nie doceniał on Passarelli wystawiając go na lewej obronie, gdyż etatową parę stoperów stanowili Perfumo i Artico. Dopiero kontuzja jednego z nich otworzyła prowincjuszowi drogę do pełnej kariery. Daniel robił ogromne postępy. Zwrócił na niego uwagę kolejny wybitny trener-Cesar Luis Menotti powołując go do młodzieżowej drużyny na turniej w Tulonie w 1975r. Argentyna wygrała tę imprezę a rej wodzili w niej Passarella,Tarantini, Gallego,Trobbiani,Valencia i Valdano; jak się niebawem okazało przyszli mistrzowie świata. Passarella zadebiutował w reprezentacji w zwycięskim meczu z ZSRR 1-0 w Kijowie. Menotti wiedział że ma w ręku prawdziwy skarb. W 1978 Argentyna zdobyła mistrzostwo świata, zaś do pierwszego takiego tryumfu w historii poprowadził ją właśnie Passarella-najlepszy obrońca turnieju, kapitan zespołu i jego absolutny lider. To wtedy zrodził się ów przydomek: ,,Gran Capitan’’ czyli Wielki Kapitan. Był natchnieniem drużyny, jej moralną ostoją i niekwestionowanym przywódcą. Wszyscy nawet Kempes i Ardiles jego polecenia wykonywali bez szemrania. To on w momentach trudnych krzepił ducha, podnosił morale i zagrzewał do walki. Przy wzroście zaledwie 173 cm odznaczał się niepospolitą siłą i stalową twardością. Brzmi to niewiarygodnie ale nigdy nie przegrał z nikim pojedynku główkowego! Przed nim tak sprężyście skakali chyba tylko dwaj inni fenomenalni zawodnicy-paragwajczyk Erico oraz węgier Kocsis. Daniel nie tylko niezawodnie bronił ale równie skutecznie atakował. Oprócz zabójczych główek dysponował potwornie silnym uderzeniem z obu nóg. Bezbłędnie wykonywał rzuty karne i wolne ale strzelał też przy każdej okazji nieraz z 30-40 metrów a i tak piłka wyłamywała bramkarzowi ręce! Dla River w 258 spotkaniach zdobył 99 goli co stanowi niepobity rekord wszechczasów! W barwach tego klubu był pięciokrotnym mistrzem kraju. W 1982r. Za kwotę 2,5 mln dolarów przeniósł się do włoskiej Fiorentiny, w której rozegrał 109 spotkań strzelając 22 gole. Natomiast w 1986r. zawitał do mediolańskiego Interu(44 spotkania i 9 goli). W 1988r.wrócił na stare śmieci do River i tam zakończył swoją karierę piłkarza.

W reprezentacji rozegrał 77 spotkań zdobywając w niej 22 gole. W 1982r. Argentyna nie zdołała obronić tytułu ponieważ odpadła w ćwiećfinale mimo iż Passarella grał dobrze na tym turnieju zdobywając nawet 2 gole. W 1986r. mógł zostać podwójnym mistrzem świata. Nowy trener Carlos Bilardo widział go w wyjściowym składzie ale w Meksyku stoper rozchorował się i nie mógł wystąpić w żadnym meczu. Przestał też być kapitanem ponieważ Bilardo przyznał tę funkcję Maradonie i nie wpłyneło to najlepiej na wzajemne relacje obu piłkarzy. W roku 1989 Passarella został trenerem River Plate, którego poprowadził do sukcesów m.i. do pięciokrotnego mistrzostwa Argentyny. W 1994 powierzono mu już reprezentację Argentyny a rok później wygrał igrzyska panamerykańskie i wszystko zdawało się iść jak po maśle lecz raptem w wypadku zginął jego syn Sebastian i tragedia ta odcisneła piętno na psychice Daniela. Stał się jeszcze bardziej nieprzejednany i zacięty aż w końcu zamknął się w sobie. Zawodników traktował szorstko, wprowadził nerwową atmosferę i swojego najlepszego gracza, pomocnika Redondo wyrzucił z kadry za noszenie zbyt długich włosów. Na mistrzostwach świata w 1998r. doszła ledwie do ćwiercfinału choć uchodziła za faworyta czego efektem była rezygnacja Passarelli jako selekcjonera. Potem układało się różnie. Z reprezentacją Urugwaju nie odniósł sukcesów, podobnie jak z brazylijskim Corinthians czy włoską Parmą ale z drużyną Monterrey zdobył mistrzostwo Meksyku. Bez powodzenia prowadził też swój River Plate, w którym został nawet prezesem. Wydawało się to godnym uwieńczeniem kariery, jednak błędna polityka transferowa sprawiła iż 33-krotny mistrz Argentyny po raz pierwszy w dziejach spadł do 2 ligi. Była to klęska bezprzykładna. Wściekli kibice wylegli na ulice Buenos Aires, zdemolowali stadion a na prezesa posypały się złorzeczenia. Jak widać Danielowi wiodło się bardzo różnie zatem niech pozostanie w naszej pamięci przede wszystkim jako wielki wojownik, żelazny obrońca fruwający na wysokości pierwszego piętra oraz charyzmatyczny lider drużyny mistrzów świata- po prostu „Gran Capitan”.

@Adran360
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

0

@FCBparasiempre
Górnicy pierwszymi mistrzami świata:

Kiedy ktoś pyta nas o pierwszy piłkarski mundial, to myślimy od razu o 1930 roku. Urugwajczycy pokonali w finale Argentynę 4:2, zostając debiutanckim, historycznym mistrzem świata. Niewielu pasjonatów futbolu wie jednak o zmaganiach, które miały miejsce w 1909 roku w Turynie. Rozegrano tam nieoficjalny mundial. Szczególnie interesujące jest to, że główną rolę odegrała w nim pewna… amatorska drużyna górników. Nie doszłoby do tych rozgrywek, gdyby nie Sir Thomas Lipton. Przyszedł on na świat w Gorbals w 1850 roku. W wieku 10 lat opuścił szkołę, a pięć lat później wylądował w Ameryce. Początkowo pracował jako robotnik rolny w Wirginii i Południowej Karolinie, a później zatrudnił się w sklepie spożywczym w Nowym Jorku. Na amerykańskiej ziemi zrodziła się w nim smykałka do biznesu. Po kilku latach powrócił do Glasgow, gdzie otworzył własny sklep, który zaczął przynosić mu spore zyski. W ciągu 10 lat Lipton stał się milionerem, kupując zakłady przetwórstwa mięsnego w Ameryce i plantacje herbaty w Sri Lance (jeżeli do tej pory nie powiązaliście nazwiska postaci z tym napojem, to teraz wasze wątpliwości zostały rozwiane). Był on niezwykle innowacyjny w branży herbacianej. Sprzedawał różne mieszanki tego produktu do wielu krajów. Używał specjalnych pojemników, dzięki czemu herbaty zachowywały świeżość. Jego firma podchwyciła też pomysł, który zrodził się w 1904 roku w głowie kupca, Thomasa Sullivana. Przebywał on wtedy w Nowym Jorku i postanowił pakować herbatę w pojedyncze jedwabne torebeczki, żeby stały się próbkami dla klientów. Dzięki temu dzisiaj parzymy herbatę w podobny sposób. Motto filozofii biznesowej Liptona brzmiało: ,,Pracuj ciężko, postępuj uczciwie, bądź przedsiębiorczy, sprawuj ostrożny osąd, reklamuj się swobodnie, ale rozsądnie.” Lipton był pasjonatem sportu. W 1909 roku otrzymał od włoskiego ambasadora bardzo ciekawą propozycję. Poproszono go, aby wsparł organizację turnieju, w którym wzięłyby udział zespoły pochodzące z różnych krajów. Milioner oczywiście opowiedział się za tym pomysłem, a wiosną tego samego roku w Turynie odbył się piłkarski turniej.

W mistrzostwach rozegranych w stolicy Piemontu nie wzięły jednak udziału reprezentacje narodowe, a kluby. Byli to mistrzowie Niemiec – Stuttgarter Sportfreunde, mistrzowie Szwajcarii – FC Winterthur, włoska drużyna określana jako Torino XI (stworzyli ją najlepsi zawodnicy Juventusu i Torino) oraz piłkarze, którzy przybyli z Wielkiej Brytanii. Okoliczności wyboru drużyny z Wysp nie są do końca jasne. Jedna z teorii zakłada, że Lipton kazał zaprosić do Turynu Woolwich Arsenal FC, czyli dzisiejszy Arsenal. Ostatecznie doszło jednak do pomyłki i do Włoch udali się piłkarze West Auckland FC. Tłumaczy się to identycznymi skrótami nazw obu ekip – WAFC. Przybycie West Auckland do Włoch było bardzo zaskakujące, ponieważ drużynę tworzyli amatorzy, którzy na co dzień pracowali jako górnicy. Startujące w turnieju drużyny musiały same pokryć koszty podróży, sprzętu sportowego itp. To w jaki sposób zarabiający grosze brytyjscy górnicy zdołali dotrzeć do stolicy Piemontu? Prawdopodobnie musieli wydać wszystkie zarobione w życiu pieniądze. Część z nich zmuszona była dać pod zastaw własne domy. Cztery drużyny rozpoczęły więc walkę o trofeum imienia Liptona, który ufundował puchar. 11 kwietnia 1909 roku i pierwsza seria spotkań: West Auckland pokonali niespodziewanie Stuttgarter Sportfreunde 2:0. W drugim starciu Torino XI przegrało z FC Winterthur 1:2. Gospodarze pokonali Niemców w meczu o trzecie miejsce. Górnicy z Wysp sprawili w finale kolejną niespodziankę, pokonując rywali ze Szwajcarii 2:0. W ten sposób zostali oni pierwszymi nieoficjalnymi mistrzami świata i to nawet nie tracąc bramki! Warto zwrócić uwagę, że rezerwowym piłkarzem Auckland był wtedy Jack Greenwell, który grał i trenował później w Barcelonie. Na ławce trenerskiej ustanowił rekord, który później pobity został dopiero przez Johanna Cruyffa. Greenwell prowadził Blaugranę przez siedem sezonów z rzędu. W tym czasie sięgnął po pięć mistrzostw i dwa puchary kraju.



Pełny skład West Auckland FC z mundialu 1909 roku: Jimmy Dickinson, Rob Gill, Jack Greenwell, Rob Jones, Tom Gill, Charlie „Dirty” Hogg, Ben Whittingham, Douglas Crawford, Bob Guthrie, Alf „Tot” Gubbins, Jock Jones, David „Ticer” Thomas, Tucker Gill (Skład pochodzi z książki „The History of the English Football League: Part One–1888-1930”). Drugi turniej o puchar Liptona rozegrano w Turynie dwa lata później. Podobnie jak w 1909 roku, zmierzyły się ze sobą cztery drużyny. Były to: West Auckland FC, FC Zurich, Juventus i FC Torino. W pierwszym meczu górnicy znów pokonali Szwajcarów 2:0, a Juventus poradził sobie ze swoim lokalnym rywalem. W finale za faworytów uznawano oczywiście piłkarzy Starej Damy. Doszło jednak do jeszcze większej sensacji niż w 1909 roku. West Auckland rozbił przeciwników aż 6:1. Później zdecydowano, że był to ostatni turniej o trofeum Liptona, dlatego puchar trafił na stałe do klubu górników. Krótko potem drużyna popadła w ogromne kłopoty finansowe i musiała prosić o pomoc właścicielkę miejscowego hotelu Wheatsheaf, który służył jako główna kwatera klubu. Pani Lancaster w zastaw wzięła… puchar Liptona. Długi udało się spłacić dopiero w 1960 roku. Owa Pani wciąż znajdowała się w świetnej kondycji fizycznej. Miała twardą rękę do interesów, wobec czego właściciele klubu musieli zapłacić wyższą kwotę od tej, która została ustalona w 1911 roku. Niestety trofeum zostało skradzione w 1994 roku. Pomimo starań policji i wyznaczonej nagrody za znalezienie pucharu, już nigdy nie udało się go odzyskać. Dzisiaj w klubowej gablocie znaleźć można jedynie replikę. Widnieje ona również w herbie klubu. Trofeum udało się odtworzyć na podstawie zachowanych zdjęć i materiałów wideo.

,,Związek z wygranymi mistrzostwami świata z pewnością dodaje trochę prestiżu dla naszego klubu. Wszyscy w wiosce wciąż o tym mówią i przypominają mi każdego dnia kiedy tu przyjeżdżam. Jest to genialne i powinno być świętowane, ale teraz chcemy napisać własną historię” – mówił w 2014 roku właściciel klubu Peter Dixon. Pełny skład West Auckland FC z 1911 roku: J Robinson, Tom Wilson, Charlie Cassidy, Andy „Chips” Appleby, Michael Alderson, Bob „Drol” Moore, Fred Dunn, Joes Recastle, Bob Jones, Bob Guthrie, Charlie „Dirty” Hogg, T Riley, John Warick. Oczywiście turniej rozegrany w 1909 roku miał jedynie nieoficjalny charakter. Nie każdy ma odwagę, żeby tyle poświęcić dla sławy (nawet jeśli kończy się ona kłopotami finansowymi). Jestem przekonany, że z historią turnieju z 1909 roku powinni zapoznać się wszyscy, którzy kochają niesamowite futbolowe opowieści. Jeśli ktoś z was znajdzie się kiedyś przypadkowo we wsi West Auckland w hrabstwie Durham, to spytajcie koniecznie lokalnych mieszkańców – kto był pierwszym piłkarskim mistrzem świata. Z pewnością nie usłyszycie, że Urugwaj. Mieszkańcy West Auckland z wielką pewnością siebie i dumą przekonują wszystkich, że mistrzostwo świata wygrane w 1966 roku przez Anglię wcale nie jest najważniejszym osiągnięciem narodowego futbolu. W 1982 roku powstał film ,,The World Cup: A Captain’s Tale”, który opowiada o zmaganiach dzielnych górników z 1909 i 1911 roku.

0

@Bernard777 przeczytaj w odpowiedzi na mój komentarz.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?