FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@tbas Takich historii nie streszcza się w dwóch zdaniach. Widać zamiast czytać artykuły i książki, to większość z was woli durnowate strony internetowe...
2
@FCBparasiempre
Minimalizm Leo fascynował od zawsze. Zdolny do aktów niezwykłej wirtuozerii, Lider Argentyńczyków miał również rzadką umiejętność wybierania w każdej sytuacji najprostszych rozwiązań, nigdy nie starał się być szczególnie brawurowy czy przesadnie ekstrawagancki. W spotkaniu ze Szwajcarią dostrzegało się jednak również że odstaje kondycyjnie i było to coś nowego. Przez 120 minut przebiegu jedynie 10 km i 700 m a więc najmniej ze wszystkich piłkarzy z pola. Zaprezentował też najmniejszą ze wszystkich graczy z pola aktywność o średniej i wysokiej intensywności (Jak nazwała Ten parametr w FIFĘ). Miał tylko 31 sprintów, spośród graczy z pola rzadziej robili to jedynie środkowi obrońcy Federico Fernandez i Fabian Schar. Kiedy w tej samej rundzie Brazylia pokonywała Chile po serii rzutów karnych okazało się że Neymar przebiegł o 3 km więcej od Messiego i wykazywał się aktywnością o średniej i wysokiej intensywności przez 21 minut (przy dziewięciu minutach Messiego), Brazylijczyk zaliczył też 57 sprintów. To raczej statystyki Neymara wydają się typowe dla zawodnika występującego na tej pozycji; w innym meczu tej fazy Thomas Muller biegał ze średnią i wysoką intensywnością przez 20 minut i zanotował 56 sprintów. Mimo to Leo kolejny raz wygrał mecz dla swojej ojczyzny. Szwajcarzy stracili koncentrację na 3 minuty przed końcem dogrywki. Kapitan Argentyńczyków przyspieszył, osiągając prędkość 27,58 km na godzinę. Wedle FIFA był to jego najszybszy bieg w trakcie całego meczu obrońcy rzucili się w jego stronę, on zaś faktycznie w sposób, który przypominał nieco zagranie Maradony do Caniggii w meczu z Brazylią sprzed 24 lat, o którym śpiewali teraz argentyńscy fani posłał piłkę w kierunku di Marii. Strzał tego ostatniego nie był może tak piękny jak tamten gol ale miał równie wielkie znaczenie. Po objęciu prowadzenia Argentyńczycy zaczęli Zresztą grać fatalnie a Dżemaili niemal doprowadził do wyrównania, główkując W najbliższej odległości w słupek a potem próbując jeszcze bez powodzenia do bitki kolanem. Suma summarum mecz skończył się wynikiem 1:0 i Argentyna awansowała do ćwierćfinału. Kibice czekali jednak na powtórkę z historii, na to że Messi błyśnie tak, jak zrobił to Maradona w 1986 roku. Wówczas stało się to przecież właśnie w ćwierćfinale. Błysku jednak nie było, Argentyńczycy ograli Belgów ale ich kapitan grał słabo a co gorsze Di Maria złapał kontuzję uda. Pod nieobecność tego ostatniego akcje ofensywne Albicelestes w półfinale z Holandią nie było już takie groźne. Mecz ten rozgrywano zresztą w wielkim smutku. Argentyńczycy wyszli na boisko z żałobnymi opaskami aby uczcić pamięć zmarłego dwa dni wcześniej Alfredo di Stefano. Symbol ten nabrał dodatkowego znaczenia rankiem w dniu meczu, ponieważ dziennikarz Jorge Lopez zginął w wypadku samochodowym, po tym jak jego taksówka została potrącona przez pojazd, którym złodzieje uciekali przed policyjnym pościgiem. Żona zmarłego również pracująca przy obsłudze mistrzostw dowiedziała się o wszystkim z tweetu Diego Simeone który wyrażał smutek i przerażenie w związku z tą tragedią. Messi będący skądinąd dobrym znajomym Lopeza i tym razem błyszczał tylko sporadycznie, choć jego rajd i dośrodkowanie w ostatnich sekundach omal nie przyniosły Argentynie zwycięstwa. Ostatecznie wygrała po rzutach karnych ale najlepszym piłkarzem meczu był niewątpliwie Mascherano, opanowany i waleczny defensywny pomocnik, który w samej końcówce spotkania zdołał dogonić szarżującego Robbena i zablokować jego strzał. Przy tym zagraniu, jak później wyznał ,, rozerwał sobie odbyt". Przecież to wciąż jeszcze mógł być turniej Messiego, musiał jedynie zagrać wielki mecz o złoto z Niemcami, które w półfinale rozgromiły gospodarza … 7:1! Gdyby tylko zdobył gola na wage zwycięstwa, to w połączeniu z czterema golami w fazie grupowej i podaniem do Di Marii w meczu ze Szwajcarią dałoby się pewnie zbudować wokół jego mundialowego występu stosowną narrację. Nie brakowało zresztą wiele, gdyż tuż przed przerwą uderzył minimalnie niecelnie. Nie brakowało wiele całej Argentynie, Higuain zmarnował sytuację sam na sam, sędziowie(słusznie) nie uznali mu gola ze spalonego a bramkarz Niemców Manuel Neuer mógł obejrzeć czerwoną kartkę za brutalne wejście w argentyńskiego napastnika.
Sabella być może z wieczną swoją szansę i w przerwie finału wprowadził Aguero w miejsce Lavezziego, tyle że napastnik Manchesteru City wciąż nie był w pełni sił i nie zdołał odmienić losów meczu. O tym że to Niemcy zdobędą złoty medal przesądził wolej Mario Götzego 113 minucie. Jeśli brać pod uwagę przebieg całego turnieju, było to zapewne zwycięstwo zasłużone, choć trzeba przyznać że Argentyńczycy znaleźli się bardzo blisko sukcesu. Ostatni akt z udziałem Messiego nastąpił w ostatniej minucie, kiedy Argentyna miała rzut wolny tuż zza linii pola karnego. Najlepszym rozwiązaniem wydawała się wrzutka w pole karne, gdzie na taką okazję czekał Ezequiel Garay; doświadczenie meczu ze Szwajcarią uczyło jak obrońców rywala może rozproszyć perspektywa rychłej nagrody, więc postawienie Niemców przed koniecznością wybicia piłki stanowiłoby przynajmniej test ich charakterów. Messi jednak podjął inną decyzję a piłka po jego strzale poszybowała w powietrze. Oczywiście z perspektywy czasu łatwo go za to krytykować ale gdyby strzelił mielibyśmy kolejny dowód ile potrafi, kiedy ,, się wkurzy", i bierze odpowiedzialność i rozwiązuje problem. Wówczas jednak wydawało się że sam uległ narracji o człowieku, który wygrywa mundial w pojedynkę. Przepadła najlepsza okazja aby zawodnicy, którzy w 2005 roku sięgnęli po mistrzostwo świata do lat 20-tu, pokonali Niemców, z których pięciu wygrało z kolei Mistrzostwa Europy do lat 21 w 2009 roku. Po ostatnim gwizdku, kiedy Niemcy czekali na wręczenie pucharu ogłoszono że Lionel Messi został uznany za najlepszego zawodnika turnieju. Trudno sobie wyobrazić aby wciśniętą mu w ręce nagrodą mógł wyglądać bardziej ponuro. Nikt go wprawdzie nie obwiniał o niepowodzenie Argentyńczyków, nikt nie miał poczucia że zawiódł, pojawiły się jednak wątpliwości. Czy biegał tak mało ze względu na wspomniany już minimalizm, czy były ku temu jakieś poważniejsze przyczyny? W tygodniu poprzedzającym finał jego ojcu przypisywano (szybko zresztą zdementowane) słowa że nogi Messiego ,, ważą po 100 kg". Czy miało to coś wspólnego ze zjawiskiem, które dawało się zauważyć w ciągu ostatnich kilku lat a mianowicie obrazem zawodnika, który wymiotuje na boisku? Kiedy potem w FC Barcelonie znów zaliczył znakomity sezon, trudno było nie myśleć że podczas mundialu w Brazylii wydarzyło się coś niedobrego, choć nigdy nie zdołano przekonująco ustalić co mianowicie, a sam Argentyńczyk mówił że przez cały rok 2014 nie mógł złapać formy. Mówienie o klęsce drużyny, która właśnie wystąpiła w finale Mistrzostw Świata a co więcej, miała w nim więcej szans na wygraną, byłoby skrajną niesprawiedliwością. Większość Argentyńczyków żywiła wdzięczność dla Sabelli i jego piłkarzy, także za to że dzięki nim dobiegła końca niepokojąca tendencja: do mundialu w Brazylii jedyną drużyną, którą ich rodacy pokonali w fazie pucharowej wszystkich Mistrzostw Świata od 1990 roku bez serii rzutów karnych był Meksyk. W następnych tygodniach Messi musiał więc jeszcze wiele razy prezentować żałobne oblicze podczas różnych publicznych ceremonii, snując się osowiały gdzieś w tle choćby podczas przywitania reprezentacji przez panią prezydent Cristinę Kirchner. Nie ulegało wątpliwości: to, że Argentyna nie wygrała mundialu, który miał być mu przeznaczony, że tamta młodzieżówka z 2005 roku wówczas nie spełniła pokładanych w niej nadziei i że jeszcze jedno argentyńskie marzenie rozwiązało się bezpowrotnie, było dla Leo źródłem wielkiego bólu.
No cóż, dla zagorzałych sympatyków Albicelestes, takich jak ja, ten ból był okropny, zwłaszcza że te znienawidzone przezemnie ,,Niemiaszki” miały więcej szczęścia niż rozumu. No ale taki bywa futbol, nie raz okrutny i ciężki do przeżycia. Bogu dzięki że po latach Messi i spółka zdobyli w końcu to, co okrutny los odebrał im niemal dekade wcześniej…
2
@FCBparasiempre
Argentyna pogrążona w żałobie(a ja wraz z nią):
Zwykłe samochody, minibusy, kampery, vany. Pojazdy zaparkowane ciasno jeden przy drugim na poboczu drogi wiodącej wzdłuż plaży. Cała ,,Copacabana” pełna biało-niebieskich flag i szalików. Rankami, gdy słońce wschodziło nad Atlantykiem, następowało to wielkie, zbiorowe przebudzenie, setki argentyńskich kibiców zaczynały kręcić się przy maleńkich turystycznych kuchenkach i podgrzewać wodę na matę. Niektórzy spali na plaży, inni na ulicznych ławkach pozbawiając miejsca bezdomnych. ,,Fun Fest” to straszliwe centrum korpoświata FIFA, gdzie za pomalowanie twarzy trzeba zapłacić równowartość 40 zł a za butelkę ,,oficjalnego" wina ponad 600, leżało na drugim końcu plaży ale prawdziwe serce turnieju było tutaj, w tym anarchicznym skupisku, gdzie kibice z całego świata (choć głównie jednak z Argentyny) spotykali się i pili, flirtowali i się kłócili a nade wszystko oglądali mecze na wielkich telebimach. Wraz z nimi pojawiła się rzecz jasna pieśń - śpiewany na melodię ,,Bed Moon Rising” nieoficjalny hymn turnieju, opisujący brazylijski horror, czyli zwycięstwo najgorszego rywala na Maracanie. ,,Brasil, decime que se siente tener en casa a tu Papa? Seguro que aunque pasen los anos, nunca lo vamos a olvidar que el Diego te gambeto, El Cani te vacuno: Estas llorando desde Italia hasta hoy a Messi lo vas a ver La Copa nos va a traer. Maradona es mas grande que Pele"(Brazylio powiedz jak to jest gościć swojego Papę, lata miną a ty nigdy nie zapomnisz jak kiwał cię Diego, jak El Cani(Claudio Caniggia strzelający gola z podania Maradony przeciwko Brazylii na mundialu w 1990 r.) cię kłuł. Włochy widzą wciąż twoje łzy a Messi, ech zobaczysz zawiezie puchar do domu, Maradona jest lepszy niż Pele). Podczas Mistrzostw Świata w Brazylii tę piosenkę słyszało się wszędzie. To nie wszechobecność tych słów robiła jednak największe wrażenie ale fakt że stanowiły podsumowanie wszystkich argentyńskich fascynacji. Być może przywołanie turnieju we Włoszech wiązało się po prostu z faktem że w drugiej rundzie ,,Albicelestes” wygrali tam z Brazylią ale wydawało się też odzwierciedlać fakt że zainteresowanie grą Argentyńczyków było o wiele większe w kraju niż za granicą a jeszcze bardziej znaczące było zestawienie Maradony z Messim. Ich rodacy wierzyli że mundial w Brazylii będzie turniejem Messiego, tak jak mistrzostwa w Meksyku należały do Maradony. Tyle że jak się wkrótce okazało, to co przeżył Leo w 2014 roku przypominało raczej doświadczenia Maradony z roku 1990. O tym że będą to mistrzostwa Messiego mówiono niemal od dekady A to kolejna rzecz łącząca go z maratonu. Jesienią 2005 roku Leo negocjował swój pierwszy dorosły kontrakt z FC Barceloną. Miał 18 lat i od roku grał już w hiszpańskiej Ekstraklasie. Obie strony pragnęły podpisać wieloletnią umowę ale różnił je pewien szczegół: klub chciał by upływała w 2014 roku (i w końcu postawił na swoim), jednak ojciec piłkarza upierał się natomiast przy rok krótszym kontrakcie. Chodziło mu o to że gdyby w Barcelonie coś poszło nie tak, Leo mógłby odejść na rok przed turniejem i miałby czas na odbudowę formy. Po latach okazało się że w kadrze Argentyny na Mistrzostwa Świata w Brazylii znalazło się sześciu zawodników, którzy w 2005 roku wystąpili w finale Mistrzostw Świata do lat 20. Messi nie odegrał na turnieju tak dużej roli jak jego wielki poprzednik w 1986 roku, a zresztą nawet fizycznie nie byłby w stanie tego zrobić. Owszem przeprowadził wiele kluczowych akcji ale zarazem przekonał się po raz kolejny że w dorosłej piłce nie da się wygrać meczu w pojedynkę, ,, wkurzając się", aby przywołać raz jeszcze fraze Grighiniego, tak jak to robił wiele lat wcześniej w spotkaniach juniorskich Newell’s Old Boys. Argentyńczycy rozpoczęli eliminacje do mundialu w Brazylii w ustawieniu 4-4-1-1 z Messim za plecami Higuaina, później jednak przeszli na 4-3-3 z Leo po prawej stronie napastnika ale schodzącym do środka i wymieniającym się z nim pozycję, oraz Aguero po lewej. Mówiło się wtedy że sam Messi naciskał na tę zmianę, chcąc załatwić miejsce w wyjściowej 11-tce dawnemu koledze z pokoju. Jakiekolwiek były powody drużyna została świetnie zbalansowana. Di Maria biegał między polami karnymi po lewej stronie pomocy asekurowany przez defensywnie usposobionego obrońcę Marcosa Rojo, przed parą stoperów operował Javier Mascherano a ustawiony po jego prawej stronie Fernando Gago również często trzymał się własnej połowy ułatwiając rajdy po skrzydle Pablo Zabalecie, drugiemu bocznemu obrońcy. Strategię Argentyńczyków skomplikowały kontuzję. Gago miał problem z kolanem i choć zdołał wyleczyć się na mundial był daleki od szczytu formy. Aguero narzekał na łydki i ścięgna a Higuain zmagał się z kontuzją kostki, wszystko to tuż przed pierwszym meczem ,,Albicelestes” na turnieju przeciwko Bośni i Hercegowinie na stadionie Maracana. Zważywszy jednak nawet na te wszystkie utrudnienia, decyzje personalne Sabelli zaskakiwały tak bardzo że wśród argentyńskich kibiców pojawiło się wiele teorii spiskowych; selekcjoner zrezygnował z ustawienia 4-3-3 i zastąpił je systemem 5-3-2, które podczas eliminacji testował tylko trzykrotnie w trakcie wyjazdowych meczów z Wenezuelą, Boliwią i Ekwadorem zakończonych porażką i dwoma remisami.
Jak się w końcu okazało rzecz nie miała nic wspólnego ani z oczekiwaniami Messiego aby Argentyna grała dwójką z przodu, ani z żadnymi innymi dziwacznymi koncepcjami. Po prostu Sabella nie chciał równocześnie ryzykować zdrowia całej trójki zdolnych do gry zawodników ofensywnych, wśród których był i tak daleki od formy Aguero. Selekcjoner wystawił Messiego za plecami Aguero, w drugiej linii zaś di Marię i Maxi Rodrigueza, między którymi operował Mascherano. Z Bośnią i Hercegowiną Argentyńczycy objęli prowadzenie już w trzeciej minucie, kiedy po rzucie wolnym Messiego i strzale Rojo piłkę odbiła się od Kolasinača. Po tym szczęśliwym początku zostali jednak zepchnięci do głębokiej defensywy i w przerwie(tym razem podobno rzeczywiście za sprawą Messiego, choć przecież nie on jeden zrozumiał że jest tylko kwestią czasu aż jedno z zabójczych podań Pjanicia albo Missimovicia trafi do snajperów rywali) zmienili ustawienie na 4-3-3. Na boisku pojawił się Gago i Higuain a gra Argentyńczyków natychmiast się uspokoiła. Messi wprawdzie wciąż nie błyszczał ale w 65 minucie wziął udział w akcji typowej dla tej drużyny z okresu eliminacji. Higuain wszedł na lewą stronę aby zrobić mu miejsce w środku a piłkarz Barçy minął dwóch obrońców i strzelił po ziemi tuż przy lewym słupku. W końcówce spotkania Ibiševič zdobył gola honorowego i mecz zakończył się wygraną 2:1. Kiedy drużyna zostanie przy ustawieniu 433 a jej kluczowi zawodnicy wrócą do zdrowia, w kolejnych meczach będzie dużo łatwiej. Wymęczone zwycięstwo na początek turnieju to scenariusz dobrze Argentyńczykom znany, wydawało się więc iż kiedy drużyna zostanie przy ustawienu 4-3-3 a jej kluczowi zawodnicy wrócą do zdrowia, w kolejnych meczach będzie dużo łatwiej. Mimo to cały turniej przebiegał dla Albicelestes w podobny sposób jak mecz z Bośnią. Irańczycy bronili się znakomicie, frustrując Argentyńczyków i samemu stwarzając dogodne sytuacje, w końcu jednak już w doliczonym czasie gry Messi dostał piłkę po prawej stronie boiska jakieś 10 m. przed polem karnym rywala. Między nim a bramką znajdowało się 11 Irańczyków ale Leo się rozejrzał, przełożył piłkę na lewą nogę a potem uderzył obok Ghuczanneżada, ponad Sadeghim i pomiędzy próbującym interwencji bramkarzem a słupkiem. W każdych okolicznościach byłby to fantastyczny gol ale zdobyty w chwili gdy zirytowany Maradona zdążył już opuścić stadion, wydawał się jeszcze bardziej wyjątkowy. Oto lider Argentyńczyków wziął odpowiedzialność za losy meczu i pokazał że skoro nikt inny nie może trafić do siatki, zrobi to on. Zwycięstwo z Iranem dało piłkarzom Sabelli awans i stawką ostatniego meczu grupowego(z Nigerią) było wyłącznie to, kto wyjdzie z grupy z pierwszego miejsca. Argentyńczyków satysfakcjonował remis ale zdołali wygrać 3:2, Messi zaś zdobył dwa gole, najpierw po kapitalnym uderzeniu z pierwszej piłki, które omal nie rozerwało siatki, po tym jak wcześniejsze uderzenie Di Marii odbiło się i od słupka i od próbującego interweniować bramkarza a drugiego po kolejnym świetnym rzucie wolnym. Po awans do ćwierćfinału trzeba było grać ze Szwajcarami w São Paulo. Rywale cofnęli się bardzo głęboko a cała ich strategia sprowadzała się do pozbawiania Messiego przestrzeni na boisku. ,, Może nam się udać tylko wtedy, jeśli będziemy to robić wszyscy razem. Jeśli zejdzie taka potrzeba pokryjemy go we trzech albo czterech"- mówił trener Szwajcarów Ottmar Hitzfeld. Tak też to właśnie wyglądało, przez cały mecz Messi opędzał się od roju czerwonych koszulek. Argentyna cierpiała. Aguero, któremu odnowiła się kontuzja ścięgna został zmieniony przez Lavezziego. Messi w zasadzie nie schodził na prawą stronę, grał za dwójką napastników jak klasyczny ,, enganche", co być może dodatkowo ułatwiało przeciwnikom krycie. Nagle okazało się że w całym tym zamieszaniu nie chodzi już o to, czy Argentyna będzie grać dalej ale o to, czy wypełni się los Lionela Messiego. Z perspektywy współczesnych rozmów o piłce nożnej wydaje się to zastanawiające. Zamiast dyskusji o znalezieniu równowagi w drużynie czy integracji poszczególnych jej elementów wróciliśmy do spojrzenia staroświeckiego. ,, Jest naszym najważniejszym zawodnikiem, naszym kapitanem i najlepszym piłkarzem świata. My wszyscy gramy dla niego i zdajemy sobie sprawę ile dla nas znaczy. Mamy wielkie szczęście że jest Argentyńczykiem. Dlatego zawsze, kiedy udaje nam się odebrać piłkę próbujemy podawać do niego, jako najlepszego i liczymy na to że strzeli"- mówił później Zabaleta. Jak zauważył wówczas dziennikarz Ken Early, w FC Barcelonie Messi dostaje piłkę, potem zagrywa do kolegi i rusza na wolne pole, gdzie mógłby ewentualnie otrzymać futbolówkę po raz kolejny. W Argentynie, kiedy dostaje podanie wszyscy pozostali stają i czekają aż zrobi coś wyjątkowego. W meczu drugiej rundy mundialu w Brazylii po boisku biegały Szwajcaria po jednej stronie i niezbyt ścisły sojusz Messiego z Argentyną po drugiej. Do końca regulaminowego czasu gry pozostawało już zaledwie kilka minut, kiedy Messi dostał piłkę z lewej strony boiska tuż przy linii bocznej. Widać było jak się rozgląda a potem (to również dawało się wyczuć) zamyka się w sobie i próbuje rozpocząć kolejną gambetę. Został powstrzymany ale wrażenie było oczywiste: Po raz kolejny usiłował samemu znaleźć drogę prowadzącą do wygranej swojej drużyny. Ponieważ do 90 minuty nie padły gole sędzia zarządził dogrywkę. Oba zespoły skupiły się wokół ławek rezerwowych. Messi był kapitanem Argentyny (wybór dyktowany po trosze względami sentymentalnymi i potrzebą jak najściślejszego powtórzenia historii Maradony) ale dołączył do grupy jako ostatni. Stanął z tyłu, sięgnął po butelkę wody i wylał sobie jej zawartość na głowę. Pierwszy przemówił Sabella, później głos zabrał Mascherano. Messi nie powiedział ani słowa. Czy był to jeszcze jeden przykład cichego przywództwa, o którym mówili jego pierwsi nauczyciele i trenerzy? A może niezależnie od swojego geniuszu był kapitanem tylko z nazwy?
2
@Bernard777 coś dla ciebie w odpowiedzi na komentarz.
0
@Eto'o9 R10 No nie wątpie ale z pewnością nie drugim Kocsisem czy Stoiczkowem :)
2
@Eto'o9 R10 Masz absolutną racje! Do tego Sandor genialnie grał głową, z czego nieprzypadkowy przydomek ,,Złota głowa". W dziejach futbolu dorównywał mu jedynie równie genialnie grający głową Arsenio Erico. Absolutni geniusze główki!
7
Szczęśliwa końcówka sezonu:
24 maja 1992 r. FC Barcelona rozgromiła na wyjeździe Real Valladolid 0:6(!) w 36 kolejce Primera Division, po 2 golach Stoiczkowa, Koemana i Nadala. To zwycięstwo pozwoliło Blaugranie zbliżyć się na jeden punkt do Realu Madryt a w ostatniej kolejce(dzięki wygranej Tenerife z Realem) sięgnąć po mistrzostwo Hiszpanii.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
8
,,Kareta” Kocsisa:
24 maja 1959 r. FC Barcelona gromi na wyjeździe Betis Sevilla 0:6 w pierwszym ćwierćfinale Copa del Generalísimo. Niezwykłym wyczynem popisał się Węgier Sandor Kocsis zaliczając klasycznego hattricka i dokładając 4 gola po przerwie. Pozostałe gole strzelili Eulogio Martinez i Joan Segarra.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Astad
@Arkon
@Adran360
10
Pierwszy Puchar Króla w gablocie Dumy Katalonii:
24 maja 1910 r. rozpoczął się pierwszy w historii wygrany przez FC Barcelone turniej finałowy Pucharu Króla Hiszpanii. Co ciekawe z powodu nieporozumień między klubami odbyły się równolegle dwa turnieje i obydwa są uważane za oficjalne. Duma Katalonii wzięła udział w rozgrywkach pod egidą nowo powstałego Królewskiego Hiszpańskiego Związku Piłki Nożnej (RFEF). Właśnie 24 maja Barça pokonała w półfinale Deportivo La Coruña 5:0 a dwa dni później pokonała Club Español de Madrid 3:2 po golach Wallace’a, Commamali i Pepe Rodrigeuza. W turnieju tym brały udział tylko 3 kluby a turniej był rozgrywany w Madrycie.
@Adran360
@Arkon
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
9
Tak jest! Napoli Campione!!! Zrobili to scudetto, zrobili to po raz czwarty w dziejach! Zrobili to ku chwale ,,Boskiego" Diego(!) i to na stadionie jego imienia. Bravissimo!!! Grazie Napoli!
7
Aranycsapat, czyli ,,Złota jedenastka”:
23 maja 1954 r. Węgrzy rozbili w Budapeszcie reprezentacje Anglii w meczu towarzyskim aż 7:1(!) co do dziś jest najwyższą porażką w historii angielskiej piłki nożnej. Był to rewanż za przegrany mecz listopadowy na Wembley z ubiegłego roku, jakim pałali wówczas Anglicy. Węgrzy znów byli o klasę lepsi i 3 tygodnie później pojechali na mundial jako faworyt. Tam dopiero w finale zatrzymała ich reprezentacja RFN po słynnym ,,cudzie”(de facto przekręcie, o czym już pisałem i niejednokrotnie będę przypominał) w Bernie i zwycięstwie 3:2.
@Adran360
@Arkon
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@Stinger_ Patrze i oczom nie wierze? Z jakiej paki oni rozgrywają w piątek(!) decydujące mecze o mistrzostwo Włoch?
9
Od „Małej kaczki” do pięknego łabędzia:
Wszyscy młodzi chłopcy zarażeni baskijskim patriotyzmem, chcieli tak jak on zdobywać mnóstwo goli. Pozostaje idolem do dziś. Możemy narzekać, że jego sława opiera się w dużym stopniu na zasadzie przedwczesnej śmierci. Jednak trofea pozostają wieczne i przemawiają na jego korzyść. W czasach swojej świetności dumnie reprezentował tylko jeden klub – Athletic Bilbao. Każdy pasjonat przyodziany w biało-czerwone, pionowe pasy, wyobraża sobie jak Rafael Moreno Aranzadi lub po prostu „Pichichi” sto lat temu mijał obrońców. Kolczyk w uchu, różnokolorowe buty, idealnie nażelowane, pofarbowane lub przystrzyżone w wymyśle wzory włosy, koszulki rozchodzące się jak świeże bułeczki w sklepiku osiedlowym – zarówno te oryginalne, jak i tanie podróby(koszulki, nie bułki!). Własna firma najwygodniejszych na rynku (podobno) bokserek, zdjęcia wrzucane najnowszym IPhonem 6 na Instagrama, fanpage, mający blisko 20 milionów polubień i unikanie paparazzich, mknąc naprzód swoim Astonem Martinem One-77 z silnikiem V12. Takie życie być może w dzisiejszych czasach wiódłby Rafael w jednej z dzielnic Bilbao (o ile nie skusiłby się na grube pieniądze szejków). Ponad sto lat temu wyróżnić mógł się zaledwie białą chustką na głowie, co umożliwiało rozpoznanie go na boisku, w jednej chwili. Aranzadi kochał Bilbao od zawsze. Tutaj się urodził i wychował. Ludzie mówili, że ma intelektualny potencjał, jednak on nie chciał się kształcić. Nie marzył, żeby pójść w ślady ojca, który był prawnikiem, a z czasem został burmistrzem miasta. Wujek Rafaela (brat matki) był bardzo znanym hiszpańskim filozofem i pisarzem, ale i to do niego nie przemawiało. Do inżynierii też nigdy nie ciągnęło, choć tym zajmował się jego brat – Raymond. Wolał kopać szmacianą piłkę z kolegami i wracać późno do domu. Dołączył do Athleticu w 1911 roku, mając 19 lat. Wówczas uzyskał przydomek „Pichichi” (mała kaczka) z racji swoich warunków fizycznych. Szybko awansował do pierwszego zespołu. Najważniejszym trofeum w Hiszpanii był w tamtym czasie Puchar Króla. Brały w nim udział drużyny z całego kraju. Ceniono go ponad wszelkie mistrzostwa regionalne. Finał Copa del Rey (przeciwko Racing Club de Irun) w 1913 roku Aranzadi przegrał, ale szybko im się zrewanżował kilka miesięcy później – strzelając historyczną, pierwszą bramkę na stadionie San Mames, już w 5. minucie. „Pichichi” w dużym stopniu przyczynił się do zdobycia czterech Pucharów Króla, trzech mistrzostw północy, oraz dwóch Mistrzostw Vizcayan. W finale Copa del Rey 1915 ustrzelił nawet hat-tricka, a Athletic pokonał Espayol, aż 5 do 0. Znakomita część tych trofeów jest też zasługą angielskiego trenera Billy’ego Barnesa. Szkoleniowiec rozumiał doskonale pozycję Rafaela. Szczególnie że nie minął rok, odkąd sam przestał grać w piłkę. Grał jako skrajny lewy napastnik w drużynie Queens Park Rangers. Skupiał się więc najmocniej na pozycji „Pichichiego”. Wówczas grano na pięciu, czy nawet sześciu napastników, zupełnie nie dbając o środek pola. „Pichichi” grał na tej samej pozycji, co jego trener w przeszłości. Stąd bardzo dobrze się rozumieli. Często schodził do środka i pełnił poniekąd rolę mediapunta. Znakomity drybling, zwrotność, dobra gra obiema nogami, i silny strzał – to cechy, które pomagały mu bardzo często kończyć akcję indywidualnie. Pichichi był więc jednocześnie mediapuntą i lisem pola karnego. Teraz trudno to sobie wyobrazić, jednak wtedy proporcje obrońców w stosunku do napastników były jak w piłkarzykach stołowych – atakujący mieli przewagę. „Pichichi”, zdobył też srebro olimpijskie w 1920 r., strzelając na turnieju jedną bramkę. Kariera reprezentacyjna jednak nie zdążyła rozkwitnąć, bo licznik zatrzymał się na 5 spotkaniach.
Pod koniec swojego życia (nikt tak wtedy nie przypuszczał) przestał imponować formą. Ikona „Pichichiego” nie była tak silna za jego życia. Wówczas był bez żalu krytykowany. Fani domagali się tego samego piłkarza, który jeszcze niedawno był piłkarskim czarodziejem. W maju 1921 roku postanowił zostać piłkarskim sędzią. To zabolało fanów jeszcze bardziej niż zawieszenie butów na kołku. Sędziowski debiut wypadł mu na stadionie… San Mames. Jednak w wieku 29 lat, zmarł w swoim mieszkaniu na tyfus. Przyczyną było prawdopodobnie zjedzenie nieświeżych ostryg. Pośmiertnie więc „Pichichi” znów stał się ulubieńcem i ikoną Bilbao. Dziś legenda jeszcze bardziej urosła. Jest wymieniany naprzemiennie z Telmo Zarrą (także istnieje nagroda nazwana jego imieniem – Trofeo Zarra – przyznawana najlepszemu hiszpańskiemu strzelcowi Primera Division i Segunda Division) jako najwybitniejszy zawodnik w historii baskijskiego klubu. Od 1926 r. na cześć snajpera powstało popiersie z brązu, które od tamtego zdobi San Mames. W 1953. roku „Marca” postawiła „Pichichiemu” najtrwalszy pomnik, nazywając nagrodę najlepszego strzelca Primera Division jego imieniem, a właściwie przydomkiem. To hołd dla bramkostrzelnego gracza, który paradoksalnie nigdy nie był królem strzelców ligi, bo ta powstała przecież w 1929 roku. Nie miał więc okazji, którą pewnie by wykorzystał. Na setną rocznicę powstania klubu Athletic Bilbao, został odkryty wielki pomnik „Pichichiego” wraz z jego małżonką Aveliną Rodriguez. Na głowie posągu nie mogło zabraknąć białej chusty. To przecież stały atrybut Rafela. Ten „gigante” możemy podziwiać w muzeum Euskal Museoa Bilbao Museo Nasco. W świątyni San Mames istnieje pewna tradycja. Jeśli drużyna gra na tym stadionie pierwszy raz – to jej kapitan składa kwiaty przy popiersiu „Pichichiego”, które od 2013 roku, czyli od powstania nowego San Mames, znajduje się przy wyjściu z tunelu. Jeszcze do niedawna Cristiano Ronaldo i Lionel Messi konsekwentnie walczyli o „małą kaczkę”.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Astad
@Bernard777
@Adran360
0
@FcPortoFan1999 Czy ja wiem że zabawnie? Dla mnie w sumie wcale nie zabawnie...
10
Szanowni cules, czy wiecie że:
23 maja 1912 r. Alfonso Albeniz Jordana został pierwszym piłkarzem, który przeszedł z FC Barcelony do Realu Madryt(wówczas FC Madrid). Powodem przeniesienia się do stolicy było rozpoczęcie studiów w tym mieście. Albeniz został potem dyrektorem w Realu i prezesem pierwszego Hiszpańskiego Kolegium Sędziów. W 1902 r. jeszcze jako piłkarz Blaugrany zagrał w pierwszym El Clasico jako najmłodszy gracz w historii(16 lat i 132 dni), choć jak pisano wówczas w gazetach ,,ze względu na wiek nie powinien uczestniczyć w tak brutalnej i niebezpiecznej grze”. Z kolei inny zawodnik, Jose Quirante, będąc piłkarzem Barçy, grał dwa lata dla Realu w latach 1906-1908 ze względu na obowiązki w pracy, które zmusiły go do przeprowadzki do Madrytu. W tym czasie był jednak formalnie nadal piłkarzem FCB. No cóż, takie to właśnie były wtedy amatorskie czasy…
@Adran360
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
8
@FCBparasiempre
22 maja 1946 r. urodził się George Best, napastnik, dwukrotny mistrz Anglii(Manchester United) - 1965, 1967; Zdobywca Pucharu Europy(Manchester United) - 1968 r.; Zdobywca Złotej Piłki France Football – 1968 r.; Najlepszy Piłkarz Świata według ,Football Writers Association’ – 1968 r. Wybrany do drużyny wszechczasów Ligi Angielskiej w 2007 roku. Zdobywca 9 goli w 37 meczach w reprezentacji Irlandii Północnej. Ogółem zdobywca 214 goli w 616 meczach. George Best był pierwszym dzieckiem Dickie Besta i Anne Best. Dorastał w rodzinnym mieście wraz z piątką rodzeństwa : czterema siostrami i bratem. W wieku 11 lat uzdolniony naukowo Best dostał się do Grosvenor High School, ale wkrótce potem zaczął coraz częściej chodzić na wagary i unikać uczęszczania do szkoły na zajęcia. Szkoła ta specjalizowała się w bardzo popularnym w tamtych czasach na wyspach sporcie – rugby. Gdyby nie buntowniczy charakter Besta kto wie czy nie został by gwiazdą rugby. Jednak los sprawił inaczej i po wydaleniu go z Grosvenor High School przeniósł się do Lisnasharragh Secondary School, gdzie spotkał swoich przyjaciół ze szkoły podstawowej. Połączyła ich ponownie bliska przyjaźń i miłość do piłki nożnej. Wspólnie cały wolny czas poświęcali na trenowanie tego sportu. W tym momencie talent Besta dopiero zaczynał rozkwitać i dawać o sobie znać światu i samemu piłkarzowi. Swoją prawdziwą przygodę z piłką nożna rozpoczął w wieku 14 lat w lokalnym klubie piłkarskim Cregagh Boys Club. Niedługo potem bo już w wieku 15 lat Best został zauważony przez obserwatora angielskiej drużyny Manchesteru United, Boba Bishopa. Bishop poinformował telegramem ówczesnego trenera drużyny Manchesteru Matta Busby’ego słowami : „ Myślę że znalazłem Ci geniusza”. Nie trwało to długo gdy przeniósł się do Manchesteru na okres próbny, by w wieku 17 lat, a dokładnie 14 września 1963 zadebiutować w pierwszej drużynie angielskiego klubu w wygranym meczu 1:0 z drużyną West Bromwich Albion. Genialne dziecko piłki nożnej było niestety za młode aby przebić się do pierwszej drużyny nowego klubu i przez połowę pierwszego sezonu większość czasu spędził na ławce. Jego druga szansa na pokazanie się przed publicznością w Manchesterze przyszła 28 grudnia tego samego roku. Trener Matt Busby dał Bestowi szansę do gry w meczu z drużyną Burnley F.C. Dla Sir Matt'a Busbiego od samego początku było wiadomo, że 16-letni, chudy chłopak z Belfastu jest kimś wyjątkowym. W meczu tym, młody zawodnik strzelił swojego pierwszego gola, a sam mecz zakończył się zwycięstwem Manchesteru United wynikiem 5 - 1. To właśnie wtedy pierwsza dywizja angielskiej piłki nożnej dostrzegła wschodzącą gwiazdę i jego pierwszego strzelonego gola. Po meczu Busby uznał że Best zasługuje na częstszą grę. Jak powiedział, tak zrobił, po Nowym Roku Geaorge Best zaczął regularnie grywać występując w 26 meczach i strzelając 6 goli. Sezon Manchester zakończył na drugim miejscu, cztery punktu za drużyną Liverpoolu. Kolejny sezon był dla Manchesteru United i Besta lepszy, udało im się zdobyć tytuł mistrzowski, a Best grywał regularnie. Do eksplozji talentu Besta doszło w 1966 roku. Wtedy to Best strzelił dwie bramki Benfice Lizbona w wygranym przez Manchester United meczu, w ćwierć finale Pucharu Europy. Od tamtego momentu George Best stał się prawdopodobnie najważniejszym graczem angielskiej drużyny i to właśnie wtedy oficjalnie nadano mu pseudonimy „ Piąty Beatles” i „Chłopak z Belfastu”. Stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych piłkarzy na wyspach i w Europie.Następny sezon był dla niego równie owocny. Wraz z Manchesterem ponownie zdobył tytuł mistrzowski ligi angielskiej. Jego forma i sława rosły z meczu na mecz, zadziwiał wszystkich równie dobrymi występami w każdym meczu. Następujący sezon przyniósł Bestowi kolejne trofeum – zwycięstwo w Pucharze Europy po wygranym meczu z Benfiką Lizbona aż 4 : 1. Dla Besta ten sezon był o tyle udany, że po za wygraną zespołu udało mu się także zdobyć tytuł Europejskiego Piłkarza Roku i nominacje do honorowego tytułu Najlepszego Piłkarza Roku Na Świecie. Po tym idealnym dla piłkarza sezonie nastąpiło zatrzymanie niesamowitego rozwoju kariery. Był to jego najwyższy szczyt, którego potem już niestety nie osiągnął.
W roku 1969 Best otworzył dwa nocne klubu w centrum Manchesteru, były to „Oscar „ i „Slack Alice”. Po za nocnymi klubami stał się właścicielem paru butików z modną odzieżą w partnerstwie z innym dość znanym piłkarzem Manchesteru United Mike’em Summerbee. Jednakże mimo skutecznego działania biznesowego rozwinął w sobie mniej pozytywne cechy, takie jak alkoholizm i nałóg do hazardu. Stał się kobieciarzem i zaczął spotykać się z gwiazdami estrady i znanymi modelkami. Jak sam podkreślał - roztrwonił cały majątek na kobiety, alkohol i samochody. W tym okresie stały się one dla niego najważniejszym celem w życiu. Z dnia na dzień osiągał dno, a właściciele Manchesteru United coraz częściej myśleli co powinni zrobić z takim człowiekiem. W końcu działacze „Czerwonych Diabłów” nie mieli wyboru i zdecydowali zrezygnować z pobłażania Bestowi i zakończyć z nim oficjalną współpracę. Trener i działacze nie widzieli miejsca w zespole dla człowieka z problemem alkoholowym, nie potrafi sobie z nim poradzić i była to jedyna metoda jaka im pozostała. Przez kolejne osiem lat swojej kariery, a raczej imitacji wcześniejszej kariery tułał się po wielu klubach, mimo to, że nadal czarował swoimi umiejętnościami z żadnym z klubów w których grał nie osiągnął żadnych sukcesów takich jak z Manchesterem, a nawet do nich zbliżonych. Pierwszym z klubów do którego się przeniósł w 1974 roku był afrykański Jewish Guild. Źle znosił krytykę związana z jego opuszczaniem treningów i nieprofesjonalnego podejścia do gry. Podczas krótkiego pobyty w tym zespole to on był głównym powodem dla którego na stadion przychodziło tysiące widzów. W afrykańskiej drużynie zagrał pięć oficjalnych meczów i w grudniu 1975 roku przeniósł się z powrotem do europy, do irlandzkiego klubu Cork Celtic. Podobnie jak w drużynie Jewisg Guild tutaj także przyciągał ogromną liczbę widzów, ale nie był w stanie już im zaimponować, ani strzelić gola. Zagrał tylko trzy oficjalne ligowe gry po przez cały swój pobyt w Cork Celtic. Będąc tam na tymczasowej umowie musiał pokazać, że warto podpisać z nim normalny kontrakt. Niestety nieudało mu się to, ani trochę nie przypominał siebie z wcześniejszych lata. Zakończyło się to odejściem z klubu i wyruszeniem do kolejnego. W 1976 roku trafił do Fulham, a więc ponownie do Anglii. W angielskim klubie spędził sezon 1976 – 1977, w którym nastąpiło częściowe odrodzenie jego formy. Co prawda nie był już taki szybki jaki kiedyś, ale znowu zaskakiwał swoimi technicznymi umiejętnościami. Ten okres zaowocował spotkaniem w drużynie Fulham swojego starego kompana do picia Rodneya Marsha. W późniejszym etapie życia otwarcie przyznał, że mimo braku zwycięskich zaszczytów w drużynie Fulham, bardzo podobał mu się czas którym tam spędził. Można domyślać się że przypominał mu on jego najlepsze lata z drużyny Manchesteru. Po sezonie odszedł z angielskiej drużyny by przenieść się do Stanów Zjednoczonych Ameryki. Grał tam w trzech klubach piłkarskich : Los Angeles Aztecs, Fort Lauderdale Strikers oraz San Jose Earthquakes. Rozkoszował się tam anonimowością, której brakowało mu w Anglii, ponownie mógł pokazać swoje umiejętności. Grając w pierwszym swoim sezonie wraz z drużyną Los Angeles Aztec zdobył 15 goli w 24 meczach. Został dzięki temu osiągnięciu wybrany najlepszym pomocnikiem amerykańskiej ligi piłki nożnej. Podczas swojego trzyletniego pobytu w Stanach Zjednoczonych udało mu się także wraz ze swoim menadżerem Ken’em Adam’em otworzyć „Bestie's Beach Club” , który został później przemianowany na The Underground na cześć Londyńskiego systemu metra. Klub działał efektywnie do około 1990 roku. W 1979 ponownie powrócił do Europy rozpoczynając grę w szkockim klubie Hibernian. Spędził tam dwa lata bez godnych odnotowania sukcesów czy wydarzeń. Podobnie było w jego kolejnych klubach Bournemouth, Brisbane Lions, Testimonial i Tobermore United. Północno Irlandzki Tobermore United był jego ostatnim w karierze klubem, tak więc skończył karierę tam gdzie ją rozpoczął – w swojej ojczyźnie. Po za karierą klubową George Best rozegrał w reprezentacji Północnej Irlandii 37 meczy strzelając 9 bramek. Była to drużyna dość słaba i nie udało mu się odnieść z nią żadnych sukcesów. Zakończenie kariery przyniosło Bestowi kolejny życiowy upadek, trafił na trzy miesiące do więzienia za jazdę samochodem pod wpływem alkoholu. Jego daleki od sportowego tryb życia doprowadziło do transplantacji wątroby w 2000 roku. Stan zdrowia Georga wyraźnie pogorszył się w 2005 roku i trafił on do szpitala w stanie ciężkim. 25 listopada zmarł. George Best jest uważany za jednego z piłkarzy o największym naturalnym talencie sportowym, był nawet często porównywany do Edson Arantes do Nascimento a właściwie Pelé, Erica Cantony, a nawet „ boskiego ” Diego Armando Maradony, jednak z powodu problemów ze sobą wielka kariera Besta szybko się skończyła. On sam dobrze wiedział, że mógł osiągnąć znacznie więcej, mówiąc kiedyś półżartem: ” Żebym tyle nie pił, nikt by nie słyszał o Pele i Maradonie”. Kibice nazywali go często „ Piątym Beatlesem ” ze względu na wygląd i jego fryzurę, która nadawała mu wygląd do złudzenia przypominający doskonałych muzyków. Zawodnik, o którym sam Pele powiedział: „ To najlepszy piłkarz na świecie ” cieszył się szacunkiem i dosłowną miłością kibiców, fanów i specjalistów piłki nożnej. Był niesamowicie szybki, skoczny, posiadając przy tym doskonałe umiejętności techniczne – robił z piłką co chciał. Był w stanie ogrywać nawet dużo lepiej predysponowanych przeciwników. Geniusz, jakich mało, pochodzący z kraju i ziemi ubogiej w talenty piłkarskie.
5
Wybitne legendy futbolu:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360
0
@Mixtape To nie jest żaden Matrix! Tottenham i Manchester docierając do finału rozgrywek Ligi Europy, w zasadzie nie mieli sobie równych. O czym to może świadczyć? Ni mniej ni więcej, może to świadczyć tylko i wyłącznie o wysokim poziomie Premier Lig a nie o totalnym Matrixie...
10
Diego Forlan dał popis na Camp Nou:
22 maja 2005 r. FC Barcelona zremisowała w przedostatniej kolejce Primera Division z Villarreal CF 3:3 a wydarzeniem wieczoru była prezentacja pucharu za mistrzostwo Hiszpanii i wielka fiesta, która odbyła się na Camp Nou po zakończeniu meczu. Na drugim planie toczyła się jednak walka o ,,Trofeo Pichichi”, czyli tytuł najlepszego snajpera. Niespodziewany hattrick zdobyty przez Diego Forlana pozwolił mu niemal dogonić Samuela Eto’o. Napastnik Villarreal miał po 37 kolejkach 23 gole wobec 24 goli snajpera Blaugrany. Trzeba jednak zaznaczyć iż kontrowersje wywołał gol strzelony 19 lutego w meczu z Mallorca, gdy uderzona przez Deco piłka odbiła się od Eto’o i zmyliła bramkarza z Balearów. Katalońskie media zaliczały to trafienie Kameruńczykowi ale madrycka ,,Marca”(fundator nagrody Trofeo Pichichi) i europejska organizacja ESM(przyznająca ,,Złotego Buta”) uznały że strzelcem gola jest Deco. Jak się okazało była to kluczowa decyzja, gdyż w rozegranej tydzień później ostatniej kolejce ligowej Forlan strzelił 2 gole a Eto’o nie trafił ani razu i to reprezentant Urugwaju sięgnął po Pichichi, zdobył także, ex aequo z grającym w Arsenalu Henry’m, Złotego Buta.
@Adran360
@AssisMoreira
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Debiuty zapomnianych legend FC Barcelony:
22 maja 1927 r. w towarzyskim meczu FC Barcelony z Motherwell wygranym 2:0 debiutuje w barwach Blaugrany legendarny napastnik Angel Arocha.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Astad
@Adran360
8
„Cafe Baviera”:
Między mieszkańcami, którzy mieli w zwyczaju spacerować w pobliżu fontanny Canaletes, włóczyli się kibice Barçy. Na początku XX wieku, wraz z popularyzacją futbolu w Katalonii, sympatycy Blaugrany stworzyli tradycje spotykania się w poniedziałkowe wieczory wokół nieistniejącego już okrągłego kiosku ażeby porozmawiać na temat wyników meczów rozegranych w miniony weekend. Oprócz fontanny Canaletes kibice spotykali się również w innych miejscach w tej okolicy, takich jak „Cafe Baviera”. Lokal ten(własność Estevego Sali) mieścił się przy skrzyżowaniu Rambli z ulicą Pelai, blisko fontanny i otworzył podwoje w maju 1898 r. Wcześniej na parterze budynku znajdowała się kawiarnia Petit Palayo, będąca własnością wuja szefa FC Barcelony. To tam pracował Sala, kiedy przyjechał do miasta z Girony. W Bavierze, jak powszechnie nazywano kawiarnie, klienci mogli spróbować świeżego kawioru „Romanoff”, który Sala importował z Moskwy drogą lotniczą, oraz jego cenionego piwa beczkowego. Gorące „pastissets” nadziewane anchois(specjalność lokalu) przyciągały niezdecydowanych. W ten sposób taras Baviery stał się centrum piłkarskich spotkań tamtej epoki. Pośród zebranych na spontanicznych rozmowach na ulicy oprócz kibiców nie brakowało także dyrektorów klubu a nawet samych piłkarzy, jak choćby Samitiera, Sagi-Barby czy nawet Alcantary. Jednak przy Canaletes zbierali się nie tylko sympatycy Blaugrany żeby debatować o ostatniej kolejce. Przychodzili tutaj również kibice pozostałych klubów z miasta. Powodowało to że po derbach dyskusje były bardzo gorące a często prowadziły nawet do ostrych kłótni, zwłaszcza kiedy ścierali się ze sobą najbardziej zagorzali barceloniści i espanyoliści. „Cafe Baviera” bynajmniej nie popadła w zapomnienie, lecz podtrzymywała więzi z Barçą dzięki radiowemu programowi pod takim właśnie tytułem, który prowadził barceloński dziennikarz Xavier Bosch. Od czasu pierwszej audycji we wrześniu 2000 roku, „Cafe Baviera” stał się pierwszym codziennym sportowym programem stacji RAC1 emitowanym w paśmie nocnym. Program, zdjęty z anteny w sierpniu 2004 roku, miał na celu odzyskanie ducha spotkań z „Cafe Baviera” i stał się jednym z najpopularniejszych w kręgu barcelonistów, wszak nie na darmo jego slogan brzmiał: ,,Primer el Barça. Despres tambe(Najpierw Barça. Potem też). W późniejszym czasie Bosch założył blog „Cafe Baviera”, na którym na gorąco publikuje relacje z każdego meczu rozgrywanego przez pierwszą drużynę FC Barcelony.
@Adran360
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
9
@FCBparasiempre
Ileż to razy słyszy się dziś o zawodnikach, którzy znikąd pojawiają się na wielkiej imprezie, nawet nie mając wcześniej sukcesów w poważnej piłce. Bohaterem premierowej edycji Mistrzostw Europy, a w szczególności finału był Wiktor Poniedielnik. Dzięki jednej bramce jego nazwisko zapisało się w historii radzieckiego futbolu, a znają je także współcześni Rosjanie. Mowa o trafieniu dającym jedyny tytuł w połączonej historii radzieckiego i rosyjskiego futbolu, od którego to zaczęła się wielka kariera Poniedielnika – złotym golu w meczu finałowym Mistrzostw Europy w 1960 roku. Witia urodził się 22 maja 1937 r. w Rostowie nad Donem. Ma to duże znaczenie w kontekście jego losów zawodowych, bowiem Wiktor Władimirowicz był lokalnym patriotą, co mogło doprowadzić nawet do jego śmierci, ale o tym później. Wychowywał się w dobrze sytuowanej rodzinie pielęgniarki i dziennikarza. Z racji własnego wykształcenia pogląd matki i ojca na wychowanie dzieci przedstawiał się tradycyjnie. Upierali się, by Wiktor skończył studia i naciskali, by odrzucił marzenia o karierze futbolisty. Syn nie śmiał jednak podporządkować się woli rodziców. Od czasu, gdy na szkolnym boisku wypatrzył go trener lokalnej drużyny Buriewiestnik, Iwan Grebieniuk. Wiktor rozpoczął karierę, równocześnie uczęszczając do technikum rolniczego. Kolejny krok umożliwił mu kolega ze studiów pedagogicznych, Julguszew, Wówczas reprezentował on barwy większego klubu z Rostowa, Torpedo. Zaprowadził Witię do znajomego trenera, Piotra Szczerbaczenki, który był szanowany w całym regionie. Szkoleniowiec, kiedy zobaczył, na co stać Poniedielnika, polecił go do wyżej wymienionej ekipy. Witia zaliczył tam pierwszy z kilku wspaniałych debiutów, strzelając zwycięskiego gola na 1:0 przeciwko ekipie z Finlandii. Grał w Torpedo (przemianowanym po sezonie 1957 na Rostsielmasz) do 1959 roku. Jako zawodnik Rostsielmasza otrzymał powołanie do reprezentacji. Klub z Rostowa grał wtedy w drugiej lidze, toteż Poniedielnik został pierwszym graczem z niższego szczebla rozgrywek zauważonym przez sztab kadry narodowej. Nie dane mu było jednak wyjść na boisko. Co się odwlecze, to nie uciecze. Po zasileniu szeregów pierwszoligowego SKA Rostów wizja gry w koszulce z napisem „CCCP” na piersiach stała się realniejsza. Napastnika w jego pierwszym sezonie w nowej drużynie wybrano jednym z trzech najlepszych piłkarzy na tejże pozycji w kraju. Dzięki temu dostał okazję debiutu w „Sbornej”. Znowu zaliczył wejście smoka. 19 maja 1960 polscy rywale Związku Radzieckiego musieli przełknąć gorycz porażki w stosunku aż 7:1, a trzy razy do bramki strzeżonej przez Stefaniszyna trafił 23-letni debiutant. Półtora miesiąca później rozpoczęły się Mistrzostwa Europy na francuskich boiskach. Tam Poniedielnik zagrał 180 minut w dwóch meczach, w każdym pokonując bramkarza drużyny przeciwnej. Na początek półfinałowy mecz z Czechosłowacją i gol na 3:0 dobijający Czechów. To, co stało się finale Mistrzostw przeszło do historii Związku Radzieckiego. Po regulaminowych 90 minutach na tablicy wyników widniał remis 1:1. Do akcji wkroczył rozgrywający swój trzeci oficjalny mecz w reprezentacji Witia. Sam bohater opowiada: „Była 112 lub 113 minuta meczu (…). Kombinację, prowadzącą do „złotego gola”, można powiedzieć, rozpoczął Jaszyn. On ręką wprowadził piłkę do gry, rzucił prawie do środka pola, w naszą linię pomocy. Po krótkiej wymianie podań z partnerami Jura Wojnow ograł Matusa i posłał po lewej flance Meschiego. Micho nie odmówił sobie przyjemności zrobienia dwóch firmowych zwodów, uciekł obrońcy i wrzucił w okolice punktu rzutów karnych, dokąd ja już leciałem pełną parą…”.
Wprawiając cały naród w euforię jednocześnie Wiktor narobił sobie kłopotów, pokonując Schrojfa. W Związku Radzieckim, jak swego czasu w większości komunistycznych państw świata (w tym w Polsce), panowały osobliwe zasady transferów pomiędzy klubami. Najlepsi zawodnicy skupiani byli we flagowych ekipach kraju. Będąc na świeczniku, Poniedielnik ściągnął na siebie uwagę ministerstwa obrony ZSRR, które to sprawowało pieczę nad CSKA Moskwa (wówczas CSK MO). Pewnego poranka, kilka chwil po obudzeniu się dostał wiadomość, że musi przeprowadzić się do Moskwy. Do domu Witii wtargnął bowiem oficer w asyście dwójki niższych rangą żołnierzy i nakazało Poniedielnikowi wyjazd do Moskwy. Wizja własnego apartamentu w stolicy i luksusowego samochodu nie przekonała 23-latka do zmiany miejsca zamieszkania i wyprowadzki z rodzinnego Rostowa. Nie zareagował na zainteresowanie czołowej drużyny kraju z entuzjazmem, choć pod naciskiem musiał wyjść w jej koszulce podczas kilku sparingów. Wręcz przeciwnie, za wszelką cenę chciał uniknąć przenosin do Moskwy. Przeciwni utracie swojego idola byli także lokalni kibice. Organizowali więc protesty, wcale nie pokojowe, zniszczenia w mieście były widoczne. Reakcja społeczeństwa nie obchodziła władz państwowych. Pewnie napastnik SKA nie uniknąłby gry w stołecznej drużynie, gdyby nie znajomość ojca piłkarza, Władimira, z najsłynniejszym obywatelem Rostowa, pisarzem Michaiłem Szołochowem (autor m. in. powieści „Cichy Don”). Władimir Poniedielnik, pisał swego czasu esej o prozaiku, toteż miał okazję robić z nim wywiad. Wołodia zadzwonił do Szołochowa, przedstawił znajomemu całą sytuację. Rostowianin skontaktował się zaś z Jekateriną Furcewą, ministrem kultury ZSRR. Furcewa nie tylko pełniła ważną funkcję państwową. Również, a może w tym kontekście przede wszystkim, była kochanką Leonida Breżniewa, przewodniczącego Prezydium Rady Najwyższej Związku Radzieckiego, czyli najważniejszej osoby w kraju. Wysłuchawszy słynnego pisarza, Furcewa zaprosiła go na spotkanie, by zapewne jeszcze bliżej przyjrzeć się problemowi i podjąć decyzję. Partnerka głowy państwa radzieckiego po rozmowie z zawodnikiem wykonała telefon do bezpośrednio odpowiedzialnego za sprawę Siergieja Pawłowa, kierującego Komitetem Kultury Fizycznej i Sportu przy Radzie Ministrów ZSRR. Pawłow zgodził się z panią minister i zwolnił Poniedielnika z obowiązku zasilenia szeregów CSKA Moskwa, dzięki czemu do końca kariery napastnik mógł pozostać w Rostowie. Zapewne może mówić o sporym szczęściu, gdyż niewielu futbolistom (jeśli komukolwiek) udało się bez konsekwencji sprzeciwić reżimowi panującemu w Związku Radzieckim. Rok po tych wydarzeniach wraz z reprezentacją odwiedził Chile, by rywalizować w Mundialu. Rosjanie nie spełnili oczekiwań rządu i narodu. Co prawda, przez fazę grupową przeszli pewnie, pokonując znów Jugosławię (2:0), a także Urugwaj (2:1), oraz remisując z Kolumbią (4:4), lecz już w następnej fazie odpadli ponosząc porażkę z Chile (1:2). Oprócz złota na premierowych Mistrzostwach Europy w kadrze łupem Wiktora padł również srebrny medal kontynentalnego czempionatu w 1964 roku. Przez cztery lata dzielące oba turnieje ze zwycięskiej ekipy odeszła większość gwiazd, a oprócz Poniedielnika w obu finałach zagrali tylko Iwanow i Jaszyn. Na Santiago Bernabeu obrońców tytułu zwyciężyli gospodarze 2:1. W międzyczasie trzykrotnie otrzymał wyróżnienie dla najlepszego napastnika krajowej ligi. Potem kariera naszego bohatera zmierzała ku końcowi. Zaczął przybierać na wadze, a na domiar złego wiosną 1965 roku przyplątało się zapalenie wyrostka, w związku z czym musiał wylądować na stole operacyjnym. Zabieg nie poszedł do końca zgodnie z planem, 28-latkowi dawały się we znaki powikłania pooperacyjne. Pomimo usilnych starań w kierunku przywrócenia piłkarza do pełnej sprawności, niedługo po podpisaniu kontraktu z moskiewskim Spartakiem, dawny idol milionów nie miał innego wyjścia i musiał zakończyć karierę. Zawiesiwszy buty na kołku Wiktor Władimirowicz poszedł w ślady ojca i został dziennikarzem gazet „Советский Спорт” (przez 14 lat, w latach 1969—1983 kierował działem piłkarskim), a następnie przeszedł do ”Футбол-Хоккей” obejmując posadę redaktora naczelnego. Wcześniej krótko trenował graczy Rostsielmasza (1969). Ma na koncie aż cztery autobiografie, jak: „ Любовь моя, футбол” („Moja miłość, futbol”) i „Исповедь центрального нападающего” („Spowiedź środkowego napastnika”). Obecnie działa społecznie, jak i na rzecz rozwoju rosyjskiego futbolu. Imieniem Wiktora Poniedielnika ochrzczono akademię piłkarską.
Statystyki i osiągnięcia:
Reprezentacja:
1x mistrzostwo Europy (1960)
1x Wicemistrzostwo Europy (1964)
Osiągnięcia indywidualne:
1x król strzelców mistrzostw Europy (1960)
8
Buntownik przeciwko systemowi:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Astad
@Adran360
8
@FCBparasiempre
Prawie codziennie opisywani są wybitni piłkarze, czy sylwetki wielkich trenerów. Pisze się o sędziach, działaczach. Do historii polskiej piłki przeszedł także ten, który opowiadał o jej największych sukcesach milionom rodaków i przez te miliony został pokochany. Wielu z nas wychowywało się na Dariuszu Szpakowskim. Niemało jest w naszym kraju fanów Mateusza Borka. W złotych czasach polskiego futbolu pierwszym głosem był jednak Jan Ciszewski. Kiedy Ciszewski miał dziewięć lat, nieszczęśliwie skoczył z wozu, przez co zerwał ścięgno w prawej nodze. Kilka lat później zaczął jeździć na motocyklu żużlowym. Niestety miał wypadek na torze. Połączony dodatkowo z niefortunnym zdarzeniem z dzieciństwa, sprawił, że kariera sportowa została zahamowana. Młodemu Jankowi groziła nawet amputacja, ale na szczęście udało się jej uniknąć. Prawa noga była o 12 centymetrów krótsza od lewej. Nie porzucił jednak swojego marzenia. Jeździł na przygotowanym przez przyjaciół specjalnym motocyklu, ale w rywalizacji z pełnosprawnymi zawodnikami nie miał wielkich szans. To żużel był dyscypliną, od której zaczęła się kariera „Cisa”. Wprawdzie nie został sportowcem, ale dzięki temu, że opowiadał o ich zmaganiach, stał się słynny w całej Polsce. W 1951 roku nagrał swój głos na kasetę magnetofonową właśnie podczas zawodów czarnego sportu. W kolejnym roku doczekał się debiutu w eterze. Relacjonował w Radiu Katowice mecz piłkarski, w którym Unia Chorzów zmierzyła się z Budowlanymi Gdańsk. Cztery lata później przejęła go lokalna telewizja. Po zaledwie pięciu latach pracy pojechał na swoje pierwsze igrzyska olimpijskie. Były to zimowe zmagania w Cortina d’Ampezzo. Od roku 1972 należał do Naczelnej Redakcji Programów Sportowych Telewizji Polskiej w Warszawie. Największe zawodowe sukcesy były dopiero przed nim. Został zapamiętany przede wszystkim z komentowania największych osiągnięć naszego piłkarstwa. W 1970 roku miał okazję komentować największy sukces polskiej piłki klubowej. Górnik Zabrze awansował wtedy do finału Pucharu Zdobywców Pucharów, eliminując w dramatycznych okolicznościach, po trzech meczach i rzucie monetą, włoską AS Romę. We wszystkich opisach tej pamiętnej rywalizacji przypominane są nie tylko popisy Lubańskiego, Gorgonia i Oślizły, ale także słowa wypowiadane przed milionami widzów przez Ciszewskiego. W relacji telewizyjnej odpowiednią atmosferę budował w tym czasie słynny Jan Ciszewski: „Rzucona moneta” – powiedział komentator i po chwili ucichł. I nagle w telewizorach milionów Polaków zagrzmiało: „Polska! Górnik! Sprawiedliwości stało się zadość!” Stało się bowiem jasne, że losowanie wygrał kapitan górników Stanisław Oślizło– ,,W taki sposób o trzecim spotkaniu polsko-włoskiej potyczki pisano w publikacji „wielkie kluby Europy. AS Roma” wydanej przez „Przegląd Sportowy”. Pierwszy reprezentacyjny sukces, jaki Ciszewski miał okazję komentować, to mistrzostwo olimpijskie zdobyte w 1972 roku przez chłopców Kazimierza Górskiego. Biało-czerwoni pokonali w finale Węgrów i wrócili z Monachium z najcenniejszym medalem. Kolejny rok przyniósł chyba najważniejszy mecz w historii polskiego futbolu. Bez tego legendarnego spotkania nie byłoby kolejnych osiągnięć. Słynny remis z Anglią na Wembley stał się nad Wisłą elementem popkultury. Odniesienia do niego pojawiały się w filmach, a opowieści ojców i dziadków o tym wydarzeniu, w wielu rodzinach umilały czas spędzony przy kominku w długie zimowe wieczory. Polacy zremisowali z Anglikami i wywalczyli pierwszy po wojnie awans na mundial. Sukces obwieścił rodakom właśnie „Cis”: ,,Mój Boże, co ja mam Państwu powiedzieć? Tyle lat na to czekałem…” – łamiący się głos komentatora wybrzmiał w milionach polskich domów a wypowiedziane wówczas słowa przeszły do historii. Słynny sprawozdawca towarzyszył kadrze Górskiego także na samych mistrzostwach. Polacy zajęli trzecie miejsce, a głos Ciszewskiego rozpoznawano już w całym kraju. Nie mogło to dziwić. Zwycięstwa z Włochami, Argentyną czy Brazylią, a także zacięta walka z Niemcami na stadionie przypominającym basen, to wydarzenia, o których skomentowaniu marzy każdy człowiek wykonujący tę pracę.
Pojechał też na kolejny mundial. Tym razem z Argentyny przesyłał do kraju relacje ze zmagań podopiecznych Jacka Gmocha. Drużyna, która przez wielu uważana była za faworyta do wygrania turnieju, nie znalazła się w pierwszej czwórce. Duży wpływ miała na to porażka z Argentyną, czyli gospodarzem. Najsłynniejszy zmarnowany rzut karny w historii polskiej piłki nożnej… W dzisiejszych czasach w takiej sytuacji z ust wielu komentatorów pewnie wydobyłby się potok słów. Ciszewski skomentował to inaczej. W mistrzowski sposób zagrał pauzą. W Argentynie medalu nie zdobyliśmy, ale już cztery lata później zespół prowadzony przez Antoniego Piechniczka zajął trzecią pozycję na czempionacie w Hiszpanii. Był to ostatni wielki turniej Ciszewskiego. Niedługo po zakończeniu mistrzostw słynny dziennikarz odszedł z tego świata. ,,Zakończył pięknie – wielkim sukcesem polskich piłkarzy, którzy, co oczywiste, byli w kraju witani jak bohaterowie. Samolot, którym kadra wracała na Okęcie, miał awarię, musiał wracać do Madrytu i Polacy przylecieli do Warszawy z ośmiogodzinnym opóźnieniem. Mimo to czekały na nich tysiące kibiców. Prosto z lotniska karetka zabrała do szpitala chorego Jana Ciszewskiego, najsłynniejszego telewizyjnego komentatora piłkarskiego. To był jego ostatni mundial. Zmarł pięć miesięcy później”– pisał w drugim tomie „mojej historii futbolu” Stefan Szczepłek. Już podczas wyjazdu do Hiszpanii Ciszewski był chory. Nie chciał jednak rezygnować z pracy na tak ważnej imprezie. Wiele osób znających komentatora uważa, że to właśnie podczas mistrzostw tak mocno ucierpiało jego zdrowie. Jadąc na mistrzostwa świata w Hiszpanii, był już chory, ale nie mógł z tego zrezygnować – tak żył piłką nożną. Proszę pamiętać, że tak jak piłkarze, tak też dziennikarze mieszkali w hotelach bez klimatyzacji. Dla zdrowego człowieka były to ciężkie warunki, a co dopiero dla chorego. Wydaje mi się, że jeszcze bardziej nadwyrężył tam sobie zdrowie i dlatego tak szybko od nas odszedł – opowiadał Janusz Zaorski w artykule „Człowiek, który stał się legendą za życia” autorstwa Dariusza Dobka z portalu Onet Sport. Sam „Cis” wspominał o tym na łamach „Przeglądu Sportowego” po powrocie z Półwyspu Iberyjskiego: ,,Przez cały pobyt w Hiszpanii byłem w złym stanie zdrowia. Wróciłem zupełnie chory, tak, że musiałem iść do szpitala. To(i rozgoryczenie ostrą krytyką) sprawiło, że istotnie początkowo chciałem dać za wygraną. Nie ma wątpliwości, że Ciszewski stał się wzorem dla wielu współczesnych komentatorów. Tak w cytowanym wcześniej artykule opowiadał o nim Mateusz Borek: ,,Świetny narrator, doskonale czuł emocje widza. Wiedział czego widz potrzebuje i jak ma zagrać na emocjach, by stworzyć odpowiedni klimat widowiska. Wybitny gawędziarz – z taką pozytywną konotacją. Bo to sztuka opowiadać tak, by była cisza, a ludzie ze zdumienia mieli otwarte usta”. Dziennikarz Polsatu potrafi także wytłumaczyć przyczyny jego ogromnej popularności: ,,Legendę Ciszewskiego budowało to, że w jego czasach nie było tylu kanałów telewizyjnych i transmisji sportowych. Komentatorom łatwiej było kłaść podwaliny pod swoje pomniki”. Jednak pojawiały się także krytyczne głosy na temat jego komentarza. Ciekawie opowiadali o nim dziennikarze Eurosportu, Tomasz Jaroński i Krzysztof Wyrzykowski w książce „Rach-ciach-ciach, czyli pchamy, pchamy” – rozmowie-rzece obu panów. TJ: ,,Chwalony komentarz Jana Ciszewskiego, który jest bogiem, komentarz podawany jako niedościgniony przykład Dariuszowi Szpakowskiemu czy innym komentatorom. Ten komentarz, patrząc oczywiście z dzisiejszego punktu widzenia, jest mocno średni. Krzysztofie, pamiętasz Wembley, oglądałeś? KW: ,,Oczywiście, że pamiętam Wembley, ale przede wszystkim Jana Ciszewskiego, z którym przez kilka ładnych lat pracowałem w tej samej redakcji. Wiesz co, wtedy ten komentarz Janka Ciszewskiego był bardzo emocjonalny i oczywiście zdawaliśmy sobie wszyscy sprawę(i Janek też sobie dawał sprawę) z chropowatości języka, którego używał. Było bardzo wiele krytycznych artykułów i głosów, że to nie jest poprawny polski, że nie wolno takiej polszczyzny propagować w telewizji. Były różnego rodzaju, czasami uszczypliwe i niepotrzebne, uwagi pod adresem Janka, bo jednak przekazał on nam tyle ładunku emocjonalnego i te jego powiedzenia…”
Ciszewskiemu zarzucano wiele. Błędy językowe, niepoprawną wymowę nazwisk, a czasem też stronniczość. W czasie meczu Ruchu z St. Etienne zdarzył się następujący wypadek. Piłkarz polski i francuski wyskoczyli w powietrze, przy czym nasz zawodnik całkiem niechcący kopnął Francuza w podbrzusze. Red. Ciszewski nie ma alibi. Tymczasem z jego ust nie wydobyło się ani jedno słowo współczucia dla cudzoziemca, który klęczał, trzymał się obiema rękami za bolesne miejsce i wręcz rył twarzą w ziemi, a potem otwierał szeroko usta jak ryba wyjęta z wody, usiłując złapać powietrze. Każdy mężczyzna wie, że ból taki zazwyczaj dość prędko ustępuje i kiedy Francuz wrócił do gry, red. Ciszewski skomentował cały incydent krótko: „Wiele hałasu o nic”. Gotów jestem umówić się z red. Ciszewskim i zrobić mu takie „nic”– pisał w 1975 roku na łamach „Polityki” Daniel Passent. O tym, jak wybitną postacią zarówno w polskim futbolu, jak i w świecie dziennikarstwa był Ciszewski, świadczy scena, która miała miejsce przy okazji meczu eliminacji ME 1992. Polska, tak jak przed prawie dwiema dekadami, mierzyła się z Anglią. Znów mecz z Brytyjczykami i rywalizacja na słynnym londyńskim stadionie. Tyle, że dla Telewizji Polskiej spotkanie relacjonuje Dariusz Szpakowski. Zaczynając transmisję, zalicza jedną z najsłynniejszych wpadek w historii tego zawodu. Przedstawia się jako… Dariusz Ciszewski. Wembley z 1973 roku oglądałem jako młody człowiek. 17 lat później wszedłem na stanowisko komentatorskie na tym stadionie. Nie miałem połączenia z krajem. To zawsze nerwowa sytuacja. W ostatniej chwili udało się jednak połączyć. Wcześniej przygotowałem sobie całe wejście. „Przed laty Jan Ciszewski pięknie opowiadał, teraz po latach ja mam przyjemność komentowania” i… w skrócie powiedziałem, że nazywam się Dariusz Ciszewski. Całą noc potem nie spałem-opowiadał o sytuacji Szpakowski. O wpadce dowiedział się już po meczu od kolegów. Zaraz po powrocie do Polski, przy okazji prowadzenia „Sportowej Niedzieli”, przeprosiłem rodzinę Janka i kibiców. Tłumaczyłem, że stadion Wembley robi takie wrażenie, że człowiek zapomina, jak się nazywa. Co ciekawe, nie brakuje jednak kibiców, którzy są święcie przekonani, że zrobiłem to świadomie. Kiedyś na stacji benzynowej podszedł do mnie mężczyzna i pogratulował pomysłu. „Pięknie pan to połączył. Aż się wzruszyłem -mówił komentator. Jan Ciszewski to ciekawa postać nie tylko ze względu na zawodowe osiągnięcia. Był wybitnym komentatorem, ale przede wszystkim barwną personą. Znów warto przywołać słowa jego znajomych z cytowanego już artykułu redaktora Dobka. Na początek ponownie Borek: ,,Zapamiętałem go jako człowieka, który był charakterystyczny, charyzmatyczny, a do tego był wybitnym futbolowym gawędziarzem. Starsi piłkarze opowiadali mi, że była to kolorowa postać”. Stanisław Oślizło, legendarny gracz wielkiego Górnika Zabrze, podobnie wypowiadał się o bohaterze tego tekstu: ,,Spędzaliśmy wspólnie sporo czasu, braliśmy udział w towarzyskich spotkaniach, bywał u mnie w domu. Przyjaźniliśmy się. Bardzo ubolewałem, gdy od nas odszedł”. Sporo mówiło się o problemach z hazardem. Został nawet zwolniony z Radia Katowice. Po ponownym zatrudnieniu zawieszono go na dwa lata. Istniały pogłoski, według których „Cis” przegrywał w karty duże sumy pieniędzy, zadłużając się u ludzi z różnych środowisk. Córka komentatora, Joanna Ciszewska, nieco inaczej patrzy na ten problem (znów wypowiedź ze znakomitego artykułu Dariusza Dobka): ,,Hazardzista? Z Mamą bardzo bronimy go przed takim określeniem. Hazardzistą jest się wtedy, gdy ta gra jest nałogowa, a do tego krzywdzi otoczenie i bliskich. Jak chociażby przez brak pieniędzy, niekończące się długi, znikanie z domu wartościowych rzeczy. Natomiast ojciec doskonale nad tym panował. On grał, bo lubił. Natomiast nigdy nie zdarzyło się, żeby z tego tytułu wynikały jakieś problemy. Takie były czasy. Nie było alternatywy w postaci innych rozrywek. Miał swoją stałą ekipę, która regularnie spotykała się i grała w pokera czy brydża. Aczkolwiek wiadomo, że hazard zawsze brzmi ciekawiej niż to, że ktoś po prostu lubił grać”.
Miał także epizod związany ze Służbą Bezpieczeństwa. Z racji wykonywanego zawodu, często wyjeżdżał zagranicę, co miało wpływ na zainteresowanie SB jego osobą. Został nawet zarejestrowany jako jej współpracownik, ale ponieważ unikał przekazywania informacji, służba sama z niego zrezygnowała. O Ciszewskim nie sposób zapomnieć. Wszak jego komentarz okrasił największe sukcesy najukochańszej w naszym kraju dyscypliny. Do 2012 roku odbywał się żużlowy memoriał jego imienia. Jest patronem stadionu Czarnych Sosnowiec. Jego imię noszą Szkoła Podstawowa w Waleńczowie oraz jedna z warszawskich ulic. Jan Ciszewski to bez wątpienia jedna z największych postaci w historii polskiego dziennikarstwa sportowego. Komentował żużel, hokej czy szermierkę. Większość kibiców pokochała go jednak za relacjonowanie futbolu. Przez wielu wspominany jest z tak wielkim sentymentem jak ówcześni piłkarze. I chyba nie ma się czemu dziwić. W końcu jego głos przez lata był obecny w polskich domach. Wybrzmiewał z czarno-białych telewizorów w czasach PRL-u. I będzie wybrzmiewał także z czterdziestocalowych odbiorników już zawsze, gdy tylko telewizja przypomni o największych sukcesach naszego piłkarstwa. Miał monopol na komentarz i świetnie się to zgrało z wielkimi sukcesami reprezentacji Polski. Trzeba umieć to wykorzystać.
6
Głos piłkarskich sukcesów:
@Adran360
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
11
@FCBparasiempre
W maju 2021 roku mineło dokładnie sto lat od kiedy na polskim rynku wydawniczym ukazał się pierwszy numer ,,Przeglądu Sportowego”. Jedna z najważniejszych gazet sportowych w naszym kraju do dziś wyznacza trendy odnośnie funkcjonowania na rodzimym rynku prasowym. Pismo to nie święciłoby jednak swoich sukcesów gdyby nie kilku oddanych sprawie zapaleńców, którzy zaryzykowali i swoją ciężką pracą wynieśli słabo prosperujący tytuł na wyżyny przedwojennej publicystyki sportowej. Początki były jednak trudne, a miały one dużo wspólnego z futbolem. Dwudziestolecie międzywojenne przyniosło wiele zmian odnośnie zawodu dziennikarza. W porównaniu z latami przed Wielką Wojną ciężko było znaleźć prawdziwych fachowców, którzy nadaliby kierunek tworzącym się formom dziennikarskim. Wielu przedwojennych ,,nowiniarzy” poniosło śmierć na frontach I wojny światowej, wojny polsko-ukraińskiej lub polsko-bolszewickiej. Stanowiska pierwszych dziennikarzy w odrodzonej ojczyźnie obejmowali często byli lub obecni sportowcy, od których od razu wymagano wszechstronności w nowym zawodzie. Jeden z najlepszych dziennikarzy sportowych w dwudziestoleciu Tadeusz Grabowski tak wspominał swoje początki w redakcji bytomskiego ,,Sportowca”: ,,(…) razu pewnego na pierwszą kolumnę nie miałem nic poza ilustracją z ,,Miroir” z meczu Francja-Anglia, gdzie głowy graczy, tworząc skomplikowaną gmatwaninę, ledwo odcinały się od tła. Trzeba było to wszystko, a zwłaszcza głowy ,,podmalować”. Dorywczo współpracujący plastyk przepadł gdzieś bez wieści, drukarnia biła na alarm, także wreszcie… sam chwyciłem za farby i pędzle”. Ta sytuacja bardzo dobrze oddaje ogrom trudności, z którymi musieli się borykać. Innym palącym problemem była nieumiejętność odnalezienia się w panującej rzeczywistości wielu dziennikarzy, którzy nie umieli funkcjonować bez cenzorskiej kontroli. Nie potrafili oni porzucić przedwojennych przyzwyczajeń, a co za tym idzie zachęcić ewentualnych czytelników do nabywania ich pism. Zbyt trudne dla nich było również przerzucenie się z tematyki narodowowyzwoleńczej na bardziej rozrywkową, co skazywało ich na zawodowy niebyt. Dużą wagę w pracy przedwojennych dziennikarzy przykładano do języka, który w obliczu panującego w II Rzeczypospolitej analfabetyzmu (33% obywateli kraju) musiał zostać uproszczony. Chciano w ten sposób, aby poszczególne artykuły były zrozumiałe zarówno dla ludzi z nizin społecznych, jak i tych z wyższych sfer. Po pewnym czasie dało się jednak zauważyć, że wspomniany zabieg nie przyniósł pożądanych skutków. Do innych dziennikarskich niedogodności pierwszych lat niepodległości możemy zaliczyć także niedostatki na polu sprzętowym, brak papieru, na którym można by drukować poszczególne tytuły czy słabą sieć komunikacyjno-informacyjną, która była skutkiem różnego prawodawstwa u poszczególnych zaborców. Kłopoty pojawiały się często również z powodu zbyt częstych polemik między poszczególnymi tytułami, co jednak w dużej mierze napędzało sprzedaż pism. W powojennej rzeczywistości politycy szybko zdali sobie sprawę, że dziennikarstwo, a zwłaszcza to sportowe, ma olbrzymi potencjał propagandowy. Nie powinien dziwić nas więc fakt, że istniała możliwość wykorzystywania zajmowanych stanowisk do własnych interesów przez wielu przedstawicieli państwowych. Szybko do zadań żurnalistów sportowych dołączyło propagowanie w społeczeństwie aktywności fizycznej, o której wielu Polaków wciąż myślało, że między innymi powoduje choroby. Wspomniany wcześniej analfabetyzm spowodował jednak, że misja poszerzania horyzontów spaliła na panewce.
Dwudziestolecie międzywojenne z perspektywy lat jawi się jako czas walki o poprawę wizerunku dziennikarzy. Walki, którą z perspektywy olbrzymich sukcesów polskiego dziennikarstwa w latach trzydziestych, należy uznać za wygraną. Kraków, dawna stolica Polski oraz centralne miasto austriackiej Galicji, długo hamował rozwój prasy sportowej. Ta tendencja została przełamana dopiero pod koniec XIX wieku. Następstwem takiego stanu rzeczy był fakt, że tytułów prasy sportowej zaczęło przybywać niczym grzybów po deszczu. Jednym z nich był wydawany od 21 maja 1921 roku ,,Przegląd Sportowy”. Początki obecnego hegemona branży dziennikarstwa sportowego mocno związane były z postacią Tadeusza Synowca. Nie pełnił on co prawda roli redaktora naczelnego (tę przez pierwszy rok sprawował Ignacy Rosenstock, a później do 1926 roku Ferdynand Goetel), ale wywarł on olbrzymi wpływ na funkcjonowanie owego tytułu. Późniejszy selekcjoner reprezentacji Polski dużo czasu w tamtym okresie spędzał w dobrze sobie znanej kawiarni ,,Bizanca”, w której przy jednym ze stolików zajmował się grą w szachy oraz poprawianiem tekstów, które miały ukazać się na szpaltach ,,Przeglądu Sportowego”. Pierwsze wydanie gazety w pełni poświęcone było futbolowi, co można łatwo wytłumaczyć jeśli wie się, że już na początku swojego funkcjonowania tygodnik (,,Przegląd Sportowy” stał się dziennikiem dopiero po II wojnie światowej) stał się organem Krakowskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej. Z czasem został on częścią okręgowych związków piłkarskich również w Wilnie, Lublinie, Katowicach, Łodzi i Warszawie. Formuła miała oscylować wokół naukowego charakteru publikacji, co po dość krótkim czasie zostało zmienione. Nakład pisma wynosił wtedy około pięciu tysięcy numerów, ale z powodu panującego w Galicji ubóstwa oraz dlugotrwałej pracy nad wydaniem pojedynczego numeru zaczął on spadać. Widmo upadku zniknęło, gdy właściciel Cracovii Jan Gebethner z własnej kieszeni sfinalizował powstanie Towarzystwa Wydawniczego ,,Przegląd Sportowy”. Nie oznaczało to jednak, że problemy zniknęły w ogóle. Nudna szata graficzna, informowanie o wydarzeniach związanych tylko z zespołem Cracovii czy publikowanie informacji z opóźnieniem sprawiły, że nastąpił drugi poważny odpływ czytelników. Inne gazety, w tym ,,Rzeczpospolita” czy ,,Słowo Polskie”, także weszły do rywalizacji o odbiorcę, co objawiło się poprzez redagowanie interesujących działów sportowych. Dewaluacja marki natomiast doprowadziła do podniesienia ceny pisma aż trzydzieści cztery razy w przeciągu trzech lat. Stojący na czele gazety zdawali sobie sprawę z faktu, że jeśli nic nie zrobią, to pismo będzie musiało ogłosić upadłość. Jan Gebethner i jego współpracownik Marian Strzelecki musieli zdecydować pomiędzy przekształceniem ,,Przeglądu Sportowego” w elitarny magazyn dla małej liczby czytelników a zrobieniem z niego ogólnopolskiej gazety nastawionej na masowego odbiorcę. Decyzja ta zmieniła polskie dziennikarstwo sportowe na zawsze. Milowy krok w historii ,,Przeglądu Sportowego” nastąpił na przełomie 1924 i 1925 roku. Wtedy to właśnie redakcja gazety została przeniesiona z Krakowa do Warszawy. Większość obowiązków pod nowym adresem przejął Marian Strzelecki, członek zarządu Polonii Warszawa i jej piłkarz w wicemistrzowskim sezonie 1921. ,,Przegląd Sportowy” został przejęty przez spółkę wydawniczą ,,Prasa Polska”, co w ostateczności sprawiło, że jego ciągłość nie wygasła. Funkcję nowego redaktora naczelnego przejął natomiast współtwórca grupy poetyckiem Skamander, czyli Kazimierz Wierzyński. ,,Nowa miotła” od razu zabrała się do robienia porządków w piśmie. Innowacyjne było praktycznie wszystko. Nie oznacza to jednak, że gazeta przerodziła się w zbiór poetyckich utworów, ale pozostała pismem przekazującym informacje ze sportowych aren. Wraz z zatrudnieniem przez Wierzyńskiego wielu wybitnych sportowców jako sprawozdawców (między innymi piłkarza Cracovii i przyszłego selekcjonera kadry biało-czerwonych Józefa Kałuży) można było doszukać się artykułów, w których uczestnicy poszczególnych zawodów opowiadali o swoich odczuciach z nimi związanych. Była to nowość, która sprawiała, że „ Przegląd Sportowy” zaczął zyskiwać na popularności.
Po upływie dwóch lat „Przegląd Sportowy” powiększył nakład do czterdziestu trzech tysięcy egzemplarzy. Na taki stan rzeczy duży wpływ miała charyzma przyszłego złotego medalisty olimpijskiego (Wierzyński zdobył to wyróżnienie w 1928 roku w konkursie sztuki za tomik poezji ,,Laur olimpijski”, w którym jeden z wierszy został poświęcony wybitnemu hiszpańskiemu bramkarzowi Ricardo Zamorze). Jego podwładny Jerzy Jakub Rohatiner wspominał: ,,Nawet w telefonach niedzielnych (…) redaktor naczelny spodziewał się odpowiedniego poziomu oraz imaginacji. A przy tym baczył pilnie na czystość i zwięzłość języka, jedność myśli, oszczędność słowa”. Nie można było spotkać go jednak nigdy w redakcji, gdyż większość czasu spędzał na trybunach poszczególnych zawodów sportowych. Jego postawa sprawiła, że ,,Przegląd Sportowy” znalazł się na salonach europejskiej prasy sportowej. Ten czas w historii pisma najlepiej oddają jego własne słowa na temat wykonywanej przez siebie pracy: ,,Gdy je objąłem, nadałem mu format gazety, powiększyłem objętość i przekonałem wydawców, aby zaryzykować nakład pięciu tysięcy egzemplarzy. Chwyciło z miejsca”. Innym trafionym pomysłem było ustanowienie w 1926 roku plebiscytu dla najlepszego polskiego sportowca w roku kalendarzowym. Pierwszym jego laureatem został Wacław Kuchar, wszechstronny sportowiec ze Lwowa, który najbardziej znany był jako wybitny napastnik tamtejszej Pogoni. Oprócz niego takiego zaszczytu dostąpiło jeszcze tylko dwóch piłkarzy: Zbigniew Boniek w 1982 oraz Robert Lewandowski w 2015 roku. Plebiscyt z krótką przerwą na okres II wojny światowej odbywa się po dziś dzień. Pochwały dla sternika ,,Przeglądu Sportowego” płynęły z całej Europy. Gdy gazeta miał już ugruntowaną pozycję na rynku przyszła jednak pora na zmianę. Redakcję przejął wspominany już Marian Strzelecki, który pełnił funcję redaktora naczelnego aż do wybuchu II wojny światowej. Legenda Czarnych Koszul uważała, że należy wzbogacać szatę graficzną, doskonalić warsztat oraz informować o rezultatach ze sportowych aren w sposób jak najszybszy. Gazeta zaczęła być redagowana pod gusta czytelników, co doprowadziło do wprowadzenia sensacyjności w jej stylu. Najważniejsze było jednak to, że ,,Przegląd Sportowy” wciąż znajdował się w grupie pism informacyjnych, których rola była wiodąca zarówno w kraju, jak i za granicą. Charakterystyczną cechą pisma w okresie rządów redaktora Strzeleckiego było dość mocne angażowanie się w różnego typu polemiki, wśród których najgłośniejsza dotyczyła militaryzacji sportu w Polsce. Punktem wyjścia była sytuacja z meczu derbowego Cracovia-Wisła Kraków, który miał miejsce w 1933 roku. Na pięć minut przed końcowym gwizdkiem zawodnicy Białej Gwiazdy zeszli z boiska po tym, jak sędzia wykluczył z gry zawodowego oficera i jednocześnie kapitana gości Henryka Reymana. Według kibiców Pasów miał on powiedzieć do arbitra: ,,Żaden Żyd nie będzie mi rozkazywał”, podczas gdy fani Wisły utrzymywali, że ich idol wykrzyczał: ,,Nikt w tym kraju, a zwłaszcza byle sędzina, nie będzie ubliżał polskiemu oficerowi”. Następstwem owego zdarzenia był rozkaz prezesa Krakowskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej generała Bernarda Monda, że wojskowi, którzy grają w klubach cywilnych, mają zaprzestać robienia tego. Szybko zareagował ,,Przegląd Sportowy”, na którego łamach słowa oburzenia przedstawił jeden z nestorów polskiego dziennikarstwa Jan Erdman: ,,Interwencja gen. Monda nie jest dla nas dostatecznie zrozumiała. Jeżeli nawet dopuścimy celowość nadzoru zwierzchnictwa wojskowego nad graczami wojskowymi, to w przytoczonym wypadku akcja władz wojskowych ograniczyć się mogła tylko do zajęcia stanowiska wobec niesubordynowanego kapitana”. ,,Przegląd Sportowy” przez osiemnaście lat swojego funkcjonowania przed II wojną światową poczynił olbrzymi postęp, który owocuje również dziś. Jego wkład w rozwój polskiego sportu, również piłki nożnej, jest nieoceniony. Lata sukcesów, głównie w okresie rządów Kazimierza Wierzyńskiego, sprawiły, że pismo stało się szalenie ważnym graczem na polskim i europejskim rynku prasowym. Olbrzymią szkodą jest to, że nigdy nie będzie nam dane dowiedzieć się, jak rozwinęłoby się to pismo oraz cała polska publicystyka sportowa gdyby nie niemiecko-sowiecki atak we wrześniu 1939 roku oraz prawie pięćdziesiąt lat komunizmu na naszych ziemiach.
10
Piłkarskie początki potentata:
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
10
Genialny rudy szczyl debiutuje w reprezentacji:
Po ledwie kilku występach w drużynie Ruchu Wielkie Hajduki(pięć meczów, siedem strzelonych goli(!)) kapitan związkowy reprezentacji Polski, Józef Kałuża postanowił powołać Ernesta Wilimowskiego do kadry narodowej. Debiut ,,Eziego” w reprezentacji Polski nastąpił 21 maja 1934 roku na stadionie „Idraetspark” w Kopenhadze przeciwko drużynie Danii, gdzie biało-czerwoni ulegli gospodarzom 4:2. Ernest Wilimowski mając wówczas 17 lat i 332 dni został najmłodszym w historii reprezentantem Polski. Wilimowski bardzo szybko zadomowił się w kadrze, dla której rozegrał łącznie dwadzieścia dwa oficjalne mecze, strzelając w nich dwadzieścia jeden goli! Tak oto wspominał tamte czasy Kazimierz Górski: „Widziałem m.in. Ruch Chorzów ze słynnymi Wilimowskim, Peterkiem, Wodarzem. Pamiętam, że mecze oglądało się z „trybuny drzewnej”. Jeździła konna policja i wdrapując się na rozłożysty kasztan, trzeba było uważać, bo policjant walił pałą po dupie. Miejsca na drzewie były bardzo popularne. Na niektórych gałęziach były wyryte nazwiska. Pamiętam Wilimowskiego. Takiego zawodnika jak on w dzisiejszych czasach nie widzę. Jak w polu karnym dostał piłkę, był gol. Cudownie trzymał piłkę przy nodze. Miał kiwkę. Nagle obrońca szedł w lewo a on w prawo z piłką. To warto było zobaczyć.”
Geniusz futbolu ustanawia genialny rekord:
21 maja 1939 r. Ernest Wilimowski, najlepszy snajper w dziejach polskiego futbolu ustanowił niepobity do dziś rekord świata na najwyższym poziomie w profesjonalnej lidze, strzelając 10 goli(!) w jednym meczu! Wydarzyło się to w wygranym 12:1(!) meczu Ruch Hajduki Wielkie(naturalnie dziś Ruch Chorzów) – Union Touring Łódź. Genialny ,,Ezi”, jak go nazywano, strzelał kolejno w: 15, 20, 32, 53, 65, 66, 70, 80, 85 i 89 minucie. Jak widzimy Wilimowski po przerwie, w 36 minut strzelił 7 goli! To jest wyczyn wręcz nieziemski! Pozostałe 2 gole strzelił nie gorszy od Eziego napastnik Teodor Peterek. Świadkiem tego niezwykłego wyczynu była słynna chorzowska OMEGA, zegar stadionowy, który właśnie 21 maja 1939 zaczął odliczać czas meczów „Niebieskich”. W takt Omegi Wilimowski strzelił 10 goli i przy okazji zaliczył też trzy klasyczne hat-tricki! Na koniec dodam jeszcze że do tych 10 goli zbliżył się tylko jeden równie genialny snajper a mianowicie Fernando Peyroteo, który w meczu z FC Leça w 1942 r. strzelił 9 goli(!), jednak Portugalczykowi nie udało się strzelić aż 7 goli w takim tempie. Był to mecz podwójnie historyczny, gdyż pierwszy raz uciekające minuty meczu odmierzała precyzyjna wskazówka chronometru Omega a 90-minutowy odcinek, który pokonała w ten dzień, wypełniony był wydarzeniami prawdziwie wiekopomnymi, o których wyżej wspomniałem. Według chętnie powtarzanej legendy Wilimowski miał się założyć w przerwie z jednym z kibiców o złoty zegarek że strzeli w całym meczu 10 goli. Czy tak naprawdę było(?) tego już nie da się rozstrzygnąć…
@Safrani
@Ogorinho1974
@NeroTFP1
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360
9
Duma Katalonii w europejskich pucharach:
21 maja 1969 r. FC Barcelona przegrała finałowy pojedynek w Pucharze Zdobywców Pucharów z amatorskim wówczas Slovanem Bratysława 2:3. Mecz odbył się na „St. Jakob Stadium” w Bazylei w obecności około 19 tys. widzów. Stadion w Szwajcarii po raz kolejny okazał się nieszczęśliwy(poprzednio Barça przegrała tu finał Pucharu Europy w 1961 r.). Amatorzy ze Słowacji mieli w swoich szeregach miedzy innymi mechaników, prawników i inżynierów ale już w 2 minucie spotkania objeli prowadzenie. W 50 minucie przy stanie 3:1 dla Slovana, Carles Rexach strzelił gola bezpośrednio z rzutu rożnego(bramkarz rywali twierdził iż oślepiły go światła), lecz Blaugrana nie była w stanie zdobyć już wyrównującego gola. Przewidziano nawet, w razie ewentualnego remisu, termin meczu rewanżowego w Lozannie dwa dni później ale niestety nie doszło do niego. Ten finał był ostatnim oficjalnym meczem kapitana Ferrana Olivelli, któremu zorganizowano jeszcze spotkanie pożegnalne 6 września. Trzeba przyznać że Słowacy zawsze mieli dobrych piłkarzy a nawet bardzo dobrych jeśli wspomnimy zwłaszcza Josefa Bicana. Zresztą jak się przekonała Barça, amatorów też mieli znakomitych.
@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
8
@FCBparasiempre
Morze Karaibskie było jeszcze spowite ciemnościami a zegarek wskazywał 4:49, gdy stojący w porcie w Castries(St. Lucia) liniowiec Lady Nelson(nazwany tak na cześć Frances Nelson, żony admirała Horatio Nelsona) zatrząsł się. Ugodziła go torpeda wystrzelona przez grasującego w tym rejonie Atlantyku U-boota 161. Statek o wyporności niemal 8 tys. ton, jeszcze zanim nastał świt, częściowo zatonął w płytkich przybrzeżnych wodach. A jednak 10 marca 1942 roku nie był ostatnim dniem „życia” okrętu zbudowanego w stoczni w Birkenhead. Uratował on jeszcze wielu ludzi, a nawet zdołał się nieco zasłużyć dla piłki nożnej. Szczęście w nieszczęściu, że torpeda trafiła Lady Nelson w porcie, a nie na pełnym morzu, i że nie spowodowała zniszczeń, które uniemożliwiłyby naprawę. Z mozołem udało się połatać liniowiec, by mógł dopłynąć do amerykańskiej stoczni w Mobile, gdzie poddano go dalszym pracom remontowym. Po wykonaniu niezbędnych reperacji kanadyjski rząd (bo statek pływał pod kanadyjską banderą) zdecydował, że Lady Nelson będzie służyć jako okręt szpitalny. Aż do czasu nastania pokoju transportowała rannych, unikając już skutecznie torped, pocisków artyleryjskich, min i innych niebezpieczeństw czyhających na morzu. Po wojnie wracali do domów na jej pokładzie jeńcy wojenni, a wraz z nimi ludzie szukający szczęścia z dala od swoich rodzinnych stron. W tej ostatniej grupie znalazł się poddany Jej Królewskiej Mości Llloyd Lindbergh Delapenha. 21 maja 1927 roku to ważna data w historii ludzkości. Tego dnia amerykański lotnik Charles Lindbergh po 33,5 godzinach lotu wylądował w Paryżu, stając się pierwszym człowiekiem w historii, który samotnie pokonał samolotem Atlantyk. Ten wspaniały wyczyn wzbudził ogólnoświatowe zainteresowanie. Wieść o sukcesie Lindbergha dotarła także na Jamajkę. Pod wielkim wrażeniem tego dokonania byli także Josephine i Lester Delapenhowie. Małżonkowie postanowili, że swojemu synowi, urodzonemu 20 maja 1927 roku, czyli w dniu, w którym Amerykanin wyleciał z Nowego Jorku do Francji, nadadzą drugie imię Lindbergh– na cześć Charlesa. Cóż za zrządzenie losu, że ich potomek(tak jak pionier lotnictwa) też musiał pokonać Atlantyk, by przejść do historii. Lindy(bo tak go nazywano) od najmłodszych lat przejawiał sportowe zdolności. Uprawiał liczne dyscypliny: piłkę nożną, golf, lekkoatletykę, krykiet, pływanie, nurkowanie, gimnastykę czy boks. Był tak zaangażowany, że podczas trwających półtora dnia szkolnych zawodów sportowych potrafił rywalizować w 16 konkurencjach. Ta nieprawdopodobna aktywność nastolatka skłoniła organizatorów do wprowadzenia nowej zasady, według której jeden uczestnik mógł wziąć udział w maksymalnie 4 konkurencjach. Serce chłopaka najmocniej biło dla piłki nożnej, lecz na Jamajce nie miał większych szans na to, by zostać kimś więcej niż lokalną gwiazdą. Futbol w ojczyźnie reggae traktowany był amatorsko, jako hobby, a nie jako praca. Szansę na prawdziwą karierę stwarzał wyjazd do Anglii. Ale jak marzyć o zostaniu profesjonalistą, będąc czarnoskórym nastolatkiem, mieszkającym na karaibskiej wyspie, położonej 4,5 tys. mil od Wielkiej Brytanii? W dodatku żyjąc na świecie dopiero co podnoszącym się ze zgliszcz po II wojnie światowej? W świecie, w którym wiele drzwi dla czarnych było zamkniętych? Jednak Lindy, tak jak Charles Lindbergh, urodził się, by pokonywać bariery. Za namową Kena Dunleavy’ego, angielskiego mistrza sportu mieszkającego na Jamajce, pod okiem którego trenował, wsiadł na pokład Lady Nelson i wyruszył do Wielkiej Brytanii. Nie wiemy, kiedy dokładnie Lindy Delapenha przybył do Wielkiej Brytanii. Prawdopodobnie było to październiku lub listopadzie 1945 roku (niektóre źródła wskazują, że okręt dotarł do Anglii już w 1946 roku). Wiadomo natomiast, że statek dopłynął do portu w Southampton oraz to, że podróżowali nim żołnierze, którzy podczas II wojny światowej trafili do japońskiej niewoli. Byli to między innymi jeńcy wykonujący niewolniczą i katorżniczą pracę przy budowie słynnego mostu na rzece Kwai (tę dramatyczną historię ukazuje słynny film „Most na rzece Kwai” w reżyserii Davida Leana). Gwoli ścisłości – w rzeczywistości konstrukcja nie powstała na Kwai, lecz na rzece Mae Khlung.
,,To była noc. Nie miałem, dokąd pójść- wspominał Delapenha w rozmowie z Fae Ellington. – ale żołnierze, którzy ze mną podróżowali, dali mi wiele dobrych rad. Mówili, gdzie mam iść, co powinienem zrobić”– opowiadał podczas wywiadu. Plan był prosty. Lindy trzymał w ręku list rekomendacyjny wystawiony przez Dunleavy’ego. Po dopłynięciu do Wysp miał go pokazać Tomowi Whittakerowi, menedżerowi Arsenalu. Tak też uczynił. Wziął udział nawet w meczu sparingowym rezerw The Gunners z Bedford Town. Zawodnikiem londyńskiego klubu jednak nie został. ,,Miałem testy w Arsenalu i poszło mi dobrze. Whittaker był pod wrażeniem. Powiedziałem mu, że wciąż muszę odbyć służbę wojskową. Wtedy on stwierdził, że kiedy ją zakończę, powinienem wrócić i się z nim porozmawiać” – relacjonował Delapenha w 2014 roku. Jamajczyk przystąpił więc do Korpusu Treningu Fizycznego (Physical Training Corps – PTC), który – jak sądził – będzie dla niego dobrym miejscem, by ćwiczyć tężyznę fizyczną. Zresztą to przypuszczenie było niebezpodstawne, ponieważ w PTC miejsce znajdowali świetni sportowcy, choćby sir Stanley Matthews, pierwszy zdobywca Złotej Piłki France Football. Kolejnym etapem była służba wojskowa w Królewskich Walijskich Fizylierach, z którymi stacjonował w Egipcie i Grecji. W armii miłość do sportu nie opuściła Lindy’ego. Grał w krykieta, piłkę nożną, hokeja na trawie, uprawiał lekkoatletykę, brał nawet udział w zawodach nurkowych. ,,Pułkownik dowodzący moim batalionem darzył mnie wielkim szacunkiem. Wysłał mnie do Palestyny na trening wychowania fizycznego w gazie. Spośród 60 osób biorących udział w tym programie okazałem się najlepszy i zdobyłem odznakę instruktora. Potem zostałem instruktorem treningu fizycznego królewskich fizylierów w Fayid w Egipcie”– opowiadał Delapenha w wywiadzie, którego udzielił ,,Jamaica Observer”. W 1947 roku, gdy wojna domowa w Mandacie Palestyny zbliżała się do końca, Lindy Delapenha wrócił do Wielkiej Brytanii z nadzieją na rozpoczęcie prawdziwej kariery piłkarskiej. Ale niewiele brakowałoby, a chłopak zostałby lekkoatletą. Wojskowi zwierzchnicy polecili go powiem Brytyjskiemu Komitetowi Olimpijskiemu, by reprezentował Imperium w nadchodzących Igrzyskach Olimpijskich w lekkiej atletyce. – To nie było to, czego chciałem. Chciałem być piłkarzem – wspominał tamte lata Delapenha. Jamajczyk odrzucił więc propozycję zostania olimpijczykiem. Wyczyny piłkarskie Delapenhi w wojsku nie pozostały niezauważone. Dostrzeżono go jeszcze w trakcie pobytu w Egipcie. Na jego talencie poznał się człowiek, który współpracował z profesjonalnymi klubami piłkarskimi w Anglii i polecał im zawodników. Podobno Lindy przekonał go do siebie swoją grą przeciwko drużynie złożonej z niemieckich jeńców wojennych. Skaut dał mu listy rekomendacyjne do dwóch ekip: Chelsea i Portsmouth. Jamajczyk skierował swoje kroki do The Pompeys. ,,Wybrałem portsmouth, ponieważ mój najlepszy przyjaciel z wojska, człowiek nazwiskiem Horner, tam mieszkał. Powiedział: „zamieszkaj ze mną i moją rodziną” – wspomniał Delapenha. Testy w Portsmouth wypadły pomyślnie. Menedżer Bob Jackson zaproponował przybyszowi z Karaibów kontrakt. To było wielkie wydarzenie. Nigdy wcześniej żaden zawodnik z Jamajki, będącej wtedy częścią Indii Zachodnich, nie podpisał umowy z profesjonalnym klubem z Anglii. W dodatku The Pompeys grali w First Division. Ba, w sezonach 1948-49 i 1949-50 zdobywali mistrzostwo. Wielkimi gwiazdami tamtej ekipy byli Peter Harris czy Duggie Reid. Marzenie Delapenhi o zostaniu profesjonalnym piłkarzem ziściło się 13 listopada 1948 roku. Wtedy po raz pierwszy zagrał dla Portsmouth. Był to mecz przeciw Blackpool. Zagrał 90 minut, a spotkanie zakończyło się rezultatem 1:1. Delapenha nie miał jednak dużego wkładu w oba tytuły mistrzowskie The Pompeys. W drodze po pierwszy tytuł wystąpił zaledwie dwukrotnie. W kolejnym sezonie, zakończonym triumfem w lidze, zagrał pięć razy. Do tego dołożył jedno spotkanie w Pucharze Anglii. W sumie dla Portsmouth uzbierał 8 gier, w których strzelił 1 gola. Pewnie zaliczyłby więcej meczów w ekipie z Fratton Park, gdyby nie kontuzje. Nikt jednak nie może mu odebrać tego, że został pierwszym czarnoskórym piłkarzem mogącym poszczycić się mistrzostwem Anglii.
W kwietniu 1950 roku przygoda Delapenhi z ekipą prowadzoną przez Jacksona dobiegła końca. Zgłosiło się bowiem po niego Middlesbrough FC. Menedżer tego klubu David Jack zwrócił uwagę na Jamajczyka kilka miesięcy wcześniej, podczas meczu ligowego, w którym Portsmouth ograło jego zespół 5:1. Delapenha rozegrał wówczas dobre zawody i tym samym zapadł w pamięć szefa Boro. The Pompeys otrzymali za niego 6000 funtów. Przeprowadzka na północ stała się faktem. Został pierwszym czarnoskórym piłkarzem Middlesbrough. Na Ayresome Park Jamajczyk spotkał kilku znakomitych zawodników, m.in.: reprezentanta Anglii Wilfa Manniona, bramkostrzelnego Szkota Alexa McCrae’a czy włoskiego golkipera Rolando Ugoliniego. Jack odważnie postawił na chłopaka z Indii Zachodnich. A ten na boisku zostawiał serce. Co ciekawe, przestały go trapić problemy zdrowotne, bo tuż przed transferem do Middlesbrough przeszedł zabieg usunięcia zakrzepu krwi, jaki utworzył się w jego udzie. Tak więc już będąc w pełni sił 9 września 1950 roku strzelił swojego pierwszą bramkę dla Boro. Gol musiał smakować wybornie, ponieważ zdobył go przeciw Arsenalowi, który przecież kiedyś nie zaoferował mu kontraktu. Sezon 1950/51 zakończył z 8 trafieniami w 40 ligowych spotkaniach. Delapenha w sezonach 1951/52, 1953/54 i 1955/56 był najlepszym strzelcem Middlesbrough. W sumie dla klubu z Ayresome Park zanotował 93 trafienia w 270 meczach ligowych na poziomie First Division oraz Second Division (od sezonu 1954/55 Boro grali na zapleczu). Co ciekawe, będąc zawodnikiem Middlesbrough, znajdował także czas na to, by pograć zawodowo w krykieta w Horden Cricket Club. Kibice Middlesbrough uwielbiali Lindy’ego. Nie tylko dlatego, że był czołowym piłkarzem ich drużyny, ale także dlatego, że odrzucił oferty Manchesteru City i Manchesteru United. Dlaczego nie zdecydował się na transfery do żadnego z tych klubów? Powodem była niejaka Joan, miejscowa nauczycielka, która zdobyła serce Delapenhi. Kobieta nie chciała się przeprowadzać. A zakochany w niej piłkarz nie zamierzał postępować wbrew jej woli. W 2016 roku Fae Ellington w wywiadzie zapytała Lindy’ego Delapenhę o transfer do United. Emerytowany piłkarz przyznał, iż nie żałuję, że do niego nie doszło. Jak słusznie zauważył, gdyby trafił na Old Trafford, mógłby wsiąść z innymi piłkarzami Czerwonych Diabłów do samolotu, który 6 lutego 1958 roku rozbił się w Monachium… W tamtej katastrofie zginęło 8 zawodników. W 1955 roku do pierwszej drużyny Middlesbrough dołączył niejaki Brian Clough, człowiek który dwadzieścia kilka lat później jako menedżer dwukrotnie wygra z Nottingham Forest Puchar Europy. Cloughie – jak nazywali go przyjaciele – miał smykałkę do strzelania goli. W ciągu nieco ponad pięciu sezonów spędzonych na Ayresome Park zaliczył ponad 200 trafień. Lindy i młodszy od niego o 8 lat Clough zaprzyjaźnili się. Czasem, biorąc ze sobą bramkarza Petera Taylora, jeździli poobijanym kasztanowym Fordem Anglią należącym do Delapenhi na mecze do Newcastle lub Carlisle. A pewnego razu Jamajczyk podwiózł przyszłego menedżera Forest i jego dziewczynę Barbarę do Stockton-on-Tees, gdzie para miała wybrać pierścionek zaręczynowy. Gdy już zaparkowali, dziewczyna wysiadła z auta, a za nią ukochany. Niespodziewanie drzwi wysłużonego auta odczepiły się od reszty i zostały w ręku Clougha. Na szczęście, to zabawne, aczkolwiek trochę niezręczne zdarzenie, nie miało wpływu na dalsze losy zakochanych. Pobrali się w 1959 roku i przeżyli razem 45 lat. Rozłączyła ich dopiero śmierć Briana. Inna pamiętna historia z Delapenhą i Cloughem w rolach głównych wydarzyła się podczas towarzyskiego meczu Middlesbrough z Sunderlandem rozgrywanego w październiku 1957 roku na Ayresome Park. Było to ważne spotkanie, bo pierwsze, podczas którego użyto sztucznego oświetlenia na tym stadionie. 27 tys. fanów obserwowało, jak Clough został sfaulowany w polu karnym. Do „jedenastki” podszedł Delapenha. Uderzył bardzo mocno i precyzyjnie. Piłka wpadła do bramki przy samym słupku, ale nie zatrzymała się wewnątrz, lecz wyleciała przez dziurę w siatce. Choć w rzeczywistości padł gol, to wyglądało, jakby strzelec chybił. Lindy już miał zacząć świętować, gdy arbiter pokazał, że bramkarz rozpocznie z „piątki”…
1958 rok. Czas coraz częściej kontuzjowanego Delapenhi w Middlesbrough dobiegł końca. Piłkarz następną przystań znalazł w Mansfield Town. Jamajczyk grał w podstawowym składzie The Stags, strzelał sporo goli, ale drużynie generalnie brakowało jakości. O ile w sezonie 1958/59 jeszcze udało się uratować przed spadkiem z Third Division (trzeci poziom rozgrywkowy), o tyle po kolejnym degradacja stała się faktem. Nawet na czwartym froncie nie szło zbyt dobrze. Ekipa z Nottinghamshire kampanię 1960/61 zakończyła dopiero na 20. lokacie spośród 24 zespołów. W marcu 1961 roku Delapenha przeszedł do Hereford United. Dla tej drużyny zagrał tylko w 11 spotkaniach. A jego ostatnim klubem w Anglii był Burton Albion, któremu pomógł wygrać w 1964 roku Southern League Cup, strzelając zwycięskiego gola w finale tych rozgrywek. Rok 1964 roku to także czas powrotu Lindy’ego na Jamajkę. Tam grał jeszcze w Boys’ Town oraz w Realu Mona. W międzyczasie pracował jako trener piłki nożnej i lekkiej atletyki w Wolmer’s Schools, czyli w szkole, którą niegdyś ukończył. Po zawieszeniu butów na kołku zarabiał na życie jako…instruktor sportu w Związku Producentów Cukru. Potem przez kilka miesięcy sprzedawał ubezpieczenia. Wreszcie trafił do Jamaica Broadcasting Corporation, gdzie został komentatorem, a następnie dyrektorem redakcji sportowej stacji. Joan, która nie chciała przeprowadzać się do Manchesteru, w latach 50. (ślub wzięli prawdopodobnie w 1952 lub 1953) została żoną Lindy’ego. Doczekali się trójki dzieci: syna Paula (zmarł na raka w 1997), oraz córek Marie Claire oraz Lindy. Marie Claire w 1980 roku zajęła II miejsce w konkursie piękności Miss Jamaica World, a w 2008 roku jej córka, czyli wnuczka Lindy’ego, Brittany Lyons wygrała ten tytuł. 9 stycznia 2007 roku Joan Delapenha zmarła. Lindy bardzo przeżył jej śmierć. ,,Irytowało mnie to, że moja żona narzekała, że za każdym razem, gdy wyjmuję wodę z lodówki, trochę rozlewam. Wstawała i chodziła za mną, nawet w środku nocy, żeby się upewnić, że jej nie wylałem. Chciałbym, żeby była tutaj, żeby to robiła teraz”– przytaczał słowa Delapenhi dziennikarz ,,Jamaica Observer” Tony Robinson. Mąż przeżył Joan o 10 lat. Do wieczności odszedł 26 stycznia 2017 roku. W 2021 roku Delapenha pośmiertnie otrzymał medal za mistrzostwo Anglii w sezonie 1949/50 (tego sezonu, jak pamiętamy, nie dokończył w Portsmouth, bowiem w kwietniu odszedł do Middlesbrough).