FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
2
@FCBparasiempre
I tak wracamy do Santa Fe, gdzie rok wcześniej rozpoczął się marsz po mistrzostwo kraju. W hotelu ,,Conquistador” Bielse dopadły wątpliwości. Jego metody wymagały wiary a on właśnie ją stracił. ,,Zamknąłem się w pokoju – opowiadał potem – zgasiłem światła, zaciągnąłem zasłony i zrozumiałem co naprawdę znaczą słowa wypowiadane czasem tak lekko: »Chce umrzeć«. Zacząłem płakać. Nie rozumiałem co się dzieje. Cierpiałem jako kibic i cierpiałem jako profesjonalista”. Zadzwonił do żony Laury. ,,Zderzyłem się wówczas z argumentem, który dla wielu byłby nie do odparcia” – opowiadał. Ich córka była poważnie chora. Przez kilka miesięcy balansowała między życiem a śmiercią. To wtedy naprawdę przeżywał emocjonalne piekło. ,,Czy to że chciałbym się teraz zapaść pod ziemie w związku z jednym przegranym meczem ma jakikolwiek sens? – pytał. Wiedział już że nie ma ale ważniejsze było coś innego. ,,Rozumowanie było bez zarzutu – mówił. – ale moje cierpienie z powodu porażki domagało się jakiegoś usprawiedliwienia”. W ten sposób Bielsa doszedł do tego na czym polegał kryzys. To co się stało w meczu z San Lorenzo nie było zwykłą porażką a on zakwestionował coś więcej niż swoje umiejętności trenerskie. Dobór słów nie był przypadkowy. On nie szukał rozwiązania problemu tylko usprawiedliwienia filozofii, którą żył i którą jego drużyna miała wyrażać na boisku. ,,Jeśli trzeba będzie przemyśleć cały projekt, zrobimy to razem. Poszukamy nowego sposobu i nowej metody, jeśli się okaże że nie czujemy się na siłach osiągnąć tego co zamierzyliśmy sobie przed rozpoczęciem sezonu”- powiedział. Bielsa wyznaczał więc nową droge. Problemem nie było to że posunął się zbyt daleko ale to że nie posunął się wystarczająco daleko. ,,Wciąż pod wpływem emocjonalnego szoku narodził się nowy sposób rozumienia taktyki. Od jakiegoś czasu miałem kilka koncepcji na temat jednostek i ich wkładu w zbiorowy wysiłek ale nie wcielałem ich w życie ponieważ wiązały się ze zbyt dużą liczbą rotacji na boisku. Porażki jakich doznaliśmy pozwoliły nam teraz odświeżyć strukturę dużyny a zarazem odnowić całą koncepcje a to za sprawą całej serii zmian pozycji”- opowiadał Bielsa. Ta skomplikowana fraza jest dla Bielsy czymś typowym. Mówiąc prościej, chodziło o to by zespół poznał zwyczaje przeciwnika i przez rotacyjny system krycia indywidualnego wywarł na niego presje. Przykładowo jeśli rywale rozpoczynają rozgrywanie akcji od podanie środkowego obrońcy do prawego obrońcy, drużyna Bielsy będzie naciskać na środkowego obrońcę i postara się przeciąć to podanie. Llop wspomina ten czas jako pełen nerwów: ,,Marcelo próbował znaleźć właściwą taktykę, więc całymi dniami gadaliśmy i gadaliśmy”. W Santa Fe zremisowali 0:0 ale był to dopiero początek. Tydzień później pokonali 1:0 Rosario Central w meczu przerwanym na 2 minuty przed końcem z powodu awantury na trybunach. ,,Najważniejszą różnicą było przygotowanie fizyczne. Newell’s przypominało traktor, który rozjeżdża wszystkich przeciwników. Ten zespół zadusiłby każdego, to był ten pomysł Bielsy, dodanie wściekłego pressingu do istniejącego już stylu Newell’s. Kiedy z nimi grałeś, wracałeś do szatni w poczuciu że nie tylko oszołomili cię podaniami ale też zabiegali na śmierć”- mówił Simon. Rewolucja nabierała tempa. Żona Saldañi zgineła w wypadku samochodowym ale on grał dalej, znajdując oparcie w Bielsie i w sile drużyny. Dobre wyniki pojawiły się także w Copa Libertadores. Do końca fazy grupowej Newell’s pozostało niepokonane odnosząc także ważne, gdyż katartyczne wyjazdowe zwycięstwo 1:0 z San Lorenzo a im lepiej szło Bielsie, tym uważniej analizowano jego metody i częściej stawiano pytanie: na czym polega jego nowy styl? Czy trener Newell’s jest ,,bilardistą” czy ,,menottistą”? ,,Bielsy nie da się zestawić ani z Bilardo ani z Menottim. Był taktykiem ofensywnym. Proszę zauważyć, słowa »taktyk« często używa się na określenie trenera, który myśli negatywnie, skupia się na obronie a przecież taktyka nie polega tylko na defensywie i blokowaniu najmocniejszych stron przeciwnika. Bielsa to właśnie udowodnił. Był mieszanką tamtych dwóch, połączył obie szkoły”- wspominał Llop.
Z pewnością tak właśnie widział to sam trener. ,,Słuchałem ich przez 16 lat. Osiem lat Menottiego, dla którego najważniejsze było inspirowanie oraz osiem Bilardo, dla którego najważniejsza była funkcjonalność – mówił po objęciu posady selekcjonera w 1998 roku. – Starałem się wziąć od nich to, co najlepsze”. Komentarze Menottiego i Bilardo były zgodne z stereotypami na temat tych szkoleniowców. ,,Bielsa to młodzieniec z problemami. Ma swoje idee i wie jak je wprowadzić w życie ale różnimy się już w punkcie wyjścia. On sądzi że futbol jest przewidywalny, ja myśle kompletnie inaczej”- opowiadał Menotti. Bilardo z kolei uważał iż Bielsa po prostu go naśladuje. ,,Podzielam jego rozumowanie bo przypomina to, co robiliśmy w 1986 – mówił. – Ma mnóstwo taśm z nagraniami oponentów, zupełnie jak ja wtedy”. Z pewnością znajdą się tacy, którzy będą zdania że jego treningi(zwłaszcza tych 120 piątkowych powtórzeń) były z ducha Bilardo, co nie musi przecież oznaczać że podejście Menottiego do ćwiczeń z piłkarzami było szczególnie artystyczne, z drugiej strony jednak przekonanie Bielsy o konieczności atakowania przy każdej nadarzającej się okazji było z pewnością z ducha Menottiego. Kiedy sam próbował zdefiniować swoją filozofie, mówił że sprowadza się do czterech pojęć: permanentne skupienie, mobilność, rotacja i coś jeszcze, co trudno przełożyć a jest jednym z klasycznych terminów Bielsy. W muzyce ,,repenitizacion” to określenie oznaczające wykonanie utworu bez jego wcześniejszego ćwiczenia, nie jest całkowitym zdaniem się na wyobraźnie, gdyż dopuszcza czytanie nut ale w odniesieniu do futbolu z pewnością zawiera pewien stopień improwizacji w połączeniu z uważnością. Jest to innymi słowy pojęcie podsumowujące sprzeczny, wydawałoby się, ze zdrowym rozsądkiem idealizm filozofii ,,bielsista”, oczekiwanie od piłkarzy że będą w kółko robić coś po raz pierwszy; paradoks sygnalizujący wspaniałą bezcelowość tego, co starał się osiągnąć. ,,To co możliwe zostało już dokonane – mówił podczas pracy w Newell’s. – My próbujemy niemożliwego”. Kiedy Llop opowiadał o rozgrywaniu ,,mistycznych meczów” i konieczności wiary w trenera, mówił właśnie o tym: W przypadku Bielsy zawsze miało się wrażenie iż chodzi mu tyleż o wygrywanie meczów, co o osiągnięcie absolutu. Oto dlaczego otacza go atmosfera kultu. Jak wielu jego rówieśników z Ameryki Południowej, Bielsa był pod wrażeniem gry reprezentacji Holandii z pierwszej połowy lat 70-tych ale bardziej bezpośredni wpływ wywarł na niego Urugwajczyk Oscar Tabarez, trener, którego pragmatyzm wydawał się pozostawać w dziwnej sprzeczności z jego własnym idealizmem. ,,Piłka nożna opiera się na czterech fundamentach, jak to ujął Oscar Tabarez. Na obronie, na ataku, na tym, jak przechodzisz z ataku do obrony. Chodzi o to by te przejścia odbywały się w sposób jak najbardziej płynny”- mówił Bielsa. Podczas Clausury w sezonie 1991/92 Newell’s przegrało tylko raz i dwupunktową przewagą w tabeli odebrało tytuł Velezowi Sarsfield. W Copa Libertadores z kolei piłkarze Bielsy pokonali Defensor Sporting i awansowali do ćwierćfinału, gdzie jeszcze raz musieli się zmierzyć z San Lorenzo. Rany po tamtym 0:6 były wciąż świeże ale tym razem ograli ich w Rosario 4:0 a cały dwumecz zakończyli wynikiem 5:1. W półfinale czekała kolumbijska America de Cali. Pierwszy mecz zakończył się remisem 1:1 ale już w 5 minucie drugiego meczu po rzucie wolnym i główce Pochettino Argentyńczycy objeli prowadzenie. Mecz był bardzo zacięty i ostry a atmosfera na trybunach do tego stopnia przepełniona wrogością że samo wejście na stadion stanowiło ciężkie przeżycie. Newell’s się broniło ale rzut karny w ostatniej minucie przyniósł Americe wyrównanie i o dalszych losach obu drużyn musiała zdecydować seria jedenastek. Piłkarze z Cali dwukrotnie nie trafili w sytuacji, gdy gol zapewniał im awans do finału a w końcu Norberto Scoponi obronił strzał Orlando Maturany i z wynikiem 11:10 Newell’s awansowało dalej, choć zanim drużyna mogła myśleć o finale, najpierw musiała bezpiecznie opuścić boisko. Kolumbijscy kibice byli wściekli a trafiony z trybun jakimś przedmiotem Berizzo miał rozbitą głowe. Finał przeciwko FC São Paulo z Raim i Cafu w składzie także skończył się rzutami karnymi ale tym razem Newell’s przegrało. Bielsa wyraźnie wyczerpany emocjonalnym wynikiem związanym z prowadzeniem drużyny, której kibicował w stylu, który rozpropagował, zrezygnował z posady. ,,Próbowaliśmy go przekonać żeby tego nie robił ale był kompletnie wypompowany. Chciał nawet odejść wcześniej ale odwiedziliśmy go z Martino w domu i namówiliśmy żeby został, jednak miesiąc czy dwa później i tak podał się do dymisji. Być może uważał że jego epoka dobiegła końca, że nie będzie już w stanie powtórzyć tak dobrego wyniku. Ja w każdym razie chciałem żeby został i wiedziałem jak wielkie znaczenie ma dla Newell’s. Kiedy odszedł musieliśmy się bronić przed spadkiem. To było straszne”- opowiadał Llop.
5
@FCBparasiempre
Mentor Guardioli:
Marcelo Bielsa raczej nie przejdzie do historii futbolu jako wielki trener. Trzy mistrzostwa Argentyny i złoty medal olimpijski to w sumie niezbyt imponujące osiągnięcia jak na tyle lat kariery. Jako teoretyk futbolu jest wszakże jednym z najważniejszych. Jego dziwactwa jak okulary na sznurku, skomplikowana składnia, precyzja, z jaką dochodził do ławki rezerwowych w Athletic Bilbao w dokładnie 13 krokach, sposób w jaki przysiadał podczas meczów na przenośnej lodówce w Marsylii albo pamiętna scena gdy oznaczył na swoich butach miejsca, którymi jego zdaniem piłkarze powinni uderzać piłke a potem przez kilka dni chodził zostawiając wszędzie ślady kredy, łatwo pozwalają uczynić z niego karykaturę i zapomnieć jak wielką rolę odegrał w historii światowego futbolu. Nie będzie przecież przesadą stwierdzenie że od czasu przejścia Brazylii na gre czwórką obrońców na przełomie lat 50-tych i 60-tych żaden z mieszkańców Ameryki Południowej nie miał tak wielkiego wpływu na piłkarską taktykę jak Marcelo Bielsa w pierwszej dekadzie XXI wieku. Od dziecka miał w sobie coś z intelektualisty, był poważny a zarazem pełen uporu i pasji. Towarzyszący mu pewien idealistyczny rys wydawał się dziwny u nastolatka i irytujący u dorosłego. W końcu zaczęto na niego mówić „El Loco” bo nawet w decyzji o zostaniu piłkarzem było coś, co odróżniało go od otoczenia. Pozostali członkowie rodziny zostawali wszak prawnikami lub politykami albo łączyli prawo z polityką. Jego brat Rafael pełnił funkcje ministra spraw zagranicznych za czasów prezydentury Nestora Kirchnera, zaś siostra Maria Eugenia wybrała karierę architekta i była zastępczynią gubernatora prowincji Santa Fe. Piętnastoletni Marcelo był do tego stopnia zdeterminowany w myśleniu o karierze zawodniczej że wyprowadził się z domu i zamieszkał w klubowym internacie Newell’s Old Boys. Inna sprawa(to coś, co będzie się powtarzać w przyszłości) że nie wytrzymał tam długo, po 2 dniach został wyrzucony, gdyż nie chciał parkować swojej dwusuwowej pumy poza terenem ośrodka. Nawet jeśli buntował się przeciwko rodzinie, wpływu jaki na niego wywarła nie da się przecenić. W bibliotece jego dziadka znajdowało się ponad 30 tysięcy książek a Marcelo żywił podobny szacunek do wiedzy i samorozwoju, prenumerując w pewnym momencie ponad 40 czasopism z całego świata i gromadząc niebywałą, zawierającą tysiące nagrań kolekcje meczów. Wśród niezliczonych anegdot na jego temat jest i opowieść o tym, jak podczas mistrzostw Europy w 1996 r. wychodził z hotelu coraz wcześniej i wcześniej, z nadzieją że w nieodwiedzonych dotąd kioskach znajdzie inne gazety. Co również dla niego charakterystyczne, nie uważa swojej obsesji za niezwykłą, zawsze wydaje się raczej zaskoczony, gdy ktoś spróbuje mu uświadomić że są ludzie, którzy niekoniecznie przez całe dnie ślęczą nad DVD z rozegranymi już meczami. Swego czasu zapytany jak zamierza spędzić okres świąteczno-noworoczny, odpowiedział ze śmiertelnie poważną miną że przez 2 godziny dziennie ma zamiar się gimnastykować a w ciągu kolejnych 14 będzie oglądał mecze. Z czasem rozwinął zresztą zdolność śledzenia transmisji dwóch meczów jednocześnie. ,,Ja studiuje futbol, oglądam video, czytam i analizuje”- podsumował. Urodził się w Rosario w czerwcu 1955 r. jako syn Rafaela(prawnika kibicującego Rosario Central) i Lidii(szkolnej nauczycielki). Zdaje się iż głównie na przekór ojcu związał się z Newell’s, podobnie zresztą jak jego brat. W piłke grał niemal od chwili, gdy nauczył się chodzić ale od najwcześniejszych lat zaczął również czytać na jej temat. Matka kupowała mu egzemplarze ,,El Grafico” a potem je indeksowała. Czy można powiedzieć że to matka rozpoczęła proces taksonomizacji futbolu, który Bielsa miał później doprowadzić do skrajności? ,,Wpływ matki na moje życie był przemożny. Żaden wysiłek nie był dla niej wystarczający”- opowiadał. Silna i niezwykle pracowita wymagała od dzieci tego samego.
W świecie futbolu zdania na jego temat są podzielone ale zarówno jego apologeci, jak i krytycy przyznają że jest niezmordowanym pracoholikiem, który oczekuje od innych porównywalnego zaangażowania. ,,Z początku wydawał się ciężkim a nawet wkurzającym typem przez ten swój upór i nieprzyjmowanie do wiadomości zdania innych ale w końcu zobaczyłem w nim geniusza. Potrafi przekonać do biegania i do harówki, widać to zarówno w czasie meczów, jak i treningów jego drużyn. Wie więcej niż ktokolwiek w tym świecie. Należy do absolutnej elity. Jeśli pozna się go bliżej, nie sposób go nie pokochać”- opowiadał Fernando Llorente, który grał u Bielsy w Athletic Bilbao. Wysiłek i dyscyplina nie wystarczyły by zrobić z niego piłkarza. Jako obrońca nieźle radził sobie z piłką ale brakowało mu szybkości. W Newell’s rozegrał tylko 4 mecze, po czym klub zdecydował się nie przedłużać z nim umowy. Miał 21 lat i przez kolejne 4 błąkał się po niższych ligach, studiując zarazem agronomie i wychowanie fizyczne. W wieku 25 lat przeprowadził się do Buenos Aires, gdzie objął posade trenera miejskiej drużyny akademickiej. Pedanteria z jaką podjął nowe obowiązki była uderzająca. Obejrzał 3 tysiące grających w piłke studentów, po czym wybrał 20 z nich a co przy tym charakterystyczne, w trakcie treningów korzystał ze słownika i przemawiał do piłkarzy używając formalnego zaimka ,,usted”. Traktował ich jak zawodowców i pilnował by naprawdę solidnie trenowali. Wielu z nich wspominało później nową ,,powagę” jaka wraz z jego bytnością pojawiła się w podejściu do zajęć a już w tamtym momencie można było zauważyć przywiązanie młodego trenera do wertykalnej gry i przenoszenia piłki jak najszybciej do przodu. Futbolem uczelnianym zajmował się przez 2 lata a potem wrócił do Rosario, gdzie zaczął pracować z drużynami młodzieżowymi Newell’s. W przekonaniu iż z dala od dużych miast musi kryć się wiele nieodkrytych piłkarskich talentów, podzielił mape Argentyny na 70 sektorów a potem zaczął je metodycznie odwiedzać, pokonując swoim „Fiatem 147” dobrze ponad 8 tysięcy kilometrów(samolotów unikał z lęku przed lataniem). Wreszcie w 1990 r. w klubie uznano że jest wystarczająco kompetentny do podjęcia pracy z pierwszą drużyną(miał wówczas 35 lat). Zastąpił Jose Yudice, który pojawił się tu w 1987 roku by rok później wygrać z Newell’s Campeonato. Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć że Yudica był niezbędnym ogniwem przejściowym w drodze do podejścia, które Argentyńczycy nazywają „Bielsista”, bardziej pragmatycznym od następcy, łagodniejszym i skromniejszym zarówno w zachowaniu, jak i w ambicjach. Pierwsza dawka „Bielsizmu” mimo wstępu z czasów Yudiki była bowiem naprawdę silna. ,,Kiedy przyszedł Marcelo zmiana okazała się radykalna. Znaliśmy go oczywiście, gdyż pracował z rezerwami, więc nie był jakimś przybyszem z innej planety ale przeprowadził tu rewolucje dużo większą od tej, którą zrobił Yudica. Najpierw byłem sceptyczny. Jak Gerardo Martino i inni starsi piłkarze uważałem że zmian jest za dużo. Szybko się jednak zorientowałem że to najlepsze co mogło się wydarzyć w Newell’s i popierałem go z zamkniętymi oczami. Wiedzieliśmy że dzięki jego pomysłom będziemy zwyciężać. Wiedzieliśmy też iż w rezerwach trenowali świetni piłkarze, przyzwyczajeni już do jego sposobu gry. Zajęcia zmieniły się dramatycznie. Dziś nie brzmi to już szokująco ale wtedy była to prawdziwa niespodzianka. Wszystkie sesje były krótkie ale bardzo intensywne. Prawie przez cały czas ćwiczyliśmy z piłką, cały czas pracowaliśmy nad taktyką. Zaczynaliśmy o różnych porach, trzech, czterech piłkarzy robiło ćwiczenia w strefach, przykładowo ,,piątka”, ,,czwórka” i ,,ósemka” pracowały wspólnie a innym razem robiły to ,,piątka”, ,,trójka” i ,,jedenastka”. Młodsi zawodnicy byli już z tym oswojeni ale dla nas to była kompletna nowość”- opowiadał były pomocnik Newell’s Juan Manuel Llop. Ponieważ mecze rozgrywano najczęściej w niedziele, poniedziałki piłkarze mieli wolne a we wtorek i w środe rano pracowali z trenerem od przygotowania fizycznego. Bielsa w tym czasie zamykał się w swoim gabinecie i oglądał mecze kolejnych przeciwników na video. Praca nad taktyką zaczynała się w środe po południu. ,,Młodzi piłkarze musieli czytać gazety i przygotowywać szczegółowe dossier na temat rywala. To był sposób na to żeby poczuli się bardziej zaangażowani i żeby uczyli się lepiej rozumieć futbol”- opowiadał Llop. Później Bielsa pokazywał im filmy. Nigdy całe mecze, jedynie wybrane momenty i sekwencje żeby podkreślić kluczowe punkty. W czwartek po południu odbywała się gra treningowa. ,,Graliśmy krótko ale z taką intensywnością jakby to naprawdę był mecz Primera. Niezwykłe to było. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widzieliśmy. Druga jedenastka była ustawiona jak nasz kolejny przeciwnik a naszym zadaniem było ją pokonać, wygrać mecz. Porażka w czwartek nie wchodziła w gre”- mówił Llop.
Piątek poświęcano na szczegółowe przygotowania do meczu. Bielsa ćwiczył z drużyną 120 schematów różnych sytuacji ofensywnych i 120 defensywnych. ,,Chodziło w tym wszystkim o ruch, skoordynowany ruch zawodników. Piłka ma być tutaj, ty masz się ustawić tutaj a ty masz pobiec tam, jeśli oni będą grać na spalonego, nie dacie się złapać a jeden z was będzie mógł wyjść za ich linie. To było bardzo ale to bardzo szczegółowe”- tłumaczył Llop. No i trzeba przyznać że to działało a przynajmniej działało czasami. W sezonie 1990/91 rozgrywki ligowe po raz pierwszy podzielono na dwie części, Aperture i Clausure a zwycięzcy obu rozgrywali mecz decydujący o mistrzostwie kraju. Dla Newell’s Apertura rozpoczęła się przeciętnie. Wygrali 1:0 z Platense i zremisowali na wyjeździe z Argentinos Juniors ale potem przegrali u siebie z Huracanem. Przed wyjazdem na czwarty mecz z Union Santa Fe, posada Bielsy była zagrożona. ,,Krążyło sporo plotek, gdyż początek nie był udany. Nie wiem czy zostałby zwolniony po czwartej kolejce czy później ale gdybyśmy po takim kiepskim starcie dalej szli tą drogą, kto wie co by się wydarzyło. Marcelo miał opinie dziwaka, jego metody budziły wątpliwości, więc wszyscy chcieli wiedzieć czy mu się uda. Gdybyśmy przegrali ten czwarty mecz pewnie byłby to koniec Bielsy, któż to wie? Jednak wygraliśmy ten mecz 3:1. Wystartowaliśmy i już się nie zatrzymaliśmy”- opowiadał dalej Llop. W następnych miesiącach Newell’s przegrało już tylko raz i skończyło Aperture z dwoma punktami przewagi nad River Plate. Santa Fe zaś odegrało jeszcze ważniejsza role w rozwoju Bielsy. Zwycięstwo w Aperturze oznaczało że Newell’s przez pół sezonu w zasadzie nie miało o co grać(to powód, dla którego w kolejnych latach za mistrzów kraju uznawano zarówno tych, którzy wygrali Aperure, jak i tych, którzy wygrali Clausure, bez konieczności organizowania dodatkowego meczu). Odprężona drużyna zakończyła Clausure na ósmym miejscu a pierwsze zajeli Boca Juniors. ,,To nie było normalne. Nie było przecież tak że nam nie zależało albo że oszczędzaliśmy się na finał z Boca. Przeciwnie, kiedy już mieliśmy z nimi grać, byliśmy bardzo ostrożni bo wiedzieliśmy że nie jesteśmy w dobrej formie. Powiedziałbym iż zachowaliśmy większą czujność niż zwykle i to dobrze, gdyż inaczej mogłaby nas zgubić nadmierna pewność siebie. To była nasza szansa wygrać mecz na Bombonerze i przejść do historii argentyńskiego futbolu. To na pewno spowodowało że zagraliśmy szybciej i lepiej niż przez reszte sezonu”- opowiadał Llop. Mecz w Rosario zakończył się zwycięstwem Newell’s 1:0 ale przed rewanżem w La Boca była to minimalna zaliczka. Obie drużyny musiały zagrać w osłabieniu, gdyż(jakkolwiek wydaje się to dziwaczne) akurat pomiędzy meczami o mistrzostwo kraju rozpoczynała się Copa America i do reprezentacji powołano Fernando Gamboe i Dario Franco z Newell’s oraz Diego Latorre, Blasa Giunte i Gabriela Batistute z Boca. Boca miała przewagę. Cristian Domizzi i Juan Simon obejrzeli czerwone kartki a na 9 minut przed końcem meczu Gerardo Reinoso zdobył gola dla gospodarzy. Newell’s jednak lepiej strzelało rzuty karne. Trafiło trzykrotnie a Boca tylko raz. ,,To był mój najlepszy mecz w życiu. W dodatku graliśmy w błocie, mistyczne przeżycie”- wspominał Llop. Newell’s było więc zwycięskie ale ich forma gdzieś odpłynęła a w trakcie Apertury sezonu 1991/92 zrobiło się jeszcze gorzej. Przez cały rok 1991 wygrali tylko 9 razy. Zdaniem Llopa problemem stało się zmęczenie. ,,Przy metodach Bielsy było ono nie uniknione. Nie tylko fizyczne ale także mentalne i emocjonalne, gdyż przy tak intensywnej rywalizacji trudno przez cały czas grać na tym samym poziomie. Ludzie nie są jednakowi, nie wszyscy myślą tak samo i reagują w ten sam sposób a styl Bielsy, jego sesje treningowe wymagają stałości i stąd czasem biorą się kłopoty. Mieliśmy drużynę, która świetnie pasowała do jego koncepcji ale kiedy odszedł w 1993 i 1994 roku walczyliśmy o utrzymanie. Człowiek jest istotą, która w pewnym momencie musi się zrelaksować. Nie chodziło o to ze przestaliśmy się starać, po prostu odpuszczaliśmy trochę bo czuliśmy się wyczerpani. Na początku Clausury presja była już ogromna. Zaczeliśmy wprawdzie od wygranej u siebie 2:0 z Quilmes ale potem nadszedł pogrom 0:6 z rąk San Lorenzo w pierwszym meczu fazy grupowej Copa Libertadores. Wstydze się tego meczu do dzisiaj jak mało którego. Nic nam nie wychodziło, kompletnie nic. Bielsa zmienił stopera. Mauricio Pochettino był świetny na tej pozycji ale musiałem zająć jego miejsce bo naprawdę nas łomotali a myśmy nie wiedzieli jak zareagować”- ciągnął dalej Llop.
4
@Bernard777 poczytaj se w odpowiedzi na mój komentarz.
10
@FCBparasiempre
Legendami nie zawsze zostają piłkarze, którzy zdobywają liczne trofea, strzelają setki bramek i regularnie trafiają na pierwsze strony gazet. Tacy piłkarze są jednak wyjątkami, bo żeby jeden z nich mógł osiągnąć miano wybitnego, tysiące innych będzie musiało pogodzić się z rolą drugoplanową. Czasem jednak ci drugoplanowi aktorzy też przechodzą do historii. Najlepszym przykładem jest Meksykanin Antonio Carbajal. Urodzony 7 czerwca 1929 r. w stołecznym Mexico City Carbajal już za młodu wyróżniał się skocznością i zwinnością, a więc od zawsze był idealnym kandydatem na bramkarza. Wzrost (180 cm) może i nie był jego atutem, ale przecież w tamtych czasach warunki fizyczne nie były najważniejsze. Zresztą, w Meksyku chyba nigdy nie zwracano większej uwagi na wzrost bramkarzy, o czym świadczy wielka kariera Jorge Camposa. Sam zainteresowany szybko zauważył, że Bóg obdarzył go pewnym talentem, którego nie może zakopać, tylko musi rozwijać. Szybko porzucił więc naukę i skupił się na treningach. Jego ojciec nie potrafił mu tego wybaczyć i nawet kiedy później Antonio grał na mundialu, nie odezwał się do syna nawet słowem. Być może takie podejście jeszcze bardziej motywowało młodego bramkarza, który nie zamierzał się poddawać. Obrał kierunek, w jakim zamierzał podążać i nawet odsunięcie się ojca nie wpłynęło na zmianę kursu. W 1948 roku Carbajal zaczął zbierać pierwsze żniwa swojej determinacji. Młody golkiper znalazł się w kadrze na igrzyska olimpijskie w Londynie, lecz jego rola ograniczyła się do trwania na posterunku, jakim była ławka rezerwowych. Trzeba zaznaczyć, że olimpijska przygoda nie trwała zbyt długo. Już w pierwszym meczu „El Tri” przegrali 3:5 z Koreą Południową i turniej się dla nich zakończył. Dla naszego bohatera był to jednak początek wspaniałej przygody, bo udział w igrzyskach zbiegł się z ofertą z Club España. W tym klubie młodzian bronił zaledwie przez dwa lata, ale to wystarczyło, żeby wypracować sobie świetną reputację. Sława Carbajala szybko zaczęła wychodzić poza granice Meksyku i nie było w tym nic dziwnego, że trener reprezentacji Meksyku(Vial) znalazł dla niego miejsce w kadrze na mistrzostwa świata w 1950 roku. Zanosiło się, że Carbajal będzie rezerwowym, ale w ostatniej chwili pretendenta do miejsca między słupkami „El Tri” dopadła kontuzja. W ten sposób jedna z najbardziej odpowiedzialnych ról w drużynie przypadła 21-letniemu debiutantowi. 24 czerwiec 1950 roku – to wtedy zaczęła się tworzyć ta piękna historia. Na stadionie w Rio de Janeiro naprzeciwko siebie stanęły reprezentacje Brazylii(gospodarza turnieju) i Meksyku. Mecz poprzedziła uroczystość otwarcia a na pierwszy gwizdek sędziego czekało 80 tysięcy zakochanych po uszy w futbolu fanów „Canarinhos”. Jak w tym wszystkim odnajdował się Carbajal, żółtodziób, który dopiero rozpoczynał swoją przygodę z futbolem? Ciężar presji musiał być ogromny, szczególnie dla bramkarza. To tak jakby stać między słupkami ze słoniem na plecach, nie dość, że ciężar ogromny, to jeszcze trzeba uważać, żeby nie potknąć się o trąbę. No i Carbajal się nie potknął, choć puścił cztery bramki a jego zespół nie odpowiedział żadną. Mało tego, w meczu z Jugosławią znów cztery razy wyjmował piłkę z siatki a Szwajcarzy dwukrotnie znaleźli sposób na przechytrzenie stróża świątyni „El Tri”. Mimo dziesięciu bramek straconych nikt nie miał pretensji do bramkarza, nie zarzucano mu, że brakło mu doświadczenia, nie wytykano mu błędów, choć takie też się przydarzyły, jego dokonania przyjęto z umiarkowanym optymizmem. Melodia przyszłości? Tak zapewne myśleli wtedy kibice. Występ na mundialu przyniósł zainteresowanie ze strony silniejszych klubów. Club Leon, który zgłosił się po Carbajala, miał nieco wyższe notowania niż Club España, więc transfer można było potraktować jako sportowy awans. Inna rzecz, że był to transfer wymuszony, bo poprzedni pracodawca Carbajala wycofał się z rozgrywek, ponieważ jego władze nie mogły znaleźć wspólnego języka z działaczami federacji. No cóż, w tamtych czasach takie rzeczy jak poplątane języki decydowały o upadkach czołowych klubów. Antonio już w drugim sezonie zdobył mistrzostwo kraju z Leon, jednocześnie nie oddając miejsca między słupkami w reprezentacji kraju. Z powodzeniem bronił w meczach towarzyskich oraz w spotkaniach eliminacyjnych do mistrzostw świata w 1954 roku. Warto zauważyć, że Carbajal w tych eliminacjach tylko raz przepuścił piłkę do siatki (Tej sztuki dokonał Amerykanin Looby w meczu wygranym przez Meksykanów 3:1). Wydawało się, że nasz dzisiejszy bohater ma pewne miejsce w składzie na mundialu, że trener Vial nie widzi drużyny bez niego i może tak było.
Ostatecznie jednak Vial nie pojechał na mundial, zastąpił go Lopez Herranz, który widział w bramce bardziej doświadczonego Motę. Już po pierwszym meczu (0:5 z Brazylią) tymczasowy szkoleniowiec zmienił zdanie i w pojedynku z Francją postawił na Carbajala. Ten puścił dwie bramki, ale Meksykanie wyrównali a na dwie minuty przed końcem meczu Raymond Kopa celnym strzałem z rzutu karnego pogrzebał marzenia kibiców „El Tri” na korzystny wynik. Powrót do ligowej rzeczywistości okazał się dość przyjemny. W 1956 roku Leon sięgnął po mistrzostwo kraju, rok później przegrał w finale play-off, by w roku, w którym odbywały się kolejne mistrzostwa świata znów sięgnąć po koronę. Nie było więc wątpliwości, że bramki na mundialu musi strzec golkiper najlepszej meksykańskiej drużyny. Na turnieju w Szwecji Carbajal przeżył pewne deja vu. Mecz Meksyku znów poprzedziła uroczystość otwarcia, na trybunach znów ogromne tłumy, tylko rywal nieco inny, choć wcale nie łatwiejszy. Szwecja w owym czasie mogła poszczycić się takimi asami jak Niels Liedholm czy Kurt Hamrin. Jeszcze jedną różnicą był fakt, że tym razem to pełniący funkcję kapitana Carbajal wyprowadzał swoich kolegów na boisko. To jednak niewiele zmieniło, Szwedzi wygrali 3:0, a Meksyk znów musiał liczyć się z pożegnaniem z turniejem już w fazie grupowej. Remis w meczu z Walią nic nie zmienił, bo w ostatnim spotkaniu miejsce w szeregu Latynosom wskazali Węgrzy, pewnie wygrywając 4:0. W ten sposób Meksyk odpadał z turnieju finałowego w fazie grupowej po raz trzeci z rzędu. Kolejne czterolecie nie było już tak udane, jak poprzednie. W latach 1958 – 1962 Club Leon nie zdobył żadnego trofeum. Meksykowi w kwalifikacjach do kolejnego mundialu też się nie wiodło najlepiej, bowiem porażka 0:1 z Kostaryką i bezbramkowy remis z Antylami Holenderskimi można rozpatrywać w kategorii blamażu. Ostatecznie „El Tri” zakwalifikowali się do barażu, w którym rywalem miał być Paragwaj. To właśnie te mecze sprawiły, że historia, którą czytacie, zasługuje na miano legendy. Pierwszy mecz Meksykanie wygrali 1:0, w drugim nie padły bramki. Carbajal zachował więc czyste konto i można powiedzieć, że wybronił sobie czwarty udział w mistrzostwach świata. Przed nim nikt nie dokonał takiej sztuki. Tym razem Meksyk pojechał na mundial z poważnym postanowieniem – wyjść z grupy albo przynajmniej wygrać choć jedno spotkanie. Te plany szybko zweryfikował los, który przydzielił im Hiszpanię, Czechosłowację i, o zgrozo, Brazylię. Potomkowie Inków i Azteków przegrali pierwsze spotkanie z Brazylią 0:2, w drugim ulegli Hiszpanom 0:1, a w trzecim… Czechosłowacy zaskoczyli Carbajala już po 20 sekundach, kiedy to Masek wpakował piłkę do siatki. Potem jednak coś wstąpiło w piłkarzy „El Tri” i po golach Diaza, Del’Aguili i Hernandeza wygrali oni 3:1! Wagę tego zwycięstwa podnosi fakt, że Czechosłowacja została wicemistrzem świata, przegrywając w finale z… Brazylią. Po tym turnieju powoli następował zmierzch kariery Carbajala. Wciąż bezapelacyjnie królował on między słupkami Club Leon, ale w reprezentacji zdarzało się to bardzo rzadko. W 1966 roku Antonio zapowiadał zakończenie swojej niezwykle bogatej kariery, chyba już nawet nie liczył, że selekcjoner reprezentacji kraju powoła go na kolejny turniej. W końcu miał już 37 lat a w Meksyku grali znacznie młodsi i nie mniej utalentowani bramkarze niż on. Jednak w tym miejscu nasz bohater się pomylił. Trener Trellez Campos być może chciał oddać mu hołd, zabierając go na piąty mundial z kolei, choć tym razem tylko w formie rezerwowego. Los znów był wyjątkowo złośliwy, przydzielając Meksykanom Urugwajczyków, Francuzów i Anglików. W meczu z Francją następca Carbajala, Calderon, spisał się bardzo dobrze, przepuszczając jedno uderzenie Haussera, dzięki czemu mecz zakończył się remisem. W drugim spotkaniu poszło mu już nieco gorzej. Po trafieniach Charltona i Hunta Anglia pokonała Meksykanów 2:0, jednocześnie grzebiąc ich marzenia o wyjściu z grupy. To jednak było pretekstem, by w ostatnim spotkaniu z Urugwajem Trellez wystawił w bramce Carbajala! Antonio nie zmarnował szansy, zagrał bardzo dobrze i nie dał się pokonać urugwajskim snajperom. To była wspaniała okazja, żeby pożegnać się z boiskiem i 37-latek postanowił z niej skorzystać. Mecz z Urugwajem był ostatnim w jego profesjonalnej karierze piłkarskiej.
Przez te wszystkie lata nasz dzisiejszy bohater pozostawał piłkarzem Clubu Leon (po odejściu z Clubu Espana, który zrezygnował z udziału w rozgrywkach ligowych). W koszulce tego klubu rozegrał 364 spotkania, zdobywając wszelkie możliwe trofea. Przywiązanie do barw klubowych musi budzić szacunek. Może i Carbajal nie był piłkarzem wybitnym, ale jego charakter, determinacja i długowieczność sprawia, że uważa się go za wybitną postać. Teraz sami powiedzcie, czy historia futbolu musi być pisana wyłącznie przez wybitnych piłkarzy. Antonio Carbajal dokonał rzeczy niezwykłej, uczestniczył w pięciu kolejnych mundialach. Wiele lat później dorówna mu Lothar Matthaus, ale przecież dla Niemców udział na mistrzostwach świata jest czymś normalnym, natomiast dla Meksyku niekoniecznie, szczególnie w tamtych czasach. Fakt, że za czasów Carbajala „El tri” ani razu nie wyszli z grupy, wcale nie umniejsza jego zasług. Zupełnie jak w filmie „Jestem Legendą”– nie ważne, że ci się nie udało, próbowałeś, następcy skorzystają z Twoich doświadczeń i zrobią to dobrze.
Statystyki i osiągnięcia:
Osiągnięcia zespołowe:
Club Leon
2x mistrzostwo Meksyku (1952, 1956)
1x Puchar Meksyku (1958)
1x Superpuchar Meksyku (1956)
8
Herosi Mundialu:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360
0
@Janas11224 Wilimowski, Friedenreich, Bican, Binder! Mówi ci to coś synku?
12
Żywe legendy rodzimego futbolu:
7 czerwca 1977 r. urodził prawy obrońca Marcin Baszczyński. W dorobku ma aż sześć mistrzostw Polski, a w pewnym momencie był podstawowym obrońcą naszej reprezentacji. Kariera Marcina Baszczyńskiego obfitowała w sukcesy. „Jestem spełnionym sportowcem. Z perspektywy czasu człowiek jest trochę mądrzejszy i pewne rzeczy zrobiłby inaczej, ale tych chwil chwały nikt mi nie zabierze”– mówi Baszczyński. Baszczyński urodził się w Rudzie Śląskiej i jak większość chłopaków w tamtych czasach zaczynał na podwórku. „Ustawialiśmy kamienie, które pełniły role słupków, albo kopaliśmy piłką w ścianę, chociaż akurat za to sąsiedzi mocno nas gonili”– śmieje się były obrońca, który na początku grał jako napastnik. – To było stopniowe cofanie. Z ataku trafiłem do pomocy, dopiero później zacząłem pełnić rolę kryjącego obrońcy, jak to się niegdyś ładnie nazywało – wspomina. Na szerokie wody wypłynął w chorzowskim Ruchu. Po pięciu sezonach spędzonych przy Cichej przyszła oferta z Wisły Kraków, gdzie Bogusław Cupiał budował najsilniejszy polski zespół początku XXI wieku. – Musiałem walczyć o swoje, bo nie oferowano mi kokosów. W Ruchu nauczyłem się walczyć o ten pieniążek, w dodatku miałem na koncie już występy w reprezentacji i jakąś markę sobie zbudowałem – mówi Baszczyński. Jeszcze będąc w Ruchu obrońca został zawieszony za atak na sędziego. Nieżyjący już Stanisław Żyjewski w meczu „Niebieskich” z Górnikiem przyznał mocno naciąganego karnego ekipie z Zabrza. Baszczyńskiemu puściły nerwy. – Można powiedzieć, że wtedy zacząłem walkę z korupcją i to dość skuteczną. Prawdę mówiąc, nie kontrolowałem wtedy swoich emocji. Dziś się tego wstydzę, niezależnie od kulisów tego zdarzenia – mówi nam były piłkarz. Kibice kojarzą Baszczyńskiego przede wszystkim z występami w Wiśle Kraków. Klub z Małopolski był na początku XXI wieku hegemonem w polskich rozgrywkach. Obrońca aż sześciokrotnie zdobywał z Białą Gwiazdą mistrzostwo kraju. Który tytuł wspomina najlepiej? – Ciężko mi wyróżnić któryś. Pierwsze mistrzostwo było wyjątkowe, ale obrona także. Nie mam najcenniejszego, każde stawiam tu na równi – twierdzi. Z Wisłą przeżywał też piękne przygody w Europie. W 2002 roku Biała Gwiazda rozbiła słynne Schalke 04 na wyjeździe aż 4:1. – Mieliśmy takich chłopaków, którzy czekali na wielki mecz w Europie. Po pierwszym spotkaniu rewanż nie zapowiadał się łatwo. Zagraliśmy wspaniale, na jednym z najnowocześniejszych obiektów na świecie. Cała otoczka nas urzekła. Szatnie, jacuzzi, wszystko było z innego świata. Po meczu było świętowanie, bo trener Henryk Kasperczak pozwolił nam na piwko. I to niejedno – uśmiecha się Baszczyński.
Za granicę Baszczyński wyjechał w 2009 roku do greckiego Atromitosu. Wcześniej pojawiły się oferty z Rosji, Niemiec i Anglii. Polaka chciał słynny West Ham. – Jakbym miał czegoś żałować, to właśnie tego niedoszłego transferu do Anglii. Oni chcieli mnie jednak tylko wypożyczyć. Ja chciałem, ale Wisła się nie zgodziła. Byłem tam na testach, ale musiałem wrócić. Szkoda, bo jestem przekonany, że bym sobie tam poradził – wspomina Baszczyński. Ważnym rozdziałem w karierze naszego bohatera była też reprezentacja Polski. Zagrał w niej 35 razy i strzelił jednego gola. Na mundialu w Niemczech nie zszedł z boiska ani na minutę. Okazało się, że mecz z Kostaryką (2:1) był jego ostatnim w koszulce z orłem na piersi. – Leo Beenhakker powoływał mnie, ale jako zmiennika. Twierdził, że jestem mu potrzebny, jednak już w kadrze nie zagrałem, bo wyżej ceniono Pawła Golańskiego i Marcina Wasilewskiego. Z kadry mam jednak piękne wspomnienia. Nawet dziś kibice mnie pamiętają, czasem podchodzą zbić piątkę i podziękować za moją grę. To szalenie miłe – zakończył Marcin Baszczyński.
@Adran360
@Astad
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
9
Wybitne legendy futbolu:
7 czerwca 1970 r. urodził się Marcos Evangelista de Moraes znany jako Cafu, brazylijski prawy obrońca. 2-krotny Mistrz Świata-1994 i 2002 ; Wicemistrz Świata z 1998 ; 2-krotny Zdobywca Copa America-1997 i 1999 ; 2-krotny Zdobywca Copa Libertadores-1992 i 1993(z FC São Paulo) ; Zdobywca Ligi Mistrzów-2007(AC Milan) ; Zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów 1995(z Real Saragossa) ; Zdobywca Superpucharu Europy-2003 i 2007(AC Milan) oraz Zdobywca Klubowego Mistrzostwa Świata-2007(AC Milan). Zawodową karierę zaczął w 1988 roku w São Paulo FC. Na początku swojej przygody z piłką pełnił rolę rezerwowego, jednak zbiegiem czasu wywalczył sobie miejsce w podstawowej jedenastce. W 1991 roku zdobył swój pierwszy mistrzowski tytuł. W dwóch kolejnych sezonach triumfował w rozgrywkach Copa Libertadores i Recopa Sudamericana. W 1994 roku został wybrany najlepszym piłkarzem roku w Ameryce Południowej. W barwach São Paulo rozegrał 115 spotkań i strzelił 7 goli. W tym samym roku Cafu postanowił zmienić klub. Został piłkarzem Juventude, lecz po krótkiej przygodzie z tym klubem trafił do hiszpańskiego Realu Saragossa, gdzie sięgnął jedynie po Puchar Zdobywców Pucharów. W 1995 roku Brazylijczyk odszedł do Palmeiras São Paulo. W nowej drużynie nie pograł zbyt długo ponieważ dwa lata później trafił do AS Romy. Na swój pierwszy sukces w ekipie "Giallorossich" musiał czekać do 2000 roku, kiedy to Roma sięgnęła po mistrzostwo kraju. W barwach tego klubu rozegrał 163 spotkania.
W 2003 roku podpisał kontrakt z AC Milanem. Swój pierwszy mecz w barwach "czerwono-czarnych" rozegrał 3 sierpnia tego samego roku w zremisowanym 1:1 meczu z Juventusem. W debiutanckim sezonie w ekipie z San Siro zdobył drugi mistrzowski tytuł, sięgnął po Superpuchar Włoch oraz Superpuchar Europy. W 2005 roku po raz pierwszy zagrał w finale Ligi Mistrzów lecz wówczas Milan przegrał po rzutach karnych z Liverpoolem. W kolejnym sezonie świętował zdobycie aż trzech pucharów - Ligi Mistrzów, Superpucharu Europy i Klubowego Mistrzostwa Świata. 16 maja 2008 roku zapowiedział iż po sezonie zakończy piłkarską karierę. W reprezentacji Brazylii zadebiutował 12 września 1990 roku w przegranym 3:0 meczu z Hiszpanią. W 1994 roku po raz pierwszy wystąpił na mundialu, pełniąc rolę rezerwowego a Brazylijczycy po raz czwarty w historii zdobyli Mistrzostwo Świata. W 1997 roku wygrał w rozgrywkach Copa America oraz Pucharze Konfederacji. Rok później Cafu otrzymał powołanie na kolejne MŚ, jednak tym razem ekipa "Canarinhos" przegrała w finale z reprezentacją Francji 3:0. Brazylijski obrońca wystąpił także na Mistrzostwach Świata 2002 roku zdobywając Puchar Świata oraz na nieudanych Mistrzostwach Świata 2006 roku. Na tych dwóch ostatnich turniejach Cafu był podstawowym piłkarzem swojego zespołu. W drużynie narodowej wystąpił łącznie w 142 spotkaniach i strzelił 5 goli. Po mundialu w 2006 r. wychowanek São Paulo FC zakończył reprezentacyjną karierę. Dla drużyny narodowej rozegrał łącznie 142 spotkania i strzelił pięć goli. Jest rekordzistą kraju pod względem największej ilości występów w reprezentacji Brazylii i jednym z najlepszych prawych obrońców w dziejach futbolu.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Comentateiro
@Astad
@Adran360
8
Jedyne zwycięstwo i jedyny gol na Mundialu „Mexico 1986”:
7 czerwca 1986 r. Polska pokonała Portugalie 1:0. „No wreszcie, proszę państwa! Tyle nas to nerwów kosztowało, tak długo czekaliśmy na tę upragnioną bramkę! Wzruszyłem się, ale myślę, że państwo też w polskich domach. No wreszcie, wreszcie. Brawo panie Włodzimierzu, brawo Polacy!”– krzyczał szczęśliwy Dariusz Szpakowski, który relacjonował ten mecz ze stadionu Estadio Universitario w Monterrey. W pierwszym meczu fazy grupowej biało-czerwoni tylko bezbramkowo zremisowali z Marokiem. Jak się później okazało, gol Smolarka z Portugalią pozwolił im wyjść z grupy z trzeciego miejsca. ,,To był mecz o wszystko. Liczyliśmy się, że pierwsze miejsce zajmą Anglicy, a my powalczymy o drugie z Portugalią”– wspominał Dariusz Dziekanowski, który asystował przy tym trafieniu. ,,Znakomicie się zachował. Przyjął piłkę, zagrał po ziemi na dalszy słupek. Co ciekawe, Włodek miał być już zmieniony przez Andrzeja Zgutczyńskiego, ale nie było przerwy w grze i sędzia nie mógł zezwolić na przeprowadzenie zmiany”– zdradził Dziekanowski. Ostatecznie Zgutczyński zmienił go siedem minut później. Na koniec fazy grupowej Anglia pokonała Polskę 3:0 po hat-tricku Gary'ego Linekera, a w 1/8 finału Brazylia rozbiła drużynę Antoniego Piechniczka 4:0. Na kolejny występ w mundialu musieliśmy czekać aż do 2002 roku.
@Adran360
@Astad
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
10
Wybitne legendy futbolu:
7 czerwca 1930 r. urodził się Hilderaldo Bellini, wybitny brazylijski środkowy obrońca, 2-krotny Mistrz Świata(1958 i 1962). Pierwszy Brazylijczyk, który podniósł Puchar Świata jako kapitan zwycięskiej drużyny z 1958 roku. Bellini prowadził drużynę, w skład której wchodzili tacy gracze jak genialny Garrincha, Mario Zagallo czy 17-letni Pele. Brazylijczycy pokonali w finale gospodarzy Szwecję 5:2 i zdobyli pierwszy z rekordowych pięciu tytułów mistrza świata. Bellini był częścią drużyny, która cztery lata później wzniosła trofeum w Chile, chociaż ani razu nie zagrał w tym turnieju. Ostatni ze swoich 51 występów rozegrał na mundialu w Anglii w 1966 roku. Po pobycie w młodzieżowej drużynie swojego rodzinnego klubu Itapirense, zasłynął w Vasco da Gama, gdzie przebywał przez dziewięć lat. Grywał też w São Paulo i Atletico Paranaense. Najlepiej zapamiętano go z kultowego sposobu, w jaki podniósł trofeum Julesa Rimeta, wysoko nad głową dwiema rękami a kolejni brazylijscy kapitanowie powtarzali ten gest.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Comentateiro
@Astad
@Adran360
1
@misterio Witaj. Odpisuje dopiero teraz, gdyż nie miałem dostępu do internetu. Co do twojego komentarza, pisząc że ,,on by się szybko skonfliktował z zespołem i mogła być maks 1 LM" to miałeś na myśli Guardiole? Bo jeśli tak, to jakoś nie trzyma się to wszystko ,,kupy". Poza tym dwumecz z Interem był ewidentnie wypaczony przez sędziów!
12
W sporcie jak w życiu, dobrze mieć farta i to porządnego!
7 czerwca 1992 r. FC Barcelona zdobyła drugie z rzędu mistrzostwo Hiszpanii po pierwszym ,,Cudzie na Teneryfie”. Przed ostatnią kolejką Barça traciła punkt do prowadzącego Realu Madryt i wygrana na Camp Nou 2:0 z Athletic Bilbao była tylko połową sukcesu. Wszyscy cules nasłuchiwali wieści z meczu Tenerify z Realem Madryt. Po 30 minutach wydawało się że sensacji być nie może. Real Beenhakera prowadził bowiem z Tenerifą 2:0 a ponadto drużynę z wysp trenował Valdano- były piłkarz ,,Królewskich”. Gol dla gospodarzy w 36 minucie nieco przywrócił nadzieje, które nasiliły się, gdy w 69 minucie obrońca Realu Villaroya otrzymał czerwoną kartke. Osiem minut później Brazylijczyk Rocha strzelił samobójczego gola doprowadzając do remisu i czyniąc Blaugrane wirtualnym liderem. Niespodziewanie już minute później Tenerife wyszło na prowadzenie po tym, jak Sanchis przelobował własnego bramkarza trafiając w poprzeczkę a do bezpańskiej piłki pierwszy dopadł Pier. Przysłowiowy cud stał się faktem. Duma Katalonii została mistrzem, choć wcześniej ani razu w tamtym sezonie nie była na pierwszym miejscu w tabeli.
@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
9
Przełomowa data w dziejach Dumy Katalonii:
5 czerwca 2008 r. Josep Guardiola podpisał kontrakt na prowadzenie pierwszego zespołu FC Barcelony. Decyzja Joana Laporty o zatrudnieniu byłej gwiazdy wydawała się zaskakująca. Jedynym doświadczeniem trenerskim Guardioli było prowadzenie Barçy B, którą objął rok wcześniej i z którą wywalczył awans z czwartej do trzeciej ligi hiszpańskiej. Wśród potencjalnych następców Franka Rijkaarda wymieniało się Michaela Laudrupa a nawet Jose Mourinho ale ostatecznie zdecydowano się na 37-letniego Katalończyka, który podpisał dwuletnią umowę. Jak się okazało pan Laporta miał bardzo dobrego nosa. Swoją drogą bardzo ciekawe jak by to się potoczyło gdyby Laporta zdecydował się jednak zatrudnić Mourinho…?
@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
9
@FCBparasiempre
4 czerwca 1958 r. urodził się Leszek Lipka, pomocnik. Gdy reprezentacja Polski ostatni raz pokonała Holandie(2:0), na Stadionie Śląskim błyszczał debiutant: najmłodszy w drużynie Leszek Lipka. „Udał się nam wielki mecz.”- uśmiecha się były pomocnik krakowskiej Wisły, który asystował przy golu Bońka. 2 maja 1979 r. Polacy grali w Chorzowie piekielnie ważny mecz w eliminacjach ME. Holendrzy byli aktualnymi wicemistrzami świata, w finale mundialu wystąpili drugi raz z rzędu. Na Śląskim nie dali jednak rady Biało-Czerwonym, którzy po trochę rozczarowującym starcie na mundialu w Argentynie wciąż marzyli o wielkich sukcesach. Jeszcze nigdy nie zagrali w mistrzostwach Starego Kontynentu. Ekipa Kuleszy przymierzyła się do tego celu. W grupie zdążyła się jednak potknąć, przegrywając w Lipsku z NRD(1:2). Wobec tego 2 tygodnie później należało bezwzględnie wygrać ze świetną ekipą Oranje. Rywali ,,napoczął” w 20 minucie Boniek po kapitalnej akcji: Lipka do Bońka, Boniek do Lipki, znowu Lipka do Bońka i holenderska defensywa posypała się w drobny mak. 1:0 dla Polski! Dzięki prowadzeniu w drugiej połowie nasi mogli częściej czyhać na błędy rywali i kontrować. Po jednej z takich akcji na pustą już bramke strzelał Lato a kapitan Ruud Krol zatrzymał piłke ręką. Rzut karny ,,w stylu Panenki” wykorzystał Włodzimierz Mazur. Cała Polska była w euforii! Wróciła wiara w moc drużyny, która potrafi przenosić góry. Lipka uczestniczył w meczu raczej niespodziewanie. Filigranowy, błyskotliwy zawodnik Wisły Kraków mógł się cieszyć że w ogóle został wezwany na kadre ale żeby od razu znaleźć się w jedenastce? Selekcjoner ustawił go na prawej pomocy, w tej formacji zagrał też zorientowany bardziej na ofensywę Boniek i mający więcej zadań defensywnych klubowy kolega Lipki Adam Nawałka. Komentujący mecz z Holandią Ciszewski w zachwycie stwierdził że to ,,najmłodsza druga linia świata”. Zachwyt jak najbardziej uzasadniony. Boniek miał wtedy 23 lata, Nawałka 22 a Lipka 21. Jak niestety wielu byłych reprezentantów i ludzi, którzy coś dla polskiego futbolu naprawdę zrobili, dzisiaj jest na peryferiach piłkarskiego świata. Nie chodzi po telewizyjnych studiach, nie udziela się jako ekspert. Niektórzy twierdzą że z takim charakterem kariera trenera czy działacza jest niemożliwa bo z piłkarzami sprawa wygląda inaczej, naprawdę dobry na boisku zawsze się obroni bez względu na charakter a on akurat był dobrym zawodnikiem. Wszystko zaczęło się od turnieju dzikich drużyn. ,,Zebraliśmy się na osiedlu i z pomocą opiekuna zgłosiliśmy swój udział w zawodach. Grało się 7 na 7 na małych boiskach. Dużo było w tym zabawy ale też zdrowej pasji jedenastoletnich dzieciaków. Naszej rywalizacji przyglądali się trenerzy Wisły i mieli co oglądać bo było ze sto drużyn. Wpadłem im w oko. Kazali przyjść na trening, trafiłem do trampkarzy. Jego drużyna miała całkiem groźną nazwe: Everton i w ten sposób do Wisły trafiłem z Evertonu”- śmieje się późniejszy reprezentant Polski. Przy Reymonta szybko stał się jednym z ulubieńców trybun bo trudno było nie lubić faceta, który zawsze biega, drybluje i walczy. Klub szczycił się swoimi wychowankami, on był jednym z nich. W 1975 r. drużyna prowadzona przez Lucjana Franczaka zdobyła mistrzostwo Polski juniorów. Finał z Wartą Poznań odbył się na Stadionie Śląskim jako przedmecz reprezentacji Polski z… Holandią. Wtedy też chodziło o eliminacje ME, Holendrzy również byli wicemistrzami świata i też przegrali(1:4). ,,Oglądałem ten mecz z trybun miedzy innymi w towarzystwie Nawałki. Mogliśmy pomarzyć o występie w tak niesamowitym meczu, na oczach takich tłumów”- przyznaje Lipka. Za to 4 lata później jego marzenia się spełniły. W kadrze nie grał zbyt długo ale za to bardzo intensywnie. Należal do ulubieńców Ryszarda Kuleszy, który ufnie na niego stawiał. ,,My naprawdę mielismy podobne charaktery. Skupialiśmy się na robocie, unikaliśmy niepotrzebnej wrzawy. Nadawaliśmy na tych samych falach”- opisuje pan Leszek. Najlepszy dla Lipki był rok 1979. Wisła była mistrzem Polski, tytułu nie obroniła ale świetnie grała w Pucharze Europy. Na początek, jeszcze jesienią 1978, odprawiła z kwitkiem FC Brugge. Na wyjeździe przegrała 1:2, w rewanżu długo utrzymywał się wynik 1:1 i wtedy do siatki trafił Lipka. Osiem minut do końca. Wiślacy dostali skrzydeł, strzelili jeszcze jednego gola i awansowali bez dogrywki. Po wyeliminowaniu Zbrojovki Brno byli już w ćwierćfinale elitarnych rozgrywek, w których wtedy grali jeszcze wyłącznie mistrzowie krajów. Wiosną Białą Gwiazde czekało starcie z Malmö FF. W Krakowie wygrała 2:1. Na wyjeździe Kmiecik w 58 minucie zdobyl gola na 1:0 a potem wydarzyło się coś, co dla każdego wiślaka na zawsze pozostanie traumą. Mistrzowie Szwecji wyrównali w 66 minucie z rzutu karnego a następnie strzelili jeszcze 3 gole! Gdy było 1:3, trener Lenczyk zdjął z boiska słabo dysponowanego bramkarza Goneta… To były 24 minuty, które wstrząsnęły Wisłą. ,,Do tej pory nie mogę sobie wytłumaczyć, co się wtedy z nami stało, choć nie raz się zastanawiam bo nawet po ponad 40 latach trudno machnąć ręka na wielka szanse, która w dziwny sposób wymknęła nam się z rąk. Czasami słyszało się że ktoś mógł ten mecz Szwedom puścić ale ja zwyczajnie nie wierze. Przecież bylibyśmy już w półfinale z perspektywami na awans do finału Pucharu Mistrzów! No kto mógłby cos takiego zlekceważyć, to jest nie możliwe”- dowodzi Lipka, jakby ciągle sam siebie przekonywał. Wtedy przykrą porażke nieco sobie osłodził zwycięstwem nad Holandią, lecz uważa że jeśli chodzi o walory piłkarskie, to lepiej zagrał w rewanżu z NRD. Problem w tym że Polacy we wrześniu 1979 na Stadionie Śląskim tylko zremisowali(1:1) i w eliminacyjnej grupie ustawiło ich to pod ścianą. Co z tego że potem w Amsterdamie wydarli punkt Holandii(1:1)skoro potrzebowali zwycięstwa a nie remisu. Tercet Lipka, Boniek, Nawałka już nie był tak efektywny, choć wciąż miał widoki na przyszłość. Właśnie jesienią 1979 Lipka został wybrany na najlepszego polskiego piłkarza w XI Plebiscycie katowickiego ,,Spory”. Docenił go też ,,Przegląd Sportowy” bo dostawał najwyższe noty za ligowe występy. ,,Kmiecik strzelał najcelniej a Lipka grał najlepiej”- informowała na pierwszej stronie gazeta w artykule podsumowującym piłkarską jesień. Po ekstraklasowych trawnikach biegały wtedy takie tuzy, jak Boniek, Lato czy Szarmach ale chwilowo byli w cieniu młodszego od nich Lipki. Tylko że 3 lata później oni strzelali gole na medalowych dla nas mistrzostwach świata a jego w Hiszpanii w ogóle nie było. Kiedy po aferze na Okęciu odszedł z kadry selekcjoner Kulesza, skończyła się też reprezentacyjna historia Lipki. W wyjazdowym meczu z Maltą, który otwierał kwalifikacje do hiszpańskiego mundialu, w 77 minucie strzelił swojego jedynego gola w kadrze, na 2:0. Maltańscy piłkarze a z nimi miejscowi kibice uznali że gol padł ze spalonego. Sędzia liniowy rzeczywiście podniósł chorągiewke ale sygnalizował w ten sposób pozycje Marka Dziuby, nie biorącego udziału w akcji. Sędzia główny ,,puścił” gre. Na sędziów, piłkarzy i na polska ławke rezerwowych poleciały nie tylko butelki ale i kamienie. Mecz został zakończony przed czasem. Kulesze zastąpił Piechniczek i powołał Lipke na pierwsze, zimowe zgrupowanie, zagrał w jego selekcjonerskim debiucie z Rumunią(0:2) i na tym koniec. Wiślak wypadł z kadry na zawsze. ,,Gdyby nie afera na Okęciu, trenerem pewnie dalej byłby Kulesza, to może i ja nadal byłbym w reprezentacji”- zastanawia się Lipka, który ciągle był wierny Białej Gwieździe. Został w niej nawet wtedy, gdy spadła z ekstraklasy i aż 3 lata trzeba było walczyć o powrót do elity. Z sukcesem. ,,Do dzisiaj gdy spotykam starszych kibiców, słyszę że tę moją wierność klubowym barwom doceniają i wiecie co? Miło się tego słucha…”- przyznaje jeden z bohaterów ostatniej zwycięskiej bitwy z Holandią.
6
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Astad
@Adran360
1
@Bernard777 Zgadza się w 1999 r. przeciwko Kolumbii! Rok później został bohaterem meczu o mistrzostwo świata, kiedy to Boca pokonała Real Madryt 2:1 a Martin zdobył 2 gole. Jednak mimo tego i tak jest jedną z największych legend Boca Juniors i argentyńskiego futbolu.
10
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
4 czerwca 1906 r. w Łodzi urodził się Antoni Gałecki. Mimo niezbyt imponujących warunków fizycznych był znakomitym obrońcą. Potrafił wielokrotnie przewidywać zachowania rywala i był bardzo rozważny. Jako junior trenował w Harcerskim KS, ale pod koniec 1925 r. trafił do ŁKS-u, któremu był wierny aż do 1947 r. W 1928 r. dostał pierwsze powołanie do reprezentacji, mimo że ŁKS nie należał wówczas do ligowej czołówki. Zadebiutował 27 października w meczu z Czechosłowacją. Nie był jednak etatowym reprezentantem i kolejne występy w narodowych barwach zaliczał w odstępach dwuletnich. Łódzkiej drużynie różnie się wiodło, zmieniali się szkoleniowcy, ale Gałecki zawsze był jednym z filarów zespołu. Zimą piłkarskie buty zamieniał na łyżwy i grał w hokeja. W 1934 r. przez pewien czas pełnił funkcję grającego trenera, ale później wolał się skupić tylko na grze. Wreszcie zaczął odgrywać ważniejszą rolę w reprezentacji. Pojechał na igrzyska olimpijskie do Berlina, gdzie jego partnerami w obronie byli Władysław Szczepaniak i Henryk Martyna. Ze Szczepaniakiem stworzyli znakomity duet, który w reprezentacyjnych barwach rozegrał wiele meczów, w tym pamiętne spotkanie z Brazylią. Ostatni raz wystąpił w narodowych barwach w przegranym 2:3 wyjazdowym meczu z Irlandią. Kiedy wybuchła wojna, został zmobilizowany. Walczył w kampanii wrześniowej, później przedostał się na Węgry, gdzie wraz z ekipą Junaka Drohobycz został internowany w Egerze. W 1941 r. uciekł do Jugosławii. Tam przez pół roku występował w barwach akademickiego HASK Zagrzeb. Po agresji III Rzeszy przez Turcję trafił do Palestyny, gdzie wstąpił do II korpusu generała Andersa. Walczył pod Tobrukiem i Monte Cassino. Dosłużył się stopnia podporucznika, a pod koniec wojny przebywał w Anglii. Wrócił do kraju i wiosną 1947 r. rozegrał kilka meczów w ramach eliminacji do reaktywowanej ligi. Szybko jednak zmuszono go do zaprzestania gry a także do rezygnacji z funkcji trenera ŁKS-u. Szkolił mniej znaczące kluby w okolicy. Zmarł kilka miesięcy po zdobyciu przez jego ukochany klub pierwszego w historii mistrzostwa Polski. W reprezentacja rozegrał 18 meczów.
@Adran360
@Astad
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
7
@FCBparasiempre
4 czerwca 1938 r. meczem III Rzesza Niemiecka – Szwajcaria, zainaugurowano trzecie w historii mistrzostwa świata. Gospodarzami trzecich w historii Mistrzostw Świata byli Francuzi. Kraj dobrze zaprezentował się podczas organizacji Letnich Igrzysk Olimpijskich 14 lat wcześniej, więc FIFA nie miała obaw co do swojego wyboru z sierpnia 1936 roku. Inną sprawą jest fakt, że nie miała większej alternatywy, bo jedyni konkurenci, Holandia i Belgia, wycofali swoje wnioski przed wyłonieniem organizatora. Pewny udział w turnieju miał, jako gospodarz, kraj znad Loary i obrońcy tytułu, Włosi. Do eliminacyjnych bojów stanęło 37 drużyn. Podzielono je, na wzór eliminacji do poprzedniego Mundialu, na grupy lub pary zgodnie z położeniem geograficznym. Polska została skojarzona z Jugosławią. Biało-Czerwoni bez problemu pokonali swoich rywali na stadionie Legii 4:0. W rewanżu w Belgradzie ulegli co prawda 0:1, co i tak nie miało wpływu na losy awansu. Polska stała się jednym z czterech debiutantów na Mistrzostwach Świata, obok Norwegii, Kuby i Holenderskich Indii Wschodnich. Podczas eliminacji okazało się, że nie tylko Francja i Włochy wywalczyły awans bez wychodzenia na murawę. Tego samego „dokonały” ekipy Kuby, Holenderskich Indii Wschodnich, Brazylii i Rumunii, ponieważ ich kwalifikacyjni rywale wycofali się z walki o prawo do udziału w zawodach. Spory wpływ na listę uczestników Mundialu miała coraz bardziej napięta sytuacja polityczna w Europie. Hiszpania, pochłonięta wojną domową, nie przystąpiła do eliminacji. Antysemickie i mocarne zapędy Benito Mussoliniego i Adolfa Hitlera budziły postrach w ogromnej części Europy, szczególnie środkowo-wschodniej. Udział na Mistrzostwach Świata wywalczyli Austriacy, jednak przez dokonany w pierwszej połowie 1938 r. Anschluss, w wyniku którego austriackie tereny zostały włączone do III Rzeszy, nie było możliwości, by na turnieju zagrał kraj, który de facto nie istniał. Z tego powodu organizatorzy zaprosili Anglików, którzy standardowo podziękowali, tłumacząc sobie, że są najlepsi na świecie i że nie muszą tego nikomu udowadniać. Trzeba jednak przyznać, że zaczęli interesować się turniejem, bo wysłali do Francji kilku swoich przedstawicieli, by ci uważnie śledzili boiskowe wydarzenia. Trzon reprezentacji Austrii został wcielony do drużyny III Rzeszy, co z miejsca uczyniło ją jednego z największych faworytów do końcowego zwycięstwa. Tragicznym bohaterem tych wydarzeń był najlepszy w historii piłkarz austriacki, Matthias Sindelar. Zawodnik ze względów politycznych nie chciał reprezentować obcego kraju. Nie mógł tego powiedzieć głośno, więc decyzję chciał obronić swoim wiekiem (35 lat) i częstymi kontuzjami. Takie tłumaczenie nie zadowalało Niemców, którzy wzięli go sobie pod uważną obserwację. Kiedy na początku następnego roku Sindelar wdał się w romans z włoską żydówką, zginął w niewyjaśnionych okolicznościach zatruty tlenkiem węgla. Oczywiście razem z kochanką. Do walki o Złotą Nike stanęło więc 15 zespołów. Dwanaście z Europy (Francja, Włochy, Polska, Węgry, Szwecja, III Rzesza, Norwegia, Rumunia, Szwajcaria, Czechosłowacja, Holandia, Belgia) i po jednej z Ameryki Południowej (Brazylia), Ameryki Środkowej (Kuba) i Azji (Holenderskie Indie Wschodnie). Z uwagi na dużą liczbę drużyn europejskich, turniej nazywano żartobliwie mistrzostwami Starego Kontynentu. Format zawodów był dokładnie taki sam jak cztery lata wcześniej we Włoszech. Piętnastu uczestników zostało podzielonych na pary 1/8 finału. Swoisty handicap otrzymała Szwecja, której przydzielona została Austria. Skandynawowie awansowali do ćwierćfinału bez powąchania murawy. Biało-Czerwoni trafili na Brazylię. Mundial rozegrano na 10 przygotowanych stadionach. Co ciekawe, Polacy podeszli do turnieju niemal z marszu, bo PZPN nie zaplanował przerwy w rozgrywkach ligowych. Piłkarze nie mieli więc okazji na złapanie świeżości. Odbyli jedynie sześciodniowe zgrupowanie w Wągrowcu. Do Francji udali się pociągiem sypialnianym z Berlina. Znacznie dłuższą i męczącą podróż musieli przebyć ich rywale z 1/8 finału, Brazylijczycy. Morski rejs parowcem z Rio de Janeiro trwał aż 17 dni. Reprezentacja Canarinhos była dla Polaków wielką niewiadomą. W meczu otwarcia, 4 czerwca 1938 roku w Paryżu, III Rzesza podejmowała Szwajcarię. Po remisie 1:1 zarządzono powtórzenie meczu następnego dnia. Wówczas rozegrano także pozostałe sześć spotkań pierwszej fazy turnieju, w tym najważniejsze starcie dla polskiego kibica, Brazylia – Polska, o czym napisze jutro.
Do ćwierćfinału, obok Brazylii i Szwecji, awansowali Szwajcarzy (1:1 i 4:2 z III Rzeszą), Węgrzy (6:0 z Holenderskimi Indiami Wschodnimi), Kubańczycy (3:3 i 2:1 z Rumunią), Francuzi (3:1 z Belgią), Włosi (2:1 z Norwegią) i Czechosłowacja (3:0 z Holandią). W tym ostatnim starciu doszło do precedensowego wydarzenia. Pierwszy raz w historii Mistrzostw Świata zdarzyło się, by w regulaminowych 90 minutach gry padł bezbramkowy remis. Dotyczy to zarówno samych turniejów mistrzowskich, jak i eliminacji. W każdym z poprzednich 89 meczów takiej rangi padał co najmniej jeden gol. Chyba nikogo nie zaskoczy, jeśli napiszę, że w turniej znów wplątała się polityka. Oczywiście ponownie za sprawą Benito Mussoliniego. Znakomicie pokazał to ćwierćfinałowy mecz pomiędzy Francją a Włochami. Il Duce nakazał swoim rodakom wystąpić w czarnych koszulkach na cześć wspieranej przez dyktatora Falangi. Dla Mussoliniego nie było innego scenariusza niż ten, że Włosi ponownie zdobędą tytuł Mistrzów Świata, co jeszcze bardziej podkreśli potęgę budowanego przez niego kraju faszystowskiego. Sędziowie grali w jednej drużynie z gośćmi z Półwyspu Apenińskiego, wspomagając ich w newralgicznych momentach spotkań. Italia pokonała Francję 3:1. Tym samym Francuzi zapisali się na kartach futbolu jako drużyna, która jako organizator Mistrzostw Świata rozegrała najmniej spotkań (dwa). W pozostałych ćwierćfinałach Węgrzy pokonali 2:0 Szwajcarię, Szwedzi rozgromili Kubę 8:0, a brutalne starcie między Brazylią a Czechosłowacją, zakończone remisem 1:1, trzeba było powtórzyć. W powtórce Canarinhos zwyciężyli 2:1. W półfinałach Węgry pewnie pokonały Szwecję 5:1, a Włosi podejmowali Brazylię. Wielkie ryzyko podjął trener Canarinhos, Asemar Pimenta, dając odpocząć swojemu najlepszemu zawodnikowi, Leonidasowi. Według szkoleniowca napastnik miał oszczędzać siły na finał. Na finał, w którym zabrakło zarówno Leonidasa, jak i pozostałych kolegów z drużyny, bowiem ulegli Italii 1:2. Awans do wielkiego finału dał Włochom wątpliwy rzut karny wykorzystany przez Giuseppe Meazzę. Trafienie wzbudziło na trybunach salwę śmiechu, bo zmierzającemu do piłki zawodnikowi Interu spadły spodenki. Będąc w biegu złapał jedną ręką za dolną część swojego piłkarskiego stroju i posłał futbolówkę obok zdezorientowanego Waltera. Zwycięstwo z Brazylią było szeroko komentowane we Włoszech. Faszystowskie media, przychylne reprezentacji i kontrolowane przez Benito Mussoliniego, pisały: ,,Składamy hołd włoskiej inteligencji, która zatriumfowała nad brutalną siłą czarnych”. W starciu o trzecie miejsce lepsi okazali się Brazylijczycy, ogrywając Szwecję 4:2. Wielki finał pomiędzy Włochami a Węgrami rozegrano 19. czerwca w Paryżu. Na kilka godzin przed rozpoczęciem widowiska Vittorio Pozzo otrzymał telegram z bardzo krótką wiadomością: Zwycięstwo albo śmierć. Oczywiście nie trudno się domyśleć, że nadawcą był nie kto inny jak Benito Mussolini. Włoski szkoleniowiec wziął sobie mocno do serca przekazaną mu depeszę i w obawie o swoje życie motywował swoich zawodników do zagorzałej walki. Madziarzy również byli bardzo zmotywowani. Wybuchowa mieszanka 22 zawodników walczących z całych sił o zwycięstwo spowodowała, że starcie musiało zostać przerwane na kilka minut. Przerwa była konsekwencją regularnej bójki, do której doszło między dwiema stronami. Włosi wygrali 4:2 po dubletach Colaussiego i Pioli. Dla Węgrów trafiali Titkos i Sarosi. Piłkarze znad Dunaju bardzo dobrze zdawali sobie sprawę, z jakim ciężarem psychicznym przystąpili do finału ich przeciwnicy, czego dowodem są pomeczowe słowa bramkarza, Antala Szabo: ,,Pozwoliłem wbić sobie aż cztery gole ale przynajmniej uratowałem im życie”. Azzurri zostali pierwszą drużyną, która obroniła tytuł mistrzowski sprzed czterech lat. Ceremonii zakończenia Mundialu przewodniczył sam Mussolini. Na jego żądanie podopieczni Pozzo musieli założyć mundury, w których bardziej przypominali żołnierzy niż piłkarzy. Dzień po triumfie Włochów, na łamach Lo Sport Fascita ukazał się tekst: ,,W kraju i poza granicami, w sporcie i poza nim, my, Włosi, drżeliśmy i wciąż drżymy z pozytywnych emocji na widok tych rasowych atletów, którzy pokonali tak wielu zacnych oponentów. Widzimy w nich symbol nieposkromionego marszu Włochów Mussoliniego”. Królem strzelców Mistrzostw Świata został Leonidas, autor 7 trafień. Brazylijczyk był pierwszym piłkarzem z kraju kawy i słońca, który zdobył międzynarodową sławę. Rozkochał w sobie rzeszę kobiet, a francuskie media pisały, że podczas gry sprawia wrażenie, jakby miał sześć nóg. Zasłynął z niezliczonej liczby pięknych goli, zwłaszcza strzelanych przewrotką. Niektóre z nich były tak magiczne, że chwilę po ich strzeleniu odbierał gratulacje od pokonanych chwilę wcześniej bramkarzy. Był nazywany Diamente Negro (Czarny Diament). Gdy wszystkie ekipy rozjeżdżały się do swoich krajów, większość żyła w przekonaniu, że za cztery lata na terenie III Rzeszy odbędzie się kolejny mundialowy turniej. Mało kto przypuszczał, że na następne Mistrzostwa Świata przyjdzie zaczekać aż dwanaście lat…
7
„Święto futbolu” po raz trzeci w historii:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360
9
El Clasico w finale Copa del Rey:
4 czerwca 1983 r. na „Estadio de La Romareda” FC Barcelona pokonała w finale Pucharu Hiszpanii Real Madryt 2:1 i sięgnęła po to trofeum po raz 20-ty w historii. W finale błyszczał „Boski” Diego Maradona, który w 32 minucie asystował przy golu Victora Muñoza. W drugiej połowie w 55 minucie wyrównał Santillana, jednak ostatnie słowo należało do Blaugrany. Obie drużyny chciały odkupić swoje winy po niezbyt udanym sezonie. Nuñez postanowił wykorzystać tę okazję aby zmobilizować piłkarzy i kibiców, używając języka, który mógł odnieść widoczny skutek: ,, Mam nadzieję że cała drużyna zdaje sobie sprawę że podczas tego meczu reprezentuje nasze państwo i w związku z tym musi mnie kierować duch jedności i siły". Przepięknie wymierzone i wymagające wielkiej wyobraźni piłkarskiej podanie Maradony w 32 minucie meczu umożliwiło Victorowi zdobycie pierwszego gola w tym spotkaniu. Real doprowadził do wyrównania tuż po rozpoczęciu drugiej połowy meczu, kiedy Santillana wykorzystał nieporozumienie w defensywie pomiędzy Gerardo i bramkarzem Urrutim. Barça dominowała przez resztę spotkania a zarówno Maradona jak i Schuster udowodnili swoją piłkarską jakość, doprowadzając do zdobycia zwycięskiego gola. Gdy sędzia chciał już odgwizdać koniec drugiej połowy, Julio Alberto popędził lewym skrzydłem, wrzucił piłkę w pole karne a niekryty Marcos Alonso oddał tak precyzyjny strzał z woleja że bramkarz Realu Miguel Angel mógł tylko wyjąć piłkę z siatki, zastanawiając się jak takie uderzenie w ogóle było możliwe. Schuster nie miał już żadnych wątpliwości, jak zakończy się to spotkanie i na oczach Króla Hiszpanii zaprezentował piłkarzom ,,Krolewskich” hiszpański odpowiednik gestu ,, pieprz się". Nuñez wyglądał jakby miał pęknąć z dumy, gdy kapitan jego zespołu Sanchez poprowadził Maradona i resztę drużyny aby odebrać puchar z rąk Juana Carlosa. Przez najbliższą noc i kolejny dzień cała Barça świętowała w swoim charakterystycznym stylu a Maradona, Menotti i Schuster zostali bohaterami. Wspomnień czar:
@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
11
Przełomowa data w życiorysie ,,Boskiego” Diego:
4 czerwca 1982 r. FC Barcelona dokonała transferu Diego Maradony. Operacje zakończono tydzień przed rozpoczęciem Mundialu w Hiszpanii. Niespełna 22-letni wówczas Argentyńczyk pobił transferowy rekord świata. Blaugrana zapłaciła Boca Juniors 1 miliard 200 milionów peset(równowartość 5 milionów funtów). Około 2/3 tej kwoty trafiło do Argentinos Juniors, drużyny, której Diego był wychowankiem. Dwa lata później ,,Boski Diego” wyśrubował transferowy rekord, odchodząc do SSC Napoli za 1 miliard 400 milionów peset, choć niektóre źródła podają iż Włosi zapłacili sume identyczną jak wcześniej Barça. Pamiętajmy że w latach 80-tych nie było lepszego piłkarza na świecie od Diego. ,,El pelusa” był wówczas wart każdych pieniędzy.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Astad
@Adran360
10
Wybitna legenda Katalońskiej Dumy:
4 czerwca 1924 r. urodził się Antoni Ramallets, legendarny bramkarz FC Barcelony i reprezentacji Hiszpanii. Jego talent objawił się przypadkowo. Antoni był zmuszony zastąpić jedną z gwiazd Barçy- Valasco, który doznał kontuzji w 1949 r. Od tamtej pory jego forma wzbudzała podziw na całym świecie. Apogeum formy Ramalletsa przyszedł na Mundialu w Brazylii w 1950 r. Wtedy jego bezbłędne interwencje spowodowały iż do Hiszpana przyległo określenie ,,Gato de Maracana”(kot Maracany). W barwach swojego klubu rozegrał łącznie 538 meczów w tym 288 w Primera División. Jego ostatni mecz miał miejsce 6 marca 1962 roku w wygranym przez Barcę 5:1 meczu z Hamburger SV. Od roku 1950 do 1962 Antonio rozegrał 35 meczów w reprezentacji Hiszpanii. Od czasu właśnie Ramalletsa zaczęto nazywać bramkarza ‘Portero’.
@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
9
@FCBparasiempre
Przełom XX i XXI wieku w historii piłki nożnej naznaczony był istnieniem znakomitych duetów napastników. To właśnie wtedy w pierwszej linii brylowały takie pary jak Yorke–Cole, Raul–Morientes, Elber–Jancker, a kibicom trudno było sobie wyobrazić inne ustawienie drużyny niż te, preferujące grę z dwójką atakujących. Jednymi z symboli tego okresu byli również Andrij Szewczenko i Serhij Rebrow, którzy w latach 1997-1999 byli prawdziwym postrachem bramkarzy w całej Europie. Jednak na pytanie o skojarzenia z Dynamo Kijów z końcówki lat 90-tych zazwyczaj usłyszymy nazwisko byłej legendy Milanu, co deprecjonuje dokonania byłego trenera Dynama, którego wielu ludzi w tamtym czasie uznawało za piłkarza lepszego. Serhija Rebrowa trudno nie uznać za człowieka paradoksów. Był wychowankiem Szachtara Donieck, aby później stać się jedną z największych legend głównego rywala – Dynama. Z jednej strony był w stanie uchodzić za jednego z najlepszych napastników w Europie, by zaledwie dwa lata później zostać okrzyknięty największym niewypałem transferowym w historii Tottenhamu. Po nieudanym dwuletnim okresie gry dla West Ham i Fenerbahçe potrafił wrócić do rodzimej ligi i rozegrać sezon życia w wieku 32(!) lat. Był piłkarzem za wielkim na Ukrainę, jednak za małym na Anglię. Dostatecznie chimerycznym, by zawojować Ligę Mistrzów, i za mało regularnym, żeby pociągnąć wózek w Fenerbahçe. Stabilizację formy uzyskał dopiero po przekroczeniu trzydziestki, i to właśnie wtedy połączenie jego talentu i zdobytego już doświadczenia pozwoliło mu być jednym z filarów reprezentacji Ukrainy na Mistrzostwach Świata w 2006 roku oraz Rubina Kazań, z którym w 2008 roku zdobył pierwsze w historii klubu mistrzostwo Rosji. Serhij Rebrow urodził się 3 czerwca 1974 roku w miejscowości Horliwka w obwodzie donieckim. Mimo że wschodnia część Ukrainy była tą najlepiej uprzemysłowioną, a okolice Doniecka jednymi z najlepiej dokapitalizowanych w całym Związku Radzieckim, w tym blisko 300-tysięcznym mieście nie żyło się spokojnie. Młody Serhij postanowił więc swoje życie związać z piłką, a że talent miał ogromny, już w wieku 16 lat załapał się do szkółki lokalnego giganta – Szachtara, o czym marzyła większość młodych chłopców urodzonych na wschodniej Ukrainie. Rok później miał już za sobą debiut w pierwszej drużynie – jeszcze w czasach, w których istniała liga ZSRR. Za otrzymaną szansę odwdzięczył się dwoma golami w siedmiu spotkaniach, jednak było to tylko preludium do jego popisów z sezonu 1991-1992, kiedy to został trzecim strzelcem nowo powstałej ligi ukraińskiej, przyciągając uwagę o wiele bogatszego i utytułowanego w tamtym czasie Dynama. Ostatecznie do zespołu z Kijowa trafił przed sezonem 1992-1993 i z miejsca stał się jego czołowym zawodnikiem. W ciągu ośmiu sezonów gry w stolicy Ukrainy zdobył 139 bramek, zostając w sezonie 1996/97 królem strzelców ligi ukraińskiej. Dodatkowo trzykrotnie (1996, 1998 i 1999) był wybierany najlepszym piłkarzem całej Premier Lihi, a dwukrotnie (1996, 1998) piłkarzem roku na Ukrainie. Swojej marki nie wyrobił sobie jednak występami w rodzimej lidze, a grą w Europie. Owszem, już w połowie lat 90. na Starym Kontynencie wiedziano o tym, że po ukraińskich boiskach biega utalentowany napastnik, jednak szerszej publiczności Rebrow pokazał się dopiero w sezonie 1997/98. Był to początek wielkiej drużyny, prowadzonej przez Walerija Łobanowskiego, która swoimi sukcesami miała nawiązać do legendarnej już drużyny Dynama z lat 1985-87.
Po zdobyciu mistrzostwa Ukrainy w sezonie 1996/97 (jednego z dziewięciu z rzędu), zespół otrzymał szansę gry w Lidze Mistrzów i trafił do grupy z Barceloną, Newcastle United i PSV Eindhoven. Uznawano, że Ukraińców rzeczywiście stać na awans do ćwierćfinału, jednak nikt się nie spodziewał, że będą w stanie powalczyć o pierwsze miejsce w grupie. Jak się jednak okazało, nie dość, że Dynamo szybko zagwarantowało sobie awans, to jeszcze w dwumeczu dokonało prawdziwej rzezi Barcelony, ogrywając ją u siebie 4:0 i na wyjeździe 3:0. To właśnie wtedy zabłysnął duet Szewczenko – Rebrow, i o ile ten pierwszy skradł show w dwumeczu z Katalończykami, o tyle Rebrow strzelał bramkę w pięciu z sześciu spotkań fazy grupowej, stając się głównym architektem sukcesu Ukraińców. W ćwierćfinale mocniejszy okazał się Juventus, jednak Rebrow ponownie wpisał się na listę strzelców, ugruntowując swoją pozycję jako jednego z najlepszych napastników ówczesnej Europy. Sezon 1997/98 był jedynie zapowiedzią marszu, jakiego Dynamo miało dokonać w sezonie następnym. Szewczenko z Rebrowem osiągnęli wówczas kulminacyjny moment swojej współpracy i razem doprowadzili zespół z Kijowa do półfinału Ligi Mistrzów, nie dając po drodze szans m.in. Realowi Madryt. Tam okazali się minimalnie słabsi od Bayernu, jednak Rebrow ponownie błyszczał, strzelając w całych rozgrywkach 4 bramki i ratując zespół przed odpadnięciem już w fazie grupowej bramką na Highbury przeciwko Arsenalowi w 90. minucie spotkania. Rok później Dynamo nie osiągnęło już tak wielkiego sukcesu i odpadło w drugiej fazie grupowej (odpowiednik dzisiejszej 1/8 finału), po zaciętych bojach z Bayernem, Realem i Rosenborgiem. Mimo tego Rebrow zdążył ustrzelić w całych rozgrywkach aż 8 bramek, będąc jednym z ich najskuteczniejszych piłkarzy. Ukraiński napastnik osiągnął wtedy swój szczyt i znajdował się na liście zainteresowań połowy klubów w Europie. Rebrow ostatecznie wybrał północny Londyn i White Hart Lane, skuszony przez ówczesnego trenera „Kogutów” George’a Grahama. Piłkarz, tuż po przyjściu do Tottenhamu, zapowiadał: ,,Jest jasnym, że przyszedłem do klubu, aby wygrać ligę angielską i zagrać w Lidze Mistrzów. Jeżeli klub nie miałby takich planów, nie przyszedłbym tutaj. Działacze są bardzo ambitni.” I rzeczywiście, ówczesnemu zespołowi z White Hart Lane trudno było odmówić ambicji, jednak piłkarz kompletnie nie udźwignął presji, jaka na nim spoczywała. Mimo że pierwszy sezon miał niezły i zdobył 12 bramek, to gra długą piłką, jaką preferował Graham, kompletnie mu nie odpowiadała. Poza tym Rebrow narzekał na brak odpowiedniego partnera w pierwszej linii (na pewno takowym nie był Andy Booth). Co więcej, po sezonie Graham musiał odejść, a w jego miejsce przyszedł Glen Hoodle, którego traktowano tam jak mesjasza. Angielski trener z miejsca odstawił Rebrowa na boczny tor, robiąc z niego kozła ofiarnego nieudanego sezonu. Ukraiński napastnik rozegrał w drugim sezonie zaledwie 30 spotkań, w większości wchodząc na ostatnie minuty. Na White Hart Lane nie było już więc dla niego miejsca, więc próbował szczęścia na wypożyczeniach, najpierw w Fenerbahçe, a następnie w West Hamie, nie zostawiając jednak po sobie najlepszego wrażenia. Wrócił więc na Ukrainę do Dynama, czyli tam gdzie był uwielbiany i czuł się najlepiej. Rebrow wyraźnie odżył i został nawet wybrany najlepszym zawodnikiem sezonu w głosowaniu piłkarzy i menedżerów, co zaowocowało jego wyjazdem na mistrzostwa świata i całkiem niezłą postawą w barwach Ukrainy (strzelił bramkę Arabii Saudyjskiej). W 2008 roku odszedł do Rubina Kazań, mimo że prezydent klubu, Hrihorij Surkis, chciał z nim rozpocząć rozmowy na temat przedłużenia kontraktu. Rebrow na zakończenie kariery zdążył jeszcze przyczynić się do zdobycia tytułu mistrza Rosji przez zespół z Kazania, po czym w 2009 roku zakończył karierę. Zadecydowałem, że czas powiedzieć sobie koniec i zająć się czym innym. Zawsze chciałem wrócić na stare śmieci i teraz nadarzyła się ku temu okazja – tłumaczył swoją decyzję 35-letni wówczas Ukrainiec.
Jego bilans był znakomity – 204 gole w 577 spotkaniach i miano jednego z najbardziej utytułowanych ukraińskich piłkarzy. W dodatku jest drugim najskuteczniejszym strzelcem w historii ukraińskiej ligi (pierwszym jest Maksim Szackich – wyprzedził Rebrowa o bramkę) i Dynama Kijów (po Olegu Błochinie). Po zakończeniu kariery został trenerem młodzieży w Dynamie, po czym w 2014 roku otrzymał szansę poprowadzenia zespołu po Olehu Błochinie. Już niespełna po miesiącu pracy zdobył Puchar Ukrainy, a w sezonie 2014/2015 przełamał hegemonię Szachtara Donieck, zdobywając mistrzostwo i Superpuchar. Jego trenerskim autorytetem jest oczywiście Walerij Łobanowski i Rebrow wiele razy podkreślał, jak wiele zdążył się nauczyć od swojego mistrza. Dostrzega on jednak również różnicę w sposobie prowadzenia drużyny przez niego i Łobanowskiego: ,,Z Walerijem mieliśmy więcej treningów bez piłki, natomiast obecnie skupiam się głównie na operowaniu nią. Łobanowski rozumiał, że braki techniczne niektórych zawodników musiał nadrabiać ich inteligencją boiskową. Jak do tej pory Rebrow wydaje się pojętnym uczniem. W końcu jego Dynamo poczyniło zauważalne postępy w porównaniu do zespołu Błochina. Zespół zdołał nawet awansować do 1/8 finału Ligi Mistrzów i mimo słabego występu przeciwko Manchesterowi City trudno uznać tegoroczną przygodę Ukraińców w Europie za nieudaną.” Ukrainiec wywołuje w Londynie mieszane uczucia nie tylko z powodu swojego słabego okresu gry w Tottenhamie. W 2008 roku w jednym z wywiadów zapytany o transfer Romana Pawliuczenki do „Spurs” mówił: ,,Nie mogłem wyjść sam na spacer w okolicach White Hart Lane, bo w tej dzielnicy mieszka mnóstwo Murzynów i naturalnie przez to przestępczość jest większa niż w jakimkolwiek innym miejscu w Londynie. Nie polecam więc Romanowi samotnych spacerów.” Reakcja w Anglii była rzecz jasna natychmiastowa i bardzo ostra. Rebrowa oskarżono o rasizm, a on sam musiał się gęsto tłumaczyć z tej niefortunnej wypowiedzi. Niewątpliwie utrwaliło to nie najlepszą opinię o Ukraińcu wśród angielskich kibiców. Czy Rebrow mógł osiągnąć więcej? Wydaje się, że tak. Był on raczej piłkarzem bardziej technicznym i dokonany przez niego wybór Tottenhamu w 2000 roku można uznać za niefortunny. Kto wie, jak potoczyłaby się jego kariera, gdyby zamiast Wysp Brytyjskich, wybrał na przykład Półwysep Apeniński bądź Iberyjski? Tego już się nie dowiemy, jednak nie ulega wątpliwości, że należy on do panteonu największych sław piłki nożnej urodzonych w Europie Wschodniej.
10
W cieniu Andrieja Szewczenki:
@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
9
Zjawiskowe meczycho w Hajdukach:
Do meczu z Garbarnią Kraków(3.06.1934) żadne zawody piłkarskie Ruchu Hajduki Wielkie nie oglądały takich tłumów publiczności jakie właśnie zebrały się na meczu Ruch-Garbarnia. Ponad 12.000 widzów zjechało się na emocjonujące zawody do Hajduk. Nic dziwnego. Stawka meczu była wysoka albowiem zwycięzca zapewnił sobie prowadzenie w lidze a że obie ekipy znajdowały się wówczas w najlepszej może formie ze wszystkich zespołów ligowych, zrozumiałe jest że mecz ten wywołał tak wielkie zainteresowanie. „Nawet występy mistrza Austrji Admiry, w Katowicach i w Król Hucie nie zgromadziły w obu dniach więcej niż 2 tys. osób”- takimi słowami tygodnik ,,Raz, Dwa, Trzy” rozpoczął relacje z meczu, który bez wątpienia elektryzował całą piłkarską publiczność w kraju. „Niebiescy” wystąpili w swoim najsilniejszym składzie: Ploch-Wadas, Katzy - Zorzycki, Badura, Dziwisz - Urban, Giemza, Peterek, Wilimowski, Wodarz. Relacje prasowe są zgodne iż początek meczu należał do Garbarni, która miała okazje do zdobycia gola. Po jednej z interwencji Plocha, który trudną piłke wybił na róg, gra się wyrównała a po chwili Ruch przejął inicjatywę. W 16 minucie gola zdobył Giemza po rogu bitym przez Urbana. W 20 minucie drugiego gola strzelił Wilimowski a w 29 minucie Peterek trzeciego. Taki też wynik utrzymał się do przerwy. Po wznowieniu gry w 47 minucie Peterek zdobył kolejnego gola. Wydawało się że wynik meczu jest rozstrzygnięty, lecz krakowscy gracze rzucili się do ataku i w 51 minucie zdobyli pierwszego a w 57 drugiego gola. Gracze Garbarni uzyskali wyraźną przewagę i kiedy wydawało się że kolejne gole dla gości to kwestia czasu, w 67 minucie Peterek został sfaulowany w polu karnym. Rzut karny egzekwował sam poszkodowany, który zdobył piątego gola dla Ruchu. Gra się zaostrzyła, co spowodowało iż Dziwisz i Pazurek zostali wyrzuceni z boiska. Po chwili szóstego gola zdobył Wilimowski, lecz i Garbarnia odpowiedziała trafieniem. W 89 minucie gola dla Ruchu ponownie zdobył Peterek po świetnym podaniu Giemsy, jednakże minute później Garbarnia strzeliła czwartego gola. Wynik 7:4(!) do częstych nie należał, co podkreślała prasa a i liczba łącznie strzelonych jedenastu goli była nie lada atrakcją dla zebranej publiczności. Oczywiście gazety podkreślały świetną dyspozycje napadu Ruchu, co rzecz jasna dziwić nie może, jednakże część zwróciła uwagę na słaby punkt, którym był bramkarz Hajduczan- Ploch, który dał sobie wbić aż 4 gole.
@Safrani
@Ogorinho1974
@NeroTFP1
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360
1
@RozowaPantera No tak to na ogół bywa z Brazylijczykami. Zawsze coś muszą wywinąć...
1
@MadafakinGuy Dokładnie! Bardzo trafnie to ująłeś.
8
Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:
3 czerwca 1927 r. urodził się Eliseo Mouriño. Eliseo okazał się na kluczowej pozycji środkowego pomocnika godnym następcą takich wielkości jak Monti, Minella, Perucca czy Rossi. Jego znakomita gra w 1951 roku wywindowała skromny Banfield na najwyższe w historii miejsce a mianowicie do tytułu wicemistrza Ligii. Niebawem zasilił Boca Juniors, który po odejściu „Złotego chłopca" Lazzottiego w 1947 r. bezskutecznie próbowało zasklepić tę lukę. Mouriño poprowadził Boca do pierwszego od 10 lat tytułu mistrza. Wybitnie inteligentny, wszechstronny, wszystko widzący strateg ze środka pola kierował grą całej drużyny, posiadał charyzmę przywódcy i charakter nieustraszonego wojownika. Zginął tragicznie w marcu 1961. Grał wtedy w chilijskim Green Cross. Ekipa wyleciała samolotem DC3 do odległego Osorno. Nigdy nie dotarła do celu i jej wrak wbity w skaliste zbocze znaleziono na wysokości 3 050 m. Na miejscu zginęli wszyscy. Chile wraz z Argentyną okryły się solidarną żałobą. W reprezentacji Argentyny Mouriño rozegrał 21 meczów, dwukrotnie zdobywając Copa America(1955 i 1959). Natomiast w lidze argentyńskiej rozegrał 278 meczów i zdobył 6 goli; ponadto zdobył mistrzostwo Argentyny z Boca Juniors w 1954 r.
@Adran360
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Sysia11
14
Prezentacja Neymara na Camp Nou 3 czerwca 2013 r.:
Niezwykle utalentowany Brazylijczyk był w kręgu zainteresowań niemal wszystkich największych europejskich klubów, lecz Barça ubiegła konkurencje i(jeśli wierzyć spekulacjom) już wiele miesięcy wcześniej praktycznie zapewniła sobie transfer wychowanka FC Santos. Ostateczna suma transferu nie jest znana do dziś z powodu wielu niejasnych zapisów kontraktowych i faktu iż prawa do karty zawodniczej Neymara rościło sobie poza jego drużyną kilka innych podmiotów.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Astad
@Adran360
0
@Safrani Co to wogóle ma znaczyć? Jak mam to rozumieć?