20

Feliz cumpleaños panie Lucho!

Swoje 56 urodziny obchodzi dzisiaj Luis Enrique, ofensywny pomocnik, który swoją karierę zaczynał w Sportingu Gijon i z którego trafił do Realu Madryt. Na Santiago Bernabeu spędził 5 lat, lecz skłócony z zarządem zdecydował się na odejście do… FC Barcelony! Już w grudniu 1995 nastąpiły pierwsze kontakty Lucho z zarządem Blaugrany a 3 miesiące później przeszedł w tajemnicy testy medyczne w Madrycie. Luis rozbił aparat fotograficzny dziennikarza, który próbował mu zrobić zdjęcie w szpitalu i oświadczył że przechodził jedynie badania przed podpisaniem umowy ubezpieczeniowej. Oficjalne porozumienie nastąpiło dopiero 27 maja. Kibice Barçy początkowo byli sceptycznie nastawieni do jego osoby, jednakże w ciągu ośmiu sezonów stał się ulubieńcem cules a dzięki swojej charyzmie i waleczności został kapitanem drużyny. W 2004 r. zdecydował się na zakończenie kariery. Do klubu wrócił w 2008 r. obejmując stanowisko FC Barcelony B, z którą awansował do drugiej ligi hiszpańskiej. W 2011 r. został trenerem AS Romy, lecz po jednym sezonie podziękowano mu za współprace. Po roku przerwy trafił na ławke trenerską Celty Vigo, którą prowadził przez jeden sezon. Dalsze losy Lucho znamy chyba wszyscy?

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

10

Debiuty żywych legend FC Barcelony:

7 maja 2002 r. w finale Pucharu Katalonii z FC Terrasa zadebiutował w pierwszej drużynie Barçy Andres Iniesta. 18-letni wówczas pomocnik wszedł na boisko w 49 minucie meczu przy stanie 1:1, lecz nie zdołał pomóc kolegom na tyle by zdobyć puchar. Barça niestety przegrała ten finał rzutami karnymi 4:1.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@Marusek Ależ właśnie poprawiaj moje artykuły, gdyż zawsze może się wkraść jakiś błąd. W końcu ja jestem tylko amatorem. Natomiast ja chciałem tylko się wytłumaczyć skąd się biorą takie błędy i to wszystko :)

13

„Niebiescy” na piątke!

7 maja 1939 roku o godzinie 16:45 doszło do meczu rewanżowego chorzowskiego Ruchu z Garbarnią. 4000 kibiców zasiadło na stadionie oglądając zwycięstwo Niebieskich 5:0 po trzech golach Teodora Peterka i dwóch genialnego Ernesta Wilimowskiego. Ruch mógł wygrać wyżej ale Peterek przestrzelił rzut karny. Chorzowianie zagrali w składzie: Tatuś, Giemza, Dziwisz, Mikunda, Skrzypiec, Fica, Kruk, Słota, Peterek, Wilimowski i Wodarz. Ponownie „Tygodnik Sportowy” odmiennie podał strzelców goli dodając jedno trafienie Peterkowi.

@Safrani
@Ogorinho1974
@NeroTFP1
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

1

@Marusek A tak. Owszem, zgadza się. Po prostu mam tyle artykułów a one się starzeją że nienadążam bądź zapominam je skorygować. Najmocniej przepraszam...

14

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

7 maja 1918 r. w Hajdukach Wielkich urodził się Henryk Alszer. Jeden z czołowych napastników chorzowskiego Ruchu w latach powojennych. Swoją piłkarską karierę rozpoczął w 1934 r. w RKS Hajduki. Później grał jeszcze w Hajduczance i KS CHorzów. Kiedy wybuchła wojna występował w zespole 06 Załęże. W czasie okupacji był zawodnikiem Bergknappen. To właśnie wojna zabrała mu najlepsze piłkarskie lata. Jako zawodnik niemieckiego klubu zyskał opinię niezwykle skutecznego napastnika, co zaowocowało powołaniem do reprezentacji Śląska. W 1944 r. został przymusowo wcielony do Wehrmachtu, ale wkrótce zdezerterował na terenie Francji i przedostał się do Wielkiej Brytanii. Tam zgłosił się jako ochotnik do służby w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. W 1945 r. występował we francuskim Lens, a później w szkockim Forres. Kiedy w 1946 r. na tournée w Szkocji przebywał Team Silesia, to do drużyny zgłosiło się kilku przedwojennych piłkarzy, którzy służyli u generała Andersa. Wśród nich był też Alszer. Podpisali karty zgłoszenia do Ruchu i wkrótce wszyscy pojawili się w Chorzowie. Alszer znakomicie rozumiał się z młodym Gerardem Cieślikiem. Kiedy Niebiescy pokonywali 5:0 kijowskie Dynamo, to właśnie ta dwójka była nieuchwytna dla zawodników rywali. Sam Cieślik wspominał, że to był chyba najlepszy mecz Alszera w klubowych barwach. W szczytowym okresie formy imponował szybkością i energią. Grał na środku ataku i był raczej egzekutorem niż konstruktorem akcji. Obok niego grali Cieślik i Breitner, z którymi stworzył trio ABC. Równie dobrze radził sobie jednak na prawym skrzydle. W zależności od sytuacji potrafił wrzucać miękkie centry w pole karne albo posyłać ostre, przeszywające piłki. Był filarem mistrzowskiego zespołu z lat 1951-1953. Już w 1950 r. próbował swoich sił jako trener – dojeżdżał wtedy raz w tygodniu do Głuchołaz, gdzie pomagał miejscowej Unii. W Ruchu grał do 1957 r., potem jako grający trener występował w Górniku Katowice i Pogoni Nowy Bytom. Fatalnie znosił podróże, nawet te samochodowe. Kiedy jego szkoleniowa kariera zaczynała się rozwijać, zginął tragicznie pod kołami samochodu 31 grudnia 1959 r. ,,Do tragedii doszło w Sylwestra, więc wielu myślało, że „Walek” był pijany. Zapewniam, że to nieprawda. Przyszedł do mnie wieczorem feralnego dnia, był zupełnie trzeźwy. Wybierał się dopiero na sylwestrową zabawę. Dla wszystkich, którzy go znali, była to wielka strata” – opowiadał jego przyjaciel Henryk Hajduk. W Reprezentacji rozegrał 13 meczów, strzelając 2 gole.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

10

Duma Katalonii w finale PEMK:

Dokładnie 40 lat temu FC Barcelona przegrała finał Pucharu Europy Mistrzów Klubowych po rzutach karnych. Przeciwnikiem na rozgrywanym Ramon Sanchez Pizjuan obiekcie był mistrz Rumunii Steaua Bukareszt. Mecz zakończył się wynikiem 0:0 a dogrywka również nie przyniosła goli. Potrzebne były zatem rzuty karne. Bohaterem tych karnych został Rumuński bramkarz Duckadam, który obronił wszystkie 4(!) ,,jedenastki”, strzelane kolejno przez Alexanco, Pedraze, Pichiego Alonso i Marcosa. Bramkarz Barçy Urruti wybronił ,,tylko” 2 karne i Steaua wygrała 2:0, wywołując rozpacz na trybunach zdominowanych przez kibiców Blaugrany.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

10

Porządna zaliczka przed rewanżem:

7 maja 1959 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Inter Mediolan 4:0 w pierwszym meczu ćwierćfinałowym Pucharu Miast Targowych. Pierwszy w historii mecz Barçy z Interem Mediolan był zaledwie dziesiątym meczem, jaki Blaugrana rozegrała w rozgrywkach międzynarodowych. Minęło prawie 70 lat od tamtego czwartku, 7 maja 1959 roku, ale niektórzy wciąż go pamiętają. Choć ich wspomnienia są mgliste z powodu upływu czasu. Niewielu piłkarzy z tamtej drużyny wciąż żyje. Trzech z nich próbowało go wydobyć ze zbiorowej pamięci. Wszyscy trzej powtórzyli to samo zdanie: „Catenaccio już istniało”. Tak, Włosi zawsze grali defensywnie. Byli wtedy i są teraz. Mimo wszystko, ta imponująca drużyna FC Barcelony pokonała Inter ( catenaccio oznacza zamek) w obu meczach (4:0) i (2:4) w tym osobliwym Pucharze Miast Targowych, który odbywał się w swojej drugiej edycji. Pierwsza trwała trzy lata (1955-58) a ta odbywała się w latach 1958-1960. Barça zdobyła hiszpański dublet Ligi i Pucharu (1959) oraz europejski dublet Pucharu Ligi i Miast Targowych (1960). Po wyeliminowaniu Interu(już wcześniej wyeliminowali Bazyleę), pokonali Belgrad All-Stars w półfinale i pokonali Birmingham w finale. Pierwsza edycja również spadła im z nieba.

„Niewiele pamiętam, to było zanim to wszystko się wydarzyło”. To „wszystko”, do czego odnosi się Luis Suárez, to jego transfer do Interu Mediolan w 1961 roku, po porażce w finale Pucharu Europy. To „wszystko” było sensacją a zarazem najdroższym transferem w historii( 25 milionów peset ), ponieważ zapoczątkowało zmianę w piłkarskiej hierarchii. Z Dumą Katalonii zdobył sześć tytułów mistrzowskich; z Interem dał mu sześć kolejnych, w tym dwa pierwsze Puchary Europy i dwa pierwsze Puchary Interkontynentalne (1964 i 1965). FC Barcelona zdobyła kolejny Puchar Europy dopiero w 1992 roku. Real Madryt zdobył swoje pierwsze pięć.

„To nas oczywiście denerwowało, bo wywierało na nas pewną presję” – przyznaje Justo Tejada, który również opuścił Barcelonę w 1961 roku, podobnie jak Suárez. Zarząd umieścił go na liście transferowej a Real Madryt go podpisał. „Włosi byli atletyczni, twardzi, silni; wchodzili na boisko z zapałem i hartem ducha” – wspomina skrzydłowy, który uczynił z przebiegłości i szybkości swoje największe atuty. Tejada wspomina Aristide’a Guarneriego, prawdopodobnie dlatego, że spotykali się z nim kilka razy w swojej karierze.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

5

@FCBparasiempre
Ostatnie miesiące były mocno rozczarowujące, a były zawodnik Betisu coraz mniej miejsca znajduje na boisku. Przed półfinałowym meczem Ligi Mistrzów z Manchesterem United Ricardo Oliveira mimo to wychodzi na jaw i do mikrofonów „Il Giornale” jasno mówi, że ma nadzieję zostać w Rossonerich. "Podoba mi się tutaj - zapewnia - i chcę zostać, aby pokazać, co potrafię. Ale zawodnik chce i musi grać więcej niż ja w tym sezonie. Myślę, że mogę grać u boku Ronaldo i mam potencjał, by grać z nim on, z Gilardino lub Inzaghim. Myślę, że mogę być starterem, ale trener tak nie myśli : szanuję jego decyzje, nawet jeśli nie zawsze się ze mną zgadzają”. Nawet ostatnią fazę Ligi Mistrzów Ricardo będzie musiał oglądać z trybun. Ancelotti będzie wolał Inzaghiego, który wrócił na szczyt i Gilardino. I będzie miał rację: Milan pokonał Liverpool 2:1 23 maja, zemścił się na Stambule i zdobył 7. Ligę Mistrzów/Puchar Europy w swojej historii. Oliveira jest oczywiście wśród zwycięzców , ale nie postawił stopy na boisku od drugiego meczu 1/8 finału przeciwko Celticowi. Zakończył ze skromnym bilansem 37 występów i 5 goli, z czego 3 w 26 występach ligowych, 2 w 5 meczach w Pucharze Włoch i żadnym w 6 ogólnych występach w Lidze Mistrzów. Wbrew oczekiwaniom jego los był już przesądzony: klub postanowił nie dawać mu kolejnej szansy i w czerwcu Galliani wysłał go do Realu Saragossa na wypożyczenie za 2 mln euro z prawem wykupu po 10. Wracając do futbolu bardziej mu odpowiadającego, bo mniej defensywnego i fizycznego, jak hiszpański, w drużynie Aragonii stworzy szanowany ofensywny duet z „Księciem” Diego Milito. W rzeczywistości obaj strzelili 33 z 50 bramek zdobytych przez drużynę , jednak nie na tyle, aby uniknąć degradacji. Oliveira zrewidował dwucyfrową liczbę bramek, zdobywając 18 bramek , ale ostatnia porażka 3:2 z Majorką (w meczu, w którym Brazylijczyk strzelił dwa gole) zadecydowała o spadku Realu Saragossa do Segunda División. Jednak 22 gole w 43 meczach sprawiły, że iberyjski klub wykorzystał kartę napastnika. 25 maja 2008 roku Real Saragossa wpłacił 10 milionów euro do kasy Rossonerich i przejął etykietę napastnika. Po 9 bramkach w 18 meczach w hiszpańskiej Serie B (i łącznie 31 bramkach w 61 występach dla drużyny) , Betis postanowił w styczniu 2009 roku odebrać syna marnotrawnego za 9 milionów. Oliveira zdobywa 6 goli w 16 meczach , którymi może pozdrowić nawet drużynę, która chyba przede wszystkim dała mu sławę, po 39 golach w 76 meczach. Rzeczywiście, jego czas w drogim europejskim futbolu dobiegł końca. Powita go Al-Dżazira , ambitny klub ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich , który latem 2009 roku zapłacił za niego dobre 15 milionów euro , aby przenieść go do lokalnej ligi. Na Bliskim Wschodzie napastnik, obecnie dwudziestodziewięcioletni, zna drugiego młodzieńca. W mistrzostwach, które są z pewnością mniej wymagające niż europejskie, dużo zdobywa i wygrywa. W szczególności z Al-Dżazirą, w ciągu czterech i pół roku, przeplatanego powrotem do San Paolo w 2010 roku (łącznie 15 goli w 29 meczach z El Tricolor Paulista), Brazylijczyk zdobył 92 gole w 119 rozegranych meczach i dodaje do jego „Palmarès an Emirati Scudetto” (2010/11), 2 Puchary Prezydenta i Puchar Ligi . Na poziomie osobistym najlepszym rokiem jest rok 2015, w którym jest autorem 33 bramek w 37 meczach. Ponownie w Mistrzostwach Zjednoczonych Arabów Ricardo Oliveira również nosił koszulkę Al-Wasl od stycznia do czerwca 2014 (4 gole w 12 meczach) , zanim wrócił na stałe do ojczyzny. Złote lata w Betisie sprawiły, że Ricardo Oliveira również nosił koszulkę Brazylii. Trener wzywa napastnika. zielono- złoty Carlos Alberto Parreira w kadrze na Copa America 2004. Zadebiutuje 8 lipca w meczu 1. rundy z Chile (1:0 dla Seleçao). W tej edycji turnieju napastnik rozegrał jeszcze 2 mecze. Występował na boisku w przegranym 1:2 meczu z Paragwajem, zawsze w fazie grupowej, oraz w meczu 1/8 finału z Meksykiem 18 lipca, w którym strzelił także pierwszego gola w rundzie pokerowej z Brazylią ( 4- 0). Potem zobaczył, jak jego koledzy z ławki rezerwowych docierają do finału, pokonując rywali Argentynę w rzutach karnych i zdobywając trofeum. W 2005 roku znalazł się w kadrze na rozgrywany w Niemczech Puchar Konfederacji. Wychodzi na boisko tylko w meczach z Grecją (zwycięstwo 3:0) i Meksykiem (porażka 1:0), ale i w tym przypadku może świętować ostateczne zwycięstwo w tytule dzięki 4:1, jakie daje Adriano i jego towarzysze Argentyna 29 czerwca.

Kontuzja kolana i trudności z powrotem do poprzedniego poziomu kosztowały Oliveirę utratę powołania na Mistrzostwa Świata 2006 w Niemczech i niedługo potem odejście zawodnika z Seleçao. Ale historia Ricardo Oliveiry i Brazylii jeszcze się nie skończyła: niesamowita forma na Bliskim Wschodzie pozwala mu wrócić do reprezentacji w wieku 35 lat, w 2015 roku, aby pomóc drużynie Dungi po cięciu Roberto Firmino. Strzela jeszcze 2 gole i jest również powołany na Copa America del Centenario w 2016 roku, ale w tym przypadku nowy problem fizyczny zmusi go do poddania się. Swoją przygodę w zielono-złotych barwach zakończył 30 marca 2016 roku z bilansem 5 bramek w 15 meczach oraz wygranym Copa America i Pucharem Konfederacji. Po powrocie do Brazylii w 2015 roku Ricardo Oliveira strzela serią bramek i ma fundamentalny wkład w Santos , wygrywając dwa kolejne mistrzostwa Paulisty (2015 i 2016). W złotym roku 2015, w wieku 35 lat, strzelił 37 bramek w 62 meczach, niesamowite liczby, które przywróciły go także do reprezentacji. Oliveira nadal zdobywa bramki dla Santosu, zespołu, który wprowadził go na wysokie poziomy, aż do 2017 roku , kończąc długą przygodę w różnych okresach z Peixe z dorobkiem 91 bramek w 171 występach. W wieku 37 lat ten, który był flopem w koszulce Rossonerich, nie myśli ani chwili o przerwaniu i rozpoczyna długą wędrówkę: gra przez 2 i pół roku z Atletico Mineiro (37 goli w 110 meczach) , również zdobywając tytuł Mineiro w 2020 roku , następnie gra w Coritiba (2 gole w 18 występach) od września 2020 do lutego 2021, następnie po rocznej przerwie spowodowanej pandemią, w São Caetano (bez gry, od stycznia do lutego 2022 ) i wreszcie dla klubu Athletic Minas Gerais , z którym właśnie grał w wieku 41 lat w Campeonado Mineiro do Interior ( 9 występów i jeden gol ), jednym z wielu turniejów, które przyciągają brazylijską piłkę nożną. Oliveira strzelił gola dla swojej drużyny 1:1 w pierwszym meczu przeciwko Caldense , podczas gdy w rewanżu Athletic zwyciężył w rzutach karnych, zdobywając tytuł po raz pierwszy. „Doświadczenie w Athletic było zapierającą dech w piersiach przygodą” – powiedział ekspert w rozmowie z „Globo.com” . Do klubu trafiłem w wieku 41 lat, po rocznej przerwie, a sztab szkoleniowy przestudiował konkretny plan treningowy dla mistrzostwo. Każdy dzień tutaj był dla mnie jak nowy początek i świetna okazja, aby wrócić do robienia tego, co zawsze kochałem, do gry w piłkę nożną. Powoli osiągnąłem najlepszą formę fizyczną i mogłem się do tego przyczynić. Jednak podczas swoich doświadczeń w Zjednoczonych Emiratach Arabskich Oliveira został pastorem ewangelickim: chrzci, odprawia msze i celebruje śluby, nawet swoich kolegów z drużyny. W tym swoim duchowym doświadczeniu płodny napastnik odkrył również, że ma wielką pasję do śpiewania: wraz z żoną Deborą w 2019 roku nagrał singiel „Te Amo, te Quero!”. 380 goli w 768 meczach rozegranych pomiędzy klubem a reprezentacją narodową sprawia, że Ricardo Oliveira jest drugim najlepszym strzelcem Brazylii, który wciąż jest aktywny, za Fredem. Największym żalem w karierze takiej jak jego pozostaje niemożność przebicia się we Włoszech.

9

@FCBparasiempre
6 maja 1980 r. urodził się brazylijski napastnik Ricardo José Dognella Lima de Oliveira. Jest jednym z najdłużej żyjących brazylijskich napastników, biorąc pod uwagę, że dzisiaj, w wieku 44 lat, nadal gra. Z 381 golami zdobytymi w swojej długiej karierze, jest drugim najbardziej skutecznym zawodnikiem za legendarnym Fredem. Wysoki i smukły (1 metr i 83 centymetry przy 78 kilogramach) Ricardo Oliveira w swoich złotych latach miał najlepsze cechy pod względem szybkości w krótkich strzałach i w progresji oraz oko do bramki. Wciąż potrafi się wykazać zarówno w polu karnym, jak i w strzelaniu ze średniej odległości. Zdobywał puchary i tytuły mistrzowskie w Brazylii, Hiszpanii i Zjednoczonych Emiratach Arabskich oraz był królem strzelców Copa Libertadores i azjatyckiej Ligi Mistrzów, a także ligi brazylijskiej. Jego talent oczarował także prezesa Adriano Galliani z Mediolanu, który sprowadził go do Włoch w 2006 roku z niewygodną etykietą „spadkobiercy Szewczenki”, gdy tylko został sprzedany do Chelsea. Jednak mimo udziału w zwycięskiej jeździe w Lidze Mistrzów dla Rossoneri, Oliveira, również dzięki nieoptymalnej kondycji fizycznej, nie będzie w stanie spisać się dobrze i już po jednym sezonie odejdzie z klubu. Ricardo Oliveira urodził się w São Paulo. Jego rodzina jest bardzo biedna i w wieku 8 lat stracił ojca. W wieku 15 lat został zmuszony do bycia żebrakiem na ulicy, aby przeżyć. Jednak miłość do piłki nożnej uratuje go przed smutnym losem. „Pochodzę z biednej rodziny – powiedział w rozmowie z „Marcą” w 2008 roku. Musiałem prosić ludzi o jedzenie, bo byłem głodny. Chodziłem też zbierać rzeczy na ulicy, żeby je potem sprzedawać. Inni znajomi próbowali różne ścieżki: przemoc, napady rabunkowe, narkotyki. Nigdy tego nie robiłem. Nie miałem jedzenia, ale zawsze wstawałem, żeby coś zrobić”. „Nawet jeśli nie miał pracy, a ja wychodziłem na ulicę prosić o jedzenie lub pieniądze na światłach, nigdy nie szedłem kraść, żeby zabrać coś, co nie było moje. Moje dzieciństwo było bardzo skromne, z wielkimi trudnościami, ale przezwyciężyłem je dzięki mojemu wielkiemu marzeniu: zostać piłkarzem”. Od 1997 do 1999 grał w młodzieżowym sektorze Corinthians, z którym wygrał Copa São Paulo de Futebol Júnior, najważniejsze młodzieżowe rozgrywki piłkarskie w Brazylii w 1999 roku. „Timão – powiedział „SportNews” – był pierwszym klubem, który poprosił mnie o spróbowanie. W 1997 roku wszedłem do sektora młodzieżowego razem z 300 zawodnikami, ale w 1999 roku, po Copa São Paulo, zostałem zwolniony. Tak więc po 5 -6 miesiącach pojechałem do Portuguesa”. La Portuguesa, jego nowy klub, uwierzył w Ricardo i po niecałym roku w drużynie młodzieżowej, w 2000 roku zadebiutował w pierwszej drużynie. Młody napastnik od razu pokazał, że ma dobre średnie gole iw nieco ponad dwa lata strzelił łącznie 49 goli w 82 występach dla Rossoverdich. Te liczby zwróciły na niego uwagę tak dużego zespołu jak Santos, który zdecydował się go kupić w 2003 roku. W zespole, który należał do wielkiego Pelé, Ricardo Oliveira zyskuje wielki rozgłos. Zastępując Alberto został wyjściowym środkowym napastnikiem zespołu, przyczynił się do 2. miejsca w mistrzostwach Brazylii (14 występów i 4 gole) a przede wszystkim doprowadził Peixe golami do finału Copa Libertadores. Brazylijczycy ponieśli porażkę w podwójnej konfrontacji z Argentyńczykami z Boca Juniors (podwójny nokaut na 2:0 i 1:3), ale Ricardo Oliveira wciąż może świętować tytuł króla strzelców turnieju ex aequo z Marcelo Delgado dzięki 9 zdobytym golom.

W 2003 roku nadszedł czas, aby napastnik z Sao Paulo przepłynął ocean: w rzeczywistości podpisał kontrakt z Valencia Rafy Beniteza, który zdobył historyczny „dublet” , zdobywając Scudetto i Puchar UEFA, ten ostatni pokonując 2:0 „Olympique Marsylia. Ricardo Oliveira nie jest w kadrze Göteborga, ale nadal uczestniczy w szczególnie pozytywnym roku dla Nietoperzy z 29 występami i 9 golami. Jednak ostateczna eksplozja nastąpiła w sezonie 2004/05, kiedy brazylijski napastnik przeniósł się do Betisu . Z zielono-białymi od razu strzelił 23 gole w 38 meczach, w tym 22 w La Liga, w których zajął 3. miejsce w tabeli Pichichi za Forlanem i Eto'o. Zespół zajął 4. miejsce w La Liga i zakwalifikował się do Ligi Mistrzów. Mało tego: Ricardo Oliveira poprowadził drużynę Serry Ferrer do sukcesu w Copa del Rey, zdobywając 4 gole w 8 meczach, z których najważniejszym jest pierwszy w finale na Vicente Calderón w Madrycie, w którym Andaluzyjczycy wygrywają 2- 1 dodatek na Osasunie. Brazylijczyk również zaczął dobrze w drugim sezonie w Andaluzji, zdobywając 7 bramek w 13 meczach, ale oto odcinek, który będzie oznaczał kolejne sezony. W Lidze Mistrzów, 1 listopada 2005 r., na Estadio Benito Villamarin w Sewilli zostanie rozegrany mecz pomiędzy Betisem i Chelsea. Było to tuż po 20 minutach pierwszej połowy, kiedy Oliveira został mocno zaatakowany przez portugalskiego obrońcę Ricardo Carvalho. Wślizg był na piłce ale brazylijski napastnik upadł niefortunnie na boisku i doznał kontuzji prawego kolana. Musiał zejść z boiska na noszach, zastąpiony przez Daniego w 25. minucie a konsekwencje były bardzo poważne: pierwsze badania lekarskie wskazywały na złamanie kolana i skręcenie więzadła, ale kolejne badania instrumentalne pogarszały sytuację. Ricardo Oliveira faktycznie zgłosił całkowite zerwanie więzadeł krzyżowych i częściowe zerwanie więzadeł bocznych. W rzeczywistości sezon napastnika już się skończył, Oliveira przegrywa również mistrzostwa świata 2006 z Brazylią i minie 6 miesięcy, zanim znów zobaczymy go na boisku. Napastnik ponownie pojawił się na murawie 19 marca 2006 roku w ekstraklasie, rozgrywając na stadionie Bernabeu cały mecz z Realem Madryt (0:0). Potem rozegrał jeszcze tylko jeden mecz, 16 kwietnia, z Celtą Vigo (0:2 na korzyść Galicji). Dla wszystkich jest jasne, że zawodnik nie jest już tym, czym był przed kontuzją i że powrót do dobrej formy zajmie mu trochę czasu. Statyczny, przewidywalny, ma niewielki wpływ. Po łącznie 15 meczach i 7 golach wszystkie zdobyte przed wypadkiem, został sprzedany w kwietniu do rodaków z San Paolo , gdzie ma nadzieję spotkać się ponownie. Wpływ jest dobry: w mniej niż trzy miesiące Oliveira zdobywa 5 goli w 8 meczach ligowych i 2 gole w 4 meczach Copa Libertadores. W rozgrywkach Tricolor Paulista dociera do finału po pokonaniu Meksykanów z Chivas Guadalajara. Betis wezwał go z powrotem do Hiszpanii, Ricardo też chciał zagrać w finale, a brazylijski klub próbował przekonać Hiszpanów do przedłużenia wypożyczenia, ale bez powodzenia. Zawodnik późno wrócił do Sewilli i został ukarany grzywną a São Paulo straciło trofeum na rzecz Internacional de Porto Alegre. Tymczasem Milan skupił się jednak na brazylijskim napastniku, który właśnie stracił Andrija Szewczenkę, który poleciał do Chelsea w Anglii za sumę 43 mln 300 tys. euro. Cios na poziomie technicznym, ale także porządna suma do reinwestowania na rynku transferowym. Poza tym, że klub był nieprzygotowany: Adriano Galliani nie spodziewał się pożegnania ukraińskiego napastnika i został zmuszony do znalezienia ważnej alternatywy w krótkim czasie. Tak zaczęły się długie negocjacje z prezesem Betisu Manuelem Ruizem de Loperą, który naturalnie próbował negocjować cenę, wiedząc, jaką sumę włożyli Rossoneri za sprzedaż ukraińskiego napastnika. Ostatecznie także dzięki dobrym stosunkom mediolańskiego klubu z Roberto de Assis, bratem Ronaldinho i agentem Ricardo Oliveiry oraz za jego pośrednictwem transakcja została sfinalizowana za kwotę 17 mln euro plus rezerwacja pomocnika Szwajcara Johanna Vogela.

Podczas gdy Szewczenko rozpoczyna swoją przygodę w The Blues prawą nogą, zdobywając Tarczę Dobroczynności, w Mediolanie Ricardo Oliveira jest jego wyznaczonym spadkobiercą. Kiedy zakup staje się oficjalny, atakujący wybiera koszulkę Shevy z numerem 7 i dumnie prezentuje ją w dniu swojej prezentacji. "Nie zawiodę kibiców - zadeklarował po przyjeździe do Włoch - cieszę się, że trafiłem do tak ważnego klubu jak Milan". Nieśmiały i raczej zamknięty w sobie, pierwsze letnie wypady wydają mu się kojące. Brazylijski napastnik robi dobre wrażenie na trenerze Carlo Ancelottim i kibicach Rossonerich, którzy mają nadzieję, że choć wyraźnie nie jest tak silny jak Szewczenko, to przynajmniej zapewni drużynie dobre zaopatrzenie pod bramką. Początek sezonu 2006/07 również jest dla niego zachęcający. Oliveira zadebiutował w Serie A 10 września pierwszego dnia, w którym Rossoneri zmierzą się z Lazio na San Siro. Nowy nabytek, który przejął Gilardino w 62. minucie, po zaledwie 8 minutach , po doskonałej trajektorii Andrei Pirlo z rzutu rożnego, dobrze uderzył głową i wprowadził Peruzziego na 2:0. Mecz zakończy się wynikiem 2:1 dla Diavolo, a dla Ricardo Oliveiry, który marnuje kilka okazji, które mogły dać mu bramkę, wydaje się, że to początek dobrej kombinacji z włoską drużyną. Zamiast tego, a fani wkrótce zrozumieją, że tak nie będzie. Pomimo znalezienia dużej przestrzeni po kontuzji Pippo Inzaghiego, Brazylijczyk nie spełnia oczekiwań. Wychodzi na boisko we wszystkich rozgrywkach, w których Rossoneri są bohaterami, oprócz mistrzostw, Coppa Italia i Ligi Mistrzów, ale jego proszek jest mokry. Prawdopodobnie to, co spotkało jego siostrę, która 4 października zostaje porwana w San Paolo przez zakapturzonych bandytów dotyka również jego, odbiera mu pogodę ducha . Dziewczyna pozostanie w rękach porywaczy przez ponad 5 miesięcy, na szczęście 12 marca 2007 roku zostaje zwolniona. Faktem jest, że Ricardo nie jest przekonujący na boisku. Dezorientujący, gdy ma piłkę przy nodze, niecelny w strzałach od bramki, często przytłaczany w atakach obrońców przeciwnika, były Betis wpada w inwolucyjną spiralę. Od 23 listopada gol przeciwko Lazio pozostaje jego jedynym golem dla Włochów. ,,Od dawna nie strzeliłem gola i to nie jest dla mnie normalne - powiedział La Repubblica - Nigdy nie przydarzył mi się taki okres. Ale praca się opłaca, czuję to, Wszystko w porządku. Sceptycyzm w moich porównaniach? Nie ma to dla mnie znaczenia: minie, kiedy wrócimy na zwycięską drogę”. Niedługo potem sytuacja nieco się poprawiła: Oliveira otworzył wynik 28 listopada w rewanżu 1/8 finału Coppa Italia przeciwko Brescii (2:1) a następnie przed Bożym Narodzeniem, 23 grudnia, powtórzył się w lidze przeciwko Udinese. Podnosi asystę Brocchiego i po dobrej kontroli szybkości klatką piersiową pokonuje De Sanctisa i jest 0-3. Za mało jednak dla tych, którym przyznano tytuł „wyznaczonego spadkobiercy Szewczenki”. Również z tego powodu w styczniu firma AC Milan ubiega się o przykrywkę, kupując Ronaldo „Il Fenomeno” a w przypadku Ricardo Oliveiry możliwości popisu są znacznie ograniczone. Rzeczywiście, zawodnik był poszukiwany w styczniu przez Real Madryt, Milan był za sprzedażą, ale FIFA zawetowała ją, biorąc pod uwagę, że napastnik grał już w 2 klubach w tym samym sezonie. Jednak 25 stycznia Oliveira złożył swój podpis w pierwszym meczu półfinałowym Coppa Italia , zdobywając drugiego osobistego gola w meczu z Romą, prawdopodobnie najpiękniejszego w koszulce Milanu. Brazylijczyk kradnie piłkę Chivu i odlatuje wielkimi krokami w kontrataku, po czym pokonuje Curciego na najbliższym słupku. Rossoneri, prowadząc 2:0 w pierwszej połowie, odzyskają równowagę, tracąc 2 bramki w drugiej połowie pierwszej połowy. Kończy się wynikiem 2:2 a w rewanżu Roma awansuje do finału dzięki wygranej u siebie 3:1. ,,Dobrze się spisaliśmy - stwierdził po meczu napastnik San Paolo dla "Sport Mediaset" - ale potem popełniliśmy kilka błędów i Roma jest za mocna. Wiemy, że jeśli pozwolisz im grać, są niebezpieczni. 17 lutego numer 7 zdobywa swoją trzecią i ostatnią bramkę w Serie A w brawurowym remisie 3:4 ze Sieną: asysta Ronaldo i uderzenie prawą nogą, które lekko odbite przez bramkarza wślizguje się w lewą stronę.

11

Feyenoord po raz pierwszy w dziejach:

6 maja 1970 r. Feyenoord Rotterdam pokonuje Celtic Glasgow 2:1(1:1,1:1) po dogrywce w finale PEMK. Holenderska Ekipa po raz pierwszy w historii zagrała w finale najważniejszych klubowych rozgrywek w Europie. Jej rywalem był zdobywca pucharu z 1967 roku- Celtic Glasgow, który nadspodziewanie łatwo wygrał dwa razy z Leeds United. W Celticu prowadzonym wciąż przez Jocka Steina grała większość piłkarzy pamiętających sukces sprzed trzech lat. Mecz odbył się na stadionie San Siro w Mediolanie. Pierwsze dwa gole padły w odstępie dwóch minut. Najpierw Szkot Gemmel w swoim stylu ruszył za atakiem, po rzucie wolnym Uderzył z 30 m i było już 1:0. To działo się po około pół godziny gry. Chwilę później po rzucie rożnym stoper Rinus Israel wykorzystał nieuwagę obrońców zdobywając wyrównanie. Na decydującego gola trzeba było czekać aż do dogrywki. Obydwa zespoły prezentowały dość wyrównany poziom, więc włoski sędzia rzadko interweniował przy faulach. Grano ostro, w podobnym stylu, lecz fair. W 117 minucie, kiedy już większość graczy odczuwała zmęczenie a niektórzy czekali na gwizdek i powtórzenie gry(taki były wtedy regulamin ), Ove Kindvall zdecydował się na indywidualną akcję. Przedarł się przez obronę, przedryblował dwóch defensorów i z bliska nie dał szans Williamsowi. W taki sposób Feyenoord zdobył po raz pierwszy w swojej historii Puchar Europy Mistrzów Klubowych.

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

12

Nie z Barçą takie numery wy niemieckie… ,,Brunery”:

6 maja 2015 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Bayern Monachium 3:0 w pierwszym meczu półfinału Champions League. Przed zmaganiami Bayernu z Barçą najwięcej mówiło się oczywiści o pojedynku Guardioli, który w szóstym występie trenerskim w Lidze Mistrzów szósty raz dotarł do półfinału, z nieco starszym, lecz podążającym w zawodzie trenera jego tropem Luisem Enrique. ,,Nigdy dotychczas nie rywalizowałem z Pepem. Czuje ekscytacje a on nigdy nie grał przeciwko Blaugranie. Będzie się działo”- skomentował ,,Lucho” wyniki losowania. No i się działo! Bohaterem starcia z Bayernem był naturalnie Messi, który strzelił 2 gole i wypracował trzeciego Neymarowi. Oglądając raz jeszcze tamtą konfrontacje, nie sposób jednak nie dojść do wniosku że Luis Enrique przechytrzył Guardiole. Ten postanowił rzucić wyzwanie swoim byłym podopiecznym i nakazał monachijczykom agresywny pressing od początku meczu. Zawodnicy Bayernu biegali więc jak opętani za rywalami, nie pozwalali im swobodnie odetchnąć, podejść pod własną bramke, zabierali piłke a potem rozgrywali z wykorzystaniem wychodzenia na wolne pole. Barça po raz pierwszy od 101 meczów w Lidze Mistrzów zanotowała tamtego wieczoru mniejsze posiadanie piłki od rywala- 46,5 do 53,5 procent. Tyle że zamierzonego celu, czyli strzelenia gola, jakoś nie udawało się Niemcom osiągnąć a sił im ubywało. Gospodarze zaś grali cierpliwie, czekając aż rybie szamocącej się w jej sieci zabraknie powietrza a gdy to się stało, zadali trzy ciosy. Bayern bez Robbena i Ribery’ego, z Lewandowskim w chronionej uszkodzoną twarzą masce(z kolei wśród gospodarzy Macherano grał ze złamanym palcem u ręki), która wyraźnie mu przeszkadzała i z Guardiolą, który po stracie gola na 0:1 wpadł na kiepski pomysł wymiany Müllera na Götzego, doznał upokarzającej porażki, choć jeszcze na kwadrans przed końcem wydawało się że ma wszystko pod kontrolą. Guardiola ,,przekołczował”, czyli wymyślił zbyt karkołomny plan na mecz, nie ostatni zresztą raz w karierze.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

11

Tak, to jest ten cud!

6 maja 2009 r. FC Barcelona dokonała „cudu”, remisując na „Stamford Bridge” z tamtejszą Chelsea FC 1:1 w rewanżowym meczu półfinału Ligi Mistrzów. Podopieczni Guardioli przegrywali z londyńską Chelsea już od 9 minuty po kapitalnym uderzeniu z dystansu Essiena a od 65 minuty grali w dziesiątke po czerwonej kartce dla Abidala i kilkukrotnie byli bliscy straty drugiego gola. Chelsea jednak nie wykorzystała swoich szans. W ostatnich sekundach meczu rozpaczliwe dośrodkowanie w pole karne „The Blues” posłał Dani Alves, piłke zgraną przez obrońców źle przyjął Eto’o, próbujący wybić ją jak najdalej od własnej bramki Essien nie trafił czysto i futbolówka trafiła pod nogi Messiego. Argentyńczyk wyłożył ją nadbiegającemu Inieście, który strzałem zza pola karnego prawą nogą umieścił piłke tuż pod poprzeczką. Kataloński komentator krzyczał ,, Kaiserlslautern!, Kaiserslautern!, Kaiserslautern!” przypominając podobnie istotnego gola strzelonego niegdyś przez Bakero w Lidze Mistrzów. Po końcowym gwizdku piłkarze Chelsea długo nie mogli się pogodzić z wynikiem a kibice wypominali Norweskiemu arbitrowi kilka niepodyktowanych rzutów karnych dla gospodarzy. Powtórki pokazały iż londyńczykom należał się tylko jeden rzut karny, natomiast kibice Barçy przypominali brak rzutu karnego na Henry’m w pierwszym meczu na Camp Nou. Tak czy inaczej Duma Kataloni miała mnóstwo szczęścia w tym meczu ale jak to mówią ,,szczęście sprzyja lepszym”. Ja natomiast jak dziś pamiętam komentarz pana Szpakowskiego w chwili strzelenia gola przez Inieste, który brzmiał: ,, Tak to jest ta akcja, tak to jest Iniesta, tak to jest Barça, tak to jest ten cud!”. Szkoda że takie ,,cuda” zdarzają się bardzo rzadko…



@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

12

Prawdziwi cules nigdy nie zapominają o legendach swojego klubu:

6 maja 1923 r. urodził się Josep Seguer, pomocnik, jedna z większych legend Dumy Katalonii. Josep Seguer całe swoje życie spędził grając w FC Barcelonie. W 1940 roku dołączył do młodzieżowych rezerw Barçy, zaś w 1943 roku awansował do pierwszej drużyny, gdzie spędził czternaście sezonów. Seguer występował najczęściej na pozycji pomocnika i zdobył wszystkie najważniejsze tytuły z Barçą w latach 40-tych i być może stało się to dlatego że miał wielką zdolność do przystosowywania się do każdej pozycji. Ponadto był zarówno silny jak i utalentowany. Przeciwnikom zawsze bardzo trudno było przewidzieć jego następny ruch. Jego przydomek(Diesel) wziął się od niesamowitej ilości przebiegniętych kilometrów podczas każdego spotkania. Jego umiejętności i wytrzymałość sprawiły, że stał się filarem legendarnej drużyny „Pięciu Pucharów’’. W sezonie 1942/43 został wypożyczony do Granollers, sezon później wrócił do pierwszego zespołu Barcelony, w którym grał przez 14 lat (1943-1957), rozegrał 495 spotkań i zdobył 133 gole. Josep Seguer z Barçą pięciokrotnie wygrywał ligę (1944/45, 1947/48, 1948/49, 1951/52 i 1952/53), czterokrotnie Puchar Hiszpanii (1950/51, 1951/52, 1952/53 i 1956/57), dwa Puchary Latynoskie (1948/49 i 1951/52) i dwa Copes Eva Duarte (1948/49 i 1951/52). W 1959 roku zakończył karierę piłkarską i rozpoczął pracę jako trener. Początkowo występował jako zastępca Salvadora Artigasa, jednak na początku sezonu 1969/1970 pierwszy trener został zwolniony i to właśnie Seguer objął to stanowisko. Dość ciekawą rzeczą tyczącą się tego szkoleniowca, było to, iż zawsze uważał on, że dla zawodników ze swojej drużyny był nie tylko przełożonym i człowiekiem odpowiedzialnym za taktykę, ale również opiekunem i osobą z którą można porozmawiać o pozaboiskowych problemach. Po tym, jak nowym prezydentem katalońskiego klubu został Augustí Montal, Josep Seguer musiał pożegnać się ze swoją posadą a jego miejsce zajął Vic Buckingham.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0

1

@lajcior Ponoć jest jakimś kaznodzieją w Barcelonie ale tak szczerze to to już mnie wogóle nie obchodzi...

19

Feliz cumpleaños panie Dani Alves! Jeden z najwybitniejszych prawych obrońców w historii Blaugrany kończy dziś 43 lat! Za cudowne i niezapomniane emocje podczas meczów, ślicznie dziękują wszyscy cules na całym świecie.


@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

12

„Copa Pirineos”:

5 maja 1912 r. FC Barcelona pokonuje w finale Stade Bordelais UC 5:3 i po raz trzeci z rzędu sięga po Puchar Pirenejów. Hattrickiem w tym meczu popisał się napastnik Arsenio Morales. Pozostałe gole zdobyli Alfred Massana oraz legendarny napastnik Jose Rodriguez Vazquez, zwany Pepe Rodriguez.

O całej historii Pucharu Pirenejów a właściwie o „Challenge Internacional del Sur de Francia”, gdyż Puchar Pirenejów to nazwa umowna, dowiecie się już w najbliższy weekend.

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

15

Rekordy ,,La Pulgi”:

5 maja 2012 r. w derbach Barcelony na Camp Nou(4:0), Lionel Messi strzelił 4 gole(!) ustanawiając jednocześnie rekord strzelonych goli w jednym sezonie w La Liga. Messi strzelając czwartego gola w meczu, jednocześnie zdobył 50-tego gola w sezonie ustanawiając tym samym rekord wszechczasów Primera Division.



@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

1

@FcPortoFan1999 To znaczy tutaj nie byłbym taki pewny bo sam Donnaruma jest znakomity. No ale też nie oglądam regularnie meczów Arsenalu, więc ciężko mi jest ocenić kto jest rzeczywiście najlepszy?

0

@FcPortoFan1999 Ano nie wykluczone, zwłaszcza że to całkiem porządny golkiper.

2

Co to ja miałem napisać? A! Że Gianluigi Donnaruma mógł/może wybronić mistrzostwo dla "Obywateli" no ale nie zawsze może to zrobić, gdyż wczoraj po "popisie" Marka Guehi był najzwyczajniej bezradny. Szkoda mi Pepa ale jego czas w City już minął i lepiej nie będzie. Natomiast mistrzostwo swoimi wybitnymi interwencjami wybroni/wybronił nam cules Joan Garcia. Gdyby nie Joan pogubilibyśmy mnóstwo punktów i w efekcie nawet te białe madrytowskie dziady mogłyby nas wyprzedzić i... o zgrozo...

11

Wolnoamerykanka na Estadio Santiago Bernabeu:

5 maja 1984 r. FC Barcelona przegrała w finale Copa del Rey 0:1 z Athletic Bilbao. Tego dnia doszło do bodaj największej bijatyki w historii piłki nożnej. Jednym z antybohaterów był Diego Maradona, który w następstwie swojej brutalności musiał opuścić Barcelonę. To nie był udany występ Maradony, który nie dość, że znów był faulowany przez rywali, to na dodatek musiał nasłuchać się ksenofobicznych i rasistowskich obelg ze strony baskijskich kibiców. Barça przegrała 0:1 a po końcowym gwizdku Argentyńczyk nie wytrzymał. Najpierw stanął oko w oko z rezerwowym rywali Miguelem Angelem Solą, a gdy ten zaczął go wyzywać, został zdzielony ciosem głową w twarz. Następnie Maradona uderzył jeszcze łokciem innego piłkarza Athleticu, a kolejnego powalił na murawę kopniakiem w głowę. Na odpowiedź Basków nie trzeba było długo czekać. Sygnał do odwetu dał Goikoetxea, który kopnął Argentyńczyka w klatkę piersiową. Awantura rozgorzała na dobre, emocjom dali się całkiem ponieść także kibice, którzy zaczęli rzucać różnymi rzeczami w piłkarzy, trenerów i fotografów. Mniejsze lub większe obrażenia odniosło 60 uczestników zamieszek. Przypominam iż nieco ponad pół roku wcześniej Andoni Goikoetxea złamał nogę Diego Maradonie wejściem wślizgiem obiema wyprostowanymi nogami. Chyba nikogo nie muszę uświadamiać jakimi rzeźnikami są Baskowie? Prowokatorami zresztą też...



@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

10

Debiuty legend FCB:

5 maja 1957 r. w meczu towarzyskim z SV Saarbrücken zadebiutował i strzelił jednego z goli w barwach Blaugrany znakomity brazylijski snajper Evaristo de Macedo. FC Barcelona wygrała to spotkanie 4:1.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

15

Czy wiemy(pamiętamy?) że…

5 maja 1971 r. reprezentacja Polski rozegrała pierwszy mecz pod wodzą Kazimierza Górskiego. W grudniu 1970 roku Kazimierz Górski samodzielnie objął reprezentację Polski. Po sześciu miesiącach przyszło biało-czerwonym rozegrać pierwszy mecz pod jego wodzą. To że Kazimierz Górski wcześniej czy później poprowadzi reprezentację Polski mogło być dla większości oczywiste. Miał z nią już krótki epizod w 1966 roku, gdy wraz z Klemensem Nowakiem i Antonim Brzeżańczykiem współprowadził drużynę. Pracował także wielokrotnie w roli asystenta oraz szkoleniowca młodzieżowych ekip. W końcu otrzymał szansę na samodzielne pokierowanie seniorską reprezentacją. Choć zespół był naszpikowany znakomitymi nazwiskami jak Robert Gadocha, Kazimierz Deyna czy Włodzimierz Lubański, to ciągle mu czegoś brakowało. Minimalnie przegrał rywalizację o awans na Mundial w 1970 roku. Z kolei wcześniej w Polsce musiano się również pogodzić z brakiem kwalifikacji na mistrzostwa Europy 1968. Choć Górski miał już pewną renomę (był znakomitym piłkarzem i miał za sobą już m.in. wicemistrzostwo Polski z Legią Warszawa), to prawdopodobnie mało kto spodziewał się, że z reprezentacją wypracuje potem znakomite wyniki. Już jako trener 5 maja 1971 roku po ponad 30 latach przyszło rozegrać Polsce mecz towarzyski ze Szwajcarią. Wygraliśmy w Lozannie 4:2. Początki nie były łatwe, bo to gospodarze prowadzili po golu Friedricha Künzliego, etatowego reprezentanta i ówczesnego zawodnika FC Zurich. Pod koniec pierwszej połowy biało-czerwoni ruszyli do odrabiania strat. Kwadrans przed końcem prowadzili już 4:1. Szansę na debiut dostał wtedy Antoni Trzaskowski. Co ciekawe był to jedyny występ obrońcy w reprezentacji, późniejszej legendy Legii Warszawa.

05.05.1971, Lozanna, mecz towarzyski

Szwajcaria – Polska 2:4

22’ Friedrich Künzli, 78’ Jakob Kuhn – 38′ Zygfryd Szołtysik, 53′ Jan Banaś, 72′ Kazimierz Deyna, 74′ Włodzimierz Lubański

Polsce potem nie udało się zakwalifikować do kolejnych mistrzostw Europy, w 1972 roku. W grupie mieli jednak silnego rywala – RFN. Późniejszych mistrzów. Za to historyczne sukcesy udało się osiągnąć w kolejnych latach: Monachium 1972 – złoty medal igrzysk olimpijskich, RFN 1974 – srebrny medal mistrzostw świata (mecz o trzecie miejsce z Brazylią odbył się na Stadionie Olimpijskim w Monachium), Montreal 1976 – srebrny medal igrzysk olimpijskich. Co ciekawe – ten ostatni rezultat potraktowano w kraju jako porażkę. Górski podał się zatem do dymisji. Wyobrażacie sobie to teraz? Gdy od lat mamy problemy z kwalifikacją na IO. To tylko pokazuje jak ówczesne rezultaty rozbudziły apetyty wśród kibiców i pokazywały siłę reprezentacji.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@LAMC_10 No ale z razu bije sie w pierś że to nie są moje autorskie teksty. Ten akurat pochodzi z internetu. Przedewszystkim liczy się pamięć o tych wspaniałych, wyjatkowych piłkarzach. Suma sumarum bardzo dziękuje za te słowa uznania od ciebie i pozdrawiam.

10

@FCBparasiempre
4 maja 1935 r. urodził się Jose Francisco Sanfilippo, napastnik. „W historii piłki nożnej było czterech naprawdę wielkich zawodników: Pele, Garrincha, Maradona i Messi ale tylko jeden prawdziwy skurwysyn – Sanfilippo”. Czym fenomenalny Jose Sanfilippo zasłużył sobie na miano największego piłkarskiego skurwysyna w historii? Nazwisko Sanfilippo nie jest znane szerszemu gronu piłkarskich kibiców w Europie a szkoda. Powodów takiego stanu rzeczy jest co najmniej kilka. Jednym z nich jest fakt, że przyszedł na świat 4 maja 1935 roku, zatem już od dawna nie był aktywnym zawodnikiem, gdy Argentyna świętowała największe sukcesy, czyli oczywiście Mistrzostwo Świata w 1978 i 1986 roku. Poza tym jego kariera przypada na czasy, w których transfery międzykontynentalne były rzadkością, zatem grywał jedynie w klubach z Argentyny, Urugwaju oraz Brazylii. Wywodzi się z biednej, ale bardzo pracowitej rodziny. Od dziecka był wielkim kibicem San Lorenzo. Jak w wielu podobnych przypadkach, marzył, że kiedyś zostanie piłkarzem tego klubu, dzięki czemu wyrwie swoich bliskich z ubóstwa. Codziennie budził się i zasypiał z tą myślą. W międzyczasie nie próżnował. Nie mógł sobie pozwolić na piłkę z prawdziwego zdarzenia, zatem zlepił ją z plastiku oraz gumy i bardzo rzadko się z nią rozstawał. Z uwagi na niezbyt imponujący wzrost nosił pseudonim El Nene, czyli dzieciak. Z seniorami z San Lorenzo trenował już w wieku 16 lat, a swój pierwszy profesjonalny kontrakt podpisał dwa lata później. Bardzo szybko doczekał się debiutu oraz dziewiczych trafień w pierwszym zespole, jednak prawdziwe możliwości zaprezentował w 1955 roku, strzelając dla swojego ukochanego klubu 15 goli. To wtedy został ulubieńcem kibiców, którzy doceniali jego kunszt i niezwykłą łatwość w odnajdywaniu się w polu karnym oraz prawdziwą miłość do barw. Jego znakomita technika użytkowa, walory motoryczne i wytrzymałościowe nie wzięły się oczywiście znikąd. Od początku swojej przygody z piłką rozumiał to, czym w jego czasach mało kto się przejmował. Można śmiało powiedzieć, że zdecydowanie wyprzedził swoją epokę, bo bardzo szybko odkrył, że aby być doskonałym piłkarzem, nie wystarczy tylko i wyłącznie dobrze panować nad futbolówką. Zdawał sobie sprawę z faktu, że kariera zawodnicza jest niezwykle krótka, zatem postanowił wycisnąć z niej maksimum. Trenował więcej niż inni, dbał o długość oraz jakość snu i nie miał problemu z tym, by kolegów z drużyny publicznie nazywać kłamcami i pijakami, bo dają się porwać nocnym pokusom, a później na treningach nieudolnie ukrywają ich konsekwencje. Prowadził się według reguł, o których mówi także dzisiaj, będąc staruszkiem przed 90-tką. Młodym zawodnikom podpowiada: „Po pierwsze, dyscyplina. Po drugie, odpowiedni odpoczynek i regeneracja. Po trzecie, wartościowe jedzenie. Po czwarte uporządkowane życie seksualne. Nie chodzi o to, żeby mieć wszystko, chcieć tego i nie stawiać granic. Ty wybierasz: albo sport, albo kurwy”. Podczas zajęć najwięcej wymagał oczywiście od siebie, jednak szczerze nienawidził pozorantów. Mocno się denerwował, gdy ktoś obok nie przykładał się do pracy. W tym aspekcie był pierwowzorem Zlatana Ibrahimovicia, o którego sposobach motywacji zapewne niejednokrotnie słyszeliście. W rozmowie przeprowadzonej przez Jonathana Wilsona Sanfilippo powiedział: „Jeśli masz wypoczęte ciało i dobrze się odżywiasz, podczas treningu jesteś jak nowo narodzony. Jeśli masz zdrową wątrobę, to masz energię na boisku. Jeśli brakuje ci dyscypliny, niczego nie osiągniesz”. Do treningów wymyślił pewną popularną do dzisiaj maszynę, zwaną, oczywiście w nawiązaniu do jego nazwiska, Sanfigolem. Jest to powierzchnia o wymiarach piłkarskiej bramki, zazwyczaj w formie płaskiej ściany lub kraty, na której umieszcza się lub po prostu rysuje kwadraty o boku długości 80 cm. Celem ćwiczeń jest oczywiście takie kopnięcie piłki, by trafić w wyznaczone prostokąty. Sanfilippo słusznie stwierdził, że z perspektywy napastnika najbardziej efektywnymi częściami bramki są jej dolne rogi, zatem kwadraty najczęściej ustawiał tuż przy słupkach na wysokości ziemi. Nazywał je mysimi dziurami. Zauważył, że bramkarze mają większe problemy z obroną piłek posłanych w te obszary swych świątyni niż nawet z tymi celowanymi w okienka. Zazwyczaj trenował z piłką będącą w ruchu, bo doskonale wiedział, że sytuacje boiskowe praktycznie nie wymagają od zawodników strzału z martwej piłki. Uderzenia, a co za tym idzie skuteczność, opanował niemal do perfekcji, co później przekładało się na jego imponujące statystyki. Chciał potajemnie odpowiadać za taktykę, uważał, że zna się na piłce tak jak nikt inny. Nie starał się oszukiwać samego siebie, zdawał sobie sprawę ze swoich niedoskonałości. Z uwagi na mizerny wzrost – zaledwie 163 cm – miał marne szanse w pojedynkach powietrznych z rosłymi obrońcami. Choć po strzałach głową strzelił niejednego gola, to wręcz wymuszał na swoich kolegach, by zagrywali mu piłki tylko i wyłącznie po ziemi. Ponadto bardzo rzadko wchodził w dryblingi. Pamiętajmy, że grał w czasach, w których kartki nie obowiązywały, przez co piłkarscy wirtuozi nie mieli lekkiego życia przy boiskowych brutalach a tych wówczas nie brakowało.

Argentyńczyk uważał ponadto, i przy dłuższym zastanowieniu nie sposób nie przyznać mu racji, że dryblingi są przede wszystkim dla tych, którzy w momencie otrzymania piłki nie mają pojęcia co z nią zrobić, przez co muszą wchodzić w pojedynki jeden na jeden. „Moim interesem było strzelanie goli. Jeszcze przed otrzymaniem piłki miałem w głowie co najmniej dwa rozwiązania, co z nią później zrobić. Zawsze wybierałem najlepsze”. Sanfilippo poprowadził San Lorenzo do Mistrzostwa Argentyny w 1959 roku a w latach 1958-1961 zdobył aż 119 ligowych goli i cztery razy z rzędu sięgnął po koronę króla strzelców krajowych rozgrywek. Jego rekord po obecne czasy nie został poprawiony. Po takich sukcesach klub, którego kibicem jest m.in. papież Franciszek, stawał się dla wyborowego strzelca zbyt ciasny. Ponadto dość mocno skonfliktował się z działaczami. W sezonie 1962 miał olbrzymią szansę na zostanie piąty raz z kolei najlepszym ligowym snajperem, jednak na dwie kolejki przed końcem zmagań został zawieszony i odstawiony od składu. Wersja klubowych włodarzy? El Nene publicznie narzekał na organizację klubu. Wersja zawodnika? „Przed sezonem ustaliliśmy, że jeśli znów okażę się najlepszym strzelcem w całych rozgrywkach, klub wypłaci mi pokaźną premię finansową. Jak zawsze szedłem jak burza, choć po piętach skutecznie deptał mi Luis Artime. Działacze, chcąc wykręcić się ze złożonej obietnicy, postanowili mnie zawiesić. Przez to Artime ostatecznie okazał się ode mnie lepszy o dwa trafienia”. Kibice stanęli po stronie swojego największego idola, a nieporozumienia na linii zawodnik – klub skrzętnie wykorzystała Boca Juniors, wykupując napastnika za rekordowe na te czasy 25 milionów pesos. Dla panujących Mistrzów Argentyny celem numer jeden w sezonie 1963 był triumf w Copa Libertadores. Triumfalny marsz został zastopowany dopiero w finale, gdzie w dwumeczu nie dali rady najlepszej wówczas drużynie na świecie, Santosowi, któremu przewodził sam Pele. Sanfilippo zdobył w rozgrywkach 7 bramek, co pozwoliło mu przywdziać koronę króla strzelców. Gdy wydawało się, że szybko zadomowił się w ekipie z La Bombonery, nieoczekiwanie nastał jego koniec. Na przełomie marca i kwietnia 1964 roku rozegrany został towarzyski i niezwykle dziwaczny turniej Copa Jorge Newbery. Dziwaczny, bo udział w nim wzięło zaledwie sześć drużyn, a finalnie tylko jedna – San Lorenzo – rozegrała komplet 5 meczów. Reszta od jednego do czterech. Pod koniec marca doszło do starcia San Lorenzo – Boca Juniors. Raczej nie trzeba nikomu tłumaczyć, jakie znaczenie miało ono dla Sanfilippo. Tymczasem trener Aristóbulo Deambrossi pozostawił swojego napastnika na ławce rezerwowych. Ówczesne przepisy mówiły, że w trakcie gry można dokonać tylko jednej zmiany, w dodatku jedynie w pierwszej połowie i tylko w przypadku kontuzji któregoś zawodników. Tę bardzo łatwo można było zasymulować, więc Sanfilippo był pewny, że przed upływem pierwszych 45 minut zostanie wprowadzony na murawę przy aplauzie uwielbiających go kibiców, dla których miał status piłkarskiego boga. W okolicach 40. minuty starcia trener nakazał mu się rozgrzewać, co dla zawodnika oznaczało wyraźny sygnał potwierdzający ten scenariusz. Tymczasem El Nene wcale nie doczekał się zmiany, co na stadionie wywołało potężną salwę gwizdów. Gdy sędzia zaprosił zawodników na przerwę, Sanfilippo ruszył do Deambrossiego z uzasadnionymi pretensjami: -Dlaczego mi to zrobiłeś? -Bo trenerzy mogą robić wszystko to, na co tylko mają ochotę. Krewki Argentyńczyk nie wytrzymał i na oczach zgromadzonej publiczności wymierzył szkoleniowcowi cios prosto w szczękę, po czym dodał: „Będziesz mógł pochwalić się swoim wnukom, że uderzył cię wielki Jose Sanfilippo”. Był tak rozwścieczony, że niewykluczone, że ktoś jeszcze zaliczyłby KO po spotkaniu z jego pięścią. Został jednak w pokojowy sposób poskromiony przez dwóch byłych kolegów z San Lorenzo i odprowadzony do szatni. Konsekwencja takiego zachowania mogła być tylko jedna – nazajutrz został dyscyplinarnie wyrzucony z klubu. Z Buenos Aires przedostał się przez La Platę do Montevideo i zasilił tamtejszy Nacional. W Urugwaju również imponował swoją zabójczą skutecznością. W 21 występach zdobył aż 25 bramek. Ta stosunkowo krótka, aczkolwiek bardzo intensywna przygoda narobiła mu wielu wrogów w postaci towarzyszy z szatni oraz samych pracodawców. Na obczyźnie z równie wielką łatwością przychodziło mu krytykowanie zawodników swojej ekipy oraz podważanie decyzji organizacyjnych działaczy. Piłkarsko był jednak tak dobry, że fani go uwielbiali.

Gdy w 1964 roku doznał paskudnego złamania nogi, które na ponad 12 miesięcy wykluczyło go z gry, przypuszczano, że jego kariera została zakończona. Tymczasem już w pierwszym meczu po powrocie na boisko popisał się hat-trickiem. Niewiele później popadł w otwarty i publiczny konflikt z prezesem Nacionalu. Eduardo Pons Echeverry ukarał zawodnika pokaźną karą finansową za to, że ten bezwzględnie wykorzystuje każdą okazję do skrytykowania sposobu zarządzania i funkcjonowania klubu. W odpowiedzi Sanfilippo wysłał do wszystkich urugwajskich gazet sportowych list, w którym opisał kulisy, jego zdaniem, nieudolnej pracy zarządu. Panowie przez kilka tygodni, m.in. właśnie na łamach pracy, obrzucali się błotem, a ta medialna przepychanka trwała do momentu aż Echeverry zastosował wobec napastnika karne obniżenie pensji. Po tym wszystkim El Nene wrócił do ojczyzny, by reprezentować barwy Banfield, a później wyjechał do Brazylii, gdzie przywdziewał koszulki Bangu oraz EC Bahia. Na ostatni sezon w karierze zrobił wielki come back do swojego domu, do San Lorenzo. Z piłkarskiej sceny zszedł tuż po wywalczeniu drugiego w swoim dorobku tytułu Mistrza Argentyny. Sanfilippo był oczywiście stale powoływany do reprezentacji. Wystąpił m.in. na Mundialach w 1958 i 1962 roku. Były to dwa pierwsze globalne turnieje Albicelestes po zakończeniu II Wojny Światowej i oba zakończyły się niepowodzeniami. Co ważne, dla argentyńskich kibiców były to niespodziewane niepowodzenia, bowiem stojący na czele kraju w latach 1946-1955 Juan Peron wykorzystywał piłkę nożną w celu propagowania swoich idei, więc każde zwycięstwo drużyny narodowej było hucznie ogłaszanym wydarzeniem, a porażki zamiatane pod dywan. I to jest też powód dlaczego zabrakło jej na Mundialach w 1950 i 1954 roku. Brak wywalczenia czołowych lokat dałby przecież ludziom odpowiedź, czy ich zespół rzeczywiście nie ma sobie równych. Po obaleniu prezydenta kadra wyjechała na czempionaty a te były dla niej swoistym zderzeniem ze ścianą. Występ w 1958 roku wciąż jest określany w Argentynie mianem „szwedzkiej katastrofy”. Zawodnicy z Ameryki Południowej przegrali najpierw z Republiką Federalną Niemiec 1:3, później pokonali Irlandię Północną 2:1, by w starciu, którego stawką był awans do fazy pucharowej polec 1:6 z Czechosłowacją. „El Nene” w Szwecji nawet nie powąchał murawy a po powrocie do ojczyzny udzielił wywiadu, w którym powiedział: „Za klęskę na Mistrzostwach odpowiada trener Guillermo Stábile. Niczego nas nie nauczył, nie potrafi zarządzać grupą. Mnie nie wystawiał, bo jest cholernym zazdrośnikiem. Nie chce, bym miał w reprezentacji więcej goli od niego”. Cztery lata później w Chile było tylko nieco lepiej. Argentyńczycy w grupie wygrali 1:0 z Bułgarią, przegrali 1:3 z Anglią i zremisowali bezbramkowo z Węgrami. Na tej fazie znów zakończyli jednak swój udział w turnieju. W meczu przeciwko Synom Albionu „El Nene” wpisał się na listę strzelców. Znacznie lepiej Argentyńczykom poszło na Copa America w 1957 roku. Sięgnęli po złoto. Sanfilippo pełnił na tym turnieju funkcję rezerwowego, rozegrał 172 minuty i strzelił jednego gola. Dwa lata później, z sześcioma trafieniami na koncie, został najlepszym strzelcem południowoamerykańskich rozgrywek, a jego ekipa wywalczyła wicemistrzostwo kontynentu. W ramach ciekawostki dodam, że w 1959 roku odbyły się dwa turnieje Copa America. W marcu w Argentynie wygrali gospodarze, w grudniu w Ekwadorze triumfował Urugwaj. Nasz bohater wziął udział w drugim nich. Na najwyższym poziomie ligowym utrzymał się niemal przez 20 lat, co było niespotykane w jego czasach. Absolutnym kluczem do tej długowieczności było dbanie o zdrowie i regenerację, o czym wspomniałem kilka minut temu. Z 217 trafieniami wciąż jest najskuteczniejszym zawodnikiem w historii San Lorenzo. W narodowych barwach zaliczył 29 występów, w których 21 razy wpisał się na listę strzelców. Póki co tylko on i Leo Messi legitymują się hat-trickiem strzelonym przeciwko Brazylii. Wcześniej, w kontekście wymagania od swoich kolegów, porównałem go do Ibahimovicia. Szwed może mu jednak czyścić buty jeśli chodzi o arogancję i egocentryzm. A sami przyznacie, że to wielki wyczyn. Sanfilippo nie gryzie się w język, gdy opowiada, że był fenomenem swoich czasów. Bez żadnych hamulców stwierdził: „Ze wszystkich trenerów, dla których grałem, żaden niczego mnie nie nauczył”. Po jednym ze zwycięstw San Lorenzo kibice zgromadzili się pod jego domem, by na jego cześć śpiewać pochwalne przyśpiewki. Sanfilippo wyszedł na balkon, uniósł ręce do góry i krzyknął w ich kierunku: „Dobrze, już dobrze! Wracajcie do domu odpocząć, bo jutro musicie iść do pracy”. Niedługo po zawieszeniu butów na kołku zajął się trenerką. Przejął stery w Deportivo Español. Jego charakter i impulsywność szybko dały o sobie znać. Podczas jednego z meczów tak mocno zirytowały go decyzje sędziego, że nie wytrzymał i znów wcielił się w rolę boksera. W kolejnych latach bardzo często zapraszano go do programów telewizyjnych, by używał swojego ciętego języka przy ocenie piłkarskich wydarzeń. Jose Sanfilippo jest w Argentynie wspominany tak, jak w Polsce Gerard Cieślik czy Ernest Pohl. Jako wybitny zawodnik, niepodważalna legenda jednego klubu, która nie miała szans na wielki sukces z reprezentacją. Oczywiście ktoś mógłby mi teraz zarzucić, że „El Nene” ma przecież na koncie mistrzostwo i wicemistrzostwo Ameryki Południowej. Weźmy jednak pod uwagę, że w jego czasach Albicelestes mieli monopol na wygrywanie lub co najmniej zajmowanie czołowych miejsc w rozgrywkach Copa America. Poza tym w całej historii żadna inna ekipa nie zajmowała miejsca na podium częściej niż Argentyńczycy, więc nie ma co się dziwić, że prawdziwymi piłkarskimi bohaterami są jedynie ci, którzy przywieźli złoto z Mistrzostw Świata. No i oczywiście Leo Messi. Charakter, zażartość i nieustępliwość Sanfilippo z jednej strony przysporzyły mu masę wrogów ale z drugiej można się zastanawiać, czy bez nich byłby w stanie osiągnąć to, co osiągnął. I nie oszukujmy się, jako fani piłki nożnej kochamy przecież zawodników wyrazistych, mających coś do powiedzenia, wręcz bezczelnych a tych którzy jednocześnie czarują lub wykręcają okazałe statystyki na boisku, wręcz uwielbiamy. Właśnie dlatego warto znać historię argentyńskiego bohatera…

9

Wyjątkowe i wspaniałe legendy argentyńskiego futbolu(przeczytajcie prosze w odpowiedzi na mój komentarz):
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

11

Legendy peruwiańskiego futbolu:

4 maja 1926 r. urodził się Valeriano López Mendiola, napastnik nazywanym ,,Tanque de Casma”. Uznawany za jednego z najważniejszych piłkarzy Peru, był wszechstronnym napastnikiem z doskonałym wykończeniem, pozycjonowaniem i umiejętnościami główkowania. W latach 1946–1960 rozegrał 207 meczów, aż do przejścia na emeryturę. Kariera Lópeza rozpoczęła się w peruwiańskim klubie Sport Boys w wieku 20 lat. Stał się bardzo skutecznym napastnikiem, zdobywając tytuł najlepszego strzelca ligi peruwiańskiej w trzech pierwszych sezonach (1946, 1947 i 1948) z 62 golami strzelonymi w 54 meczach! Po udanym początku w Peru, w 1949 roku López przeniósł się do kolumbijskiego klubu Deportivo Cali i pozostaje jednym z najbardziej kultowych piłkarzy tego klubu.

@Szalik
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

15

Wybitne legendy futbolu:

4 maja 1925 r. urodził się Jenő Buzánszky, jeden z najlepszych defensorów w dziejach futbolu. Buzánszky w wielkim stylu przyczynił się do największych sukcesów węgierskiej piłki nożnej w XX wieku - do zdobycia olimpijskiego złota w 1952 r. w Helsinkach, do wielkiego zwycięstwa nad Wielka Brytanią w 1953 r. w Londynie i do zdobycia wicemistrzostwa na mistrzostwach świata w Szwajcarii w 1954 r. Wystąpił w 274 meczach ligowych, 48 razy był reprezentantem kraju. Po zakończeniu kariery był trenerem wielu zespołów, ale nigdy nie przyjął propozycji zza granicy. W 1996 r. został wiceprezesem Węgierskiej Federacji Piłkarskiej (odpowiednik polskiego PZPN-u). Należał do najpopularniejszych węgierskich sportowców XX wieku. W 2011 r. otrzymał tytuł „Sportowca Narodu", a dwa miesiące przed śmiercią wybrano go na członka Związku Nieśmiertelnych Sportowców Węgierskich.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Szalik

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?