FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
11
Epokowy turniej w dziejach Dumy Katalonii:
16 grudnia 2009 r. FC Barcelona pokonuje FC Atlante 3:1 w półfinale Klubowych Mistrzostw Świata rozgrywanych w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Po 5 minutach meczu mistrz Ameryki Północnej prowadził po golu Rojasa, jednak w 35 minucie wyrównał Busquets. Po przerwie gole Messiego i Pedro zapewniły Blaugranie udział w wielkim finale. Gdyby ktoś chciał zobaczyć podaje link:
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
0
@Pedri16Future Powalony bo po chińsku i nic nie rozumieć!
12
Debiuty legend:
16 grudnia 1990 r. Josep Guardiola OFICJALNIE zadebiutował w barwach Blaugrana meczem z Cadiz CF na Camp Nou w ramach 15 kolejki La Liga(de facto Pep zadebiutował już 1 maja 1989 r. Guardiola miał szczęście ponieważ Amor pauzował za żółte kartki. Johan Cruyff dał mu od razu szanse w podstawowym składzie i nie omieszkał pochwalić go po meczu. ,,Zawsze należy być dumnym z pochwał, zwłaszcza jeżeli pochodzą od trenera. Jestem zadowolony ze swojej postawy, choć zawsze mógłbym zagrać lepiej. Byłem otoczony tyloma doskonałymi graczami, że trudno było zagrać źle w takim doborowym towarzystwie. Wszyscy mi pomagali i pozwoliło mi to dobrze wykonać swoją prace.’’– podsumował swój występ Pep. Guardiola zachował koszulke z debiutu ale mimo udanej gry był świadomy tego iż Amor wróci do składu w kolejnym meczu. ,,Czuję że od teraz będzie się ode mnie wymagać więcej na Mini Estadi(gdzie grywał w drużynie rezerw). Przeciwnicy będą mnie ostrzej atakować ale przyjmuje wyzwanie. Czuje że mogę być przydatny w pierwszym zespole’’- kontynuował Pep. Przypomnę tylko że mecz z Cadiz, Barça wygrała 2:0 a Pepito zagrał w nim pełne 90 minut. Jeszcze w owym sezonie Guardiola wystąpił w Primera Division trzykrotnie, natomiast od sezonu 1991/92 na stałe awansował do kadry Cruyffa. Jak widać ,,boski’’ Johan miał nosa i miał jaja zarazem aby dać zagrać Pepowi w meczu La Liga.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
0
@lucca87 Wychodze z założenia iż historia futbolu i wogóle ludzkości, to jedno z najważniejszych wartości w życiu człowieka. Zresztą na tej historii bazuje właśnie dzisiejszy futbol i nie da się od tego uciec...
14
Bodajże przedwczoraj przy okazji gola Angela Di Marii ktoś pytał co to jest gol olimpijski? Oto wyjaśnienie:
Gol Olimpijski:
Kiedy zwycięska ekipa Urugwaju wróciła z olimpiady w Amsterdamie w 1924 r., Argentyna zaproponowała rozegranie meczu towarzyskiego aby uczcić ten wielki sukces. Mecz odbył się w Buenos Aires a Urugwaj przegrał jednym golem, którego autorem był lewoskrzydłowy Cesareo Onzari. Uderzył piłke z rzutu rożnego a ta, niepokojona przez nikogo, wpadła do urugwajskiej bramki. To był pierwszy taki gol w historii futbolu! Urugwajczyków zamurowało a kiedy odzyskali mowe, zaczęli protestować, twierdząc że ich bramkarz Mazali został popchnięty, gdy piłka była w powietrzu. Arbiter nie uwzględnił tych protestów. Wówczas zdesperowani zawodnicy Urugwaju zaczęli go przekonywać że Onzari nie miał zamiaru strzelać bezpośrednio na bramke a piłke wepchnął do siatki podmuch wiatru. Gol ten, ze względu na jego nadzwyczajność, nazwano nieco ironicznie ,,olimpijskim’’. Do dziś tak właśnie nazywa się podobne gole, które padają jednak niezwykle rzadko. Onzari przez całe życie zapewniał że nie było w tym przypadku ale mimo upływu lat wątpliwości pozostały: za każdym razem, kiedy piłka uderzona z rogu wpada nietknięta do siatki, widzowie wiwatują ale tak naprawdę nie wierzą własnym oczom.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
@AFA90
0
Z jednej strony gra wygląda źle a chwilami nawet tragicznie. Z drugiej jednak strony wciąż ,,jesteśmy" w grze i nie odpadliśmy z żadnych rozgrywek, zwłaszcza La Liga jest sprawą całkowicie otwartą.
Generalnie jestem za zwolnieniem Xaviego ale czy już teraz!? Mam wątpliwości czy jest sens zatrudniania nowego trenera w połowie sezonu, który nie zagwarantuje nam..... no w zasadzie niczego nam nie zagwarantuje! Owszem Xavi też nie może nam niczego zagwarantować, tylko pytanie czy teraz nowy trener się sprawdzi, czy w tak krótkim czasie będzie w stanie ulożyć pod siebie drużyne i zdobyć jakiekolwiek trofeum ? Czy to aby nie ryzykowne posunięcie na teraz...?
11
Golazo Vareli:
Był rok 1943. Boca Juniors grała przeciwko ,,Maszynie” z River Plate. To był(i jest) prawdziwy argentyński klasyk. Boca przegrywała jednym golem, gdy arbiter podyktował rzut wolny na skraju pola karnego River. Wykonawcą był Carlos Sosa, który zamiast strzelać na bramke, dośrodkował, szukając Severino Vareli. Posłał jednak piłke za głęboko. Obrona River nie powinna mieć z nią żadnych problemów gdyż Severino był daleko. Jednak boiskowy weteran odbił się mocno i… szybując w powietrzu między obrońcami, zdołał jej sięgnąć i posłać wspaniałym uderzeniem do siatki obok bezradnego bramkarza. Kibice mówili na niego ,,Beret Widmo”, gdyż pojawiał się w powietrzu nieproszony i nie wiadomo skąd, by zagrozić bramce rywala. Severino miał już powyżej czterdziestki(!) i kilka tytułów zdobytych z urugwajskim Peñarolem, gdy przybywał do Buenos Aires ze swoją twarzą urwisa i białym beretem przyklejonym do głowy. W Boca Severino brylował ale w niedziele wieczorem, po meczu, zawsze wsiadał na statek do Montevideo by powrócić do swojej dzielnicy, przyjaciół i pracy w fabryce.
@AFA90
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
9
Niezrównany snajper:
W najgorętszym okresie wojny o Chaco(w latach 1932-35), gdy wieśniacy z Boliwii i Paragwaju szli na rzeź, paragwajscy piłkarze ruszyli na zagraniczne tournée. Jego celem była zbiórka pieniędzy dla rannych, którzy padali jak muchy na nieprzyjaznej pustyni, gdzie nie śpiewały ptaki i próżno było szukać śladów człowieka. W taki oto sposób Arsenio Erico pojawił się w Buenos Aires, by nigdy z niego nie wyjechać. Paragwajczyk został najlepszym strzelcem w historii Primera Division Argentina. W każdym sezonie strzelał średnio 40 goli! Stał się głównie wielką legendą Independiente Buenos Aires. Jego ciało kryło w sobie tajemnice, o których nie śnili lekarze. ,,Czarownik” ten potrafił wzbić się w powietrze bez najmniejszego odbicia a mimo to jego głowa zawsze była wyżej niż ręce bramkarza a jego nogi, pozornie nieruchome, w okamgnieniu potrafiły nadać piłce zawrotny pęd, który niósł ją nieuchronnie do bramki rywala. Erico często wbijał gole piętką a trzeba wiedzieć że w tym elemencie gry nie miał sobie równych. Kiedy Erico nie strzelał goli, podawał je jak na tacy swoim kolegom z drużyny. Catulo Castillo napisał nawet na jego cześć tango:
,,Musi upłynąć tysiąc lat, zanim znajdzie się ktoś, kto będzie podawał piłke głową lub piętką z taką samą wirtuozerią jak ty”.
Erico strzelał i podawał z wdziękiem baletmistrza. ,,Toż to prawdziwy Niżyński”- orzekł francuski pisarz Paul Morand, gdy zobaczył Paragwajczyka w akcji.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@KrychaFCB
@Kessie
@Lionel_Messi10
@AssisMoreira
@Arkon
7
Zapomniane, acz wspaniałe legendy polskiego futbolu:
15 grudnia 1937 r. w Chropaczowie urodził się Roman Lentner. Był pierwszym zawodnikiem, który dla Górnika Zabrze rozegrał 200 spotkań. Fenomenalnie uzdolniony, wyjątkowo szybki i świetnie wyszkolony skrzydłowy. Treningi zaczynał w klubie Czarni Chropaczów, do którego zapisał się kiedy miał 10 lat. Jako nastolatek wyjechał na kolonie do Karlina na Pomorzu. Dla rozrywki zorganizowano mecz pomiędzy kolonistami a miejscową drużyną, która występował w B-klasie. Nastolatkowie wygrali 17:0 a Lentner strzelił kilka goli. Działacze byli nim zachwyceni i szybko zadzwonili do domu, próbując przekonać rodziców, żeby chłopak mógł zostać. Zgodzili się i młody chłopak oprócz gry w piłkę pracował też w miejscowym PGR. W Karlinie spędził cztery lata i doszedł z zespołem do III ligi. Przez występy w reprezentacji LZS-ów województwa koszalińskiego dostrzegł go trener Michał Matyas. Szybko zaczął dostawać powołania na juniorskie zgrupowania a w 1956 r. wrócił na Śląsk. W meczu juniorów z Rumunią pokazał się z bardzo dobrej strony i zaciętą walkę o niego stoczył Górnik z Ruchem. W Górniku debiutował jeszcze jako junior. Znakomicie grał podczas tournée zespołu we Francji, dzięki czemu dostał szansę występu w słynnym meczu z ZSRR w Chorzowie. Jako skrzydłowy strzelił dla Górnika 87 goli w oficjalnych meczach a po jego podaniach dziesiątki bramek zdobywali jego koledzy. W 1960 r. pojechał z reprezentacją na igrzyska do Rzymu. Potrafił grać przeciwko silnym rywalom, w pamięci kibiców zapisały się jego dynamiczne rajdy bogate w efektowne dryblingi. W 1961 r. włoskie czasopismo zaliczyło go do szóstki najlepszych lewoskrzydłowych świata. Z Górnikiem ośmiokrotnie zdobył mistrzostwo Polski (1957, 1959, 1961, 1963, 1964, 1965, 1966 i 1967) i trzy razy puchar Polski (1965, 1968 i 1969). W 1969 r. był z zespołem na tournée w Ameryce Południowej. Podczas jednego z treningów złamał nogę. Złożono ją w kolumbijskim szpitalu, ale po powrocie do Polski okazało się, że zrobiono to źle i noga źle się zrosła. Chcieli mu ją łamać jeszcze raz, ale piłkarz się nie zgodził. Ból jednak stał się na tyle dokuczliwy, że nie potrafił biegać tak szybko jak wcześniej. Stracił swój największy atut i odszedł z Górnika. Trafił do Górnika Wesoła, ale tam sam wspominał, że to nie było już poważne granie i zakończył karierę. W Reprezentacji rozegrał 32 mecze, strzelając 7 goli.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
8
Quilmes AC, droga ku wiecznej chwale:
Początek sezonu Metropolitano 1978 nie był łatwy i po tym, jak w pierwszych 7 meczach udało się zdobyc zaledwie 6 punktów, duet trenerski Lopez i Caballero zrezygnował z dalszej pracy a ponieważ rok wcześniej ligowy byt Quilmes uratował Jose Yudica, postanowiono ściągnąć go do klubu jeszcze raz. Trener ten miał za sobą lata solidnej, choć niezbyt spektakularnej kariery piłkarskiej, najpierw w Newell’s, potem w Boca, Velez i Estudiantes, gdzie przez jakiś czas grał pod okiem trenera Osvaldo Zubeldii, określając go później jako ,,bardzo uczciwego faceta”. ,,Miałem już inną wizje piłki, choć z pewnością Zubeldia wyprzedzał swój czas i ciągle się rozwijał. Jego kazania były przydatne, choć tak naprawdę prawdziwe zmiany w argentyńskim futbolu zawdzięczamy Menottiemu”- opowiadał Yudica. Po odejściu z Estudiantes grał jeszcze w kilku mniejszych klubach a potem wyjechał do Kolumbii, gdzie zdobył mistrzostwo z Deportivo Cali. Kiedy wrócił do Quilmes miał 42 lata. ,,Yudica jest ze szkoły Newell’s Old Boys. To ojciec tych wszystkich gości typu Bielsa i Martino, łączących sexy futbol z poświęceniem”- mówił Hugo Tocalli, który przeszedł do Quilmes z Argentinos pod koniec 1977 roku. ,,Miałem szczęście grać z Maradoną w 1977 r. a potem być trenerem Messiego, kiedy po raz pierwszy dostał powołanie do reprezentacji juniorskiej ale w Quilmes też mieliśmy wyjątkowego piłkarza, o którym mało kto pamięta a zwał się Omar Hugo Gomez. To dzięki niemu trzy nasze ,,dziewiątki” zostawały królami strzelców i wyjeżdżały potem za granice. Kłopot w tym że jego życie prywatne było katastrofą”- wspominał Tocalli. Omar Gomez miał bujną grzywe, okrągłą twarz i szelmowski, niczym Wilimowski, uśmiech. ,,U Lopeza i Caballero trzeba było naprawdę ciężko pracować ale brakowało w tym radości. Zawsze trenowałem jak profesjonalista, harowałem ciężko ale przy takim wymagającym treningu potrzeba też trochę frajdy. W tym sensie ponieśli klęske. Radość była zakazana, co nastawiło piłkarzy przeciwko nim”- opowiadał Tocalli. ,,Yudica przywrócił drużynie radość grania. Pamiętaliśmy że rok wcześniej uratował nas przed spadkiem i w ogóle wiedzieliśmy co to za facet. Z nim byliśmy mocniejsi, widać to było z meczu na mecz. Co ważne, to że piłkarze mieli więcej frajdy, nie oznaczało że pracowali mniej niż poprzednio. W 1978 r. większość klubów dała swoim piłkarzom wolne na czas mundialu ale Yudica powiedział że jeśli będziemy dalej trenować, zyskamy nad pozostałymi wielką przewagę. Nie powiedział że nas ukarze albo że będzie patrzył krzywo na tych co nie będą przychodzić. Po prostu powiedział dobitnie to, co myśli i przekonał nas. Nikt, dosłownie nikt nie zrobił sobie wakacji. On naprawdę potrafił przekonywać w tej sytuacji tak samo jak przy okazji dowolnego meczu kiedy mówił: wygramy z nimi jeśli zrobimy to i to. Robiliśmy co nam mówił i wygrywaliśmy”- wspominał Omar Gomez.
Kluczem okazał się mecz z Independiente na 6 kolejek przed końcem sezonu. Quilmes wytrzymało straszliwy napór rywali i wygrało 1:0. ,,Wszyscy później mówili że mamy szczęście a szczęście sprzyja mistrzom. To był naprawdę trudny mecz. Independiente miało świetną ekipe a wygrywanie z ,,grandes” było wtedy piekielnie trudne. Jednak kiedy na boisku pojawił się Juan Carlos Merlo i strzelił gola, zrozumieliśmy że my też mamy dobrą drużynę. Byliśmy dobrze zorganizowani, trudni do pobicia, mogliśmy zwyciężyć z każdym i jeszcze mieliśmy szczęście. Od tamtej pory myśleliśmy co raz częściej że może nam się udać. Kiedy Boca też straciła punkty, do zdobycia mistrzostwa brakowało nam wyjazdowego zwycięstwa w ostatniej kolejce a rywalem było trenowane przez Griguola Rosario Central. Zanim wyszliśmy na boisko, Yudica powiedział że jesteśmy o krok od dotknięcia chmur i że sukces naprawdę leży w naszym zasięgu. To coś co piłkarze głęboko przeżywają: marzenie o sławie i chwale. Nie myśleliśmy o nagrodach albo czymkolwiek związanym z pieniędzmi. Myśleliśmy tylko o tym że możemy być mistrzami”- opowiadał Gomez. Piłkarze wydawali się zresztą zaskoczeni samym faktem że zaszli tak daleko, by marzenie o mistrzostwie stało się realne. Wcześniej podobna szansa nie stała się udziałem żadnego równie małego klubu. W prostolinijności z jaką podchodzili do tej kwestii było coś wspaniałego. Ze wszystkich rzeczy, które zaszczepił im Yudica, najważniejsza była wiara w siebie. ,,Sprawił że zaczęliśmy lepiej grać i przekonał nas że jesteśmy zdolni wygrywać. Pieniądze nie miały znaczenia. Wydaje mi się że za wygranie ligi dostałem jakieś 3 tysiące dolarów. Nie wystąpiłem we wszystkich meczach ale nie sądze żeby ci, którzy grali, zarobili więcej niż 10 tysięcy. Przed tamtym meczem z Rosario Central nikt nie pytał o premie”- wspominał Tocalli. Nerwy jednak dawały znać o sobie. Quilmes dwukrotnie przegrywało i dwukrotnie odrabiało straty dzięki rzutom karnym Adreuchiego a później w 52 minucie, 5 minut po tym, jak udało się doprowadzić do wyrównania, Jorge Gaspari zdobył gola, który zapewnił klubowi jedyny tytuł w dziejach od czasu przejścia na zawodowstwo. ,,Tego co czuliśmy nie da się opisać, to trzeba przeżyć. Tak, myśli się wtedy o ojcu, matce, żonie, synu i przyjaciołach, o radości, jaką czują w tym momencie ale tego co czuje się w ciele nie umiem opisać. Sam już nie wiesz kogo ściskać i co robisz, nie wiesz czy skakać, czy krzyczeć, czy powinieneś paść na ziemie, czy tańczyć”- podsumował uradowany Omar Gomez. Po tym sukcesie Quilmes miało tak mały budżet że kiedy pojawiła się poważna propozycja, w gruncie rzeczy musiał ją przyjąć. Gdy więc zgłosiło się grające w NASL Dallas Tornado, Omar Gomez został sprzedany. W tym zresztą kryje się odpowiedź na pytanie Tocallego dlaczego jego dawny kolega nie zyskał sławy na miare Maradony czy Messiego? Odpowiedź brzmi: najlepsze lata kariery spędził w USA…
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
9
Feliz cumpleaños panie Allanie!
15 grudnia 1952 r. urodził się Allan Simonsen. Duński napastnik przychodził do FC Barcelony w glorii i chwale po udanych latach spędzonych w Borussi Mönchengladbach. W RFN zdobył 3 mistrzostwa kraju i 2 puchary UEFA a indywidualnie wywalczył tytuł najlepszego europejskiego piłkarza 1977 r. Do Barçy trafił w miejsce Johana Neeskensa, gdyż w tamtych czasach w każdej drużynie mogło grać jednocześnie jedynie dwóch obcokrajowców. Filigranowy Duńczyk był świadomy odpowiedzialności, która na nim ciążyła: ,,Wiem jak ważny był Neeskens dla drużyny i jestem w stanie podjąć się wyzwania. Myślę że nie zawiodę kibiców. Chce być jednym z wielu i pomóc drużynie. Nie boję się ostrej gry rywali. Cruyff też był kryty bardzo krótko a w Barcelonie nie doznał poważnej kontuzji”. Simonsen miał racje w obu ostatnich aspektach. Prze 3 sezony w Blaugranie omijały go kontuzje, lecz brakowało jego indywidualnych popisów. 10 goli w sezonie nie było satysfakcjonującym wynikiem, jednakże Simonsen zapisał się na kartach historii klubu zdobywając gola w drugim zwycięskim finale Pucharu Zdobywców Pucharów na Camp Nou. Stał się w ten sposób pierwszym piłkarzem, który zdobywał gole w trzech finałach różnych pucharów europejskich. Duńczyk pożegnał się z Dumą Katalonii ze względu na transfer Diego Maradony. Zarząd zaproponował mu miejsce w klubie i ewentualną gre w przypadku kontuzji Argentyńczyka albo Niemca Schustera. Simonsen postanowił rozstać się z Barçą. W październiku 1982 r. sensacyjną oferte złożył mu Charlton Athletic, grający wówczas w drugiej lidze angielskiej. Wydawało się że Simonsen skusi się na propozycje Realu Madryt, Tottenhamu lub Sportingu Lizbona, jednak w końcu wybrał najsłabszą oferte pod względem sportowym. Charlton zapłacił ogromną jak na owe czasy kwotę 300 tys. funtów.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
1
@Comentateiro No powiedzmy ale tak napradwe bardzo jest mi żal Rakowa. Od samego początku walczył plus kontuzja najlepszego Lopeza a później drastyczny spadek jakości i formy...
1
Atalanta pokonuje w Bergamo Raków 2:0, natomiast w rewanżu Atalanta również pokonuje Raków i to 4:0! Mało tego, to pokonuje Raków grając rezerwowym składem! Coż to się porobiło? O co tu chodzi? Ja rozumiem że to Atalanta, że można przegrać z każdym ale aż 0:4(!) z rezerwowym składem u siebie? To jest wręcz jakiś dramat. Jeśli tak to ma wyglądać to lepiej niech pan Marek Papszun czym prędzej wraca do swojego klubu. A tak wogóle to do dzisiaj nie rozumiem po jaką cholere pan Papszun pożegnał ten klub?
9
Bravissimo! Szacunek dla Legii za charakter i walke.
Serdeczne gratulacje dla stołecznego klubu za awans do fazy pucharowej.
Teraz czekamy na miłą niespodzianke ze strony Rakowa Częstochowa. Polski futbol potrzebuje sukcesu, potrzebuje punktów do rankingu UEFA jak kania dżdżu...
8
Nie tylko dla sympatyków ,,Los Bosteros”:
14 grudnia 2003 r. CA Boca Juniors pokonało w rzutach karnych AC Milan w finale Pucharu Interkontynentalnego. Pirlo, Seedorf i Costacurta. To piłkarze, którzy nie strzelili rzutów karnych dla Milanu i Puchar Interkontynentalny(tak jak w 2000 r.) wywalczyła Boca Juniors. Po 120 minutach meczu w Jokohamie było 1:1, w karnych 3:1 dla Argentyńczyków. Milan przeważał niemal przez całe spotkanie, był blisko tego, by(jako pierwszy zespół na świecie) zdobyć to trofeum po raz czwarty. Poprzednio jako zdobywcy Pucharu Europy wygrywali rywalizację ze zdobywcami Copa Libertadores w 1969, '89 i '90 roku. Przegrywali w 1963, '93 i '94. W 24. minucie gola dla Włochów strzelił(z ośmiu metrów po bardzo dobrym podaniu Andrei Pirlo) Duńczyk Jon Dahl Tomasson. Wyrównanie padło pięć minut później - odbitą przez bramkarza Didę piłkę po uderzeniu Iarleya dobił pomocnik Matias Donnet. W kolejnej akcji Brazylijczyk Kaka z Milanu trafił piłką w poprzeczkę. W drugiej połowie doskonałych okazji dla Włochów nie wykorzystali Paolo Maldini i Kaka. Świetnie bronił Abbondanzieri. Tuż przed końcem rezerwowy argentyńskiej drużyny Carlos Tevez strzelił zaś tuż nad poprzeczką. W dogrywce Abbondanzieri kapitalnie wybronił strzał Andrija Szewczenki, a tuż przed końcem gola ze spalonego strzelił Filippo Inzaghi. Bramka nie została uznana. Milan, który w finale poprzedniej Ligi Mistrzów wygrał w karnych z Juventusem, w niedzielę gorzej wykonywał jedenastki niż Boca Juniors. Mistrz Argentyny wywalczył Puchar Interkontynentalny po raz trzeci. To także trzeci Puchar 54-letniego trenera zespołu z Buenos Aires Carlosa Bianchiego. Przed nim żaden szkoleniowiec tego nie dokonał. AC Milan - Boca Juniors 1:1 (1:1, 1:1) karne 1:3.
Gole: Tomasson (24.) / Donnet (29.)
Składy: AC Milan: Dida - Cafu, Costacurta, Pancaro, Maldini - Gattuso (102. Ambrosini), Pirlo, Seedorf, Kaka (78. Rui Costa) - Szewczenko, Tomasson (60. Inzaghi)
Boca: Abbondanzieri - Schiavi, Perea (73. Jerez), Burdisso, Rodriguez - Donnet, Cagna, Battaglia, Cascini - Schelotto (73. Tevez), Iarley
Pozdrawiam wszystkich ,,Xeneizes”
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
13
Bardzo szczęśliwy awans:
14 grudnia 2011 r. Wisła Kraków pokonała Twente Enschede 2:1 w ostatnim meczu grupowym Ligi Europy. Gole dla wiślaków strzelili: Garguła oraz Genkow. Honorowe trafienie dla holendrów zanotował Luuk de Jong. „Gdy się kończył mecz w Krakowie, to zapytałem się wydawcy, co się dzieje w Londynie. Powiedział, że jest 90 minuta, sędzia doliczył trzy, dalej jest 2:1 dla Fulham. W zasadzie mieliśmy schodzić z anteny, bo emisja na nas pokrzykiwała, żeby już oddać głos, natomiast ja się uparłem, żeby zatrzymać się do końca na tej antenie. No i nagle słyszę w słuchawkach, że jest 7 sekund do końca i padł gol! Odczekałem chwilę, żeby ktoś to jeszcze potwierdził, a potem powiedziałem: »Proszę państwa! Niesamowita sytuacja! Właśnie dostajemy informację: gol na 2:2 dla Odense! I to oznacza, że jeśli tam się nic nie zmieni, to Wisła będzie grać wiosną w europejskich pucharach!«” – tak wspominał ten wieczór Mateusz Borek, komentujący mecz dla Polsatu Sport. Sprawozdawca był w szoku, w szoku byli kibice pod Wawelem i w angielskiej stolicy. Nic bowiem się nie zmieniło i ekipie Fulham wymknął się z rąk pewny już awans. Drużyna Białej Gwiazdy wykorzystała zaś swoją szansę i wygrywając ostatni mecz w grupie, wyprzedziła londyńczyków o punkt. Miło jest przeżywać takie niespodzianki.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
1
@Comentateiro Dobrze prawisz kolego ale samo pozbycie się Xaviego to za mało! Trzeba absolutnie pozbyć się kilku partaczy na czele z Oriolem Romeu, Sergim Roberto, Marcosem Alonso czy też Robertem Lewandowskim a to na dzień dzisiejszy jest praktycznie nie możliwe, no chyba że sami zrezygnują w co bardzo wątpie(chodzi mi o ich kase). Poza tym nowy trener zwłaszcza z zewnątrz potrzebowałby dłuższego czasu no i właśnie porządnych zawodników, głównie na Lige Mistrzów. Obawiam się że sam impuls by tutaj nie wystarczył a na schematy potrzeba czasu...
11
Kultowa papierowa serwetka:
14 grudnia 2000 r. Jose Maria Minguella dzwoni do Carlesa Rexacha. Umawiają się w restauracji ,,Real Sociedad de Tenis Pompeya” na wzgórzu Montjuïc aby negocjować pierwszy w życiu kontrakt Lionela Messiego. Przy stole znajduje się także Horacio Gaggioli, który wtedy reprezentował rodzinę Messi. To on najbardziej nalegał: ,,Charly, dotarliśmy już tak daleko. Albo się decydujesz, albo chłopak idzie do innego klubu… - wspomina Gaggioli i dodaje – To nie było kłamstwo… Rozpoczeliśmy już negocjacje z Realem Madryt”. ,, Nie ufali ani mnie, ani Barcelonie. Prosili o zobowiązanie na piśmie albo wszystkie rozmowy uznawali za zakończone. Dla mnie było jasne(mówi Carles Rexach) że ten chłopak nie mógł nam się wymknąć a zatem chwyciłem papierową serwetke i napisałem coś takiego że klub zobowiązywał się do przyjęcia Leo Messiego, jeśli ustalone warunki zostaną zaakceptowane. Podpisałem i mu wręczyłem”. Papierowa serwetka została podpisana również przez Minguellę i Gaggioliego(starannie przechowywana do dziś relikwia), słowo honoru, które oczywiście nie jest wystarczające. Przed spakowaniem rzeczy i odlotem do Barcelony, rodzina Messi chce określonych gwarancji. Zaczynając od opłaty za podróż, przez mieszkanie i pracę dla Jorge, który aby towarzyszyć swemu synowi i całej rodzinie, musi porzucić zatrudnienie w Acindar. Rexach usilnie pracuje żeby rozwiązać wszystkie problemy, jednak nie jest łatwo. ,,Na oczątku nie mogliśmy mówić o kontrakcie. To był chłopiec, który miał grać w zespole Infantil ale był to transfer, którego musieliśmy dokonać i go dokonaliśmy”- wspomina Rexach. 8 stycznia 2001 r. w innej restauracji w Barcelonie, Via Veneto, obie strony dochodzą do finałowego porozumienia. Joan Lacueva, były pracownik Espanyolu a wtedy dyrektor generalny odpowiedzialny za szkółke, spotyka się z Rife, koordynatorem cantery. Jest przekonany że z myślą o przyszłości klub dołoży wszelkich starań aby pozyskać Messiego. Prosi więc o raport Rexacha a ten rozentuzjazmowany pisze jedynie że Messi jest acollonant(rewelacyjny). W ten sposób do Jorge Messiego wysłane zostają dwa listy: jeden od Rexacha. Który potwierdza sportowe porozumienia, jakie wcześniej uzgodniono w Barcelonie i drugi od Lacuevy, odnośnie ustaleń finansowych. W środku szczegóły dotyczące wynajmu mieszkania, szkoły i 7 milionów peset, które ma otrzymać ojciec piłkarza jako honorarium za pracę w szkółce, sposób jak każdy inny, by płacić pewną kwote chłopcu, który w innym wypadku mógłby jedynie ubiegać się o stypendium szkolne. Dokument, który wystarcza aby przekonać familie Messi do spakowania walizek. 15 lutego 2001 r. cała rodzina ląduje na katalońskim lotnisku.
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
0
@Faro Przecież one się zakończyły 2 grudnia a Hiszpania odpadła bodaj w ćwierćfinale więc już jakiś czas temu. Marc Guiu mógł już dużo wczesniej zagrać niż wczoraj...
9
Czy któryś z bramkarzy Blaugrany skopiuje kiedykolwiek wyczyn ,,El Divino”?
14 grudnia 1919 r. FC Barcelona pokonała na Camp del Carrer Indústria lokalnego rywala FC Internacional 2:1 w 6 kolejce mistrzostw Katalonii. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt że jednego z goli dla Blaugrany z rzutu karnego zdobył… Ricardo Zamora! Tak, tak, jeden z najlepszych bramkarzy w historii futbolu dokonał tego jako jedyny golkiper w historii Barçy. Swoją drogą bardzo jestem ciekaw jak by wyszedł taki rzut karny ter Stegenowi, który przecież dosyć dobrze gra nogami, nieprawdaż? A może Iñaki Peña w jednej z pierwszych rund Copa del Rey? Pytanie tylko czy będzie taka okazja i czy pozwoli na to Xavi(?) jeśli jeszcze będzie trenerem…
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
0
@Faro na jakich mistrzostwach?
3
Mark Guiu(czy jak tam się pisze) uratował nam 3 punkty strzelając gola w meczu z Athletic Bilbao a następnie... przepadł! Ten błyskotliwy i utalentowany piłkarz powrócił do łask ponownie wczoraj. Efekt? Kolejny gol. Już choćby ten fakt źle świadczy o Xavim, który powinien odważniej stawiać na wychowanków. Tak czy inaczej, czy tego chcemy czy nie, Xavi musi odejść...
1
@Pawel13sz Ale i tak mi to nic nie mówi?
3
Vamos Barcunia!
Vamos a ganar!
1
@Pawel13sz Kim jest do diaska ten Ford?
9
Flamengo po raz pierwszy i ostatni:
13 grudnia 1981 r. CR Flamengo pokonało Liverpool FC 3:0 w finale Pucharu Interkontynentalnego rozgrywanego w Tokio i po raz pierwszy w historii sięgnęło po to trofeum. Piłkarzem meczu wybrany został Zico. Flamengo do samego początku było lepsze od Liverpoolu. Świetna gra oraz dryblingi Zico sprawiały ogromne trudności angielskim obrońcom. Już w 12 minucie spotkania Zico zagrał prostopadłe podanie do Nunesa, błąd popełnił jeden z obrońców Liverpoolu i Nunes w sytuacji sam na sam z Gobbrelaar zdobył bramkę. Fani Flamengo wiedzieli, że padnie bramka zanim piłka wpadła jeszcze do siatki. Po zdobyciu bramki Nunes z otwartymi ramionami podbiegł w kierunku Júniora. Po meczu trener Liverpoolu, Bob Paisley powiedział: "Nadal nie rozumiem, gdzie powstała dziura, po której padła pierwsza bramka." I nie tylko Anglicy nie mogli pojąć fenomenalnego zagrania zawodników Flamengo. Wszystko zaczęło się od Andrade, który rozpoczął kontratak, później piłkę otrzymał Nunes, który podał do Adílio a ten ponownie oddał ją Nunesowi, który odegrał piętką do Mozera, który oddał ją Zico. Następnie Nunes ściągając na siebie dwójkę obrońców pobiegł w pustą przestrzeń, którą sam sobie stworzył, otrzymał piłkę i pokonał bramkarza. Druga bramka padła po stałym fragmencie gry. Zico wykonywał rzut wolny tuż przed polem karnym, po jego strzale piłka odbiła się od Gobbrelaara, który popełnił błąd i spadła pod nogi Adílio, który podwyższył na 2:0. Flamengo nadal atakowało i stwarzało sobie kolejne bramkowe szanse. Zico grał jak natchniony, raz za razem ośmieszał rywali swoimi bajecznymi dryblingami. Jedna z jego wspaniałych akcji zakończyła się trzecia bramką. Zico ograł jednego z rywali i podał do nie pilnowanego Nunesa, który strzałem po ziemi w długi róg po raz drugi pokonał Gobbrelaara.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
2
@FCBparasiempre
W kolejnych latach Stefan Kisieliński był zazwyczaj podstawowym bramkarzem „Czarnych Koszul”. Najwięcej meczów (21) rozegrał dla nich w sezonie 1928. Swoją kapitalną dyspozycję potwierdził m.in. w meczu wyjazdowym z Ruchem Wielkie Hajduki (zwycięstwo 2:1). „Polska Zachodnia” nie szczędziła pochwał golkiperowi gości, pisząc: „Kisieliński zawsze jest na miejscu i swemi wybiegami oraz ofiarną grą – nie dopuścił do wyrównania”, a potem dodając: „Kisieliński swą pewną i brawurową grą wzbudzał zachwyt. Kilkakrotne rzucanie się pod nogi przeciwnikom, mogło go jednak wiele kosztować”. To ostatnie zdanie zdaje się wyjaśniać powody częstych kontuzji Kisielińskiego. Jedna z nich przytrafiła się mu podczas meczu z Wisłą Kraków 17 maja 1928 r. Jeśli wierzyć relacji „Czasu”, Kisieliński był nieustannie atakowany przez Józefa Kotlarczyka, który preferował nadzwyczajnie agresywny styl gry. W pewnym momencie gracz „Białej Gwiazdy” „sfaulował go [Kisielińskiego] tak dobitnie, że aż pogotowie rat. zabrało Kisielińskiego z boiska”. „Naprzód” uderzył wręcz w kombatanckie tony, sugerując, że: „prokuratura winna wytoczyć mu [Kotlarczykowi] dochodzenie o ciężkie i rozmyśle uszkodzenia ciała”. Gracz Wisły Kraków widocznie tym się absolutnie nie przejął, skoro kilka miesięcy później złamał nogę bramkarzowi TKS Toruń, Antoniemu Kellerowi. Na szczęście kontuzja nie okazała się zbyt poważna i miesiąc później Kisieliński otrzymał kolejne zaproszenie do reprezentacji Polski. Ten ruch selekcjonera nie wzbudził żadnych kontrowersji w przeciwieństwie do zaangażowania innego bramkarza, Emila Görlitza. „Kurier Poznański” wypowiadał się o powołaniach do kadry w następujący sposób: „Zestaw ten budzi bardzo poważne zastrzeżenia, przede wszystkim Goerlitz nie nadaje się obecnie na bramkarza, co uznała już macierzysta drużyna, przesuwając go na inne pozycje, powinien tu stanąć Kisieliński”. Niemniej jednak 1 lipca 1928 r. w meczu ze Szwecją w polskiej bramce stanął nie Emil Görlitz, a Stefan Kisieliński. Spotkanie to odbywało się na stadionie w Katowicach. Żeby przyciągnąć na stadion jak największe tłumy, zarząd Śląskiego Związku Piłki Nożnej zorganizował nawet przedsprzedaż biletów dla bezrobotnych. Mecz obfitował w wiele emocji i zakończył się triumfem Polaków 2:1. „Zdrój” konstatował: „Pod względem taktycznym i technicznym górowali Polacy, którzy w swych szeregach mieli wybitne jednostki jak Kisielińskiego, Stalińskiego, Kotlarczyka i Karasiaka. Szwedzi zaś takich wybitnych piłkarzy w swych szeregach nie mieli”. Jak się później miało okazać, był to ostatni mecz Stefana Kisielińskiego w reprezentacji Polski. Wróciwszy do Warszawy, doczekał się otwarcia nowego stadionu Polonii przy ul. Konwiktorskiej. Stadion poświęcił ksiądz Jan Mauersberger, a jedno z uroczystych przemówień wygłosił pastor August Loth, łączący niegdyś funkcję prezesa Polonii Warszawa z rolą protestanckiego duchownego. Jak widać, Polonia cieszyła się również bardzo dużym zainteresowaniem ze strony duchownych. Tuż przed rozpoczęciem spotkania samolot zrzucił na boisko pęk kwiecia i piłkę. Zawodnikom towarzyszył również wielki zegar firmy Omega, który zawieszono już wcześniej. Zawodnicy nie stanęli jednak na wysokości zadania i mimo wielkich oczekiwań, polegli na placu boju z Wisłą Kraków 2:7. Feralne w skutkach wydarzenie nastąpiło 7 października 1928 r. w meczu Pogoni Lwów z Polonią Warszawa. Kisieliński „zawalił” ostatnią bramkę, która zadecydowała o zwycięstwie lwowian nad warszawianami 4:3. Postawę Kisielińskiego „Wiek Nowy” ocenił następująco: „Puszczając tę bramkę, przekreślił swą całą dobrą markę”. Po tym spotkaniu Kisieliński rozegrał jeszcze tylko jeden mecz w sezonie 1928. Niemniej jednak główny bohater tego artykułu w następnych latach wciąż rozgrywał wiele meczów dla warszawskiej Polonii. W początkowej fazie sezonu 1929 nie mógł jednak występować w niektórych spotkaniach Polonii ze względu na to, iż uczęszczał na kursy Państwowego Urzędu Wychowania Fizycznego, a ich uczestnicy mieli zakaz gry. Dlatego też w meczach z Cracovią i Czarnymi Lwów wystąpił pod pseudonimem „Zahorski”. „Kurier Sportowy” dowodził, iż mimo fatalnej gry Polonii, sam bramkarz znajduje się w „doskonałej formie”. Cóż z tego jednak, jeśli Polonia po porażce z Wartą Poznań osiadła na samym dnie tabeli i czynnie włączyła się do walki o spadek z I ligi. Na szczęście dla „Czarnych Koszul”, piłkarze wzięli się w garść i utrzymali ostatecznie klub w I lidze. W 1930 r. Kisieliński pokazywał swoje nietuzinkowe umiejętności również za granicą. Tak się składa, iż Polonia rozegrała wówczas kilka spotkań w Austrii. 7 czerwca podczas meczu z SK Post Wiedeń Kisieliński pod koniec pierwszej połowy został przypadkowo poturbowany przez jednego z obrońców Polonii. Skutkiem tegoż zderzenia był złamany nos i natychmiastowa interwencja medyczna. Niemniej jednak uwagę „(Wiener) Sporttagblatt” zwróciła nie tylko feralna kontuzja golkipera, ale także jego znakomita dyspozycja sportowa. Jak zauważono: „Kisieliński bardzo dobrze rozumie swój fach”, a „Kornijewski, który go zastąpił w drugiej połowie, nie zbliżył się wystarczająco w swych umiejętnościach do Kisielińskiego”. Wiadomo również, iż ,,torman” otrzymał wówczas jeszcze jedno powołanie na mecz reprezentacji Polski ze Szwecją w 1930 r., aliści w nim nie wystąpił.
W 1931 r. zawodnik przeszedł do historii w dość niechlubny sposób. Otóż stał się w tamtym sezonie I ligi bramkarzem, który puścił najwięcej goli w trakcie jednego meczu (aż 8). Z drugiej strony obronił 2 rzuty karne (po jednym w meczach z tym samym przeciwnikiem, Lechią Lwów), a jedna z tych interwencji zapewniła Polonii zwycięstwo. Media również przedstawiały tormana w korzystnym świetle. Oczywiście Kisieliński nie byłby sobą, gdyby po raz kolejny nie doznał jakiejś kontuzji. Podobnie, jak w zeszłym roku, złamał kość nosową, a poza tym stwierdzono u niego stłuczenie głowy. Ostatnie spotkania w barwach Polonii zanotował w 1932 r. Dzięki ukończeniu kursu Państwowego Urzędu Wychowania Fizycznego w 1929 r. piłkarz uzyskał możliwość nauczania w szkole średniej. Przez kilka lat pełnił funkcję nauczyciela wychowania fizycznego w Gimnazjum im. Adama Mickiewicza w Katowicach, był tudzież instruktorem wychowania fizycznego w Wydziale Oświecenia Publicznego w Katowicach. Tytułowano go profesorem. „Polonia” w kwietniu 1934 r. rozpisywała się o nim w kontekście zjazdu nauczycieli wychowania fizycznego na Śląsku, któremu sam przewodniczył. Pisywał również artykuły dla „Polski Zachodniej” i ukończył historię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Za swoje osiągnięcia otrzymał w listopadzie 1933 r. Srebrny Krzyż Zasługi. Kiedy 1 września 1939 r. wybuchła II wojna światowa, Kisieliński nie pozostał bierny i podjął walkę o swoją ojczyznę. Uczestniczył w kampanii wrześniowej w randze porucznika rezerwy 3. pułku ułanów śląskich. Nietrudno zgadnąć, że wkrótce wpadł w niemieckie sidła i trafił do niewoli. Przewinął się przez wiele obozów pracy, aż we wrześniu 1942 r. zakotwiczył w oflagu IIc w Woldenburgu (dzisiejszy Dobiegniew na Pomorzu Zachodnim). Bardzo wiele ciekawych informacji o panujących warunkach oraz organizowaniu życia sportowego w obozie podawały „Wiadomości Zagłębia” w 1966 r. Na jeden barak zazwyczaj przypadało 180 osób, wśród których bardzo łatwo rozprzestrzeniała się gruźlica. Życie w tych niegodziwych warunkach przysparzało więźniom sporo cierpienia. Jednym z niewielu ukojeń mógł być dla nich sport, który pozwalał przynajmniej chwilowo zapomnieć o swoim przykrym położeniu. Niemcy nie przeszkadzali w organizowaniu życia sportowego na terenie oflagu. Sir Stanley Rous zwykł kiedyś mawiać: „Jeśli lekkoatletykę określa się zaszczytnym mianem królowej sportu, to monarchą popularności może być tylko futbol…”. Podobnie rozumowali więźniowie, którzy zgodnie z tą maksymą uprawiali przede wszystkim piłkę nożną. Sami podjęli się nawet budowy boiska. Na terenie obozu powstało kilka drużyn, które uwzględniały podziały dzielnicowe (np. Wawel, Lwów) oraz zawodowe (np. marynarze). Jednym z graczy był nie kto inny, jak Stefan Kisieliński. Niestety nie ujawniono jego przynależności drużynowej w rzeczonym artykule. Mecze cieszyły się niezmienną popularnością. Uczestniczyli w nich również późniejsi politycy, pisarze i architekci. Jak pisały „Wiadomości Zagłębia”: „Każdy mecz był wielkim przeżyciem dla polskich jeńców. Oklaskiwano żywo każdą udaną akcję. Było dużo serdecznych wzruszeń i łez. Długo potem w barakach, gdy zapadała noc, nasi żołnierze dzieli się swoimi wrażeniami”. Nie ulega wątpliwości, że zmagania sportowe pozwoliły im przetrwać ten najtrudniejszy czas w życiu. W 1945 r. II wojna światowa wprawdzie dobiegła końca, jednakże tragedia Polski się nie skończyła. Znalazła się ona w okowach innego światowego mocarstwa, mianowicie ZSRR. Kisieliński, wyszedłszy na wolność, zaczął szukać pracy. Został wizytatorem szkół w Katowicach. W dalszym ciągu zajmował się jednak sportem, mocno przyczyniając się do odbudowy sportowych struktur na Górnym Śląsku. Odbył też pewną podróż sentymentalną, wybierając się w czerwcu 1945 r. na katowicki stadion, aby zobaczyć mecz swojej dawnej drużyny, Polonii Warszawa z Pogonią Katowice. Zdaniem „Trybuny Robotniczej” wciąż była to „znana powaga naszego województwa”, co najlepiej oddaje status Kisielińskiego. Komuniści wiedzieli, że jest on bardzo sprawnym organizatorem, który mógłby przyczynić się do rozwoju polskiego sportu. W 1946 r. został mianowany dyrektorem Wojewódzkiego Urzędu Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Obronnego w Katowicach. Poza tym zaczął pełnić funkcję wiceprezesa Polskiego Związku Narciarskiego. W tym samym roku kierował również wyprawą drużyny śląsko-małopolskiej do Szkocji. Ta rozegrała na Wyspach Brytyjskich kilka spotkań, które pozwoliły nabrać polskim piłkarzom potrzebnego doświadczenia. Walter Brom, Mieczysław Gracz czy Tadeusz Parpan zaimponowali działaczom szkockim tak bardzo, iż ci zaproponowali im grę w swoich klubach.
Kisieliński przedstawił również ciekawą koncepcję reorganizacji rozgrywek I ligi. Jego propozycja zakładała funkcjonowanie na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Polsce aż 24 zespołów z różnych okręgów. Zgodnie z jego projektem I liga miałaby zostać podzielona na grupę północną i południową. Do każdej z nich trafiłoby po 12 klubów. Ligę północną miałyby stanowić: 3 kluby śląskie, 2 kluby poznańskie i po 1 klubie: wrocławskim, szczecińskim, częstochowskim, pomorskim, zagłębiowskim, kieleckim oraz radomskim. W lidze południowej swoje spotkania miałyby natomiast rozgrywać: 3 kluby krakowskie, po 2 kluby warszawskie i łódzkie, a także 1 klub: gdański, rzeszowski, lubelski, tarnowski i przemyski. Zwycięzcy obu grup powinni według koncepcji Kisielińskiego rozegrać między sobą 2 mecze, które zadecydują o tytule mistrzowskim. Projekt ten nie zyskał jednak uznania w oczach działaczy PZPN. Po rezygnacji Henryka Reymana z funkcji selekcjonera reprezentacji Polski, najpoważniejszym kandydatem na to stanowisko został Stefan Kisieliński. Jak dowodził dziennikarz „Sportu”: „Naszym zdaniem, na stanowisko kpt. Związkowego z wymienionej trójki kandydatów największe szanse ma prof. Stefan Kisieliński, którego przeszłość sportowa (reprezentacyjny bramkarz Polski, profesor wychowania fizycznego, wreszcie dyrektor Woj. Urz. WF i PW w Katowicach) daje pełną rękojmię należytego wywiązania się z obowiązków, jakie ciążą na kapitanie PZPN”. Ostatecznie były zawodnik Polonii Warszawa nie otrzymał wtedy godności selekcjonera. Jak życie miało pokazać, na to jednak jeszcze przyjdzie czas. Kisieliński pozostał obserwatorem polskiej piłki. Na łamach „Sportu” opublikował artykuł pt. „Problemy piłkarskie”, w którym opisywał różne systemy gry, ale także bardzo krytycznie oceniał nie tyle stan polskiej piłki, ile mentalność naszego społeczeństwa. Świadczą o tym najlepiej jego słowa: „My Polacy nie kochamy systematycznej, żmudnej pracy. My wolimy improwizować”. Chwilę później dodał: „Jeśli idzie natomiast o umiejętności taktyczne w grach, o wprowadzenie jakiegoś systemu do gry, to stoimy daleko w tyle za innymi usportowionymi narodami”. Żeby była jasność, Kisieliński pisał o tym nieraz. Co ciekawe, już w tamtych czasach toczyła się zażarta dyskusja o narodowość selekcjonera reprezentacji Polski. Niektórzy uważali, że przydałby się nam fachowiec z zagranicy, inni natomiast opowiadali się za polskim szkoleniowcem. W międzyczasie przewinęło się przez naszą kadrę kilku szkoleniowców, ale żaden z nich nie spełnił pokładanych w nim nadziei. W lutym 1949 r. utworzono „kapitanat” złożony z kilku trenerów, w tym Stefana Kisielińskiego. Przewodnictwo nad tym dziwacznym tworem otrzymał Mieczysław Szymkowiak. Andrzej Gowarzewski stwierdził, iż nie ma pojęcia, jak ważną rolę odgrywał w nim były bramkarz Polonii Warszawa. W każdym bądź razie jeździł on na mecze i przyglądał się formie poszczególnych zawodników. Swoje uwagi zapisywał w notesie, który pokazał pewnego razu dziennikarzom. Szkopuł w tym, że zapisane w nim informacje potrafił odczytać chyba tylko on jeden. Jak pisał „Sport”: „Patrzymy długo, ale niestety niewiele możemy zrozumieć. Jakieś rubryki wzdłuż i wszerz powypełniane tajemniczymi cyframi obok nazwisk, jednym słowem abrakadabra niezrozumiała dla zwykłego śmiertelnika”. Kisieliński na łamach „Sportu” najmocniej krytykował napastników reprezentacji. Kiedy boczni pomocnicy obniżyli loty w meczu z Czechosłowacją, trener starał się ich bronić, sugerując, że to wina formacji ataku. W żadnym z napastników nie dostrzegał wyszkolenia technicznego, warunków fizycznych czy kondycji. Twierdził, iż istnieje nieodparta potrzeba eksperymentowania w tej formacji. W następnym spotkaniu z Albanią w Warszawie Polska odniosła już zwycięstwo 2:1, jednak napastnicy znowu kompletnie zawiedli. Wyniki osiągane przez naszą reprezentację na nikim nie robiły wrażenia. W 1950 r. już nawet nie potrafiliśmy pokonać Albanii. Niemniej jednak bezbramkowy remis z tym rywalem można by sarkastycznie uznać za sukces, zważywszy na fakt, że 3 lata później nawet to nam się nie uda. Leopold Tyrmand wtedy napisze: „Mało co drażni mnie bardziej od dewaluacji Polaków w sporcie”. A ta niestety już wcześniej była widoczna aż nadto. Rozegrany w październiku 1950 r. mecz z Czechosłowacją (porażka 1:4) był ostatnim, w którym Kisieliński zasiadł na ławce rezerwowych jako członek „kapitanatu”.
Później został przewodniczącym sekretarzem Głównego Komitetu Kultury Fizycznej (GKKF). Mocno zaangażował się w wykonywanie swoich nowych obowiązków. Gościł narciarzy z NRD w Zakopanem i uczestniczył w organizowaniu ich wspólnego treningu z narciarzami polskimi. Jeszcze pod koniec lutego 1951 r. osobiście dokonywał ceremonii zamknięcia Zimowych Mistrzostw Polski Zrzeszeń Sportowych. Zapewne nie zdawał sobie wówczas sprawy z tego, że to będą ostatnie dni jego życia. Wydaje się, iż Kisieliński początkowo musiał być w dobrej komitywie z komunistami, skoro uzyskiwał całkiem znaczące stanowiska. W swoich wypowiedziach dla prasy zdawał się także wychwalać panujący ustrój, jednakże tutaj radziłbym zachować pewną ostrożność w ocenie, gdyż czasami była to gra pozorów. Faktem jest, iż w pewnym momencie wybuchł konflikt między nim a komunistami. Jak dowodził w swoim tekście Jacek Kurek, dawny gracz warszawskiej Polonii w 1951 r. dowiedział się o nieprawidłowościach finansowych w trakcie organizacji spartakiady zimowej w Zakopanem. W sprawę mieli być zamieszani działacze SB, którzy grozili Kisielińskiemu. Wielokrotnie lądował także na dywaniku u Komitetu Centralnego PZPR. 9 marca 1951 r. został znaleziony martwy w wannie. Andrzej Gowarzewski ironicznie stwierdzał, że objął posadę sekretarza GKKF „chyba tylko po to, aby zaszczuty przez ‹‹bezpiekę›› popełnić w swym pokoju w warszawskim hotelu ‹‹Bristol›› tajemnicze samobójstwo, w co najbliżsi nigdy nie uwierzyli”. Śmierć Stefana Kisielińskiego do dziś pozostaje jedną z tajemnic historii. Stefan Kisieliński był bardzo wszechstronnym sportowcem. Uprawiał głównie piłkę nożną, ale nie gardził również lekkoatletyką i narciarstwem. Należał do czołowych polskich bramkarzy okresu XX-lecia międzywojennego. Swoją świetną grą przykuwał uwagę zagranicznych korespondentów. Kiedy polska piłka była w permanentnym kryzysie, Kisieliński już jako trener dwoił się i troił, aby ją odbudować. Ponadto z jego felietonów przebrzmiewają duże pokłady inteligencji jako człowieka. Pod koniec życia pokazał, że wyznawał w życiu pewne zasady i za nie najprawdopodobniej oddał swe życie. Co by o nim nie mówić, jest to niesamowicie intrygująca postać, o której wypada wspominać.
7
@FCBparasiempre
Przez historię polskiego futbolu przewinęło się wielu zawodników, którzy mimo osiąganych sukcesów, nie zdołali zaistnieć na dłużej w powszechnej świadomości. Bez wątpienia duży wpływ na zaistniały stan rzeczy miał upływ czasu, który sprzyjał zacieraniu pamięci o przedwojennych sportowcach. Poza tym warto odnotować, iż polskie władze komunistyczne nieraz starały się wręcz celowo skazywać niektórych z nich na zapomnienie. Jedną z takich postaci był Stefan Kisieliński, który został zaliczony przez Jacka Kurka do grona „piłkarzy wyklętych”. Stefan Kisieliński przyszedł na świat 13 grudnia 1901 r. w Morawskiej Ostrawie. Miejsce urodzenia może pozornie zaskakiwać. Jak sama nazwa wskazuje, miasto to znajdowało się na Morawach. Niewiele osób wie, iż na przełomie XIX i XX w. zamieszkiwało go wiele osób utożsamiających się z polską kulturą. Według austriackiego spisu ludnościowego z 1900 r. Polacy stanowili aż 20,8% mieszkańców Morawskiej Ostrawy! O tak licznym zaludnieniu miasta przez Polaków decydowała bliskość geograficzna Śląska Cieszyńskiego i Galicji, które razem z Morawami stanowiły wówczas część monarchii austro-węgierskiej. Przynależność do jednego państwa ułatwiała im wewnętrzną migrację do bardziej uprzemysłowionych terenów. Morawska Ostrawa stanowiła łakomy kąsek szczególnie dla polskich robotników, liczących na lepszy byt. Nie przybywali tutaj jednak tylko i wyłącznie robotnicy, ale także np. urzędnicy. Jednym z nich był ojciec Stefana Kisielińskiego, Adam. Rodzina Kisielińskich bardzo szybko wyniosła się jednak z Morawskiej Ostrawy i zamieszkała w Galicji. Młodszy o 6 lat brat Stefana, Walerian, urodził się już w Brzezince. Ich ojciec figuruje w austriackim periodyku „Almanach der k. k. österreichischen Staatsbahnen” jako pracownik sekcji utrzymania kolei państwowych w Oświęcimiu w latach 1908-1914. Sam Stefan uczęszczał natomiast do szkoły podstawowej w Oświęcimiu oraz szkoły wydziałowej w Krakowie. 28 lipca 1914 r. wybuchła I wojna światowa. Wiele osób myślało, że zmagania wojenne zakończą się jeszcze przed Bożym Narodzeniem, ale walki niemiłosiernie się dłużyły. Co gorsza, Galicja była w tym czasie mocno przetrzebiona przez wojska rosyjskie. Do Oświęcimia wprawdzie nie dotarły, ale i tam dało się wyczuć zapach wojny. Można było w tym mieście spotkać wielu żołnierzy monarchii habsburskiej, co przytrafiło się także Stefanowi Kisielińskiemu. Co istotne, dzięki jednemu z nich zakiełkowała w chłopcu pasja do narciarstwa, które w przyszłości będzie miało dla niego nie mniejsze znaczenie niż piłka nożna. Po latach wspominał: „Było to w czasie [I] wojny światowej. Przez miasto nasze przechodził oddział piechoty górskiej. Żołnierze nieśli na ramionach jakieś długie pozakrzywiane deski […] poprosiłem go, by mi wytłumaczył, do czego służą te deski, co się z tym robi, dlaczego są takie wyjęte? Za chwilę, w czasie postoju oddziału, gdy żołnierz ów przywołał mnie do siebie, stawiałem już pierwsze kroki na olbrzymich nartach”. Nieco później żołnierz miał zadać mu pytanie, czy na pewno chce spróbować. Jak stwierdził sam zainteresowany: „Propozycję oczywiście przyjąłem z entuzjazmem i… od tej chwili marzyłem o tym, aby posiadać takie deski i umieć na nich jeździć”. Wracając do I wojny światowej, przyniosła ona ludzkości ogrom przykrych doświadczeń. Niemniej jednak przyczyniła się do powstania wielu nowych państw, w tym Polski. Młody Stefan, wychowywany przez rodziców w duchu patriotycznym, przystąpił w 1918 r. do Polskiej Organizacji Wojskowej (POW). Później jako żołnierz 9. pułku ułanów mazowieckich uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Triumf odniesiony przez naszych rodaków zadecydował o zachowaniu niepodległości państwa polskiego. W takich okolicznościach Stefan Kisieliński stawiał swoje pierwsze kroki w seniorskiej piłce. Jego macierzystym klubem była Soła Oświęcim, w której występował od 1919 r. Koniecznie trzeba w tym miejscu odnotować fakt, iż osobiście położył podwaliny pod istnienie tego klubu. Swoją przygodę z futbolem rozpoczynali w tym zespole również bracia Stefana, Walerian i Czesław. Stefan i Walerian reprezentowali rzeczoną drużynę do 1924 r. Do dziś stanowią jedynych graczy Soły Oświęcim, którym udało się później zagrać w reprezentacji Polski.
Następnym przystankiem Stefana okazał się Bielitz SC, jednakże bardzo szybko zmienił barwy klubowe na Policyjny Klub Sportowy (PKS) Katowice. Drużyna ta stanowiła fenomen w skali ogólnopolskiej, gdyż posiadała aż 9 prężnie rozwiniętych sekcji sportowych. Poza tym dysponowała ona świetnym sprzętem, a także znakomitą infrastrukturą. Dość powiedzieć, że do PKS Katowice należał jedyny stadion z krytymi trybunami w Katowicach. Klub ściągał do siebie wielu utalentowanych zawodników, którzy stanowili potencjalny narybek dla reprezentacji Polski w różnorakich sportach (piłka nożna, szermierka, boks). Stefan Kisieliński stał się kluczowym ogniwem zespołu z Katowic. Wielokrotnie bywał powoływany do reprezentacji Górnego Śląska, która rywalizowała z wieloma ciekawymi drużynami, w tym… reprezentacją Konstantynopola! Na to spotkanie Kisieliński również został powołany. Spotkanie rozegrane 8 września 1926 r. naturalnie wzbudziło niemałą ciekawość miejscowych widzów, którzy w kilka tysięcy wybrali się na stadion 1.FC Kattowitz. Kibice mieli szansę przekonać się na własne oczy, jak ich krajanie wyglądają na tle przeciwnika z Turcji. Stadion zapewne opuszczali w pełni usatysfakcjonowani, gdyż reprezentacja Górnego Śląska pokonała Konstantynopol 2:1. W innym spotkaniu reprezentacji Górnego Śląska (z reprezentacją Łodzi), Stefan Kisieliński został już wyszczególniony przez jedno ze śląskich czasopism. „Polonia” skonstatowała, że bramkarz zasługuje na wyróżnienie, a chociaż „ma gorący dzień, wywiązuje się jednak ze swej roli znakomicie”. Dzięki niemu drużyna nie straciła ani jednego gola, za to zdobyła 4 bramki i zdemolowała rywali. W następnym roku Kisieliński wciąż reprezentował kadrę Górnego Śląska. Wtedy już odgrywał w niej bardzo ważną rolę. „Polonia”, zapowiadając mecz tegoż zespołu z reprezentacją Lwowa, wymieniła go nawet jako kapitana drużyny. Mimo wszystko nie należy zapominać, że najwięcej meczów w tym okresie rozgrywał dla PKS Katowice. Klub dawał mu możliwości gry nie tylko na bramce, ale również w formacji ataku. Taką szansę otrzymał w spotkaniu derbowym ze Słowianem Katowice, które „Policjanci” wygrali 2:0. Jak dowodziła „Polonia”: „wykazał również na tej pozycji bardzo dobre walory, zdobywając dwie bramki”. W innym spotkaniu z Bogucicami Kisieliński musiał nawet zmienić pozycję w trakcie meczu, aby rozruszać atak katowiczan! Kisieliński przeżywał zresztą pasmo sukcesów nie tylko na boiskach piłkarskich. Trzeba wszakże wiedzieć, iż zawodnik urodzony w Morawskiej Ostrawie był również doskonałym lekkoatletą. W 1927 r. pobił nawet rekord Śląska w biegu na 110 metrów przez płotki. Parał się również narciarstwem; po latach na łamach „Dziennika Zachodniego” przyzna, iż narty, śnieg i góry sprawiają mu najwięcej frajdy. Jak mniemam, być może miało to także związek z miłymi wspomnieniami Kisielińskiego z dzieciństwa, o których już wcześniej napomknąłem. Co jednak istotne, Kisieliński spełniał swoje marzenia o grze w piłkę na wysokim poziomie nie tylko w reprezentacji Górnego Śląska, ale także w reprezentacji Polski. Pierwsze powołanie od Tadeusza Synowca otrzymał w 1926 r. Zadebiutował w spotkaniu z Węgrami w Budapeszcie 20 sierpnia. Polacy ponieśli wówczas sromotną klęskę 1:4. Swojej premiery Kisieliński nie mógł więc zaliczyć do udanych. Podobne odczucia musiały towarzyszyć Kisielińskiemu 3 października 1926 r. podczas meczu ze Szwecją na słynnym stadionie Rasunda. Otóż w 20. minucie stracił on 3 zęby, a Polska przegrała to spotkanie 1:3. W 1947 r. na łamach „Sportu” wspominał: „Grałem do końca meczu… Po zejściu z boiska, w szatni poczułem dopiero ból. Nie życzę nikomu…”. Mimo tych przykrych okoliczności Kisieliński spełnił swoje marzenie z dzieciństwa. O Szwecji wypowiadał się w następujący sposób: „Szwecja fascynowała mnie zawsze. Jako młody chłopak marzyłem o tym, aby choć raz w życiu znaleźć się w Sztokholmie […] Być choć raz za granicą… Nie daleko… I to właśnie w Szwecji. Było w tym coś z uporu maniaka”. Po zwiedzeniu Szwecji, jego sympatia do Skandynawów jeszcze bardziej wzrosła. Jak pisał: „Kraj ten, wraz z jego ludźmi i kulturą zrobił na nas potężne wrażenie”. Wypad do Szwecji wiązał się również z pierwszym rejsem morskim w jego życiu. Kisieliński utrzymywał później, iż rejs ten pozostawił głębokie ślady w jego duszy. „Otwarł się przed oczyma biednego, zakłopotanego chłopca, majestatyczny świat… Morze… Wszędzie woda… Przed tobą woda, za tobą woda, z boku woda…” – tak opisywał po latach swoje wrażenia z podróży do Szwecji Stefan Kisieliński. Wspominał również o dużych przypływach fal, które wzmogły niepokój podróżujących. Ostatecznie statek szczęśliwie dobił do brzegu, a Kisieliński stwierdził, że za pobyt w Szwecji „nie żałował tej obfitej daniny, jaką złożyć musiał mewom…”. Niemniej mieszane uczucia musiały towarzyszyć tormanowi podczas spotkania z Rumunią, rozegranego 20 czerwca 1927 r. 20 lat później wspominał bardzo szczegółowo nie tylko sam mecz, ale także jego okoliczności. Sytuacja rzeczywiście była bardzo dziwna. Otóż FIFA na wniosek PZPN zabroniła drużynom zagranicznym rozgrywania meczów z polskimi drużynami z I ligi. Liga w ramach odwetu zapowiedziała, że nie puści swoich piłkarzy na zgrupowanie polskiej kadry. Ostatecznie wyrażono zgodę tylko na wyjazd piłkarzy Polonii Warszawa i Warszawianki. Szkopuł w tym, że wszyscy ci zawodnicy poza Stefanem Jelskim zrezygnowali z gry tuż przed wyjazdem pociągu do Bukaresztu. Jak pisał Stefan Kisieliński na łamach „Sportu”: „Wyjazd do Rumunii wisiał na włosku…”.
Wprowadzonemu w konfuzję selekcjonerowi Tadeuszowi Synowcowi nie pozostało wobec tego nic innego, jak skorzystać z usług graczy spoza I ligi. Co by nie mówić, reprezentacja złożona z zawodników słabszych klubów teoretycznie nie miała żadnych szans w starciu z pierwszym garniturem solidnej reprezentacji Rumunii. Kisieliński podkreślał: „Sklecona naprędce jedenastka piłkarska Polski wyjechała do Bukaresztu na pewne ‹‹lanie››”. Na szczęście Kisieliński, który już wcześniej bywał regularnie powoływany do kadry, mógł liczyć na ponowne zaproszenie. Wynikało to z faktu, iż nie grał jeszcze wówczas w I lidze (PKS Katowice nie rywalizował z najlepszymi klubami w najwyższej fazie rozgrywkowej). Powołanie czołowego polskiego golkipera było więc możliwe. Co ciekawe, zanim rozegrano mecz, rumuńscy działacze zabrali reprezentantów Polski na wycieczkę po Bukareszcie i jego okolicach. Mieli oni witać Polaków, „nie szczędząc trudów, kosztów i zabiegów, aby nam czas pobytu w ich kraju uczynić jak najprzyjemniejszym”. Spotkanie rozgrywano w ekstremalnych warunkach, które służyły Rumunii. Piłkarze rumuńscy zeszli do szatni przy prowadzeniu 2:0. Wszystko układało się zgodnie z ich planem. Polscy kadrowicze byli z kolei tak bardzo zalani potem, że musieli zmienić w przerwie meczu koszulki i spodenki. Odpowiednia motywacja w szatni zmieniła bieg rzeczy. Polakom pomogła również zmiana warunków atmosferycznych wskutek zajścia słońca. Ostatecznie odrobili straty i sensacyjnie zremisowali 3:3. Rumuńscy kibice z wrażenia oklaskiwali walecznych Polaków. W tym miejscu warto oddać ponownie głos Stefanowi Kisielińskiemu: „Dla mnie osobiście najmilszym był moment, gdy bezpośrednio po meczu podszedł do mnie olbrzym Mietek Wiśniewski [rezerwowy bramkarz], wziął mnie na ręce, jak dziecko i zniósł z boiska do szatni […] Ten dowód uznania okazany mi przez starego „repa” Wiśniewskiego, będącego wtedy rezerwowym bramkarzem, pozostał mi na zawsze w pamięci…”. Truizmem byłoby stwierdzenie, iż występy w reprezentacji Polski zwiększyły wartość zawodnika. Popularność Kisielińskiego wystrzeliła z taką mocą jak pociski ATACMS z wyrzutni rakietowej HIMARS. Zaczęły się o nim rozpisywać liczne czasopisma sportowe nie tylko w kraju, ale także za granicą, o czym świadczy fotografia Kisielińskiego zamieszczona w jednym z wydań „Illustriertes (Österreichisches) Sportblatt” z podpisem: „ Polska szkoła bramkarska. Stefan Kisieliński (Katowice), jeden z najlepszych polskich bramkarzy”. O bramkarza PKS Katowice dopominało się wiele zagranicznych klubów. W 1927 r. wśród kontrahentów pojawiły się: ówczesny wicemistrz Austrii Brigittenauer AC, Floridsdorfer AC oraz Brooklyn Wanderers. Zainteresowanie ze strony klubów austriackich, które były jednymi z najsilniejszych w Europie, najlepiej świadczyło o bardzo wysokim poziomie sportowym prezentowanym przez Kisielińskiego. Nie mniejszą ciekawość czytelników musi wzbudzać jednak ostatnia z wymienionych drużyn, która miała swoją siedzibę w Nowym Jorku. Chociaż dziś wyjazdy polskich piłkarzy na podbój Stanów Zjednoczonych są powszechnym zjawiskiem, kiedyś było zupełnie inaczej. Co ciekawe, z zapisów „Zdroju” wynika, że to właśnie oferta Amerykanów była najatrakcyjniejsza dla bramkarza. Mimo wszystko Kisieliński pozostał w Polsce. Ostatecznie wybrał ofertę najpopularniejszego polskiego klubu, Polonii Warszawa. Skąd wiadomo, że ów zespół był najpopularniejszy w kraju? Otóż w maju 1928 r. „Przegląd Sportowy” ogłosił konkurs, który miał wyłonić taki zespół dzięki głosom ludzi. Ci w największej liczbie zagłosowali na Polonię, która uzyskała 2116 głosów. Klub za zwycięstwo w plebiscycie otrzymał zegar boiskowy firmy Omega, który zawieszono na nowopowstałym stadionie przy ul. Konwiktorskiej. Bramkarz zadebiutował w nowym klubie 9 października 1927 r. w spotkaniu z 1.FC Kattowitz na stadionie w Katowicach (porażka 3:4). Już następny jego wyjazdowy mecz z Union-Touring Łódź (porażka 0:1) wywołał wśród tłumów pewien entuzjazm. „Express Wieczorny Ilustrowany” zdawał się nawet sugerować, że publiczność chciała znieść bramkarza do szatni na rękach. Mimo puszczenia jednej bramki prasa zdawała się mieć pozytywne zdanie o nowym golkiperze Polonii. Najlepszą opinią chyba są słowa dziennikarza „Kuriera Łódzkiego”, który stwierdził: „Tylko on z całej drużyny jest naprawdę godny uznania”. Ostatni mecz w sezonie 1927 rozegrał przeciwko Legii Warszawa. Swój występ zakończył jednak już w 15. minucie, gdyż musiał zejść z boiska wskutek pogłębienia się kontuzji. Godny uwagi jest fakt, że spotkanie to Kisieliński rozpoczął z zerwanym ścięgnem! Ten przykład zdaje się doskonale odzwierciedlać determinację zawodnika, który za wszelką cenę chciał wystąpić w derbach Warszawy.
8
Zapomniana acz wybitna postać polskiego futbolu(skoro już wiecie gdzie czytać to gorąco polecam):
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Rastafarnianin
@KrychaFCB
@Kessie
@Lionel_Messi10
@AssisMoreira
@Arkon
7
@FCBparasiempre
W 1930 roku odbyły się pierwsze mistrzostwa świata w piłce nożnej. Z każdą kolejną edycją, mistrzostwa zyskiwały na popularności i znaczeniu. Mijały jednak kolejne lata, a światowy czempionat był jedynym prestiżowym turniejem, gdzie rywalizować mogli najlepsi gracze z całego świata. Pomysł bohatera dzisiejszego tekstu wprowadził sporo ożywienia do skostniałego terminarza piłkarskiego. Gabriel Hanot, gdyż o nim mowa, w końcu postanowił zatroszczyć się o kluby. Tak oto powstał Puchar Europy, przekształcony później w Ligę Mistrzów. Francuza zainspirował mecz towarzyski pomiędzy Wolverhampton i Honvedem Budapeszt z 13 grudnia 1954 roku. Pracował on wówczas jako dziennikarz ,,L’Equipe”. Chciał wykorzystać popularność i siłę gazety do stworzenia klubowych mistrzostw Europy w piłce nożnej. Z pomocą przyszedł mu szef gazety Jacques Goddet, który widział ogromne korzyści finansowe ze stworzenia nowych rozgrywek. Jego zdaniem Francuzi chcieliby czytać w ,,L’Equipe” o tym, jak radzą sobie europejskie kluby w bezpośrednich pojedynkach i jak na ich tle wypada drużyna z Francji. Ponadto już raz w historii sportu francuskie czasopismo optowało za utworzeniem pewnej imprezy, która dziś jest marką i wizytówką nie tylko francuskiego sportu, ale i całego kraju. Mowa oczywiście o Tour de France, którego pomysłodawcą w 1903 roku byli dziennikarze ,,L’Auto”. Swego czasu Hanot pisał i tam. Karierę żurnalisty rozpoczął w gazecie wydawanej przez francuską federację piłkarską. Później pracował w ,,Le Miroir de Sports”, gdzie był redaktorem naczelnym. Dla ,,L’Illustration” pisał nie tylko o piłce nożnej, ale także o kolarstwie, golfie i lotnictwie. Tę ostatnią dyscyplinę pokochał po tym, jak w czasie I wojny światowej walczył jako lotnik. Pasja do lotnictwa sprawiła, że jego wieloletnim przyjacielem stał się autor ,,Małego Księcia” Antoine de Saint-Exupéry. Zanim jednak Gabriel Hanot zaczął o piłce pisać, sam w nią grał. Pierwsze kroki stawiał w klubie US Tourcoing jako skrzydłowy. Z czasem przeniesiono go do obrony. W 1908 roku zadebiutował w reprezentacji Francji. Dla ,,Trójkolorowych” rozegrał dwanaście spotkań i zdobył trzy bramki. Pożegnalny występ zanotował będąc kapitanem zespołu. Meczów w narodowych barwach miałby pewnie więcej, gdyby nie I wojna światowa i konflikt piłkarza z francuską federacją. Gabriela od zawsze fascynowały Niemcy. W 1910 roku postanowił przenieść się z Tourcoing do BFC Preussen. Federacja wyraziła zgodę na transfer, ale Hanot nie mógł grać w reprezentacji. Wrócił do niej dopiero dwa lat później, kiedy to ponownie związał się z Tourcoing. W 1919 roku jako gracz AS Française postanowił zawiesić buty na kołku w wieku zaledwie trzydziestu lat.
W 1945 roku Hanot miał za sobą całkiem bogatą karierę piłkarską i dziennikarską. Tuż po zakończeniu II wojny światowej miał szansę realizować się jako selekcjoner francuskiej kadry. Hanot obchodził się z zawodnikami bez pardonu, nawet z tymi, których cenił. W ogóle był specyficzną jednostką. Nigdy nie podawał ręki, uważając ten gest za niehigieniczny i zbędny. Pomocnik Jean Prouff w kwietniu 1949 roku zagrał(zdaniem selekcjonera) fatalny mecz przeciwko Holandii (porażka Francji 1:4). O czwartej w nocy do jego pokoju hotelowego zadzwonił Hanot. Chciał zapytać, czy Prouff nie śpi. Odebrane połączenie uspokoiło trenera, który dodał, że liczył na to, iż po tak beznadziejnym występie Prouff nie będzie mógł spać ze wstydu. Na dokładkę Hanot poinformował piłkarza, aby spakował swoje rzeczy i opuścił hotel. Kiedy rano w windzie selekcjoner natknął się na pomocnika, zapytał go tylko, dlaczego jeszcze tu jest. Trenowanie francuskich reprezentantów Gabriel łączył z dziennikarstwem, co doprowadziło do kuriozalnej sytuacji. Po tym, jak Francja przegrała 1:5 z Hiszpanią i tym samym nie zakwalifikowała się na pierwsze po wojnie mistrzostwa świata w 1950 roku, Hanot napisał dla ,,L’Equipe” tekst, w którym domagał się… zwolnienia samego siebie z funkcji szkoleniowca. Federacja posłuchała sugestii żurnalisty i zatrudniła duet Pierre Pibarot – Paul Baron. Wiele lat wcześniej napisał liczący dwie strony plan reform mających na celu usprawnienie francuskiego futbolu. Hanot domagał się zaprzestania płacenia niedouczonym francuskim trenerom ogromnych pensji (120000 franków miesięcznie), wprowadzenia zawodowstwa i płacy minimalnej dla graczy. Żądał zredukowania liczby drużyn w poszczególnych klasach rozgrywkowych do czternastu lub szesnastu oraz grania meczów w odstępie przynajmniej trzech dni. Ponadto jako pierwszy zaproponował i zrealizował spotkania trenerów z całego świata, celem wymiany doświadczeń i metod treningowych. Hanot miał zbyt wielki autorytet i posłuch, aby zignorowano jego przemyślenia i propozycje. Reformy oczywiście wprowadzono w życie. Już po stworzeniu Pucharu Europy, Hanot wpadł na kolejny pomysł – Ballon d’Or. Chyba nikt z jego redakcyjnych kolegów nie wątpił w to, że mu się nie uda. Rok po napisaniu tekstu na ten temat Stanley Matthews został pierwszym zwycięzcą plebiscytu.
Największa idea francuskiego wizjonera despoty stała się rzeczywistością 4 września 1955 roku. Pierwszym meczem Pucharu Europy była konfrontacja Sportingu z Partizanem Belgrad zakończona remisem 3:3. Zaproszenie do rozgrywek otrzymało szesnaście ekip. Wszystkie chciały się sprawdzić na tle rywali z innych państw. Dopiero w 1965 roku zmieniono przepisy, na mocy których kwalifikacje do PE otrzymywało się poprzez zdobycie mistrzostwa kraju. Puchar Europy rósł z każdą kolejną edycją. Inspirował do powstania kolejnych rozgrywek, takich jak Puchar Europy Miast Targowych, Puchar Zdobywców Pucharów czy Puchar Interkontynentalny. Dziś nosi nazwę Ligi Mistrzów i jest tworem, pod który najpotężniejsze kluby Starego Kontynentu układają plan marketingowy i sportowy. Rozgrywki te wykreowały swoich własnych bohaterów, jak choćby Alfredo di Stefano czy George Best, którzy stali się legendami futbolu, mimo niepowodzeń na gruncie reprezentacyjnym. Dziś nikt nie wyobraża sobie piłkarskiego kalendarza bez Ligi Mistrzów. Tak samo ciężkie do wyobrażenia jest to, że tak wielki reformator europejskiej piłki nożnej jak Gabriel Hanot nie doczekał się po śmierci żadnej tablicy pamiątkowej czy też pomnika. Tylko jeden, maleńki stadion w Wangenbourgu nosi jego imię. O nadaniu jego imienia trofeum Pucharu Europy także nikt nie pomyślał. Jules Rimet i Henri Delaunay mieli więcej szczęścia…