FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
5
Kiedy ,,Kanonierzy” zdobyli ostatni europejski puchar i jak tego dokonali? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@AssisMoreira
8
Wybitne legendy futbolu:
4 maja 1925 r. urodził się węgierski obrońca Jenő Buzánszky. W wielkim stylu przyczynił się do największych sukcesów węgierskiej piłki nożnej w XX wieku - do zdobycia olimpijskiego złota w 1952 r. w Helsinkach, do wielkiego zwycięstwa nad Wielka Brytanią w 1953 r. w Londynie i do zdobycia wicemistrzostwa na mistrzostwach świata w Szwajcarii w 1954 r. Wystąpił w 274 meczach ligowych, 48 razy był reprezentantem kraju. Po zakończeniu kariery był trenerem wielu zespołów, ale nigdy nie przyjął propozycji zza granicy. W 1996 r. został wiceprezesem Węgierskiej Federacji Piłkarskiej (odpowiednik polskiego PZPN-u). Należał do najpopularniejszych węgierskich sportowców XX wieku. W 2011 r. otrzymał tytuł „Sportowca Narodu", a dwa miesiące przed śmiercią wybrano go na członka Związku Nieśmiertelnych Sportowców Węgierskich.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
9
@FCBparasiempre
4 maja 1943 r. urodził się Georgi Asparuchow, znakomity bułgarski napastnik. Posłuchajcie jego tragicznej historii. Beżowa Alfa Romeo mknęła krętą, górską drogą. Licznik wskazywał aż 140 km/h, ale prowadzący nie był kierowcą wybitnym. Jego głowę zaprzątało wiele myśli, w tym feralne zawieszenie. Być może dlatego nie zatrzymał się przed znakiem STOP i wpadł wprost na cysternę. Powietrze przeszyła eksplozja. Chwilę później samochód o charakterystycznym numerze rejestracyjnym CA 9999 spłonął doszczętnie. Tak zginął Georgi Asparuchow, bułgarski książę, pierwszy wielki piłkarz z tego kraju. Jego historię można zacząć od słów trenera Lewskiego Sofia: “Nie ma niczego, czego moglibyśmy go nauczyć. Ten chłopiec urodził się piłkarzem”. “Gundi” miał wtedy ledwie 16 lat i oprócz smykałki do piłki miał także talent do siatkówki. Swoją przygodę z profesjonalną piłką rozpoczął w Lewskim w 1960 roku, kiedy to jako 17-letni chłopak zadebiutował w meczu przeciwko Botewowi Płowdiw występując na pozycji… obrońcy. Klub jego pierwszego rywala będzie znaczącym przystankiem w dalszej karierze Asparuchowa. Pomimo swojej łagodnej natury, udało mu się wywołać konflikt na linii sekcja piłkarska – sekcja siatkarska. Nikt nie jest w stanie w pełni profesjonalnie łączyć tych dwóch odmiennych dyscyplin sportowych, więc logiczne jest, że każdy z trenerów chciał namówić ten wielki talent do pozostania w swojej sekcji. Na szczęście dla piłki nożnej wybrał właśnie ją, a nauczyciel siatkówki, szczerze rozgoryczony, twierdził, że jego dyscyplina straciła wielki talent. Z powodu powołania do wojska musiał opuścić swojego ukochanego Lewskiego i Sofię, w której do tej pory spędził całe życie, na rzecz jednostki w Płowdiw. Jako że władze umożliwiły mu uprawianie sportu, został przydzielony do gry w barwach żółto-czarnego Botewu. Przyjście utalentowanego piłkarza stało się zbawienne dla klubu, który swoje jedyne mistrzostwo kraju wywalczył całe dziesięciolecia przed tymi wydarzeniami (1929) i skutkowało zdobyciem Pucharu Bułgarii (1962) oraz wicemistrzostwem sezon później. Georgi już jako napastnik regularnie trafiał do siatki rywali. Dzięki świetnej grze w zespole blisko związanym z wojskiem, Asparuchow został powołany do reprezentacji swojego kraju na mistrzostwa świata, które odbywały się w Chile. Zagrał tam w dwóch grupowych spotkaniach przeciwko Węgrom (Ci zdemolowali bułgarskie „Lwy” 6:1, a gola dla Bułgarów zdobył bohater tekstu) oraz Anglii (0:0). W pierwszym starciu przegranym z Argentyną nie wystąpił. Z jednym punktem na koncie i bilansem bramek 1:7, Georgi wraz z kolegami przedwcześnie musieli udać się do domu, a cały turniej wygrała fenomenalna Brazylia z Garrinchą i Pele w składzie. Po odbyciu służby wojskowej wrócił do domu i rozpoczął drogę ku historii i uwielbieniu. Strzelając gola za golem w klubie oraz reprezentacji, w końcu stanął oko w oko z “Czarną Panterą” z Portugalii w ramach eliminacji drugiego turnieju o mistrzostwo Europy. I to zapewne po tych trzech meczach barażowych, w których zdobył w sumie 3 gole, w sercu Eusebio zaczęła się rodzić sympatia do “Gundiego”. Asparuchow strzałem z 85 minuty decydującego starcia dał awans swojej drużynie narodowej do kolejnej rundy eliminacji. Georgi Asparuchow czarował. Był typem boiskowego dżentelmena oraz artysty. Wszyscy obrońcy znali jego zwody, jednak mało kto potrafił im się przeciwstawić. Niejednokrotnie uciekali się więc do bardzo brutalnych zagrań, dzięki którym przez całą swoją karierę miał problemy z kontuzjami. Rok 1965 był niezwykle szczęśliwy i ważny w życiu “Gundiego”. W premierowych pięciu meczach sezonu zdobył aż dziewięć bramek i przyczynił się do objęcia fotela lidera przez Lewskiego, którego piłkarze “Niebieskich” nie oddali już do końca, i mogli cieszyć się z pierwszego od dwunastu lat mistrzostwa. Nasz bohater ustanowił nowy rekord klubowy, zdobywając w całej kampanii aż 27 goli. Został także wybrany najlepszym piłkarzem Bułgarii, a w decydującym starciu o awans do mistrzostw świata w Anglii, strzelił zwycięską bramkę. Wszystko to przyczyniło się do nominacji w plebiscycie na “Złotą Piłkę”. W końcowym rozrachunku zajął w nim ósmą pozycję ex aequo z legendarnym Sandro Mazzolą oraz graczem Torpedo Moskwa – Walerijem Woroninem. Środowisko doceniało go, o czym może świadczyć fakt, że wyprzedził w tejże klasyfikacji m.in Ferenca Puskasa, Denisa Lawa, Lwa Jaszyna czy Franza Beckenbauera. To właśnie w tym roku Eusebio w pełni docenił klasę Georgiego: „Pragnąłem grać obok Asparuchowa. W meczu pomiędzy Benficą i Lewskim podbił Lizbonę. Nikt wcześniej nie zdobył dwóch goli na naszym stadionie”. Wielka legenda oczywiście przesadzała, jednak cytat ten idealnie ukazuje jaką miłością darzył Bułgara. Prawdą jednak jest, że “Gundi” niemal w pojedynkę “napędził stracha” dumnym Portugalczykom w trakcie rozgrywek o Puchar Europy. Próbowali oni nawet ściągnąć go do swojego zespołu, jednak komunistyczne władze Bułgarii nie wyrażały zgody na wyjazd piłkarza poza granice kraju. Podczas mistrzostw globu w roku 1966, po raz kolejny był jedynym strzelcem bramki dla swojego zespołu, a sztuki tej dokonał znów w przegranym spotkaniu z Węgrami (1:3). Kiepski występ drużyny narodowej na tym turnieju, nie przeszkadzał światu w uwielbianiu go. Przed meczem Pucharu Zdobywców Pucharów w Mediolanie, działacze włoskiego klubu proponowali mu 500.000 dolarów za sam podpis na kontrakcie, pomoc w ucieczce z kraju oraz zarobki na poziomie największych gwiazd światowej piłki. Dumny Georgi Asparuchow odmówił jednak AC Milanowi słowami, które wdarły się do świadomości kibiców piłkarskich jako potwierdzenie nadzwyczajnej miłości oraz poświęcenia: ,,Istnieje taki kraj – Bułgaria. W tym kraju jest taki klub – Lewski, może o nim nie słyszeliście? W tym klubie się urodziłem i w tym klubie umrę! W mediach dosyć często można trafić na stwierdzenie, że jest on także strzelcem pierwszego gola w historii bułgarskiego futbolu na Wembley, jednak jest ono błędne. Dwanaście lat wcześniej uprzedziło go trzech rodaków, którzy w meczu kwalifikacyjnym do Igrzysk Olimpijskich zremisowali z “Synami Albionu” 3:3. Nie ujmujmy jednak znaczenia tej bramce, która pozwoliła lwom z Bułgarii zremisować na legendarnym stadionie 1:1. W barwach Lewskiego Sofia zdobył w sumie trzy mistrzostwa Bułgarii oraz tyle samo pucharów kraju. Przez całą karierę uzbierał grubo ponad 200 bramek, był jednym z tych zawodników, którego obecność na boisku była inspirująca dla kolegów z zespołu, a on sam zawsze poświęcał się dla dobra ogółu. Między innymi dlatego na swoje ostatnie mistrzostwa w roku 1970 pojechał z kontuzją. Na turnieju w Meksyku był cieniem samego siebie, a Bułgaria po raz kolejny nie wyszła, tym razem ze stosunkowo łatwej grupy. Oprócz remisu z Maroko zanotowała też porażki z Peru i RFN. Ostatni Mundial w życiu okazał się niewypałem. 28 czerwca 1971 roku Lewski rozgrywał spotkanie ostatniej kolejki ligowej z CSKA Sofia, do którego tracił dwa punkty w tabeli. Jako, że w ówczesnych czasach za zwycięstwo przyznawane były właśnie dwa “oczka”, “Niebiescy” musieli pokonać swojego rywala różnicą 10 bramek, by odebrać im prymat w kraju. Oczywiście nie było to zbyt prawdopodobne. Młodemu obrońcy “Czerwonych”, Płamenowi Jankowowi nakazano indywidualne krycie gwiazdy reprezentacji i wyłączenie go z gry za wszelką cenę. Młodziak widocznie zbyt dosłownie potraktował słowa szkoleniowca , zachowując się w stosunku do “Gundiego” niezwykle agresywnie. Georgi, który ten mecz, zresztą jak cały sezon rozgrywał w specjalnych ortopedycznych butach w końcu nie wytrzymał. Wziął odwet na swoim przeciwniku, a sędzia do tej pory obojętny na agresywną grę, pokazał obu zawodnikom czerwone kartki. Komisja ligi dorzuciła mu jeszcze trzy mecze zawieszenia. Lewski wygrał to spotkanie 1:0 i nieco popsuł mistrzowską fetę lokalnemu rywalowi, jednak kilka dni później nikt o tym nie pamiętał. Między innymi z powodu tego zawieszenia zgodził się rozegrać towarzyski mecz pokazowy w górskiej miejscowości Witinia. Wziął ze sobą serdecznego kolegę z zespołu Nikola Kotkova i wsiadł do tego cholernego samochodu.
7
(Nie)zapomniane legendy futbolu(wiecie gdzie czytać):
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@kamyk_23
@DaPidejpi
0
@mekston A no w Lidze Europy to wiadomo że czwartek jest przeznaczony ale Serie A? Jakoś mi nie pasuje...
6
@FCBparasiempre
4 maja 1935 r. urodził się Jose Francisco Sanfilippo, napastnik. „W historii piłki nożnej było trzech naprawdę wielkich zawodników: Pele, Maradona i Messi, ale tylko jeden prawdziwy skurwysyn – Sanfilippo”. Czym fenomenalny Jose Sanfilippo zasłużył sobie na miano największego piłkarskiego skurwysyna w historii? Nazwisko Sanfilippo nie jest znane szerszemu gronu piłkarskich kibiców w Europie. Powodów takiego stanu rzeczy jest co najmniej kilka. Jednym z nich jest fakt, że przyszedł na świat 4 maja 1935 roku, zatem już od dawna nie był aktywnym zawodnikiem, gdy Argentyna świętowała największe sukcesy, czyli oczywiście Mistrzostwo Świata w 1978 i 1986 roku. Poza tym jego kariera przypada na czasy, w których transfery międzykontynentalne były rzadkością, zatem grywał jedynie w klubach z Argentyny, Urugwaju oraz Brazylii. Wywodzi się z biednej, ale bardzo pracowitej rodziny. Od dziecka był wielkim kibicem San Lorenzo. Jak w wielu podobnych przypadkach, marzył, że kiedyś zostanie piłkarzem tego klubu, dzięki czemu wyrwie swoich bliskich z ubóstwa. Codziennie budził się i zasypiał z tą myślą. W międzyczasie nie próżnował. Nie mógł sobie pozwolić na piłkę z prawdziwego zdarzenia, zatem zlepił ją z plastiku oraz gumy i bardzo rzadko się z nią rozstawał. Z uwagi na niezbyt imponujący wzrost nosił pseudonim El Nene, czyli dzieciak. Z seniorami z San Lorenzo trenował już w wieku 16 lat, a swój pierwszy profesjonalny kontrakt podpisał dwa lata później. Bardzo szybko doczekał się debiutu oraz dziewiczych trafień w pierwszym zespole, jednak prawdziwe możliwości zaprezentował w 1955 roku, strzelając dla swojego ukochanego klubu 15 goli. To wtedy został ulubieńcem kibiców, którzy doceniali jego kunszt i niezwykłą łatwość w odnajdywaniu się w polu karnym oraz prawdziwą miłość do barw. Jego znakomita technika użytkowa, walory motoryczne i wytrzymałościowe nie wzięły się oczywiście znikąd. Od początku swojej przygody z piłką rozumiał to, czym w jego czasach mało kto się przejmował. Można śmiało powiedzieć, że zdecydowanie wyprzedził swoją epokę, bo bardzo szybko odkrył, że aby być doskonałym piłkarzem, nie wystarczy tylko i wyłącznie dobrze panować nad futbolówką. Zdawał sobie sprawę z faktu, że kariera zawodnicza jest niezwykle krótka, zatem postanowił wycisnąć z niej maksimum. Trenował więcej niż inni, dbał o długość oraz jakość snu i nie miał problemu z tym, by kolegów z drużyny publicznie nazywać kłamcami i pijakami, bo dają się porwać nocnym pokusom, a później na treningach nieudolnie ukrywają ich konsekwencje. Prowadził się według reguł, o których mówi także dzisiaj, będąc staruszkiem przed 90-tką. Młodym zawodnikom podpowiada: „Po pierwsze, dyscyplina. Po drugie, odpowiedni odpoczynek i regeneracja. Po trzecie, wartościowe jedzenie. Po czwarte uporządkowane życie seksualne. Nie chodzi o to, żeby mieć wszystko, chcieć tego i nie stawiać granic. Ty wybierasz: albo sport, albo kurwy”. Podczas zajęć najwięcej wymagał oczywiście od siebie, jednak szczerze nienawidził pozorantów. Mocno się denerwował, gdy ktoś obok nie przykładał się do pracy. W tym aspekcie był pierwowzorem Zlatana Ibrahimovicia, o którego sposobach motywacji zapewne niejednokrotnie słyszeliście. W rozmowie przeprowadzonej przez Jonathana Wilsona Sanfilippo powiedział: „Jeśli masz wypoczęte ciało i dobrze się odżywiasz, podczas treningu jesteś jak nowo narodzony. Jeśli masz zdrową wątrobę, to masz energię na boisku. Jeśli brakuje ci dyscypliny, niczego nie osiągniesz”. Do treningów wymyślił pewną popularną do dzisiaj maszynę, zwaną, oczywiście w nawiązaniu do jego nazwiska, Sanfigolem. Jest to powierzchnia o wymiarach piłkarskiej bramki, zazwyczaj w formie płaskiej ściany lub kraty, na której umieszcza się lub po prostu rysuje kwadraty o boku długości 80 cm. Celem ćwiczeń jest oczywiście takie kopnięcie piłki, by trafić w wyznaczone prostokąty. Sanfilippo słusznie stwierdził, że z perspektywy napastnika najbardziej efektywnymi częściami bramki są jej dolne rogi, zatem kwadraty najczęściej ustawiał tuż przy słupkach na wysokości ziemi. Nazywał je mysimi dziurami. Zauważył, że bramkarze mają większe problemy z obroną piłek posłanych w te obszary swych świątyni niż nawet z tymi celowanymi w okienka. Zazwyczaj trenował z piłką będącą w ruchu, bo doskonale wiedział, że sytuacje boiskowe praktycznie nie wymagają od zawodników strzału z martwej piłki. Uderzenia, a co za tym idzie skuteczność, opanował niemal do perfekcji, co później przekładało się na jego imponujące statystyki. Chciał potajemnie odpowiadać za taktykę, uważał, że zna się na piłce tak jak nikt inny. Nie starał się oszukiwać samego siebie, zdawał sobie sprawę ze swoich niedoskonałości. Z uwagi na mizerny wzrost – zaledwie 163 cm – miał marne szanse w pojedynkach powietrznych z rosłymi obrońcami. Choć po strzałach głową strzelił niejednego gola, to wręcz wymuszał na swoich kolegach, by zagrywali mu piłki tylko i wyłącznie po ziemi. Ponadto bardzo rzadko wchodził w dryblingi. Pamiętajmy, że grał w czasach, w których kartki nie obowiązywały, przez co piłkarscy wirtuozi nie mieli lekkiego życia przy boiskowych brutalach, a tych wówczas nie brakowało.
Argentyńczyk uważał ponadto, i przy dłuższym zastanowieniu nie sposób nie przyznać mu racji, że dryblingi są przede wszystkim dla tych, którzy w momencie otrzymania piłki nie mają pojęcia co z nią zrobić, przez co muszą wchodzić w pojedynki jeden na jeden. „Moim interesem było strzelanie goli. Jeszcze przed otrzymaniem piłki miałem w głowie co najmniej dwa rozwiązania, co z nią później zrobić. Zawsze wybierałem najlepsze”. Sanfilippo prowadził San Lorenzo do Mistrzostwa Argentyny w 1959 roku, a w latach 1958-1961 zdobył aż 119 ligowych goli i cztery razy z rzędu sięgnął po koronę króla strzelców krajowych rozgrywek. Jego rekord po obecne czasy nie został poprawiony. Po takich sukcesach klub, którego kibicem jest m.in. papież Franciszek, stawał się dla wyborowego strzelca zbyt ciasny. Ponadto dość mocno skonfliktował się z działaczami. W sezonie 1962 miał olbrzymią szansę na zostanie piąty raz z kolei najlepszym ligowym snajperem, jednak na dwie kolejki przed końcem zmagań został zawieszony i odstawiony od składu. Wersja klubowych włodarzy? El Nene publicznie narzekał na organizację klubu. Wersja zawodnika? „Przed sezonem ustaliliśmy, że jeśli znów okażę się najlepszym strzelcem w całych rozgrywkach, klub wypłaci mi pokaźną premię finansową. Jak zawsze szedłem jak burza, choć po piętach skutecznie deptał mi Luis Artime. Działacze, chcąc wykręcić się ze złożonej obietnicy, postanowili mnie zawiesić. Przez to Artime ostatecznie okazał się ode mnie lepszy o dwa trafienia”. Kibice stanęli po stronie swojego największego idola, a nieporozumienia na linii zawodnik – klub skrzętnie wykorzystała Boca Juniors, wykupując napastnika za rekordowe na te czasy 25 milionów pesos. Dla panujących Mistrzów Argentyny celem numer jeden w sezonie 1963 był triumf w Copa Libertadores. Triumfalny marsz został zastopowany dopiero w finale, gdzie w dwumeczu nie dali rady najlepszej wówczas drużynie na świecie, Santosowi, któremu przewodził sam Pele. Sanfilippo zdobył w rozgrywkach 7 bramek, co pozwoliło mu przywdziać koronę króla strzelców. Gdy wydawało się, że szybko zadomowił się w ekipie z La Bombonery, nieoczekiwanie nastał jego koniec. Na przełomie marca i kwietnia 1964 roku rozegrany został towarzyski i niezwykle dziwaczny turniej Copa Jorge Newbery. Dziwaczny, bo udział w nim wzięło zaledwie sześć drużyn, a finalnie tylko jedna – San Lorenzo – rozegrała komplet 5 meczów. Reszta od jednego do czterech. Pod koniec marca doszło do starcia San Lorenzo – Boca Juniors. Raczej nie trzeba nikomu tłumaczyć, jakie znaczenie miało ono dla Sanfilippo. Tymczasem trener Aristóbulo Deambrossi pozostawił swojego napastnika na ławce rezerwowych. Ówczesne przepisy mówiły, że w trakcie gry można dokonać tylko jednej zmiany, w dodatku jedynie w pierwszej połowie i tylko w przypadku kontuzji któregoś zawodników. Tę bardzo łatwo można było zasymulować, więc Sanfilippo był pewny, że przed upływem pierwszych 45 minut zostanie wprowadzony na murawę przy aplauzie uwielbiających go kibiców, dla których miał status piłkarskiego boga. W okolicach 40. minuty starcia trener nakazał mu się rozgrzewać, co dla zawodnika oznaczało wyraźny sygnał potwierdzający ten scenariusz. Tymczasem El Nene wcale nie doczekał się zmiany, co na stadionie wywołało potężną salwę gwizdów. Gdy sędzia zaprosił zawodników na przerwę, Sanfilippo ruszył do Deambrossiego z uzasadnionymi pretensjami: -Dlaczego mi to zrobiłeś? -Bo trenerzy mogą robić wszystko to, na co tylko mają ochotę. Krewki Argentyńczyk nie wytrzymał i na oczach zgromadzonej publiczności wymierzył szkoleniowcowi cios prosto w szczękę, po czym dodał: „Będziesz mógł pochwalić się swoim wnukom, że uderzył cię wielki Jose Sanfilippo”. Był tak rozwścieczony, że niewykluczone, że ktoś jeszcze zaliczyłby KO po spotkaniu z jego pięścią. Został jednak w pokojowy sposób poskromiony przez dwóch byłych kolegów z San Lorenzo i odprowadzony do szatni. Konsekwencja takiego zachowania mogła być tylko jedna – nazajutrz został dyscyplinarnie wyrzucony z klubu. Z Buenos Aires przedostał się przez La Platę do Montevideo i zasilił tamtejszy Nacional. W Urugwaju również imponował swoją zabójczą skutecznością. W 21 występach zdobył aż 25 bramek. Ta stosunkowo krótka, aczkolwiek bardzo intensywna przygoda narobiła mu wielu wrogów w postaci towarzyszy z szatni oraz samych pracodawców. Na obczyźnie z równie wielką łatwością przychodziło mu krytykowanie zawodników swojej ekipy oraz podważanie decyzji organizacyjnych działaczy. Piłkarsko był jednak tak dobry, że fani go uwielbiali.
Gdy w 1964 roku doznał paskudnego złamania nogi, które na ponad 12 miesięcy wykluczyło go z gry, przypuszczano, że jego kariera została zakończona. Tymczasem już w pierwszym meczu po powrocie na boisko popisał się hat-trickiem. Niewiele później popadł w otwarty i publiczny konflikt z prezesem Nacionalu. Eduardo Pons Echeverry ukarał zawodnika pokaźną karą finansową za to, że ten bezwzględnie wykorzystuje każdą okazję do skrytykowania sposobu zarządzania i funkcjonowania klubu. W odpowiedzi Sanfilippo wysłał do wszystkich urugwajskich gazet sportowych list, w którym opisał kulisy, jego zdaniem, nieudolnej pracy zarządu. Panowie przez kilka tygodni, m.in. właśnie na łamach pracy, obrzucali się błotem, a ta medialna przepychanka trwała do momentu aż Echeverry zastosował wobec napastnika karne obniżenie pensji. Po tym wszystkim El Nene wrócił do ojczyzny, by reprezentować barwy Banfield, a później wyjechał do Brazylii, gdzie przywdziewał koszulki Bangu oraz EC Bahia. Na ostatni sezon w karierze zrobił wielki come back do swojego domu, do San Lorenzo. Z piłkarskiej sceny zszedł tuż po wywalczeniu drugiego w swoim dorobku tytułu Mistrza Argentyny. Sanfilippo był oczywiście stale powoływany do reprezentacji. Wystąpił m.in. na Mundialach w 1958 i 1962 roku. Były to dwa pierwsze globalne turnieje Albicelestes po zakończeniu II Wojny Światowej i oba zakończyły się niepowodzeniami. Co ważne, dla argentyńskich kibiców były to niespodziewane niepowodzenia, bowiem stojący na czele kraju w latach 1946-1955 Juan Peron wykorzystywał piłkę nożną w celu propagowania swoich idei, więc każde zwycięstwo drużyny narodowej było hucznie ogłaszanym wydarzeniem, a porażki zamiatane pod dywan. I to jest też powód dlaczego zabrakło jej na Mundialach w 1950 i 1954 roku. Brak wywalczenia czołowych lokat dałby przecież ludziom odpowiedź, czy ich zespół rzeczywiście nie ma sobie równych. Po obaleniu prezydenta kadra wyjechała na czempionaty, a te były dla niej swoistym zderzeniem ze ścianą. Występ w 1958 roku wciąż jest określany w Argentynie mianem „szwedzkiej katastrofy”. Zawodnicy z Ameryki Południowej przegrali najpierw z Republiką Federalną Niemiec 1:3, później pokonali Irlandię Północną 2:1, by w starciu, którego stawką był awans do fazy pucharowej polec 1:6 z Czechosłowacją. El Nene w Szwecji nawet nie powąchał murawy, a po powrocie do ojczyzny udzielił wywiadu, w którym powiedział: „Za klęskę na Mistrzostwach odpowiada trener Guillermo Stábile. Niczego nas nie nauczył, nie potrafi zarządzać grupą. Mnie nie wystawiał, bo jest cholernym zazdrośnikiem. Nie chce, bym miał w reprezentacji więcej goli od niego”. Cztery lata później w Chile było tylko nieco lepiej. Argentyńczycy w grupie wygrali 1:0 z Bułgarią, przegrali 1:3 z Anglią i zremisowali bezbramkowo z Węgrami. Na tej fazie znów zakończyli jednak swój udział w turnieju. W meczu przeciwko Synom Albionu El Nene wpisał się na listę strzelców. Znacznie lepiej Argentyńczykom poszło na Copa America w 1957 roku. Sięgnęli po złoto. Sanfilippo pełnił na tym turnieju funkcję rezerwowego, rozegrał 172 minuty i strzelił jednego gola. Dwa lata później, z sześcioma trafieniami na koncie, został najlepszym strzelcem południowoamerykańskich rozgrywek, a jego ekipa wywalczyła wicemistrzostwo kontynentu. W ramach ciekawostki dodam, że w 1959 roku odbyły się dwa turnieje Copa America. W marcu w Argentynie wygrali gospodarze, w grudniu w Ekwadorze triumfował Urugwaj. Nasz bohater wziął udział w drugim nich. Na najwyższym poziomie ligowym utrzymał się niemal przez 20 lat, co było niespotykane w jego czasach. Absolutnym kluczem do tej długowieczności było dbanie o zdrowie i regenerację, o czym wspomniałem kilka minut temu. Z 217 trafieniami wciąż jest najskuteczniejszym zawodnikiem w historii San Lorenzo. W narodowych barwach zaliczył 29 występów, w których 21 razy wpisał się na listę strzelców. Póki co tylko on i Leo Messi legitymują się hat-trickiem strzelonym przeciwko Brazylii. Wcześniej, w kontekście wymagania od swoich kolegów, porównałem go do Ibahimovicia. Szwed może mu jednak czyścić buty jeśli chodzi o arogancję i egocentryzm. A sami przyznacie, że to wielki wyczyn. Sanfilippo nie gryzie się w język, gdy opowiada, że był fenomenem swoich czasów. Bez żadnych hamulców stwierdził: „Ze wszystkich trenerów, dla których grałem, żaden niczego mnie nie nauczył”. Po jednym ze zwycięstw San Lorenzo kibice zgromadzili się pod jego domem, by na jego cześć śpiewać pochwalne przyśpiewki. Sanfilippo wyszedł na balkon, uniósł ręce do góry i krzyknął w ich kierunku: „Dobrze, już dobrze! Wracajcie do domu odpocząć, bo jutro musicie iść do pracy”. Niedługo po zawieszeniu butów na kołku zajął się trenerką. Przejął stery w Deportivo Español. Jego charakter i impulsywność szybko dały o sobie znać. Podczas jednego z meczów tak mocno zirytowały go decyzje sędziego, że nie wytrzymał i znów wcielił się w rolę boksera. W kolejnych latach bardzo często zapraszano go do programów telewizyjnych, by używał swojego ciętego języka przy ocenie piłkarskich wydarzeń. Jose Sanfilippo jest w Argentynie wspominany tak, jak w Polsce Gerard Cieślik czy Ernest Pohl. Jako wybitny zawodnik, niepodważalna legenda jednego klubu, która nie miała szans na wielki sukces z reprezentacją. Oczywiście ktoś mógłby mi teraz zarzucić, że El Nene ma przecież na koncie mistrzostwo i wicemistrzostwo Ameryki Południowej. Weźmy jednak pod uwagę, że w jego czasach Albicelestes mieli monopol na wygrywanie lub co najmniej zajmowanie czołowych miejsc w rozgrywkach Copa America. Poza tym w całej historii żadna inna ekipa nie zajmowała miejsca na podium częściej niż Argentyńczycy, więc nie ma co się dziwić, że prawdziwymi piłkarskimi bohaterami są jedynie ci, którzy przywieźli złoto z Mistrzostw Świata. No i oczywiście Leo Messi. Charakter, zażartość i nieustępliwość Sanfilippo z jednej strony przysporzyły mu masę wrogów ale z drugiej można się zastanawiać, czy bez nich byłby w stanie osiągnąć to, co osiągnął. I nie oszukujmy się, jako fani piłki nożnej kochamy przecież zawodników wyrazistych, mających coś do powiedzenia, wręcz bezczelnych, a tych którzy jednocześnie czarują lub wykręcają okazałe statystyki na boisku, wręcz uwielbiamy. Właśnie dlatego warto znać historię bohatera pierwszego odcinka serii Zapomniane Legendy. A jeśli już się ją pozna, nie sposób o niej zapomnieć.
6
Wyjątkowe i wspaniałe legendy futbolu(tylko w odpowiedzi na komentarz):
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
0
@KlonaZepan No generalnie tak, masz racje. Tylko mi jakoś ten czwartek tak nie pasuje do takiego klubu jak Napoli...
0
@adi7adi8 W ciągu całego dnia jest przecież mnóstwo czasu i nie ma potrzeby rozgrywać wszystkich meczów o jednej godzinie...
0
Słuchajcie a dlaczego akurat dzisiaj Empoli gra z Bologna a przedewszystkim Udinese z SSC Napoli? skoro wczoraj była główna kolejka?
6
Duma Katalonii w europejskich pucharach:
4 maja 1960 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Birmingham City FC 4:1 w finałowym dwumeczu(pierwszy mecz rozegrano 29 marca) Pucharu Miast Targowych. Gole dla Barçy zdobyli: Eulogio Martinez, Zoltan Czibor(2) oraz Luis Coll. To był drugi z rzędu wywalczony Puchar Miast Targowych.
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj
7
Pamiętamy!
Feliz cumpleaños panie Francescu! Fabregas kończy dzisiaj 36 lat. Cesc odchodził z Barçy w 2003 r. jako 16-latek i najlepszy z ówczesnej generacji jej wychowanków. W drużynie rocznika 1987 był gwiazdą numer jeden i to Messi krążył wówczas wokół niego a nie na odwrót. Władze klubu nie zaproponowały jednak jemu na czas odpowiedniego kontraktu i jego rodzice dali się namówić na wyjazd z synem do Arsenalu. Notabene to właśnie ta nauczka oraz odejście w podobnych okolicznościach Pique do Manchesteru United sprawiły iż odpowiednio zajęto się Messim. Powrotny transfer Cesca z Arsenalu do Barcelony przypominał klasyczną telenowele. Ciągnął się aż przez dwa letnie okna transferowe. W 2010 r. wydawało się że wszystko zmierza w dobrym kierunku ale ostatecznie kluby nie osiągnęły porozumienia w sprawach finansowych. Podobnie było rok później, Barça dawała 25 milionów euro, Arsenal chciał więcej bo Real Madryt, do którego oczywiście piłkarz nie zamierzał się przenosić, oferował za gwiazde nawet 50 milionów. Decydująca była rozmowa, którą Fabregas odbył z Wengerem. Według relacji piłkarza obaj mieli łzy w oczach. Francuz zrozumiał w końcu że musi się zgodzić na odejście ukochanego dziecka bo niestety jest ono tylko adoptowane a teraz chcą je z powrotem jego naturalni rodzice i ku nim wyrywa się jego serce. Gdy powiedział sakramentalne ,,tak”, szefowie Kanonierów dali zielone światło i Fabregas wrócił do Barcelony kupiony za 34 miliony funtów. Guardiola upierał się na Cesca gdyż doskonale go pamiętał z zespołów juniorskich Barçy. Z kolei dla Fabregasa Guardiola był idolem. Pewnego razu Pep ofiarował chłopcu swoją koszulke z numerem 4 i napisał na niej: ,,Kiedyś ty będziesz tutaj numerem 4”. Dziś z perspektywy czasu można gorzko zauważyć iż żaden z nich nie wiedział że owa dedykacja nabierze całkiem niespodziewanego sensu, gdy obaj zaczną współpracować. Otóż u Pepa i jego następców Fabregas stał się czwartym pomocnikiem Blaugrany.
Niestety, ta formacja liczyła w zespole zawsze tylko trzech piłkarzy. Cesc grał w Barcelonie przez 3 sezony, lecz nigdy nie wyszedł poza status ekskluzywnego rezerwowego. Co prawda bardzo często grał w wyjściowym składzie ale kiedy wszyscy byli zdrowi i trzeba było ustalić jedenastke na ważny mecz w sztandarowej taktyce 4:3:3, zawsze wybiegali w nim jako ofensywni pomocnicy Xavi oraz Iniesta, zaś Fabregas albo siadał na ławce, albo był ustawiany w ataku. Tragizm jego położenia polegał na tym że będąc trzecim najlepszym playmakerem na świecie, grał w tym samym zespole, co dwaj wybitniejsi od niego. Zrozumiałe iż taka sytuacja wpędzała go w frustacje. Starał się ją w sobie tłumić, trenerzy i koledzy przekonywali go że jest ważnym członkiem drużyny, jednak fakt pozostawał faktem. Wybitny piłkarz musi zawsze w podstawowej jedenastce w kluczowych meczach, inaczej zawsze będzie nieszczęśliwy i nie ma na to żadnego lekarstwa. Zdołowany, przygnębiony a przy tym przez wszystkich prawdziwie ceniony i lubiany kolega siłą rzeczy psuje atmosferę w szatni bo nigdy nie cieszy się sukcesami tak samo jak inni. Wobec tego na usta ciśnie się fundamentalne pytanie: czy jest czystym przypadkiem że w trakcie trzech sezonów spędzonych przez Fabregasa na Camp Nou Barça ani razu nie wygrała Ligi mistrzów, natomiast uczyniła to zarówno rok przed jego przybyciem, jak i rok po jego odejściu? Ponoć gdzie kucharek sześć……
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
10
Bramkarz, który zamienił żelazo w wiatr:
Eduardo Chillida Juantegui był golkiperem Realu Sociedad. Wysoki, szczupły, obdarzony niezwykłą techniką parowania strzałów, wpadł w oko łowcom talentów z FC Barcelony i Realu Madryt. Znawcy twierdzili że chłopak mógł objąć schede po Zamorze. Lecz przeznaczenie miało wobec niego inne plany. W 1943 r. napastnik drużyny przeciwnej, nie przypadkiem noszący nazwisko Sañudo(Brutalny), uszkodził mu łękotkę w kolanie i wszystko inne co było w nim do uszkodzenia. Po pięciu operacjach Chillida pożegnał się z futbolem i zajął się rzeźbiarstwem. Dzięki temu narodził się jeden z największych artystów XX wieku. Chillida pracował z ciężkimi materiałami grzęznącymi w ziemi ale jego potężne dłonie wyrzucały w góre żelazo i beton, które w locie odkrywają inne wymiary i przestrzenie. Wcześniej, kiedy był bramkarzem, te same sztuki wyczyniał ze swoim ciałem.
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@AssisMoreira
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj
12
Zapomniane i niedoceniane legendy futbolu:
3 maja 1925 r. urodził się Robert Jonquet, francuski obrońca. Dzięki doskonałemu występowi przeciwko Anglii w 1951 roku zyskał przydomek „Bohater z Highbury”. Przez niemal całą swoją karierę reprezentował barwy Stade de Reims (502 mecze i dziewięć goli), nic więc dziwnego, że jeszcze za życia jego imieniem nazwano jedną z trybun na stadionie tej drużyny. Razem z Reims sięgnął po pięć tytułów mistrzowskich i wystąpił w dwóch finałach Pucharu Mistrzów. Jonquet świetnie radził sobie również w reprezentacji Francji (58 meczów). Do legendy przeszedł jego występ w półfinałowym spotkaniu mistrzostw świata w Szwecji, kiedy ze złamaną nogą stawiał czoła Brazylijczykom. Zmiany, ze względów regulaminowych, nie mogły być wówczas przeprowadzane, dlatego też Trójkolorowi ostatecznie polegli 2:5. Większość obserwatorów była jednak zgodna, że Francuzi wygraliby ten mecz, gdyby nie fatalna kontuzja Jonqueta.
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
0
@Joe_Pesci No własnie coś tak czułem, chyba że pojawi się za kilka miesięcy?
0
Mam pytanie do kibiców, zwłaszcza kibiców Argentyny. W jakich miastach(najlepiej na wschód od Wisły) mógłbym kupić w sklepie stacjonarnym oryginalną koszulke reprezentacji Argentyny(najlepiej z ubiegłorocznego Mundialu)?
8
@FCBparasiempre
3 maja 1947 r. urodził się Lesław Ćmikiewicz. Pierwsze piłkarskie kroki stawiał jako trzynastolatek w Lotniku Wrocław ale po pięciu latach przeniósł się do Śląska Wrocław. Występował w nim w latach 1965-1970. W sumie rozegrał z nim 76 meczów i strzelił cztery gole. Był bardzo wszechstronnym zawodnikiem. Początkowo grał jako obrońca, ale później został przesunięty do linii pomocy. Najwyższy poziom piłkarski osiągnął w latach gry w Legii Warszawa, do której trafił w wieku 23 lat, i spędził dziewięć kolejnych. Co ciekawe, jego transfer nie był związany z powołaniem do wojska, jak miało to miejsce w wielu innych przypadkach tamtych lat. Ćmikiewicz był cywilem i nigdy nie został zawodowym żołnierzem. To z Legią świętował największe sukcesy klubowe. Dwukrotnie stawał na podium mistrzostw Polski (srebro w 1971 r. i brąz w 1972 r,), dwa razy zdobył też Puchar Polski (w latach 1973 i 1980). Po mistrzostwach świata w 1974 r. kusił go Górnik Zabrze, który oferował lukratywne jak na tamte czasy warunki. Ćmikiewicz nie zdecydował się jednak na zmianę klubu i pozostał w stolicy. Czuł się tam dobrze, a i koledzy darzyli go dużą sympatią. W 1971 r. Ćmikiewicz dotarł z Legią do ćwierćfinału Pucharu Europy, gdzie zagrał w dwumeczu przeciw Atletico Madryt ze słynnym Luisem Aragonesem. Warszawski zespół stoczył zacięty bój, ale odpadł po porażce 0:1 na wyjeździe i… zwycięstwie w rewanżu na swoim stadionie 2:1. Ćmikiewicz jako defensywny pomocnik grał w tym okresie w środku pola obok Kazimierza Deyny, a ich współpraca układała się znakomicie. W Legii Ćmikiewicz pełnił też funkcję kapitana drużyny, a odszedł z niej jesienią 1979 r. po niemal dekadzie gry. Następnie występował w amerykańskich klubach New York Arrow(1980) i Chicago Horizon(1980-1981). Łącznie w latach 1965-1979 w Ekstraklasie rozegrał dla Śląska Wrocław i Legii Warszawa 306 meczów, strzelając 18 goli. Lesław Ćmikiewicz może pochwalić się bardzo dużym dorobkiem w reprezentacji Polski. W latach 1970/1979 rozegrał w niej 57 meczów, a w 2014 r. został włączony do Klubu Wybitnego Reprezentanta. Lata występów Ćmikiewicza w reprezentacji pokryły się z okresem gry w Legii Warszawa. W koszulce z białym orłem na piersi zadebiutował za kadencji Ryszarda Koncewicza w 1970 r., choć akurat wtedy był jeszcze piłkarzem Śląska Wrocław. Zagrał w przegranym 0:2 towarzyskim meczu z Węgrami w Budapeszcie. Najwyższą formę prezentował w czasach, gdy kadrę przejął legendarny szkoleniowiec Kazimierz Górski. W 1972 r. Ćmikiewicz pojechał na igrzyska olimpijskie do Monachium i zagrał w sześciu meczach, włącznie z finałem z Węgrami, zakończonym wygraną Polaków 2:1 i zdobyciem złotego medalu olimpijskiego. Jak się później okazało, ten spektakularny sukces stał się tylko preludium do kolejnych wyczynów Biało-Czerwonych. Ćmikiewicz miał wtedy 25 lat, a już imponował wszechstronnością – mógł występować zarówno jako obrońca, jak i defensywny pomocnik. W 1973 r. Ćmikiewicz był ważną postacią drużyny, która wywalczyła awans na mistrzostwa świata w RFN. W rewanżowym meczu z Walią w Chorzowie Polska wygrała 3:0 po golach Roberta Gadochy, Grzegorza Laty i Jana Domarskiego, ale to Ćmikiewicz był cichym bohaterem tego spotkania. Jako defensywny pomocnik zostawił na boisku dużo zdrowia i wykonał kawał „czarnej roboty”. W ocenie Kazimierza Górskiego był człowiekiem od zadań specjalnych, świetnie asekurował kolegów z linii obrony. Jego zadania były mało widowiskowe, ale bardzo doceniane przez trenerów. Umiał skutecznie przerywać akcje rywala i przetrzymać piłkę, dając kolegom czas na ustawienie szyków obronnych. Ćmikiewicza rozegrał też w pełnym wymiarze czasowym oba mecze z Anglią – zarówno ten zwycięski z Chorzowa (2:0), jak i owiany sławą mecz na Wembley (1:1), gdzie wspomógł obrońców w walce z licznymi atakami Brytyjczyków. Następnie pomocnik Legii uczestniczył w finałach mistrzostw świata w RFN, gdzie drużyna Kazimierza Górskiego wywalczyła trzecie miejsce. Na mundialu zaczynał spotkania na ławce rezerwowych, ale trener aż sześć razy zdecydował się wpuścić go na boisko jako zmiennika. W tym okresie większe uznanie w oczach Górskiego miał Zygmunt Maszczyk. Dwa lata później Ćmikiewicz do kolekcji medalowej dołożył kolejny krążek – za wicemistrzostwo olimpijskie w Montrealu, gdzie rozegrał trzy mecze. Ostatni raz w reprezentacji Polski wystąpił w 1980 r. w spotkaniu eliminacji mistrzostw Europy z NRD, przegranym 1:2. W 1981 r. Ćmikiewicz rozpoczął karierę trenerską, którą zakończył 25 lat później. Zaczynał jako asystent trenera Legii Warszawa Kazimierza Górskiego, a później prowadził m.in. takie kluby jak Motor Lublin, Stal Rzeszów, Górnik Zabrze, Pogoń Szczecin czy Gwardię Warszawa. Pełnił też rolę asystenta trenera w Amice Wronki oraz Cracovii. Jest jedynym zawodnikiem z drużyny „Orłów Górskiego”, który miał okazję poprowadzić reprezentację Polski. W latach 1989-1993 pełnił rolę asystenta selekcjonera Andrzeja Strejlaua a po jego dymisji samodzielnie poprowadził naszą drużynę narodową w trzech spotkaniach. Jego następcą został Henryk Apostel. W latach 1999-2001 Ćmikiewicz był selekcjonerem reprezentacji Polski U-21. W 2001 r. został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, a w 2011 r. Złotą Odznaką Polskiego Związku Piłki Nożnej.
7
Legendy polskiego futbolu:
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@kamyk_23
6
Wybitne legendy polskiego futbolu:
Jedyny piłkarz w polskiej historii, który wystąpił w dwóch finałach igrzysk. Przez pełne 90 minut. Zygmunt Maszczyk zawsze był w cieniu najjaśniejszych polskich gwiazd. 51 lat temu, 10 września, zdobył pierwszy polski złoty medal olimpijski w piłce nożnej. Zygmunt Maszczyk urodził się 3 maja 1945 roku w Siemianowicach Śląskich. W piłkę zaczął grać w szkole podstawowej. Został zauważony przez trenerów lokalnej Siemianowiczanki. Występował w klubie od 10. do 17. roku życia. W 1960 roku mistrzem Polski został Ruch Chorzów. W następnych latach nie wiodło mu się najlepiej. Zaczęto poszukiwania nowych piłkarzy. Trzy lata później sprowadzono na ulicę Cichą Maszczyka. „W drużynie niebieskich zaczynał w ataku, u boku Eugeniusza Fabera. Szybko jednak znalazł miejsce w drugiej linii, choć często grywał też jako obrońca, a podczas ligowego meczu z Górnikiem przez całe trzy minuty stał w bramce, zastępując kontuzjowanego bramkarza. Zawsze jednak walczył przez 90 minut o każdy metr boiska, dzięki temu zaś pełnym blaskiem mogły świecić gwiazdy Bronisława Buli w Ruchu czy Kazimierza Deyny w reprezentacji” czytamy o nim w monografii klubu z Chorzowa, autorstwa Andrzeja Gowarzewskiego i Joachima Waloszka. W Ruchu grał przez czternaście lat. W barwach klubu z ulicy Cichej strzelił 41 goli w ponad 300 występach. Zdobył trzy mistrzostwa i jeden Puchar Polski. Jego postawa na boisku nie uszła uwadze trenera Tysiąclecia Kazimierza Górskiego. ,,Gdy pierwszy raz spotkałem go na zgrupowaniu, nie miałem wątpliwości, że trafiłem na piłkarza dużego formatu, choć inni byli na pierwszym planie” - mówił Jerzy Kraska w wywiadzie Antoniego Bugajskiego w Przeglądzie Sportowym.
Maszczyk został powołany na Igrzyska Olimpijskie w Monachium w 1972 roku. Polska reprezentacja pojechała do Niemiec po naukę. Wywalczyliśmy najlepszy wynik w historii. Tak się zaczął złoty okres w polskiej piłce nożnej. W fazie grupowej wygraliśmy wszystkie trzy mecze. Drugą fazę rozpoczęliśmy od remisu z Danią 1:1. Pokonaliśmy ZSRR oraz Maroko. 10 września 1972 roku, 48 lat temu odbył się historyczny finał z Węgrami. Po pierwszej połowie przegrywaliśmy 0:1. W drugiej swoim talentem błysnął Kazimierz Deyna, strzelając dwie bramki w 47. i 66. minucie. Przy drugim golu bardzo duży udział miał Maszczyk. Zacentrował w pole karne. Lubański lekko zbił piłkę głową do Deyny, a ten wykończył całą akcję. Mecz zakończył się zwycięstwem 2:1. Zdobyliśmy jedyny złoty medal olimpijski dla Polski w piłki nożnej. W 1976 roku pojechaliśmy już jako faworyt na igrzyska do Montrealu. W eliminacjach zremisowaliśmy jeden mecz z Kubą. Resztę wygraliśmy. W finale zmierzyliśmy się z Niemiecką Republiką Demokratyczną. Bramkarz Jan Tomaszewski na początku meczu popełnił dwa kardynalne błędy. Nasz przeciwnik już po 14 minutach prowadził 0:2. W 59. minucie kontaktowego gola zdobył Grzegorz Lato. Niestety, NRD w 84. podwyższyło na 1:3. Tak zakończył się mecz. Wywalczyliśmy srebrny medal. Na obu olimpiadach wystąpiło tylko 7 piłkarzy. Są oni jedynymi sportowcami posiadającymi medale złote i srebrne w sportach zespołowych, w całej historii występów Polaków na igrzyskach. Tylko jeden z nich, Zygmunt Maszczyk, zagrał w obu tych finałach przez pełne 90 minut. Kazimierz Deyna w meczu finałowym z Węgrami, w Monachium, zszedł w 77. minucie. W Montrealu zagrał cały mecz. Jerzy Gorgoń i Lesław Ćmikiewicz rozegrali całe spotkanie z Węgrami. Nie pojawili się na boisku w finale igrzysk w Ameryce Północnej. Antoni Szymanowski, Kazimierz Kmiecik oraz Grzegorz Lato wystąpili tylko w meczu z NRD w Kanadzie. Pomiędzy obu tymi olimpiadami Zygmunt Maszczyk wystąpił w polskiej reprezentacji na mistrzostwach świata w Niemczech. W meczu o trzecie miejsce z Brazylią także grał przez 90 minut. We wszystkich meczach na obu igrzyskach oraz na mundialu opuścił tylko jeden mecz w grupie w 1972 roku z NRD.
@kamyk_23
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
7
Duma Katalonii w Pucharze Mistrzów:
3 maja 1961 r. Barça po raz pierwszy w historii awansowała do finału Pucharu Mistrzów. Stało się to dzięki zwycięstwu w trzecim, dodatkowym spotkaniu z HSV Hamburg. Po zwycięskich dwumeczach z Koninklijke Lierse, Realem Madryt oraz Hradec Kralove na drodze do finału w Bernie stanęli mistrzowie Niemiec. Blaugrana wygrała w pierwszym spotkaniu u siebie 1:0 po golu Evaristo ale w rewanżu przegrywała 0:2 i dopiero trafienie Sandora Kocsisa w ostatniej minucie doprowadziło do wyrównania stanu rywalizacji. W tamtych czasach nie obowiązywała zasada iż gole na wyjeździe liczą się podwójnie. O awansie miał rozstrzygnąć dodatkowy pojedynek na Brukselskim Heysel(brak rozstrzygnięcia mógł skutkować rzutem monetą). Jednak Duma Katalonii wygrała 1:0 po golu Evaristo i awansowała do finału, w którym przegrała niestety ze słynną Benficą 2:3.
@Monix10
@Symson
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
10
Blaugrana w Copa del Rey:
3 maja 1925 r. FC Barcelona pokonała w Saragossie Atletico Madryt 2:1 w ramach półfinału Pucharu Króla. To był trzeci dodatkowy mecz, który wyłonił finaliste Copa del Rey. Barça miała troche szczęścia ponieważ w pierwszym meczu wygrała tylko 3:2 a w rewanżu przegrała 2:1, jednak wówczas nie brano pod uwagę goli strzelonych na wyjeździe i w efekcie doszło do trzeciego starcia. Gole dla Blaugrany strzelili Arnau oraz Sagi Barba.
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
8
Panie i Panowie, 81 lat kończy dziś Antoni Piechniczek! Panie Antoni, zdrowia szczęścia i słodyczy cała sportowa Polska panu życzy.
"Brałem dwa razy udział w mistrzostwach świata, byłem na igrzyskach olimpijskich z reprezentacją Tunezji, pracowałem na trzech kontynentach. To była fantastyczna przygoda” – powiedział były trener polskich piłkarzy Antoni Piechniczek. Piechniczek dwukrotnie wprowadził polską reprezentację do mundialu a w 1982 w Hiszpanii zajął z nią trzecie miejsce. „Gdybym powiedział, że nie mam satysfakcji, byłoby to bluźnierstwo. Zjeździłem świat, pięć razy grałem w eliminacjach MŚ. Czego można żądać więcej?”– dodał Piechniczek, który pracował też z reprezentacjami Tunezji i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Przyznał, że podobnie jak polscy piłkarze, wiedział, czym dla kibiców( także w sensie pozasportowym) były sukcesy kadry w latach 80-tych. „Kiedy jechaliśmy na MŚ w Hiszpanii, wiedząc w jakim stanie wyjeżdżamy z kraju (trwał stan wojenny), chcieliśmy kibicom, a także, jeśli tak można powiedzieć – narodowi – zafundować fantastyczny serial, składający się z siedmiu meczów. By to zrealizować, trzeba było się dostać do strefy medalowej. I to się nam udało. Satysfakcję mam olbrzymią”- stwierdził Piechniczek, który biało-czerwonych poprowadził w sumie w 11 spotkaniach podczas finałów MŚ. „Tym nie może się(jak na razie) poszczycić żaden polski trener”- podkreślił Piechniczek, który po zakończeniu pracy trenera był m.in. wiceprezesem PZPN. W latach 2007-2011 zasiadał w Senacie RP. Łącznie pod jego kierunkiem biało-czerwoni rozegrali 74 spotkania, 26 wygrywając, 21 remisując i 27 przegrywając. Od wielu lat mieszka w Wiśle.
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
0
Po meczu ,,naszej" Barcuni, zdecydowanie humor poprawili mi Xuri Urdin. Ślicznie zagrali na Estadio Anoeta. 2:0 to najmniejszy wymiar kary dla tych dziadów! Piękna to była noc...
8
Czy wiecie że...
2 maja 1920 r. w pięknym włoskim mieście Viareggio nad morzem Tyrreńskim trwał mecz pomiędzy miejscową drużyną a ich największym rywalem z Lukki – Lucchese. Na trybunach zaczęły się niesnaski pomiędzy kibicami obu drużyn, więc sprowadzono dodatkowe siły policyjne. W zamieszaniu jeden z karabinierów zastrzelił sędziego liniowego(i jednocześnie fana Viareggio) – Augusta Morgantiego. Mieszkańcy Viareggio wpadli w szał. Ustanowiono naprędce drużyny „Czerwonych Gwardii”, które obległy siedzibę karabinierów. Ogłoszono powstanie i ustanowienie tzw. Republiki Viareggio. Bojówki rozpowszechniały informacje, że to początek rewolucji. Po trzech dniach, kiedy w porcie zacumował wysłany przez władze włoskie okręt wojenny, rebelianci zostali zmuszeni do ustąpienia. Dowódców osądzono i skazano. August Morganti to pierwsza śmiertelna ofiara rozgrywek piłkarskich we Włoszech. Ale miejsce narodzin chaosu we włoskiej piłce nożnej stało się później miejscem, gdzie ustanowiono jej porządek. Sześć lat później napisano tam Carta di Viareggio – akt prawny reformujący włoskie rozgrywki piłkarskie i nadający im status profesjonalny. Połączono m.in. istniejące do tej pory dwie odrębne ligi, północną i południową, w Massima Serie. Był to pierwszy krok w kierunku utworzenia Serie A.
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@AssisMoreira
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj
2
Klasycznie wymęczone 1:0 i to z przeciwnikiem grającym w dziesiątke. W końcu w tym sezonie to żadna nowość, tradycji staje się zadość. Z taką jakością kadry to Barcunia może sobie w Primera Division igrać z ogniem i ze szczęściem wygrać mistrzostwo. Jednak na wygranie Ligi Europy nie mamy większych szans, o Lidze Mistrzów nie wspominając. No chyba że ta jakość zdecydowanie się poprawi, na czele z Messim. No ale pożyjemy, zobaczymy...
0
@MesQueUnClub96 Trzymam cie za słowo :)
1
Wygrać z Osasuną to ,,nasz" absolutny obowiązek. Remis będzie nie mile widziany, choć już dawno przywykłem do grania Barcuni w kratke. O porażce nawet nie chce wspominać...
8
@FCBparasiempre
Mistrzostwa Świata, Mistrzostwa Europy czy Copa America. Bez wątpienia to turnieje, które możemy uznać za świetne okno wystawowe dla piłkarzy, o których świat wcześniej nie słyszał, bądź słyszał, ale swoją grą w klubie nie zasługiwali na stawianie ich na piedestale. Historia zna wiele gwiazd jednego turnieju, które wystrzeliły z formą w trakcie reprezentacyjnego czempionatu. W nagrodę zazwyczaj zapracowali sobie na transfer do poważniejszego klubu, po czym brutalnie zderzali się z rzeczywistością. Bohater niniejszego artykułu być może w wielkim klubie nie grał, ale jego historia idealnie wpisuje się w definicję „gwiazdy jednego turnieju”. Amado Guevara. Nie, nie mylcie ze słynną argentyńską legendą lewicowych bojówek, Che Guevarą. Zbieżność nazwisk jest tu również zupełnie przypadkowa. I mimo, że Honduranin sławą nie może się równać z legendarnym już rewolucjonistą, to w lipcu 2001 roku był na ustach całego futbolowego świata. To właśnie ten środkowy pomocnik stał na czele reprezentacji Hondurasu, która siała popłoch na Copa America i osiągnęła największy sukces w historii tamtejszego futbolu, zajmując ostatecznie trzecie miejsce… Urodzony w 1976 roku Guevara już od początku był uznawany za wielki talent. Wystarczy wspomnieć, że w wieku 19 błyszczał w lidze honduraskiej i po dwóch sezonach gry miał na koncie 25 bramek i to pomimo faktu, że grał na pozycji pivota. Wtedy również zyskał przydomek „El Lobo” (z hiszp. wilk), gdyż od początku swojej kariery przejawiał cechy prawdziwego przywódcy. Już jako lider swojej drużyny, pojechał w 1995 roku na mistrzostwa świata U-20 do Kataru, gdzie pomimo trzech porażek Hondurasu i bilansu bramkowego 5-14, Guevara okazał się jednym z objawień całej imprezy. Strzelał bramki Portugalii i Argentynie, czym zwrócił na siebie uwagę scoutów z Europy. Transfer był więc tylko kwestią czasu… Ostatecznie wylądował w Realu Valladolid, w którym na swojej drodze spotkał… Rafę Beniteza, który rozpoczynał właśnie swoją trenerską karierę. Guevara zdążył rozegrać w zespole jednak zaledwie 8 spotkań, Beniteza zwolniono po 23 kolejkach, a młody reprezentant Hondurasu wrócił z podkulonym ogonem do ojczyzny. Przez cztery lata występował w drużynie Motagui Tegucigalpa, ugruntowując swoją pozycję najlepszego piłkarza w kraju. Były to jednak czasy, kiedy jego awanturniczy charakter nie dawał o sobie jeszcze tak znać, a on sam koncentrował się tylko na piłce. W 2000 roku wylądował w bogatszej i bardziej medialnej lidze w Meksyku. Został piłkarzem Toros Neza, klubu, który największe sukcesy święcił w latach 1995-1997. Od trzech lat próbowano więc powrócić do czasów świetności, a przed Guevarą zatrudniono tam nawet słynnego Brazylijczyka Bebeto, z którym ostatecznie nasz bohater się minął. Zespół spisywał się tragicznie, spadł z ligi, a po dwóch sezonach został rozwiązany. Mimo wszystko „El Lobo” zdążył tam strzeli 7 goli w 26 spotkaniach i w nagrodę przeniósł się w czerwcu do CD Zacatepec. Z perspektywy czasu trudno nie uznać tego ruchu za pochopny. Miesiąc później Guevara rozegrał turniej życia w Kolumbii (o czym będzie za chwilę) i mógł przebierać w ofertach z silnych klubów europejskich. Nie mam wątpliwości, że piłkarz z taką wizją gry, umiejętnościami technicznymi i świetnie bitymi stałymi fragmentami gry, poradziłby sobie w jednej z pięciu czołowych europejskich lig. Na usprawiedliwienie jego decyzji można jednak powiedzieć, że zapewne nie mógł się spodziewać, że za miesiąc będzie na ustach wszystkich… W 2001 roku w Kolumbii miał się odbyć turniej Copa America. Co ciekawe, Hondurasu miało w ogóle nie być na imprezie, a same rozgrywki jeszcze na tydzień przed ich rozpoczęciem miały być przeniesione do Wenezueli bądź przesunięte na następny rok. Wynikało to z napiętej sytuacji politycznej w kraju i kryzysu władzy, jaki wtedy panował. Futbol był prawdopodobnie ostatnią rzeczą, o jakiej myśleli ludzie, wychodząc na ulice i protestując przeciwko rządzącym. Pomimo tego, rząd ostatecznie zagwarantował wzmożone środki bezpieczeństwa i turniej mógł się odbyć. Argentyńczykom to jednak nie wystarczało i zrezygnowali z uczestnictwa mistrzostwach kontynentu(mimo, że byli murowanymi faworytami). Zastąpić ich miała Kanada, która rok wcześniej zdobyła Gold Cup, jednakże ta reprezentacja również zrezygnowała z udziału w turnieju. Zwrócono się więc w kierunku Hondurasu, który praktycznie prosto z samolotu przystąpił do pierwszego starcia z Kostaryką. Od razy na myśl może przychodzi casus Duńczyków, prowadzonym przez Richarda Moellera Nielsena i ich występu na mistrzostwach Europy z 1992 roku… No cóż, trudno nie znaleźć podobieństwa. Przecież „Los Catrachos”, jak nazywana reprezentacja Hondurasu była uznawana raczej za chłopca do bicia i pierwsze spotkanie z Kostaryką zakończyło się porażką 0:1, która raczej potwierdzała przed turniejowe przewidywania. Jak się miało jednak okazać, przedwcześnie… O wszystkim miało więc decydować drugie spotkanie, w którymi rywalami miała być drużyna Boliwii.
Amado Guevara już wcześniej uznawany był za największą gwiazdę reprezentacji, w wieku 25 lat nosząc opaskę kapitańską. W pierwszym spotkaniu nie zabłysnął i nie potrafił powstrzymać dobrze funkcjonującej drugiej linii Kostarykańczyków. Jednak już mecz z Boliwią był jego prawdziwym koncertem. W 53. minucie znakomicie przyjął piłkę przed polem karnym rywali, po czym świetnym strzałem w lewy róg bramki wyprowadził na prowadzenie swoją reprezentację. Jednak prawdziwym majstersztykiem była drugi gol, gdy pokonał on bramkarza rywali uderzeniem z prawie 40. metrów. Faktem jest, że stało się to przy dość istotnej pomocy bramkarza, który najpierw niepewnie wybił piłkę, a później niefortunnie interweniował. Prawdą jest jednak, że za przytomność umysłu, jaką zachował Guevara w tej sytuacji, należą mu się największa brawa. Lider zespołu obudził się w najbardziej odpowiednim momencie, a zespół otrząsł się już po zawirowaniach z początku turnieju. W kolejnym spotkaniu z Urugwajem Honduras znowu zaskoczył i po świetnej dwójkowej akcji Saul Martinez-Guevara, ten drugi wykończył ją plasowanym strzałem w sytuacji sam na sam. Pewnym cieniem na wygranej kładzie się zaangażowanie Urugwaju, które w tym spotkaniu było dyskusyjne. Tajemnicą poliszynela jest bowiem fakt, że odpuścili ten mecz, aby nie trafić w ćwierćfinale na Brazylię. Ostatecznie więc to Guevara i spółka mieli stanąć na drodze ekipy Luisa Felipe Scolariego, która w trakcie turnieju nie prezentowała się jednak najlepiej, co potwierdziło spotkanie z Hondurasem. Pierwsza połowa odbywała się całkowicie pod dyktando zespołu z Ameryki Środkowej, a znakomicie prezentowała się trójka Guevara-Martinez-Julio Cesar Leon, którzy napędzali kolejne ataki na bramkę strzeżoną przez Marcosa. Co więcej, druga połowa nie przyniosła zmiany rażącej zmiany scenariusza i to Honduras nadal prezentował się lepiej, co udokumentowali w końcu bramką Saula Martineza. Efekt? Huraganowe ataki Brazylijczyków, które „Los Catrachos” jednak przetrwali, zadając ostateczny cios w czwartej minucie doliczonego czasu gry, kiedy po cudownym otwierającym podaniu Amado Guevary, reprezentanci Hondurasu ruszyli z kontrą, zakończoną drugą bramką Martineza. Świat osłupiał, a cud stał się faktem. Wielka machina Scolariego, mająca w składzie takie nazwiska jak Juninho Paulista, Denilson, Roque Junior i Jardel ugięła się pod naporem maleńkiego Hondurasu. Piękny sen Guevary trwał dalej, a on sam solidnie pracował na miano najlepszego piłkarza turnieju. Półfinał z Kolumbią był już jednak meczem bez historii i gospodarze pewnie pokonali rewelację turnieju 2:0, co sprawiło, że w meczu o trzecie miejsce mieli się zmierzyć z Urugwajem, który tym razem nie zamierzał jednak odpuszczać meczu. Ostatecznie padł remis 2:2, Honduras wygrał po karnych, a asystę przy jednej z bramek zaliczył (a jakże) Guevara, o którym już wtedy mówiono w kontekście zdobycia nagrody MVP Copa America. I rzeczywiście ją otrzymał. Po turnieju Guevarze wiodło się różnie. Transfer do Zacapetec nie był najlepszą decyzją Guevary i spędził tam tylko sezon, po czym rozpoczął swoistą tułaczkę po klubach (Deportivo Saprissa i Matagua), którą zakończył dopiero w czerwcu 2003 roku, podpisując kontrakt z zespołem Metrostars z Nowego Jorku (późniejszy Red Bull). Z perspektywy czasu, okres w Metrostars można uznać za najbardziej ustabilizowany w jego karierze, w trakcie którego rzeczywiście pokazywał pełnię swoich możliwości. Wszak wystarczy wspomnieć, że już w pierwszym sezonie zaliczył 3 bramki i 10 asyst, a w drugim został uznany MVP całych rozgrywek (!). Guevara ugruntował więc swoją pozycję jako jednego z najlepszych i najbardziej widowiskowych piłkarzy MLS w ciągu kilku następnych lat. W tym momencie po raz pierwszy dał znać o sobie jego temperament i w 2006 roku pojawił się konflikt… Piłkarz nie dostał zgody na treningi ze swoim rodzimy klubem z Motagui. Guevara nic sobie jednak z zakazu nie robił i rozegrał w zespole nawet kilka towarzyskich spotkań, czym wywołał wściekłość u działaczy zespołu z Nowego Jorku. Doszło do otwartego konfliktu między zawodnikiem a prezydentem klubu Alexi Lalasem, który był gotów nawet zrezygnować z usług zawodnika, jednak zarząd uznał, że piłkarz musi zostać w zespole.
W 2007 roku do zespołu wrócił jednak legendarny amerykański piłkarz, Claudio Reyna i jasnym się stało, że Guevara nie jest już w klubie potrzebny. Rozpoczął więc kilkuletnią tułaczkę (drugą już w swoim życiu) po klubach z MLS i Ameryki Środkowej. Po drodze zaliczał m.in. Chivas, Toronto FC i ponownie zespół z Motagui, karierę kończąc w swoim rodzimym klubie. Copa America w Kolumbii była niewątpliwie popisowym turniejem Amado Guevary. Możecie więc się zastanawiać, dlaczego po takim turnieju nie wylądował w Europie. Fakt, miał już podpisany kontrakt z Zacapetec, ale przecież liczby miał tam niezłe(8 goli), tak samo jak w kolejnym klubie (Deportivo Saprissa – 9 goli w 19 spotkaniach). Co więc stanęło na jego drodze do wielkiej klubowej kariery? Niewłaściwy menadżer, umiejscawiający piłkarza w klubach, których fundamentem były chwilowe zachcianki lokalnego biznesu(Toros Neza, CD Zacapetec)? A może awanturniczy charakter samego zawodnika, który potrafił zdzielić łokciem rywala w trakcie meczu? Ostatecznie można domniemywać, że sam piłkarz obawiał się rywalizacji w Europie i wolał utrzymywać status lokalnej gwiazdy w Ameryce Środkowej i MLS, bojąc się prawdziwej weryfikacji na Starym Kontynencie. Jedno jest jednak pewne. Był to zdecydowanie najlepszy piłkarz w historii Hondurasu i człowiek, który zabrał na wycieczkę do krainy marzeń cały swój naród w lipcu 2001 roku. To sprawia, że status legendy niewątpliwie się mu należy, a on na stałe zapisał się w historii fanów latynoskiego futbolu, jako przykład romantycznej historii piłkarskiego pucybuta, który, choć na chwilę skradł serca piłkarskim fanom i stanął na futbolowym panteonie.
7
Piłkarz jednego turnieju(czytajcie w odpowiedzi na komentarz):
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
10
Mecze, które wstrząsnęły światem:
2 maja 1962 r. Benfika Lizbona pokonała Real Madryt 5:3. Ten mecz uchodził przez lata za najlepszy w historii finałów Pucharu Mistrzów. Było w nim to wszystko, co decyduje o atrakcyjności widowiska: zwroty akcji, gole, gwiazdy i niezwykła atmosfera stadionu w Amsterdamie. Niemniej ważny był fakt iż finał rozgrywek o Puchar Mistrzów pierwszy raz transmitowały stacje telewizyjne w całej Europie. Wśród nich Telewizja Polska i wszystkie kraje socjalistyczne zgrupowane w Interwizji. Zobaczyliśmy wreszcie na własne oczy to, o czym dotychczas tylko słyszeliśmy. Real wciąż był wielki, chociaż znalazł się ktoś, kto zakończył serie jego 5 pucharowych zwycięstw. W dodatku była to drużyna z Katalonii. W sezonie 1960/61 Real rozpoczynał rozgrywki od drugiej rundy, wylosował Barçe i został wyeliminowany. Z punktu widzenia Europy to była sensacja ale nie w Hiszpanii. Atak Blaugrany: Kubala, Kocsis, Evaristo, Luis Suarez i Czibor był porównywalny z napadem Realu. Zbudowany 3 lata wcześniej Camp Nou świadczył o wielkich aspiracjach klubu. O awansie Barçy zadecydował jeden gol(2:2 w Madrycie i 2:1 w Barcelonie). Emocje związane ze starciami Realu i Dumy Katalonii nie są niczym nowym. Zmieniają się tylko piłkarze. Katalończycy dotarli wówczas do finału, w którym nieoczekiwanie ulegli teoretycznie słabszej Benfice 2:3.
Kiedy więc w następnym sezonie w finale Benfica spotkała się z Realem, powszechnie uznano że wszystko wróciło do normy. W Realu wciąż świeciły największe gwiazdy: Di Stefano, Puskas, Santamaria, Gento, del Sol a trenował go nadal Miguel Muñoz. Benfica wystawiła jedenastke bardzo podobną do tej zwycięskiej sprzed roku, z wyjątkiem jednej zmiany w pomocy i dwóch w napadzie. Na skrzydle zagrał 19-letni Antonio Simoes, który rok wcześniej zdobył mistrzostwo Europy juniorów. Portugalia pokonała wtedy w finale Polske. Drugim nowym napastnikiem był 20-letni Eusebio. Finał w Amsterdamie rozpoczął się po myśli Realu. W 17 minucie di Stefano zobaczył iż obrońcy Benfiki ustawili się w jednej linii blisko połowy boiska a Puskas stoi prawie równo z nimi. Podał więc mu prostopadłą piłke, Węgier przejął ją jeszcze w kole środkowym i biegł sam na bramke Costy Pereiry. Ludzie na stadionie wstali a w domach przed telewizorami również. Puskas ścigany przez obrońców pokonał około 40 metrów, podbił sobie jeszcze piłke udem żeby lepiej ułożyć ją do strzału i kopnął z odległości około 13 metrów lewą nogą w lewy dolny róg. Pięć minut później Węgier otrzymał piłke na środku boiska, około 25 metrów od bramki. Nikogo przy nim nie było, więc znowu kropnął lewą nogą. Piłka odbiła się jeszcze od murawy i wpadła ponownie w ten sam róg bramki. Real prowadził więc 2:0. Jednak Benfica nie rezygnowała i 2 minuty później zdobyła pierwszego gola. Z rzutu wolnego Eusebio trafił w słupek a odbitą piłke kopnął do bramki Aguas. Na 2:2 wyrównał Cavem strzałem w okienko zza pola karnego. Jeszcze przed przerwą Puskas znowu dał prowadzenie Realowi. Tym razem strzelił z linii pola karnego, oczywiście lewą nogą. Na przerwę w lepszych humorach schodzili Hiszpanie. Trener Benfiki, Bela Gutmann nie wyglądał jednak na zmartwionego, Miał podobno powiedzieć swoim zawodnikom: ,,Nie przejmujcie się. Teraz ich mamy. Oni już oddychają rękawami. Jeśli ruszycie na nich od pierwszej minuty to już się nie pozbierają”. Gutmann wiedział co mówi. Di Stefano miał już 36 lat, Puskas 35, środkowy obrońca Santamaria 33 a skrzydłowy Gento 29 lat. Pięć minut po przerwie główny rozgrywający Benfiki, Mario Coluna trafił do bramki niemal z tego samego miejsca co Puskas przy drugim golu. Trener miał racje, Hiszpanie nie nadążali za przeciwnikami i zaczeli się gubić. Eusebio miał teraz swoje pięć minut. Najpierw wykorzystał rzut karny, potem rzut wolny i w 60 minucie było po meczu, mimo że przez ostatnich 20 minut nikt się nie oszczędzał.
Eusebio stał się symbolem tego zwycięstwa. Grał znakomicie, był młody, szybki i wspaniale budowany. Stał się pierwszym piłkarzem z Afryki, który robił prawdziwą światową karierę. Dwa lata po 1960 roku jego pojawienie się na futbolowych salonach nabierało dodatkowego znaczenia. Tym bardziej że w zespole Benfiki wystąpiło 4 piłkarzy pochodzących z krajów afrykańskich. Eusebio, Coluna i bramkarz Pereira byli Mozambijczykami a napastnik Aguas i rezerwowy Santana to Angolańczycy. Dziś obecność afrykańskich zawodników w najlepszych europejskich klubach jest normą, wtedy to było coś nowego. Benfika najprawdopodobniej nie zdobywałaby przez 2 lata z rzędu Pucharu Mistrzów, gdyby nie miał wyjątkowego trenera, Węgra Beli Gutmanna. Tuż po drugim z rzędu zwycięstwie Benfiki w europejskich pucharach Gutmann wyjechał z Lizbony. W nagrodę za zdobycie Pucharu Mistrzów otrzymał w Benfice premię o 4 tys. dolarów mniejszą niż za mistrzostwo Portugalii a ponieważ umiał liczyć, ruszył dalej w świat. Pracy nie musiał szukać; przestrzegał zasady że trzeci rok w pracy trenera bywa najgorszy i trzeba uciekać z klubu po dwóch, zwłaszcza kiedy się osiągneło sukces. Prowadził więc w swojej 40-letniej karierze ponad 20 różnych klubów. Kłótnie z prezesami stanowiły jego hobby. Milan zwolnił go w trakcie sezonu, mimo iż drużyna zajmowała pierwsze miejsce w lidze. Zdobywał tytuły mistrza Węgier, Portugalii, Urugwaju i stanu São Paulo. Kiedy Benfika wygrywała z Realem w Amsterdamie, Bela Gutmann miał 62 lata.
@Symson
@Sensible
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@patataj