FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
@Fabik87 Za to, że jeśli nie zarejestruje tak wspaniałych piłkarzy, jakich Barca kupiła. Przecież mecz już w sobote a tu nadal dupa!
0
@Fabik87 Bartomeu jak najbardziej a w drugiej kolejności szykuje się panu Laporcie ale zobaczymy...
0
@tristan87 Jak na wojnie...
2
Co niektórzy rozpisują skład na Rayo Vallecano a jak dotąd nasza Barca nie zarejestrowała piłkarzy zakupionych w tym okienku transferowym. Jeśli Laporta tego nie uczyni to powinien dostać w ryja! Dosyć już się ośmieszaliśmy ostatnimi czasy z tymi kontraktami wielomilionowymi...
11
Nie tylko dla prawdziwych cules:
11 sierpnia 1928 r. FC Barcelona po raz pierwszy w historii rozegrała serie meczów towarzyskich ze słynnymi klubami Argentyńskimi. I tak: 11 sierpnia przegrała z CA Independiente 4:1, 15 sierpnia(również porażka) z River Plate 1:0 oraz 18 sierpnia po raz pierwszy w historii pokonała Boca Juniors 2:1 po dwóch golach znakomitego napastnika Josepa Sastre i honorowym napastnika Domingo Tarasconiego. Wszystkie te mecze rozegrane zostały w Buenos Aires.
@MesQueUnClub96
@patataj
@DaPidejpi
@Sensible
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@NaFazieHitman
1
Porażka Realu Madryt to miód na nasze serce, jednak w sporcie jak w życiu, nie często bywa tak słodko. Dzisiejszego wieczoru chyba jednak przyjdzie nam przełknąć gorzką pigułke. Ale jeszcze przyjdzie kryska na Matyska!
1
@JaroCoach Ba! I to jaki silny!? Polecam zapoznać się z przedwojennym polskim sportem, bo warto. Jest troche książek opisujących tamte lata, zresztą w internecie też jest tego nie mało.
5
@JaroCoach To nie był żaden atak! Ja chce wam uświadomić jakich mieliśmy genialnych piłkarzy, zwłaszcza przed wojną. Trzeba o tym pamiętać a młodzi nazywając się polskimi kibicami żyją tylko i wyłącznie teraźniejszością, jakby kiedyś nie istniał wspaniały polski sport...
2
@FCBparasiempre Niewiele brakowało a polskich piłkarzy zabrakłoby w Berlinie. Dwa główne w kraju okręgi, czyli lwowski i krakowski na walnym zgromadzeniu PZPN wyraziły swój sprzeciw wobec planów wyjazdu. Ostatecznie jednak federacja i PKOl podjęły decyzję, że nasi zawodnicy wezmą udział w piłkarskim turnieju. Decyzja zapadła dopiero w maju, a igrzyska rozpocząć się miały na początku sierpnia. Dwumecz z węgierską drużyną Phöbus był ważnym sprawdzianem. Pierwsze spotkanie rozegrano 18 lipca w Warszawie, gdzie wygraliśmy pewnie 3:1. Wodarz miał zagrać w drugim starciu, które zaplanowano dzień później w Łodzi. Odbywał w tym czasie służbę wojskową i na miejsce dotarł dopiero o 2:00 w nocy przed meczem. Nie dość, że byłem niewyspany, to jeszcze musiałem wybić się ponad moje możliwości, gdyż kandydatów na lewoskrzydłowego było więcej, i to takich jak Król, Łyko, Niechcioł, Kisieliński. Byłem w wojsku, więc wiedziałem, co znaczy zacisnąć zęby i starać się – wspominał Wodarz. I faktycznie się postarał. Węgrzy chcieli za wszelką cenę pokazać się z lepszej strony niż w Warszawie. W 32. minucie gry prowadzili już 3:1, a nasza gra nie wyglądała za ciekawie. Wtedy jednak obudził się Wodarz, a najlepiej jego występ podsumował „Przegląd Sportowy”: ,,Przyjechał urlopowany Wodarz i bez cienia przesady mógłby o sobie powiedzieć, że veni, vidi, vici. Był on bohaterem spotkania i faktycznym jego zwycięzcą. Skrzydłowy Ruchu znajduje się w formie, jakiej jeszcze nigdy u niego nie widzieliśmy. Błyskawicznie szybki, technicznie bez zarzutu, nerwowo opanowany, prowadzi piłkę w pełnym gazie krótko przy nodze, wybiega momentalnie na wolną pozycję, cofa się, idzie do przodu, centruje i… strzela, że raduje się serce!”. Wojsko widocznie mu posłużyło. Przestał się bać i z gracza zdanego przedewszystkim na współpracę z innymi stał się samodzielnym inicjatorem wszelkich groźnych akcji. Wyprowadzanie drużyny ze złej sytuacji było prawie jego wyłączną zasługą. Nie to, że sam strzelił trzy bramki, lecz natchnął drużynę bojowym duchem i wzbudził w niej wiarę we własne siły. Wodarz stał się też bohaterem dnia i zdobył sobie przebojem serca widowni. Jeśli utrzyma się w tej formie w Berlinie, będzie jednym z najpewniejszych naszych punktów – pisano. Zapewnił sobie miejsce w kadrze na igrzyska. Tam także błyszczał. W pierwszym spotkaniu z reprezentacją Węgier ustalił wynik spotkania na 3:0. Miał udział też przy pierwszej bramce, bo to jego obroniony strzał dobijał Gad. Prawdziwy koncert dał jednak w ćwierćfinale. Polacy mierzyli się z Wielką Brytanią. To nasi rywale jako pierwsi wyszli na prowadzenie. Po 10 minutach wyrównał Gad a tuż przed przerwą na 2:1 trafił bohater tekstu. Po przerwie dorzucił jeszcze dwa gole i w dziewięć minut skompletował hat-tricka. Na 5:1 podwyższył Piec i wydawało się, że jest po meczu. Sporego stracha napędzili nam jednak rywale, którzy na 10 minut przed końcem zdobyli kontaktową bramkę. Skończyło się jednak na 5:4. Był to życiowy mecz w mojej karierze piłkarskiej. Drugi raz w biało-czerwonych barwach udało mi się uzyskać „hat-trick”. Pierwszy raz strzeliłem w przedolimpijskiej próbie z Phöbusem, teraz również udało mi się zaskakującymi strzałami trzykrotnie zmusić do kapitulacji angielskiego bramkarza Hilla. Wszystko mi się w tym meczu udawało. Oddawałem centry dokładnie moim kolegom, a dwie bramki strzelone przez mnie po przerwie były, jak to określili obserwatorzy, majstersztykiem – wspominał Wodarz w książce „Wielki finał”. Półfinał był szczytem naszych możliwości. W meczu z Austrią byliśmy faworytem, mieliśmy przewagę, ale nie potrafiliśmy jej udokumentować. Przegraliśmy 1:3. W meczu o brąz naszym rywalem byli Norwegowie. Wodarz już po pięciu minutach dał nam prowadzenie, po czym rywale zdobyli dwie bramki. Z rzutu karnego celnie uderzył Peterek i po ledwie 25 minutach gry było już 2:2. W 67. minucie szczęście było o włos, kiedy piłka po strzale Wodarza trafiła w poprzeczkę. Nie mieliśmy tego dnia szczęścia. Pięć minut przed końcowym gwizdkiem to przeciwnik uderzył w poprzeczkę. Futbolówka odbiła się po tym od pleców naszego bramkarza i wolno wtoczyła do bramki. Wielu fachowców uznało Wodarza za najlepszego lewoskrzydłowego igrzysk. Kiedy wrócił do domu, to zamiast o swoim wyczynie w starciu z Brytyjczykami, wolał opowiadać o fenomenalnym występie czarnoskórego Jessiego Owensa z USA. Swoją czerwoną olimpijską marynarkę tratował jak najlepsze odświętne ubranie. Wyciągał ją z szafy i paradował po mieszkaniu. Kiedy przytył, to nie mógł się dopiąć w piersiach. Oprócz olimpijskiego stroju przywiózł też pamiątkowy medal i znaczek z numerem 5713, który dostawał każdy olimpijczyk. Anglicy byli pod takim wrażeniem jego gry, że zaproponowano mu transfer na Wyspy. Gazety pisały o 10 tys. funtów. Dla Polaków były to pieniądze niewyobrażalne. Łucja Wodarz, żona piłkarza, wspominała po latach, że za taką kwotę można było kupić całą chorzowską ulicę. Mimo to Gerard wolał zostać w Ruchu. W 1937 r. mistrzowską serię Ruchu w lidze przerwała Cracovia, ale hajduccy piłkarze ciągle byli ważnym ogniwem w reprezentacji. Ta szykowała się do meczów z Jugosławią, które miały decydować o awansie na mistrzostwa świata we Francji. Pierwszy zaplanowany był na 10 października 1937 r. w Warszawie. Polacy rozegrali bardzo dobre spotkanie i pewnie wygrali 4:0. Wodarz co prawda bramki nie strzelił, ale był jednym z głównych architektów zwycięstwa. Wodarz był może mniej aktywny niż zazwyczaj, jednak ilekroć wkroczył w akcję pod bramką Jugosłowian, stawało się gorąco – pisano w „Przeglądzie Sportowym” 11 października 1937 r. W rewanżu, który rozegrano w Belgradzie 3 kwietnia 1938 r., nasza reprezentacja przegrała 0:1. Polacy po prostu utrzymali wynik. W linii napadu wśród wyróżniających się zawodników znalazła się hajducka dwójka – Wodarz i Wilimowski. W ostatnim poważnym sprawdzianie przed wyjazdem do Francji Polacy pokonali aż 6:0 Irlandczyków. Wodarz dwukrotnie wpisał się na listę strzelców i obok Piątka i Wilimowskiego był najlepszy na boisku. O meczu z Brazylią w Strasburgu napisano już chyba wszystko. Błyszczał Wilimowski, ale i Wodarz zaprezentował się całkiem dobrze. Już na początku meczu mógł dać nam prowadzenie. Pewnie egzekwował rzuty wolne, ale brakowało nam szczęścia. Kiedy na początku dogrywki Brazylijczycy wyszli na prowadzenie, podziałało to mobilizująco na nasz zespół. Polacy atakowali z nieprawdopodobną wolą zwycięstwa. Znakomicie w 7. minucie doliczonego czasu uderzył Wodarz, ale piłka po jego strzale trafiła w poprzeczkę. Kto wie jak zakończyłby się ten pojedynek, gdyby lewoskrzydłowy trafił kilka centymetrów niżej… Wodarz był wzorem człowieka na boisku, jak i poza nim. Elegancki i spokojny w grze. Czasem zarzucano mu jednak bojaźliwość. Kiedy kogoś sfaulował, to zawsze kilka razy go przepraszał i upewniał się, czy na pewno nic złego się nie stało. Starał się grać jak najbardziej fair. Nie sztuka wpaść na rywala i go zadeptać. Sztuką jest odebrać mu piłkę tak, żeby się nawet nie zorientował – podkreślał. Kiedy w 1934 r. Ruch po raz drugi zdobywał mistrzostwo, to w „Przeglądzie Sportowym” opublikowano artykuł, w którym krótko przedstawiano każdego z zawodników. O Wodarzu pisano tak: ,,Lewoskrzydłowy Gerard Wodarz, teraźniejszy kapitan, liczący lat 21, jest piłkarzem spokojnym, wzorowym, stroni od częstych w obozie mistrza hulanek, a przez stworzenie ogniska domowego zjednał sobie całą drużynę. Reprezentacyjny i najelegantszy piłkarz nie tylko Śląska, ale bodaj i całej Polski, jest urzędnikiem w Hucie Batorego. Wodarz jest jedynym graczem bez złośliwego przydomka”. W 1930 r. ukończył Koedukacyjną Szkołę Handlową w Wielkich Hajdukach. Jak większość przedwojennych piłkarzy musiał normalnie pracować. Zatrudniony był w hucie jako księgowy. Praca, dopiero później trening. Żona przychylnie patrzyła na pasję męża. ,,Nigdy by mu nie zabroniła grać ani trenować. Zresztą sama też kopała piłkę! – wspominał syn Gerarda, Lucjan. Żonę poznał dzięki Franciszkowi Zarzyckiemu, który też grał w Ruchu. Łucja była jego młodszą siostrą. W 1934 r. Gerard i Łucja stanęli przed ołtarzem. Rano był ślub, a po południu wszyscy udali się na mecz. W klubie panowała wtedy taka tradycja, że kiedy w niedzielę rano któryś z piłkarzy wstępował w związek małżeński, to na popołudniowym meczu jego świeżo upieczona małżonka zasiadała na trybunach w białej sukni. Zwyczaj zapoczątkował Ewald Urban, późnej podtrzymał go Stefan Katzy. Tak samo było też z Wodarzami. Stanowili wzorowe małżeństwo. Gerard nie pił i nie palił. Rodzinę zawsze stawiał na pierwszym miejscu. ,,Ludzie do dziś zatrzymują mnie na ulicy i mówią, że tata tak kochał mamę, że był gotów całować ślady jej stóp” – opowiadał syn. Jego innymi pasjami poza piłką była muzyka i malarstwo. Potrafił grać na akordeonie i skrzypcach, a nawet na cytrze. Kiedy na placu przy ulicy Włodarskiego pojawiał się uliczny muzyk, to Wodarz schodził na dół, podawał mu do ręki złotówkę, siadał na ławce i z szacunkiem słuchał. ,,Z tęsknotą wspominam wigilijne wieczory, gdy muzykowaliśmy całą rodziną. Klatka naszej kamienicy miała świetną akustykę. Ludzie przystawali na schodach i mieli namiastkę koncertu” – mówił Lucjan Wodarz. Oprócz gry na instrumentach lubił także malować. Zastanawiał się nawet nad podjęciem nauki w Akademii Ssztuk Pięknych. Miał fotograficzną pamięć. To, co zobaczył, potrafił z najmniejszymi szczegółami odwzorować na płótnie. Najczęściej malował pejzaże i ludzi, dużo szkicował również ołówkiem. Był idolem i wzorem do naśladowania dla wielu młodych piłkarzy. Jednym z nich był Gerard Cieślik, który w swojej biografii tak mówił o swoim mistrzu: ,,Wodarz imponował mi pod każdym względem. Starałem się go naśladować i na boisku, i poza nim, bo był uczciwy i prostolinijny. Grał wspaniale, a nigdy się tym nie chwalił. To on utwierdzał mnie w przekonaniu, że dom rodzinny i własny klub to najwyższe wartości. Jego rajdy lewą stroną boiska i potężne uderzenia z dystansu siały postrach wśród najlepszych”. Kiedy 1 września niemieckie samoloty zrzucały bomby na Wieluń, a pancernik Schleswig-Holstein ostrzeliwał Westerplatte, Wodarz miał 26 lat. Był więc w najlepszym dla piłkarza wieku. Po cichu pewnie liczył, że największe sukcesy jeszcze przed nim. Z dnia na dzień trzeba było stawić czoła brutalnej rzeczywistości. Pod koniec sierpnia dostał powołanie do wojska. Z tego też powodu nie zagrał w meczu z Węgrami. Służył w 75. Pułku Piechoty. We wrześniu 1939 r. pod Przeworskiem dostał się do niewoli niemieckiej. Udało mu się jednak zbiec z transportu na stacji Kraków-Płaszów. Przez pewien czas się ukrywał, później zatrzymano go w Gliwicach i wreszcie wypuszczono do domu. Kiedy córka zobaczyła wychudzonego, zarośniętego ojca, to uciekła z podwórka z płaczem. Uważano go co prawda za Ślązaka, ale o polskim duchu. Przez ponad rok nie było dla niego pracy. Dostawał tylko dziewięć marek zasiłku tygodniowo. W rodzinie Wodarzów nastały ciężkie czasy. Żeby mieć z czego żyć, małżeństwo musiało sprzedać niektóre rzeczy. Najpierw pozbyli się kupionych pół roku wcześniej mebli, a później efektownego żyrandola. 12 listopada 1939 r. w Bismarckhütte, jak przemianowano Wielkie Hajduki, odbyło się spotkanie założycielskie nowego klubu. Nazwano go Bismarckhütter Sport Vereingung 1899 e.V. Tydzień później BSV rozegrał swój pierwszy mecz z TuS Lipinie, czyli przedwojennym Naprzodem Lipiny. Mimo zmienionych nazw, na boisku pojawili się gracze, którzy rywalizowali ze sobą już od kilku lat. BSV przegrał 1:2 a gola z podania Wodarza strzelił Peterek. Żona Gerarda wspominała, że mąż musiał się zgodzić na grę pod szyldem niemieckiego klubu. Inaczej utraciłby zasiłek i jakiekolwiek szanse na zatrudnienie. Dzięki temu, że grał i to całkiem nieźle, po roku otrzymał upragnioną posadę w hucie. Zarabiał ledwie połowę tego, co „prawdziwi Niemcy”, ale rodzina zyskała w ten sposób stałe źródło utrzymania. W zespole BSV, który obok Germanii był czołowym klubem na Śląsku, grał do końca 1941 r. Wtedy został wcielony do Wehrmachtu. Służył w wojskach lądowych stacjonujących na zachodzie Europy. Początkowo trafił do Pfalzburga w Lotaryngii. Tam jeden z niemieckich oficerów dowiedział się, że przed wojną Wodarz był piłkarzem. Niemiec silnie kopnął go w kolano i powiedział mu: już nigdy nie będziesz grał w piłkę. Po tym zajściu Gerard spędził trzy miesiące w szpitalu, następnie skierowano go do Antwerpii. Tam był członkiem oddziału pod dowództwem generała von Raisensteina. Niemiec cenił jego umiejętności księgowego i uczynił buchalterem oddziału. ,,Wtedy wiodło mu się lepiej, wysyłał nawet co miesiąc do nas, do domu paczkę z żywnością” – opowiadała żona piłkarza. Z Antwerpii trafił do Ostendy, leżącej na wybrzeżu Morza Północnego. W 1944 r. dostał przepustkę i przyjechał w rodzinne strony. BSV grało wtedy prestiżowy mecz z Germanią, który miał zadecydować o mistrzostwie. Razem z Wodarzem na przepustce przebywał inny przedwojenny ligowiec – Andrzejewski. Obaj dali się namówić kolegom na wzięcie udziału w meczu. Mimo takich wzmocnień BSV przegrało 1:2. ,,Mąż przyjechał na urlop, gdy zmarł jego ojczym, Franciszek Samol. Na pogrzeb nie zdążył, ale długo nie dał się namawiać, żeby zagrać z kolegami. Na pewno nie był w formie, bo w wojsku nie grał w piłkę, ani nie trenował” – mówiła Łucja Wodarz. Po powrocie do jednostki trafił na front. Jego kompania została rozbita, a żona otrzymała wiadomość, że Gerard zaginął i nie wiadomo, co się z nim dzieje. ,,Dopiero potem, z listu dowiedziałem się, że cudem uniknął śmierci. W Normandii został zatrzymany, wraz z Serbem i rodowitym Niemcem, przez amerykański patrol. Całą trójkę w niemieckich mundurach od razu postawiono pod ścianę. Gerarda uratowało, że miał w mundurze zaszyty polski paszport i wizę francuską z 1938 roku. Dwaj jego towarzysze zostali bez sądu rozstrzelani” – relacjonowała żona. Francuscy partyzanci oddali go w ręce Amerykanów. Ci z kolei przekazali go Anglikom. To w Anglii spędził ostatnie miesiące wojny. Pracował w obsłudze naziemnej RAF-u. Codziennie rano jako „polski sportowiec” był wyznaczony do prowadzenia gimnastyki. Koledzy namawiali, żeby został. Sam podobno też się nad tym zastanawiał. Zdecydował się wrócić. Wziął swoją walizkę i pieniądze, które zdołał zaoszczędzić. Miały one pomóc w rozpoczęciu nowego życia w nowej Polsce. Niestety w trakcie podróży statkiem został okradziony. Jedyne, co udało mu się ocalić to złote kolczyki, zawieszkę na szyję i pierścionek dla żony. Do kraju powrócił na przełomie 1945 i 1946 roku. Był szczęśliwy, że wreszcie ma przy sobie rodzinę, ale to nie był koniec kłopotów… ,,Pracę w hucie „Batory” dostał dopiero na przełomie kwietnia i maja. Nie chcieli mu dać roboty, bo każdy mówił, że jak przyjechał z Zachodu, to ma dość pieniędzy” – wspominała Łucja Wodarz. Dołączył do Ruchu przed rundą wiosenną sezonu 1945/46. Już w pierwszym swoim spotkaniu wpisał się na listę strzelców. Ruch zremisował na wyjeździe z Siemianowiczanką 3:3. Znowu zachwycał precyzyjnymi dośrodkowaniami. Teraz jednak obsługiwał nimi nie Wilimowskiego, ale Cieślika, który stawał się coraz ważniejszym zawodnikiem w szeregach Ruchu. Wodarz zagrał jeszcze w kolejnym sezonie w mistrzostwach klasy A, gdzie strzelił kilka goli. Pomógł zespołowi zdobyć mistrzostwo Śląska i przejść eliminacje międzyokręgowe o wejście do I ligi. 22 września wystąpił w kwalifikacjach krajowych, w wygranym meczu z Lechią. W ekstraklasie już nie wystąpił. Do ekstraklasy jednak wróci, ale już w innej roli. W połowie 1949 r. zasiadł na ławce Ruchu jako trener. Pod jego wodzą Niebiescy rozegrali 12 spotkań. Wygrali pięć i zremisowali dwa. Ruch zajął w tabeli dopiero ósme miejsce, choć kiedy opiekę nad nim przejmował Wodarz, było jeszcze gorzej. Po sezonie zastąpił go jednak Ryszard Koncewicz. W okresie powojennym piłkarze wielkiego Ruchu z lat 30. nie mieli jednak łatwo. Trudno było im się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Działacze z klubu przy ul. Cichej nie widzieli u siebie miejsca dla Gerarda. Znalazł zatrudnienie w innej śląskiej drużynie. W październiku 1950 r. zasiadł na ławce drugoligowego Górnika Zabrze. Pierwszym jego krokiem w nowej roli było sprowadzenie do Zabrza swojego byłego klubu. 6 grudnia z okazji Barbórki Ruch rozegrał z Górnikiem towarzyskie spotkanie, które wygrał 4:2. To wtedy właśnie zaczęła się pomiędzy klubami rywalizacja, która później będzie znana jako święta wojna i to właśnie ten pojedynek był pierwszym w historii wielkich derbów Śląska. Na zabrzańskiej ławce spędził cztery sezony. Piłkarze garściami czerpali z jego doświadczenia i umiejętności. Warto pamiętać, że to on wprowadzał do dużej piłki takich zawodników jak Antoni Franosz, Ginter Gawlik czy Henryk Czech. Zawsze uczciwie podchodził do powierzonych mu obowiązków. Kiedy jedno z trzecioligowych spotkań Górnika, rozgrywane w Zagłębiu miało być ponoć ustawione, Wodarz nie wybrał się nawet na mecz. Wszystko pewnie by się rozeszło, ale w przedmeczu juniorów rywale młodych górników tak ich skopali, że starsi koledzy postanowili nie puszczać tego płazem. Górnik wygrał 2:0. To pod jego wodzą Górnik po raz pierwszy pokonał Ruch. Stało się to 6 kwietnia 1953 a dochód z meczu miał być przekazany na fundusz budowy nowego śląskiego stadionu. Pod koniec 1954 r. odszedł z Górnika. W klubie następowały zmiany, które miały uczynić go poważnym ekstraklasowym graczem a według działaczy poczciwy i uczciwy trener nie był najlepszym wykonawcą tych ambicji. Zajął się szkoleniem młodzieży, co zajmowało jego czas przez ponad 20 kolejnych lat. Mimo że nie zawsze był dobrze traktowany w klubach, nie stracił pogody ducha. ,,Nigdy nie widziałem, żeby ojciec był zasmucony czy zmęczony. Uśmiechał się 32 godziny na dobę. Gdy komukolwiek robił przysługę, to zawsze za darmo. Przez 30 lat kończył pracę w hucie, wsiadał w PKS czy pociąg i jechał na trening. W klubach pracował za grosze” – opowiadał syn. Nigdy nie chorował i do końca utrzymywał sprawność fizyczną, czym zadziwiał najbliższych. Pewnego dnia wyszedł z domu do dentysty. Skrócił sobie drogę przez cmentarz. Nagle przystanął przy jednym z nagrobków i po chwili upadł. Okazało się, że w tej samej chwili dostał zawału i wylewu. Zmarł 11 listopada 1982 r. Był wielkim patriotą. Pierwsze strony jego albumu z wycinkami prasowymi zdobi polska flaga i wizerunki Józefa Piłsudskiego i Józefa Poniatowskiego. W tym kontekście data jego śmierci nabiera szczególnego znaczenia. Na jego pogrzebie Gerard Cieślik tak mówił o swoim mistrzu: ,,Zmarł największy w historii polskiego piłkarstwa lewoskrzydłowy, jeden z najwybitniejszych w Europie w późnych latach trzydziestych… To był najporządniejszy piłkarz, jakiego kiedykolwiek spotkałem w życiu. Wiedzy o piłce od niego się nauczyłem, techniki i strzału, podpatrując jego uderzenia i zagrania. Niedościgniony w zawodach, błyskawiczny w dryblingach, precyzyjny i sprytny w strzałach i prawdziwy przyjaciel na co dzień”. Stanisław Mielech w swoich wspomnieniach nazywa go ideałem na pozycji lewoskrzydłowego. Trudno znaleźć kogoś, kto mógłby się z nim równać. Nie byłoby bez niego wielkich sukcesów Ruchu w latach 30-tych. Dużo trudniej byłoby o gole Wilimowskiemu czy Peterkowi. Równie dużo dawał reprezentacji. Jeszcze raz możemy westchnąć – gdyby tylko w tamtych latach liczono asysty… Nie dowiemy się, jak wyglądałaby jego kariera, gdyby nie wojna. Mógł zostać za granicą, ale wolał wrócić do kraju, do rodziny i do Ruchu, który zawsze zajmował szczególne miejsce w jego sercu. Był spokojny, uczynny i uczciwy, choć nie zawsze dobrze na tym wychodził. Chciał być jednak wierny wobec ideałów.
10
@FCBparasiempre 10 sierpnia 1913 r. w Chorzowie urodził się Gerard Wodarz – złote skrzydło Ruchu i reprezentacji Polski. Był jednym z najlepszych polskich piłkarzy nie tylko okresu międzywojennego ale również całej w całej historii polskiej piłki nożnej. Najlepsze lata kariery zabrała mu wojna. Już jako nastolatek grał w reprezentacji. Na igrzyskach w Berlinie czarował na lewym skrzydle i strzelił 3 gole w starciu z Wielką Brytanią. Dobrymi występami zyskał uznanie w oczach Anglików i niewiele brakowało a zagrałby w tamtejszej lidze. Pięciokrotnie zdobywał mistrzostwo Polski. Z jego podań dziesiątki goli strzelali Peterek i Wilimowski. Dzisiaj niewielu o nim pamięta, ale dla kibiców chorzowskiego Ruchu Gerard Wodarz jest postacią niemal legendarną. I to w pełni zasłużenie. Igrzyska olimpijskie w Berlinie były pierwszą dużą imprezą, na której zaistniała nasza reprezentacja. Polacy dotarli do półfinałów, gdzie niestety musieli uznać wyższość Austrii. W meczu o trzecie miejsce natomiast pechowo przegraliśmy z Norwegami. Według wielu obserwatorów, to właśnie zespoły, które walczyły o brąz, były najlepszymi w całym turnieju. Nasi zawodnicy pokazali się z dobrej strony i udowodnili, że poziom futbolu nad Wisłą jest coraz wyższy. Niespełna miesiąc po igrzyskach mieli okazję do potwierdzenia swoich umiejętności w starciu z Jugosławią. W Belgradzie polegli jednak aż 3:9. Mimo że mecz odbywał się w trudnych warunkach i duży wpływ na naszą postawę miała kontuzja naszego kapitana Henryka Martyny, to trudno było o optymizm przed zbliżającym się starciem z Niemcami. W niedzielne popołudnie 13 września 1936 r. kibice tłumnie ruszyli na Stadion Wojska Polskiego. Trybuny pękały w szwach a frekwencja wyniosła około 45 tys. Co najmniej kilka tysięcy sympatyków piłki dostało się na stadion nielegalnie dzięki sfałszowanym biletom. PZPN zupełnie nie docenił skali zainteresowania meczem i na związek spadła fala krytyki za fatalną organizację. Zabrakło telefonu dla prasy, policja odnotowała setki kradzieży, pobić i nieszczęśliwych wypadków. Wielu ludzi zostało poturbowanych. Zagrania Polaków często nagradzano gromkimi brawami. Pierwsza połowa była dość wyrównana. Ataki Niemców stawały się coraz bardziej niebezpieczne a akcje Polaków raziły nieskutecznością. Pierwsi na prowadzenie wyszli nasi zachodni sąsiedzi. Już w 19. minucie błąd Wasiewicza wykorzystał Euler, podał do Hohmanna a ten strzałem po ziemi z kilkunastu metrów pokonał Albańskiego. Druga odsłona była już dużo lepsza w naszym wykonaniu. W ataku, w którym Scherfke i Gad nie potrafili znaleźć sposobu na pokonanie Buchloha, odpowiedzialność za zdobywanie goli wziął na siebie Wodarz. W 70. minucie wykorzystał świetne podanie od kolegów i mijając obrońców, strzelił płasko w prawy róg. ,,Z poszczególnych formacji drużyny najbardziej zawiódł napad, który de facto zwalił całą pracę ofensywną na barki świetnego Wodarza. A fakt, że w takich warunkach nasz pilnowany do niemożliwości lewoskrzydłowy potrafił zdobyć bramkę, oraz o włos nie uzyskać drugiej świadczy raz jeszcze o jego nieprzeciętnych walorach”– pisał na łamach Przeglądu Sportowego Jerzy Grabowski 14 września 1936 r. Do końca spotkania wynik nie uległ już dużej zmianie. Wodarz potwierdził swoje znakomite umiejętności, które prezentował już w Berlinie. Polacy po raz pierwszy zremisowali z Niemcami, a wcale dużo nie brakowało, żeby przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Na uwagę zasługuje też postawa kibiców, którzy gorącym dopingiem wspierali swoich ulubieńców. Dobrą grę Polaków w drugiej części gry zauważył też prowadzący zawody Szwed Rudolf Eklöw: ,,Polska była stanowczo bliższa zwycięstwa niż Niemcy. Gdyby zaś na Olimpiadzie z Austrią zagrała na poziomie, jak w drugiej części z Niemcami, byłaby zwyciężyła bardzo lekko”. Gdyby w tamtym meczu zagrali Wilimowski i Peterek, z którymi Wodarz świetnie rozumiał się w Ruchu, może na zwycięstwo nad Niemcami nie musielibyśmy czekać do 2014 r. Zanim jednak Wodarz wraz z kolegami stworzył niezapominane trio, pierwsze swoje piłkarskie kroki stawiał, grając typowe mecze ulica na ulicę, czy osiedle na osiedle. Gerard w swoich wspomnieniach Od szmacianki do olimpiady, które były publikowane w latach 40. na łamach „Sportu”, przyznawał, że nie pamięta, kiedy po raz pierwszy miał kontakt z piłką. Z pewnością należał jednak do drużyny z ulicy Św. Jadwigi, a ich największym rywalem był zespół „Bloków”. W wielu zaciętych spotkaniach tych ulicznych klubów wykuwały się charaktery późniejszych reprezentantów Polski. Razem z Wodarzem swoje umiejętności podnosili wtedy m.in. Teodor Peterek czy Karol Dziwisz. Kto wie, jak potoczyłyby się losy przyszłych reprezentantów, gdyby nie pewien nauczyciel. Zainteresował się on pasją swoich podopiecznych i pomógł im zorganizować mecze na hałdzie Kalina. Nawierzchnia boiska była żużlowo – piaskowa, a dodatkowo pokryta popiołem. Kiedy rozgrywał tam swoje mecze Ruch, to tak się kurzyło, że w przerwie straż pożarna polewała płytę wodą. Młodym chłopakom to jednak nie przeszkadzało. Często wracali do domów z pozdzieranymi kolanami czy rękami, ale cieszyli się, że mieli gdzie grać. Pedagog zadbał również o piłkę. Wodarz z towarzyszami nie musieli już grać szmacianką lub taką o mniejszych rozmiarach, ale jak to określił sam piłkarz oryginalną „kulą”. ,,Była ona co prawda trochę jajowata, ale to nie przeszkadzało wówczas w grze” – wspominał Gerard. Wodarz przyszedł na świat 10 sierpnia 1913 r. w ówczesnym Bismarckhütte. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, miejscowość przemianowano na Wielkie Hajduki. Największym i najsilniejszym klubem w okolicy był Ruch. Gra w tym zespole była marzeniem każdego młodego hajduczanina uganiającego się za piłką. Podobnie było z naszym bohaterem. Wodarz dołączył do juniorskiej drużyny Ruchu w wieku 12 lat. Dwa lata później, czyli w roku 1927 doszło do rozłamu w hajduckiej drużynie. Zawodnicy drużyny rezerw opuścili klub i założyli własny, który nazwali Haller. Wywołało to konieczność utworzenia nowej drużyny rezerwy w Ruchu z dotychczasowych juniorów. W ten sposób mając zaledwie lat czternaście, dostałem się już do rezerwy, gdzie grałem tak jak dziś zawsze na lewym skrzydle, gdyż jestem „mańkutem” – opowiadał Wodarz na łamach „Sportu”. Na zapleczu pierwszej drużyny nie spędził jednak zbyt wiele czasu. W rezerwach prezentował się na tyle dobrze, że już wkrótce dostał szansę debiutu w podstawowym składzie. Pewnej niedzieli przed południem – w tym roku po przydzieleniu do rezerwy – podszedł do mnie w kościele pracownik 1-szej drużyny, oświadczając, iż szuka mnie. Mam natychmiast jechać do Bielska, gdzie Ruch grał, gdyż ich lewoskrzydłowy zachorował. Pojechałem tam jak stałem. Nosiłem jeszcze wówczas krótkie spodnie i koszulę z wyłożonym kołnierzem. Graliśmy z BTS. Pojawienie się moje na boisku w Bielsku wywołało złośliwe uwagi tamtejszych kibiców pod adresem „chłopaczka”. Wkrótce jednak po rozpoczęciu się meczu i strzeleniu przeze mnie nieczęsto widzianej bramki z odległości 30 metrów, zwolennicy tamtejszego Klubu zmienili zdanie: nabrali szacunku dla moich umiejętności. Partnerem moim był wówczas starszy o 10 lat, lecz niższy Sobocik. Słuchałem go jak ojca, on to kierował mną w akcji – opisywał Wodarz swój pierwszy mecz w Ruchu we wspomnieniach „Od szmacianki do olimpiady”. Od czasu tamtego meczu powoli, ale systematycznie robił postępy. Ciężko pracował na treningach i dzięki swojemu zaangażowaniu wkrótce na stałe dołączył do pierwszej drużyny. W cytowanych już wspomnieniach opowiadał o wyjazdowym meczu we Lwowie. W czerwcu 1929 r. Ruch mierzył się z miejscową Pogonią z Kucharem w składzie. Wodarz pojechał tam jako rezerwowy, ale co ciekawe nie jako lewoskrzydłowy. Wystawiono mnie jako rezerwowego bramkarza, gdyż zasadniczo zabrano mnie, abym widział jak lwowiacy grają. Przebrać się przebrałem i stanąłem za bramką, ale jak zobaczyłem tempo gry, to ze strachu serce biło mi jak oszalałe i prosiłem Boga, abym nie musiał czasem bramkarza zastąpić – wspominał. Widoczne jego modlitwy zostały wysłuchane, bo mimo ostrej gry i faktu, że Ruch kończył w dziewiątkę, pierwszy bramkarz wytrwał na posterunku. Niebiescy wygrali 4:3, co było sporą niespodzianką, bo plasowali się wtedy raczej w dolnych rejonach tabeli. Niespełna miesiąc później Wodarz zaliczył swój pierwszy mecz w lidze. 7 lipca na boisku AKS-u w Królewskiej Hucie, Ruch podejmował Warszawiankę. Przed rozpoczęciem spotkania okazało się, że przybyło tylko dziesięciu graczy podstawowego składu – zabrakło Pawła Buchwalda. Jego miejsce na łączniku zajął Karol Frost, który zwykle grał na lewym skrzydle. W ten sposób otworzyła się szansa dla Gerarda. Przepisy stanowiły wtedy, że minimalny wiek dla ligowca to 16 lat. Wodarzowi brakowało kilku tygodni, ale działacze postanowili zaryzykować. W ten sposób nastolatek zaczął pisać nowy rozdział w swojej karierze. W tym samym roku Wodarz razem z Ruchem pojechał na dwutygodniowy turniej do Gdańska. Był to jego pierwszy tak daleki wyjazd. Na razie powoli wchodził do zespołu, ale już w następnym roku miał stać się podstawowym zawodnikiem drużyny. Jako jedyny (!) wystąpił wtedy we wszystkich ligowych meczach i to w wieku tylko 17 lat. 25 maja 1930 r. młody lewoskrzydłowy po raz pierwszy wpisał się do protokołu meczowego, strzelając drugą bramkę w wygranym 2:1 meczu z warszawską Polonią. Stał się tym samym najmłodszym strzelcem bramki w polskiej lidze. Jedynie podkreślić należy grę młodego lewoskrzydłowego Wodarza, który staje się bardzo wydatną podporą ligowej drużyny – chwalono występ Gerarda w Przeglądzie Sportowym z 28 maja 1930 r. Wodarz coraz lepiej spisywał się w lidze. To on najczęściej swoimi podaniami czy dośrodkowaniami otwierał kolegom drogę do bramki lub sam je zdobywał. Zarówno w 1931 r., jak i w 1932 nie opuścił żadnego ligowego spotkania. Jeśli w relacjach prasowych kogoś wyróżniano, to najczęściej był to właśnie Wodarz do spółki z Peterkiem. Dobre występy jednostek nie szły w parze z formą całej drużyny, choć w porównaniu do poprzednich sezonów Ruch piął się w górę. W połowie kwietnia 1931 r. hajduccy piłkarze po raz pierwszy nawet liderowali tabeli. Do podium dalej było jednak daleko, a fakt, że z powodów finansowych klub ciągle musiał sobie radzić bez trenera, na pewno nie pomagał w rywalizacji. Dobre występy Wodarza w lidze nie przeszły niezauważone. Postępy, jakie czynił, zapewniły mu miejsce w reprezentacji okręgu. Wkrótce zwrócił też na siebie uwagę Józefa Kałuży. Kapitan związkowy PZPN zdecydował się powołać młodego zawodnika na towarzyskie spotkanie z Rumunią. Nasi ówcześni sąsiedzi należeli wtedy do europejskiej czołówki. Dobrze radzili sobie w Pucharze Bałkańskim. Byli też równorzędnym rywalem dla tak renomowanych ekip jak: Węgry, Austria czy Czechosłowacja. 2 października 1932 w Bukareszcie górą byli jednak Polacy. Drużyna nasza wygrała wtedy 5:0, ale spotkanie należało mimo wysokiego wyniku do trudnych. Temperatura wynosiła 42oC. Każdy może sobie wyobrazić, jak się gracze pocili. Ja, 18-letni młodzieniec wówczas, miałem do pokonania prócz tych 42 stopni, jeszcze swą „gorączkę” pierwszego oficjalnego występu w reprezentacji Polski – opowiadał po latach o swoim pierwszym meczu w kadrze. W momencie debiutu miał 19 lat i 53 dni. Przed nim koszulkę z białym orłem na piersi zakładało tylko dwóch młodszych graczy. Zaprezentował się na tyle dobrze, że znalazło się dla niego miejsce w zbliżającym się wyjeździe kadry do Włoch. Polska miała zagrać tam trzy oficjalne spotkania, ale skończyło się tylko na dwóch i to nieoficjalnych. Nieznane są przyczyny odwołania oficjalnego charakteru spotkań, ale wiadomo, że przyjęto nas z najwyższymi honorami. Przed oboma spotkaniami odegrano hymny gospodarzy i gości, a także zaproszono neutralnych sędziów. Polacy jednak dwa razy przegrali. W spotkaniu rozgrywanym w Neapolu z reprezentacją Włoch środkowo-południowych było 0:3 a w drugim, które odbyło się w Genui z zespołem północno-zachodnich Włoch aż 1:5. Naszym zawodnikom brakowało szybkości i mieli problemy z utrzymaniem narzuconego tempa. Na dodatek Włosi już wtedy nie przebierali w środkach, co w pierwszym starciu skończyło się dwiema kontuzjami Polaków. Również sędziowie, zwłaszcza w spotkaniu w Genui mogli się spisać lepiej. Za ewidentną rękę nie został podyktowany rzut karny. Prasa włoska jednak zauważała, że Polacy byli lepszym zespołem, niż zakładano. Wygranie meczu na gorącym nie tylko z powodu słońca terenie nie było łatwym, jak o tym prócz nas przekonało się wiele innych drużyn. Przegraliśmy – wspominał Wodarz. W 1933 r. w Ruchu doszło do wielu zmian. Powołano specjalny komitet, którego zdaniem miało być pozyskanie sponsorów klubu. Wybór padł na Hutę Bismarcka. Prezesem klubu został Wilhelm Blacha. Był zdania, że drużynę trzeba budować na lata i opierać ją na zawodnikach pochodzących z Górnego Śląska. Zmiany zaszły również w lidze. Rywalizowano w dwóch grupach – wschodniej i zachodniej. Trzy najlepsze drużyny z każdej z nich w drugiej części sezonu toczyły bój o mistrzostwo. Również w drużynie doszło do przetasowania. Niektórzy zakończyli kariery, inni zmienili barwy klubowe. Już w poprzedniej kampanii ligowej zaistniał 19-letni Edmund Giemza, wkrótce do pierwszej drużyny dołączył też wychowanek Alfred Gwoźdź. To właśnie ci dwaj panowie oraz Teodor Peterek okażą się na koniec sezonu najlepszymi strzelcami klubu. Nie byłoby jednak ich bramek bez znakomitych podań Wodarza. Już w pierwszym meczu piłkarze pokazali, że będą liczącą się siłą, rozbijając 6:0 krakowską Garbarnię. Drużyna Ruchu przedstawiała się jako całość bardzo dobrze, tak pod względem technicznym, jak i taktycznym oraz kondycji fizycznej. Na pierwszy plan wysunął się bezapelacyjnie Wodarz, który bodajże nigdy jeszcze nie był w tak świetnej formie – relacjonował „Przegląd Sportowy” z 5 kwietnia 1933 r. Ruch w grupie grał z drużynami krakowskimi – Podgórzem, Garbarnią, Wisłą i Cracovią oraz z poznańską Wartą. Cracovia broniła tytułu, ale w starciu z hajducką drużyną była bez szans. Niebiescy wygrali aż 4:1. Poważnie zasygnalizowali chęć walki o tytuł. W relacjach prasowych znowu wychwalano lewoskrzydłowego Ruchu: ,,Na czoło wybija się bezapelacyjnie Wodarz, gracz wybitnie inteligentny, dysponujący doskonałą techniką, dużą ambicją, świetnymi podaniami dośrodkowemi i bardzo niebezpiecznym strzałem” – chwalono go w „Przeglądzie Sportowym” z 31 maja 1933 r. Ciągle zbierał pochwały. Był prawdziwym motorem napędowym drużyny. Pierwszy ligowy tytuł Ruch zapewnił sobie po wyjazdowym zwycięstwie w ostatniej kolejce ligowej nad Cracovią. Co ciekawe sympatia krakowskich kibiców w dużej mierze była po stronie gości, bo ich wygrana oznaczała brak tytułu dla lwowskiej Pogoni. O ile mistrzowski tytuł w 1933 r. był dla wielu zaskoczeniem, o tyle rok później jego obrona była już piłkarskim kunsztem. Rozgrywki toczono „normalnie”, czyli 12 drużyn rywalizowało w jednej grupie. Ruch przegrał tylko dwa spotkania. Hajduczanie strzelili w 22 meczach 90 bramek, czyli prawie dwa razy więcej niż druga w tabeli Cracovia! Do zespołu dołączył Wilimowski. On sam zdobył 33 gole, Peterek dorzucił 28, a Wodarz kolejne 10, a gdyby tylko w tamtych czasach liczono asysty… byłby królem tej statystyki. Z takim atakiem musieli wygrać ligę. Sukces powtórzyli w dwóch kolejnych sezonach, choć już bez tak znaczącej przewagi. Na początku grudnia 1934 r. na Śląsk przyjechał wielki Bayern. Niemcy brali udział w turnieju, w którym uczestniczyły jeszcze zespoły Cracovii, Garbarni i Ruchu. Gospodarzem byli Niebiescy. Szkoda, że organizatorzy nie postarali się, żeby mistrz Polski spotkał się z Bayernem dopiero w finale. Oba zespoły starły się już w półfinale, gdzie po dość wyrównanym meczu górą byli goście. Pokonali oni Ruch lepszą organizacją gry i skutecznością. Wodarz znalazł się wśród wyróżniających się graczy Jako jeden z nielicznych starał się jakoś zapanować nad chaotycznymi atakami hajduczan. Na przełomie roku Ruch udał się do Monachium na rewanż. Po kolejnym wyrównanym pojedynku wygrali tym razem Niebiescy. Prasa niemiecka była pod wrażeniem wyszkolenia technicznego i bardzo dobrej taktyki. Podkreślali lepszy start do piłki gości z Polski i ofiarność piłkarzy. Na uroczystej kolacji były przemówienia na cześć zawodników Ruchu i pamiątkowe prezenty. Monachijczycy dostali statuetkę z węgla, a sami przekazali Polakom kufle. Drugi mecz na niemieckiej ziemi zaplanowano na 2 stycznia 1935 r. Ruch miał się zmierzyć z VfB Stuttgart. Pierwszy kwadrans spotkania nie był udany, bo gospodarze prowadzili już 2:0. Wtedy jednak piłkarze Ruchu wzięli się ostro do roboty, strzelili pięć bramek i na przerwę schodzili ze znaczną przewagą. Ruch grał świetne zawody, piłka krążyła jak po sznurku, a zawodnicy starali się kontrolować grę. W drugiej połowie dało o sobie znać zmęczenie i fatalna jakość boiska, wskutek czego gospodarze zdołali strzelić dwie bramki. To było jednak wszystko, na co ich było stać. Atak Ruchu był w stosunku do Monachium nie do poznania. Kombinacyjnie celujący, świetnie dysponowany strzałowo i w doskonałej kondycji fizycznej. Trudno kogoś wyróżnić, bo wszyscy pracowali się bez zarzutu. Jeśli decydujemy się na skrzydłowych, to dlatego, że zdobyli się oni na największy kontrast w stosunku do Monachium. Wodarz był długimi okresami najlepszym graczem na boisku, grał uważnie i miał szczęście w strzelaniu – czytamy w „Przeglądzie Sportowym” z 5 stycznia 1935 r. Trzy gole strzelił Wilimowski, a dwa Wodarz. W nagrodę obaj zawodnicy zostali wyróżnieni przez PZPN srebrnymi odznakami za godną obronę barw Polski w spotkaniach międzypaństwowych. Za kilkanaście miesięcy Polska weźmie udział w igrzyskach w Berlinie ale na niemieckich boiskach zaprezentuje się tylko jeden z tych wspaniałych piłkarzy.
7
Pamietajmy!
Najwybitniejszy skrzydłowy polskiego futbolu:
@Symson
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@DaPidejpi
0
@Sysia11 Jeśli jeszcze nie czytałaś to bardzo polecam ci książke ,,Garrincha Samotna gwiazda". Kapitalna biografia, opisująca również historie Brazylii i nie tylko.
0
@Eto'o9 R10 Poza tym nie każdy wie że Garrincha urodził się jako kaleka, miał bodaj 3 czy 4 centymetry krutszą jedną z nóg a wyczyniał dryblingi nie z tej ziemi. To prawda, gdyby nie jego nałogi(drugi z nałogów to kobiety) to śmiem twierdzić że byłby jeszcze lepszy niż Messi a z pewnością zdobyłby mase więcej trofeów.
6
Trzeba pamiętać i wiedzieć również o tym, że gdyby nie Garrincha, to Pele nie byłby trzykrotnym mistrzem świata, zresztą sam Pele o tym mówił. Ponadto Garrincha niemal w pojedynke wywalczył mistrzostwo świata(1962), tak jak i Maradona(1986) i w zasadzie tylko(albo aż) odróżnia ich to od Messiego. Można spekulować czy Messi miał lepszych czy gorszych kolegów do pomocy w kadrze aby zdobyć MŚ w odróżnieniu od Maradony czy Garrinchy ale nie ma to większego znaczenia. W zasadzie cała trójka jest dla mnie najlepsza w historii futbolu. To byli(i są) najwięksi artyści piłki nożnej, jacy rodzą się raz na 100 lat a może i więcej...
4
@Arkon Zdecydowanie na pierwszym miejscu egzekwo Messi i Maradona. Natomiast na 3 miejscu egzekwo Manoela Francisco dos Santosa i Edsona Arantesa de Nascimento!
18
Legendy włoskiego futbolu:
9 sierpnia 1973 r. w Piacenzie urodził się Filippo Inzaghi. W klubie z tego miasta rozpoczął piłkarską karierę w sezonie 1991/92, po czym na rok wypożyczony został do trzecioligowego Leffe. Następnie występował w Veronie i ponownie w Piacenzy. W 1995 roku trafił do Parmy, w barwach której zadebiutował w Serie A. Najczęściej jednak zajmował miejsce na ławce rezerwowych, skąd przyglądał się poczynaniom Zoli i Stoiczkowa. Rozegrał zaledwie 15 spotkań strzelając dwie bramki. Latem 1996 roku wypożyczono go do Atalanty Bergamo. To posunięcie okazało się strzałem w dziesiątkę i dla klubu z Lombardii i dla samego snajpera. W barwach Atalanty rozegrał 33 spotkania (nie zagrał tylko w jednym meczu), strzelając 24 gole.
Latem 1997 roku transfer Inzaghiego do Juventusu nie stanowił więc niespodzianki. Bądź co bądź, mistrzowie Włoch kupowali z Atalanty Bergamo piłkarza, który z 24 golami na koncie został królem ligowych strzelców sezonu 1996/97. Działacze Bianconerich każdą bramkę wycenili na pół miliona dolarów. Inzaghi podpisał pięcioletni kontrakt i zarabiał na tamtą chwilę 1,2 miliona dolarów rocznie. Jak sam powiedział: “Gra w Juventusie to spełnienie moich marzeń“. Już w swym pierwszym sezonie spędzonym w Juve grał u boku wielkiego Alessandro Del Piero. Mimo wzajemnej niechęci, która była tajemnica poliszynela, na boisku stworzyli znakomity duet, którego Lippiemu mógł pozazdrościć każdy trener. We dwóch strzelili 39 goli. Mniej bramek niż ta dwójka zdobyli wszyscy piłkarze siedmiu drużyn Serie A, w tym słynnego Milanu. Mimo tak udanego sezonu w Juventusie, w okresie letniego mercato spekulowano, że Inzaghi może przejść do Romy. Miało się tak stać z chwilą sfinalizowania rozmów Juve z Christianem Vierim. Do tego jednak nie doszło. Vieri ostatecznie odszedł do Lazio, a Filippo Inzaghi, ku uciesze wielu fanów, pozostał na Stadio Delle Alpi. Tym samym złamał pewną regułę. Do tej pory od czasu wkroczenia w wiek seniorski co roku zmieniał klubowe barwy. Zaraz po przyjściu do Juve, Inzaghi święcił swój 1 triumf. Był to Superpuchar Włoch rozegrany w 1997 r. Rywalem była Vicenza. Bianconeri wygrali ten mecz 3-0, a autorem dwóch goli był nie kto inny, jak sam Inzaghi (trzecią bramkę dołożył Conte). Kolejny sukces przyszedł za niedługo, bo już w pierwszym sezonie w nowych barwach. Wtedy to Juventus zdominował rywali i zdobył swe 25 scudetto. Jak się jednak później okazało, był to ostatni taki sukces bramkostrzelnego napastnika w barwach Juve. Mógł odczuwać niedosyt, lecz nie z powodu swojej postawy, co z braku większych osiągnięć, w końcu w Turynie spędził 4 lata. W sezonie 1998/1999 Inzaghi nie zawiódł strzelając 12 goli w 28 meczach. Wszystko ułożyłoby się zapewne lepiej, gdyby nie koszmarna kontuzja Del Piero, tuż na początku sezonu. W ostateczności klub z Turynu zakończył ligowe rozgrywki dopiero na 7. miejscu. Również w Lidze Mistrzów Pippo spisywał się na miarę oczekiwań. Otarł się nawet o wielki finał, jednak ostatecznie Juve musiał uznać w półfinale wyższość Manchesteru United. W sezonach 1999/2000 i 2000/2001 wszystko zdawało się wrócić do normy. Inzaghi zachwycał i robił to co do niego należało – strzelał bramki. Zdobył ich odpowiednio 15 i 11. Na niewiele się to zdało, ponieważ Juve dwa razy kończyło rozgrywki ligowe jako wicemistrz. Również w Europie turyński zespół nie zachwycał. Wygrał mało prestiżowe rozgrywki Pucharu Intertotto, by później szybko odpaść z Pucharu UEFA. Sezon później (2000/2001) Juve już w pierwszej fazie grupowej Ligi Mistrzów pożegnało się z rozgrywkami. Inzaghi zdobył 5 goli z 9 strzelonych przez Juve. W meczu z Hamburgerem udało mu się nawet ustrzelić hat-tricka. Już wtedy Filippo Inzaghi czuł na plecach oddech Davida Trezegueta. Jeśli obawiał się o miejsce w podstawowej jedenastce to miał rację, bo działacze Juve zdecydowali się sprzedać Włocha, by zrobić przestrzeń dla kupionego po Euro 2000 Francuza. W 2001 roku Filippo Inzaghi opuścił Turyn przenosząc się do Milanu za 38 milionów dolarów. Szybko się tam zaaklimatyzował i zdobywał dla nowego klubu mnóstwo bramek. W 2007 roku stał się bohaterem całego Mediolanu, gdy jego dwie bramki w finale z Liverpoolem zapewniły Rossonerim wygraną w Lidze Mistrzów. Ogółem w Milanie grał aż do 2012 roku i w 300 meczach strzelił 126 bramki.
Regularnie powoływany do reprezentacji Włoch, w Squadra Azzurra wystąpił trzy razy w finałach mistrzostw świata (1998, 2002, 2006 – na tych ostatnich zdobył złoty medal) oraz na Euro 2000, skąd przywiózł srebro. Podczas 4 sezonów spędzonych na Delle Alpi, Superpippo rozegrał w barwach Juventusu 167 meczy zdobywając aż 91 goli. Bilans naprawdę imponujący, a samego piłkarza na pewno nigdy nie zapomni żaden kibic Juve z tamtych czasów. Po zakończeniu w 2012 roku kariery piłkarskiej Inzaghi postanowił spróbować swoich sił jako trener. Zaczynał od młodzieżowych drużyn Milanu, by w czerwcu 2014 roku zadebiutować w Serie A w nowej roli – trenera Rossonerich. Po pierwszym sezonie został jednak przez klub zwolniony ze względu na niezadowalające wyniki. Poźniej trenował drużynę Venezii, z którą najpierw awansował do Serie B, by sezon później dopiero w play-offach przegrać awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Następnie bez większych sukcesów zasiadał na ławce Bologni, Benevento i Brescii. Od zaledwie miesiąca prowadzi drugoligową Reggine.
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Sensible
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
0
@Pawel13sz Może i masz racje ale jakoś bardzo nie lubie wklejania tutaj tego twitera, zwłaszcza w obcych językach...
2
@Darkin Co to znaczy odklejenie od bazy? Że niby to nie prawda? Właśnie że prawda, tylko nie każdy to dostrzega...
1
@Pawel13sz Po pierwsze nie znam obcych języków(poza kilkoma słowami) a po drugie co to jest ten twitter? bo jakoś nie bardzo mi sie ten wynalazek podoba
15
Hiszpańska federacja przesiąknięta dyktaturą:
9 sierpnia 1978 r. FC Barcelona zatrudniła Alberto Tarantiniego, lecz reżim anulował ten transfer. Lewy obrońca reprezentacji Argentyny był wówczas świeżo upieczonym mistrzem Świata. Alberto rok wcześniej w barwach Boca Juniors zagrał nawet z Blaugraną na Camp Nou w Pucharze Gampera. W sierpniu 1978 r. zaprezentowano go nawet na jednym z treningów w koszulce Barçy ale nie posiadał jeszcze hiszpańskiego obywatelstwa. Jego żoną była hiszpanka, więc wydawało się iż załatwienie formalności potrwa krótko i będzie mógł zagrać już w pierwszym meczu ligowym. Niestety reżim na to nie pozwolił. Machina propagandowa oskarżyła piłkarza między innymi o to, że wziął ślub tylko dla hiszpańskiego paszportu. W końcu Tarantini trafił do Birmingham City, gdzie jednak nie spełnił oczekiwań ze względu na swój porywczy charakter. Jak widać nawet 3 lata po śmierci dyktatora niewiele się właściwie zmieniło. Zresztą do dzisiejszego dnia Real Madryt jest faworyzowany przez władze piłkarskie z Madrytu i to się już chyba nie zmieni…
@Symson
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Sensible
@DaPidejpi
1
@Pawel13sz Pawełku, dajcie spokój z tymi niebieskimi zagramanicznymi ptaszkami
2
@Tomcio No to super! Zazdroszcze ci, nie powiem...
0
@MesQueUnClub96 Niby dlaczego? Nie widze w tym nic złego ani tym bardziej obraźliwego. Wręcz przeciwnie, uważam to za pochwałe i nic więcej.
1
@Pawel13sz Rashford jak Rashford ale tam w Manchesterze wszystko pierdoli Harry Maguire! Gdyby nie on byłoby lepiej, ale i tak jeszcze nie całkiem dobrze...
16
Duma Katalonii zagościła w Polsce:
8 sierpnia 2000 r. na stadionie im. Henryka Reymana, FC Barcelona pokonała Wisłe Kraków 3:4 w ramach 3 rundy eliminacji Ligi Mistrzów. Blaugrana grała wówczas w czarnych opaskach z powodu śmierci ojca Javiera Savioli. Spotkanie miało bardzo dramatyczny przebieg. Wisła objęła prowadzenie lecz Rivaldo wyrównał w 31 minucie z rzutu karnego po faulu na Kluivercie. Zaledwie 30 sekund później drugiego gola zdobył Grzegorz Pater, ponownie wyprowadzając ,,Białą Gwiazde” na prowadzenie. Radość gospodarzy nie trwała długo – w 34 minucie Rivaldo znów doprowadził do wyrównania. Szaloną pierwszą połowe golem zamknął Tomasz Frankowski. W drugiej części gry mistrzowie Polski opadli jednak z sił i Patrick Kluivert strzelił najpierw gola a następnie wyłożył piłke Rivaldo, który skompletował hattricka i zapewnił Dumie Katalonii zwycięstwo.
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
0
@Ogorinho1974 Uwierz mi że byli dużo słabsi, zwłaszcza zaraz po II wojnie światowej ale i nie tylko. Van Gaalovi zawdzięczamy wprowadzenie do drużyny Puyola i Xaviego. Van Gaal nie był aż tak złym trenerem jak ci się wydaje ale z pewnością był jednym z najbardziej zarozumiałych trenerów w historii nie tylko FC Barcelony...
10
Wspominamy byłych trenerów Blaugrany:
8 sierpnia 1951 r. urodził się Luis Van Gaal, dwukrotny trener FC Barcelony. W młodości był całkiem niezłym piłkarzem lecz nie przebił się do pierwszej drużyny Ajaxu, gdzie zaczynał jako zawodnik rezerw. Największą karierę zrobił w Sparcie Rotterdam, której barw bronił w latach 1978-86. Kilka lat po zawieszeniu butów na kołku został szkoleniowcem Ajaxu, z którym w latach 1991-97 wygrał aż 11 trofeów, w tym Lige Mistrzów w 1995. Z Amsterdamu trafił na Camp Nou i jego pierwsza przygoda z Dumą Katalonii trwała 3 lata co dało 170 spotkań. Dwa mistrzostwa kraju, Puchar Króla oraz Superpuchar Europy były jednak zbyt słabymi wynikami dla klubu, który chciał błyszczeć w Lidze Mistrzów. Van Gaal odszedł do sztabu reprezentacji Holandii lecz w 2002 r. powrócił do prowadzenia Blaugrany. Tym razem jego przygoda w Katalonii trwała bardzo krótko – został zwolniony po 31 meczach, z których jego zespół przegrał aż 10! Następnie trenował AZ Alkmaar i Bayern Monachium a w 2012 r. ponownie przejął reprezentacje ,,Oranje”.
@Lionel_Messi10
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
1
Visca el Barca, para siempre! I oczywiście Visca el Robert Lewandowski!
1
@Pawel13sz Kurcze, wy to naprawde macie jakieś dziwaczne poczucie humoru :)
1
@Pawel13sz Naprawde? A ponoć od przybytku głowa nie boli!