FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
9
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
7 sierpnia 1900 r. w Krakowie urodził się Leon Sperling, jedna z legend krakowskiej piłki, związany z Jutrzenką (z której się wywodził) oraz Cracovią, w której święcił największe sukcesy. Pomimo drobnej postury i niskiego wzrostu był jednym z najlepszych skrzydłowych w kraju. Wyróżniała go zwinność i spryt. Wielu uważało go za „czarodzieja piłki”, budził podziw olśniewającą techniką, wspaniałym dryblingiem i znakomitymi dośrodkowaniami. Karierę piłkarską zakończył w 1934 r. Po niej zajął się pracą jako urzędnik bankowy. W barwach Cracovii rozegrał 381 meczów, co plasuje go na 10. miejscu wśród piłkarzy z największą liczbą występów. Z drużyną tą zdobył trzy mistrzostwa kraju oraz Puchar Polski. Poza tym regularnie występował również w reprezentacji narodowej, biorąc udział w igrzyskach olimpijskich w Paryżu. Wystąpił w pierwszym, historycznym meczu naszej reprezentacji. Swojego pierwszego gola zdobył w meczu z Turcją 2 października 1925 r. Ostatni raz nasz kraj reprezentował w 1930 r. w pojedynku ze Szwecją. Wybuch wojny zmusił go do opuszczenia Krakowa z obawy przed holokaustem. Zamieszkał we Lwowie, gdzie pracował jako trener. Niestety niedługo później naziści przejęli okupowane przez sowietów miasto, a Sperling trafił do getta. Podobnie jak Steuermann i wielu innych piłkarzy żydowskiego pochodzenia wziął udział w wygranym meczu przeciwko drużynie żołnierzy niemieckich, co przypłacił życiem. W Reprezentacji rozegrał 16 meczów, strzelając 2 gole.
@Lionel_Messi10
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Sensible
1
Nie no! Co za idiotyczne posunięcie zarządu!? Sprzedawać jednego z najlepszych bramkarzy w Hiszpanii! I teraz kto zastąpi ter Stegena? Bramkarz z Primera RFEF? Żałosne...
3
Lionel Andres Messi i Robert Lewandowski. Zobaczyć ich w ,,naszej" Barcie to byłaby bardzo ciekawa sprawa. Natomiast zobaczyć ich triumfujących w Lidze Mistrzów... bezcenne!
8
Historia nowożytna:
7 sierpnia 2003 r. Carles Puyol przemówił: ,,Jeżeli to ma pomóc odejde”. W 2003 r. Duma Katalonii znajdowała się w bardzo trudnej sytuacji finansowej. Nowe władze wykazały że klub posiada rekordowy deficyt(164 miliony euro) oraz dług(218 milionów). Jednym z powodów tak fatalnych wyników były niespodziewane wydatki- wypożyczenia Mendiety i Sorina, zwolnienie Van Gaala i zatrudnienie Anticia, które w sumie złożyły się na kwote 27 milionów euro. Manchester United znając problemy finansowe Katalończyków, złożył oficjalne zapytanie w sprawie Puyola. Obrońca w wywiadzie zgodził się na ewentualny transfer gdyby wymagała tego sytuacja: ,,Jeżeli ktoś się po mnie zgłosi i Barça zaakceptuje te ofertę, to zgodzę się na transfer. Nie pójdę jednak do władz i nie powiem że chce odejść. Chciałbym wygrać jakiś tytuł, jestem to winny kibicom”- oznajmił popularny ,,Tarzan”. Na szczęście działacze postawili na cięcie kosztów w innych miejscach. Puyol został w Blaugranie aż do zakończenia swojej kariery. Niewiele brakowało a Joanowi Gaspartowi, który mocno zadłużył klub, zawdzięczalibyśmy sprzedaż ,,Tarzana”…
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@patataj
@Pawel13sz
@Sensible
@Symson
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
5
@FCBparasiempre Mário Coluna. To on zaopiekował się młodym Eusébio, kiedy ten trafił do Europy, a dzięki swoim umiejętnościom świetnie dyrygował grą partnerów zarówno w klubie, jak i w reprezentacji. Był jednym z najlepszych pomocników swoich czasów. Położona przy południowo-wschodnim wybrzeżu Afryki wyspa Inhaca (port. Ihla da Inhaca) po raz pierwszy w świadomości Europejczyków zaistniała w połowie XV w. Wtedy to portugalski kupiec Lourenço Marques penetrował tereny przy ujściu rzeki Maputo, gdzie dziś leży stolica Mozambiku o tej samej nazwie. Niedługo później powstała w tym miejscu osada, którą na cześć kupca nazwano jego imieniem, podobnie jak zatokę, nad którą leżała. Po drugiej stronie tej niewielkiej zatoki położona jest właśnie wspomniana wyspa, która swoją nazwę zawdzięcza z kolei wodzowi ludu Tsonga o imieniu Nhaca. Nie wchodząc w historyczne szczegóły, przez kolejne lata na okolicznych terenach kwitł handel niewolnikami i kością słoniową, a pod koniec XIX w. na wyspie zbudowano latarnię morską. Od początku XX stulecia w portugalskich posiadłościach w Afryce nasilał się proces systematycznego ograniczania praw tubylców i ich marginalizacja na rzecz Portugalczyków. W końcu w 1930 r. wszedł w życie Akt kolonialny, który przekształcił tereny dzisiejszego Mozambiku w posiadłość zarządzaną przez metropolię (tak określano centralne terytorium imperium kolonialnego). Pięć lat po tym wydarzeniu na świat przyszedł Mário Esteves Coluna. Urodził się 6 sierpnia 1935 r. właśnie na wyspie Inhaca w osadzie o tej samej nazwie. Pochodził z mieszanej rodziny. Jego ojciec José Maria Coluna był Portugalczykiem i pochodził z regionu Beira w centralnej Portugalii a matka Lúcia Chibure wywodziła się z okolic miasta Machanga w środkowym Mozambiku. Mały Mário od najmłodszych lat z upodobaniem spędzał czas na aktywności fizycznej. Już jako dziecko potrafił wspinać się na drzewa mango i nerkowca, nie robiąc sobie przy tym nic z zakazów rodziców. Dorastał w bardzo skromnych warunkach na przedmieściach Lourenço Marques w dzielnicy Alto Maé. W tej samej okolicy wychowywali się także Hilário da Conceição i Vicente Lucas, którzy będą ważnymi częściami portugalskiej reprezentacji w 1966 r., a także znakomity Matateu (prywatnie brat Vicente Lucasa), który przecierał szlaki mozambijskim piłkarzom w Portugalii na początku lat 50. Mimo że dorastał w biedzie, to rodzice zadbali o to, żeby zaszczepić w nim odpowiednie wartości. Jako nastolatek Mário był dość grzeczny i zdyscyplinowany, potrafił się ładnie wypowiadać i szybko nauczył się czytać, co nie było wówczas tak oczywiste, jak dzisiaj. Wcześnie też musiał zacząć pracować, żeby pomóc rodzinie. Nie zapominał przy tym jednak o sporcie. Bardzo dobrze radził sobie w boksie, a kiedy zainteresował się lekkoatletyką, nie potrzebował wiele czasu, żeby pobić rekord kraju w skoku wzwyż. Wynik 1,82 m pozwalał nawet marzyć o występie na igrzyskach olimpijskich (w Helsinkach w 1952 r. rezultat ten dałby mu miejsce pod koniec drugiej dziesiątki). Na szczęście dla całego piłkarskiego świata bardzo dobrze czuł się też na boisku, kopiąc piłkę. To w futbolu właśnie dostrzegł szansę wyrwania się z biedy i marazmu i postanowił ją wykorzystać. Porzucił marzenia o zawodzie mechanika samochodowego i coraz bardziej skupiał się na futbolu. Początkowo grywał w małych klubach, takich jak Clube Desportivo João Albasini i Clube Ferroviário de Lourenço Marques. Jednym z największych klubów w stolicy kolonii był założony w 1921 r. Grupo Desportivo de Lourenço Marques. Z uwagi na rasowe uprzedzenia dla Coluny drzwi tego klubu były przez pewien czas zamknięte. Nie pomógł w tym nawet fakt, że w zakładaniu klubu pomagał jego ojciec, który zaliczył w zespole nawet epizod jako bramkarz. Dopiero kiedy Mário udowodnił swoją wartość, grając dla Ferroviário, sytuacja uległa zmianie. Lokalny potentat nie mógł sobie pozwolić na stratę utalentowanego nastolatka i w 1951 r. Coluna został zawodnikiem Grupo Desportivo. Na starcie swojego pobytu w klubie próbował swoich sił również jako koszykarz. Na parkiecie umiejętności wystarczało mu jednak tylko na występy w drużynie rezerw, więc wkrótce w całości poświęcił się piłce nożnej. Szybko wywalczył sobie miejsce w składzie i dał się poznać jako bardzo skuteczny napastnik. W Portugalskiej Afryce Wschodniej, którą od 1952 r. przemianowano na Mozambik, nie było wówczas ogólnokrajowej ligi. Kluby piłkarskie rywalizowały w rozgrywkach lokalnych. Najwyższy poziom sportowy był naturalnie w rejonie stolicy i to właśnie w mistrzostwach dystryktu Lourenço Marques zaczynała błyszczeć gwiazda Coluny. Ferroviário trzykrotnie z rzędu zdobywało tytuł mistrzowski w latach 1949-51, ale kiedy Coluna przeniósł się do Grupo Desportivo, to w 1952 r. ta drużyna mogła cieszyć się z triumfu. Nasz bohater miał wówczas ledwie 17 lat, ale z roku na roku wchodził na coraz wyższy poziom. O jego talencie i umiejętnościach robiło się coraz głośniej i kwestią czasu było, aż zwróci na siebie uwagę klubów z Portugalii. Zanim jednak trafił do Europy, zdążył się dać we znaki sąsiadom z południa. Sukces, jakim dla Grupo Desportivo była wygrana w lokalnych rozgrywkach, a także stabilna i dobra forma całego zespołu nie pozostały niezauważone. Pewnego dnia do klubu wpłynęła propozycja rozegrania towarzyskiego spotkania w Związku Południowej Afryki. Niestety z uwagi na fakt, że w tym ówczesnym brytyjskim dominium nasilała się w tamtych latach polityka apartheidu, Coluna jako ciemnoskóry nie mógł wziąć udziału w tym meczu. Mozambijski klub złożony w całości z białych graczy przegrał tamto spotkanie 1:2. Jednak w rewanżu, który odbył się w Lourenço Marques, nic nie stało na przeszkodzie, żeby Coluna wystąpił od pierwszych minut. Gospodarze roznieśli w pył zawodników ze Związku Południowej Afryki, wygrywając aż 7:0. Zaledwie 17-letni Mário dał tamtego dnia prawdziwy popis swoich strzeleckich umiejętności, stając się autorem wszystkich siedmiu trafień. Nastoletni Coluna miał już wówczas w Mozambiku status gwiazdy. Mimo młodego wieku imponował przeglądem pola i zaczynał wykazywać coraz więcej cech przywódczych. Aktywność ruchowa od najmłodszych lat w późniejszym wieku zaowocowała znakomitym przygotowaniem fizycznym. Do tego trzeba doliczyć skuteczność pod bramką rywali, a także ogromną ambicję i zaangażowanie w grę. Wkrótce największe portugalskie kluby rozpoczęły między sobą wyścig o pozyskanie wielce utalentowanego młodzieńca. Jako pierwsi do konkretów przeszli działacze FC Porto, ale spotkali się z odmową. Niepowodzeniem zakończyła się też próba pozyskania Coluny przez Sporting, który podwoił złożoną przez Smoki ofertę. Grupo Desportivo de Lourenço Marques było satelickim klubem Benfiki i ojciec Mário cierpliwie i z nadzieją czekał na ruch przedstawicieli Orłów. Dopiero kiedy ci złożyli ofertę, Coluna otrzymał zgodę na odejście z klubu. Do Lizbony przeniósł się w 1954 r. Miał wówczas 19 lat i z optymizmem zapatrywał się na swoją przyszłość w zespole. Benfica wkraczała wówczas w swój najlepszy w historii okres. W 1952 r. prezydentem klubu został Joaquim Ferreira Bogalho, który miał ambicję zbudować prawdziwie profesjonalny klub. W tym celu podjęto decyzję o budowie nowego stadionu. Prace przy budowie oficjalnie rozpoczęto 14 czerwca 1953 r., a już 1 grudnia 1954 r. (w dniu narodowego święta) nowo wybudowane Estádio da Luz było areną prestiżowego pojedynku z FC Porto. Do dyspozycji graczy oddano także nowe centrum treningowe, które określano mianem Lar do Jogador (w dosłownym tłumaczeniu „dom graczy”). W tym samym czasie, co Coluna, do klubu dołączyli też ściągnięty z Ferroviário bramkarz Alberto da Costa Pereira i mający za sobą pracę w Vasco da Gama brazylijski trener Otto Glória. Benfica stanie się dla Coluny domem na kolejne kilkanaście lat, ale początki pobytu w Europie wcale nie były dla młodego zawodnika łatwe. Po trwającej 34 godziny podróży z Mozambiku został tymczasowo zakwaterowany w ośrodku treningowym, gdyż klub nie zdążył mu jeszcze zorganizować stałego lokum w Lizbonie. Musiał też szybko przystosować się do europejskiego, wielkomiejskiego życia, co w nowym otoczeniu z pewnością nie było łatwe. Samo wejście do drużyny też nie było dla urodzonego w Mozambiku piłkarza łatwe. Pierwszy raz czerwoną koszulkę Benfiki założył w sparingowym starciu z FC Porto. Debiut ligowy z kolei zaliczył w wygranym 5:0 meczu z Vitórią Setúbal. Od razu przy tym zabrał się za przekonywanie do siebie kibiców, strzelając dwie bramki. Brazylijski szkoleniowiec Otto Glória miał zamiar grać popularnym wówczas w swojej ojczyźnie ustawieniem 4-2-4. W Benfice stosował je jednak dość elastycznie, uwzględniając przy tym klasę rywala i umiejętności własnych podopiecznych. Mimo że Coluna przyjechał do Lizbony z etykietą skutecznego snajpera, to trener potrzebował trochę czasu, żeby znaleźć mu miejsce na boisku. W ataku niepodważalną pozycję miał wówczas pochodzący z Angoli José Águas. Coluna początkowo był ustawiany obok niego, potem został przesunięty bliżej lewej strony, ale swoją postawą na boisku nie do końca potrafił przekonać do siebie sztab szkoleniowy. Nie był pierwszym wyborem brazylijskiego trenera i nie zawsze pojawiał się na murawie. Co zrozumiałe, samemu piłkarzowi rola rezerwowego też nie odpowiadała i w tym trudnym dla siebie czasie przez moment nosił się z zamiarem opuszczenia klubu. Na szczęście Glória postanowił spróbować przesunąć go bliżej środka boiska. Dostrzegł w nim naturalne predyspozycje do roli rozgrywającego. Widział, że młokos ma bardzo dobry przegląd pola i dobrze potrafi obsłużyć podaniem kolegów, więc zaryzykował. Decyzja ta okazała się strzałem w dziesiątkę i przez kolejne lata Coluna dzielił i rządził w środku pola Benfiki. Dzięki swojej sile, umiejętnościom technicznym, a przede wszystkim dzięki wizji gry bardzo szybko stał się jednym z kluczowych graczy lizbońskiej drużyny. Mimo trudnych początków swój debiutancki sezon w stolicy Portugalii zakończył z 14 golami na koncie, pokazując, że potrafi też bardzo dobrze uderzyć z dystansu. Miał w ten sposób swój niemały udział w zdobycie przez klub mistrzostwa kraju i przerwaniu tym samym czteroletniej dominacji Sportingu. Co ciekawe losy tytułu ważyły się do ostatniej kolejki. Benfica swój mecz wygrała, ale to wcale nie gwarantowało jej jeszcze mistrzostwa. Kluczowy był wynik meczu pomiędzy Sportingiem a trzecim wielkim klubem z Lizbony, czyli Belenenses. To ta ekipa, w której grał świetny Mateteu, miała tytuł na wyciągnięcie ręki. Prowadzili 2:1 i już powoli szykowali się do świętowania, ale stracona bramka w samej końcówce przekreśliła marzenia o sukcesie i ze swojego ósmego mistrzostwa w historii mogła cieszyć się ekipa Águias. W kolejnym sezonie wystartowała inauguracyjna edycja Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Mimo że Benfica była mistrzem Portugalii, to francuski magazyn piłkarski L’Equipe do udziału zaprosił Sporting, który cieszył się wówczas w Europie większym uznaniem. Na swój debiut na europejskich salonach Coluna musiał więc jeszcze poczekać. Ta nadarzyła się w sezonie 1957/58. Po zdobyciu kolejnego mistrzostwa w 1957 r. Benfica na starcie Pucharu Mistrzów trafiła na hiszpańską Sevillę. Debiut nie okazał się jednak udany. Porażka 1:3 na wyjeździe i bezbramkowy remis u siebie oznaczały koniec przygody z pucharami. Jesienne niepowodzenie nie oznaczało, że Coluna z kolegami są za słabi na rywalizację z najlepszymi. W lipcu tego samego roku z dobrej strony pokazali się w Pucharze Łacińskim. W półfinale pokonali francuskie AS Saint-Étienne, a w finałowym pojedynku okazali się tylko minimalnie gorsi od wielkiego wówczas Realu Madryt, przegrywając 0:1. Swoją klasę potwierdzali też na krajowym podwórku. Oprócz dwóch tytułów w 1955 i 1957 r. dorzucili w tych samych latach po Pucharze Portugalii. W 1959 r. Coluna po raz trzeci w karierze mógł wznieść to trofeum. Tym razem dubletu nie udało się ustrzelić, gdyż w ligowej tabeli Benfikę dzięki lepszej różnicy bramek wyprzedziło FC Porto. Po tamtym sezonie z klubem pożegnał się Otto Glória, który przeniósł się do Belenenses. Miesiąc po jego odejściu w klubie zjawił się inny wielki trener z wizją, pod którego wodzą Benfica osiągnęła największe sukcesy w historii. Tym kimś był oczywiście Béla Guttmann. Węgierski szkoleniowiec już w pierwszym roku swojego pobytu w klubie doprowadził zespół do mistrzostwa (dla niego osobiście było to drugie mistrzostwo z rzędu, bo to on był trenerem FC Porto, które rok wcześniej sprzątnęło Benfice tytuł sprzed nosa). Dzięki temu dla Coluny i kolegów stworzyła się kolejna szansa pokazania się w Europie. Guttmann wiedział jednak, że jeśli jego podopieczni mają osiągnąć sukces, to muszą na bok odłożyć swoje indywidualne zapędy i stworzyć drużynę, gdzie na pierwszym miejscu będzie dobro wspólne całego zespołu.
JESIENIĄ 1960, BENFICA BYŁA JUŻ INNĄ DRUŻYNĄ NIŻ W CZASIE DEBIUTU W EUROPEJSKICH ROZGRYWKACH PUCHAROWYCH. LEPSZĄ, ROZUMIEJĄCĄ ZASADY NOWOCZESNEGO FUTBOLU, PEŁNĄ AMBICJI ODEGRANIA NIEPOŚLEDNIEJ ROLI – PISAŁ O PRZEMIANIE LIZBOŃSKIEJ EKIPY JANUSZ DOBRZYŃSKI.
Coluna był jednym z kluczowych elementów układanki węgierskiego szkoleniowca i jednym z tych piłkarzy, od których Guttmann rozpoczynał ustalanie składu. Pierwszym rywalem po powrocie na europejskie salony było szkockie Heart of Midlothian. Portugalska ekipa nie miała z przeciwnikami większych kłopotów i pewnie wygrała oba mecze. Następni w kolejce czekali już Węgrzy z Újpesti Dózsa. Jeśli ktoś miał wątpliwości co do tego, która z drużyn jest lepsza, to zostały one rozwiane po pierwszym starciu na Estadio da Luz. Benfica rozbiła mistrzów Węgier aż 6:2, a tym, który rozpoczął kanonadę, był nie kto inny, jak Coluna. Wobec tak wysokiej wygranej rewanż był już tylko formalnością i Benfica zameldowała się w ćwierćfinale. Tutaj czekało ich starcie z duńskim AGF. Amatorzy z Aarhus nie byli jednak w stanie nawiązać równorzędnej walki z maszyną z Lizbony i w dwumeczu przegrali 2:7. Na drodze do wielkiego finału stał jeszcze wiedeński Rapid. Austriacka ekipa również musiała w Lizbonie przełknąć gorycz porażki i przegrała 0:3. Coluna znowu był tym, który otwierał wynik spotkania. W rewanżu długo utrzymywał się korzystny dla lizbończyków remis 1:1. Bardzo nie podobało się to wiedeńskiej publiczności, która na parę minut przed końcem wszczęła burdy, w wyniku których poszkodowane zostały aż 63 osoby. Parę dni po meczu UEFA zweryfikowała jego wynik jako walkower dla Benfiki. W ten sposób Portugalczycy znaleźli się w wielkim finale, gdzie naprzeciw im stanęła FC Barcelona. Katalońska drużyna w pokonanym polu zostawiła m.in. Real Madryt i HSV z Uwe Seelerem w składzie. W rozgrywanym na berneńskim stadionie Wankdorf finale to właśnie Blaugrana jako pierwsza wyszła na prowadzenie. Cieszyła się z niego tylko 10 minut. Po tym czasie Benfica wyrównała, a chwilę później wyszła na prowadzenie. Raz jeszcze zacytujmy tutaj Janusza Dobrzyńskiego:
DEFENSORZY BENFIKI DOSKONALE KRYLI GROŹNYCH NAPASTNIKÓW KATALOŃSKICH, UTRUDNIAJĄC IM BUDOWANIE AKCJI. ATAK PORTUGALSKI UMIEJĘTNIE ROZCIĄGAŁ GRĘ, WYKORZYSTUJĄC SWOICH SZYBKICH SKRZYDŁOWYCH. BENFICA BYĆ MOŻE MIAŁA TROCHĘ SZCZĘŚCIE PRZED PRZERWĄ, GDY SŁOŃCE ŚWIECIŁO W OCZY ANTONIA RAMALLETSA, KTÓRY OŚLEPIONY JEGO PROMIENIAMI NAJPIERW PRZEPUŚCIŁ STRZAŁ JOSÉ ÁGUASA, A W MINUTĘ PÓŹNIEJ CHYBA SAM WEPCHNĄŁ PIŁKĘ DO SIATKI PO PŁASKIM DOŚRODKOWANIU JOAQUIMA SANTANY (NIEKTÓRE ŹRÓDŁA PODAJĄ TU ÁGUASA). PO PRZERWIE ZNAKOMITY MÁRIO COLUNA PODWYŻSZYŁ NA 3:1 WSPANIAŁYM STRZAŁEM Z 18 METRÓW, ODDANYM W PEŁNYM BIEGU W LEWY RÓG BRAMKI. SYTUACJI NIE BYŁA JUŻ W STANIE ZMIENIĆ [BRAMKA] ZDOBYTA DLA BARCELONY PRZEZ DRUGIEGO WĘGRA W DRUŻYNIE – ZOLTANA CZIBORA, CHOĆ NALEŻY ZAZNACZYĆ, ŻE WCZEŚNIEJ DWA RAZY POPRZECZKA I TYLEŻ RAZ SŁUPKI UCHRONIŁY PORTUGALCZYKÓW OD UTARTY GOLA. PUCHAR DLA BENFIKI, DRUGIEGO ZESPOŁU NA HONOROWEJ LIŚCIE ZDOBYWCÓW PEMK.
Prasa pisała o piłkarskim cudzie na Tagiem i że Benfica upaja jak porto. Portugalczycy o grze swoich ulubieńców potrafili mówić godzinami i był to główny temat rozmów w kawiarniach, restauracjach i tramwajach. W Bernie narodziła się wówczas wielka europejska drużyna. W klubie był już wówczas pewien młody, niesamowicie zdolny młodzieniec. Żeby dołączyć do drużyny, musiał pokonać równie długą drogę, co Coluna. W podróż do Lizbony wyruszał podobnie jak jego starszy kolega, z dalekiego Mozambiku. Jego matka, bojąc się zagrożeń, jakie mogą na niego czyhać w wielkomiejskim świecie, przed wyjazdem włożyła mu do kieszeni list, którego adresatem był Mário Coluna. Kobieta prosiła w nim, żeby starszy i bardziej doświadczony piłkarz zaopiekował się jej synem i wziął go pod swoje skrzydła. Jako że obie rodziny znały się jeszcze z czasów, kiedy Mário mieszkał w Lourenço Marques, to Coluna nie wahał się ani chwili i spełnił prośbę kobiety, którą była Elisa Anissabeni. Owym młodzieńcem, dla którego Coluna stał się starszym bratem i dobrym wujkiem w jednej osobie, był Eusébio da Silva Ferreira. Obaj panowie bardzo szybko znaleźli ze sobą wspólny język i już rok po wygranej w Bernie poprowadzili Benfikę do drugiego Pucharu Europy z rzędu.
6
Wybitne legendy futbolu:
W sukcesach portugalskiego futbolu lat 60. wielki udział miało dwóch zawodników pochodzących z dzisiejszego Mozambiku. Tym, który pierwszy przychodzi na myśl, jest oczywiście król strzelców mistrzostw świata z 1966 r., czyli znakomity Eusébio. Równie wielki wpływ na grę reprezentacji i Benfiki miał też jego starszy kolega, którym był operujący w środku pola…(czytajcie w odpowiedzi na mój komentarz)
@Sensible
@patataj
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Symson
@DaPidejpi
14
Zbrodnia w biały dzień!
6 sierpnia 1936 r. zamordowany został 28 w historii prezydent FC Barcelony- Josep Sunyol. Prezydent Barçy podróżował do Madrytu wraz z sekretarzem dyrektora generalnego ds. publicznych, milicjantem oraz szoferem. Według relacji miał przy sobie listy do ważnych działaczy politycznych i 25 tysięcy peset przeznaczone na transfer zawodników z Oviedo. Szofer pomylił droge i samochód znalazł się na drodze kontrolowanej przez wrogie frakcje. Podczas rutynowej kontroli na drodze w okolicach Sierra de Guadarrama, Sunyol postanowił rozprostować nogi i wyszedł z auta krzycząc: ,,Niech żyje republika!”. Kiedy odkryto że jest prezydentem FC Barcelony i republikaninem, rozstrzelano go na miejscu wraz z pozostałymi pasażerami auta. Wiadomość dotarła do Barcelony dopiero po tygodniu.
@Symson
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@Sensible
12
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
5 sierpnia 1941 r. w Ustroniu urodził się Jan Gomola. Od początku wiedział, że chce być bramkarzem. Wzorował się na starszym bracie, który też grał na tej pozycji. Pochodził z biednej rodziny, więc ojciec wolał, żeby syn zdobył jakiś konkretny zawód, zamiast uganiać się za piłką. Kiedy jednak Gomola zaczął występować w Górniku, ojciec przepraszał go, że na początku jego przygody z piłką trochę mu przeszkadzał. Zanim został zawodnikiem zabrzańskiego klubu, występował w Kuźni Ustroń. Kiedy miał 18 lat, zwrócił na siebie uwagę trenera Augustyna Dziwisza, ale do transferu jednak nie doszło. Do Górnika trafił dopiero kilka lat później. Wcześniej grał na wypożyczeniu w Unii Racibórz, która szukała następcy Huberta Kostki. Dla chłopaka był to jednak stracony okres, bo okręg śląski nie chciał dać mu zwolnienia na stałe do okręgu opolskie, pod który podlegała Unia. Chciały go jeszcze u siebie Szombierki, ale ostatecznie wrócił do Ustronia. W listopadzie 1964 r. przypomniał sobie o nim Górnik. Zaproszono go na testy i przysłano po niego samochód. Dzięki swojemu zaangażowaniu i umiejętnościom zaprezentował się najlepiej spośród ośmiu testowanych bramkarzy. Rodzina była zachwycona, bo za przejście Janka dostała pralkę Franię. Przez cały okres pobytu w Górniku zawzięcie rywalizowali o miejsce między słupkami z Hubertem Kostką. Raz bronił jeden, raz drugi. Każdy z nich byłby niekwestionowanym numerem jeden w każdym polskim klubie. Rywalizacja między nimi była ostra, ale uczciwa. Jan Banaś wspominał, że Gomola był strasznie ambitnym człowiekiem i pracował dwa razy więcej od Kostki. Jego rozgrzewka często była bardziej intensywna niż cały trening innego bramkarza. Gomola bronił bardzo odważnie, często wręcz brawurowo. W wyjazdowym meczu z LASK Linz po zderzeniu z rozpędzonym napastnikiem stracił przytomność na kilka minut. Na szczęście akurat wtedy z zespołem po raz pierwszy był lekarz i po chwili Gomola mógł kontynuować grę. Innym razem w meczu Pucharu Europy z Olympique Marsylia obrońca rywali trafił go kolanem w kark. Ból promieniował na całe ciało, ale bramkarz nie miał zamiaru się poddać. Mimo ostrzeliwania jego bramki dotrwał do końca, a zespół zremisował 1:1. Po pomeczowych badaniach okazało się, że Gomola ma pęknięty kręg szyjny. Miał ogromnego pecha, bo Kazimierz Górski chciał mu dać szansę występu z RFN w ramach eliminacji mistrzostw Europy, ale kontuzja pokrzyżowała te plany. Znakomicie grał na przedpolu i bardzo dobrze piąstkował, co podpatrywał u Lwa Jaszyna. W Górniku spędził 10 sezonów i wystąpił w 117 ligowych spotkaniach. Pięć razy był mistrzem Polski (1965, 1966, 1967, 1971 i 1972) i cztery razy zdobywał puchar Polski (1968, 1969, 1970, 1971). W reprezentacji zagrał po raz pierwszy 18 maja 1966 r. w meczu ze Szwecją we Wrocławiu (1:1). Ogółem zaliczył tylko siedem występów. Po odejściu z Górnika jako pierwszy Polak występował w klubach meksykańskich. Zmarł nie dawno, w tym roku 24 lutego w rodzinnym Ustroniu.
@Sensible
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Symson
@DaPidejpi
@NaFazieHitman
@patataj
10
Co za historia!
5 sierpnia 1988 r. wyszło na jaw że Jose Alexanco siedzi w więzieniu! Po 48 godzinach od zatrzymania klub przyznał iż obrońca FCB został zatrzymany w Holandii w trakcie okresu przygotowawczego. O napaść oskarżyła go pracownica hotelu, w którym zatrzymała się Barça. Po 5 dniach Alexanco został wypuszczony wskutek braku dowodów. ,,Mój wyrok zaczyna się dopiero teraz”- narzekał Bask, wychodząc z sądu w towarzystwie żony. Cruyff postanowił wówczas nie karać zawodnika odnosząc się słowami: ,,Uważam że brakowało dyscypliny w klubie. Myślę że 5 dni za kratkami jest wystarczającą karą”.
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj
9
Był sobie trener:
4 sierpnia 1981 r. Udo Lattek po raz pierwszy poprowadził na ławce trenerskiej FC Barcelone. Urodzony w 1935 r. niemiecki trener prowadził Blaugrane w latach 1981-83. Do Katalonii trafił z Borussi Dortmumd, zastępując na stanowisku legendarnego Helenio Herrere. W ciągu dwóch lat na ławce Barçy zdobył Puchar Zdobywców Pucharów, Puchar Ligi oraz Puchar Króla. Słabe wyniki w lidze sprawiły jednak iż w marcu 1983 r. został zwolniony. Ogółem był trenerem Blaugrany w 76 meczach, z których jego zespół wygrał 42. Krótko po zwolnieniu trafił do Bayernu Monachium.
@patataj
@Sensible
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Symson
0
@lucca87 No jeśli tak będzie to wycałowałbym cię po stokroć :)
1
@tristan87 Zazdroszcze ci takiej wiary w ślepo, no chyba że masz wtyki w RFEF?
0
Kupujemy naprawde znakomitych piłkarzy i prawdopodobnie jeszcze coś kupimy. Problem w tym czy my chociaż połowe z tych piłkarzy będziemy w stanie zarejestrować? Kredyty to każdy głupi może brać a później co? budzimy się z ręką w nocniku?
1
@LS No to posłuchaj: „Niektórzy ludzie uważają, że piłka nożna jest sprawą życia i śmierci. Jestem rozczarowany takim podejściem. Mogę zapewnić, że to coś o wiele ważniejszego.“ — Bill Shankly
0
@LS ,,Niepoważnych spraw"? powiadasz. A słyszałeś słynne powiedzenie Billa Shankley'a, wielkiej legendy Liverpoolu?
7
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
3 sierpnia 1919 r. w Krakowie urodził się Mieczysław Gracz, napastnik. Wychowywał się w krakowskiej dzielnicy Grzegórzki. To tam razem z kolegami uganiał się za szmacianką po ulicach. W szkole, do której chodził, nauczał Józef Kałuża, dlatego taż młody chłopak początkowo sympatyzował z Cracovią. Grał i trenował wtedy w klubie Grzegórzecki, ale kiedy miał 14 lat, postanowił z kolegami poszukać miejsca, gdzie mogliby się bardziej rozwinąć. Mając w ręku pisemną rekomendację od Kałuży, udali się na stadion Cracovii, ale nikogo tam nie zastali, a szatniarz kazał im przyjść za kilka dni. Postanowili więc poszukać szczęścia po drugiej stronie Błoń. Tam spotkali Adama Obrubańskiego, który zaprosił ich do rozegrania meczu z juniorami Wisły. Gracz i koledzy wygrali 7:1. Dwa lata później chłopak zadebiutował już w pierwszej drużynie, stając się najmłodszym zawodnikiem klubu w ligowym spotkaniu. Z kolei 18 października 1936 r. strzelił swoją pierwszą bramkę i wieku 17 lat i 76 dni został najmłodszym strzelcem w rozgrywkach. Mimo niskiego wzrostu (163 cm) znakomicie grał głową. Był świetnie wyszkolony technicznie i w pojedynkę potrafił rozstrzygać losy meczów. Nie raz zdarzało mu się przejść z piłką przez całe boisko, mijając przy tym rywali w efektownym dryblingu. Nie był jednak boiskowym egoistą. W Wiśle grał na pozycji prawego łącznika i kierował grą całej drużyny. Stanisław Mielech wspominał, że całkowicie panował nad piłką i umiał ją przyjąć w każdej pozycji, a następnie podać do partnera. Potrafił jednym dalekim podaniem otworzyć koledze drogę do bramki. Słabszą jego stroną była kondycja fizyczna. Pod koniec kariery wyraźnie tracił na szybkości. Niewielu zawodników zasługuje na miano klubowej legendy, ale w przypadku Gracza takie określenie nie będzie nadużyciem. W mistrzostwach Polski dla Białej Gwiazdy rozegrał 142 mecze i strzelił 92 bramki. W czasie okupacji był jednym z najbardziej aktywnych uczestników konspiracyjnych zmagań. Po wojnie przekazywał młodszym kolegom przedwojenne tradycje szkoły krakowskiej. Sam uważał, że w trakcie swojej kariery strzelił około tysiąca bramek. W reprezentacji zadebiutował w Oslo w meczu przeciwko Norwegii w 1947 r. Trzy lata później w Sofii zagrał po raz ostatni. Za swój najlepszy mecz Gracz uważał przegrane 4:5 spotkanie ze Szwajcarią w 1947 r., w którym strzelił dwa gole, w tym jednego pięknym uderzeniem z woleja po podaniu Tadeusza Hogendorfa. W tym samym roku razem z Tadeuszem Parpanem miał wystąpić w reprezentacji FIFA, ale polskie władze się nie zgodziły. Wiele lat pracował jako trener. Zawsze pogodny, uśmiechnięty i skory do żartów z dużym autorytetem wśród kolegów. W Reprezentacji rozegrał 22 mecze, strzelając 4 gole.
@Sensible
@patataj
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@Symson
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
0
@LS Ja nie widze żadnych twoich żółtych komentarzy? No chyba że żartujesz? No ale jak z tego żartujesz to dobrze bo jak byś żartował z piłki nożnej to już byłbym zdenerwowany!
2
@Pawel13sz O! to super! Dzięki śliczne za tłumaczenie :)
9
Duma Katalonii w rozkwicie:
W 1926 r. szefowie FC Barcelony rozpoczęli załatwianie formalności w celu nabycia terenu, który służyłby za boisko treningowe różnych sekcji sportowych klubu. Wtedy Barça miała już sekcje rugby, lekkiej atletyki i hokeja na trawie, do których za sprawą socio Pergo Cusella, właśnie w tamtym roku dołączyła sekcja koszykówki. Po wielu poszukiwaniach, w sierpniu 1926 r. zarząd klubu postanowił przystąpić do negocjacji kupna terenów Sol de Baix. Na tej działce było wielkopańskie gospodarstwo, Can Sol de Baix, własność Josepa Comasa – przemysłowca, który był działaczem Partii Liberalnej i stał się jednym z głównych kacyków dystryktu Les Corts w XIX wieku. Działka stała się zaimprowizowanym boiskiem piłkarskim, na którym aż do 1932 r. trenowały i rozgrywały swoje mecze drużyny juniorskie Blaugrany. Wykorzystywano ją także jako plac do treningów pierwszej drużyny klubu ażeby nie zniszczyć murawy na Camp de Les Corts, a także innych sekcji, w tym drużyny hokeja na trawie, która rozgrywała na nim swoje mecze aż do wybuchu wojny domowej. Wraz z wydzierżawieniem przez klub terenów w dzielnicy La Bordera boisko przy Can Sol de Baix służyło wyścigom hartów. Później w latach czterdziestych i pięćdziesiątych organizowano tutaj także wyścigi midgetsów – rodzaj sportu motorowego, zaimportowanego z Argentyny i Stanów Zjednoczonych, w których rywalizowały ze sobą samochody bez hamulców i skrzyni biegów. W 1965 r. odzyskano pierwotną nazwe miejsca wraz ze zbudowaniem placu Sol de Baix, mieszczącego się między ulicami Figols a Gerard Piera.
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@patataj
1
@Mns21 Może i dobra tylko to nie po Polsku i nie wiadomo o co chodzi?
7
@FCBparasiempre 2 sierpnia 1946 r. w Łukowie urodził się Krzysztof Rześny, prawy obrońca. Rześny zagrał w przełomowych i zwycięskich meczach drużyny Górskiego i później Gmocha, jednak w obu przypadkach potem wypadał z reprezentacji. Odbił to sobie w Stali Mielec, z którą rządził w Polsce i pokazał się w Europie. W czerwcu 1973 r. na Stadionie Śląskim w Chorzowie Polska pokonuje Anglie 2:0 w jednym z najlepszych i najważniejszych meczów w dziejach naszej piłki, rozpoczynając efektowny marsz po awans i medal mistrzostw świata. W październiku 1976 r. na Estadio das Antas w Porto Polska wygrywa z Portugalią 2:0 w pierwszym i od razu kluczowym spotkaniu w walce o udział w mundialu w Argentynie. W obu starciach na prawej obronie występuje Krzysztof Rześny, lecz to jego jedyne mecze w reprezentacji o punkty. ,,Jak to wytłumaczyć? Chyba tylko tym że zabrakło mi szczęścia albo że czasami za bardzo chciałem pomóc drużynie klubowej i grałem z niezaleczoną kontuzją, czym zaszkodziłem sobie w kadrze. Pewnie że byłem rozczarowany ale dajmy spokój. Swoje w piłce osiągnąłem, w paru ważnych meczach zagrałem a w latach 70-tych poziom narodowej drużyny czy liczba świetnych kandydatów do gry były naprawdę nieporównywalne do sytuacji, jaka mamy teraz”- wspomina Rześny. Dzisiaj jest starszym, 75 letnim panem, który wciąż z pasją nie tylko rozmawia o futbolu ale swoją wiedze nadal próbuje przekazać młodszym pokoleniom. Wiele lat był podstawowym graczem Stali Mielec, na Podkarpaciu na dobre zapuścił korzenie. Jego przeszłość jest jednak trochę pogmatwana. Na świat przyszedł w Łukowie ale gdy zaczynał chodzić do szkoły podstawowej, przeniósł się z rodziną do Szczecina. Tam występował najpierw w Chrobrym a potem w Pogoni. ,,Miałem 18 lat i już zagrałem w ekstraklasie. To był niezły zespół, występował w nim m.in. Marian Kielec, gwiazda Szczecina. Znajomi z rodzinnych stron przekonywali mnie abym zagrał w Motorze Lublin. Problemem był fakt, iż to tylko 2 liga. Nie wiem czy dobrze wybrałem ale widocznie tak musiało być. Zostałem tam aż 6 lat”- opowiada obrońca. W elicie zaliczył tylko 2 mecze i przeniósł się na drugi kraniec Polski. W Lublinie był ważnym piłkarzem, kapitanem drużyny, lecz ciągle jedynie na zapleczu ekstraklasy. Tymczasem w 197o r. awans do elity wywalczyła Stal Mielec. Na mapie Polski rodziła się nowa siła. Grali już w niej 22-letni bramkarz Kukla, 24-letni Kasperczak i 20-letni talent Grzegorz Lato. ,,Trener Gajewski tworzył drużynę szybkościową, opartych na zawodnikach o dobrych predyspozycjach biegowych. Chciał mnie w składzie bo miałem zdrowie do walki i biegania od pierwszej do ostatniej minuty, byłem niezły w odbiorze. Zgodziłem się na zmiane klubu ale ciągle nie było to takie proste. Przed sezonem pojechałem na zgrupowanie do Węgierskiej Górki już ze Stalą ale wróciłem… znowu z Motorem, który też przygotowywał się w tej samej okolicy. Byłem rozdarty. Libelscy działacze przekonali mnie żebym jeszcze u nich pograł, że chcą powalczyć o awans. Nie chciałem w takiej chwili osłabiać drużyny. Trener Gajewski postawił na swoim. Jak się na coś uparł, nie było mowy że odpuści. Pasowałem mu do koncepcji i nie wyobrażał sobie bym nie przyszedł do jego zespołu. Tak długo mnie namawiał że ponownie zmieniłem zdanie. W październiku podpisałem umowę ze Stalą i od razu zacząłem grać w podstawowym składzie, przez kolejne 3 sezony”- wspomina pan Krzysztof. Stal była coraz mocniejsza, w drużynie pojawiali się kolejni klasowi piłkarze, m.in. Domarski, którego później zastąpił Szarmach. W 1973 r. mielczanie wygrali lige. W mistrzowskim sezonie co raz bardziej wyróżniał się Rześny. Nie uszło to uwadze Kazimierza Górskiego. Do kadry powołał go już w 1972 ale wtedy jeszcze nie zagrał. ,,Twardo walczyliśmy o miejsce w składzie, miałem znamienitych konkurentów: Guta i Szymanowskiego. Byłem starszy ale oni grali”- przyznaje Rześny. Tymczasem po wyjazdowej porażce z Walią(0:2) Górski podjął brawurową decyzje. W meczu z Anglią na prawej obronie zagrał debiutant. Guta w ogóle nie było w kadrze meczowej a Szymanowski usiadł na ławce. ,,Nie wnikałem skąd taka decyzja. Kiedyś Gmoch powiedział mi że to była jego sugestia bo cenił mnie za szybkość, więc podpowiedział Górskiemu że warto na mnie postawić. W Chorzowie w spotkaniu z Anglią nie mogłem zawieść. Patrzyła na nas cała Polska. Wszyscy zagraliśmy wielki mecz. W następnym sezonie, w meczu Stali z Crveną Zvezdą w Pucharze Europy, doznałem kontuzji mięśnia dwugłowego. Zamiast zejść z boiska, grałem do końca i uraz się pogłębił. Dochodziłem do siebie kilka tygodni a Polacy wygrali w rewanżu z Walią 3:0 a potem był remis na Webley. Co z tego że już zupełnie wyzdrowiałem. Trudno było wskoczyć do drużyny, która osiągnęła taki sukces”- wspomina obrońca Stali. Gmoch rzeczywiście go cenił bo następny raz w kadrze narodowej zagrał dopiero wtedy, kiedy on został selekcjonerem. Nowy szef Biało-Czerwonych chciał trochę pozmieniać po swoim poprzedniku i na prawej obronie wrócił do Rześnego, rezygnując między innymi z Szymanowskiego. Piłkarz Stali miał wtedy 28 lat ale w drużynie, która rozpoczynała walke o awans na mundial w Argentynie, pojawiło się też kilku młodych zawodników z Bońkiem i Terleckim na czele. Efekt był znakomity. ,,Gmoch przed meczem z Portugalią podkreślał że to kluczowe spotkanie a wygrana otworzy nam droge do Argentyny. Właśnie tak się stało”- zwraca uwagę Rześny. Miał wkład w ten sukces, lecz na mistrzostwa znowu nie pojechał. Selekcjoner odkurzył Szymanowskiego. Rześny tak to przedstawiał: ,,Plany pokrzyżowała mi kontuzja i… mój klubowy trener. Był nim Edmund Zientara, dawny piłkarz i szkoleniowiec Legii. Doskonale znał się z Gmochem, zresztą kiedyś grali razem w drużynie z Łazienkowskiej. Oczywiście dłuższy czas współpracowałem w Mielcu z Zientarą ale jakoś nie nadawaliśmy na tych samych falach, nic na to nie poradzę. Miało to jednak niestety wpływ na moja przyszłość w kadrze narodowej. W ważnym ligowym meczu Stali z Legią grałem z urazem, na blokadzie i w drugiej połowie musiałem zejść z boiska. Przegraliśmy w Warszawie 2:3 a Zientara zaraportował Gmochowi że jestem w słabiej formie, że do kadry się nie nadaje i Gmoch wziął sobie do serca uwagi kolegi. Przestał mnie powoływać. Temat reprezentacji był dla mnie definitywnie zamknięty. Nie grałem już w eliminacjach, więc tym bardziej nie miałem szans na miejsce w 22-osobowym składzie na mundial”. Rześny ma się jednak czym chwalić. Nie chodzi tylko o te wygrane z reprezentacją ale o ważne mecze ze Stalą w europejskich pucharach. Były więc potyczki z wspomnianym już mistrzem Jugosławii, lecz także z innymi mocnymi wówczas drużynami: Carl Zeiss Jena, Inter Bratysława, Hamburger SV no i przede wszystkim Real Madryt. ,,W Mielcu przegraliśmy 1:2, w rewanżu było 0:1. Szkoda że wtedy nie mógł zagrać Szarmach, który przyszedł do nas z Górnika Zabrze ale wtedy kluby nie mogły się dogadać, początkowo był zawieszony”- przypomina Rześny. Dzisiejsza Stal o takich meczach może tylko pomarzyć. Tym bardziej Rześny dla dzisiejszych piłkarzy z Mielca jest dowodem że nie tylko talentem ale też ciężką pracą można zajść bardzo daleko.
9
Zapomniane legendy rodzimego futbolu(czytaj w odpowiedzi na mój komentarz):
@NaFazieHitman
@patataj
@DaPidejpi
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Symson
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
1
@MesQueUnClub96 Z Granadą strzelił w 57 minucie na 1:0 a mecz zakończył się remisem 1:1
1
@ElTomas Haniebnym czynie? Żartujesz sobie, czy na głowe upadłeś?
10
Snajper wyborowy:
2 sierpnia 1993 r. Romario strzela debiutanckiego gola w barwach Blaugrany w towarzyskim meczu przeciwko S.C. Heerenveen przegranym przez Barçe 5:4. Później Brazylijczyk strzelał aż miło, zostając królem strzelców Primera Division.
@Symson
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Sensible
@MesQueUnClub96
@patataj
@DaPidejpi
1
@ElTomas Ja za tzw. naruszenie przejrzystości strony dostawałem tydzień bana, więc nie marudź...
14
Przypadki niejakiego Carlesa Busquetsa w FC Barcelonie:
2 sierpnia 1994 r. FC Barcelona zremisowała w towarzyskim meczu z FC Groningen aż 5:5! Taki wynik zawdzięczamy głównie błędom bramkarza Carlesa Busquetsa. Latem 1994 r. z Barcelony odszedł Zubizarreta i jego miejsce w bramce miał zająć dotychczasowy zmiennik Carles Busquets(ojciec Sergio). Już w sparingach przedsezonowych okazało się jednak iż nie będzie on najlepszym wyborem. W meczu z Groningen Busquets popełnił dwa błędy, które zdarzają się co najwyżej raz w całej karierze. Najpierw po dośrodkowaniu przeciwników piłka odbiła mu się od klatki piersiowej i wpadła do bramki. Przy trzecim golu dla rywali próbował okiwać napastnika przeciwników ale stracił piłke. Zdążył jeszcze zatrzymać futbolówkę na linii bramkowej ale nie utrzymał jej w rękach. Przy pozostałych golach dla rywali również mógł się zachować dużo lepiej. W całej karierze ,,Busi” popełniał wiele błędów szczególnie w grze nogami i zyskał przez to niechlubny przydomek ,,bramkarza” z piłki ręcznej. W listopadzie 1995 r. nie mógł trenować ponieważ złapał gorące żelazko, które mogło poparzyć jego czteroletniego syna Aitora. Żartowano później w prasie że była jego najlepsza interwencja w karierze. No cóż, powiada się iż nie daleko pada jabłko od jabłoni, choć Sergio i tak jest lepszym piłkarzem od ojca.
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Symson
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Sensible
@patataj
12
Nieco zapomniane legendy rodzimego futbolu:
1 sierpnia 1969 r. urodził się Tomasz Łapiński, obrońca. ,,Nasz bramkarz nic nie łapie. Nie musi. Bo mamy ,,Łapę”. Taka okolicznościowa fraszka pojawiła się kiedyś w ,,Piłce Nożnej”. Jej bohaterem był Tomasz Łapiński. Dla wielu najlepszy polski obrońca lat 90-tych, kluczowy element w Widzewie i reprezentacji Polski w tym czasie. Koledzy najczęściej mawiali o nim ,,Łapa”. Czasem ktoś dodawał jeszcze ,,Łapa z Łap”, bo stoper pochodził właśnie z miejscowości o tej nazwie, leżącej nieopodal Białegostoku. Nie trafił jednak do piłkarskiego hegemona Podlasia, Jagiellonii ale do Łodzi. Tam został ostoja miejscowego Widzewa w okresie jego triumfów na krajowych boiskach. Solidny, pewny i niezwykle skuteczny w swych interwencjach Łapiński szybko wskoczył do podstawowego składu tej drużyny, gdzie nie brakowało znanych nazwisk. Zaczynał w defensywie u boku między innymi uczestnika mundialu 1986- Kazimierza Przybysia. W wysuniętych formacjach grali zaś między innymi Iwanicki czy Wraga. Tu wypatrzył go selekcjoner reprezentacji olimpijskiej Janusz Wójcik. Na Igrzyskach w Barcelonie Łapiński był podstawowym graczem jego drużyny. Zagrał od początku do końca we wszystkich meczach aż po sam finał, tworząc znakomity duet z Wałdochem. Z Hiszpanii przywiózł tytuł wicemistrza olimpijskiego a także kilka propozycji transferowych. ,,Łapa” uparcie jednak trwał przy Widzewie. Wielu twierdziło że brało się to z jego legendarnego wręcz strachu przed lataniem. Przed każdym wejściem na pokład samolotu obrońca, który nie pękał przed najlepszymi napastnikami świata, musiał uspokajać się kilkunastoma papierosami. Od braku chęci zmiany klimatu na pewno nie ucierpiała jego gablota z trofeami klubowymi. Z Widzewem wywalczył bowiem 2-krotnie mistrzostwo Polski. W obu tych sezonach był podstawowym piłkarzem drużyny. Zagrał łącznie w 58(z 68) spotkań dwóch mistrzowskich edycji. Zawsze wychodził w podstawowym składzie i nigdy nie został zmieniony. Brał też udział w wygranym starciu z Legią, przez wielu uznawanym za najsłynniejszy mecz w Ekstraklasie. Jako kapitan miał zaszczyt dwukrotnie podnieść trofeum przyznawane za wygraną w lidze. Ponadto zdobył Superpuchar Polski a 2 razy był wicemistrzem Polski. Razem z Widzewem awansował także do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Na zakończenie 1997 r. wygrał plebiscyt na Piłkarza Roku w Polsce katowickiego ,,Sportu”. Wcześniej zwyciężył w klasyfikacji ,,Złotych Butów” za ten sam okres. Tym większy szok wywołała informacja że jeden z symboli klubowych zdecydował się na transfer do Legii. Nie był już jednak tym samym ,,Łapą”, co kilka miesięcy wcześniej. Coraz częściej zmagal się z kontuzjami. Do Warszawy ściągnął go zaś trener, z którym odniósł największe sukcesy- Franciszek Smuda. Ostatecznie jednak w lidze zagrał w barwach Wojskowych tylko raz przez ponad 2 lata. Kolejny uraz zaważył na jego rozbracie z futbolem na wysokim poziomie. Wspomógł tylko Legie w walce o Puchar Ligi. Półfinał z jego udziałem udało się Wojskowym przejść ale już w decydującej rozgrywce zbyt mocna okazała się stołeczna polonia. Potem grywał już tylko w niższych klasach rozgrywkowych, m.in. w Piotrkowie Trybunalskim. Jego transfer do Legii miał jeszcze jedną dobrą stronę praktyczną. Liczono bowiem że skorzysta na tym reprezentacja. W Warszawie dołączył do Jacka Zielińskiego, z którym świetnie rozumiał się w defensywie biało-czerwonych. Od eliminacji Euro 1996 aż do momentu kontuzji był podstawowym stoperem kadry. Łącznie rozegrał w niej 36 spotkań. Jego największym sukcesem pozostało jednak srebro olimpijskie. Obecnie jest cenionym ekspertem telewizyjnym, co wielu zaskakuje. W czasach kariery uchodził wszak za milczka i udzielił niewiele wywiadów. Zajmuje się profesjonalną fotografią. Działa także w Widzewie.
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
11
Debiuty legend FC Barcelony:
1 sierpnia 1989 r. w meczu towarzyskim z holenderskim BUITENPOSTS ZM1, zadebiutował i strzelił 3 gole w barwach Blaugrany niejaki…. Ronald Koeman. Nasz legendarny stoper rozegrał tylko pierwszą połowę meczu a FC Barcelona wygrała ten mecz 15:1! Pomimo słabiutkiego przeciwnika, debiut jak na obrońce w nowym klubie można uznać za całkiem udany.
@Ogorinho1974
@Symson
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
8
Pamiętamy nie tylko o Powstaniu Warszawskim:
1 sierpnia 1934 r. powstała Societat Esportiva Industrial Espanya, przyszła drużyna rezerw FC Barcelony. Historyczna nazwa pochodziła od fabryki, której ekipa była reprezentacją. W 1945 r. została oficjalnie drużyną filialną Barçy. Z tego powodu 7 lat później nie zdobyła awansu do Primera Division, ponieważ druga drużyna nie może grać w tej samej lidze co pierwsza. W 1956 r. klub zdobywa ponownie awans, zmienia nazwe na Club Esportiu Condal i w zgodzie z przepisami przestaje być ekipą filialną Blaugrany. W 1970 r. Barcelona Athletic połączyła się z Club Esportiu Condal, stając się oficjalnie drużyną rezerw Dumy Katalonii. W międzyczasie zmienia kilkakrotnie nazwę(na Barcelona B w 1991 r., Barcelona Athletic w 2008 r. by ostatecznie powrócić do nazwy Barcelona B w 2010 r.). Obecnie grają tam profesjonalni piłkarze ale mogą występować również amatorzy z juniorskiej drużyny Barçy.
@Sensible
@patataj
@DaPidejpi
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Symson
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz