FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@Gary Zapewne oglądałem ten mecz ale nic z niego nie pamiętam! Pewnie dlatego(jak mówisz) że Alexis Sanchez pudłował na potęge...
No ale przynajmniej zwiedziłeś troche świata, jak słysze i widze...
11
@FCBparasiempre
20-ty dzień lutego 1992 roku na zawsze odmienił oblicze angielskiej piłki klubowej. To wówczas 22 najlepsze zespoły w kraju zrezygnowały z gry w First Division i tym samym, z bycia częścią Football League. Trzy miesiące później powołano do życia rozgrywki, które nadal budzą ogromne emocje wśród kibiców na całym świecie. Powstała najbogatsza i najbardziej kosmopolityczna liga piłkarska w Europie – Premier League. Okres w angielskim futbolu, który upłynął pod znakiem Premier League, obejmuje zaledwie ostatnich 31 lat. Wcześniej forma rozgrywek ligowych znacznie bardziej promowała pomniejsze kluby, a nie – tak jak dziś – sportowych i finansowych gigantów. Tak zwaną The Football League założyło w 1888 roku dwanaście klubów, a po kilku latach dołączyło do nich prawie drugie tyle i rozgrywki podzielono na dwie ligi. Stopniowo chętnych do gry w piłkę przybywało i oprócz First i Second, w 1920 roku powstała także Third Division (rok później skład tej ostatniej rozszerzono i podzielono na Północ i Południe). Oznaczało to, że całą The Football League tworzyło 86 klubów. Ich liczba zwiększyła się do 92 w 1950 roku (nie zmieniło się to aż do początku lat 90.), a osiem lat później rozgrywki zyskały czwarty poziom ligowy. Podwaliny do powstania Premier League położono jeszcze w latach 80., bo to właśnie w tym czasie w angielskiej piłce zachodziły pierwsze wielkie zmiany. Na początku dekady Football League podpisała lukratywny kontrakt na sponsorowanie rozgrywek z firmą Canon; zmieniono też zasady dotyczące podziału dochodów z biletów i odtąd każdy klub mógł zatrzymać dla siebie całość wpływów (zamiast przekazywać jego część do Football League, jak było do tej pory). Jednak lata 80. na zawsze zapisały się w historii angielskiego futbolu głównie ze względu na problemy stwarzane przez chuliganów. Zastrzeżenia budził też stan wielu stadionów, które nie spełniały żadnych wymogów bezpieczeństwa. Szerokim echem odbiła się tragedia na stadionie Valley Parade, do której doszło 11. maja 1985 roku w meczu Bradford City z Lincoln City w Thrid Division. Było to ostatnie spotkanie sezonu, po którym planowano huczne świętowanie sukcesu Bradford, bo zespół już w kwietniu zapewnił sobie awans poziom wyżej. Na trybunach zasiadło 11 tysięcy kibiców, którzy byli świadkami ogromnego pożaru. Tak o wydarzeniach opowiadał John Helm, komentator tego spotkania: Pewien Australijczyk, który odwiedzał syna, skończył palić papierosa, rzucił go na drewnianą podłogę i próbował przygasić stopą. Papieros spadł jednak przez dziurę nieco niżej i mężczyźni zobaczyli lekki płomyk. Szybko wlali do szczeliny kawę i na moment nic nie wskazywało na możliwy pożar. Po kilku chwilach jednak płomień zaczął narastać, więc ojciec i syn pobiegli powiedzieć o tym stewardowi. Gdy wrócili, było już za późno. Ogień pochłonął drewniane elementy konstrukcji, pochodzące jeszcze z 1909 roku. Na stadionie zginęło 56 osób, a 250 zostało rannych. Zaledwie dwa tygodnie później, 29. maja, na stadionie Heysel w Brukseli FC Liverpool mierzył się w finale Pucharu Europy z Juventusem. Jeszcze przed rozpoczęciem spotkania fani angielskiej drużyny zaatakowali kibiców z Włoch, w wyniku czego jedna ze ścian stadionu się zawaliła. Życie pod gruzami straciło 39 osób, około 600 odniosło obrażenia, a chuligani walczyli nawet z policją. Aby nie rozzłościć publiczności jeszcze bardziej, postanowiono, że mecz się odbędzie. Juventus wygrał 1:0, a po spotkaniu UEFA wyciągnęła konsekwencje – podjęła decyzję o wykluczeniu angielskich klubów z gry w europejskich pucharach na czas nieokreślony (Liverpool na dodatkowe trzy lata liczone od momentu, kiedy pozostałe drużyny otrzymają zgodę na ponowne występy). Ostatecznie Anglicy wrócili do rywalizacji w Europie w sezonie 1990/91, a Liverpool rok później. To właśnie z Liverpoolem wiąże się najbardziej dramatyczne wydarzenie w historii angielskiej piłki. Doszło do niego 15. kwietnia 1989 roku, czyli w sezonie obchodów stulecia istnienia Football League. Półfinał FA Cup pomiędzy Liverpoolem a Nottingham Forest zatrzymano po 6 minutach, bo na stadionie Hillsborough w Sheffield wybuchła panika. Kibice byli stłoczeni na trybunach wskutek błędów organizacyjnych i nieprawidłowej pracy policji, która postanowiła wyłączyć kołowrotki i otworzyć bramę – dzięki temu kilka tysięcy fanów zgromadzonych przed stadionem otrzymało szansę na wejście do środka przed pierwszym gwizdkiem spotkania. Ci, którzy wydostali się na trybunę, zobaczyli, że nie ma już na niej miejsca; nie było też możliwości przejścia na pozostałe części stadionu. Dodatkowo murawę od rzędów krzesełek oddzielały wysokie płoty. 96 osób zginęło – większość z powodu niedoboru tlenu w organizmie. Tragedia na Hillsborough była bezpośrednią przyczyną opublikowania w styczniu 1990 roku raportu Taylora, który uznał winę policji za wydarzenia z Sheffield i ustalił zasady bezpieczeństwa. Większość klubów odnowiła swoje stadiony lub wybudowała nowe, zlikwidowano miejsca stojące i usunięto płoty. Wprowadzenie tych zmian zbiegło się w czasie ze znakomitym występem reprezentacji Anglii na mundialu w 1990 roku we Włoszech, kiedy to kadra prowadzona przez (wtedy jeszcze nie sir) Bobby’ego Robsona zajęła czwarte miejsce. Angielskie kluby wróciły do gry w Europie, i to z sukcesami, bo w sezonie 1990/91 Manchester United triumfował w Pucharze Zdobywców Pucharów. Na początku lat 90. stało się jasne, że angielska piłka potrzebuje powiewu świeżości. Zespoły z Wysp wyraźnie odstawały od topowych drużyn występujących na Starym Kontynencie (dość powiedzieć, że ostatnim angielskim klubem, który zdobył Puchar Europy, był FC Liverpool w 1984 roku). Rozwiązaniem tego problemu mógł być zastrzyk gotówki dla pierwszoligowych klubów, które nie chciały już dzielić się zarobionymi pieniędzmi z pozostałymi zespołami zrzeszonymi w The Football League. To dlatego w lipcu 1991 roku drużyny z First Division podpisały porozumienie w sprawie utworzenia Premier League. Nowo powstała liga miała być spółką niezależną od Football League i Football Association w kwestiach finansowych (w praktyce oznaczało to swobodę wyboru sponsorów ligi i zawierania kontraktów na transmisje telewizyjne). Od tej pory zyski z najwyższej klasy rozgrywkowej miałby zasilać konta jedynie 22, a nie aż 92 zespołów grających w Anglii. Początkowo na takie rozwiązanie nie chciała przystać Football Association, ale kluby postawiły na swoim i 20. lutego 1992 wszystkie grające w pierwszej lidze zespoły wystąpiły z The Football League. Trzy miesiące później oficjalnie powstała Premier League, i to same należące do niej kluby miały zdecydować, kto otrzyma prawa do transmisji meczów ligi. W międzyczasie The Football League zmieniła swoją strukturę – ligi druga, trzecia i czwarta otrzymały kolejno nazwy First, Second i Third (dziś to Championship, League One i League Two). O zwycięstwo w medialnym wyścigu starały się BSkyB, ITV oraz SBC (Swiss Bank Corporation). BSkyB Ruperta Murdocha (utworzona po fuzji Sky Television z BSB) złożyła Premier League ofertę wspólnie z BBC, która nadawała program „Match Of The Day” i to właśnie ta opcja zwyciężyła podczas głosowania w maju 1992 roku. Dwa kluby wstrzymały się od głosu; BSkyB przekonało 14 klubów, a ITV (która proponowała, że mecze „wielkiej piątki” będą transmitowane najczęściej) sześć – były to Arsenal, Aston Villa, Everton, Leeds, Liverpool i Manchester United. Tottenham poparł ofertę BSkyB, co dało jej 2/3 większości wymaganych do zwycięstwa głosów. Sprzedano też prawa do nazwy rozgrywek, choć początkowo ówczesny prezes FA, Graham Kelly, tak komentował odrzucenie oferty marki Carling: ,,Czystość nazwy FA Premier League powinna być nienaruszalną świętością. No, przynajmniej na ten sezon.”
Ostatecznie od 1993 do 2001 roku liga nosiła nazwę „FA Carling Premiership”, a na jej konto wpłynęło 12 milionów funtów w pierwszych czterech sezonach tej umowy (od 1997 do 2001 Carling musiało zapłacić już w sumie 36 milionów – to wzrost o 300%). Od 2001 do 2004 ligę sponsorowało przedsiębiorstwo Barclaycard, które zapłaciło za tą możliwość 48 milionów funtów. Później sponsorem został bank Barclays (w latach 2004-2007 „FA Barclays Premiership”, a 2007-2017 „FA Barclays Premier League”), który w pierwszy okresie umowy płacił 65.8 miliona funtów, a w drugim już 300 milionów (sic!). Po wygaśnięciu umowy z Barclays zrezygnowano ze sprzedaży praw do nazwy, aby rozgrywki zyskały więcej prestiżu.
W pierwszym, historycznym sezonie Premier League (ruszył 15. sierpnia 1992 roku) wzięły udział 22 drużyny (już od tamtego momentu zakładano, że w przyszłości skład ligi będzie obejmował jedynie 20 zespołów, co udało się osiągnąć pod koniec sezonu 1994/1995, kiedy to cztery kluby spadły do niższej ligi, a awansowały tylko dwa). To jednak nie był jedyny element rewolucji – mecz Nottingham Forest z Liverpoolem z pierwszej kolejki sezonu 92/93 przeszedł do historii jako pierwszy niedzielny mecz transmitowany w telewizji. Jeszcze w tej samej kolejce Queens Park Rangers i Manchester City zagrały w poniedziałek – co również było wydarzeniem bez precedensu. Inauguracyjny sezon Premier League wygrał Manchester United, kończąc tym samym niechlubną serię 26 lat bez zdobycia mistrzostwa kraju. W sumie United okazali się najlepsi w tych rozgrywkach aż 13 razy, co po dziś dzień jest rekordem, a na przestrzeni trzech dekad liga miała zaledwie siedmiu różnych triumfatorów (Manchester United, Blackburn Rovers, Arsenal, Chelsea, Manchester City, Leicester City i Liverpool). Było ich trzech do momentu, gdy w sezonie 2004/2005 ligę wygrała Chelsea zasilana przez pieniądze Romana Abramowicza (klub został mistrzem kraju dopiero drugi raz w swojej historii; na powtórzenie sukcesu musiał czekać 50 lat). Kilka lat później do grona najlepszych dołączył Manchester City (poprzednie mistrzostwo: 1968), tym razem opłacany przez szejka Mansoura, co tylko potwierdziło teorię, że finanse grają w Premier League pierwsze skrzypce. Ostatnich 30 lat obfitowało w wydarzenia wyjątkowe w sensie sportowym. Można zaliczyć do nich chociażby: wyczyn Manchesteru United, któremu dwukrotnie udało się wygrywać Premier League przez trzy sezony z rzędu, drużynę Arsenalu, która nie przegrała ani jednego ligowego meczu w sezonie 2003/2004, Leicester City, które w maju 2016 roku zostało mistrzem Anglii w swoim drugim z rzędu sezonie w najwyższej klasie rozgrywkowej czy wreszcie Liverpool, który w 2020 roku sięgnął po swój pierwszy triumf w Premier League. Obecnie trwa 124. sezon w historii piłki nożnej w Anglii i 31. sezon Premier League. Od momentu jej utworzenia jedynie sześć klubów wystąpiło we wszystkich 31 sezonach – to Arsenal, Chelsea, Everton, Liverpool, Manchester United i Tottenham Hotspur. Co ciekawe, nigdy nie zdarzyło się, aby wszystkie trzy drużyny, które w danym sezonie spadły z Premier League, powróciły do niej w kolejnym. Trudno się temu dziwić, biorąc pod uwagę przepaść finansową dzieląca Premier League i Championship – nagroda za wygranie tej pierwszej to około 40 milionów funtów, podczas gdy zwycięzcy drugiej ligi zarabiają zaledwie około 100 tysięcy funtów. Budżety drużyn występujących w Premier League są zasilane nie tylko przez tzw. equal share za prawa do transmisji meczów (w zeszłym sezonie było to po 84 miliony funtów dla każdego zespołu), ale też bonusy (ich wysokość zależy od tego, ile razy spotkania tych drużyn pokazywano w telewizji oraz które miejsce drużyna zajmie w tabeli – najsłabszy ze spadkowiczów dostaje niewiele ponad 2 miliony funtów). Dla porównania: kluby z Championship otrzymują kwotę pomiędzy 7 a 8 milionów funtów za prawa telewizyjne za sezon (zawiera się w niej equal share, która wynosi 2.5 miliona, „płatność solidarnościowa” od Premier League, czyli 4.5 miliona i bonusy za transmisje konkretnych meczów – po 100 tysięcy funtów każdy). W nieco lepszej sytuacji są spadkowicze, którzy mogą liczyć na tzw. „płatność spadochronową” wypłacaną przez trzy sezony – to odpowiedni procent equal share z danego sezonu Premier League (55% w pierwszym sezonie, 45% w drugim i 20% w trzecim, co obecnie daje odpowiednio 40, 35 i 15 milionów funtów). Wypłatę w trzecim sezonie dostaną tylko te kluby, które przed spadkiem grały w Premier League dłużej niż przez jeden sezon. Łatwo zauważyć, że obecny system rozgrywek obok aspektów czysto sportowych promuje też umiejętne zarządzanie klubem i trafiającymi do niego pieniędzmi.
@Ogorinho1974
@Safrani
@shaun
@Szalik
7
Narodziny Premier League:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
4
Komentarz usunięty
13
Na San Siro górą Milan:
20 lutego 2013 r. AC Milan pokonał FC Barcelone 2:0 w 1/8 Ligi Mistrzów. Milan nie mógł skorzystać z pozyskanego z Manchesteru City Balotellego a w Blaugranie z kontuzją grał Xavi. Ostatecznie to zespół prowadzony już przez Jordiego Roure, który zastąpił Tito Vilanove po tym, jak u następcy Guardioli wykryto nowotwór, wyraźnie przegrał na San Siro 0:2.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
0
@Fog_W_1899 Na tą chwile wszystkie i nie zbyt jestem z nich zadowolony, zwłaszcza z bloku defensywnego. Wszystkie mecze Barcuni oglądam od sierpnia ubiegłego roku. Wcześniejsze lata nie było mnie stać żeby wykupić telewizje. Jedynie w publicznej oglądałem. A generalnie Barce oglądam od 2004 roku.
0
@Fog_W_1899 Tylko ten skrót a dlaczego pytasz?
2
Komentarz usunięty
13
Jubileusz ,,Pepa”:
20 lutego 2010 r. Josep Guardiola rozegrał swój setny mecz na ławce rezerwowych jako trener FCB. Blaugrana pokonała wówczas Racing Santander 4:0 a największą gwiazdą wieczoru był młodziutki Thiago Alcantara- syn Mazinho, mistrza Świata z 1994 r. W pierwszych stu spotkaniach Guardiola zanotował aż 71 zwycięstw i był to drugi najlepszy wynik w historii klubu. Rekordzistą jest(a raczej był, gdyż Hans Flick ma już bodaj 74 zwycięstwa w 98 meczach) Helenio Herrera, który w pierwszych stu meczach wygrał 72 razy, tyle że Pep przegrał w tym samym czasie o 6 meczów mniej.
@Szalik
@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
3
Komentarz usunięty
15
Tym razem Neeskens zastąpił Rijkaarda:
20 lutego 2008 r. Blaugrana grała w ⅛ Lidze Mistrzów o posadę Franka Rijkaarda. Media plotkowały że Joan Laporta pozostaje w stałym kontakcie z Jose Mourinho i jest gotów zatrudnić go u siebie. Na „Celtic Park”, gdzie holenderski szkoleniowiec musiał zasiąść na trybunach a zespół poprowadził Johann Neeskens (przed sezonem zastąpił w roli asystenta Henka ten Cate), Barça jednak wygrała 3:2 po dwóch golach Messiego(18 i 79 minuta) oraz Henry’ego(52 minuta), mimo że do czasu strzelenia gola przez Francuza przegrywała 2:1. Artur Boruc pomimo puszczenia trzech goli został uznany najlepszym graczem meczu. W rewanżu naznaczonym kontuzją Leo Messiego też spisał się wybornie chroniąc zespół przed wyższą niż 0:1 porażką. Przypominam że Boruc obchodzi dzisiaj urodziny, więc jeszcze o nim wspomnę…
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
0
Naprzód Jagiellonio!
Naprzód po zwycięstwo(!) i jednocześnie... niespodzianke?
4
Komentarz usunięty
19
Wyjątkowe legendy futbolu:
19 lutego 1954 r. urodził się Sócrates Brasileiro Sampaio de Souza Vieira de Oliveira, legenda brazylijskiego futbolu. Z dwóch mistrzostw świata nie przywiózł medalu, tylko raz otrzymał nagrodę dla najlepszego zawodnika kontynentu, futbolem - jak sam mówił - zajął się przypadkowo, bo nigdy się nim nie interesował. Brazylijczycy jednak uważają go za jednego z najlepszych graczy, którzy nosili kanarkową koszulkę reprezentacji, a dla kilku pokoleń kibiców na świecie Socrates był synonimem piłkarza wirtuoza. Choć miał aż 193 cm wzrostu, z piłką wyczyniał cuda. Jego podania rozbrajały najszczelniejsze defensywy. - Wybierał optymalne rozwiązania, wiedział, gdzie pobiegnie kolega i rywal. Imponował nieszablonowym dryblingiem - wspomina Stefan Majewski. Słynął z zagrań piętą. Pele uważał, że Socrates grał lepiej tyłem niż większość przodem. - Na boisku zachowywał się dostojnie. Grał czysto. Rywalizowanie z nim było przyjemnością. Mało biegał, ale imponował inteligencją i wyszkoleniem technicznym - mówi Zbigniew Boniek. Obaj Polacy grali przeciw Socratesowi w 1/8 finału MŚ w 1986 r. Przegraliśmy wtedy 0:4. Socrates wyżej od sukcesów na boisku cenił te, które odniósł poza nim. Historia Socratesa nie jest typową opowieścią o brazylijskim piłkarzu, który wychował się w faweli, szybko rzucił szkołę, a młodość spędził na ulicy, uganiając się boso za zdartą piłką. Jego ojciec życie spędził z nosem w książkach, dorobił się olbrzymiej biblioteki, najstarszemu synowi podsuwał dzieła antycznych filozofów. - Moi młodsi bracia nazywają się Sofokles i Sostenes. To o ojcu mówi wszystko - wspominał Socrates. Sam między treningami czytywał nie tylko greckich filozofów, ale i dzieła Machiavellego oraz Hobbesa. Fascynowali go Che Guevara, John Lennon i Fidel Castro. Dlatego jeden z sześciu synów Socratesa otrzymał imię po kubańskim dyktatorze. Gdy matka spytała go, czy nie obawia się, że imię Fidel może być dla dziecka obciążeniem, spytał ją tylko, gdzie była, kiedy ojciec wybierał imię dla niego. Jak na lewicowca przystało, wprowadził w klubie "demokrację Corinthians". Brazylią rządziła wówczas wojskowa dyktatura, a Socrates uważał, że szefowie klubu traktują piłkarzy jak generałowie obywateli. Wymusił na działaczach, by decyzje podejmowano, głosując. Zaczęło się od spraw błahych, każdy - od sprzątaczki po prezesa - decydował, kiedy drużyna zje obiad i jakich piłkarzy sprowadzić. Później zawodnicy decydowali, czy wyjdą na boisko w koszulkach z napisem "democracia", czy wypisanym wezwaniem do udziału w wyborach.
Wtedy zaprzyjaźnił się z Luizem Inácio Lulą da Silvą, sławnym działaczem związkowej opozycji, prezydentem kraju po obaleniu wojskowej dyktatury. Razem brali udział w demonstracjach przeciw torturowaniu więźniów politycznych. W 1984 r. przed 1,5 mln ludzi Sokrates obiecał, że jeśli dojdzie do wolnych wyborów, odrzuci propozycję gry we Włoszech. Wtedy jeszcze się nie udało i Socrates na rok przeniósł się do Fiorentiny. Był krytykiem współczesnego futbolu. Tłumaczył, że coraz lepiej zbudowani fizycznie piłkarze mają na boisku mniej miejsca, grają z pierwszej piłki, przez co mecze są coraz brzydsze. - W 1970 r. zawodnik biegał ok. 4 km w każdym meczu, teraz prawie cztery razy więcej. Inne sporty dostosowały się do zmian, a w piłce wciąż obowiązują te same przepisy. Dziś powinno się grać dziewięciu na dziewięciu - uważał Socrates. Nie oszczędzał też selekcjonerów reprezentacji Brazylii. Na mundialu w 2002 r. defensywne pomysły trenera Luiza Felipe Scolariego nazwał "kupą g.". Na mistrzostwach świata w RPA kibicował Hiszpanom, bo uważał, że prowadzona przez Dungę reprezentacja Brazylii wyrzekła się korzeni. - Zwycięstwo nie może być celem samym w sobie. Artyzm i piękno to także część tej gry - mówił, a rodacy słuchali kapitana ostatniej reprezentacji "Canarinhos", która swą grą wprowadzała kibiców w ekstazę.
Brazylia z 1982 r. uchodzi do dziś za najlepszy zespół, który nie zdobył mistrzostwa świata. I jest przez rodaków cieplej wspominana od grających nudno zwycięzców mundialu z 1994 r. Brazylia, uważana za faworyta turnieju w Hiszpanii, potrzebowała remisu z Włochami, by awansować do półfinału. Choć na 20 minut przed końcem było 2:2, dowodzeni przez Socratesa "Canarinhos" nie zrezygnowali z ataków. Włoch Paolo Rossi zdobył swoją trzecią bramkę i Brazylijczycy przegrali 2:3. Cztery lata później odpadli w ćwierćfinale po rzutach karnych z Francją, a pierwszej jedenastki nie wykorzystał Socrates. - Nie ubolewałem nad porażkami, jestem dumny, że grałem na dwóch mundialach i byłem częścią fantastycznego zespołu z 1982 r. - mówił. Po zakończeniu kariery pisał felietony, w których rzadko zajmował się futbolem. Bardziej interesowały go polityka i ochrona środowiska. Choć skończył medycynę i otworzył klinikę, zdrowiem nigdy się nie przejmował. Od 13. roku życia palił kilka paczek papierosów dziennie, dziennikarzom opowiadał, że tysiące razy próbował rzucić nałóg, ale determinacji starczało mu na kilka godzin. - Umrę na raka lub rozedmę płuc - mówił kilka lat temu. Zabił go jednak alkohol. Jego przyjaciele opowiadają, że niezależnie od tego, ile w siebie wlał, nigdy nie był pijany. Socrates zaprzeczał, że jest alkoholikiem, ale przyznawał, że "lubi łyknąć sobie rano i po południu". W ostatnich tygodniach miał problemy z wątrobą, czekał na przeszczep.
Grał w Botafogo (1974-78), Corinthians (1978-84), Fiorentinie (1984-85), Flamengo (1988-89) i Santosie (88-89). W 2004 r., po 50. urodzinach, zagrał kilka minut w meczu amatorskiego angielskiego Garforth Town. W reprezentacji wystąpił 60 razy, strzelił 22 gole. Miesięcznik "World Soccer" uznał go za 61. spośród najlepszych piłkarzy w dziejach.
@Szalik
@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
3
Vamos "Kolejorz"!
Vamos a ganar!!!
0
@Rafalloxfcb Albo w niedziele lub w środku tygodnia o 21:00!
1
@Kapitan hawk No jeśli chodzi o sekcje perkusyjną to pełna zgoda, są ciarki! Pytanie tylko dlaczego ta capela są ubrani na czarno jak w żałobie?
2
Komentarz usunięty
12
Zasłużone postacie polskiego futbolu:
19 lutego 1940 roku w Warszawie urodził się Andrzej Michał Strejlau, absolwent stołecznej AWF, w młodości uprawiał w warszawskich klubach piłkę nożną i ręczną. Podczas mistrzostw świata 1974, zakończonych wielkim sukcesem polskich piłkarzy(trzecie miejsce), a także na igrzyskach olimpijskich 1976 (drugie miejsce) był asystentem w sztabie szkoleniowym Kazimierza Górskiego, natomiast później - kolejnego trenera kadry Jacka Gmocha. W 1989 roku został selekcjonerem reprezentacji Polski, którą prowadził do 1993 roku. Jako szkoleniowiec ligowy trenował m.in. Legię Warszawa (dwukrotnie: 1975-79 i 1987-89, Puchar Polski) i Zagłębie Lubin. Pracował także w klubach zagranicznych - z Islandii (Fram Reykjavik), Grecji (AE Larisa) oraz Chin (Szanghaj Shenhua). Wielki pasjonat futbolu, od lat ceniony komentator i ekspert w różnych stacjach telewizyjnych. Znawca piłki w wydaniu międzynarodowym i krajowym, zarówno seniorskim jak i juniorskim. Wciąż w dobrej formie, którą - jak przyznaje - zawdzięcza m.in. nauczycielom z czasów szkolnych. "Jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne, wspomnę o warszawskim liceum, popularnej "jedynce" (na Żoliborzu), którą kończyło wiele znanych osób, m.in. mój kolega prof. Zbigniew Religa. Miałem tam świetnego nauczyciela wychowania fizycznego, pana Czerwińskiego. Kładł duży nacisk na wszechstronne zajęcia. Ci, którzy uprawiali gimnastykę, na różnych przyrządach, musieli również ćwiczyć dyscypliny drużynowe. To się później bardzo przydało" - przyznał Strejlau. Pan Andrzej nie ukrywa, że miał szczęścia do spotykania na swojej drodze wspaniałych ludzi. "Jestem wychowankiem Jerzego Talagi, do PZPN ściągnął mnie Ryszard Koncewicz, a później w reprezentacji pracowałem przy Kazimierzu Górskim" - wspomina. Strejlau jest od lat niekwestionowanym autorytetem wśród trenerów. "Zawsze starałem się trzymać określonych zasad. Pamiętajmy, że szkoleniowców zmienia się często. Najważniejsze, żeby umieć zachować swoją filozofię postępowania. Trzeba mieć cały czas swoje zdanie, bez względu na okoliczności i problemy. Przecież trener, podpisując kontrakt, tak naprawdę podpisuje jednocześnie swoje... zwolnienie. Tak jest na całym świecie" - podkreślił. Jak dodał, w przypadku szkoleniowców ważna jest również odpowiedzialność za drużynę. "Wszelkie analizy zawsze trzeba rozpoczynać od siebie, a nie od zespołu. Czasami trenerzy mówią po porażkach, że biorą winę na siebie. A przecież to oczywiste. Kolejne przesłanie dla młodszych kolegów - niech słuchają wszystkich. Będą zdania mądrzejsze, głupsze, ciekawe lub nie, ale na koniec trzeba samemu podjąć decyzję. To trener musi mieć ostatnie zdanie" - zaznaczył Strejlau. Sam przyznaje, że pełnił prawie wszystkie funkcje w PZPN. M.in. przewodniczącego Kolegium Sędziów, szefa wydziału szkolenia, a nawet rzecznika prasowego. Był również prezesem Stowarzyszenia Trenerów Piłki Nożnej. W 1999 roku odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. W swoim bogatym życiorysie ma także... epizod w popularnym, zwłaszcza wśród młodzieży, filmie fabularnym (komedia "Poranek kojota", reż. Olaf Lubaszenko).
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
3
Komentarz usunięty
10
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
19 lutego 1931 r. w Nowym Bytomiu urodził się Marceli Strzykalski, waleczny i dysponujący niespożytymi siłami pomocnik. Wychowywał się w Nowym Bytomiu, dzielnicy Rudy Śląskiej. Jego sąsiadem z podwórka był Lucjan Brychczy. Przygodę z piłką zaczynał jeszcze w czasach okupacji. Kiedy w 1945 r. rodzice przeprowadzili się do Bobrka, Marceli próbował swoich sił w Szombierkach, ale nie zrobił tam na nikim wrażenia. Jako młody piłkarz był zawodnikiem śląskich klubów – Pogoni Nowy Bytom i Bobrka Bytom. Później przeniósł się do Sosnowca, choć proponowano mu grę w hutniczym Baildonie, ale działacze Zagłębia powiedzieli mu, że klub wkrótce zostanie rozwiązany, więc Strzykalski wybrał występy w Sosnowcu. W 1951 r. trafił do Garnizonowego WKS Kielce. Oprócz gry w piłkę próbował swoich sił w sportach walki. Kiedy grał w Bytomiu, to zimą po zakończeniu sezonu przychodził na halę i walczył na zapaśniczej macie. W Kielcach zgłosił na treningi bokserskie, bo jako sportowiec nie musiał wtedy brać udziału w ćwiczeniach młodego rocznika. W klubie brakowało boksera wagi ciężkiej, więc Strzykalski sporo przybrał na wadze, żeby osiągnąć odpowiedni limit i nawet stoczył kilka oficjalnych walk. Z Kielc przeniesiono go do Krakowa, gdzie został zawodnikiem Wawelu.
W 1953 r. pod okiem trenera Artura Waltera zespół zdobył nieoczekiwanie wicemistrzostwo Polski, mając w składzie takich graczy jak Edmund Kowal, Czesław Uznański, Eugeniusz Piechaczek czy właśnie Strzykalski. Nie mogło być tak, że Okręgowy Wojskowy Klub Sportowy, jakim wówczas był Wawel, jest lepszy od klubu centralnego, jakim była Legia. Wawel rozwiązano, a najlepsi jego piłkarze trafili do Warszawy. Wśród nich był też Strzykalski. Na debiut w ekstraklasie w barwach nowego klubu musiał jednak czekać do 17 października, kiedy to wystąpił w meczu z ŁKS-em. Zaprezentował się na tyle dobrze, że trener János Steiner stawiał na niego konsekwentnie do końca sezonu. Rok później, kiedy Legia pod wodzą Węgra sięgała po tytuł mistrzowski i po puchar Polski, to Strzykalski był jednym z ważniejszych ogniw drużyny. Sukces ten powtórzył w kolejnej kampanii, ciekawostką jest fakt, że w meczu z Odrą Opole 15 kwietnia 1956 r. przez kilka minut zastępował w bramce opatrywanego Szymkowiaka. W Legii razem z Edmundem Zientarą stworzył najlepszą klubową parę pomocników. Na Łazienkowskiej występował do 1963 r. Zagrał dla klubu w 162 meczach i zdobył 15 goli. Grał twardo i czasami ostro. Zdarzało się, że sędziowie wyrzucali go z boiska, ale swoją walecznością zdobył serca kibiców. Po odejściu z Legii grał jeszcze przez rok dla Warszawianki. W biało-czerwonych barwach pierwszy raz wystąpił w 1952 r. jeszcze jako zawodnik Wawelu. Wystąpił w wygranym 3:0 meczu z NRD, a w 58. minucie został zmieniony przez Czesława Suszczyka. To właśnie ten piłkarz blokował mu miejsce w kadrze przez kolejne lata. Na szansę w reprezentacji czekał cztery lata, kiedy trener Koncewicz wystawił go zremisowanym 0:0 meczu Norwegią. W drużynie narodowej występował z mniejszym lub większymi przerwami do 1961 r., kiedy to zagrał w starciu z RFN, które Polacy przegrali 0:2. W Reprezentacji rozegrał 17 meczów.
@Szalik
@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
1
@escarabajo Już ty dobrze wiesz co oni bedą robić, więc nie udawaj tylko pisz prawde!
0
@Fog_W_1899 Ciemne interesy? Co ty wygadujesz!?
0
@escarabajo Ale co u diabła znaczy "Show" w wykonaniu piłkarzy jeśli to nie mecz!???
4
Komentarz usunięty
17
Mecz w cieniu katastrofy:
19 lutego 1958 roku Manchester United powrócił z piekła. W trzynasty dzień po katastrofie w Monachium miał miejsce przełożony mecz piątej rundy Pucharu Anglii z Sheffield Wednesday. W zimny, lutowy wieczór na ,,Old Trafford” zebrało się 60 tysięcy oddanych fanów „Czerwonych Diabłów”. Wielu z nich miało na sobie biało-czerwone szaliki owinięte czarnymi wstęgami. Większość płakała. Kibice otrzymali programy meczowe bez wpisanego składu gospodarzy i to spiker zawodów zachęcał obecnych do własnoręcznego wypełnienia dokumentu. Asystent sir Matta Busby’ego – Jimmy Murphy – który podjął się misji odbudowania klubu podczas czasowej absencji bossa, do ostatnich chwil przed meczem kompletował skład. Po latach wspominał zakontraktowanie Stana Crowthera: ,,Eric Houghton był managerem w villa w tym czasie i powiedział stanowi, ze my się nim interesujemy. Stan nie chciał opuszczać aston villa, ale Eric zabrał go na Old Trafford na mecz z Sheffield Wednesday. Po drodze powiedział mu, ze chciałby, żeby Stan pomógł nam, ale ten odparł, ze nie wziął ze sobą stroju. „Nie martw się, mam twoje buty w bagażniku” – powiedział Eric. Spotkaliśmy się o 17.30 i godzinę przed rozpoczęciem meczu Stan podpisał kontrakt! Cytat ten pokazuje dobitnie, w jaki sposób była budowana jedenastka United. Gdyby nie pomoc managerów z całej Anglii, zapewne ciężko byłoby doprowadzić nie tylko do tego spotkania, ale i tak rychłej odbudowy klubu. Z pośród graczy, którzy przeżyli katastrofę lotniczą, w tym meczu wybiegł tylko bramkarz Harry Gregg i obrońca Bill Foulkes. Junior Ian Greaves, który zastępował Rogera Byrne’a, powiedział po meczu: ,,Pamiętam, że w szatni było bardzo cicho. Przebierałem się w miejscu, gdzie zwykle siedział Roger. Miałem na sobie jego koszulkę…”.
Nowym graczem w składzie był również Shay Brennan – Irlandczyk, który nie mógł sobie wymarzyć lepszego debiutu. To właśnie jego dwie bramki znacząco przyczyniły się do zwycięstwa Manchesteru United. Trzecią dołożył Alex Dawson. „Czerwone Diabły” grające ku czci swoich zmarłych kolegów, niesione dopingiem publiczności zdemolowały rywala z Sheffield 3:0. Jednak tego wieczoru nie wynik był najważniejszy. Rozdarte bólem i cierpieniem serca fanów radowały się jednocześnie, ponieważ ich klub(wielki Manchester United) nie upadł. Nawet po tak wielkiej tragedii, dzięki pomocy swoich rywali, podniósł się i pokazał światu, że był, jest i będzie wielki, a jego czerwone niczym krew ofiar koszulki wzbudzać będą strach wśród konkurentów przez lata.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
3
Komentarz usunięty
18
Pogrom na Osasunie i hattrick Romario:
19 lutego 1994 r. FC Barcelona rozgromiła na Camp Nou Osasune Pampelune 8:1 w ramach 24 kolejki Primera Division. Hattrickiem popisał się genialny brazylijski napastnik Romario. Pozostałe gole zdobywali: Koeman(2 gole z rzutów karnych), Amor, Quique Estebaranz oraz Stoiczkow(również z rzutu karnego). Po tej kolejce Barça zajmowała 3 pozycje z dorobkiem 30 punktów, tracą 6 punktów do prowadzącego Deportivo La Coruña.
@Szalik
@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
5
Komentarz usunięty
18
Kultowy stadion Dumy Katalonii:
19 lutego 1922 r. rozpoczęto budowę słynnego stadionu Blaugrany: „Camp de Les Corts”. FC Barcelona kupiła za 960 tysięcy peset tereny na końcu ulicy „Les Corts” i 19 lutego 1922 rozpoczęła tam budowę nowego stadionu na 25 tysięcy osób, który zainaugurowano 20 maja tego samego roku. Później pojemność zwiększono do 30 tys., następnie dzięki małym trybunom po sześć siedzeń dostawionym tuż przy boisku – do 45 tysięcy, aż w końcu do 60 tysięcy. Wszystko przez ogromne zainteresowanie kibiców, zafascynowanych występami zwłaszcza takich zawodników jak Samitier, Alcântara, czy Zamora. Na początku boisko nie miało trawy, ale musiano ją posiać w 1926 roku w związku z wymaganiami Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej. Obiekt powstał około kilometra od zbudowanego trzy dekady później Camp Nou, pomiędzy istniejącymi do dziś ulicami Numancia, Travessera de les Corts, Vallespir i Marques de Sentmenat. W uroczystości uczestniczyło około 2,5 tys. kibiców, wśród nich Joan Gamper oraz przedstawiciele innych klubów katalońskich i hiszpańskich, między innymi Athleticu Bilbao i Realu Madryt. Pierwszy mecz na legendarnym „Camp de Les Corts” FC Barcelona rozegrała przeciwko drużynie Saint Mirren i zwyciężyła 2:1. Premierową bramkę zdobył nie kto inny jak Paulino Alcântara. Stadion przy Les Corts jest symbolem pierwszej złotej ery w historii Blaugrany, która trwała przez całe lata 20-te. Jest również symbolem niesamowitej ekspansji i rozwoju klubu, ponieważ musiał być cały czas rozbudowywany. Kolejne rozbudowy nie były jednak w stanie zmienić faktu, że był on za mały na potrzeby rosnącego w siłę zespołu. 21 kwietnia 1957 roku remisem 1:1 zakończyło się spotkanie FC Barcelony z Sewillą, które było jednocześnie ostatnim meczem na stadionie Les Corts. W 1966 roku został on ostatecznie zburzony a w jego miejscu znajduje się dziś ,,Parc de Les Corts”.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel