8

Widzew postawił pierwszy krok ku Lidze Mistrzów:

7 sierpnia 1996 r. Widzew Łódź pokonał u siebie Brøndby IF 2-1 w eliminacjach Ligi Mistrzów. Gole dla gospodarzy zdobyli: Jacek Dembiński 63' i Sławomir Majak 73’. W czasach, w których drzwi do europejskiej elity dla mistrza Polski otwierały się już po pokonaniu jednego rywala, los przydzielił Widzewowi w eliminacjach ekipę Brøndby. W powszechnej opinii był to rywal w zasięgu ambitnie grających piłkarzy Franciszka Smudy, którzy po tytuł w kraju sięgnęli nie ponosząc choćby jednej porażki. Przed rewanżem na terenie rywala udało się co prawda wypracować niewielką przewagę, ale kibice czerwono-biało-czerwonych żałowali, że ich drużyna nie utrzymała dwubramkowej zaliczki. Wynik 2:1 sprawiał jednak, że dwa tygodnie później w Danii można było się spodziewać wielkich emocji…

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

2

@Murazor Owszem, zgadza się. Jednak olbrzymia w tym zasługa trafionych w dziesiątke transferów: Eto'o, Deco, Ronaldinho oraz Messiego(tutaj największa zasługa Rexacha). Krótko mówiąc Laporcie pomogły wybitne jednostki, o które nie bedzie długo tak łatwo się postarać...

2

@Gary No dokładnie! Sam o tym nie wiedziałem, wyczytałem to z książki i byłem bardzo mocno zaskoczony takim postępowaniem Gasparta wobec Puyola...
Zresztą wogóle Gaspart finansowo niszczył Barce i nie chodziło tu tylko o Puyola ale o całokształt klubu...

14

Charyzmatyczny kapitan:

7 sierpnia 2003 r. Carles Puyol przemówił: ,,Jeżeli to ma pomóc, odejde”. W 2003 r. Duma Katalonii znajdowała się w bardzo trudnej sytuacji finansowej. Nowe władze wykazały że klub posiada rekordowy deficyt(164 miliony euro) oraz dług(218 milionów). Jednym z powodów tak fatalnych wyników były niespodziewane wydatki- wypożyczenia Mendiety i Sorina, zwolnienie Van Gaala i zatrudnienie Anticia, które w sumie złożyły się na kwote 27 milionów euro. Manchester United znając problemy finansowe Katalończyków, złożył oficjalne zapytanie w sprawie Puyola. Obrońca w wywiadzie zgodził się na ewentualny transfer gdyby wymagała tego sytuacja: ,,Jeżeli ktoś się po mnie zgłosi i Barça zaakceptuje te ofertę, to zgodzę się na transfer. Nie pójdę jednak do władz i nie powiem że chce odejść. Chciałbym wygrać jakiś tytuł, jestem to winny kibicom”- oznajmił popularny ,,Tarzan”. Na szczęście działacze postawili na cięcie kosztów w innych miejscach. Puyol został w Blaugranie aż do zakończenia swojej kariery. Niewiele brakowało a Joanowi Gaspartowi, który mocno zadłużył klub, zawdzięczalibyśmy sprzedaż ,,Tarzana”…

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

3

@Criss18Barca No i co z tego!? Nie zmienia to faktu że był to pierwszy gol ,,Lewego" w Barwach Blaugrany!

16

Pamiętamy?

Dokładnie 3 lata temu(8.08.2022) Robert Lewandowski strzelił swojego debiutanckiego gola w barwach ,,Blaugrana” i to już w 3 minucie. Miało to miejsce na Camp Nou w meczu o Puchar Gampera, w którym FC Barcelona pokonała meksykański Pumas UNAM aż 6:0!

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

3

Dzień dobry. Pragnę wyrazić swoją opinie że jest mi smutno, gdyż ,,Kolejorz" przegrał wczoraj z Crveną Zvezdą i najprawdopodobniej odpadnie z Ligi Mistrzów. Nieeee, nie jestem kibicem Lecha ale darze go olbrzymią sympatią i niemal zawsze będe mu dobrze życzył.

1

Vamos Kolejorz! Vamos a ganar!
Tak wiem, nie akceptuje ,,chińszczyzny" na tej stronie ale takiej pisanej zdaniami a to jest slogan tak znany jak ,,Mes que un club" więc prosze się nie czepiać...

10

Czy wiemy pamiętamy że:

6 sierpnia 2003 r. Wisła Kraków zremisowała z Omonią Nikozja 2:2 w drugiej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów. Wyspa Afrodyty przywitała piłkarzy Wisły upalną pogodą. Gorąco było jednak nie tylko w powietrzu, ale również podczas rewanżowego meczu w Nikozji. Głośno dopingowani przez fanatycznych kibiców gracze Omonii nie zamierzali tanio sprzedać skóry i od początku spotkania rzucili się na przybyszów z Krakowa. Szybko zostali skarceni za sprawą Macieja Żurawskiego, ale potem wiślacy musieli się sporo napocić, aby nie przegrać. Gospodarze mieli ułatwione zadanie, bowiem od 25. minuty krakowianie grali w dziesiątkę – dwie żółte kartki obejrzał Maciej Stolarczyk i musiał opuścić boisko. Ostatecznie z trudnego terenu „Biała Gwiazda” wróciła z remisem i awansem do 3. rundy eliminacji Ligi Mistrzów, w której czekał już belgijski Anderlecht. ,, Zasłużenie awansowaliśmy, a mecz mógł się podobać. Czerwona kartka dla Stolarczyka wymusiła pewne zmiany w taktyce, ale czasami trzeba improwizować i zawodnicy wywiązali się ze swoich obowiązków. Czy się bałem, gdy Omonia prowadziła 2:1? Nie, bo w futbolu nie boję się niczego. Boję się tylko własnej żony”- tak wypowiedział się na pomeczowej konferencji trener Henryk Kasperczak.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

8

@FCBparasiempre
Mário Coluna. To on zaopiekował się młodym Eusébio, kiedy ten trafił do Europy, a dzięki swoim umiejętnościom świetnie dyrygował grą partnerów zarówno w klubie, jak i w reprezentacji. Był jednym z najlepszych pomocników swoich czasów. Położona przy południowo-wschodnim wybrzeżu Afryki wyspa Inhaca (port. Ihla da Inhaca) po raz pierwszy w świadomości Europejczyków zaistniała w połowie XV w. Wtedy to portugalski kupiec Lourenço Marques penetrował tereny przy ujściu rzeki Maputo, gdzie dziś leży stolica Mozambiku o tej samej nazwie. Niedługo później powstała w tym miejscu osada, którą na cześć kupca nazwano jego imieniem, podobnie jak zatokę, nad którą leżała. Po drugiej stronie tej niewielkiej zatoki położona jest właśnie wspomniana wyspa, która swoją nazwę zawdzięcza z kolei wodzowi ludu Tsonga o imieniu Nhaca. Nie wchodząc w historyczne szczegóły, przez kolejne lata na okolicznych terenach kwitł handel niewolnikami i kością słoniową, a pod koniec XIX w. na wyspie zbudowano latarnię morską. Od początku XX stulecia w portugalskich posiadłościach w Afryce nasilał się proces systematycznego ograniczania praw tubylców i ich marginalizacja na rzecz Portugalczyków. W końcu w 1930 r. wszedł w życie Akt kolonialny, który przekształcił tereny dzisiejszego Mozambiku w posiadłość zarządzaną przez metropolię (tak określano centralne terytorium imperium kolonialnego). Pięć lat po tym wydarzeniu na świat przyszedł Mário Esteves Coluna. Urodził się 6 sierpnia 1935 r. właśnie na wyspie Inhaca w osadzie o tej samej nazwie. Pochodził z mieszanej rodziny. Jego ojciec José Maria Coluna był Portugalczykiem i pochodził z regionu Beira w centralnej Portugalii a matka Lúcia Chibure wywodziła się z okolic miasta Machanga w środkowym Mozambiku. Mały Mário od najmłodszych lat z upodobaniem spędzał czas na aktywności fizycznej. Już jako dziecko potrafił wspinać się na drzewa mango i nerkowca, nie robiąc sobie przy tym nic z zakazów rodziców. Dorastał w bardzo skromnych warunkach na przedmieściach Lourenço Marques w dzielnicy Alto Maé. W tej samej okolicy wychowywali się także Hilário da Conceição i Vicente Lucas, którzy będą ważnymi częściami portugalskiej reprezentacji w 1966 r., a także znakomity Matateu (prywatnie brat Vicente Lucasa), który przecierał szlaki mozambijskim piłkarzom w Portugalii na początku lat 50. Mimo że dorastał w biedzie, to rodzice zadbali o to, żeby zaszczepić w nim odpowiednie wartości. Jako nastolatek Mário był dość grzeczny i zdyscyplinowany, potrafił się ładnie wypowiadać i szybko nauczył się czytać, co nie było wówczas tak oczywiste, jak dzisiaj. Wcześnie też musiał zacząć pracować, żeby pomóc rodzinie.

Nie zapominał przy tym jednak o sporcie. Bardzo dobrze radził sobie w boksie, a kiedy zainteresował się lekkoatletyką, nie potrzebował wiele czasu, żeby pobić rekord kraju w skoku wzwyż. Wynik 1,82 m pozwalał nawet marzyć o występie na igrzyskach olimpijskich (w Helsinkach w 1952 r. rezultat ten dałby mu miejsce pod koniec drugiej dziesiątki). Na szczęście dla całego piłkarskiego świata bardzo dobrze czuł się też na boisku, kopiąc piłkę. To w futbolu właśnie dostrzegł szansę wyrwania się z biedy i marazmu i postanowił ją wykorzystać. Porzucił marzenia o zawodzie mechanika samochodowego i coraz bardziej skupiał się na futbolu. Początkowo grywał w małych klubach, takich jak Clube Desportivo João Albasini i Clube Ferroviário de Lourenço Marques. Jednym z największych klubów w stolicy kolonii był założony w 1921 r. Grupo Desportivo de Lourenço Marques. Z uwagi na rasowe uprzedzenia dla Coluny drzwi tego klubu były przez pewien czas zamknięte. Nie pomógł w tym nawet fakt, że w zakładaniu klubu pomagał jego ojciec, który zaliczył w zespole nawet epizod jako bramkarz. Dopiero kiedy Mário udowodnił swoją wartość, grając dla Ferroviário, sytuacja uległa zmianie. Lokalny potentat nie mógł sobie pozwolić na stratę utalentowanego nastolatka i w 1951 r. Coluna został zawodnikiem Grupo Desportivo. Na starcie swojego pobytu w klubie próbował swoich sił również jako koszykarz. Na parkiecie umiejętności wystarczało mu jednak tylko na występy w drużynie rezerw, więc wkrótce w całości poświęcił się piłce nożnej. Szybko wywalczył sobie miejsce w składzie i dał się poznać jako bardzo skuteczny napastnik. W Portugalskiej Afryce Wschodniej, którą od 1952 r. przemianowano na Mozambik, nie było wówczas ogólnokrajowej ligi. Kluby piłkarskie rywalizowały w rozgrywkach lokalnych. Najwyższy poziom sportowy był naturalnie w rejonie stolicy i to właśnie w mistrzostwach dystryktu Lourenço Marques zaczynała błyszczeć gwiazda Coluny. Ferroviário trzykrotnie z rzędu zdobywało tytuł mistrzowski w latach 1949-51, ale kiedy Coluna przeniósł się do Grupo Desportivo, to w 1952 r. ta drużyna mogła cieszyć się z triumfu. Nasz bohater miał wówczas ledwie 17 lat, ale z roku na roku wchodził na coraz wyższy poziom. O jego talencie i umiejętnościach robiło się coraz głośniej i kwestią czasu było, aż zwróci na siebie uwagę klubów z Portugalii.

Zanim jednak trafił do Europy, zdążył się dać we znaki sąsiadom z południa. Sukces, jakim dla Grupo Desportivo była wygrana w lokalnych rozgrywkach, a także stabilna i dobra forma całego zespołu nie pozostały niezauważone. Pewnego dnia do klubu wpłynęła propozycja rozegrania towarzyskiego spotkania w Związku Południowej Afryki. Niestety z uwagi na fakt, że w tym ówczesnym brytyjskim dominium nasilała się w tamtych latach polityka apartheidu, Coluna jako ciemnoskóry nie mógł wziąć udziału w tym meczu. Mozambijski klub złożony w całości z białych graczy przegrał tamto spotkanie 1:2. Jednak w rewanżu, który odbył się w Lourenço Marques, nic nie stało na przeszkodzie, żeby Coluna wystąpił od pierwszych minut. Gospodarze roznieśli w pył zawodników ze Związku Południowej Afryki, wygrywając aż 7:0. Zaledwie 17-letni Mário dał tamtego dnia prawdziwy popis swoich strzeleckich umiejętności, stając się autorem wszystkich siedmiu trafień. Nastoletni Coluna miał już wówczas w Mozambiku status gwiazdy. Mimo młodego wieku imponował przeglądem pola i zaczynał wykazywać coraz więcej cech przywódczych. Aktywność ruchowa od najmłodszych lat w późniejszym wieku zaowocowała znakomitym przygotowaniem fizycznym. Do tego trzeba doliczyć skuteczność pod bramką rywali, a także ogromną ambicję i zaangażowanie w grę. Wkrótce największe portugalskie kluby rozpoczęły między sobą wyścig o pozyskanie wielce utalentowanego młodzieńca. Jako pierwsi do konkretów przeszli działacze FC Porto, ale spotkali się z odmową. Niepowodzeniem zakończyła się też próba pozyskania Coluny przez Sporting, który podwoił złożoną przez Smoki ofertę. Grupo Desportivo de Lourenço Marques było satelickim klubem Benfiki i ojciec Mário cierpliwie i z nadzieją czekał na ruch przedstawicieli Orłów. Dopiero kiedy ci złożyli ofertę, Coluna otrzymał zgodę na odejście z klubu. Do Lizbony przeniósł się w 1954 r. Miał wówczas 19 lat i z optymizmem zapatrywał się na swoją przyszłość w zespole. Benfica wkraczała wówczas w swój najlepszy w historii okres. W 1952 r. prezydentem klubu został Joaquim Ferreira Bogalho, który miał ambicję zbudować prawdziwie profesjonalny klub. W tym celu podjęto decyzję o budowie nowego stadionu. Prace przy budowie oficjalnie rozpoczęto 14 czerwca 1953 r., a już 1 grudnia 1954 r. (w dniu narodowego święta) nowo wybudowane Estádio da Luz było areną prestiżowego pojedynku z FC Porto. Do dyspozycji graczy oddano także nowe centrum treningowe, które określano mianem Lar do Jogador (w dosłownym tłumaczeniu „dom graczy”). W tym samym czasie, co Coluna, do klubu dołączyli też ściągnięty z Ferroviário bramkarz Alberto da Costa Pereira i mający za sobą pracę w Vasco da Gama brazylijski trener Otto Glória. Benfica stanie się dla Coluny domem na kolejne kilkanaście lat, ale początki pobytu w Europie wcale nie były dla młodego zawodnika łatwe. Po trwającej 34 godziny podróży z Mozambiku został tymczasowo zakwaterowany w ośrodku treningowym, gdyż klub nie zdążył mu jeszcze zorganizować stałego lokum w Lizbonie. Musiał też szybko przystosować się do europejskiego, wielkomiejskiego życia, co w nowym otoczeniu z pewnością nie było łatwe. Samo wejście do drużyny też nie było dla urodzonego w Mozambiku piłkarza łatwe. Pierwszy raz czerwoną koszulkę Benfiki założył w sparingowym starciu z FC Porto. Debiut ligowy z kolei zaliczył w wygranym 5:0 meczu z Vitórią Setúbal. Od razu przy tym zabrał się za przekonywanie do siebie kibiców, strzelając dwie bramki. Brazylijski szkoleniowiec Otto Glória miał zamiar grać popularnym wówczas w swojej ojczyźnie ustawieniem 4-2-4. W Benfice stosował je jednak dość elastycznie, uwzględniając przy tym klasę rywala i umiejętności własnych podopiecznych. Mimo że Coluna przyjechał do Lizbony z etykietą skutecznego snajpera, to trener potrzebował trochę czasu, żeby znaleźć mu miejsce na boisku. W ataku niepodważalną pozycję miał wówczas pochodzący z Angoli José Águas. Coluna początkowo był ustawiany obok niego, potem został przesunięty bliżej lewej strony, ale swoją postawą na boisku nie do końca potrafił przekonać do siebie sztab szkoleniowy. Nie był pierwszym wyborem brazylijskiego trenera i nie zawsze pojawiał się na murawie. Co zrozumiałe, samemu piłkarzowi rola rezerwowego też nie odpowiadała i w tym trudnym dla siebie czasie przez moment nosił się z zamiarem opuszczenia klubu. Na szczęście Glória postanowił spróbować przesunąć go bliżej środka boiska. Dostrzegł w nim naturalne predyspozycje do roli rozgrywającego. Widział, że młokos ma bardzo dobry przegląd pola i dobrze potrafi obsłużyć podaniem kolegów, więc zaryzykował. Decyzja ta okazała się strzałem w dziesiątkę i przez kolejne lata Coluna dzielił i rządził w środku pola Benfiki. Dzięki swojej sile, umiejętnościom technicznym a przede wszystkim dzięki wizji gry bardzo szybko stał się jednym z kluczowych graczy lizbońskiej drużyny. Mimo trudnych początków swój debiutancki sezon w stolicy Portugalii zakończył z 14 golami na koncie, pokazując, że potrafi też bardzo dobrze uderzyć z dystansu. Miał w ten sposób swój niemały udział w zdobycie przez klub mistrzostwa kraju i przerwaniu tym samym czteroletniej dominacji Sportingu. Co ciekawe losy tytułu ważyły się do ostatniej kolejki. Benfica swój mecz wygrała, ale to wcale nie gwarantowało jej jeszcze mistrzostwa. Kluczowy był wynik meczu pomiędzy Sportingiem a trzecim wielkim klubem z Lizbony, czyli Belenenses. To ta ekipa, w której grał świetny Mateteu, miała tytuł na wyciągnięcie ręki. Prowadzili 2:1 i już powoli szykowali się do świętowania, ale stracona bramka w samej końcówce przekreśliła marzenia o sukcesie i ze swojego ósmego mistrzostwa w historii mogła cieszyć się ekipa Águias.

W kolejnym sezonie wystartowała inauguracyjna edycja Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Mimo że Benfica była mistrzem Portugalii, to francuski magazyn piłkarski L’Equipe do udziału zaprosił Sporting, który cieszył się wówczas w Europie większym uznaniem. Na swój debiut na europejskich salonach Coluna musiał więc jeszcze poczekać. Ta nadarzyła się w sezonie 1957/58. Po zdobyciu kolejnego mistrzostwa w 1957 r. Benfica na starcie Pucharu Mistrzów trafiła na hiszpańską Sevillę. Debiut nie okazał się jednak udany. Porażka 1:3 na wyjeździe i bezbramkowy remis u siebie oznaczały koniec przygody z pucharami. Jesienne niepowodzenie nie oznaczało, że Coluna z kolegami są za słabi na rywalizację z najlepszymi. W lipcu tego samego roku z dobrej strony pokazali się w Pucharze Łacińskim. W półfinale pokonali francuskie AS Saint-Étienne, a w finałowym pojedynku okazali się tylko minimalnie gorsi od wielkiego wówczas Realu Madryt, przegrywając 0:1. Swoją klasę potwierdzali też na krajowym podwórku. Oprócz dwóch tytułów w 1955 i 1957 r. dorzucili w tych samych latach po Pucharze Portugalii. W 1959 r. Coluna po raz trzeci w karierze mógł wznieść to trofeum. Tym razem dubletu nie udało się ustrzelić, gdyż w ligowej tabeli Benfikę dzięki lepszej różnicy bramek wyprzedziło FC Porto. Po tamtym sezonie z klubem pożegnał się Otto Glória, który przeniósł się do Belenenses. Miesiąc po jego odejściu w klubie zjawił się inny wielki trener z wizją, pod którego wodzą Benfica osiągnęła największe sukcesy w historii. Tym kimś był oczywiście Béla Guttmann. Węgierski szkoleniowiec już w pierwszym roku swojego pobytu w klubie doprowadził zespół do mistrzostwa (dla niego osobiście było to drugie mistrzostwo z rzędu, bo to on był trenerem FC Porto, które rok wcześniej sprzątnęło Benfice tytuł sprzed nosa). Dzięki temu dla Coluny i kolegów stworzyła się kolejna szansa pokazania się w Europie. Guttmann wiedział jednak, że jeśli jego podopieczni mają osiągnąć sukces, to muszą na bok odłożyć swoje indywidualne zapędy i stworzyć drużynę, gdzie na pierwszym miejscu będzie dobro wspólne całego zespołu. ,,Jesienią 1960, Benfica była już inną drużyną niż w czasie debiutu w europejskich rozgrywkach pucharowych. Lepszą, rozumiejącą zasady nowoczesnego futbolu, pełną ambicji odegrania niepośledniej roli”– pisał o przemianie lizbońskiej ekipy Janusz Dobrzyński. Coluna był jednym z kluczowych elementów układanki węgierskiego szkoleniowca i jednym z tych piłkarzy, od których Guttmann rozpoczynał ustalanie składu. Pierwszym rywalem po powrocie na europejskie salony było szkockie Heart of Midlothian. Portugalska ekipa nie miała z przeciwnikami większych kłopotów i pewnie wygrała oba mecze. Następni w kolejce czekali już Węgrzy z Újpesti Dózsa. Jeśli ktoś miał wątpliwości co do tego, która z drużyn jest lepsza, to zostały one rozwiane po pierwszym starciu na Estadio da Luz. Benfica rozbiła mistrzów Węgier aż 6:2, a tym, który rozpoczął kanonadę, był nie kto inny, jak Coluna. Wobec tak wysokiej wygranej rewanż był już tylko formalnością i Benfica zameldowała się w ćwierćfinale. Tutaj czekało ich starcie z duńskim AGF. Amatorzy z Aarhus nie byli jednak w stanie nawiązać równorzędnej walki z maszyną z Lizbony i w dwumeczu przegrali 2:7. Na drodze do wielkiego finału stał jeszcze wiedeński Rapid. Austriacka ekipa również musiała w Lizbonie przełknąć gorycz porażki i przegrała 0:3. Coluna znowu był tym, który otwierał wynik spotkania. W rewanżu długo utrzymywał się korzystny dla lizbończyków remis 1:1. Bardzo nie podobało się to wiedeńskiej publiczności, która na parę minut przed końcem wszczęła burdy, w wyniku których poszkodowane zostały aż 63 osoby. Parę dni po meczu UEFA zweryfikowała jego wynik jako walkower dla Benfiki. W ten sposób Portugalczycy znaleźli się w wielkim finale, gdzie naprzeciw im stanęła FC Barcelona. Katalońska drużyna w pokonanym polu zostawiła m.in. Real Madryt i HSV z Uwe Seelerem w składzie. W rozgrywanym na berneńskim stadionie Wankdorf finale to właśnie Blaugrana jako pierwsza wyszła na prowadzenie. Cieszyła się z niego tylko 10 minut. Po tym czasie Benfica wyrównała, a chwilę później wyszła na prowadzenie. Raz jeszcze zacytujmy tutaj Janusza Dobrzyńskiego: ,,Defensorzy Benfiki doskonale kryli groźnych napastników katalońskich, utrudniając im budowanie akcji. Atak portugalski umiejętnie rozciągał grę, wykorzystując swoich szybkich skrzydłowych. Benfica być może miała trochę szczęście przed przerwą, gdy słońce świeciło w oczy Antonia Ramalletsa, który oślepiony jego promieniami najpierw przepuścił strzał José Aguasa a w minutę później chyba sam wepchnął piłkę do siatki po płaskim dośrodkowaniu Joaquima Santany(niektóre źródła podają tu Aguasa). Po przerwie znakomity Mário Coluna podwyższył na 3:1 wspaniałym strzałem z 18 metrów, oddanym w pełnym biegu w lewy róg bramki. Sytuacji nie była już w stanie zmienić bramka zdobyta dla Barçy przez drugiego Węgra w drużynie– Zoltana Czibora, choć należy zaznaczyć, że wcześniej dwa razy poprzeczka i tyleż raz słupki uchroniły Portugalczyków od utarty gola. Puchar dla Benfiki, drugiego zespołu na honorowej liście zdobywców PEMK.

Prasa pisała o piłkarskim cudzie na Tagiem i że Benfica upaja jak porto. Portugalczycy o grze swoich ulubieńców potrafili mówić godzinami i był to główny temat rozmów w kawiarniach, restauracjach i tramwajach. W Bernie narodziła się wówczas wielka europejska drużyna. W klubie był już wówczas pewien młody, niesamowicie zdolny młodzieniec. Żeby dołączyć do drużyny, musiał pokonać równie długą drogę, co Coluna. W podróż do Lizbony wyruszał podobnie jak jego starszy kolega, z dalekiego Mozambiku. Jego matka, bojąc się zagrożeń, jakie mogą na niego czyhać w wielkomiejskim świecie, przed wyjazdem włożyła mu do kieszeni list, którego adresatem był Mário Coluna. Kobieta prosiła w nim, żeby starszy i bardziej doświadczony piłkarz zaopiekował się jej synem i wziął go pod swoje skrzydła. Jako że obie rodziny znały się jeszcze z czasów, kiedy Mário mieszkał w Lourenço Marques, to Coluna nie wahał się ani chwili i spełnił prośbę kobiety, którą była Elisa Anissabeni. Owym młodzieńcem, dla którego Coluna stał się starszym bratem i dobrym wujkiem w jednej osobie, był Eusébio da Silva Ferreira. Obaj panowie bardzo szybko znaleźli ze sobą wspólny język i już rok po wygranej w Bernie poprowadzili Benfikę do drugiego Pucharu Europy z rzędu.

10

Wybitne legendy nie tylko portugalskiego futbolu:

W sukcesach portugalskiego futbolu lat 60-tych wielki udział miało dwóch zawodników pochodzących z dzisiejszego Mozambiku. Tym, który pierwszy przychodzi na myśl, jest oczywiście król strzelców mistrzostw świata z 1966 r., czyli znakomity Eusébio. Równie wielki wpływ na grę reprezentacji i Benfiki miał też jego starszy kolega, którym był operujący w środku pola…(o kim mowa? tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz)

@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

1

@michaleu No to jeśli tylko 65 to będe dokupywał ten pakiet, prawdopodobnie w przyszłym tygodniu...

1

@michaleu Ja własnie zamierzam zrobić to w Vectra ale nie wiem dokładnie ile trzeba dopłacić?

11

O takiej zbrodni prawdziwi cules nigdy nie zapomną:

6 sierpnia 1936 r. zamordowany został 28 w historii prezydent FC Barcelony- Josep Sunyol. Prezydent Barçy podróżował do Madrytu wraz z sekretarzem dyrektora generalnego ds. publicznych, milicjantem oraz szoferem. Według relacji miał przy sobie listy do ważnych działaczy politycznych i 25 tysięcy peset przeznaczone na transfer zawodników z Oviedo. Szofer pomylił droge i samochód znalazł się na drodze kontrolowanej przez wrogie frakcje. Podczas rutynowej kontroli na drodze w okolicach Sierra de Guadarrama, Sunyol postanowił rozprostować nogi i wyszedł z auta krzycząc: ,,Niech żyje republika!”. Kiedy odkryto że jest prezydentem FC Barcelony i republikaninem, rozstrzelano go na miejscu wraz z pozostałymi pasażerami auta. Wiadomość dotarła do Barcelony dopiero po tygodniu.

Szerzej o tym wydarzeniu opisuje choćby pani Julia Cicha: https://www.fcbarca.com/94186-josep-sunyol-prezydent-fc-barcelony-zamordowany-w-trakcie-hiszpanskiej-wojny-domowej.html

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

0

@SeWo77 A to dobrze wiedzieć. Dzięki za informacje :)

10

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

5 sierpnia 1941 r. w Ustroniu urodził się Jan Gomola. Od początku wiedział, że chce być bramkarzem. Wzorował się na starszym bracie, który też grał na tej pozycji. Pochodził z biednej rodziny, więc ojciec wolał, żeby syn zdobył jakiś konkretny zawód, zamiast uganiać się za piłką. Kiedy jednak Gomola zaczął występować w Górniku, ojciec przepraszał go, że na początku jego przygody z piłką trochę mu przeszkadzał. Zanim został zawodnikiem zabrzańskiego klubu, występował w Kuźni Ustroń. Kiedy miał 18 lat, zwrócił na siebie uwagę trenera Augustyna Dziwisza ale do transferu jednak nie doszło. Do Górnika trafił dopiero kilka lat później. Wcześniej grał na wypożyczeniu w Unii Racibórz, która szukała następcy Huberta Kostki. Dla chłopaka był to jednak stracony okres, bo okręg śląski nie chciał dać mu zwolnienia na stałe do okręgu opolskie, pod który podlegała Unia. Chciały go jeszcze u siebie Szombierki, ale ostatecznie wrócił do Ustronia. W listopadzie 1964 r. przypomniał sobie o nim Górnik. Zaproszono go na testy i przysłano po niego samochód. Dzięki swojemu zaangażowaniu i umiejętnościom zaprezentował się najlepiej spośród ośmiu testowanych bramkarzy. Rodzina była zachwycona, bo za przejście Janka dostała pralkę Franię. Przez cały okres pobytu w Górniku zawzięcie rywalizował o miejsce między słupkami z Hubertem Kostką. Raz bronił jeden, raz drugi. Każdy z nich byłby niekwestionowanym numerem jeden w każdym polskim klubie. Rywalizacja między nimi była ostra, ale uczciwa. Jan Banaś wspominał, że Gomola był strasznie ambitnym człowiekiem i pracował dwa razy więcej od Kostki. Jego rozgrzewka często była bardziej intensywna niż cały trening innego bramkarza. Gomola bronił bardzo odważnie, często wręcz brawurowo. W wyjazdowym meczu z LASK Linz po zderzeniu z rozpędzonym napastnikiem stracił przytomność na kilka minut. Na szczęście akurat wtedy z zespołem po raz pierwszy był lekarz i po chwili Gomola mógł kontynuować grę. Innym razem w meczu Pucharu Europy z Olympique Marsylia obrońca rywali trafił go kolanem w kark. Ból promieniował na całe ciało, ale bramkarz nie miał zamiaru się poddać. Mimo ostrzeliwania jego bramki dotrwał do końca, a zespół zremisował 1:1. Po pomeczowych badaniach okazało się, że Gomola ma pęknięty kręg szyjny. Miał ogromnego pecha, bo Kazimierz Górski chciał mu dać szansę występu z RFN w ramach eliminacji mistrzostw Europy, ale kontuzja pokrzyżowała te plany. Znakomicie grał na przedpolu i bardzo dobrze piąstkował, co podpatrywał u Lwa Jaszyna. W Górniku spędził 10 sezonów i wystąpił w 117 ligowych spotkaniach. Pięć razy był mistrzem Polski (1965, 1966, 1967, 1971 i 1972) i cztery razy zdobywał puchar Polski (1968, 1969, 1970, 1971). W reprezentacji zagrał po raz pierwszy 18 maja 1966 r. w meczu ze Szwecją we Wrocławiu (1:1). Ogółem zaliczył tylko siedem występów. Po odejściu z Górnika jako pierwszy Polak występował w klubach meksykańskich.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

3

Crvena Zvezda to była bardzo silna ekipa pod koniec XX wieku oraz w latach 70-tych i 80-tych. Ostatnia konfrontacja serbskiego zespołu miała miejsce w I rundzie Pucharu UEFA z Groclinem Dyskobolią jesienią 2007 r. Na dzień dzisiejszy Crvena jest zdecydowanie słabsza, choćby od tamtej z lat 70-tych i jest jak najbardziej do pokonania przez ,,Kolejorza". Choćby 1:0 ale pokonajmy ich!

2

@FCBparasiempre
Kiedy po przegranej zawodnicy pytali Kałużę, dlaczego nie wystawił Matyasa, kapitan związkowy miał odpowiedzieć, że trener Otto, powołując się na diagnozę niemieckiego lekarza, przekazał mu, że gracz Pogoni nie jest zdolny do gry. Dopatrywano się tutaj celowego działania niemieckiego trenera, choć chyba nieco przesadnie. Kozłem ofiarnym zrobiono debiutującego Musielaka, a sam Kałuża przyznał się do błędu. „Przegląd Sportowy” donosił, że Nieudolnie zestawiony atak polski zaprzepaszcza wielką szansę piłkarstwa polskiego, a Adam Obrubański, który pisał wtedy dla tygodnika Raz, dwa, trzy, oceniał: ,,Zespół grał w całości znacznie gorzej niż w dwóch poprzednich meczach. Nie widać w nim było tej zaciętości i bojowości, która ożywiła naszych zawodników w meczach z Węgrami i Anglią. Albański, który już w meczu z anglikami wykazał niepewność i tremę, również i w tym spotkaniu zawiódł, przepuszczając dwie bramki w stylu nieprzynoszącym mu zaszczytu. Obrona mniej pewna niż w poprzednich meczach, przy czym Gałecki był słabszy od Martyny. Pomoc spisywała się stosunkowo najlepiej, natomiast atak to(poza Wodarzem i częściowo Peterkiem) najsłabsza część naszej drużyny. W bardzo słabej trójce środkowej, zaprzepaszczającej najłatwiejsze nieraz sytuacje podbramkowe najlepiej stosunkowo wypadł Gad. Musielak debiutujący w zespole wykazywał brak rutyny”. Marzenia o złotym medalu prysnęły jak bańka mydlana. Jedyną szansą na poprawę nastrojów było spotkanie o trzecie miejsce. W boju o brązowe medale nasi gracze spotkali się z Norwegią. Ci w ćwierćfinale odprawili z kwitkiem faworyzowanych Niemców, a po tamtym meczu szkoleniowcem naszych zachodnich sąsiadów został Sepp Herberger. Polaków nie czekał więc spacerek, a pojedynek, który trzeba było zagrać na pełnych obrotach. Niełatwe to było zadanie, kiedy po porażce zespół był psychicznie rozbity i całkowicie zdekoncentrowany. Norwegowie w półfinale dopiero po dogrywce ulegli Włochom, więc też mieli za sobą ciężką przeprawę zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. 13 sierpnia na Stadionie Olimpijskim zgromadziło się 90 tys. widzów. Widowisko okazało się jednym z najlepszych spotkań turnieju. Oba zespoły, mimo bolesnych porażek w poprzednich starciach, walczyły z niezwykłą ambicją i bardzo fair. Szanse obu drużyn były równorzędne, a styl gry podobny. O zwycięstwie miały więc decydować lepsza kondycja i przygotowanie mentalne. Nasi trenerzy dali pograć kilku rezerwowym, którzy zastąpili najbardziej zmęczonych zawodników pierwszej jedenastki. Po szybkich atakach już w 4. minucie wywalczyliśmy rzut rożny. W podbramkowym zamieszaniu piłkę w siatce zdołał umieścić Gerard Wodarz. Po szybkim wyjściu na prowadzenie poszliśmy za ciosem, a norweski bramkarz znalazł się w sporych opałach. Po upływie dziesięciu minut gry, w rzutach rożnych było już 5:0 dla nas, ale nie potrafiliśmy przełożyć tej przewagi na gole. Stopniowo zaczęli do głosu dochodzić Skandynawowie i ich ataki przyniosły skutek w 15. minucie. Wtedy to Arne Brustad zdobył wyrównującą bramkę. Sześć minut później, ten sam zawodnik, który później zostanie uznany w opinii fachowców najlepszym na całym turnieju, wykorzystał zdenerwowanie i niedokładność naszych graczy, pokonując Albańskiego po raz drugi. Podrażnieni Polacy odpowiedzieli w mgnieniu oka. Trzy minuty po stracie gola Wodarz zacentrował do Peterka, ten uderzył z półobrotu i na tablicy wyników znowu był remis. Kibice musieli być zachwyceni, ledwie 25 minut gry, a zdążyli obejrzeć już cztery trafienia. Strzelona bramka podziałała na naszych zawodników motywująco i w 30. minucie byli o krok od zdobycia trzeciego gola, ale norweski obrońca zdołał wybić piłkę z linii bramkowej. W kolejnych akcjach świetne strzały Gada i Wodarza obronił Henry Johansen. Norwedzy niebezpiecznie kontratakowali, ale do przerwy rezultat nie uległ zmianie. W drugiej części obraz gry pozostał taki sam. Na przemian atakowali jedni i drudzy. Po naszej stronie świetne okazje mieli Kisieliński i Gad, a w bramce dobrze spisywał się Albański. W 67. minucie Wodarz trafił w poprzeczkę, ale nie było nikogo, kto mógłby dobić. Wszystko wskazywało na to, że rozstrzygnięcie zapadnie dopiero w dogrywce. Niestety, pięć minut przed końcowym gwizdkiem Gałecki nie upilnował Monsena, który przerzucił futbolówkę do niekrytego Brustada. Norweg strzelił, piłka trafiła w poprzeczkę i odbiła się od pleców naszego bramkarza, wolno wtaczając się do bramki. Szał radości w zespole rywali, rozpacz w naszych szeregach. Polacy przegrali 2:3 i wracali do domu z niczym.

,,Ulegliśmy Austriakom nie bez pomocy stronniczego sędziego, a w meczu o trzecią lokatę nerwy odmówiły nam posłuszeństwa. Czułem niedosyt po tym starcie. Kierownictwo bankietowało poza wioską. Pozbawieni opieki zawodnicy poszli śladem działaczy. Próbowałem ich wyciągnąć z kantyny, bo dla mnie alkohol nie istniał, lecz nie osiągnąłem w tym dziele wielkich sukcesów”– wspominał Albański. Nie ma się co dziwić podłym nastrojom polskich piłkarzy, bo mieli naprawdę duże szanse nawet na końcowe zwycięstwo. Niedługo po igrzyskach z posadami pożegnali się zarówno trener Otto, jak i prezes PZPN gen. Bończ-Uzdowski. Z perspektywy czasu można jednak ten występ zaliczyć do udanych. Zwyczajnie zabrakło szczęścia, żeby wrócić do kraju z medalami. Niezależni obserwatorzy twierdzili, że w meczu o brąz spotkały się dwie najlepsze drużyny turnieju. Polacy pokazali światu, że potrafią grać w piłkę. Potwierdzili to dwa lata później na mistrzostwach świata we Francji w fantastycznym starciu z Brazylią. Gdyby do Berlina pojechał bohater tamtego spotkania, czyli Ernest Wilimowski, to kto wie, czy w stolicy III Rzeszy nie wybrzmiałby Mazurek Dąbrowskiego. Na to, żeby nasz hymn został odegrany na niemieckiej ziemi, musiało czekać jednak aż całe pokolenie miłośników futbolu.

6

@FCBparasiempre
Polski futbol w latach 30. XX w. coraz odważniej zaczął wkraczać na światowe salony. Drużyny klubowe częściej rozgrywały towarzyskie mecze z zagranicznymi zespołami. Kluby z innych krajów zaczęły chętniej przyjeżdżać do nas. W 1936 r. na igrzyskach w Berlinie nasi reprezentanci odnieśli największy sukces w swojej dotychczasowej historii. Ich wynik poprawiły dopiero Orły Górskiego 36 lat później. Porażka na turnieju olimpijskim w Paryżu długo pozostawała w pamięci piłkarzy, działaczy i kibiców. W obawie o kolejną kompromitację, nie zdecydowano się wysyłać drużyny na igrzyska do Amsterdamu w 1928 r. Decyzji tej sprzyjał też fakt, że rozgrywki dopiero co utworzonej ligi nie zostawiały zbyt dużo czasu na mecze międzypaństwowe. Cztery lata później najlepsi sportowcy świata zjechali do Los Angeles, ale piłka nożna nie weszła wtedy do programu igrzysk. Lata 30. przyniosły ze sobą spadek znaczenia turniejów olimpijskich. Dlaczego? To proste – ponieważ pojawiły się oficjalne mistrzostwa świata. Polska drużyna pierwszy raz do kwalifikacji światowego czempionatu przystąpiła w 1934 r. Po porażce z Czechosłowacją u siebie, Polacy oddali jednak walkowerem mecz rewanżowy. Decyzja taka zapadła w MSZ, a motywowaną ją tym, że wyjazd ekipy sportowej nie służyłby dobrze stosunkom międzynarodowym. Nasza reprezentacja coraz częściej odnosiła sukcesy w spotkaniach z silnymi rywalami. Potrafiliśmy wygrać 1:0 z mocną drużyną Austrii czy tylko minimalnie przegrać z Niemcami grającymi na podobnym poziomie. Występy dobre przeplataliśmy jednak niezbyt udanymi, dlatego też obawiano się występu na berlińskich zawodach. Długo zwlekano z podjęciem decyzji o wyjeździe. Pierwsze kroki ku temu podjęto już 1935 r., zatrudniając na stanowisku trenera związkowego Kurta Otto. Pełnił on funkcję trenera reprezentacji obok kapitana związkowego, którym był Józef Kałuża. Niemiec miał pomóc w przygotowaniu reprezentacji do startu w igrzyskach. Na walnym zgromadzeniu PZPN w lutym 1936 r. dwa dominujące w kraju okręgi piłkarskie, czyli Kraków i Lwów, były przeciwne wyjazdowi. Jednak federacja w porozumieniu z PKOl zdecydowały, że wyślemy piłkarską reprezentację do Berlina. Jednym z głównych argumentów były stosunkowo niewielkie koszty wyjazdu. Wierzono też, że poziom naszego futbolu podniósł się na tyle, że uda się godnie zaprezentować na igrzyskach. Kadra potwierdziła zresztą swoją klasę wyjazdowym zwycięstwem z Belgią w lutym 1936 r. Ostateczna decyzja o wyjeździe zapadła dopiero w maju. Czasu na przygotowania nie było więc zbyt wiele, bo formułę otwierającą igrzyska Adolf Hitler miał wygłosić 1 sierpnia. W maju gościła w Polsce pierwsza zawodowa drużyna z Anglii. Zawodnicy Chelsea przyjechali, żeby zagrać mecz z okazji 30-lecia krakowskiej Wisły. PZPN wykorzystał ten fakt i zaoferował gościom rozegranie dodatkowego spotkania z naszą reprezentacją. Anglicy przystali na propozycję i 23 maja na stadionie Legii kadra zmierzyła się z ósmym zespołem angielskiej ligi. Londyńczycy wygrali 2:0, a dzień później ulegli Wiśle 0:1. Innym zagranicznym zespołem, z którym grała się drużyna narodowa, była wiedeńska Admira. Na początku czerwca, kiedy już krystalizował się skład, Polacy dwukrotnie przegrali z Austriakami. Najpierw 5 czerwca 0:4, a cztery dni później 1:3. Wyniki niezbyt zachwycające, ale po to zaplanowano obóz przygotowawczy, żeby wszystkie błędy wyeliminować. Początkowo brano pod uwagę 36 piłkarzy. Zgrupowanie rozpoczęło tylko 25, a po nim wyłonić planowano 18 wybrańców, którzy dostąpią zaszczytu reprezentowania barw narodowych na berlińskich igrzyskach. W gronie 36 zawodników był Ernest Wilimowski. Ostatecznie jednak nie pojechał na igrzyska, a jego usunięcie z kadry było, delikatnie mówiąc… kontrowersyjne. Pisano o pijaństwie, czy o rzekomym zawodowstwie w Ruchu, ale do dziś trudno ustalić, co tak naprawdę chcieli osiągnąć działacze, pozbywając się najlepszego w tamtym czasie napastnika. Obóz przygotowawczy rozpoczął się 6 lipca i miał trwać dwa tygodnie. Zawodników zakwaterowano w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego na warszawskich Bielanach. Treningi prowadził wspomniany już wyżej Kurt Otto – były piłkarz Schalke a asystował mu Marian Spoida, który brał udział w igrzyskach w Paryżu. Legendarny obrońca warszawskiej Legii, Henryk Martyna, tak wspominał: ,,Chociaż występowałem w krajowej reprezentacji już siódmy rok, to dopiero pierwszy raz uczestniczyłem w zgrupowaniu przygotowawczym urządzonym przez PZPN i to w zgrupowaniu z prawdziwego zdarzenia, gdyż te z lat 1920 i 1924 były tylko sporadyczne, bez jakiejś zdecydowanej koncepcji. Warunki mieszkaniowe wyśmienite, wyżywienie również na „olimpijskim” poziomie. Humory więc i ochota do trenowania oraz gry były w całym zespole jak najlepsze. Najwięcej korzyści z tego obozu wynieśliśmy pod względem kondycyjnym”– fragment książki „Wielki finał”.

Formę naszych reprezentantów podczas przygotowań sprawdziła inna austriacka ekipa – Wacker. W drodze na tournée do Szwecji zatrzymali się na Śląsku i rozegrali z naszą kadrą dwa spotkania. Pierwsze, rozgrywane 11 lipca w Katowicach, trzeba było przerwać po 47 minutach wskutek gwałtownej ulewy i gradobicia – nasi prowadzili wtedy 2:0. Drugi mecz nazajutrz rozegrano w Chorzowie. Nasi reprezentanci wygrali 3:1, ale goście nie zmusili ich do zbyt dużego wysiłku. Nie przyłożyli się zanadto do gry i wyraźnie ustępowali naszym olimpijczykom, którzy zresztą też grali na pół gwizdka. Trenerzy mieli więc problem z oceną aktualnej dyspozycji zawodników. O ostatecznym kształcie reprezentacji miały zadecydować sparingi z węgierskim klubem Phöbus FC, jednym z czołowych zespołów w swoim w kraju. Po solidnych treningach nasi piłkarze wygrali 18 lipca w Warszawie 3:1. W drugim, który odbył się dzień później w Łodzi, Madziarzy zmusili naszych graczy do większego wysiłku. Grali z zaangażowaniem, prezentując dobre wyszkolenie techniczne i składne akcje. Finalnie starcie zakończyło się remisem 4:4, choć do przerwy przegrywaliśmy 2:4. Po węgierskich sprawdzianach kapitan związkowy Józef Kałuża przedstawił zarządowi PZPN listę 18 zawodników, którzy mieli reprezentować nasz kraj w Berlinie. Działacze zatwierdzili wszystkie nazwiska i do stolicy III Rzeszy pojechali: bramkarze Edward Madejski (Wisła) i Spirydion Albański (Pogoń), obrońcy Henryk Martyna (Legia), Władysław Szczepaniak (Polonia) i Antoni Gałecki (ŁKS), pomocnicy Józef Kotlarczyk (Wisła), Wilhelm Góra (Cracovia), Jan Wasiewicz (Pogoń), Ewald Dytko (Dąb Katowice) i Franciszek Cebulak (Legia) oraz napastnicy Ryszard Piec (Naprzód Lipiny), Michał Matyas (Pogoń), Walenty Musielak (HCP Poznań), Fryderyk Scherfke (Warta), Hubert Gad (Śląsk Świętochłowice), Walerian Kisieliński (Polonia), Gerard Wodarz i Teodor Peterek (obaj Ruch Wielkie Hajduki). W kraju pozostała czwórka graczy, którzy mieli pozostawać w gotowości wyjazdu do Berlina, gdyby zaszła taka potrzeba. Byli to: bramkarz Marian Fontowicz (Warta), Wilhelm Piec (Naprzód Lipiny), Jerzy Wostal (AKS Chorzów) i Alojzy Sitko (Wisła). Piłkarze wyjechali do Berlina z resztą olimpijskiej reprezentacji specjalnym pociągiem, a wzdłuż trasy, którą pokonywali, gromadzili się kibice wiwatujący na cześć sportowców. Polaków zakwaterowano w Doeberitz, położonym 32 km od Berlina. Parterowe domki, w których zamieszkali, po igrzyskach miały zostać przekształcone na koszary lotnicze. 19 lipca w berlińskim hotelu Russischer Hof przeprowadzono losowanie. Uczestników podzielono na dwa koszyki, a polska reprezentacja trafiła do pierwszego. W 1/16 finału mieli zmierzyć się z drużyną węgierską. W wielu europejskich krajach wprowadzono już wtedy zawodowstwo, podobnie było u naszych bratanków, którzy na igrzyska wysłali amatorską drużynę. Właśnie z uwagi na słabszą niż dotąd obsadę turnieju, eksperci upatrywali w polskiej drużynie jednego z kandydatów nawet do medali. W środę 5 sierpnia sędzia Raffaele Scorzoni z Włoch dał sygnał do rozpoczęcia gry. Na mogącym pomieścić 45 tys. widzów Poststadion zgromadziło się ledwie pięć tysięcy fanów futbolu. ,,Po raz pierwszy widziałem takiego kolosa, ale będąc na murawie, czułem się wręcz zagubiony. Mecze pierwszej rundy nie wzbudzały większego zainteresowania, ale dla nas piłkarzy, mobilizowanych przy każdej okazji, zdawał się ten mecz być najważniejszą próbą. Pamiętam, że szczególnie zdenerwowany chodził wśród piłkarzy redaktor Obrubański, który miał z madziarami swoje rachunki. W Berlinie załatwiliśmy je za niego”– wspominał Wodarz. Spotkanie z Węgrami zaczęliśmy z wysokiego c. Już w 15. minucie po silnym strzale Wodarza, bramkarz rywali ledwie zdołał odbić piłkę, ale wobec dobitki Gada był już bezradny. W 28. minucie ten sam zawodnik, po akcji Scherfke – Peterek podwyższył na 2:0. Węgrzy próbowali kontratakować, ale nasza obrona była nie do przejścia. Przeciwnik nie przebierał w środkach, żeby odrobić straty, ale jego próby spełzły na niczym. W końcówce Madziarzy znowu oddali nam inicjatywę. Kilka minut przed końcem, po strzale Scherfke piłka trafiła w poprzeczkę, ale zdołał ją przejąć Wodarz i ustalił wynik meczu na 3:0. „Przegląd Sportowy” odtrąbił Wielki sukces Polaków, a w relacjach zawodników dużo uwagi poświęcono ostrej grze rywali: ,,Jak zaczęli mnie brać w kleszcze, powiedziałem sobie: nie mogę być od nich gorszy i przyjąłem ten sam system gry, niech pieruny wiedzą, że nie jesteśmy byle lalki”– emocjonował się Peterek na łamach „Przeglądu Sportowego”.

Najlepsze oceny zebrała formacja pomocy, która obsługiwała atak wieloma kluczowymi podaniami. Na najwyższe noty zasłużyli Jan Wasiewicz i Józef Kotlarczyk. Bez zarzutu w obronie spisywali się Henryk Martyna i Antoni Gałecki, a w napadzie zwrócił na siebie uwagę Hubert Gad, który miejsce w składzie przejął po Wilimowskim. W ćwierćfinale na naszą drużynę czekała już reprezentacja Wielkiej Brytanii, która jest powoływana do życia tylko przy okazji igrzysk. W pierwszej rundzie odprawili oni Chińczyków, którzy jako jedyni w turnieju mieli numery na koszulkach. Zdania na temat naszego meczu z amatorami z Wysp były podzielone. Wielu obserwatorów faworyta spotkania widziała w Polakach, ale pojawiały się też głosy, które przestrzegały przed zbytnim lekceważeniem Brytyjczyków. Do starcia o półfinał przystąpiliśmy w tym samym składzie co trzy dni wcześniej z Węgrami. Z perspektywy czasu oceniano to jako błąd, bo przydałby się odpoczynek tym najbardziej zmęczonym czy poturbowanym graczom. Mecz rozpoczął się od okresu wyrównanej gry. Oba zespoły zachowywały ostrożność. W końcu, w 26. minucie Bernard Joy zdobył bramkę, dającą wyspiarzom prowadzenie. Ten 25-letni kapitan Brytyjczyków po igrzyskach trafił do Arsenalu, zaliczył też występ w zawodowej reprezentacji, a 20 lat później wydał książkę Forward, Arsenal! Zmobilizowani i podrażnieni Polacy wyrównali już 10 minut później po strzale niezawodnego Gada, który wykorzystał dokładne dośrodkowanie Pieca. Na parę minut przed przerwą Wodarz wyprowadził nasz zespół na prowadzenie. To była dopiero jednak zapowiedź koncertu, jaki nasza drużyna miała dać na początku drugiej odsłony. Tuż po wznowieniu gry lewoskrzydłowy Ruchu strzelił swoją drugą bramkę, a dwie minuty później skompletował hat-tricka, wykorzystując rozkojarzenie rywali, którzy dosłownie stanęli w miejscu. W 56. minucie Piec podwyższył na 5:1 i zapowiadał się srogi pogrom brytyjskiej ekipy. Minęło ledwie 10 minut gry, a koncertowo grający Polacy strzelili trzy bramki i praktycznie przesądzili losy meczu. ,,Był to życiowy mecz w mojej karierze piłkarskiej. Drugi raz w biało-czerwonych barwach udało mi się uzyskać „hat-trick”. Pierwszy raz strzeliłem w przedolimpijskiej próbie z Phöbusem, teraz również udało mi się zaskakującymi strzałami trzykrotnie zmusić do kapitulacji angielskiego bramkarza Hilla. Wszystko mi się w tym meczu udawało. Oddawałem centry dokładnie moim kolegom a dwa gole strzelone przez mnie po przerwie były, jak to określili obserwatorzy, majstersztykiem”– wspominał Wodarz w książce „Wielki finał”. Nasi reprezentanci mieli mecz pod kontrolą, a każda następna akcja pachniała kolejnymi bramkami. Wszystko szło dobrze do 71. minuty. Wtedy to Edgar Shearer strzelił drugą sztukę dla wyspiarzy, która dodała im wiatru w żagle i przywróciła nadzieje na korzystny wynik. W 78. minucie Albański na tyle niefortunnie wypiąstkował piłkę, że dopadł do niej Joy i chwilę później na tablicy wyników było już tylko 5:3. Oszołomieni takim rozwojem wypadków Polacy, dali sobie strzelić wkrótce czwartą bramkę. W zamieszaniu w polu karnym po rzucie rożnym piłkę do siatki ponownie wcisnął Joy. Na tym jednak się skończyło i ostatnie dziesięć minut nasi zawodnicy spędzili na rozpaczliwej obronie wyniku, czekając na gwizdek Szweda, Rudolfa Eklöwa. Sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie, ale szczęśliwie dotrwaliśmy do końca. Niezłego stracha napędził nam Bernard Joy, który wspominał: ,,To się musiało wreszcie stać! Traciliśmy bramki dzięki zagraniom, które udają się na trawie raz na dziesięć prób, a Polakom wychodziły za każdym razem. Lewoskrzydłowy miał dzień, jakby od lat gromadził szczęście na tę jedną grę, był wspaniały, elegancki, dżentelmen w każdym calu. Gdy Edgar złapał na błędzie obrońcę, uwierzyliśmy, że to jeszcze nie koniec. Teraz do nas należał cały stadion. Udało mi się trafić dwa razy, pierwszy z bliska, z podania Gardinera a chwilę potem z ponad 20 jardów. Poczuliśmy siłę wiatru! Teraz wychodziło wszystko a Polacy rozpaczliwie bronili się, jakby nagle zapomnieli o grze. Byliśmy blisko, ale do szansy w dogrywce, zabrakło nam grama szczęścia od dobrej wróżki”.

Nasi zawodnicy mówili, że kontrolowali przebieg gry, ale dziennikarze wytykali im, że jeśli spotkanie trwałoby kilka minut dłużej, to przeciwnik zdołałby wyrównać. Oprócz Wodarza wyróżnili się obaj boczni pomocnicy – Józef Kotlarczyk i Ewald Dytko, dla których nie było w tym mecz straconych piłek. Po tym emocjonującym spektaklu, w którym mieliśmy sporo szczęścia, mogliśmy się szykować do półfinału. Pierwszy raz znaleźliśmy się w strefie medalowej i mieliśmy spore szanse na sukces. Naszym przeciwnikiem miało być Peru… Miało być, ale nie było. Ich ćwierćfinałowy mecz z Austrią miał niecodzienny przebieg. Do przerwy przegrywali 0:2, zdołali jednak wyrównać i doprowadzić do dogrywki. W tej grali już zdecydowanie lepiej od rywali i po bramce na 4:2 w samej końcówce, wydawało się, że zagrają w półfinale. Austriacy jednak złożyli protest. Jako powód podali wtargnięcie na boisko, już po meczu, peruwiańskich kibiców, którzy rzekomo mieli poturbować amatorów z Austrii. Jury d’Appel uwzględniło ich obiekcje i nakazało powtórzyć spotkanie. Peruwiańczycy, czując się oszukani, odmówili wzięcia w nim udziału, a Austria otrzymała walkower. Pod konsulatami Niemiec i Austrii w Limie odbyły się demonstracje, a poseł peruwiański w Berlinie zwrócił się do rządu o wydanie nakazu powrotu ekipy do kraju. Faworytami półfinałowego spotkania byli gracze znad Wisły. We wcześniejszych latach graliśmy z amatorską drużyną Austrii dwukrotnie i tyle razy wychodziliśmy z tych konfrontacji zwycięsko. Dodatkowo w październiku 1935 wygraliśmy z drugą drużyną zawodowców tego kraju. Swoim rodakom nie dawał nawet szans sławny Hugo Meisl. Boisko zweryfikowało jednak oczekiwania. Po spotkaniu z Brytyjczykami okazało się, że Fryderyk Scherfke ma pęknięte żebra i konieczna będzie zmiana w żelaznym dotąd składzie. Naturalnym wyborem wydawał się Michał Matyas. Kałuża postawił jednak na debiutanta – Walentego Musielaka. Kiedy dzień przed meczem drużyna się o tym dowiedziała, to Martyna i Kotlarczyk chcieli nawet udać się do Kałuży i zapytać czemu nie wystawił Matyasa, który pomimo wcześniejszej kontuzji, był już gotowy do gry: ,,Czułem się już zdolny do gry, ale nie zgodziłem się na ich propozycję. Kierownictwo ekipy(powiedziałem) powinno samo zapytać mnie, jak się czuję. Nie mam zamiaru za waszym pośrednictwem wpraszać się do gry, a jeśli mimo to będziecie interweniować, powiem Kałuży, że nie czuję się na siłach”– relacjonował Matyas w „Wielkim finale”. Mecz rozgrywano 11 sierpnia na Stadionie Olimpijskim w obecności 80 tys. widzów, co musiało być dla Polaków nie lada przeżyciem, bo pierwszy raz wystąpili przed tak dużą publicznością. Nasza drużyna od początku atakowała, ale były to raczej indywidualne zrywy niż przemyślane, poukładane akcje. W 17. minucie Austriak Kerl Keinberger oddał silny strzał z 30 metrów, którym zaskoczył naszą defensywę i nieoczekiwanie pierwsi na prowadzenie wyszli rywale. Mimo że swoje dogodne sytuacje mieli Gad, Wodarz i debiutujący Musielak, to do końca pierwszej połowy wynik nie uległ zmianie. Po przerwie nasi reprezentacji od razu ruszyli do ataków. Niestety nadal bezskutecznie, a jakby tego było mało, to w 54. minucie piłkę przechwycił Walter Werginz, który uprzedził nadbiegającego Gałeckiego i podwyższył na 2:0 dla Austrii. Od tego momentu gra się zaostrzyła. Groźne akcje Polacy przeprowadzali głównie lewą stroną. W 72. minucie po przerzucie na prawą stronę futbolówkę przejął Piec i znakomicie wypuścił Musielaka. Ten znowu jednak zmarnował dogodną sytuację i z trzech metrów trafił w słupek. Chwilę później jednak nadzieje w serca kibiców wlał Gad, który trafił w trzecim kolejnym meczu turnieju. Do końca spotkania pozostawało kilkanaście minut i polscy piłkarze zagrali va banque. Ataki na austriacką bramkę szły jeden za drugim i wydawało się kwestią czasu zdobycie wyrównującego gola. Wreszcie na pięć minut przed końcem Wodarz zacentrował piłkę, do której wyskoczył Peterek i wepchnął piłkę do bramki razem z bramkarzem. Wydawało się, że arbiter początkowo chciał wskazać na środek boiska, ale chwilę później odgwizdał rzut wolny dla Austrii. „Przegląd Sportowy” pisał, że jego decyzja wywołała zastrzeżenia nawet u neutralnych widzów. Protesty Polaków na nic się zdały, a dodatkowo dali sobie wbić w samej końcówce trzecią bramkę.

7

1

@Gary Nie ma sprawy! Doskonale cie rozumiem i na tyle ile bede w stanie, to z pewnością o tobie nie zapomne! W końcu Barcunia to nasza miłość :)

2

@Safrani Departament Logistyki? To takie coś istnieje w Polsce? Pierwsze słysze? Tak czy siak będzie to potwornie ciężka rywalizacja z Kolejorzem. Nie wiem nawet kiedy my ,,Widzewiacy" pokonaliśmy Lecha w Poznaniu i wogóle kiedy my go pokonaliśmy? Może ze 20 lat temu? Jak nie więcej?

9

Zapomniane legendy angielskiego futbolu:

5 sierpnia 1948 r. urodził się Ray Clemence, jeden z najlepszych angielskich bramkarzy lat 70-tych i legenda Liverpoolu z tamtego okresu. Swoją profesjonalną karierę zaczynał w trzecioligowym Scunthorpe United. Jeszcze jako nastolatek stał się podstawowym zawodnikiem drużyny. Klub nie zwątpił w niego nawet po upokarzającej porażce z lokalnym rywalem 1:7. Clemence, który obawiał się, że ta przegrana położy się cieniem na jego karierze, zaliczył potem serię kilkudziesięciu bardzo solidnych występów. Dzięki temu odbudował się mentalnie, a dobrą grą zwrócił na siebie uwagę sztabu Liverpoolu. Bill Shankly zakontraktował go w czerwcu 1967 r. Kiedy oferta The Reds została zaakceptowana, prezes Scunthorpe United osobiście zawiózł Clemence’a na Anflield swoim własnym Rolls Roysem. Na debiut w nowym zespole młody bramkarz musiał poczekać do września 1968 r., a przez kolejne dwa lata był rezerwowym i sporadycznie pojawiał się na boisku. Kiedy jednak w 1970 r. stał się pierwszym wyborem przy obsadzie bramki, to pozostał nim do końca swojego pobytu w klubie. W czasie kilkunastu lat spędzonych na Anfield pięciokrotnie (1972/73, 1975/76, 1976/77, 1978/79, 1979/80) zdobywał mistrzostwo Anglii. Raz cieszył się z triumfów w Pucharze Anglii (1973/74) i Pucharze Ligi (1980/81). Był podstawowym elementem drużyny, która odnosiła też wielkie sukcesy na arenie europejskiej. Dwa razy z kolegami zwyciężał w Pucharze UEFA (1972/73, 1975/76) i trzykrotnie podnosił w górę Puchar Europy (1976/77, 1977/78, 1980/81), a także raz Superpuchar Europy (1977). Pomiędzy 1972 a 1983 r. był pewnym punktem angielskiej reprezentacji. O miejsce między słupkami musiał jednak rywalizować ze znakomitym Peterem Shiltonem, przez co niejednokrotnie przychodziło mu godzić się z rolą drugiego bramkarza. Mimo to zdołał uzbierać 61 występów w narodowych barwach. Bronił podczas mistrzostw Europy w 1980 r., kiedy Anglia zakończyła rywalizację na fazie grupowej, a także pojechał na mundial do Hiszpanii, gdzie jednak ani razu nie podniósł się z ławki. Finałowy pojedynek Pucharu Europy w 1981 r. rozgrywany był na Parc des Princes w Paryżu. Naprzeciw siebie stanęły wówczas Real Madryt i Liverpool. Po bardzo wyrównanym meczu The Redds wygrali minimalnie 1:0. Jak się później okazało był to ostatni występ Clemence’a w barwach klubu z Anfield. Coraz bardziej odczuwał presję za swoimi plecami, a pojawienie się w drużynie Bruce’a Grobbelaara po raz pierwszy od dłuższego czasu postawiło pod znakiem zapytania obecność Raya w pierwszym składzie. Latem 1981 r. za 300 tys. funtów przeniósł się do Tottenhamu Hotspur. Z nowym klubem wygrał Puchar Anglii (1981/82), a także Puchar UEFA (1983/84), choć finałowe spotkanie z Anderlechtem z powodu kontuzji oglądał jako rezerwowy. Przez kolejne lata ciągle był pewnym punktem zespołu i miał swój niemały udział w zdobyciu przez zespół trzeciego miejsca na finiszu rozgrywek w sezonach 1984/85 oraz 1986/87. W listopadzie 1987 r. doznał kontuzji ścięgna Achillesa. Przyspieszyła ona jego decyzję o przejściu na emeryturę, co ostatecznie nastąpiło w 1988 r.

Na koniec sezonu 1976/77 znalazł się w Drużynie Roku wybranej przez Professional Footballers’ Association (PFA Team of the Year). Należy do bardzo elitarnego grona zawodników, którzy w trakcie całej kariery rozegrali ponad 1000 oficjalnych meczów. Na jego 1118 występów 61 przypadło na dorosłą reprezentację, a cztery na młodzieżową U-23. 337 razy zakładał bluzę Tottenhamu, a barwy Liverpoolu przywdziewał aż 665 razy. Do tego dolicza się mu jeszcze przynajmniej 50 spotkań z czasów Scunthorpe. Jego 460 czystych kont to też wynik rekordowy. Po zakończeniu kariery zawodniczej próbował się odnaleźć w roli szkoleniowca. Co prawda w klubach pracował bez większych sukcesów, ale jako trener bramkarzy przez parę lat był członkiem sztabu angielskiej reprezentacji. Pracował również w strukturach federacji, stojąc na czele FA Development Team. Nadzorował tam rozwój młodych angielskich zawodników w kategoriach wiekowych od U-16 do U-21. W 2005 r. zdiagnozowano u niego raka prostaty i to z tą chorobą przegrał po kilkunastoletniej walce.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

1

@Gary Aha. Paniałem! Zrobie wszystko co w mojej mocy!

9

Zapomniane legendy argentyńskiego futbolu:

5 sierpnia 1910 r. urodził się argentyński środkowy napastnik Herminio Masantonio. Większość kariery spędził w barwach Huracánu, grał w tym klubie w latach 1931–1943 oraz w 1945. Już w debiucie ligowym przeciwko Quilmes strzelił 4 gole! Łącznie w Argentyńskiej Primera Division uzyskał 256 goli, co daje mu trzecie miejsce na liście najskuteczniejszych zawodników ligi argentyńskiej (za Arsenio Erico i Angelem Labruną). W reprezentacji Argentyny grał w latach 1935–1942, gdzie rozegrał 19 spotkań strzelając 21 goli! Ponadto dwukrotnie zdobywał tytuł króla strzelców Copa America(1935 i 1942), odpowiednio z 4 i 7 golami. Herminio jak czołg wchodził w każdą obrone, chociaż ten czołg nie był pozbawiony swoistej elegancji. Trafiał z potworną siłą, nawet z 40 metrów. Mocniej robił to tylko bodaj Bernabe Ferreyra. Co ciekawe rzuty wolne bił wyłącznie prawą nogą, podczas gdy piłke w ruchu uderzał raczej lewą. Uwaga! 11 listopada 1937 roku w meczu Argentyny z Urugwajem w ramach Pucharu Liptona, Herminio Masantonio strzelił gola w 23. sekundzie meczu. Jest to absolutny rekord Albicelestes.

@Adran360
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Sysia11

2

@Gary No mam już komplet ale postaram się co jakiś czas cię oznaczać. Pisząc ,,wspominki" masz na myśli wyłącznie Barcunie, czy też wogole całą historie futbolu?

10

Trofeu Joan Gamper:

Dokładnie 10 lat temu FC Barcelona pokonała AS Rome 3:0 w meczu o Puchar Gampera. Gole dla Barçy zdobywali: 1-0, Neymar (m.26); 2-0, Messi (m.41); 3-0, Rakitič (m.66). Wojciech Szczęsny wił się jak w ukropie ale nie zdołał zatrzymać gwiazd w ataku Blaugrany. Przez 45 minut gry Polaka pokonali Neymar i Leo Messi. Po przerwie gola dołożył Ivan Rakitić i 50-te trofeum im. Joana Gampera trafiło do Dumy Katalonii. Ofensywny tercet FC Barcelony po raz pierwszy od poprzedniego sezonu wystąpił w pełnym składzie, ale pokazał, że nic nie stracił z formy sprzed wakacji. Na oczach ponad 94 tysięcy fanów na Camp Nou Barca najpierw zaprezentowała swój cały skład na sezon 2015/16, a potem ograła Romę 3:0 (2:0) i sięgnęła po doroczny towarzyski puchar. Szczęsny bronił dostępu do bramki Romy przez pierwsze 45 minut. Podobnie jak w debiucie wpuścił dwa gole, ale znowu spisał się bardzo dobrze i gdyby nie on gospodarze prowadziliby do przerwy różnicą czterech albo pięciu goli. Barça od pierwszych minut zaatakowała Romę ze wściekłością, a zagubieni obrońcy z Rzymu mogli tylko przyglądać się jak gospodarze tworzą sobie kolejne okazje. Na początku Messiego, Daniego Alvesa i Rakiticia w świetnym stylu zatrzymywał Szczęsny, ale w końcu, po doskonałej zespołowej akcji musiał skapitulować przed Neymarem. Tuż przed przerwą Polaka pokonał jeszcze Messi. Gdyby jednak nie pokazowy charakter spotkania, Argentyńczyk mógł wylecieć z boiska. Chwilę przed golem na 2:0 zaatakował bowiem "z byka" obrońcę Romy Mapou Yangę-Mbiwę. Sędzia był jednak dla niego pobłażliwy. Po zmianie stron w bramce stanął doświadczony Morgan De Sanctis, ale Blaugrana nie atakowała już z takim impetem. Wynik doskonałym strzałem z dystansu ustalił Rakitić.

FC Barcelona: Marc-Andre ter Stegen (61. Claudio Bravo) – Dani Alves (60. Sergi Roberto), Marc Bartra, Thomas Vermaelen (46. Jordi Alba, 75. Alen Halilović)), Jeremy Mathieu (61. Pedro) – Ivan Rakitić, Javier Mascherano, Rafinha (61. Gerard Pique) – Leo Messi (60. Andres Iniesta), Luis Suarez (60. Munir), Neymar (60. Sandro Ramirez)

Roma: Wojciech Szczęsny (46. Morgan De Sanctis) – Vassilis Torosidis (64. Ashley Cole), Leandro Castan (46. Kostas Manolas), Mapou Yanga-Mbiwa (71. Alessio Romagnoli), Alessandro Florenzi (46. Maricon) – Seydou Keita (64. Daniele De Rossi), Radja Nainggolan (71. Leandro Paredes), Miralem Pjanić (64. Salih Ucan) – Iago Falque (46. Juan Iturbe), Mattia Destro (64. Adem Ljajić), Gervinho (64. Francesco Totti)

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

12

A to ci historia!

5 sierpnia 1988 r. wyszło na jaw że Jose Alexanco siedzi w więzieniu! Po 48 godzinach od zatrzymania klub przyznał iż obrońca FCB został zatrzymany w Holandii w trakcie okresu przygotowawczego. O napaść oskarżyła go pracownica hotelu, w którym zatrzymała się Barça. Po 5 dniach Alexanco został wypuszczony wskutek braku dowodów. ,,Mój wyrok zaczyna się dopiero teraz”- narzekał Bask, wychodząc z sądu w towarzystwie żony. Cruyff postanowił wówczas nie karać zawodnika odnosząc się słowami: ,,Uważam że brakowało dyscypliny w klubie. Myślę że 5 dni za kratkami jest wystarczającą karą”.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

2

@Comentateiro Dlaczego cud? w ubiegłej edycji Crvena ledwo przeszła przeciętny Bodo/Glimt. Ja uważam że ,,Kolejorz" jest na bardzo podobnym poziomie...

1

@misterio Masz na myśli Luisa Nazario czy może Ronalda Koemana?

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?