FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
10
Zapomniane legendy futbolu:
16 czerwca 1914 r. urodził się Larbi Ben Barek. Larbi był pierwszą wielką piłkarską gwiazdą z Afryki, która brylowała na europejskich boiskach. Urodzony w Casablance zawodnik przez początkowe lata swojej kariery grał dla różnych marokańskich zespołów. W wieku dwudziestu lat wyjechał do Francji, aby reprezentować barwy Olympique Marsylia (62 meczów, 23 goli). Później występował także w Stade Francais (87 gier i 43 goe) oraz Atletico Madryt (113 występów i 56 trafień). Ben Barek, nazywany przez fachowców „Czarną Perłą” występował też w reprezentacji Francji (19 meczów i trzy gole), ale nie wziął udziału w żadnym poważniejszym turnieju. Kiedy zmarł w 1992 roku, Pele wypowiedział słynne zdanie: ,,Jeżeli ja jestem królem futbolu, to Larbi Ben Barek był jego bogiem”. ,,Musimy podkreślić przede wszystkim niebywałą klasę araba Ben Barka. Był on w ciągu całego meczu na wszystkich niemal pozycjach. Bez niego drużyna francuska i tak mecz by wygrała, lecz różnicą jednej bramki. Ben Barek nie tylko prowadził swój atak, lecz pilnował skuteczniej Wodarza niż odkomenderowany specjalnie do tego pomocnik. Jego kombinacje z Astonem i Veitante należały do wielkiej klasy”– taką relację dziennikarza tygodnika sportowego „Raz, dwa, trzy”, dotyczącą meczu Polska – Francja z 1939 roku, można znaleźć na Wikipedii.
@Adran360
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
1
@FcPortoFan1999 Niestety ale pomyliłeś się o rok. Dopiero w 2027 będziemy obchodzić stulecie rozgrywek ligowych :)
10
Kolejna sensacja w premierowym sezonie ligowym:
16 czerwca 1927 r. w pierwszych w historii rozgrywkach ligowych w Polsce, nieistniejący już klub Jutrzenka Kraków pokonuje u siebie Legie Warszawa 5:4! To była nie lada sensacja, rozpędzona Legia, po zwycięstwie z 1.FC w Katowicach, uległa drużynie, która w lidze spisywała się najgorzej ze wszystkich zespołów. Legioniści prowadzili już 3:1, wydawało się że mecz jest już rozstrzygnięty, gdy zawodnicy Jutrzenki zaczeli siać popłoch w liniach obronnych Legii ,,jakiego nie wywołał by nawet napad Slavii czy też praskiej Sparty”- donosił ,,Stadion”. Nie pomogła gościom gra brutalna pod koniec meczu, w której celował Terlecki. Warszawiacy grali bez mała u siebie bowiem w ich szeregach znalazło się siedmiu graczy pochodzących z klubów krakowskich. Toteż publiczność żegnała Józefa Nawrota(który jako ostatni zasilił Legie) okrzykami: ,,Wracaj do Cracovii!”.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Astad
@Adran360
10
Ludzie oddani Dumie Katalonii:
16 czerwca 1970 r. Jose Luis Romero podpisał kontrakt z FC Barceloną. Hiszpan nie zrobił wielkiej kariery w stolicy Katalonii, skąd szybko wypożyczono go do jego poprzedniego klubu CE Sabadell FC. Po zakończeniu kariery został współpracownikiem trenera Barçy Luciena Müllera w sezonie 1979/80 a w 1983 r. po zwolnieniu Udo Lattka prowadził Blaugrane jako pierwszy trener przeciwko Salamance. W latach 1986-89 był sekretarzem technicznym w klubie. W tym okresie po jednym z treningów do jego biura wszedł rozpłakany 16-letni Josep Guardiola, który usłyszał plotke o tym że jest zbyt wątły i jest to jego ostatni sezon w La Masii. Romero pofatygował się na trening juniorów i spostrzegł że młodziutki Pep ma oczy dookoła głowy i na trzy możliwości podania zawsze wybiera tą czwartą. Po tym co zobaczył powiedział Guardioli że ,,dopóki on jest sekretarzem technicznym nikt go nie wyrzuci z La Masii!”
@Adran360
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
10
Blaugrana triumfuje w Copa del Rey:
16 czerwca 1957 r. FC Barcelona zdobywa po raz 12-sty w historii Puchar Króla(wówczas Copa Generalisimo). W finale rozgrywanym na Estadio Montjuïc w Barcelonie, pokonuje w derbach Espanyol 1:0 po golu Francisco Sampedro w 80 minucie. Historyczny skład z tamtego finału: Ramallets, Olivella, Brugue, (Rodri), Segarra, (Gràcia), Verges, Gensana, Basora, Villaverde, Martinez, Kubala, Sampedro.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
12
Zapomniana „Garcia Alsina”:
W 1904 r. Jaume Garcia i Alsina otworzył sale gimnastyczną pod numerem 2 przy Rambli de Prat w Barcelonie. Zaczął tam udzielać lekcji szwedzkiej gimnastyki- rodzaju sportu wymyślonego przez pisarza Pera Henrika Linga, polegającego na ćwiczeniu bez przyrządów. To właśnie w tym miejscu, 16 czerwca 1918 r. FC Barcelona zorganizowała swoje coroczne zgromadzenie ogólne, któremu przewodniczył Gaspar Roses. W tamtym czasie klub miał około pół tysiąca członków, co sprawiło że zadłużenie zostało znacznie zredukowane: z 26 796 peset w roku poprzednim do 12 455 w tamtym sezonie. Podczas zgromadzenia przedłużono kadencje zarządowi klubu, natomiast Joan Gamper na nowo objął stanowisko prezydenta. W trakcie tego mandatu towarzyszyli mu: Enric Cardona i Joan Domingo jako wiceprezydenci, Josep Martinez jako skarbnik, Joan Rague jako sekretarz, Lluis Gratacos jako zastępca sekretarza, Joan Franch jako księgowy oraz Joaquim Matas, Josep Barba, Agusti Bo i Josep Segales jako doradcy. Jednym z pierwszych postanowień, które powzięło nowe kierownictwo było rozpoczęcie działań mających na celu pozyskanie legendarnego Ricardo Zamory, wówczas zawodnika Espanyolu, który jednak rozpoczynał karierę w juniorskiej drużynie Blaugrany. Wiele lat później(za sprawą prawnuka założyciela) sala gimnastyczna Garcia Alsina została przeniesiona na poddasze pod numerem 158 przy Via Augusta.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
8
@FCBparasiempre
15 czerwca 1993 r. Ekwador rozgromił Wenezuele 6:1 w Quito na inauguracje 36. edycji Copa America. Gdy rozpoczynał się turniej Argentyna pozostawała niepokonana z każdym meczem, śrubując swój niewiarygodny rekord. Wówczas statystycy futbolu mieli do czynienia z trzema tego typu przypadkami, skrzętnie odnotowanymi w annałach. Najpierw słynna ,,squadra azzura” w latach1935-39 rozegrała 30 meczów bez porażki. Tę serie Włochów przerwała dopiero Szwajcaria 12.11.1939 r. wygrywając 3:1. Potem na arene wkroczyła równie sławna ,,złota jedenastka”. W okresie 1950-54 genialni Węgrzy nie przegrali w 32 kolejnych meczach, w przeciągu 4 lat. Dopiero w ,,niesprawiedliwym” finale MŚ w Bernie, 4 lipca 1954 r. uległa RFN. Wreszcie cudowny zespół Brazylii pozostawał niepokonany w latach 1970-73, rozgrywając 29 meczów bez porażki w 3 lata i 3 miesiące. „Canarinhos” polegli 9.06.1973 r. w Rzymie z Italią 0:2. Teraz na ten historyczny szlak wkroczyła Argentyna. Nowy trener Alfio Basile, który przejął drużynę narodową od Carlosa Bilardo, zadebiutował w lutym 1991 r. zwycięstwem 2:1 nad Węgrami. Mało kto przypuszczał wówczas iż wygrana ta da początek imponującej serii. To było jak sen. 25 meczów bez porażki i niezłomna wola by ten triumfalny seans ciągnąć dalej i dalej, może bez końca?! Jednak wszystko na tym świecie ma swój kres. Także sport nie zna zespołów niepokonanych. Nawet najlepszy wreszcie znajduje swego pogromcę. Argentyna musiała czekać na niego jeszcze jakiś czas aż do sierpnia 1993, kiedy to w eliminacjach do MŚ ’94 uległa w Barranquilla Kolumbii 1:2. Był to 34 mecz ekipy Alfio Basile. Zwiastował on nadejście ciężkich czasów i niewyobrażalną wręcz katastrofe – haniebne 0:5 z tą sama Kolumbią w Buenos Aires! Na razie jednak wszystko zdawało się iść jak po maśle. Argentyńczycy zjechali do Guayaquil opromienieni sławą piłkarzy niepokonanych. Basile przywiózł aż 12 obrońców tytułu sprzed 2 lat, zgodnie z zasadą iż zwycięskiego składu bez potrzeby się nie zmienia. Z zawodników podstawowych zabrakło właściwie tylko Caniggii, który we Włoszech co rusz popadał w tarapaty na tle swoich erotyczno-narkotycznych fascynacji. Lekkonogi lekkoduch okazał się nie do zastąpienia. Jego brak wydatnie obniżył skuteczność argentyńskiego napadu. Atletyczny Acosta grał chaotycznie i bez wyrazu. Już w pierwszym meczu z Boliwią powstała kolejna dotkliwa wyrwa. Groźnej kontuzji doznał doskonały pomocnik Dario Franco i rychło wyszło na jaw, że i w tym przypadku dublerzy(Zapata względnie Basualdo) nie dorastają mu do pięt. Realnym wzmocnieniem wydawał się za to niezwykle uzdolniony młodzian, Fernando Redondo, wysoki, szczupły, z anielską buzią grzecznego chłopca i długimi blond włosami, subtelny i wiotki – w walce zamieniał się w zażartego brytana. Grał z ,,piątką” i wnet pojawiły się opinie że oto narodził się godny następca legendarnych środkowych pomocników takich jak: Monti, Minella, Perucca, Rossi, Gallego czy Batista. Owe ekstatyczne sądy formułowano nieco na wyrost, chociaż istotnie Redondo grał niczym młody Bóg.
Rok 1993 przyniósł istotną rewolucje w dotychczasowej historii imprezy. Po raz pierwszy postanowiono dokooptować do grona tradycyjnych uczestników czołowe zespoły Ameryki Północnej i Środkowej. W ten sposób uchyliła się furtka dla USA i Meksyku. Tym samym nazwa Puchar Ameryki uzyskała wreszcie pełne, dosłowne brzmienie. Tak, to już były mistrzostwa z prawdziwego zdarzenia, mistrzostwa całej Ameryki! Regulamin przewidywał że z 3 grup eliminacyjnych do fazy ćwierćfinałowej wejdzie 8 zespołów. To sprawiało iż zajadły bój toczył się o każdy punkt i każdego gola, bowiem przy korzystnej różnicy bramkowej nawet 3 miejsce w grupie stwarzało szanse awansu. Na ,,oko” najmocniej wyglądała grupa B – Brazylia, Chile, Peru i Paragwaj; najsłabiej grupa A – Urugwaj, Ekwador, Wenezuela i USA; grupa C tak sobie – Argentyna, Kolumbia, Boliwia i Meksyk. Okazać się miało wkrótce że 3 najlepsze ekipy wywodzą się właśnie z tej ostatniej. Gospodarze niezwykle starannie przygotowali się do turnieju, którego gospodarzem ostatni raz byli w roku 1959. Renowacji poddano przestarzałe obiekty. Niegdyś Ekwador dysponował zaledwie jednym stadionem z prawdziwego zdarzenia, chodzi o Estadio Capwell w Guayaquill. On właśnie został gruntownie zmodernizowany. Ekipe Ekwadoru przysposobił do turnieju jugosławiański szkoleniowiec Duszan Draskovič. Zdołał on stworzyć całkiem niezły zespół. Niesiona na skrzydłach szaleńczego dopingu drużyna gospodarzy grała niezwykle ofensywnie, z polotem i rozmachem. Zwyciężyła wszystkich grupowych rywali z renomowanym Urugwajem włącznie. Niestety z owej renomy pozostało ,,urusom” doprawdy niewiele. Już od dłuższego czasu futbol urugwajski pogrążony był w głębokim upadku. Niemal wszyscy czołowi piłkarze występowali za granicą. Mecze w reprezentacji wielu z nich traktowało jako zło konieczne. Gdzieś zagubiła się dawna solidarność, przysłowiowa wola walki, stępiał ów legendarny urugwajski ,,lwi pazur”. Poznikali świetni błyskotliwi napastnicy. Defensywa wzięła góre nad atakiem, lecz defensywne kunktatorskie nastawienie stało się wręcz trwałym fragmentem mentalności nowej generacji piłkarskiej. Wenezuela z kolei nie troszczyła się zbytnio o obrone, wiedząc że nie ma dużo do stracenia. Taka postawa sprawiła iż zespół z Caracas stworzył wcale niezłe widowiska a że w ataku miał dwóch naprawdę dobrych graczy, strzelał sporo goli. I oto sensacja – po ich podliczeniu okazało się nieoczekiwanie że królem snajperów całego turnieju został właśnie Wenezuelczyk Jose luis Dolgetta, z czterema golami! Natomiast debiutant na tej imprezie prowadzony przez Milutinovicia team USA grał bez cienia respektu wobec faworytów. Chłopcy z Ameryki Północnej niewiele jeszcze potrafili, lecz dopisywało im końskie zdrowie i nieprawdopodobna ambicja. Toteż walczyli do upadłego, biegali w tempie sprinterów, oddając się tym zajęciom z przekonaniem i radosną świeżością. Obrońca Lalas z rudą kozią bródką, niezły technik Tab Ramos i szybki jak strzała Jones pozostawili ciepłe wspomnienie. W grupie B stało się coś zupełnie nieprawdopodobnego. Zespół Chile, niewątpliwie najlepszy w tym gronie, wzniósł się na wyżyny bijąc po fantastycznym meczu Brazylię 3:2, po czym pechowo przegrał dwa pozostałe mecze i…. odpadł z turnieju. Chilijczycy pokazali tych samych piłkarzy, co 2 lata wcześniej ale bohaterami horroru z Brazylią stali się akurat dwaj debiutanci. Dwa gole strzelił korpulentny skrzydłowy Zambrano a jednego znakomity technicznie pomocnik Jose Sierra. Chilijczycy na decydujący mecz z Peru ściągnęli specjalnym samolotem z Madrytu ,,Ivana Groźnego” czyli Zamorano ale nawet ta odsiecz nie na wiele się zdała. Mimo druzgocącej przewagi wściekle atakujących desperatów, rozpaczliwa obrona ,,Inków” nie dopuściła do utraty gola. Za to szybki Peruwiańczyk Rivera czyhał w przodzie na tę jedną, jedyną okazje. Doczekał się wreszcie i po faulu Del Solar zdobył z karnego zwycięskiego gola. Z kolei Paragwaj zaprezentował betonową obrone z chimerycznym, lecz w sumie niezawodnym Chilavertem w bramce i szybkie wypady, w których celował znakomity Roberto Cabañas. Ta niezbyt skomplikowana taktyka przyniosła, dzięki Cabañosowi, pewne rezultaty, chociaż nie wzbudziła zachwytu widzów. Sytuacja w grupie zagmatwała się do tego stopnia że ostatecznie awansowały trzy ekipy: Peru z 4 punktami oraz Brazylia i Paragwaj z 3 punktami.
W grupie C na początku Kolumbia wygrała minimalnie z Meksykiem, zaś Argentyna z Boliwią i od tej pory już wszyscy remisowali ze wszystkimi, co najlepiej świadczy o tym, jak wyrównane były siły i poziom uczestników. Zarówno Kolumbijczycy jak Boliwijczycy przywieźli niemal samych dobrych znajomych, sprawdzonych w dwu ostatnich turniejach. Chociaż Francisco Maturana, który po przerwie przejął opiekę nad reprezentacją, mógł się poszczycić dwoma nowymi nabytkami. Potężnie zbudowany Adolfo Valencia sunął po skrzydle niczym superekspres, któremu to skojarzeniu zawdzięczał przydomek ,,Tren”. Nie był to wszakże żaden toporny osiłek, tylko drybler i przebojowiec wysokiej klasy. Wkrótce, jako pierwszy Kolumbijczyk w historii wystąpił w Bundeslidze i to gdzie!? W Bayernie Monachium! Valencia miał nieco dzikie, miękkie, kocie ruchy ale przy swoim równie ciemnoskórym koledze sprawiał wrażenie, jakby tkwił w twardym, sztywnym gorsecie – Faustino Asprilla wyglądał bowiem na zupełnie pozbawionego kości. Szczupły murzynek prawdopodobnie składał się wyłącznie z gumy i kleju. Jego długie nogi wyginały się pod takim kątem, którego kompletnie nie przewidywała geometria euklidesowa. Niegdyś równie elastyczne kończyny posiadał fenomen dryblingu Rene Houseman. Teraz Asprilla wykonywał swój obłędny taniec nad piłką a usiłującym pilnować go obrońcom zesztywniałe nogi wrastały w trawę. Ten niesamowity artysta kiwki dał się już poznać tak dobrze że do Ekwadoru przyjechał dopiero na ćwierćfinały, gdyż na co dzień, od 1992 występował we włoskiej Parmie. Najciekawszy mecz w grupie Kolumbia rozegrała z Argentyną, mimo że jego losy rozstrzygnęły się raptem w przeciągu 5 minut. Najpierw Diego Simeone w długim rajdzie zapędził się w okolice lewego narożnika boiska. Popychany przez bezpardonowo wkraczających obrońców przewrócił się, fiknął ze dwa koziołki i podrywając się z ziemi, niemal z zerowego kąta uderzył bezpańską piłke. Bramkarz Cordoba, zastępca zdyskwalifikowanego Higuity, zupełnie nie spodziewał się takiego zagrania, które zmysłowi orientacji Simeone wystawiło najwyższe świadectwo. Trzy minuty później Rincon wpadł z pilka w pole karne, zmylił Basualdo, zakręcił Borellim i jak z katapulty huknął w górny róg. Była 5 minuta meczu i 1:1 a do końca nic się nie zmieniło. Debiutujący Meksyk rozkręcał się stopniowo. Najpierw z Kolumbią zapłacił frycowe, przegrywając po wyrównanym meczu 1:2 ale już z Argentyną zadziwił wszystkich. W dusznym tropikalnym klimacie ekipa ,,Azteków” czuła się znakomicie, rześko i świeżo, podczas gdy podopieczni Basilego wyglądali na facetów, którzy właśnie wyszli z parowej łaźni. Przez trzy czwarte meczu przewaga należała do Meksykanów, grających swobodnie, lekko, z ogromną fantazją. Mecz zakończył się wynikiem 1:1. Meksyk ledwo przecisnął się prze sito grupowej rywalizacji ale co bystrzejsi eksperci przewidywali że na tym się nie skończy. Mieli racje. Ostatecznie w ćwierćfinałach uformowały się pary: Ekwador – Paragwaj, Kolumbia – Urugwaj, Argentyna – Brazylia i Meksyk – Peru. Powszechną uwagę ze zrozumiałych powodów skupił pojedynek gigantów. O Argentynie już pisałem. Grała słabiej niż 2 lata wcześniej ale przecież zachowała wszelkie walory w pełni dojrzałego zespołu, z żelazną konsekwencją zmierzającego do celu. Brazylia, która po porażce z Chile niemal urwała się ze stryczka, rzuciła się z furią do szturmu. Rej wodzili zwłaszcza zawodnicy São Paulo, najlepszej wówczas klubowej drużyny kontynentu i świata. Prawy obrońca Cafu wprost szalał, inicjując rajdy godne klasycznego skrzydłowego. Subtelny technik Palinha atakował niezmordowanie z głębi pola. Dynamicznych przebojów próbował czarnoskóry Müller, jeden z tych, którym nie bardzo powiodła się włoska przygoda w Torino i który za wszelką cene chciał dowieść że wciąż należy do najgroźniejszych napastników Brazylii. On też strzelił w 37 minucie gola. Po przerwie tego pasjonującego meczu obrońcy tytułu pracowicie odrabiali stratę i wreszcie Leo Rodriguez po wspaniałym wyskoku, którego nie powstydziłby się Passarella czy Ruggeri, wpakował piłke do siatki. Po bezbramkowej dogrywce sędzia zarządził rzuty karne. W pierwszej serii wszyscy strzelali bezbłędnie ale Argentyna miała prawdziwego fenomena w tej specjalności. Goycochea cierpliwie czekał na swoją szanse i doczekał się w iście tygrysiej paradzie parując sygnalizowany strzał Valbera.
Brazylia mimo dobrej ofensywnej postawy odpadła z turnieju. W pozostałych meczach ćwierćfinałowych nie było już takich emocji. Ekwador gładko rozprawił się z rozchwianym Paragwajem, Meksyk potwierdził wysokie aspiracje, bijąc całkiem przyzwoicie spisujące się Peru i tylko Kolumbia okrutnie męczyła się z ultradefensywnym Urugwajem, pokonują go dopiero 5:3 w rzutach karnych. Półfinały ustaliły rzeczywistą hierarchie. Nawet ulewny deszcz nie ostudził zapału 45 tysięcy ekwadorskich kibiców, nieznużenie dopingujących swoją jedenastke. Jednak ataki Aguinagi, Avilesa I Hurtado grzęzły zarówno w błocie, jak i w kleszczach twardej obrony meksykańskiej. Za to kontry ,,Azteków” były bezlitosne. Najpierw ,,Hugol” Sanchez udowodnił iż nie przypadkowo cieszy się takim zawołaniem, po czym Ramirez po 50. Metrowym rajdzie wjechał z piłka do bramki. Gospodarze zostali sprowadzeni na ziemie a debiutant dotarł aż do finału. W drugim półfinale trwał ciężki bój o każdy metr boiska. Siły Argentyny i Kolumbii okazały się niemal idealnie wyrównane. W 25 minucie urugwajski sędzia usunął z placu stopera Pereę i osłabiony liczebnie zespół Valderramy musiał rzucić na szalę resztki nadwątlonych sił. Obie strony wyczekiwały dogrywki a potem jak zbawienia rzutów karnych. Powtórzyła się historia z Brazylią. Pięć kolejek z rzędu strzelcy obu drużyn demonstrowali nerwy niczym postronki. Pierwszy nie zdzierżył Aristizabal, uderzył wprawdzie silnie i celnie, lecz naprzeciwko stał fenomenalny Goycochea o sprężynowych nogach i refleksie jaguara. A więc finał zupełnie szokujący: Meksyk – Argentyna! Finałowe spotkanie w Guayaquil oglądało 40 tysięcy widzów, którzy byli świadkami zaciętego meczu, obustronnej nieustępliwości i futbolu raczej wyrozumowanego niż żywiołowego. ,,Aztekowie byli nawet częściej w posiadaniu piłki ,poczynali sobie śmielej, ryzykowali ataki szerokoskrzydłe i prowadzone z dużą dozą finezji. ,,Albicelestes” grali oszczędnie, pragmatycznie, nie tracili sił w technicznych popisach, starannie przygotowując każdą akcje zaczepną. Losy rozstrzygnęły się w drugiej połowie. Dwa gole Batistuty(63 i 74 minuta) zostały przegrodzone tylko jednym golem Galindo(67 m. rzut karny). ,,Batigol” właściwie dopiero na finiszu pokazał cały swój kunszt rasowego ,,goleadora”. Najpierw po zwodzie uderzył lewą nogą w prawy dolny róg, po czym uczynił akurat odwrotnie – prawą w lewy! Wszystko trwało okamgnienie a przecież obrońcy meksykańscy doskonale znali zalety Batistuty i nie odstępowali go choćby na krok. Na próżno. Dwie błyskawiczne akcje potwierdziły niezwykły instynkt bombardiera Fiorentiny, dając Argentynie upragniony tytuł mistrza Ameryki w pełnym tego słowa znaczeniu. Akredytowani w Ekwadorze dziennikarze ułożyli symboliczną jedenastke tego turnieju. Weszli do niej: Goycochea, Ruggeri, Capurro, Ramirez, Rincon, del Solar, Simeone, Aguinaga, Valderrama, Batistuta, Zaguinho. Na koniec składy z finałowego starcia:
ARGENTYNA: Goycochea – Basualdo, Ruggeri (40 Cáceres), Borrelli, Altamirano – Zapata, Simeone, Redondo, Gorosito (64 Rodríguez) – Batistuta, Acosta
MEKSYK: Campos – R. Ramírez, Suárez, J. Ramírez, Gutiérrez (79 Flores) – Patińo (45 L. García), Ambriz, García Aspe, Galindo – Sánchez, Alves
8
Pasjonujący turniej latynoamerykański:
@Sysia11
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360
10
Sukces Piechniczka okupiony zdrowiem:
„Pod względem organizacyjnym były to najgorsze, najbardziej beznadziejne mistrzostwa świata España ‘82, w których uczestniczyłem. Dla gospodarzy ta impreza się skończyła, kiedy z turnieju odpadła drużyna Hiszpanii. Wtedy zaczęli wszystko totalnie olewać. Sprawiali wrażenie jakby kompletnie nie zależało im na komforcie pozostałych w grze uczestników. Po meczu z Francją medale odbieraliśmy na boisku, na szybko bez należytej celebry jaka powinna temu towarzyszyć a przecież to były mistrzostwa świata i honorowano nie drużynę dzwonka częstochowskiego, lecz piłkarzy III ekipy globu! Jeśli dodamy do tego że prezydent FIFA Jean Havelange na znak protestu przeciwko stanowi wojennemu nas nie udekorował, tylko wręczył tacę z medalami Władkowi Żmudzie, kapitanowi drużyny, który jak kelner w knajpie podchodził do nas a każdy brał sobie z niej medal, to mamy przed oczami żenujący obraz całej tej sytuacji. Niech to nie będzie dla gospodarzy usprawiedliwieniem, lecz nasi działacze wcale nie byli lepsi. Proszę sobie wyobrazić że mieszkaliśmy w hotelu bez klimatyzacji i to w okresie kiedy w Hiszpanii panowały upały grubo przekraczające 40 stopni Celsjusza! Ponoć z powodu oszczędności bo szkoda kaucji na rezerwację miejsc w porządnym hotelu i ostatecznie zamiast nas spacerowała tam Argentyna a nasi „centusie” zachowali się tak jakby za nasz pobyt na mistrzostwach płacili ze swoich. Najgorzej było nocą a już zupełnie przerypane mieli ci, których okna pokoju wychodziły na wewnętrzny dziedziniec hotelu czyli jego część basenową. Nagrzana przez cały dzień woda parowała i żeby normalnie oddychać trzeba by było spać chyba w masce tlenowej. Okrywaliśmy się mokrymi ręcznikami i prześcieradłami. Pomagało ale zaledwie na chwilę. Człowiek się kładł i ledwie przymknął oczy, już musiał wstawać żeby moczyć pod prysznicem to co akurat miał pod ręką ale robiliśmy wszystko byle tylko się schłodzić. Nie ta beznadziejna prowizorka w wykonaniu szefa ekipy była jednak najgorsza. Działacze osiągnęli dno kiedy po meczu o trzecie miejsce pojechaliśmy z Alicante do Madrytu na finał RFN Włochy i okazało się że nie ma dla nas biletów! Mecz obejrzeliśmy owszem ale w hotelowym patio w telewizji. Zbyszek Boniek zaryzykował i pojechał z jakimiś znajomymi na stadion, ponoć nawet widział finał na żywo ale z tak kiepskiego miejsca że musiało to uwłaczać godności jednego z najlepszych piłkarzy tego mundialu.
Gdy ktoś mnie prosi żebym wskazał najbardziej niedocenianego piłkarza tamtego zespołu, który zarazem miał ogromny wpływ na nasze wyniki w Hiszpanii, za każdym razem wymieniam to samo nazwisko: Matysik. Waldek miał wtedy 20 lat a grał jak stary wyjadacz. Nie tylko potrafił zabiegać każdego rywala, odebrać mu chęć do gry ale umiał też szybkim podaniem uruchomić kontrę. Dla mnie stanowił nowszą wersję Henia Kasperczaka z 1974 roku. Oprócz piłkarskich przymiotów największą zaletą Matysika było to że gdy wychodził na boisko to nie kalkulował tylko dawał z siebie wszystko a nawet więcej, dosłownie. Tak jak w meczu o trzecie miejsce z Francją, kiedy w przerwie doktor Garlicki tylko spojrzał na niego i od razu zawołał Antka Piechniczka. „Potrzebna będzie zmiana"- zakomunikował trenerowi medyk. „Zaraz, jaka zmiana? Doktorze, lód mu na głowę położyć, zimny prysznic, ciepły, znowu zimny i na boisko"- zareagowałem bo miałem świadomość ile Waldek dla nas robi. Zanim Garlicki zdążył odpowiedzieć, siedzący dotąd ze spuszczoną głową i ciężko oddychający „Matys" podniósł oczy i słabym głosem powiedział: „Przepraszam Panowie ale ja już naprawdę nie mogę, naprawdę..." i znów spuścił głowę między kolana. „Piechnik" też widział że Waldek jest u kresu wytrzymałości psychicznej bo próg fizycznej już dawno przekroczył. Dlatego zakomenderował: „Matysik schodzi, wchodzi Roman Wójcicki". Kiedy usłyszał to siedzący niedaleko mnie Zbyszek Boniek, to popatrzył i na Antka i na Romka i tak żeby wszyscy słyszeli powiedział: „Tylko niech trener temu swojemu czarnemu koniowi przekaże żeby nie rwał się do przodu do strzelania goli". Trener zignorował zaczepkę „Rudego". A Romek? Zagrał świetną drugą połowę. Jako defensywny pomocnik czyścił wszystko. Chyba nikt się nie spodziewał że Wójcicki może tak wejść do składu z drzwiami i z futryną. Moim zdaniem to był zdecydowanie najlepszy występ Romka w reprezentacji Polski. Co do Waldka to później się okazało że niedyspozycja w meczu z Francją była początkiem jego poważnych kłopotów zdrowotnych. Skrajnie wyczerpany organizm przyczynił się do załamania psychicznego, z którym piłkarz Górnika Zabrze zmagał się jeszcze dłuższy czas po powrocie z Hiszpanii”- wyznał jak na spowiedzi Grzegorz Lato.
@Adran360
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
10
Panie i Panowie, 15 czerwca 1883 r. urodził się Henri Delaunay, wybitna postać w dziejach futbolu. Owszem, czekaliśmy dodatkowy rok na UEFA EURO 2020 ale upłynęło 30 lat, zanim spełniło się pierwotne marzenie Francuza o europejskich rozgrywkach reprezentacji narodowej. „Niewielu mężczyzn pozostawiło tak wyraźny ślad, samą siłą swojej osobowości, w tak uniwersalnej działalności jak piłka nożna, jak Henri Delaunay”. (Pięćdziesiąt lat książki UEFA, 2004) Pierwszy sekretarz generalny UEFA, Francuz Henri Delaunay, zajmuje znaczącą pozycję w historii organizacji, nie tylko jako pionierski duch, który wniósł kluczowy wkład w narodziny europejskiego organu zarządzającego, ale także poprzez swoją rolę jako katalizatora tworzenia Mistrzostwa Europy. Urodzony w Paryżu w 1883 roku Henri Delaunay był oddanym entuzjastą piłki nożnej, który od najmłodszych lat uczynił z gry swoją pasję. W młodym wieku 20 lat został mianowany sekretarzem Etoile des Deux Lacs, wiodącego francuskiego klubu tamtych czasów, i objął stery jako prezes klubu, gdy miał 26 lat. Umiejętności Delaunaya jako administratora zostały już zauważone na szczeblu krajowym w międzyczasie – w 1906, gdy miał zaledwie 23 lata, został mianowany sekretarzem generalnym nowego Francuskiego Komitetu Międzyfederacyjnego, prekursora Francuskiego Związku Piłki Nożnej (FFF), który powstał w 1919 roku. Henri Delaunay, człowiek o mocnym autorytecie, obdarzony wrodzoną wrażliwością i wyostrzonym humorem, był ekspertem od piłki nożnej i jej praw, co było szczególną pomocą w jego roli sędziego we Francji. W 1920 roku światowa organizacja piłkarska FIFA poprosiła go o zasiadanie w nowym komitecie konsultacyjnym ds. Przepisów Gry, który ostatecznie został przemianowany na Komitet Sędziowski FIFA. Następnie skompilował pierwszą serię decyzji dotyczących interpretacji przepisów. Delaunay pielęgnował marzenie o zorganizowaniu europejskich zawodów dla drużyn narodowych, aby rozwinąć tożsamość i atrakcyjność narodowej gry drużynowej. Dał także impuls do rozpoczęcia Mistrzostw Świata FIFA. Na Kongresie FIFA w Amsterdamie w 1928 r. odegrał kluczową rolę w przyjęciu decydującej rezolucji „o zorganizowaniu zawodów, które byłyby otwarte dla reprezentatywnych drużyn wszystkich zrzeszonych stowarzyszeń narodowych”. Inauguracyjne finały mistrzostw świata miały nastąpić w 1930 roku. Delaunay stał się przełomową postacią w powstaniu UEFA w czerwcu 1954 roku, pełniąc rolę kluczowego lidera w działaniach na rzecz utworzenia grupy składającej się z europejskich federacji narodowych. Decyzja FIFA z 1953 roku o autoryzacji kontynentalnych federacji piłkarskich utorowała drogę do narodzin nowego europejskiego organu na spotkaniu 28 krajowych federacji w Bazylei w Szwajcarii następnego lata. Kadencja Henriego Delaunaya jako sekretarza generalnego UEFA była niestety krótka. Jego śmierć w listopadzie 1955 oznaczała, że nie będzie mógł pomóc UEFA w stawianiu pierwszych niepewnych kroków; nie widział też spełnienia swojego wieloletniego marzenia o europejskich rozgrywkach reprezentacji narodowej. W konsekwencji, kiedy w lecie 1960 roku w końcu rozpoczęły się Mistrzostwa Europy, wypadało aby trofeum nosiło imię człowieka, który tak wytrwale walczył o stworzenie zawodów.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360
0
Wszyscy szaleją ale tylko Nico Williams zna doskonale realia hiszpańskiego futbolu. Poza tym Baskowie bardzo dobrze się sprawdzali w Dumie Katalonii. Przykład? Javier Urruticoechea, Zubizarreta, José Ramón Alexanko, Julio Salinas czy ostatnio Inigo Martinez.
2
@Comentateiro Wygrana Maradony cię nie zmartwiła, gdyż to był występ piłkarskiego ,,Boga" na tym mundialu. Zresztą na tym mundialu jeśli kogoś miała zmartwić wygrana "Boskiego Diego", to tylko Anglików i Niemców, co akurat nikogo nie powinno dziwić.
A wracając do twojego uwielbienia Bayernem, to rzeczywiście jest ciekawe, no chyba że jesteś Ślązakiem, to wtedy bym się nie dziwił, gdyż oni w większości są ,,zniemczeni" tamtejszym futbolem, ale nie wszyscy bo akurat mój szwagier z Katowic nie dzierży ,,Niemiaszków"...
10
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
15 czerwca 1920 r. w Krakowie urodził się Władysław Gędłek, jeden z czołowych piłkarzy Cracovii po wojnie i filar jej defensywy. Był wychowankiem krakowskiego klubu Krowodrza. W czasie okupacji brał udział w konspiracyjnych rozgrywkach a terenie Krakowa. Po wojnie związał się z Cracovią, z którą w 1947 r. skutecznie walczył o prawo gry w ekstraklasie. W reaktywowanej lidze zgromadzili taką samą liczbę punktów, co Wisła, ale okazali się od nich lepsi w dodatkowym, decydującym o tytule meczu i mogli świętować mistrzostwo. Był to ostatni triumf krakowskiego klubu w lidze. Przez kolejne pięć sezonów był podstawowym zawodnikiem drużyny i jednym z najlepszych obrońców w kraju. Znakomicie radził sobie w grze w powietrzu i dysponował dobrym, długim wykopem. Dobrze spisywał się w sytuacjach podbramkowych i miał niezły start do piłki. Był świetnie wyszkolony technicznie i bardzo sprytnie potrafił się ustawiać. Już w tamtych latach zaczynał grać ofensywnie. Stworzył swój własny styl gry i trudno go było do kogokolwiek porównywać. Pierwszy raz narodowe barwy reprezentował w wyjazdowym meczu z Rumunią (porażka 1:2) 8 maja 1949 r. Od tego czasu stał się podstawowym obrońcą i często występował razem z klubowym kolegą Tadeuszem Parpanem. To Gędłek trzymał w ryzach i kierował naszą defensywą na igrzyskach w Helsinkach. Mimo pechowego występu naszych reprezentantów, jego klasę doceniono za granicą. Był kandydatem do występu w drużynie „reszty świata” w 1953 r. Gędłek był osobą bardzo towarzyską, uśmiechniętą i lubianą przez wszystkich. Tym większym szokiem dla całego piłkarskiego środowiska była informacja o jego samobójczej śmierci. Odszedł 28 lutego 1954 r. ledwie kilka godzin po sparingowym meczu Cracovii.
@Adran360
@Astad
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
2
@Comentateiro Jestem ciekaw skąd u ciebie wzieła się miłość do Bayernu, a co za tym idzie, zapewne i do Niemców? Ja Niemców nienawidze, poza oczywiście Borussią. Naturalnie mam na myśli głównie sport...
0
@FcPortoFan1999 26 lat? Panie! Jak ja ci zazdroszcze! Ja chciałbym mieć przynajmniej jeszcze te 46 lat(!) a co dopiero 26? Ech życie...
0
@FcPortoFan1999 Trudno się z tobą nie zgodzić. Za mojego życia to raczej ostatni taki triumf na mundialu. Jednak za twojego(podejrzewam że nie masz nawet 30 lat?) to już niekoniecznie ostatni. Jest takie powiedzenie: Nigdy nie mów nigdy! Na tą chwile na pewno nie pokonamy Argentyny na mundialu ale za 40, czy 50 lat, kto wie...?
2
@Comentateiro Co ty tak często używasz słowa potężny? Mam rozumieć że to żarty jakieś? Bo ja nigdy nie żartuje!
12
Wiekopomny triumf nad Argentyną:
15 czerwca 1974 r. reprezentacja Polski pokonała Argentyne 3:2 w fazie grupowej mistrzostw świata w RFN.
Ach! Co to był za mecz! Dokładnie 51 lat temu reprezentacja Polski pokonała faworyzowanych Argentyńczyków 3:2 na X Mistrzostwach Świata w piłce nożnej. Był to pierwszy mecz na tych mistrzostwach naszej reprezentacji. Widowisko miało miejsce w Stuttgarcie na słynnym Neckarstadionie. Teraz, po latach, ciśnie się na usta stwierdzenie: "wtedy wszystko było inne". Nawet wynik wydaje się być prawie niemożliwy w obecnych czasach. A jednak marzenia się spełniają. Po udanych kwalifikacjach w naszym wykonaniu i kapitalnych meczach z Anglią – nie tylko ten wieńczący awans remis z Wembley był piękny..., piękne było także zwycięstwo z Chorzowa 2:0. Pierwszą bramkę strzelili Jan Banaś i Robert Gadocha – wtedy nie było "VARu", a zamieszanie pod bramką Anglików nie pomagało w jednoznacznym stwierdzeniu, który z nich był szczęśliwym strzelcem. Mecz tamten jednak miał i swoją tragiczną stronę – w 54 minucie zniesiono z boiska jednego z najwspanialszych piłkarzy polskich w historii – Włodzimierza Lubańskiego. Jeszcze w 47 minucie strzelił Anglikom drugiego gola, a już kilka chwil później "skarcił" go za to brutalnym faulem Roy McFarland. Mecze kontrolne przed mistrzostwami świata nie nastrajały optymistycznie. "Strasznie" męczyliśmy się ze "średniakami". Jednak trener Kazimierz Górski uspokajał mówiąc, że to nie te mecze maja znaczenie. Były to gry kontrolne czy nawet bardziej treningowe, w których można było sprawdzić kilku zawodników więcej, zaplanować optymalne ustawienie. To Górskiemu udało się w zupełności. Tamtejsze czasy charakteryzowały się innymi zasadami taktycznymi, innymi ustawieniami poszczególnych formacji. Inaczej też sędziowano, a przepisy w sumie nie dopuszczały "walki wręcz" jak to ma miejsce teraz. Wtedy gra była oparta na finezji a nie na sile.
Inaczej także numerowano zawodników bo jeśli reprezentacja liczyła 22 zawodników, to numery na koszulkach biegły od 1 do 22. Stąd "1" to główny bramkarz, "9" to rozgrywający, a "10" to środkowy napastnik. W naszej reprezentacji jednak było nieco inaczej. U nas zawodnicy w kolejności od bramkarzy aż po napastników numerowani byłi właśnie kolejno. Dlatego Jan Tomaszewski grał z numerem 2, bo "jedynką" był Andrzej Fischer – alfabetycznie pierwszy. Kolejne numery mieli obrońcy, później pomocnicy i dlatego jeden z najlepszych rozgrywających na świecie – Kazimierz Deyna – grał z 12 na koszulce. Natomiast atak tworzyła słynna trójka od 16 do 18: Grzegorz Lato 16, Andrzej Szarmach 17 i Robert Gadocha 18'. Należy też dodać, że wtedy grało się systemem 4-3-3 i prawie wszyscy tak właśnie formowali swoje drużyny. Dość powiedzieć, że Argentyna była jednym z faworytów tych mistrzostw, a już z pewnością tego meczu. Kazimierz Górski mówił jednak, że "dopóki piłka w grze...". I przyszedł czas tej gry. Sobota, godzina 18:00, Stuttgart, Neckarstadion, walijski sędzia Clive Thomas daje sygnał do rozpoczęcia meczu. Wszyscy sędziowie byli z Europy – boczni z RFN i Szkocji – co obecnie byłoby prawie niemożliwe. Wtedy jednak nie dostrzegano tych "zakulisowych niuansów" rywalizacji międzykontynentalnej Europy i Ameryki Południowej. Dodam jeszcze, że o tej samej godzinie, równolegle, rozpoczął się na Olimpijskim Stadionie w Monachium, drugi mecz naszej grupy, między Włochami i Haiti – zakończony zwycięstwem Włochów 3:1. Początek meczu Polaków(popularnie zwanych później Orłami Górskiego) wprowadził niemałą konsternację wśród Argentyńczyków. Silna i zgrana obrona naszych nie dopuszczała ich do jakiejkolwiek sytuacji pod bramką. Jakby tego było mało, kapitalnie rozgrywali nasi pomocnicy, z Deyną na czele. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Najpierw Lato w 7. minucie, a później Szarmach w 9. minucie rzucili Argentyńczyków na kolana. Wynik 2:0 dawał nam komfort gry i pozwalał na dość śmiałe atakowanie przeciwników. U nich stał w bramce Daniel Carnevali i tylko jemu zawdzięczali, że nie padły dalsze bramki dla Polski, "broniły" ich także słupki. Dopiero w drugiej połowie i to w 60. minucie Ramon Heredia strzelił gola kontaktowego. Myśmy odpowiedzieli bramką na 3:1 zaledwie dwie minuty później – znowu Grzegorz Lato. W tej części spotkania Argentyńczycy "przycisnęli" nas jednak i w 66. minucie Carlos Babington strzelił gola na 3:2. Do końca przeciwnicy liczyli przynajmniej na wyrównującą bramkę, ale nasza obrona wraz z fenomenalnym Janem Tomaszewskim w bramce do tego nie dopuściła. Następnego dnia, w niedziele, wiele gazet, nie tylko polskich relacjonowało wydarzenia z mistrzostw. "Przegląd Sportowy", w specjalnym niedzielnym wydaniu, na pierwszej stronie pisał wielkimi literami "WIELKI KONCERT BIAŁO-CZERWONYCH" i dalej: "Polska – Argentyna 3:2" oraz "Rywal walczył do końca". Mecz nie był jednak tak jednostronny jak to ukazywały tytuły w gazetach. Dość powiedzieć, że wschodząca wielka gwiazda Argentyny – Mario Kempes – chwilę po rozpoczęciu meczu - był sam na sam z Janem Tomaszewskim..., ale świetną okazję do strzelenia bramki, na nasze szczęście, zmarnował.
O ile w Polsce wielu kibiców nosiło w sobie nadzieje na dobre występy Polaków a także wielu znawców rodzimego futbolu mówiło o "realnych marzeniach", o tyle zagraniczne media i znawcy byli bardzo zaskoczeni postawą Polaków. Dwa przykłady zaskoczenia i zachwytu podaje książka "Srebrna Drużyna" (KAW, 1974). Pierwszy jest z "Münchner Merkur" (18.06.1974) i szerzej opisuje zdarzenie: "Polscy napastnicy w pierwszej połowie znokautowali Argentynę". To jednoznaczne wprowadzenie w dalszej części artykułu rozwinięte jest w dość trafną analizę: "Ich numer 12 – kapitan drużyny Kazimierz Deyna – to doskonały gracz, który z piłką przy nodze pokonywał spacerkiem obronę argentyńską niby człowiek, który na filmie przechodzi przez ścianę". Gadochę krytycy piłkarstwa określiliby niegdyś mniej więcej tak: "Człowiek, którego tak trzymają się tricki, jak małpy wszy. Numer 18 – rekordzista, internacjonał Polski, wyssał, jak się zdaje, sztukę piłkarską z mlekiem matki. Jego podania z flanki i przerzuty były tak fałszowane, że nawet tacy mistrzowie, jak Heredia i Perfumo wraz ze swymi argentyńskimi kolegami, klęli niby furmani, kiedy zostawiali Polakowi zbyt wiele swobody. Numer 10, Musiał, zamienił życie argentyńskich napastników w prawdziwe piekło. Ta maszyna na dwóch nogach biegała przez 90 minut na pełnych obrotach". Natomiast "Aftenposten" (19.06.1974) napisał: "W napadzie mają najszybszą w świecie trójkę: Gadochę, Szarmacha i Latę. Z ogromnym powodzeniem Polacy realizują głoszone przez siebie hasło: atak jest najlepszą obroną". Antoni Szymanowski, polski obrońca, grał w tym meczu z "4", w wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego" tak komentuje nasze zwycięstwo: "Przecież w tym meczu nikt na nas nie stawiał. Teraz już wiemy, że cztery lata później Argentyna zdobyła mistrzostwo świata, a przeciwko nam grał już supersnajper złotych medalistów Mario Kempes. Trener Kazimierz Górski przed meczem powtarzał nam, byśmy się im postawili i zagrali tak, jak umiemy. Tylko tyle od nas wymagał. Niby banał, ale on dobrze wiedział, że to może wystarczyć, bo nasz zespół od olimpijskiego złota w Monachium rósł w siłę, a legendarny mecz na Wembley skonsolidował drużynę. To był chrzest bojowy. Skoro wyeliminowaliśmy mistrzów świata z 1966 roku, mogliśmy wierzyć, że w Niemczech nie damy plamy. Wszystko zaczęło się właśnie od Argentyny". A na wzmiankę o prowadzeniu 2:0 już w 9. minucie meczu stwierdza: "Dla takiego rywala to musiał być szok, z którego na dobrą sprawę nie otrząsnął się już do końca turnieju. Argentyna wyszła z grupy, ale tylko dlatego, że poważnie potraktowaliśmy mecz z Włochami, mimo że awans mieliśmy już w kieszeni. Nasza wygrana oznaczała, że Italia wracała do domu a do kolejnej rundy przeszli też Argentyńczycy".
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360
12
Joan Laporta zostaje prezydentem FC Barcelony:
15 czerwca 2003 r. rozpoczął się okres rządów Joana Laporty. Te date wykorzystał później Sandro Rosell, przekonując sąd do tego żeby zaliczyć sezon 2002/03 jako pierwszy w tej prezydenturze(choć de facto Joan objął urząd już po zakończeniu tamtego sezonu). Pretensje Rosella zostały uznane, dzięki czemu dwie kadencje Laporty upłynęły w 2010 a nie w 2011 r.
@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
10
Zapomniane legendy Blaugrany:
15 czerwca 1930 r. urodził się Jesús Pereda, jedna z większych legend katalońskiego klubu. Bramkostrzelny napastnik, który wbił rywalom 109 goli w 409 spotkaniach. Do końca swoich dni był wierny Katalonii, od momentu przyjścia na świat aż po śmierć był jej oddanym mieszkańcem. W 1950 roku zadebiutował w reprezentacji Hiszpanii, gdzie rozegrał tam 20 spotkań strzelając 8 goli. W ojczyźnie był znany z pewnej sytuacji. Podczas meczu przeciwko Związkowi Radzieckiemu podczas Euro ’64 miał ponoć strzelić gola na 2-1. Dlaczego użyłem słowa ,,miał”? Przekaz telewizyjny w Hiszpanii był ocenzurowany podczas tego spotkania. Relacje radiowe wskazywały, że to właśnie Pereda był strzelcem tej bramki. Taśmy z ZSRR pokazywały że to jednak nie był on, jednak były podejrzenia, że owe materiały były sfałszowane. W przeszłości grał również dla Realu Madryt. Popadł jednak w konflikt z zarządem i trenerami i opuścił Królewskich. W 2011 roku zmarł w wieku 73 lat z powodu raka, który został wykryty 2 miesiące wcześniej.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360
11
Feliz cumpleaños panie Michael! Z okazji 61 urodzin.
15 czerwca 1964 r. w Kopenhadze urodził się Michael Laudrup, ofensywny pomocnik, który uważany jest za jednego z najbardziej eleganckich piłkarzy swoich czasów. W 1989 r. trafił do FC Barcelony z Juventusu i walnie przyczynił się do zdobycia czterech kolejnych mistrzostw Hiszpanii oraz Pucharu Europy. W wyniku konfliktu z Johanem Cruijffem stracił miejsce w składzie(przegapił między innymi przegrany sromotnie finał Ligi Mistrzów z 1994 r.) i zdecydował się na odejście do Realu Madryt. W grze Andresa Iniesty widać było wiele podobieństw do Laudrupa, nic więc dziwnego że Hiszpan uważa Duńczyka za swojego największego idola.
@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@Adran360 Wiem, myśle nad tym żeby w Vectrze dokupić Canal+ ale przy najniższej krajowej, jaką zarabiam, nie jest to tania przyjemność...
2
@blakkudium Mam dość! Wystarczy że się wkurwiałem strumykiem, który nie ciągnął mi meczów Barcuni zakodowanych na Canal+!
0
@blakkudium W dupie mam jakieś dazny pojebane! Tak prestiżowy turniej powinien być pokazywany bezwzglednie w telewizji i to nawet w publicznej telewizji. W związku z tym bojkotuje te impreze, zwłaszcza że jest w nieodpowiedniej dla mnie porze...
3
@FCBparasiempre
Cudowna ,,Barça pięciu pucharów”:
Gdy cofamy się do lat 50-tych, przywołujemy „Maracanazo”, węgierską „Złotą Jedenastkę”, Brazylię Pelego, zaś z drużyn klubowych przychodzi większości z nas do głowy bodaj jedynie Real Madryt z Kopą, Di Stefano i Puskasem. Tymczasem jeszcze przed wielką serią Królewskich w Pucharze Europy swą klasę zademonstrowała ekipa wielkiego rywala Madrytczyków – FC Barcelony. Ów zespół ochrzczono „Barcą Pięciu Pucharów”. Legenda, która dziś została przyćmiona przez Dream Team Cruyffa czy erę Guardioli. Obecnie pamiętają o niej jedynie prawdziwi „cules”. Historia ma swój początek latem 1950. Wtedy to bowiem na Półwysep Iberyjski zawitała Hungaria, drużyna złożona z emigrantów ze wschodu kontynentu. Zagrali oni kilka meczów w Hiszpanii, podczas których ówczesny już skaut Barcelony, wcześniej będący piłkarzem katalońskiego klubu, Josep Samitier (historię jego występów w Barcelonie przeczytasz tutaj) zwrócił uwagę na lidera gości Laszlo Kubalę. Problem polegał na tym, że jak to ma miejsce także w dzisiejszych czasach, na tego samego zawodnika sidła zasadzili ludzie związani z Realem Madryt. Ostatecznie jednak Samitier wywiódł ich w pole wsadzając pijanego Kubalę do samochodu i zawożąc go do Barcelony, gdzie Laszlo parafował umowę z „Blaugraną”. Laszlo został oszukany, gdyż podczas jazdy spytał Samitiera: „Jedziemy do Madrytu?”, a w odpowiedzi otrzymał potwierdzenie.
Dzięki temu Kubala niejako w pakiecie z trenerem Hungarii Ferdinandem Daucikiem i kolegą klubowym Nicolae Simatociem, znanym pod węgierskim nazwiskiem Miklos Szegedi, podpisał kontrakt z Dumą Katalonii. Co ciekawe, przyszły idol Les Corts był prywatnie szwagrem szkoleniowca. Interesująca jest również sprawa pochodzenia zawodnika. W jego żyłach płynęła krew słowacka, ale też polska. Na przestrzeni piłkarskiej kariery występował dla reprezentacji Czechosłowacji, Węgier i Hiszpanii. Życie Kubali jest jednak materiałem na odrębną historię, skupmy się na ówczesnej Barcelonie. Rywalizacja o wspaniałych piłkarzy między wielkimi rywalami rozgorzała później wokół Alfredo Di Stefano, co można poczytywać jako swego rodzaju zemstę „Królewskich” za sprzątnięcie im Kubali sprzed nosa przez „Blaugranę”. Gdy Argentyńczyk porozumiał się już z Barceloną, a zarząd klubu dogadał szczegóły transferu z klubami roszczącymi sobie prawa do Alfredo – Milionarios Bogota i River Plate, plany pokrzyżował im prezydent Realu Santiago Bernabeu. Przekonał napastnika do gry w Madrycie. Rozstrzygnięcia sporu podjęła się federacja, która wydała wyrok orzekający o tym, że cztery lata kontraktu mają zostać podzielone po równo kolejno między Real i Barcę. „Blaugrana” oprotestowała tę decyzję, lecz apelację odrzucono, po czym władze katalońskiej ekipy zrezygnowały ze starań o pozyskanie piłkarza. Z pierwszej połowy sezonu 1950/51, a zwłaszcza jego pierwszej połowy, „cules” nie mogli się cieszyć. Podstawową przyczyną porażek Katalończyków było zawieszenie na rundę wiosenną Laszlo Kubali. Jako powód kary nałożonej na Węgra wskazano nieuprawnione opuszczenie ojczyzny i uchylanie się od służby wojskowej. W Primera Division FC Barcelona nie zdołała się przebić nawet na podium. Jej wyniki z tamtych rozgrywek ligowych w dzisiejszych czasach wyglądają jak zły sen. Aż 11 porażek w 30 spotkaniach, co dało czwartą pozycję, a Barcelona zdążyła już wcześniej wypracować sobie miano czołowej ekipy w kraju i na kontynencie. Aby zrozumieć jednak ówczesną sytuację w klubie wypada nadmienić, że rok wcześniej Barca zakończyła ligę na piątym miejscu, przegrywając przy tym 10 spotkań ligowych.
Duet Daucik-Kubala wyprowadził „Blaugranę” ponownie na salony. Pierwszy sukces bordowo-granatowych miał miejsce wiosną 1950. Ekipa z „ Camp de Les Corts” triumfowała w Pucharze Generała. Pod ową nazwą krył się, za rządów Francisco Franco, dzisiejszy Copa Del Rey. Turniej nie trwał tak jak dziś prawie cały sezon, lecz zamknął się na przestrzeni niecałego miesiąca już po wyłonieniu mistrza kraju. Przeciwnikami graczy z Miasta Gaudiego w pierwszej rundzie została FC Sevilla. „Blaugrana” nie napotkała na swojej drodze do awansu problemów. W spotkaniu na „Estadio de Nervion” rozpoczynającym pucharowy marsz triumfalny wygrała 1:2. Rewanż tylko pogrążył Andaluzyjczyków, gdyż zakończył się pewnym zwycięstwem Barçy 3:0. W ćwierćfinałowym dwumeczu „Duma Katalonii” zmasakrowała wręcz Atletico Tetuan (dziś siedziba mieści się w granicach Maroka, a sam klub nie został zlikwidowany). Dwie wygrane, bilans bramek 7:2 mówią same za siebie. O awans do finału Katalończycy zmierzyli się z sztandarowym klubem Baskonii – Athletikiem Bilbao. Publiczność zgromadzona na Les Corts nie miała okazji do obejrzenia choćby jednej bramki, a w Kraju Basków przyjezdni zdołali triumfować 2:1. W batalii o trofeum los skojarzył „Blaugranę” z kolejnym baskijskim klubem – Realem Sociedad San Sebastian. Areną finału wybrano Nuevo Chamartin w Madrycie. Śpieszę z wyjaśnieniem dla nieświadomych – dziś tenże stadion funkcjonuje pod nazwą Estadio Santiago Bernabeu ku pamięci byłego prezydenta Realu. Ostateczna konfrontacja okazała się łatwizną dla FC Barcelony. „Blaugrana” pokonała przeciwników 3:1 i zdobyła pierwsze trofeum po dwuletniej posusze. Copa del Generalisimo jedynie było początkiem prawdziwej zwycięskiej serii, jakiej barcelonismo doświadczyło w roku 1952. Pięć pucharów w 12 miesięcy. Osiągnięcie to w roli rekordu funkcjonowało aż do ery Guardioli.
Pierwszy z pięciu kroków postawiony został poprzez wygranie ligi. Walka o prymat toczyła się praktycznie do końca. „Blaugrana” z 43 punktami na koncie o ledwie trzy „oczka” wyprzedziła „Lwy” z Bilbao, wtedy grające pod nazwą Atletico ze względu na represje. Wtedy hierarchia wyglądała trochę inaczej, gdyż ekipy Primera Division prezentowały bardziej wyrównany poziom. Barca wygrała dziewiętnaście spotkań, pięć zremisowała a sześciokrotnie zmuszona była uznać wyższość rywali.
Później w krajowym pucharze podopieczni Daucika niszczyli wszystkich, których napotkali na swej drodze. Zdemolowane zostały ekipy „Los Colchoneros” i Malagi, a także Realu Valladolid w pierwszym meczu. Rewanż przeciwko Kastylijczykom, poprzedzony „La manitą” na „Les Corts”, Barceloniści przegrali 3:1, lecz ogromna zaliczka z pierwszego meczu pozwoliła im bez trudu awansować. 25 maja Blaugrana stanęła przed szansą obrony wywalczonego rok wcześniej tytułu, a utrudnić jej tę sztukę miała Valencia. Mimo starań Nietoperzy, Barca udowodniła swoją przewagę w stosunku do pozostałych klubów hiszpańskich i po zwycięstwie 4:2 mogła cieszyć się z potwierdzenia panowania na krajowym podwórku wznosząc ku niebu Puchar Generała. Niemal miesiąc później, 15 czerwca, bordowo-granatowi dołożyli piękne, acz mające symboliczne znaczenie trofeum za wygranie Copa Martini&Rossi. W corocznym, kończącym sezon na Les Corts spotkaniu o charakterze towarzyskim pokonali zaproszoną ekipę z francuskiej Nicei. W czerwcu Barça wzięła udział też w Pucharze Łacińskim na paryskim Parc des Princes. Na przełomie lat 40. i 50. rywalizowali w nim mistrzowie Francji, Portugalii, Włoch i Hiszpanii. W Paryżu najlepsza hiszpańska ekipa sezonu zostawiła w pokonanym polu mistrzów Włoch – Juventus (4:2) i, ponownie w ciągu dwóch tygodni, Francji – OGC Nice (1:0). Do wyżej wymienionych trofeów automatycznie doliczono dzięki dubletowi w kraju Copa Eva Duarte (Superpuchar Hiszpanii). Ten wielki team błyszczał niemniej krótko, bo do roku 1953. Bezpośrednio po mitycznym sezonie z trudem wywalczył „tylko” dublet a następnie całkowicie spuścił z tonu, co poskutkowało zwolnieniem Ferdinanda Daucika jesienią 1954. Lecz „Barca de las Cinco Copas” to nie tylko tytuły. Zespół ten był również jak jedna wielka rodzina, z mnóstwem smaczków i anegdot. Naiwni ci, którzy myślą, że dzisiejsi piłkarze są bardziej rozrywkowi od tych, którzy dawniej zachwycali fanów. Gustau Biosca, obrońca w talii Daucika, wdał się w płomienny romans z wszechstronnie utalentowaną i ciemnowłosą Lolą Flores, obiektem westchnień wielu Hiszpanów. Lola zajmowała się tańcem, śpiewem, a także grała w filmach. Mimo tych atutów Lola dla Gustaua okazała się wyłącznie zabawką i piłkarz rzucił ją, by zostać przy swej żonie.
Bohaterem szklanego ekranu przez chwilę miał okazję być portero Antonio Ramallets. Wystąpił on w filmie Francisco Roviry-Velety „11 par butów” i „Asy szukają spokoju” wraz z Andresem Boschem, Estanislau Basorą i Kubalą. Antonio bardzo dbał o swój wygląd. Żartowano nawet, że ma lustro przymocowane do prawego słupka, by po każdej interwencji patrzeć, czy jego fryzura pozostała nienaruszona. Zawsze przed pierwszym gwizdkiem wykonywał również swego rodzaju rytuał: podchodził do bramki, witał kibiców i rzucał do siatki rękawiczki wraz z czapką. Obecnie wszyscy gracze „Barcy Pięciu Pucharów” niestety już nie żyją (ostatnim żyjącym był Biosca, który odszedł w dzień wszystkich świętych 2014 roku), więc tym bardziej cenne jest utrzymywanie pamięci o nich. Szczególnie w umysłach miłośników nie tylko FC Barcelony, ale całego hiszpańskiego futbolu.
3
@Bernard777 już wiesz gdzie czytać?
11
Jacek Gmoch „se pomajstrował”:
14 czerwca przypada rocznica porażki z Argentyną na mistrzostwach świata 1978: https://sport.tvp.pl/70527118/ms-1978-popis-mario-kempesa-i-przeklety-rzut-karny-kazimierza-deyna-45-lat-po-meczu-argentyna-polska
@Sysia11
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360
9
Genialny Escola na piątke!
14 czerwca 1936 r. FC Barcelona rozgromiła CA Osasuna 7:1 na „Camp de Les Corts” w rewanżowym starciu półfinałowym o Puchar Króla. W pierwszym spotkaniu Blaugrana przegrała 4:2, więc z nawiązką odrobiła straty awansując do finału. Nie lada wyczynem w rewanżu popisał się fenomenalny napastnik Josep Escola, strzelając 5 goli, w tym klasycznego hattricka w pierwszej połowie. Pozostałe 2 gole dołożył Marti Vantolra.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
0
@Ogorinho1974 Piechniczek też miał swoje za uszami, nie tylko nie podrodze było mu z Szarmachem. Na tych samych mistrzostwach mało nie zajeździł Matysika! Ta książka Makowieckiego jest gdzieś dostępna wogóle?
3
Najsmutniejszy dzień w życiu Joana Gampera:
Dyktatura Miguela Primo de Rivery w latach 20-tych prześladowała liczne instytucje. Rozwiązano na przykład Mancomunitat de Catalunya(instytucja opowiadająca się za autonomią Barcelony). Zamknięto także wiele stowarzyszeń i organizacji. To samo w 1925 r. spotkało stowarzyszenie chóralne Orfeo Catala, założone w 1891 r. i zamknięte z nakazu rządu. To zdarzenie spowodowało iż FC Barcelona postanowiła zorganizować mecz w hołdzie chórowi. Wybrano dzień 14 czerwca 1925 r. a rywalem Barçy był Club Esportiu Jupiter. Żeby przyciągnąć więcej widzów na Estadio Camp de Les Corts, Arthur Witty, jeden z założycieli klubu, zaprosił zespół muzyczny ze statku floty angielskiej, który zacumował w barcelońskim porcie. Przed rozpoczęciem meczu zespół odegrał Marsz Królewski(hiszpański hymn), przywitany przez 14 tysięcy obecnych na trybunach kibiców głośnymi gwizdami. Reakcja ta zepsuła nastroje angielskich muzyków, którzy zaczeli co raz bardziej fałszować. Następnie zespół wykonał „ God save the Queen". Królewski hymn brytyjski według jednych źródeł wysłuchany został przy godnej szacunku ciszy a według innych przy ogłuszającym aplauzie barcelońskich kibiców. Dwa dni później klub dostał komunikat od Rządu Cywilnego, w którym zawiadamiano o wszczęciu postępowania za wygwizdanie hiszpańskiego hymnu, ,,oznaczające ostentacyjną niechęć do Hiszpanii". Postępowanie opierało się na raporcie przygotowanym przez komendantów policji. Ostatecznie ówczesny gubernator cywilny miasta Joaquim Milans de Bosch, przesłał list do FC Barcelony, komunikując w nim o zawieszeniu wszelkiej działalności klubu na 6 miesięcy(później kare zredukowano na 3 miesiące). Dwa dni później w siedzibie Barçy zjawiła się policja żeby zamknąć i zapieczętować drzwi lokalu. Zawieszenie działalności klubu pociągneło za sobą odejście ze stanowiska Joana Gampera i wygnanie go z kraju, co w efekcie po kilku latach skutkowało popełnieniem samobójstwa przez niego. Później założyciel Barçy przyznał iż dzień, w którym policja zamknęła siedzibe przy „Placa de Teatre”, był ,,najsmutniejszym w moim życiu". Po jego przymusowym odejściu funkcję prezydenta klubu objął arystokrata Arcadi Balaguer, bliski przyjaciel króla Alfonsa XIII. Pomimo zawieszenia działalności liczba socios pozostała nie zmieniona. W czasie gdy klub był zamknięty, żaden socio nie zrezygnował z karnetu. Co więcej, wszyscy płacili miesięczne składki, zaś do biura klubu przychodziły anonimowe darowizny. Również żaden z zawodników nie odszedł z klubu. Okres braku sportowej aktywności wykorzystano na zasianie trawy na placu gry. Wszystkie katalońskie kluby, z wyjątkiem Espanyolu, okazały solidarność z FC Barceloną i postanowiły zaczekać z wznowieniem rozgrywek o mistrzostwo Katalonii do zakończenia sankcji. Pierwszy mecz, jaki Blaugrana rozegrała na murawie „Les Corts” miał miejsce 24 grudnia 1925 roku, kiedy piłkarze Barçy zmierzyli się z austriacką drużyną First Vienna Futbol Club.