1

@Bernard777 Dzięki śliczne i wzajemnie :)

13

Finał, który pod każdym względem wstrząsnął światem:

4 lipca 1954 r. w finale V Mistrzostw Świata(nazywanym również „Cudem w Bernie”) RFN pokonała Węgry 3:2(2:2). Oficjalnie ten mecz jest postrzegany jako jedna z największych sensacji mundiali. Jednak nie dla mnie! Bowiem ja postrzegam to wydarzenie jako największy przekręt finałów mistrzostw świata! Ówczesna ,,Złota węgierska jedenastka” gromiła wszystkich po kolei aż miło, nawet RFN w tych samych mistrzostwach w fazie grupowej w stosunku 8:3! Cóż więc takiego się stało? Przede wszystkim w tym wysoko wygranym przez Węgrów meczu grupowym Ferenc Puskas został brutalnie sfaulowany przez Liebricha. Było wówczas wiele głosów, że Niemiec zrobił to z premedytacją, by pozbawić Węgrów najlepszego zawodnika. W efekcie Puskas powrócił do składu dopiero w meczu finałowym, lecz z niezaleczoną kontuzją. Jednak w 87 minucie Puskas strzela gola wyrównującego i….. sędzia główny odgwizduje spalonego, którego zasygnalizował sędzia liniowy. Czy rzeczywiście był spalony? Teraz tego już się raczej nie udowodni. Jednak wielu naocznych świadków na stadionie twierdziło że liniowy ewidentnie się pomylił. Obrońca reprezentacji węgierskiej Jeno Buzansky tak oto wspomina: ,, Wyrównujący gol Puskasa na 3:3 został zdobyty prawidłowo. Mówi się że kamery telewizyjne nie rozstrzygnęły czy sędzia podjął słuszną decyzje ale my wiemy że w Niemczech jest taki film, nakręcony amatorską kamerą, który rozstrzyga wątpliwości na naszą korzyść. Nikt go jednak nie chce upowszechnić. Gdyby mecz zakończył się remisem, trzeba by go było powtórzyć dwa dni później. Wówczas inaczej byśmy do niego podeszli i na pewno nie dalibyśmy Niemcom szans ale wyraźnie świat nie chciał dopuścić do tego aby mistrzem świata została reprezentacja z Europy Wschodniej. Angielski sędzia Ling prowadził na tych mistrzostwach tylko dwa mecze. Akurat nasze z Niemcami. Nikt mi nie powie że to przypadek”. Co więcej, Niemiec Adolf(Adi) Dassler wymyślił na ten mecz wkręcane kołki. 4 lipca 1954 roku boisko w Bernie było grząskie i podmokłe od deszczu. Nowinka technologiczna, czyli wymienne kołki, okazała się super-bronią Niemców. Dzięki lepszym butom, w przeciwieństwie do Węgrów, utrzymywali równowagę i czuli się pewnie. Dassler, twórca Adidasa, siedział podczas finału na ławce Niemiec, w przerwie czyścił piłkarzom buty z błota i wstawiał dłuższe kołki. Oczywiście FIFA nie miała bladego pojęcia o czymś takim. Mało tego! Jest niemal pewne że Niemcy przed meczem szprycowali się dopingiem, po czym ośmiu z nich chorowało na żółtaczkę. Z kolei historyk sportu Erik Eggers wraz z zespołem zajmował się badaniem tego przypadku na Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie. Orzekł on, iż istnieje „kilka mocnych przesłanek, które wskazują na wstrzykiwanie niektórym niemieckim piłkarzom Pervitinu, a nie witaminy C jak wcześniej twierdzono”. Pervitin był opartym na metamfetaminie stymulantem używanym wśród żołnierzy podczas II wojny światowej. Badania przeprowadzone przez Uniwersytet w Lipsku, które zostały później określone jako „Doping w Niemczech”, były finansowane przez Niemiecki Komitet Olimpijski. W taki oto podstępny sposób szwabskie cwaniaczki bezczelnie pozbawiły zasłużonego złotego medalu cudownej ,,Złotej jedenastki” Węgier.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

1

@Bernard777 Wiesz co, bardzo dobrze że to zauważyłeś ale nie mam bladego pojęcia czy chodzi o 11-tke w historii Euro włącznie z turniejem 2000? Niewykluczone że zaistniał błąd w artykule co do tej jedenastki. Przykro mi ale nie odpowiem ci na to pytanie. Artykuł skopiowałem ze strony retrofutbol.pl

11

O tym się wspomina, o tym się pisze:

4 lipca 1971 r. FC Barcelona wygrała swój ostatni Puchar Hiszpanii pod egidą Copa del Generalisimo. Pod tą nazwą funkcjonował krajowy puchar w latach 1939-75, na cześć generała Franco. W tamtych czasach zakazane było używanie katalońskich nazw własnych, stąd drużyna Blaugrany nazywała się ,,Club de Futbol Barcelona” i dopiero rok przed śmiercią dyktatora w 1975 r. wróciła do nazwy FC Barcelona. Finał z Valencią CF rozgrywany na Santiago Bernabeu miał bardzo dramatyczny przebieg. Barça po 50 minutach przegrywała 0:2, lecz gole Fuste oraz Zabalzy doprowadziły do dogrywki. Pedro Zabalza wyprowadził Blaugrane na prowadzenie w 99 minucie, jednak dwie minuty później wyrównał Oscar Valdez. W 112 minucie zwycięskiego gola zdobył środkowy napastnik Barçy Ramon Alfonseda.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

11

@FCBparasiempre
,,Rensenbrink… tegen de paal. Rensenbrink tegen de paal”– te słowa wykrzyczane 25 czerwca 1978 roku przez legendarnego komentatora Theo Reitsme zna każdy holenderski kibic piłkarski. Sekundy wcześniej, Rob Rensenbrink, po podaniu Ruuda Krola, trafił piłką w słupek. Była to 90. minuta meczu finałowego mistrzostw świata, w którym Argentyna remisowała z Holandią 1:1. Do zdobycia tytułu zabrakło Oranje kilkunastu centymetrów. „Ciągle uważam, że to nie była dobra sytuacja strzelecka. Tylko trąciłem stopą piłkę i trafiłem w słupek. Nie mogłem nic więcej zrobić”. Holenderski lewoskrzydłowy był jednym z najlepszych piłkarzy świata swoich czasów, ale niestety został zapamiętany głównie z tej akcji. Jak sam mówił w wywiadzie z 2017 roku. „Słupek. Zawsze ten słupek. Zostanie to ze mną aż do śmierci”. Pieter Robert Rensenbrink był prawdziwym amsterdamczykiem. Urodził się w dzielnicy Jordaan 3 lipca 1947 roku, trzy miesiące po Johanie Cruijffie. Jego rodzina mieszkała w dzielnicy Amsterdam West przy ulicy Van Bossestraat. Karierę piłkarza rozpoczynał w dzielnicowym klubie ZSGO (w wyniku fuzji z WMS obecnie istnieje pod nazwą ZSGOWMS). W wieku 11 lat przeprowadził się wraz z rodzicami do Oostzaan. Jego ojciec pracował w stoczni NDSM w Noord Amsterdam i zaproponowano mu dom w Oostzaan. Młody Robert niechętnie się tam przeprowadził, i jak wiele dzieci w jego wieku bardzo tęsknił za swoimi przyjaciółmi. Z tego powodu regularnie jeździł rowerem do West Amsterdam, aby grać z nimi w piłkę na ulicy. Jednak postanowił zmienić klub, i przeniósł się z ZSGO do OSV w Oostzaan. W wieku piętnastu lat zadebiutował w pierwszej drużynie OSV w meczu decydującym o utrzymaniu w drugiej lidze i strzelił zwycięskiego gola. „W drodze powrotnej widziałem z autobusu, że kibice napisali na murze nabrzeża – Rob uratował OSV – co sprawiło, że byłem wtedy bardzo dumny. Mimo to nadal byłem bardzo nieśmiały i nawet nie odważyłem się wziąć prysznicu w szatni po tym meczu” – wspominał na obchodach 100-lecia OSV. Po kilku sezonach na młodego Rensenbrinka strzelającego wiele bramek w drugiej lidze zwrócił uwagę DWS, zawodowy klub z Amsterdamu. Mogłoby się wydawać, że logicznym krokiem byłoby przejście do Ajaksu, który też był zainteresowany nastolatkiem z OSV. Jednak w Ajaksie mieli już znakomitego lewoskrzydłowego Pieta Keizera i pewnie dlatego wynagrodzenie, jakie zaoferowali pracującemu wtedy jako pomocnik stolarza Rensenbrinkowi, było śmiesznie niskie. „Co więcej, Ajax nie był wtedy jeszcze tak dobrym klubem.” – mówił po latach Rensenbrink. W związku z tym osiemnastoletni Rob został pozyskany przez DWS za równowartość 3 tysięcy euro. DWS, który rok wcześniej został mistrzem kraju, był pierwszym holenderskim klubem z pełnoetatowymi profesjonalistami. „Otrzymywałem wtedy około 14 000 guldenów rocznie z dodatkami. Mój ojciec zarabiał w tym czasie 7 000 guldenów. To było całkiem przyzwoite, jak na młodego 18-letniego chłopca”– tak wspomina Rob. Młody lewoskrzydłowy zadebiutował w barwach DWS w październiku 1965 roku, podczas wygranej 2:0 z Feyenoordem na Stadionie Olimpijskim. Szybko okazało się, że mało kto będzie umiał powstrzymać Rensenbrinka. Już w swoim trzecim występie zdobył zwycięskiego gola w wygranym przez DWS 1:0 meczu ligowym. Jednak dopiero w trzecim sezonie regularnie trafiał do bramki. Rensenbrink strzelił wtedy dziesięć goli i dzięki temu został po raz pierwszy powołany przez trenera reprezentacji Georga Kesslera do drużyny narodowej. W DWS grał m.in. z innym reprezentantem Oranje Rinusem Israëlem, który w 1966 przeniósł się do Feyenoordu. „Rinus przeszedł z DWS do Feyenoordu. Po kilku latach zapukali i do moich drzwi. Pomyślałem, że fajnie byłoby grać na De Kuip, gdzie wcześniej wybił się wspaniały Coen Moulijn. DWS zażądał za mnie 450 000 guldenów (równowartość około 200 tys. euro), i Feyenoord stwierdził, że to za dużo. Club Brugge jednak zgodził się na taką kwotę. Później podpisałem siedmioletnią umowę z Anderlechtem, i żałuję tego. Real Madryt i Inter Mediolan były mną zainteresowane. Rozmawiałem z Włochami w Rotterdamie razem z Faasem Wilkesem. Anderlecht nie chciał jednak nawet rozmawiać o transferze” – tak opisywał swoją historię transferową Rensenbrink.



To było bardzo dziwne, ponieważ kiedy Rob Rensenbrink przybył do Club Brugge w 1969 roku, miał na koncie 6 meczów w reprezentacji, i mimo że jako lewoskrzydłowy rywalizował z takimi legendami holenderskiej piłki jak Piet Keizer i Coen Moulijn, był całkowicie nieznany na arenie międzynarodowej. Belgijscy kibice go nie znali, ale Club Brugge miał wiele kontaktów, które ówczesny dyrektor sportowy Joseph Hutsebaut zbudował w Holandii. W ten sposób udało im się pozyskać Rensenbrinka. Rob jednak nigdy nie dopasował się do Blauw-Zwart. Jako klasycznie wyszkolony skrzydłowy nie potrafił dostosować się do gry z legendą Brugii Raoulem Lambertem. Czasami zdarzały się momenty, gdy Rensenbrink pokazywał wielką klasę, ale równie często całkowicie znikał na boisku. Co więcej, Rensenbrink okazał się samotnikiem, który zdecydowanie nie pasował do rodzinnego ducha Club Brugge. Prawie nic nie mówił, choć Club specjalnie dla niego sprowadził równocześnie innego Holendra Henka Houwaarta, z którym Rob mieszkał przez pewien czas, a później grywał w ping-ponga w garażu. Jednak gra Rensenbrinka wzbudzała zachwyt, ponieważ najlepiej wypadał w najważniejszych meczach. Swoimi niepowtarzalnymi dryblingami, szybkością, elegancją i jak to pięknie pisano „aksamitną techniką” tak olśnił węgierskiego trenera Lajosa Barótiego, że ten nazwał go „Człowiekiem Wężem”. Stało się to wiosną 1970 roku, kiedy to Club Brugge mierzył się w drugiej rundzie Pucharu Miast Targowych z prowadzonym przez Barótiego Újpestem Dosza. Belgijski klub wygrał u siebie 5:2, a Rensenbrink zdobył w tym meczu hattricka. Przydomek het Slangenmens został z nim już do końca kariery. Legendarny Constant Vanden Stock był częścią zarządu Club Brugge pod koniec lat 60 XX wieku. Opuścił Club w 1971 roku, a następnie został prezesem RSC Anderlecht. Vanden Stock dobrze znał klasę Rensenbrinka i dlatego chciał sprowadzić holenderskiego dryblera do Brukseli. Rensenbrink podpisał umowę z Anderlechtem, który w zamian z Holendra przekazał do Brugii równowartość obecnych 150 tys. euro oraz dwóch piłkarzy Wilfrieda Puisa i Johnny’ego Velkeneersa. W Anderlechcie Rensenbrink po raz kolejny spotkał się z trenerem Kesslerem. W Anderlechcie Rensenbrink rozkwitł. Już w pierwszym sezonie zdobył z Fiołkami dublet, a rok później puchar. W połowie lat 70. Rensenbrink stał się nową gwiazdą zespołu. Jego dryblingi wprawiały publiczność w ekstazę, a przeciwników doprowadzały do łez. Niestety często bezradni rywale ratowali się brutalnymi faulami. Rob został królem strzelców w 1973 roku i tym samym powtórzył wyczyn swojego rodaka i serdecznego przyjaciela Jana Muldera. Jednak Rensenbrink spotykał się również z krytyką. Wielu uważało, że nie mobilizuje się na mecze ligowe z przeciętnymi zespołami, a tylko wtedy gdy gra przeciwko dobrym drużynom. On sam temu zaprzeczał, ale słynny trener Raymond Goethals ujął to najlepiej: „Na mecze galowe Robbie zawsze wkłada smoking”.

Fakt, że Rensenbrink dobrze wypadał głównie w najważniejszych meczach, nie przeszkadzał nikomu w klubie. W 1976 roku RSC Anderlecht zmierzył się w finale Pucharu Zdobywców Pucharów z West Hamem. Mecz był rozgrywany na stadionie Heysel w Brukseli, co z pewnością sprzyjało Fiołkom. West Ham prowadził w tym spotkaniu 1:0, ale Anderlecht odrobił straty z nawiązką, i m.in. po dwóch golach Rensenbrinka wygrał tę rywalizację 4:2. Kilka miesięcy później Holender ośmieszał w dwumeczu o Superpuchar UEFA znakomitego niemieckiego obrońcę Hansa-Georga Schwarzenbecka. Pierwszy mecz z Bayernem Monachium Fiołki przegrały 1:2, ale w rewanżu wygrały 4:1, po wspaniałym występie Holendra, w którym zdobył dwa gole. Za wspaniałą grę w 1976 Rensenbrink otrzymał nagrodę Złotego Buta dla najlepszego piłkarza w Belgii, a w plebiscycie na France Football był o krok od zdobycia Złotej Piłki, lepszy okazał się tylko słynny Franz Beckenbauer. Rok później Anderlecht dotarł do finału PZP po raz drugi z rzędu, ale tym razem przegrał 0:2 z niemieckim HSV. W kolejnym sezonie Anderlecht po raz trzeci z rzędu zameldował się w finale PZP i był to według wielu obserwatorów, jeden z najlepszych występów Slangenmensa w karierze. Rensenbrink zdobył dwa gole i jako kapitan wzniósł trofeum do góry po zwycięstwie 4:0 z Austrią Wiedeń. Zresztą sami popatrzcie. W grudniu 1978 Anderlecht zmierzył się z Liverpoolem w meczu o Superpuchar UEFA. Na Astrid Park Fiołki wygrały 3:1 (Rensenbrink strzelił trzeciego gola) i mimo porażki na Anfield 1:2 po raz drugi zdobyły to trofeum. Rensebrink ponownie został doceniony w Europie i zajął 3 miejsce(za Keeganem i Kranklem) w plebiscycie o Złotą Piłke France Football.



Rensenbrink był artystą, który grę opierał wyłącznie na swojej intuicji i nienawidził taktyk. Dopiero w ostatnim momencie decydował, co zamierza zrobić z piłką, i pozostawiał to inspiracji chwili. Swoimi dryblingami i balansem ciała terroryzował przeciwników i dlatego właśnie nazywano go wężem. Dodatkowo był również zamknięty w sobie jako ostryga, nawet w czasach największej chwały w Anderlechcie. W naturalny sposób wymusił przywództwo poprzez swoje osiągnięcia. Jednak nawet z Fiołkami nie potrafił zmobilizować się na każdy mecz. Zwykle był pełen zapału, ale czasem zdawał się kontemplować na uboczu. Wszystko zależało od jego chęci współpracy i zachęt, które otrzymywał. Mistrzem w wyciąganiu z Rensenbrinka tego co najlepsze był wspominany już wcześniej trener Raymond Goethals. Dał on swojej holenderskiej gwiazdce wolną rękę. Dzięki temu Rensenbrink mógł spokojnie opuszczać narady przedmeczowe. „Ta gadanina nie jest dla ciebie”- mówił belgijski trener. A taktyka Anderlechtu często była bardzo prosta: „Jak nie wiesz co zrobić z piłką, to oddaj ją Robbiemu”– to również słowa Goethalsa. Pomarańczowy rozdział w karierze Roba Rensenbrinka powinien być dużo większy. 46-krotny reprezentant zadebiutował – razem z innym legendarnym piłkarzem Oranje Willemem van Hanegemem – w meczu przeciwko Szkocji 30 maja 1968 r. Był częścią wyjątkowo utalentowanego pokolenia piłkarskiego, które na zawsze zagościło na kartach historii. Jednocześnie pozostało wrażenie, że powinien osiągnąć więcej. Z dwoma srebrnymi medalami MŚ w 1974 i 1978 r., oraz trzecim miejscem na ME w 1976, Rensenbrink należy do grona najbardziej utytułowanych holenderskich graczy. Jednak poprzez to, że najlepsze lata swojej kariery spędził na belgijskich boiskach, nie zyskał w Holandii uznania, na jakie zasługiwał. W 1980 roku Rensenbrink opuścił Astridpark i po 11 latach gry w Belgii 32-letni Holender wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Przyjął lukratywną ofertę Portland Timbers, wtedy klubu z North American Soccer League. W tamtych czasach wielu piłkarzy przeniosło się do Stanów Zjednoczonych, by dorobić na koniec kariery. Tą drogą podążyli również inni gracze z Beneluksu jak: Johan Cruyff, Johan Neeskens, Juan Lozano, Wim Jansen, Lex Schoenmaker, Leo van Veen, Guus Hiddink czy Dick Advocaat. Trenerami w USA byli też Rinus Michels i Cor van der Hart. Jak większość europejskich graczy, Rensenbrink nie pozostał długo w Stanach Zjednoczonych. W 1981 roku wrócił do Europy. Skończył zawodową karierę w drugiej lidze francuskiej, grając w Toulouse FC, gdzie występował też jego dobry przyjaciel i były kolega z drużyny Gilbert Van Binst. Jednak z powodu poważnej kontuzji jego umowa z klubem francuskim została przedwcześnie rozwiązana. Następnie wrócił do Holandii i przez pewien czas grał w piłkę na poziomie amatorskim OSV, czyli w klubie, w którym rozpoczynał swoją karierę. Później przez chwilę był nawet trenerem. Kilka lat temu Rensenbrink poinformował opinię publiczną, że zdiagnozowano u niego PMA, czyli postępujący zanik mięśni. Przez kilka lat dzielnie walczył z chorobą, choć zdawał sobie sprawę, że jest ona nieuleczalna. Latem 2017 roku udzielił wywiadu w swoim ogrodzie: ,,Tak, wciąż żyję– mówił z uśmiechem. Pierwszy odszedł Moulijn, potem Keizer. Będę następny, prawda?”. Niestety piłkarz, który mógł zostać bohaterem Królestwa Niderlandów, dokładnie w sobotę 25 stycznia, zmarł. Pieter Robert Rensenbrink miał 72 lata.



W 2007 roku 10 wielkich belgijskich trenerów wybrało Roba Rensenbrinka na najlepszego obcokrajowca grającego kiedykolwiek na belgijskich boiskach. Kilka lat później identycznego wyboru dokonali kibice. Oba rankingi zorganizował prestiżowy belgijski magazyn Sport-Voetbalmagazine. Jan Mulder, były kolega z drużyny i przyjaciel Roba Rensenbrinka tak go wspomina: „To była przyjemność go oglądać. Był prawdziwym skrzydłowym, prawdziwym lewym skrzydłowym. Rob Rensenbrink był równie dobry jak Piet Keizer. Tylko Johan Cruijff był lepszy.” RSC Anderlecht w oficjalnym komunikacie wydanym po śmierci Roba, napisał tak: „Snake man” to najwspanialszy lewoskrzydłowy w historii RSCA i jeden z architektów pierwszych wielkich europejskich sukcesów naszego klubu. Jego niepowtarzalna technika, wdzięk i nos do bramek od lat fascynują fanów Sporting Anderlecht i wszystkich kibiców piłki nożnej na świecie. Jesteśmy bardzo dumni, że nosił nasze barwy przez dziewięć pięknych sezonów.”



Osiągnięcia klubowe:

Club Brugge KV

Puchar Belgii – 1969/70

RSC Anderlecht

Mistrzostwo Belgii (2x) – 1971/72, 1973/74

Puchar Belgii (4x) – 1971/72, 1972/73, 1974/75, 1975/76

Puchar Zdobywców Pucharów (2x) – 1975/76, 1977/78

Superpuchar Europy (2x) – 1976, 1978

Osiągnięcia Reprezentacyjne:

Mistrzostwa Świata – 2 miejsce (2x) – 1974, 1978

Mistrzostwa Europy – 3 miejsce – 1976

Osiągnięcia Indywidualne:

Złota Piłka – 2 miejsce (1976), 3 miejsce (1978)

Gouden Schoen (Złoty But) – 1976

Król strzelców ligi belgijskiej – 1972/73

Najlepszy strzelec w historii PZP – 25 goli

Najlepszy obcokrajowiec w historii ligi belgijskiej – 2007

Najlepszy piłkarz w historii RSC Anderlecht – 2020

Jedenastka Mistrzostw Świata – 1974, 1978

Jedenastka Mistrzostw Europy – 2000

Fifa 100

Strzelec gola nr 1000 w historii MŚ

12

1

@FcPortoFan1999 No chyba tak!

2

Jak zwróciłem uwage Idze przy pierwszym serwisie, to w końcu porządnie pierdolneła! I tak trzymać!!!

1

@Bernard777 Tak! zgadza się się. Musieliśmy wygrać, gdyż te piepszone szwaby mieli lepszy bilans bramkowy niestety!

0

@misterio Gola?

1

Ja nie rozumiem dlaczego nasza kochana Igunia nie może po prostu porządnie pierdolnąć pierwszym serwisem, tak aby przeciwnik nie mógł normalnie odebrać i żeby skończyć punkt przy swoim serwisie? O co tu chodzi kuźwa chodzi?

1

@FcPortoFan1999 Niestety drugim przeciwnikiem w tym meczu było... boisko na wodzie...

12

Finał był blisko ale się nie udało:



3 lipca 1974 r. odbył się tzw. „Mecz na wodzie” na Waldstadion we Frankfurcie nad Menem gdzie Polska przegrała z gospodarzem Mistrzostw Świata RFN 0-1. Spotkanie rozegrano w trudnych warunkach pogodowych, przed meczem przeszła ulewa nad stadionem i w trakcie gry boisko było namoknięte. W 53. minucie meczu Jan Tomaszewski obronił rzut karny wykonywany przez Uli Hoeneßa lecz w niczym to nie pomogło. Jedynego gola strzelił Gerd Müller w 76 minucie.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

12

FC Barcelona triumfuje w „Copa Latina”:

Jak już wspominałem tydzień temu przy okazji półfinału, 3 lipca 1949 r. Blaugrana pokonała w finale Sporting Lizbona 2:1 na „Estadio Chamartin” i jako pierwsza w historii sięgneła po prestiżowy Puchar Łaciński(prekursor Pucharu Europy Mistrzów Klubowych). Gole dla Barçy zdobyli wówczas Josep Seguer(10 minuta) i Estanislao Basora(50 minuta) a honorowe trafienie dla Sportingu zaliczył Correira(28 minuta). Oto składy z tego epokowego finału:

FC Barcelona: Velasco, Calvet, Curta, Calo, Mariano Gonzalvo, Josep Gonzalvo, Basora, Seguer, Canal, Cesar Rodriguez, Navarro

Sporting Lisboa: Azevedo, Octavio, Vazquez, Juvenal, Canario, Verisimo, Correira, Vasques, Peyroteo, Travassos, Albano

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

13

Cules pamiętają!

Ku pamięci wybitnych legend Dumy Katalonii:

3 lipca 1927 r. rozegrano drugi mecz w hołdzie dla genialnego Paulino Alcantary. Rywalem była reprezentacja Hiszpanii, która pokonała Blaugrane 2:1. Przed pierwszym gwizdkiem lokalny dziennikarz i pilot Josep Canudas zrzucił piłke na boisko ze swojego samolotu. W czasie wojny domowej Paulino Alcantara wstąpił do organizacji ,,Czarne strzały”, wysłanej przez Mussoliniego na pomoc generałowi Franco. Paulino nie walczył na froncie, lecz pracował w szpitalu jako lekarz. Po wojnie zajmował się urologią aż do swojej śmierci w 1964 r. W 2007 r. FIFA wybrała Filipińczyka najlepszym piłkarzem azjatyckim w historii.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

10

@FCBparasiempre
Roberto Firmino, Alissona, Williana czy Edersona kojarzą wszyscy fani Premier League. Każdy z tych graczy stanowi dużą wartość dodaną dla swojego zespołu i zapisuje piękne karty historii pod tytułem „Brazylijczycy w lidze angielskiej”. Ale mówiąc o piłkarzach z Kraju Kawy na Wyspach, warto przypomnieć człowieka, który przetarł brazylijskie szlaki w Anglii. Tym kimś był Mirandinha. Chaval to nieduże miasto położone w północno-wschodniej Brazylii, w delcie trzech rzek: Parnaiby, Timonhy i Ubatuby. To tu, w 1959 r., gdy kraj z mozołem budował swoją nową stolicę Brasilię, urodził się Francisco Ernandi Lima da Silva, który potem zyskał sławę jako Mirandinha. Jego dzieciństwo nie było łatwe. Był jednym z ośmiorga dzieci, a jego ojciec zarabiał na utrzymanie rodziny przy pozyskiwaniu soli z wody morskiej. Francisco musiał więc od najmłodszych lat pracować, by wspomóc domowy budżet. Było naprawdę ciężko. Tata kupował ryby na plaży, a potem próbował je sprzedać. Dzieci też musiały pomagać. Sprzedawałem różne przedmioty na skrzyżowaniach, limonki, winogrona. Czyściłem szyby samochodowe – wspominał swoje dzieciństwo, które spędził w Fortalezie, największym mieście stanu Ceará. Francisco jak wiele biednych brazylijskich dzieci potrafił wyczyniać z piłką cuda. Ale talent i umiejętności to nie wszystko. By móc żyć z gry w futbol, potrzeba jeszcze wiele szczęścia. Zanim jednak los się do niego uśmiechnął, kilka razy musiał przełknąć gorycz porażki. Jak choćby wtedy, gdy wyrzucono go Ceary SC i Fortalezy EC, dwóch największych klubów piłkarskich w Fortalezie. W Cearze prezentowałem się bardzo dobrze, strzeliłem sporo bramek, ale przez to, że byłem biednym, skromnym chłopcem straciłem miejsce. Preferowano osoby z prywatnych szkół. Zostałem odesłany i wylądowałem w Fortalezie EC – wspominał zawodnik. Pierwsza przygoda z „Tricolor” (jeden z przydomków Fortalezy EC) również zakończyła się ogromnym rozczarowaniem. Prawie się poddałem. W jednym z meczów grałem dla Fortalezy ze złamaną ręką. Wygraliśmy 12:1, a ja strzeliłem 7 goli! Kiedy zdjęto mi gips i chciałem wrócić do gry, odesłali mnie – powiedział Mirandinha. Szansę dało mu dopiero Ferroviário, będące numerem trzy w mieście. „Pracowałem jako pomocnik stolarza. Lakierowałem meble. Wtedy pojawiła się w mojej głowie myśl, żeby spróbować swoich sił w Ferroviário. Pojechałem do klubu, wziąłem udział w treningu i przyjęli mnie”. Już na pierwszym treningu w Ferroviário Francisco otrzymał przydomek Mirandinha. „Dryblowałem między zawodnikami. W pewnym momencie oddałem strzał, który trafił do siatki. Piłka prawie eksplodowała. Mój trener krzyknął: „Mirandinha, tak jak Mirandinha”. Był wówczas słynnym brazylijskim graczem. Stałem się Mirandinhą Drugim – opowiadał w rozmowie z „ChronicleLive” wychowanek Ferroviario. W ten sposób uzyskał taki sam przydomek, jaki nosił Sebastião Miranda da Silva Filho, gwiazdor Corinthians i São Paulo FC, członek reprezentacji Brazylii, która na Mistrzostwach Świata w 1974 r. zajęła czwarte miejsce. Występami w młodzieżowej drużyny Ferroviario Mirandinha zapracował na status lokalnej gwiazdy futbolu. Ale jak mogło być inaczej, skoro potrafił strzelić trzy bramki w derbowym meczu przeciwko rówieśnikom z Ceary?

Dorosłego futbolu Mirandinha zasmakował daleko od rodzinnych stron. W 1978 r. trafił do Ponte Prety, klubu z miasta Campinas, położonego 3000 kilometrów na południe od Fortalezy. „Drużyna Ponte Preta przyjechała do Fortalezy, by zagrać z Cearą na Castelão (największy stadion w Fortalezie – przyp. aut.). Otrzymałem zaproszenie na spotkania z działaczami klubu. Tego samego dnia postanowili zabrać mnie do siebie. Cała sprawa została załatwiona w ciągu kilku godzin. Dali mi 500 reali, kazali iść do domu, spakować torbę i rano stawić się na lotnisku. Rodzice nie mogli w to uwierzyć. Nigdy nie wracałem do domu później niż po północy. A tego dnia przyjechałem o drugiej w nocy. Powiedziałem, że wyjeżdżam do Campinas”– mówił w wywiadzie dla Vermelho. W barwach pierwszej drużyny Ponte Prety zadebiutował 25 maja 1978 r. Tego dnia przeciwnikiem ekipy z Estadio Moises Lucarelli była reprezentacja Tunezji, która w Brazylii przygotowywała się do zbliżających się mistrzostw świata w Argentynie. Na początku drugiej połowy Mirandinha strzelił jedyną bramkę w tym spotkaniu. Mirandinha opuścił Campinas w 1979 r., przenosząc się do Palmeiras. Ale nie do jednego z najsłynniejszych brazylijskich klubów, lecz do prowincjonalnego Palmeiras z miasta São João da Boa Vista. Wydatnie pomógł tej ekipie sięgnąć po mistrzostwo stanu São Paulo na trzecim poziomie rozgrywkowym i awansować o szczebel wyżej. Na III i II poziomie rozgrywek stanowych prezentował się na tyle dobrze, że zwrócił na siebie uwagę szefów pierwszoligowego Botafogo. W barwach Estrela Solitária (Samotnej Gwiazdy) zadebiutował wreszcie w brazylijskiej ekstraklasie. Stało się to 18 stycznia 1981 r. przeciwko Desportivie Capixaba. W Botafogo Mirandinha spędził dwa lata. Przez kolejne dwa sezony reprezentował barwy Náutico. Potem trafił do Portuguesy, skąd na krótko wypożyczano go do Santosu i Cruzeiro. Przełomowy dla wychowanka Ferroviario okazał się dopiero 1986 r. i transfer do Palmeiras. Tego właściwego Palmeiras z miasta São Paulo. W ekipie z Estádio Palestra Itália (ówczesny stadion Palmeiras, zburzony 10 lat temu) spotkał kilku znakomitych zawodników, m.in. legendarnego bramkarza Emersona Leão, świetnego napastnika Édera, a nawet Japończyka Kazuyoshiego Miurę, który dziś w wieku 53 lat wciąż gra w piłkę na profesjonalnym poziomie. Gracze tak dużej firmy, jak Palmeiras zawsze są bacznie obserwowani przez selekcjonerów reprezentacji Kraju Kawy. W 1987 r. Mirandinha wpadł w oko prowadzącemu wówczas ekipę Canarinhos Carlosowi Alberto Silvie. Szkoleniowiec postanowił zabrać napastnika do Wielkiej Brytanii na turniej Rous Cup. Silva na turniej, w którym Brazylijczyków czekały pojedynki z Anglią i Szkocją, powołał wyłącznie piłkarzy występujących w rodzimej lidze. Obok Mirandinhi w samolocie do Europy znalazło się miejsce choćby dla Dungi, Romário, Raía czy Müllera, późniejszych mistrzów świata. „Rous Cup” otworzył mecz Anglików (w składzie m.in: Gary Lineker, Chris Waddle czy Peter Shilton) z Brazylią. W 35. minucie Synowie Albionu wyszli na prowadzenie dzięki bramce Linekera. Zgromadzeni na Wembley angielscy kibice szaleli z radości. Miny zrzedły im jednak bardzo szybko – kilkadziesiąt sekund później było już 1:1. Peter Shilton nie zdołał chwycić piłki zagranej z prawej strony przez Müllera. Czekał na nią Mirandinha. Zawodnik Palmeiras mocnym uderzeniem posłał ją pod poprzeczkę i po chwili utonął w objęciach zadowolonych kolegów. Brazylijczycy wygrali tamtą edycję „Rous Cup”. W swoim drugim meczu pokonali 2:0 Szkotów (cały mecz Mirandinhi), z którymi Anglicy wcześniej tylko bezbramkowo zremisowali. Co ciekawe, pomiędzy spotkaniami z Anglią i Szkocją Brazylijczycy zagrali również towarzyski mecz z Irlandią w Dublinie. A tuż po Rous Cup udali się do Helsinek, gdzie zmierzyli się z Finlandią. Mirandinha wystąpił w obu tych spotkaniach. W latach osiemdziesiątych kilku czołowych brazylijskich piłkarzy występowało z mniejszym lub większym powodzeniem w Europie. Niemal wszyscy reprezentanci Kraju Kawy, jeśli już decydowali się na kontynuowanie kariery na Starym Kontynencie, trafiali do Włoch. Tak było Edinho, Carecą, Zico czy Sócratesem. Oczywiście zdarzały się wyjątki – Wálter Casagrande, Elzo i Silas wybrali ekipy portugalskie, Júlio César przyjął ofertę francuskiego Brestu, a Alemão, Josimar i wcześniej Dirceu szukali swego szczęścia w Hiszpanii. O zimnej i deszczowej Anglii, gdzie siła i kondycja miały o wiele większe znaczenie niż finezja i technika, żaden z Canarinhos wtedy nie myślał poważnie. Północny szlak przetarł dopiero w 1987 r. Mirandinha.

Zanim Mirandinha po raz pierwszy postawił stopę na brytyjskiej ziemi, działacze Newcastle United co nieco już o nim wiedzieli. A to wszystko dzięki Humberto Silvie, znajomemu piłkarza i fanowi Palmeiras, przebywającemu w Anglii na wymianie studenckiej. Mieszkając na Wyspach, zaprzyjaźnił się z Bevem Walkerem, agentem kierowcy Formuły 1 Nigela Mansella oraz bliskim znajomym Malcolma McDonalda, byłego znakomitego napastnika Newcastle. Silva zbierał prasowe artykuły o Mirandinhi i nagrania na kasetach VHS. Pokazał je McDonaldowi, który najwyraźniej był pod wrażeniem umiejętności Brazylijczyka, ponieważ rozpoczął działania w kierunku sprowadzenia zawodnika na St. James’ Park. Szczęśliwym zrządzeniem losu gracz Palmeiras dostał w tamtym czasie wspomniane powołanie na Rous Cup. Nadarzyła się więc znakomita okazja, by McDonald, Kevin Keegan oraz menedżer Newcastle Wille McFaul mogli przyjrzeć się umiejętnościom Mirandinhi z bliska. Wkrótce Newcastle zapłaciło Palmeiras za Mirandinhę 575 tys. funtów. W klubie z północy Anglii miał zastąpić Petera Beardsleya, którego Sroki latem sprzedały do Liverpoolu. Mirandinha przybył do Newcastle, nie znając języka. Co oczywiste, nie był też przyzwyczajony ani do angielskiej pogody, ani do angielskiego jedzenia. „Nie było ani fasoli, ani ryżu, czułem się trochę zagubiony. Ziemniaki, ziemniaki, ziemniaki, marchew, mąka kukurydziana, brukselka” – relacjonował swoje pierwsze doświadczenia kulinarne w Wielkiej Brytanii. Wkrótce jednak piłkarz odważył się zamówić ryż. Jak się szybko okazało, jego śladem poszli inni gracze. Niedługo potem wszyscy podczas przedmeczowych posiłków jedli ryż. Brazylijczyk chętnie wspomina historie związane z Paulem Gascoigne’m, który wtedy również grał w Newcastle. Rzecz działa się po debiutanckim meczu Mirandinhi z Norwich (1 września 1987 r.). „Do autobusu przynieśli nam rybę z frytkami, żebyśmy mogli coś zjeść po meczu. Autobus zaczął odjeżdżać, a Gazza powiedział mi, żebym podszedł do pana Willy’ego McFaula i powiedział: „Panie Willy, jestem kurewsko głodny”. Nie wiedziałem, co to znaczy, więc podszedłem do menedżera i powiedziałem mu: „Szefie, jestem kurewsko głodny”. Wszyscy wybuchnęli śmiechem”– opowiadał. Gazza najwyraźniej polubił Brazylijczyka. Z wzajemnością. Anglik regularnie wpadał do niego, żeby spróbować brazylijskiego jedzenia. Gdy Mirandinha w 1989 r. opuszczał Anglię, Gascoigne podarował jego córce psa. Anglik upierał się, by zwierzę nosiło imię „Gazza”. Ostatecznie stanęło na tym, iż podarunek będzie nazywał się „Brzuszek” – na cześć kolegi Gazzy „Grubego Jima” zwanego też czasem „Grubym Brzuszkiem”. Jedenaście dni po meczu z Norwich Newcastle mierzyło się z Manchesterem United. Mecz zakończył się remisem 2:2, a Mirandinha strzelił obie bramki dla Srok. 26 września zdobył kolejnego gola – tym razem znalazł sposób na golkipera Southampton. W sumie w sezonie 1987/88 dla Newcastle trafił trzynastokrotnie (jedenaście razy w lidze, po razie w Pucharze Ligi oraz w Pucharze Anglii). Sroki uplasowały się na niezłym ósmym miejscu w ligowej tabeli. Latem 1988 r. doszło do sporego osłabienia kadry Newcastle. Klub opuścił bowiem lider i główny kreator gry Paul Gascoigne, którego sprzedano do Tottenhamu. Tak więc bez Gazzy, ale za to wzmocnione m.in. Johnem Hendrie’m, Sroki przystąpiły do nowych rozgrywek. Kampanię 1988/89 zaczęły bardzo źle. Pierwsze zwycięstwo udało im się odnieść dopiero w szóstej kolejce. Ekipa z St. James’ Park pokonała wtedy Liverpool, a mecz rozstrzygnął Mirandinha, pokonując słynnego Bruce Grobeelaara z rzutu karnego. Tydzień później przyszła jednak kolejna bolesna porażka. Newcastle gładko poległo z Coventry, co ostatecznie skłoniło zarząd klubu do podziękowania za pracę Williemu McFaulowi. Jego miejsce zajął Colin Suggett. Nowa miotła nie odmieniła jednak gry drużyny. W dziewięciu meczach zwyciężył tylko dwa razy, więc i on został zwolniony. Kierowanie zespołem w grudniu powierzono Jimowi Smithowi. Mirandinha niezbyt pasował do filozofii Jima Smitha, który szukał sposobu na uratowanie Newcastle przed degradacją. W dodatku Brazylijczyk miał w tamtym czasie uporczywe problemy ze ścięgnem Achillesa. Ostatecznie sezon 1988/89 zamknął dziewięcioma ligowymi golami, z czego cztery zdobył z rzutów karnych. Nie uchroniły one Srok przed spadkiem. Po zakończeniu rozgrywek napastnikowi rodem z Brazylii zaproponowano powrót do ojczyzny na zasadzie wypożyczenia do Palmeiras.

„Jeśli o mnie chodzi, może zgnić na swojej świńskiej farmie w São Paulo”– powiedział mało elegancko o Mirandinhi Jim Smith. Brazylijczyk zgodził się na transfer do Palmeiras z nadzieją, że jeszcze uda mu się wrócić do Anglii. Wierzył też, że występy w ojczyźnie pozwolą mu znów przywdziać trykot reprezentacji Brazylii i zagrać na mistrzostwach świata we Włoszech. W barwach Verdão grał nieźle, ale na mundial nie pojechał. Mirandinha, rozmawiając z dziennikarzami, z rozrzewnieniem mówi o czasach spędzonych na Wyspach. Jedno z jego najpiękniejszych wspomnień z tamtych lat dotyczy świąt Bożego Narodzenia. To było w święta Bożego Narodzenia. Byłem w Anglii dopiero od trzech miesięcy, ale wybrano mnie, bym wraz z burmistrzem zapalił światełka choinkowe w mieście – sięgał pamięcią do wydarzeń sprzed 33 lat. Po latach wspominając swoją karierę, stwierdził, że mógł nią nieco lepiej pokierować. Pozostanie w Brazylii było jedną z najgorszych decyzji w moim życiu. Nie tylko dlatego, że nie zagrałem na mistrzostwach świata, ale także dlatego, że bardzo tęskniłem za Newcastle, zarówno za miastem, jak i moimi przyjaciółmi – mówił. Kibice Srok, którzy w drugiej połowie lat osiemdziesiątych zasiadali na St. James’ Park, ciepło wspominają Brazylijczyka. Błyskotliwość Mirandinhi, technika i właściwa Brazylijczykom radość z gry przesłoniła jego kłótliwy charakter i strzały z nieprzygotowanych pozycji. Żywo pamiętana jest także przyśpiewka, jaką fani wymyślili na cześć napastnika z Kraju Kawy: „We’ve got Mirandinha, he’s not from Argentina, he’s from Brazil, he’s fucking skill!”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza: „Mamy Mirandinhę, nie jest z Argentyny, jest z Brazylii, jest kurewsko dobry”. Po swoim drugim pobycie w Palmeiras Mirandinha znów spróbował sił w Europie. Zdecydował się na transfer do portugalskiego Belenenses. Zagrał tam jednak tylko w trzech meczach. Po tej krótkiej przygodzie wrócił do ojczyzny (pobyt w Corinthians i Fortalezie EC), ale w 1992 r. znów zdecydował się wyjechać za granicę. Tym razem trafił do Japonii, gdzie reprezentował barwy Shimizu S-Pulse oraz Bellmare Hiratsuka (dziś Shonan Bellmare, a w momencie przyjścia Mirandinhi klub ten nosił nazwę Fujita). Z tą drugą ekipą awansował do J-League. Do kraju Mirandinha wrócił w 1995 r. Pod koniec kariery grał jeszcze Fortalezie EC i Ferroviário. Po zawieszeniu butów na kołku Mirandinha rzucił się w wir trenerskiej pracy. Pracował w kilkunastu rodzimych klubach. Uczył futbolu także w Arabii Saudyjskiej, Malezji i Sudanie. Osiągnął nawet kilka sukcesów – w 2001 r. doprowadził Atlético Rio Negro Clube do Campeonato Amazonense (mistrzostwo stanu Amazonas), zaś osiem lat później z Fortalezą zdobył mistrzostwo stanu Ceara. Dziś pracuje jako trener drużyny do lat 20-tu brazylijskiego klubu Batatais FC. Jak wielu piłkarzy po zakończeniu kariery popadł w problemy finansowe i osobiste. Musiał sprzedać majątek, by pokryć długi. Dwukrotnie się rozwodził. Jedna z jego córek kilka lat temu zmarła z powodu niewydolności płuc. Druga przez ponad dziesięć lat nie chciała mieć z nim kontaktu. Teraz próbuje wyjść na prostą. Ożenił się po raz trzeci. Z obecną małżonką ma syna. Kolejnym Brazylijczykiem, który zagrał w najwyższej angielskiej klasie rozgrywkowej, był Isaías, sprowadzony przez Coventry w 1995 r.

10

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

Wawrzyniec Cyl na świat przyszedł 2 lipca 1900 r., kiedy Polski nie było jeszcze na mapach. Wychowywał się w rodzinie inteligenckiej w Łodzi. Był absolwentem gimnazjum a dzięki temu że ukończył wieczorowy kurs handlowy, zdobył prestiżowy zawód księgowego. Z piłką zetknął się już w szkole. Jako nastolatek wstąpił w szeregi ŁKS-u. W pierwszej drużynie zadebiutował krótko po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej. Początkowo występował jako napastnik i w pierwszych zakończonych mistrzostwach Polski w 1921 r. był najlepszym strzelcem swojego zespołu. Wkrótce jednak został przesunięty do defensywy i na pozycji obrońcy występował do końca kariery. Dzięki dobrej postawie na arenie krajowej dostał szansę występu w reprezentacji. Debiut zaliczył 29 września 1923 r. w przegranym 3:5 pojedynku z Finlandią w Helsinkach. Narodowe barwy reprezentował później jeszcze trzykrotnie. W 1924 r. zagrał z Turcją (wygrana 2:0) a rok później z amatorami z Czechosłowacji (porażka 1:2). Największym jego osiągnięciem w reprezentacji był wyjazd na igrzyska olimpijskie do Paryża. Tuż przed rozpoczęciem turnieju ze składu wypadł jeden z czołowych polskich obrońców Ludwik Gintel i Cyl wskoczył na jego miejsce. Nie było to jednak powołanie na wyrost, gdyż zawodnik ŁKS-u należał do ścisłej krajowej czołówki. Dzięki występowi w meczu z Węgrami stał się pierwszym olimpijczykiem w historii łódzkiego klubu. Braki techniczne nadrabiał pracowitością i zaangażowaniem. Zawsze grał bardzo ofiarnie. Był wieloletnim kapitanem zespołu a później spełniał się w roli działacza. W łódzkim OZPN był kaptanem okręgowym a w klubie pełnił funkcję wiceprezesa. W Reprezentacji rozegrał 3 mecze.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

13

Ten bezlitosny „Golden goal”:

Dokładnie 25 lat temu Francja pokonała na „De Kuip” w Roterdamie reprezentacje Włoch po dogrywce 2:1(0:0;1:1) na Euro 2000. ,,Azzurri” przygotowali prosty plan na wygranie finału. Jako pierwsi strzelić gola a potem przez reszte meczu bronić korzystnego wyniku. Wszystko zaczęło się układać po ich myśli, gdy po strzale Delvecchio objeli prowadzenie. Na prawej flance Totti, uwikłany w walke z dwoma rywalami, odegrał piętą do nadbiegającego Pesotto. Pomocnik Juventusu dośrodkował w pole karne wprost do Delvecchio, który z bliska nie pozostawił żadnych złudzeń Barthezowi. Szkoleniowiec Włochów Dino Zoff miał szanse zdobyć złoty medal mistrzostw Europy zarówno w roli piłkarza, jak i trenera. Miał, bowiem odebrali mu ją Francuzi, dosłownie w ostatniej chwili. Wszystko działo się w doliczonym czasie gry. Daleki wykop Bartheza; Piłka trafia do Trezegueta, który odgrywa ją do Wilforda. Cannavaro nie przecina podania; napastnik Bordeaux przyjmuje futbolówkę, po czym oddaje strzał w długi róg bramki strzeżonej przez Toldo. Nesta nie zdołał zablokować piłki a Toldo jej nie wybił. Chwila dekoncentracji okazała się brzemienna w skutkach. Dla Francuzów jeszcze nie wszystko stracone. Włosi nie mieli już nic do stracenia bo w jednej chwili zaprzepaścili wszystko. Okazja na zostanie mistrzem Europy niebezpiecznie się oddaliła. Swoją szanse zwietrzyli rywale. Pressing Francuzów; Albertini traci piłke, dopada do niej Pires, wbiega w pole karne i dośrodkowuje do Trezegueta. Nesta próbuje interweniować ale bezskutecznie. ,,Trezegol” mocnym strzałem z woleja pod poprzeczke zapewnia ,,Trójkolorowym” Puchar Delaunaya. Dramat Włochów i euforia Francuzów. Zwycięzców się nie sądzi, zwycięzców się ceni. Sukces piłkarzy nie byłby możliwy bez ogromnego trenerskiego wkładu Rogera Lemerre’a. Opiekun Francuzów miał nosa do zmian. To one odmieniły gre jego podopiecznych a także… niekorzystny wynik meczu. W 58 minucie posłał w bój Wilforda a na kwadrans przed końcem meczu Trezegueta. Obaj zadali decydujące trafienia. Przy zwycięskim(złotym) golu duży udział miał Pires, trzeci dżoker w talii Lemmere’a. Pomocnik Olimpique Marsylia wchodził na murawe, gdy plac gry opuszczał włoski bohater Marco Delvecchio. Co było później, wiadomo. Mistrzowie świata zostali mistrzami Europy po raz pierwszy w takiej kolejności.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

13

Udany rewanż:

2 lipca 1960 r. na Camp Nou zagrał słynny FC Santos z Pele w składzie. Była to druga wizyta brazylijskiego klubu w Barcelonie. Rok wcześniej Santos pokonał Blaugrane aż 1:5 a Pele strzelił 2 gole, choć pamiętajmy iż Barça grała wówczas mocno rezerwowym składem. W swoistym rewanżu Duma Katalonii wystąpiła w najsilniejszym składzie i pokonała najmocniejszy wówczas na świecie Santos 4:3, dzięki dwóm golom Luisa Suareza oraz po jednym Kubali i Villaverde. Pele także wpisał się na liste strzelców.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

4

Duma Katalonii stworzyła historię:

30 czerwca 1929 roku FC Barcelona wygrała 0:2 na wyjeździe z Arenas Club de Getxo w 13-tej(zaległej) kolejce Primera Division i zapewniła sobie pierwszy w historii tytuł mistrzowski. Obydwa gole na wage mistrzostwa strzelił napastnik Manuel Parera Penella. Klub został ogłoszony mistrzem po walce z Realem Madryt, która nie została rozstrzygnięta aż do ostatniego meczu. Nowe rozgrywki narodziły się dzięki auspicjom zarządu FC Barcelony, który 1 lutego 1927 r. wysłał list do Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej, w którym zaproponował pomysł zorganizowania hiszpańskich rozgrywek klubowych w formacie każdy na każdego zamiast bezpośrednich meczów eliminacyjnych. Rozwój pierwszej ligi przebiegał powoli, a w sezonie 1927/28 odbyła się swego rodzaju próba generalna pod nazwą Turniej Mistrzów Hiszpanii, którą wygrała Barça. W sezonie 1928/29 pierwsza edycja ligi rozgrywana była między lutym a czerwcem 1929 roku i stanowiła swego rodzaju kulminację mistrzostw Katalonii i Hiszpanii. Barça rozpoczęła rozgrywki w nowej lidze z mieszanymi uczuciami, bo chociaż zdobyła potrójną koronę (Mistrzostwo Katalonii, Puchar Króla i Turniej Mistrzów) w sezonie 1927/28, to jednocześnie przegrała mistrzostwa Katalonii i Puchar Hiszpanii w sezonie 1928/29 z Espanyolem. Po początkowym zwycięstwie Blaugrany nad Racingiem Santander (0-2) 12 lutego 1929 r. bardzo szybko sprawy potoczyły się źle. W drugim meczu Barça przegrała z Realem Madryt (1-2) na „Camp de Les Corts” i weszła w spiralę niekorzystnych wyników, które ostatecznie doprowadziły do rezygnacji 23 marca prezydenta Arcadiego Balaguera. Jego następca, Tomás Rosés, postanowił zmienić katalońskiego trenera Rome Fornsa na Anglika Jamesa Bellamy'ego. W tym momencie liderem ligi był Real Madryt, który miał siedem punktów przewagi. Zmiana była natychmiastowa: FC Barcelona wygrała 9 z 11 pozostałych meczów i zremisowała dwa pozostałe. W rzeczywistości liga zakończyła się remisem Realu Madryt i Barçy, ale ta druga wciąż miała zaległy mecz do rozegrania z Arenas de Getxo, który wcześniej został przełożony. Tak więc dla Barçy to spotkanie było koniecznością do wygrania. Oczekiwania wobec meczu były duże, chociaż Arenas nie miał o co grać. Barça, pomimo utrudnienia w postaci kontuzji Saury w pierwszych minutach(w tamtych czasach nie było możliwości dokonywania zmian) zdominowała mecz, ale nie zdołała strzelić gola do przerwy. Po przerwie Arenas zaatakowało, ale kontrataki Barçy stawały się coraz groźniejsze, aż w 65. minucie Parera skierował piłkę głową do bramki po dośrodkowaniu Piery. Osiem minut później sam Parera otrzymał wspaniałą asystę od Samitiera i pokonał baskijskiego bramkarza. Od tego momentu Arenas stracił zainteresowanie. Po ostatnim gwizdku piłkarze Barçy, którzy otrzymali premię w wysokości 2000 peset za tytuł, świętowali szaleńczo pierwszy zdobyty tytuł Hiszpanii. Barça była mistrzem pierwszej ligi w historii z łączną liczbą 25 punktów, o dwa więcej niż Real Madryt i o pięć więcej niż Athletic Club i Real Sociedad. Z 18-tu rozegranych meczów Blaugrana wygrała jedenaście, zremisowała trzy i przegrała cztery, strzelając 37 goli i tracąc 23. Najskuteczniejszym strzelcem został Josep Sastre z 11 golami.

15

Brazylia kocha futbol…

Jednak ta miłość nie zawsze zostaje odwzajemniona. Na tysiąc małych chłopców, którzy spełniają swoje marzenia o profesjonalnej karierze, przypada co najmniej 10 tysięcy zapaleńców, którzy na marzeniach muszą poprzestać. Historia zna jednak przeróżne przypadki. Na przykład kiedyś zdarzyła się sytuacja, w której niejaki Mario de Castro pokochał futbol a patrząc na jego boiskowe dokonania, była to miłość odwzajemniona. Pomimo olbrzymiego talentu, potwierdzonego niewyobrażalną liczbą strzelonych goli, Brazylijczyk porzucił swoją miłość. Jak do tego doszło? Miłość do futbolu Mario była od początku specyficzna. Urodzonemu w 1905 roku Brazylijczykowi wszystko przychodziło łatwo. Gole strzelał jak na zawołanie i kiedyś powiedział nawet, że nie pamięta żadnego meczu, w którym nie wpisałby się na listę strzelców. A przecież, żeby w pełni docenić miłość, trzeba najpierw poświęcić wiele czasu i pracy, żeby ją uwieść. Dla Castro sztuka uwodzenia była równie potrzebna, jak młodemu mężczyźnie viagra przy spotkaniu z nagą Jennifer Lawrence. On po prostu wychodził na boisko jak po swoje, pozwalał przejąć kontrolę instynktowi, po czym robił, na co tylko miał ochotę, bo wiedział, że nikt go nie będzie w stanie zatrzymać. Urodzony 30 czerwca 1905 roku w miejscowości Formiga w stanie Minas Gerais Mario od początku przejawiał niebywały talent. Jednak jego matka nie chciała, żeby grał w piłkę. W tamtych czasach mało kto dorabiał się na futbolu, więc to naturalne, że chciała dla syna czegoś więcej, zwłaszcza że ten uczył się bardzo dobrze. Widziała w nim lekarza i pewnie za jej sugestią posłuszna latorośl zdecydowała się na studia medyczne. Wówczas nie wiedziała, że jej syn wcale nie zrezygnował z futbolu. Gdyby żył jego ojciec, być może wybiłby by mu futbol z głowy raz na zawsze, lecz Mario od wczesnych lat młodzieńczych był sierotą, a matka musiała też pilnować całej czwórki dzieci. I tak niesforny małolat codziennie się wymykał, by grać w piłkę, a że wychodziło mu to coraz lepiej, to zainteresowało się nim Atletico Mineiro. Młody zawodnik nie chciał swojej rodzicielce sprawić przykrości, więc choć zgodził się na grę w klubie z Belo Horizonte, to jednak zdecydował się grać pod przydomkiem Oriam. Debiut Oriama przypadł na mecz z lokalnym rywalem – Ameriką. Spisał się wyśmienicie — strzelił trzy gole, a jego zespół wygrał 6:0. Ten mecz wcale nie był wyjątkiem. Żółtodziób szybko przyzwyczaił kibiców do niebywałej skuteczności, a oni uwielbiali go ze względu na niesamowite dryblingi oraz niezwykle precyzyjne strzały. Legenda przenoszona z ust do ust głosi, że Castro zawsze strzelał celnie. Jego doskonała gra przełożyła się na sukcesy „Kogutów”. Już w 1926 roku klub sięgnął po mistrzostwo stanu Minas Gerais. A to miał być dopiero początek. W kolejnych latach Mario de Castro dalej imponował skutecznością. Godnie towarzyszyli mu przy tym Said Paulo Arges i Jairo de Assis Almeida. Ta trójka stworzyło atak, o którym mówiono „Nie święta trójca”(O Trio Maldito). Co ciekawe, każdy z tego tria był studentem. Jairo, tak jak Mario, studiował medycynę a Said studiował prawo. Trójka intelektualistów budziła postrach w całej Brazylii, lecz nie jest prawdą, że kroczyła od zwycięstwa do zwycięstwa. Atletico Mineiro ponownie zostało mistrzem stanu Minas Gerais w 1927 roku, ale w kolejnych dwóch rozgrywkach Mario i spółka musieli zadowolić się drugim miejscem, uznając wyższość zespołu Palestra Italia(później Cruzeiro). Jeszcze gorzej sytuacja wyglądała w 1930 roku. Wówczas Palestra zwyciężyła po raz trzeci, a Atletico próżno szukać w pierwszej czwórce. Rok później los znów się uśmiechnął do „Kogutów”. Jednak trzeba powiedzieć, że ten los nie dawał się łatwo przekonać. W meczu decydującym o tytule mistrzowskim Atletico przegrywało już 0:3 z zespołem Villa Nova. Po przerwie zadziałał instynkt Mario. 26-letni wówczas Brazylijczyk poszedł jak po swoje, strzelił cztery bramki i tym samym zapewnił swojej drużynie zwycięstwo, które dawało tytuł mistrzowski. To był jeden z najpiękniejszych dni w historii Atletico oraz dla samego Mario. W jednej chwili najlepszy dzień stał się najgorszym.

Po meczu doszło do zamieszek. Nie było w tym czegoś niezwykłego, w Brazylii często dochodziło do utarczek między kibicami. Jednak tym razem sprawy posunęły się o wiele za daleko. Źródła nie opisują szczegółowo tego, co się wydarzyło, ale wiadomo, że w wyniku tych zamieszek jeden z pracowników klubu wyciągnął broń i śmiertelnie postrzelił kibica Villa Nova. Mario, który był świadkiem tego zdarzenia, podjął natychmiastową decyzję— już nigdy nie zagram w piłkę nożną. W momencie zakończenia kariery Mario de Castro miał sto występów w koszulce Atletico Mineiro, w których strzelił… 195 goli. Jego skuteczność to 1,95 gola na mecz! Dla porównania skuteczność innych supersnajperów przedwojennej epoki — Josefa Bicana i Portugalczyka Peyroteo to odpowiednio 1,62 i 1,59 bramki na mecz. Jedyne, co wydaje się rysą na szkle Mario to kariera reprezentacyjna, w której piłkarz nigdy nie zagrał. Wytłumaczenie okazuje się bardzo proste — w tamtych czasach do kadry Canarinhos trafiali wyłącznie zawodnicy z São Paulo i Rio de Janeiro. Mimo tego trener reprezentacji Brazylii w 1930 roku, Rodrigues Pindaro de Carvalho, zaoferował mu miejsce w kadrze na Mistrzostwa świata. Kiedy Mario dowiedział się, że ma być tylko rezerwowym, bo Rodrigues widział w pierwszym składzie 18-letniego napastnika Botafogo, Carlosa Dobberta de Carvalho, znanego jako Leite, grzecznie odmówił selekcjonerowi. Kariera Mario się skończyła, zanim na dobre się rozkręciła. Mógł być dla Brazylii tym , kim później stał się Leonidas, ale po pierwsze nie pochodził z Rio de Janeiro, tak jak „Czarny diament” i nigdy nie miał okazji zagrać na mundialu, a później wybrał życie bez futbolu. Poukładał je sobie całkiem nieźle. Ożenił się z jedną z pierwszych kobiet, które ukończyły w Brazylii medycynę i miał z nią dwójkę dzieci oraz adoptował trzecie. Wraz z żoną przez wiele lat pracowali w swoim zawodzie. Czy tęsknił za piłką? Pewnie tak, ale nigdy nie udało mu się wyrzuć z pamięci widoku umierającego kibica Villa Nova.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Comentateiro
@Bernard777
@Adran360

10

Pamiętamy!

30 czerwca 1974 r. Polska pokonała Jugosławie 2:1 w drugiej fazie mundialu. „Nie, nie, nie budźcie mnie. Śni mi się tak ciekawie. Jest piękniej w moim śnie niż tam na waszej jawie” – słowa piosenki Jeremiego Przybory jak ulał pasowały do tego, co w czerwcu 1974 roku działo się na niemieckich boiskach. W ponurej rzeczywistości PRL-u kibice śnili piękny sen, który z meczu na mecz stawał się rzeczywistością. Zwycięstwo we Frankfurcie nad Jugosławią było piątym z rzędu na tych mistrzostwach i zapewniło grę o medale. Bohaterem był Robert Gadocha, choć jak w innych meczach tego turnieju nie zdołał trafić do siatki. To jego podanie do Grzegorza Laty przesądziło o zwycięstwie. Natomiast pierwszego gola dla Polaków strzelił Kazimierz Deyna z rzutu karnego.
@Adran360
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
@Stinger_

14

Takich ludzi oddanych ,,naszemu” klubowi należy zawsze wspominać:

30 czerwca 1983 r. ,,Papi” Anguera zakończył pracę w FC Barcelonie. Przez 26 lat był pracownikiem klubu. Na początku zajmował się zespołami juniorskimi. Jak sam mawiał ,,był wtedy delegatem, masażystą, opiekunem wszystkiego, gdyż na mecze jeździł tylko on z trenerem”. W 1953 r. zaproponowano mu pracę opiekuna sprzętu sportowego. Był bardzo lubiany przez piłkarzy. Po zdobyciu La Liga w 1974 r. Cruijff od razu po meczu udał się do najbliższego baru, kupił piwo i przyniósł je do szatni, bo wiedział że ,,Papi” lubi świętować sukces z kuflem w ręce. W sezonie 1978/79 po meczu z Anderlechtem piłkarze Barçy uciekli z boiska ponieważ zostali zaatakowani przez kibiców belgijskich. Gdy z trudem dotarli do szatni, masażysta Angel Mur krzyknął: ,,Zapomnieliśmy o Papim!”. Wtedy cała drużyna wróciła po niego na boisko, gdzie Anguera stał otoczony szalejącym tłumem kibiców Anderlechtu. ,,Papi” miał swoją wizje piłkarza idealnego: ,,Wybrałbym inteligencje Kubali, strzał głową Cesara Rodrigueza, siłę Neeskensa, prawą nogę Rexacha, lewą Maradony i serce Migueliego!”.

@Safrani
@Stinger_
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

10

Duma Katalonii stworzyła historię:

30 czerwca 1929 roku FC Barcelona wygrała 0:2 na wyjeździe z Arenas de Getxo w 13(zaległej) kolejce Primera Division i zapewniła sobie pierwszy w historii tytuł mistrzowski. Obydwa gole na wage mistrzostwa strzelił napastnik Manuel Parera Penella. Klub został ogłoszony mistrzem po walce z Realem Madryt, która nie została rozstrzygnięta aż do ostatniego meczu. Nowe rozgrywki narodziły się dzięki auspicjom zarządu FC Barcelony, który 1 lutego 1927 r. wysłał list do Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej, w którym zaproponował pomysł zorganizowania hiszpańskich rozgrywek klubowych w formacie każdy na każdego zamiast bezpośrednich meczów eliminacyjnych. Rozwój pierwszej ligi przebiegał powoli, a w sezonie 1927/28 odbyła się swego rodzaju próba generalna pod nazwą Turniej Mistrzów Hiszpanii, którą wygrała Barça. W sezonie 1928/29 pierwsza edycja ligi rozgrywana była między lutym a czerwcem 1929 roku i stanowiła swego rodzaju kulminację mistrzostw Katalonii i Hiszpanii. Barça rozpoczęła rozgrywki w nowej lidze z mieszanymi uczuciami, bo chociaż zdobyła potrójną koronę (Mistrzostwa Katalonii, Mistrzostwa Hiszpanii i Turniej Mistrzów) w sezonie 1927/28, to jednocześnie przegrała mistrzostwa Katalonii i Puchar Hiszpanii w sezonie 1928/29 z Espanyolem. Po początkowym zwycięstwie Blaugrany nad Racingiem Santander (0-2) 12 lutego 1929 r. bardzo szybko sprawy potoczyły się źle. W drugim meczu Barça przegrała z Realem Madryt (1-2) na Les Corts i weszła w spiralę niekorzystnych wyników, które ostatecznie doprowadziły do rezygnacji 23 marca prezydenta Arcadiego Balaguera. Jego następca, Tomás Rosés, postanowił zmienić katalońskiego trenera Rome Fornsa na Anglika Jamesa Bellamy'ego. W tym momencie liderem ligi był Real Madryt, który miał siedem punktów przewagi. Zmiana była natychmiastowa: FC Barcelona wygrała dziewięć z 11 pozostałych meczów i zremisowała dwa pozostałe. W rzeczywistości liga zakończyła się remisem Realu Madryt i Barçy, ale ta druga wciąż miała mecz do rozegrania z Arenas de Getxo, który wcześniej został przełożony. Tak więc dla Barçy to spotkanie było koniecznością do wygrania. Oczekiwania wobec meczu były duże, chociaż Arenas nie miał o co grać. Barça, pomimo utrudnienia w postaci kontuzji Saury w pierwszych minutach(w tamtych czasach nie było możliwości dokonywania zmian) zdominowała mecz, ale nie zdołała strzelić gola do przerwy. Po przerwie Arenas zaatakowało, ale kontrataki Barçy stawały się coraz groźniejsze, aż w 65. minucie Parera skierował piłkę głową do bramki po dośrodkowaniu Piery. Osiem minut później sam Parera otrzymał wspaniałą asystę od Samitiera i pokonał baskijskiego bramkarza. Od tego momentu Arenas stracił zainteresowanie. Po ostatnim gwizdku piłkarze Barçy, którzy otrzymali premię w wysokości 2000 peset za tytuł, świętowali szaleńczo pierwszy zdobyty tytuł Hiszpanii. Barça była mistrzem pierwszej ligi w historii z łączną liczbą 25 punktów, o dwa więcej niż Real Madryt i o pięć więcej niż Athletic Club i Real Sociedad. Z 18 rozegranych meczów Barça wygrała jedenaście, zremisowała trzy i przegrała cztery, strzelając 37 goli i tracąc 23. Najskuteczniejszym strzelcem został Josep Sastre z 11 golami.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

8

Jubilerzy przeciwko kowalom:

Euro 2008 w Austrii i Szwajcarii zapamiętamy z dwóch powodów: pierwszy raz wzięli w nich udział Polacy a wygrali ci, którzy najbardziej na to zasługiwali a mianowicie Hiszpanie. Do czasu Euro 2008 do reprezentacji Hiszpanii przylgnęło zdanie, wymyślone zresztą w ich ojczyźnie: ,,Gramy jak nigdy, przegrywamy jak zawsze”. Hiszpanie od kilkudziesięciu lat wymieniani są wśród faworytów wszystkich kolejnych mistrzostw Świata i Europy a wygrali je do tego turnieju tylko raz, w odległym roku 1964. W roku 2006, podczas mundialu w Niemczech wydawało się że ta kiepska seria zostanie wreszcie przerwana. Po trzech zwycięstwach w grupie Hiszpanie trafili w drugiej rundzie na Francje, która do tej fazy ledwo się przeczołgała. Prowadzili nawet 1:0 ale w drugiej połowie przebudzili się dwaj piłkarze, którzy do tej pory sennie snuli się po boisku: Zidane i Vieira. Pierwszy miał 34 lata a drugi lat 30. Każdy strzelił po golu a młodzi zdolni Hiszpanie bezradnie biegali obok, nie bardzo wiedząc, jak im zabrać piłke. To była dobra szkoła dla Fernando Torresa, Davida Villi, Carlesa Puyola, Xaviego, Xabiego Alonso, Cesca Fabregasa, Sergio Ramosa czy też Ikera Casillasa, bo to oni przegrali ten mecz. Na ławce siedział 22-letni Andres Iniesta. Trener Hiszpanii na mistrzostwach w Niemczech był 68-letni Luis Aragoñes. Jeden z najsłynniejszych szkoleniowców Hiszpanii, który zepsuł sobie opinie rasistowską obraźliwą uwagą na temat Thierry’ego Henry(,,black shit”). Podczas jego kadencji w latach 2004-2008 Hiszpania zwyciężyła w 38 z 54 rozegranych meczów i poniosła tylko 4 porażki. Na Euro 2008 Aragoñes zabrał większość zdolnej młodzieży z mundialu w Niemczech i zraził do siebie pół kraju, rezygnując z największego ulubieńca, słynnego napastnika- Raula Gonzaleza. Gra Hiszpanów stała się mniej przewidywalna, akcje nie kończyły się podaniem do Raula, do czego przez kilka lat przyzwyczaili się obrońcy z całego świata grający przeciw Hiszpanom. Teraz dwójka napastników: Torres i Villa, mająca za plecami Xaviego a po bokach Inieste i Davida Silve, mogła pokonać każdą obrone i na ogół to robiła. Po trzech zwycięstwach w grupie Hiszpania trafiła w ćwierćfinale na godnego przeciwnika(mistrz świata, Włochy).Po bezbramkowym remisie pokonała go w rzutach karnych. W półfinale ponownie spotkała się z pełną talentów, grającą z rozmachem Rosją, trenowaną przez Hiddinka i jeszcze raz wygrywając 3:0, pokazała jej miejsce w szyku. W zaciętym finale(29 czerwca) padł tylko jeden gol. Fernando Torres w 33 minucie podciął piłke tak żeby przeleciała nad nogą atakującego wślizgiem Philippa Lahma i zatrzymała się dopiero w siatce. Niemcom nie pomógł ani jeden dzień więcej odpoczynku po półfinale, ani tani chwyt z rzekomą kontuzją Ballacka. Do tej pory Niemcy nie musie chwytać się takich tanich metod. Widzieli mecze Hiszpanów i tym razem nie czuli się pewnie, mimo że Aragoñes nie mógł wystawić kontuzjowanego Davida Villi. To się rzadko zdarza ale ktoś wreszcie pokazał Niemcom jak się gra w piłke. W naszym pokoleniu to było pierwsze wielkie zwycięstwo Hiszpanii. ,,La Roja” jako jedyna drużyna, nie ponieśli porażki w żadnym z sześciu meczów a do tego grali bardzo ładnie. Tak żeby zdobywać gola a nie czekać tylko na błędy przeciwników. Ciągle coś tworzyli, mieli opracowanych wiele form ataku. U źródeł takiej gry leżała technika, sztuka panowania nad piłką, bez czego nie da się wygrywać. Można powiedzieć iż Hiszpanie uratowali futbol pełen taktycznych niuansów, trudnych do zrozumienia dla przeciętnego kibica a przez to nudnych. Niemcy mieli największą drużynę ale tylko pod względem wzrostu i wagi. Grali jubilerzy przeciwko kowalom. Przyjemnie było patrzeć na drobnych hiszpańskich piłkarzy, którzy szybkimi podaniami zdobywali przewagę, zbliżając się do niemieckiej bramki. Potężni Niemcy byli zbyt toporni, za mało ruchliwi żeby zapobiec takim akcjom. Mieli szczęście tracąc tylko jednego gola. Dlatego można mówić o futbolu w wykonaniu Hiszpanów radosnym ale też mądrym, odpowiedzialnym. Mimo że ich przeciwnikami byli czołowi napastnicy: Klose Podolski, potem Kevin Kuranyi i Mario Gomez, żadnemu z nich nie dano nawet za dużo okazji na podejście pod bramke. Tytuł zdobyła jedna z najmłodszych drużyn turnieju, z najstarszym trenerem. W przeciwieństwie do poprzednich mistrzostw, w których zwyciężyła perfekcyjnie przygotowana ale miałka Grecja, te stały na dobrym poziomie. Sukces Hiszpanii świadczył o tym że futbol ma się całkiem nieźle. Po skończonym finale piłkarze hiszpańscy podrzucali z radości w góre nie tylko swojego trenera(co ze względu na jego podeszły wiek stanowiło pewne ryzyko) ale i obydwie maskotki-Trixa i Flixa. Na koniec składy obu drużyn z finału:

Niemcy: Jens Lehmann - Arne Friedrich, Per Mertesacker, Christoph Metzelder, Philipp Lahm (46 - Marcell Jansen) - Bastian Schweinsteiger, Torsten Frings, Michael Ballack, Thomas Hitzlsperger (58 - Kevin Kuranyi), Lukas Podolski - Miroslav Klose (79 - Mario Gomez).

Hiszpania: Iker Casillas - Sergio Ramos, Carles Puyol, Carlos Marchena, Joan Capdevila - Marcos Senna - Andres Iniesta, Xavi, Cesc Fabregas (63 - Xabi Alonso), David Silva (66 - Santi Cazorla) - Fernando Torres (78 - Daniel Guiza).

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

9

„Canarinhos” po raz drugi z rzędu:

29 czerwca 1999 r. Peru pokonuje Japonie 3:2 (0:1) w meczu otwierającym 39. edycje Copa America. Japonia została zaproszona do udziału w Copa América 1999 i została pierwszą drużyną spoza kontynentu, która wystąpiła w turnieju. Dwa lata po ostatnich zawodach w Boliwii turniej Copa América przybył do Paragwaju i z bliska mógł zobaczyć niszczycielską drużynę brazylijską. Oprócz pełnego wykorzystania rywalizacji zespół prowadzony przez Vanderleia Luxemburgo zrzeszył największe nazwiska ówczesnego światowego futbolu i dokonał bezprecedensowego wyczynu, zdobywając mistrzostwo dwa razy z rzędu. W miastach jak Assunção, Luque i Cidade del Este odbyło się 26 meczów. Oprócz 10 drużyn Conmebol, gościnnie zagrały Japonia i Meksyk, w sumie 12 drużyn walczących o długo wyczekiwany tytuł. Z kolei Urugwaj wysłał na turniej zawodników z młodzieżowej reprezentacji tego kraju. Po stosunkowo łatwej fazie grupowej Brazylia zmierzyła się z Argentyną, Meksykiem i zagrała w finale z Urugwajem. Po wygranych meczach w pierwszej fazie Brazylia zmierzyła się 11 czerwca w ćwierćfinale z Argentyną. Brazylijczykom zwycięstwo 2:1 zapewnili Rivaldo i Ronaldo. Bohaterem meczu był bramkarz Dida, który obronił rzut karny wykonywany w 77 minucie przez Roberto Ayale. W półfinale 14 lipca drużyna Vanderleia Luxemburgo wyeliminowała Meksyk, wygrywając 2:0. Gole zdobywali Amoroso i Rivaldo. W taki oto sposób Brazylia awansowała do finału, pokonując 18 lipca Urugwaj wynikiem 3:0 na stadionie Defensores del Chaco w Asunción. Gole strzelali: Rivaldo (2) i Ronaldo. Udział kraju z innego kontynentu w Copa América może wydawać się dziwny, ale tak właśnie stało się podczas 39. edycji rozgrywanej w Paragwaju. Do rywalizacji zaproszono Japonię. Oprócz niego obecnych było dziesięć krajów Conmebolu oraz Meksyk, co stało się obecnie praktycznie rutyną. Japończycy nie mieli dobrej kampanii i zajęli ostatnie miejsce w grupie z jednym remisem i dwiema porażkami. Niemal na przełomie tysiącleci Brazylijczycy dokonali wyczynu bezprecedensowego w historii zawodów. Brazylijska drużyna chciała kontynuować świetną dynamikę tytułu ze 100% sukcesem z poprzedniej edycji. Aby pokazać swoją obecność, w debiutanckim meczu pokonali Wenezuelę 7:0, a mecz ten zaowocował pierwszym golem (swoją drogą, świetnym golem) Ronaldinho Gaúcho w żółto-zielonej koszulce. Brazylia w pierwszej fazie wygrała wszystkie swoje mecze i do fazy pucharowej dotarła z mocnymi drużynami z Argentyny i Meksyku. W samym finale „Seleção” zmierzył się z drużyną Urugwaju, która miała trudności z dotarciem do tego momentu. „Celestes” uplasowała się na drugim miejscu w klasyfikacji generalnej a na trzecim miejscu Meksyk. Inaczej mówiąc, spośród sklasyfikowanych wypadł najgorzej, gdyż była to ostatnia szansa na zakwalifikowanie się do kolejnego etapu. W fazie pucharowej udało im się przejść przez rzuty karne jedynie w dwóch etapach przed finałem. Brazylia, która w dalszym ciągu doskonale wykorzystywała ostatni kontynentalny, z pełną mocą podjęła decyzję i zdominowała mecz. Bez strachu podwyższył na 3:0, po dwóch golach Rivaldo i jednym Ronaldo Fenômeno. Oprócz szóstego pucharu „Seleção” zapewniło sobie bezprecedensowe drugie mistrzostwo.

4 lipca 1999 roku w Luque reprezentacja Argentyny zmierzyła się z reprezentacją Kolumbii. W gronie 11 wybranych przez Marcelo Bielsę znaleźli się: Burgos, Vivas, Ayala, Samuel, Zanetti, Simeone, Riquelme, Sorin, González, Barros Schelotto i Palermo. „Tricolor” dowodzeni przez Javiera Alvareza wyszli na boisko w składzie: Calero, Bermudez, Cordoba, Quintana, Viveros, Bolaño, Grisales, Betancourth, Bonilla i Ricard. Od pierwszej minuty mecz był bardzo zacięty. Albicelestes zaatakowali i wywarli presję na linię obrony rywala, co utrudniło mecz. W tym emocjonującym meczu emocje opadły szybko. Po 5 minutach meczu przyznano rzut karny dla reprezentacji Argentyny. Za kopnięcie odpowiadał Martin Palermo, który strzelił w poprzeczką i zmarnował pierwszy w meczu rzut karny. Pięć minut później, gdy reprezentacja Kolumbii atakowała, Nelson Vivas uderzył Betancourtha, defensywnego pomocnika. Skończyło się to po drugim rzucie karnym tego wieczoru. Kopającym był Ivan Cordoba, który mocnym uderzeniem umieścił piłkę w siatce i świętował zdobycie pierwszego gola w meczu. Druga połowa rozpoczęła się od wywarcia presji przez zespół Cafetero na rywalu i szukania drugiego gola. W 48. minucie sędzia podyktował trzeci rzut karny w tym meczu. Tym razem kopnął Hamilton Ricard; jednak Mono Burgos miał przeczucie i złapał piłkę. Reprezentacja Argentyny, wykorzystując fakt, że różnica bramek wynosiła tylko jeden, próbowała wyrównać mecz. Minęło 75 minut, a środek po lewej stronie łączył się z głową Martina Palermo. Jednak w drodze do bramki piłka dotknęła ręki Kolumbijczyka i skończyło się to na drugim rzucie karnym dla reprezentacji Argentyny, a czwartym w meczu. Po raz kolejny numer „9” był odpowiedzialny za kopnięcie; ale jego nieszczęście sprawiło, że ponownie nie trafił i rzucił piłkę nad poprzeczką. Kilka minut później rzut rożny dochodzący z prawej strony został odbity przez Kolumbijczyka w stronę pola bramkowego. W efekcie niedawno wchodzący na boisko Edwin Arturo Congo strzelił gola piętą. Wynik wynosił już 2:0 na korzyść „Tricolor”. W 87. minucie Albiceleste stracił piłkę w środku pola, co doprowadziło do kontrataku kolumbijskiej drużyny. Prowadził Montaño, który będąc 30 metrów od bramki, kopnął piłkę i wpuścił ją do środka, pokonując Burgosa. Wynik 3:0, a mecz jeszcze się nie zakończył. Atak „Albicelestes” spowodował, że Palermo opanowało piłkę i skierowało się w pole bramkowe, gdzie został powalony przez kolumbijskiego obrońcę. Chcąc się zrehabilitować, Argentyńczyk ponownie oddał strzał z rzutu karnego. Niestety nie trafił w bramkę po fantastycznej obronie Miguela Calero. Bez wątpienia był to niesamowity mecz, pełen zmiennych sytuacji i emocji. Zostanie zapamiętany w historii CONMEBOL Copa America, czyli najstarszego na świecie turnieju reprezentacji narodowej.

@Adran360
@Bernard777
@Comentateiro
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

10

@FCBparasiempre
Kiedy Pele pojechał pierwszy raz na Mistrzostwa Świata nie miał jeszcze 18 lat. Zdobył Puchar Rimmeta a w meczu finałowym ze Szwecją strzelił dla Brazylii dwa gole. To były mistrzostwa, które zrewolucjonizowały piłkę nożną. Brazylia wygrała pierwszy raz dzięki zastosowaniu nowego ustawienia taktycznego zawodników ale sam system to nic. Nazwiska tych zawodników stały się szybko znane na wszystkich stadionach, na których grano w piłkę a reprezentacja Brazylii z roku 1958 uchodzi nadal za jedną z najlepszych jakie kiedykolwiek powstały. System 4-2-4 nazywany też ,, Brazylianą" , polegał na przesunięciu z ataku do pomocy jednego zawodnika, z pomocy do obrony drugiego i był nowocześniejszą wersją tego co pierwsi zastosowali Węgrzy. Brazylijczycy nie odbierają im praw autorskich, chociaż analitycy futbolu w Paragwaju uważają że to oni byli pierwsi. System 4-2-4 pojawił się w prowadzonej przez słynnego piłkarza i trenera Manuela Freitasa Solicha reprezentacji Paragwaju, która w roku 1953 zdobyła Copa America. Jakkolwiek by było, nikt tak nie rozwinął 4-2-4 jak Brazylijczycy, którzy w latach 1958 i 1962 zdobyli dwa tytuły mistrza świata z rzędu, zresztą w bardzo podobnym składzie. Oni są też prekursorami zmodyfikowanego ustawienia 4-3-3 czyli z tak zwanym fałszywym skrzydłowym. Wszystkie szkoły trenerskie świata poddawały analizie ten system jako coś genialnego i przynoszącego nadzwyczajne korzyści. Jego źródło było jednak tak prozaiczne że długo utrzymywano je w tajemnicy. Dopiero pod koniec XX wieku lewoskrzydłowy Mario Zagalo, dwukrotny mistrz świata i trener powiedział jak to było. ,, Na mundialu w Chile w roku 1962 lewy obrońca Nilton Santos miał już 37 lat. Był świetny ale nie miał już takiej siły i szybkości jak dawniej. Nasz trener Aimore Moreira zwrócił się do mnie przed turniejem ze słowami: Mario sam widzisz jak jest z Niltonem. On musi być z nami ale ty musisz mu pomóc. Zapomnij czasami że jesteś napastnikiem. Kiedy stracimy piłkę cofaj się żeby mu pomóc"- mówił Zagalo. Ot i cała filozofia. Przeciwnicy znający Zagala jako lewoskrzydłowego nie bardzo wiedzieli w jakiej strefie boiska go pilnować i często się gubili. Takich prozaicznych historii było więcej. Nawet wielka brazylijska reprezentacja z roku 1958 powstała trochę przez przypadek i już podczas trwania Mistrzostw Świata. Vicente Feola nie widział w niej Pelego i wcale nie świadczyło to o braku kompetencji trenera. Jego zdaniem niepełnoletni chłopak, choćby nie wiadomo jak utalentowany, nie nadawał się jeszcze do gry o mistrzostwo świata. Był dzieckiem drobnym fizycznie i nie gotowym psychicznie. W dodatku pojechał do Szwecji z kontuzją. Zabrano go tam niemal pod presją dziennikarzy i kibiców. Miał patrzeć jak grają starsi, uczyć się, wejść w razie potrzeby na parę minut na boisko, gdyż co do jego niezwykłych umiejętności sporów nie było. Mistrzostwa rozpoczęły się dla Brazylii zgodnie z planem czyli od łatwego zwycięstwa nad Austrią 3:0. W ataku grali: Joel, Altafini, Didi i Zagalo ale drugi mecz z Anglią zakończył się bezbramkowym remisem. Tym razem atak Joel, Altafini, Vava, Zagalo nie był skuteczny, między nimi dlatego że nie miał wsparcia pomocników Diego i Dina. Do awansu Brazylii potrzebne było zwycięstwo w trzecim meczu ze Związkiem Radzieckim a widać było że zespół nie funkcjonuje jak należy. Starsi zawodnicy- kapitan Luiz Bellini, Nilton Santos i Didi poprosili trenera aby wziąć pod uwagę nie najlepszą atmosferę w kadrze, fakt że niektórzy zawodnicy myślą o sobie, nie drużynie, więc współpraca na boisku nie może przynieść korzyści. Zaproponowali włączenie do składu trzech nowych zawodników. Pomocnika Zito oraz dwóch napastników: Pelego i Garrinche. Feola się zgodził ale należało jeszcze zapytać o opinię lekarza kadry Hiltona Goslinga.

W drugiej połowie lat 50 Brazylia znajdowała się w okresie prosperity. Prezydentem był Kubitschek, Oskar Niemeyer budował futurystyczną, zdawało się nową stolicę kraju Brazylia. Piłka nożna w formie czynnej lub biernej stanowiła sens życia milionów Brazylijczyków i politycy nie mogli nie wziąć tego pod uwagę. Na przygotowania do Mistrzostw Świata w Szwecji nie szczędzono pieniędzy. Doktor Gosling stanął na czele całego sztabu złożonego z lekarzy różnych specjalności, dentysty, dietetyków, psychologów, fizykoterapeutów, masażystów i specjalisty odparzenia kawy, którą piłkarze pili przed rozpoczęciem meczu i w przerwie. Gosling kilka razy podróżował do Szwecji aby zapoznać się z panującymi tam w czerwcu warunkami i wybrać odpowiednie miejsce pobytu. Z kilkunastu proponowanych wybrał Hindas blisko Göteborga Brazylijczycy przybyli tam na dwa tygodnie przed rozpoczęciem turnieju. Kiedy Feola poinformował Goslinga o propozycjach rady drużyny lekarz zwrócił się do psychologa. Piłkarze brazylijscy pochodzili na ogół z biednych rodzin, nie mieli wykształcenia, odżywiali się czym popadło, nie dbali o higienę. Którzy już dorobili się na piłce, uznali że nie muszą się starać. Trenerowi był w tej sytuacji potrzebny psycholog, który mógłby pomagać w podejmowaniu decyzji. Psychologiem kadry był doktor Joao Carvalhaes. Kiedy spytano go o zdanie w sprawie trzech nowych zawodników, pozytywną opinię wystawił tylko jednemu a mianowicie Zito. O Pelem powiedział że ma mentalność dziecka a kiedy padło nazwisko Garrincha bezradnie rozłożył ręce. Garrincha stanowił przykład piłkarza specjalnej troski. Przynajmniej tak uważał psycholog na podstawie testów, jakimi poddano zawodnika. Feola żadnych testów nie robił, miał nosa i zaufał kolegom Garrinchy. Jak bardzo patetycznie by to zabrzmiało decyzja Feoli okazała się Jedną z najważniejszych w historii futbolu dzięki niej powstała wyjątkowa drużyna, nie mająca równych sobie przez kilka lat. Kiedy w Göteborgu na rozgrzewkę przed meczem ze związkiem radzieckim wybiegła 11 Brazylii, widzowie zobaczyli trzech nowych piłkarzy, z których tylko Zito niczym się nie wyróżniał. Garrincha wyraźnie utykał, gdyż lewą nogę miał krótszą o kilka centymetrów po przebytej w dzieciństwie chorobie heine-medina. Przy wzroście 169 cm, z dużą głową, kiwając się na boki przypominał bardziej klauna niż zawodowego piłkarza. Drobniutki Pele pasował na maskotkę drużyny lub chłopca od podawania piłek. Kiedy jednak sędzia rozpoczął mecz Ci dwaj Nie pasujący do pozostałych zaczęli grać tak, jak nikt przed nimi. Najpierw w słupek trafił Garrincha, po nim Pele a w trzeciej minucie kiedy jeszcze Rosjanie nie ochłonęli, prowadzenie dla Brazylii zdobył Vava. Pod koniec meczu trafił ponownie i Brazylijczycy wygrali 2:0. Rosjanie z Lwem Jaszynem w bramce, Igorem Netto w pomocy i Valentinem Iwanowem w ataku byli mistrzami olimpijskimi a wkrótce także mistrzami Europy. Borys Kuzniecow, który miał pecha grać po tej samej stronie boiska co Garrincha, należał do elity europejskich Obrońców ale kiedy Brazylijczyk zbliżał się do niego z piłką Rosjanin nie miał pojęcia jak mu przeszkodzić. Od tej pory wszystkie elementy maszyny zaczęły działać bez żadnych zgrzytów. W ćwierćfinale Brazylia pokonała 1:0 walił po golu Pelego a w półfinale Francją 5:2. Trójkolorowi mieli wtedy najlepszą reprezentację w swojej historii. Przebiła ją dopiero Ta która 40 lat później zdobyła Puchar Świata. Finałowym przeciwnikiem Brazylii była drużyna gospodarzy Szwecja, współzałożyciel FIFA, zawsze miała bardzo dobrych piłkarzy ale rzadko osiągała sukcesy. Jednym z tych nielicznych było zwycięstwo w turnieju olimpijskim w Londynie w 1948 roku. Grali tam wówczas trzej napastnicy: Gunnar Gren, Gunnar Nordahl i Nils Liedholm. Po igrzyskach całą trójkę kupił Milan i od tej pory stała się ona sławna w Europie jako Gre-No-Li. Do mistrzostw w Szwecji do reprezentacji powołani zostali Gren i Liedholm pierwszego ze względu na jego wyjątkowe zasługi Włosi nazwali ,, Ile Professore". Litholm, który był dla nich ,, Il Barone", stanie się w przyszłości dobrym trenerem, nauczycielem między innymi Zbigniewa Bońka w Romie. Obrońca Bergmark też grał w Romie i był później trenerem szwedzkiej reprezentacji. Skrzydłowy Hamrin bronił barw aż sześciu włoskich klubów, z Juventusem i Milanem włącznie. Inny napastnik Lennart Skoglund to gracz Interu i Milanu. Drużyna złożona z takich zawodników nie mogła grać słabo.

Trenerem drużyny Narodowej Szwecji był George Raynor, Anglik, człowiek poza Szwecją Zapomniany, mimo że należał do najtęższych futbolowych umysłów po wojnie. Podczas wojny trafił do Bagdadu, pracował jako instruktor i organizował międzynarodową drużynę złożoną z żołnierzy. Niewykluczone że grali w niej także Polacy. Po powrocie do kraju został drugim trenerem Aldershot. Stanley Rous ówczesny sekretarz federacji namaścił swojego faworyta Waltera Winterbottoma na stanowisko menadżera Anglii. Kiedy w roku 1946 nadeszła propozycja ze Szwecji wysłał tam Raynora, o którego pracy w Bagdadzie co nieco słyszał. Raynour 2 lata później zdobył ze Szwedami złoty medal olimpijski w Londynie a mierny Winterbottom męczył siebie, piłkarzy i kibiców przez 16 lat, podczas których Anglicy przeżywali same rozczarowania. Londyński sukces rozpoczął znakomitą serię Szwedów. Dwa lata później w 1950 roku zajęli trzecie miejsce w Mistrzostwach Świata w Brazylii a po dwóch kolejnych zdobyli brązowy medal olimpijski w Helsinkach. Kiedy niepokonani już wtedy Węgrzy jechali na Wembley żeby pokazać Anglikom Jak daleko w tyle zostali, spotkali się właśnie ze Szwecją prowadzoną przez Raynora i na Nepstadionie ledwo z nią zremisowali 2:2. W roku 1959 ,, Trzy Korony" stały się drugą reprezentacją zza kanału La Manche która pokonała Anglię na Wembley. Szwedzi wygrali 3:2 a Raynor z Witerbottomem podali sobie ręce, gdyż byli to kulturalni panowie. Finału z Brazylią wygrać nie mogli. Trafili na jedną z najlepszych reprezentacji, jakie biegały po boiskach świata. W bramce grał Gilmar, na prawej obronnie Djalma Santos, na środku Luiz Bellini i Orlando, na lewej Nilton Santos. W pomocy Didi i Zito, w ataku Garrincha, Vava i Zagalo. Pierwszego gola finału strzelił już w czwartej minucie Nils Liedholm ale od tej pory na boisku dominowali Brazylijczycy. Pele zdobył dwa gole jak profesor futbolu a nie nastolatek. Po meczu się rozpłakał i Jilmar z Didim musieli go utulać. To był początek jednej z najpiękniejszych karier, jakie widział świat. Kariery trwającej do dziś mimo że Pele ostatni oficjalny mecz rozegrał w roku 1977. Garrincha miał mniej szczęście. Cztery lata później został po raz drugi mistrzem świata i zdobył tytuł króla strzelców. Był wtedy bezsprzecznie najlepszym zawodnikiem mundialu. Doszło nawet do niezwykłej sytuacji. W półfinale z Chile Garrincha został wyrzucony z boiska, co oznaczało że nie będzie mógł wystąpić w finale ale prezydent Brazylii zwrócił się do FIFA z prośbą o anulowanie kary. Garrincha był bowiem,, radością narodu". FIFA się zgodziła. Pojechał jeszcze na kolejne Mistrzostwa do Anglii. Uważa się że ,,Mane” Garrincha był najlepszym dryblerem w historii futbolu. On z piłką nie tyle biegał, co tańczył ale na boisku lepiej dawał sobie radę niż w życiu. Psycholog miał wiele racji. ,,Mane” był dwukrotnie żonaty, miał 12 dzieci, niektóre nawet się nie znały. Ojciec, pół analfabeta, nie był w stanie utrzymać rodziny, więc sąd skazał go na więzienie. Nie umiał robić nic poza grą w piłkę. Kiedy przestał grać zaczął pić. Szybko o nim zapomniano. Zmarł w biedzie dożywszy zaledwie 50 lat. Z 50 meczów w reprezentacji przegrał tylko jeden. Kiedy grali razem z Pelem, Brazylia nigdy nie poniosła porażki. Mieli zakaz podróżowania jednym samolotem. Jego imieniem nazwano stadion w Brasilii a w rodzinnym Paul Grande wystawiono mu pomnik. W świadomości kibiców całego świata zostało coś, co nazywane jest ,, gestem Garrinchy". Każdy piłkarz bez względu na wiek i klasę wie że kiedy na ziemi leży kontuzjowany gracz piłkę trzeba wybić w aut. Po udzieleniu mu pomocy piłkę wypada oddać. Pierwszym, który w takiej sytuacji kopnął piłkę w aut był właśnie ,, rozchwiany emocjonalnie" Garrincha, podczas meczu Botafogo-Fluminese w marcu 1960 roku.

8

7

@FCBparasiempre
Wśród największych sensacji w historii futbolu to jest chronologicznie pierwsze. Amerykanie na kanwie swojego Zwycięstwa nakręcili nawet film fabularny „Gra ich życia". Anglicy nie lubią do tego wracać. Piłka nożna nadal nie jest w USA zbyt popularne i nawet regularne starty reprezentacji w Mistrzostwach Świata niewiele tę sytuację zmieniają. To bodaj Jedyny kraj, w którym większym zainteresowaniem cieszy się piłka w wykonaniu Kobiet. No ale skoro dla Amerykanów fascynujący może być baseball, łatwiej zrozumieć i to. Przed mistrzostwami świata w roku 1950 w Brazylii bukmacherzy przyjmowali zakłady na zwycięstwo Anglii 3:1 a meczu Anglików z amerykanami nie uwzględnili, Uznając że nie można na nim zarobić. 100% faworytem Byli Anglicy. Nikt nigdy nie kwestionował ich zasług dla rozwoju futbolu i umiejętności angielskich piłkarzy. To nie podlegało dyskusji Ale taka pozycja obróciła się przeciw nim. Anglicy albo obrażali się na FIFA, wstępując do niej i z niej występując albo uznawali że tytuł mistrza świata należy im się niejako z urzędu, więc udział w mistrzostwach świata mija się z celem. W rezultacie kisili się we własnym sosie, stosując zasadę zwaną ,, splendid Isolation" a o swojej wielkości utwierdzały ich mecze z lat trzydziestych, kiedy pokonywali reprezentację kontynentalne: w Hiszpanie, Belgię, Austrię, Szwajcarię, Włochy, czechosłowację, Węgry czy Niemcy. Zwycięstwa zdecydowanie przeważały nad porażkami. Kiedy w roku 1934 nowym sekretarzem generalnym angielskiego związku piłkarskiego został w miejsce fredericka walla, znany sędzia międzynarodowy Stanley Rous, Europejska prasa sportowa przyjęła ten fakt z zadowoleniem. O ile bowiem Wall był zwolennikiem izolacji, to rous miał opinię człowieka otwartego na świat. 27 lat później został prezydentem FIFA. To przede wszystkim on walczył o to aby Anglia wzięła udział w mistrzostwach świata w 1950 roku. W latach 20 i 30 futbolowa Anglia miała jednak innego bohatera. Herbert Chapman był wynalazcą systemu gry, który wkrótce zaczęto stosować na całym świecie. System, czyli ustawienie piłkarzy na boisku, co z kolei wpływało na sposób ich gry. U źródeł pomysłów leżała przeprowadzona w roku 1925 zmiana przepisów o spalonym. Dotychczasowy system mówił że zawodnik atakujący by nie być na spalonym, w chwili podania musiał mieć przed sobą trzech przeciwników ale w chwili zagrożenia jeden z obrońców wybiegał przed napastników i sędzia przerywał grę. Padało mało goli gra stawała się nudna, frekwencja na stadionach malała, zjawisko nazywane ,, śmiercią remisową" zaczęło realnie zagrażać futbolowi. International Board postanowił w tej sytuacji że spalonego nie ma jeśli między atakującym a bramką będzie nie trzech a Dwóch zawodników drużyny broniącej. Ten przepis obowiązuje do dziś i jest to ostatnia istotna zmiana jaka zaszła w regułach gry. Odpowiedział na te zmiany stał się pomysł Herberta chapmana, ostatniego rewolucjonisty futbolu, jaki działał na Wyspach Brytyjskich. Chapman grał w piłkę nieźle ale jeszcze lepiej nie zarządzał, ponieważ dostrzegał to, czego inni nie widzieli. Był prawdopodobnie pierwszym na Wyspach Brytyjskich graczem pełniącym jednocześnie funkcję menadżera. W roku 1907 w Northampton został pierwszym grającym trenerem. Z ubogim klubem Huddersfield wywalczył tytuł mistrza i Puchar Anglii. do Arsenalu trafił w roku 1925, z ogłoszenia. Klub zamieścił w periodyku,, atletic news" inserat że Poszukuję doświadczonego człowieka na stanowisko ,, menadżera bez dużych wymagań" i Chapman się zgłosił. Dziś na Emirates Stadium znajduje się wykonane z brązu jego popiersie, przeniesione na nowy stadion z Highbury. Trudno się dziwić. Wykorzystując zmianę przepisów o spalonym Chapman dokonał zmiany w ustawieniu zawodników z 235 na 343. Wycofał z linii pomocy jednego gracza do obrony i przesunął nieco do tyłu obydwu łączników. W wyjściowym ustawieniu było więc trzech Obrońców, przed nimi dwóch napastników, dalej dwóch łączników a zupełnie z przodu trzech napastników. Linia łącząca łączników ze środkowym i skrzydłowymi układała się w literę w a Obrońców z pomocnikiem tworzyła literę M stąd obowiązująca w całym świecie potoczna nazwa tego systemu- WM. Dzięki takiemu ustawieniu piłkarze mogli lepiej i szybciej reagować na wszystko co dzieje się na boisku a ataki rozpoczynać już na własnej połowie. Grając systemem WM Arsenal zdobył na początku lat 33 tytuły mistrza Anglii z rzędu i zagrał w finale Pucharu Anglii. W porównaniu z angielskimi z zawodowcami Amerykanie byli ubogimi krewnymi bez żadnych dokonań i przeszłości. Nie mieli nawet stałej reprezentacji. Do finałów mundialu dostali się tylko dlatego że ze strefy Ameryki Północnej i Środkowej zgłosiły się trzy kraje a miejsca były dwa. Stany Zjednoczone nie miały szans z Meksykiem ale pokonały Kubę, co wystarczyło do awansu. To było zresztą jedyne zwycięstwo od 1934 roku. W ciągu 16 lat, do rozpoczęcia mundialu w Brazylii, reprezentacja USA rozegrała zaledwie 10 meczów, z których 8 przegrała.

Awans na mundial Amerykanie wywalczyli we wrześniu 1949 roku, do finałów pozostawało 8 miesięcy ale nikt się tym w Federacji nie przejmował. Dopiero na miesiąc przed inauguracją Federacja wyznaczyła na trenera erno schwarze, węgla prowadzącego klub New York amerykance ale Szwarc odmówił widząc prawdopodobnie bezsens jakichkolwiek działań ,, Za pięć dwunasta". Wówczas ofertę przyjął Jeffrey, Szkot pracujący od prawie ćwierć wieku z drużyną Uniwersytecką penn state. Sprawdzał każdego, o którym wiadomo było że umie kopnąć piłkę. Ba, nawet obywatelstwo Nie miało znaczenia. Ważne aby zawodnik mieszkał w Stanach Zjednoczonych. FIFA była wtedy pod tym względem tolerancyjna. Joe Gaetjens mię paszport haitański a Eddie McIlvenny- brytyjski. Z amerykańskiej kadrze znalazł się wówczas także Polak, Adam Wolanin, przedwojenny piłkarz Pogoni Lwów, żołnierz Generała Andersa. Wystąpił w 11 USA w jej pierwszym meczu na mundialu przeciw Hiszpanii. Piłkarze amerykańscy byli amatorami. Uczyli się lub pracowali. Niektórzy walczyli w armii amerykańskiej podczas wojny. Frank Wallace spędził prawie półtora roku w niemieckim obozie jenieckim. Grali w klubach, których nazwy niewiele mówią. Przede wszystkim w Saint Louis simpkins a także w Filadelfia nationals, Ponta Delgada, brooklynhispana, bruk-hatan i Eagles Chicago. Nie mieli żadnego doświadczenia międzynarodowego. Polecieli samolotem do Rio de Janeiro i dopiero tam dowiedzieli się że mecz odbędzie się w Belo horyzontem. Zabrał ich tam samolot transportowy z amerykańskiej bazy koło Rio. Po drodze dotarła do nich wiadomość o rozpoczęciu wojny w Korei i udziale w niej armii amerykańskiej. Anglicy borykali się z problemami innego rodzaju. Nie mieli świadomości co może ich czekać w Brazylii. Nie byli przygotowani do turnieju ani organizacyjnie, alimentalnie. Podróż z Londynu do Rio de Janeiro trwała 31 godzin. Samolot lądował po drodze w Paryżu, Lizbonie, dakarze i recyfer. Kiedyś już zmęczeni i wściekli usiedli w hotelu do kolacji, okazało się że pływającego w oleju mięsa zjeść się po prostu nie da a reprezentację Anglii nie zabrała na mundial nie tylko swojego kucharza ale nawet lekarza. Podróż była droga i Fa postanowiła oszczędzić akurat na tym ostatnim. Anglicy znaleźli się wśród ludzi wesołych, roztańczonych ale i natarczywych. Jako faworyci byli oblegani przez kibiców, od których nie mogli się opędzić. Z czymś takim w Anglii się nie spotykali. Mimo to pierwszy mecz z Chile wygrali gładko 2:0. Występujący w tej drużynie napastnik newcast horror herobledo miał podobno powiedzieć po spotkaniu: ,, Cieszę się że gram w lidze kraju, który za dwa tygodnie będzie mistrzem świata". To wydawało się bardzo prawdopodobne, gdyż 11 tworzyli słynni zawodnicy. Na prawej obronie grał Ramsey z tottenhamu z Wolverhampton a w napadzie sami artyści: tom Finney z Preston, stan mortensen z Blackpool, Wilf Mannion z Middlesbrough i Roy Bentley z Chelsea. Walter Winter Bottom uznał że najsłynniejszy z napastników Stanley Matthews powinien odpocząć w dwóch pierwszych meczach, gdyż będzie potrzebny w trudniejszych. Mecz Anglia - Stany Zjednoczone to czym się zgodnie z przewidywaniami. Anglicy nie schodzili z połowy przeciwnika zasypując go strzałami Ale piłka ani razu nie wpadła do siatki. Amerykańscy obrońcy rzucali się pod nogi napastników, piłkę po dalekich podaniach wybijali głowami A kiedy już leciała w kierunku bramki, łapał ją lub wybijał Frank borgie, pracownik firmy pogrzebowej swojego wuja. Amerykanie pierwszy raz podeszli pod bramkę Anglii po 25 minutach. W 38 minucie piłka trafiła pod nogi kapitana McIlvenny'ego, byłego gracza walijskiego Wrexham, który przyjechał na kilka miesięcy do USA żeby tam popracować. McIlvenny kopnął piłkę w bok od pola karnego a tam czekał Walter bar, Olimpijczyk z Londynu. Strzel w kierunku bramki. Piłkę powinien złapać bramkarz Bert Williams ale wcześniej Joe Gaetjens wyskoczył w górę przed nim i obrońcą. Trafił piłkę głową i Amerykanie prowadzili 1:0. Stadion oszalał. W drugiej połowie nic się nie zmieniło. Anglicy nie przestawali atakować, Amerykanie wykopywali piłkę jak najdalej od swojej bramki lub próbowali z rzadka kontratakować. Po jednej z takich akcji ginopariani nie wykorzystał bardzo dobrej okazji Ale Anglicy mieli takich kilka. Mieli też pecha. Pomocnik Charlie Colombo zwany ,, gloves" , ponieważ zawsze grał w zimowych rękawicach, powalił w w polu karnym Stana mortensena. Włoski sędzia Dattilo odgwizdał faul ale uznał że doszło do niego przed linią pola karnego. Zamiast 11 Anglicy dostali tylko rzut wolny. Zmarnowali go, jak wszystkie inne okazje. Tak doszło do sensacji.

Joe Gaetjens odbył drogę z boiska do szatni na ramionach kolegów. Był jedynym czarnoskórym piłkarzem w drużynie i to w czasach, w których czerni sportowcy w USA nie mieli łatwego życia. Gaetjens urodził się na Haiti. Był synem niemieckiego przedsiębiorcy i czarnej hajtanki. Wyjechał do Nowego Jorku na studia, dorabiał sobie Pracując w restauracyjnej kuchni. W amerykańskiej reprezentacji wystąpił tylko trzy razy, właśnie na Mistrzostwach Świata 1950. Dzięki bramce wbitej Anglii stał się na tyle popularny że trafił do racingu Paryż. To jednak były za wysokie progi. Wrócił na Haiti, zagrał raz w reprezentacji i w wieku 30 lat zakończył karierę. Członkowie jego rodziny działali w halitańskiej opozycji. W lipcu 1964 roku, kiedy Francois divalier ogłosił się dożywotnim prezydentem, rodzina Gaetjensa opuściła kraj. On pozostał w portoprens, sądząc że jego Sława i pozycja zagwarantują mu bezpieczeństwo ale mylił się. Został aresztowany przez policję duvaliera i rozstrzelany. Jego ciała nigdy nie znaleziono. Miał 40 lat. Amerykanie przegrali z Chile 25 trzeci mecz na Mistrzostwach i pożegnali się z turniejem. Anglicy pozostali by w nim, gdyby pokonali Hiszpanię kropkę tym razem Stanley Matthew wybiegł w pierwszej 11-tce ale nic to nie dało. Przegrali 0:1 i natychmiast po meczu wrócili do Londynu. Wszyscy towarzyszący im dziennikarze także. Dla nich mundial bez Anglii przestał się liczyć. Alf Ramsay, który 16 lat później jako trener doprowadzi Anglię do tytułu mistrza świata powiedział o meczu z USA: „To największe upokorzenie i najbardziej wstydliwy moment w historii angielskiego futbolu". Mike Payne, autor wydanej w roku 1993 książki o reprezentacji Anglii napisał wprost: „Total disaster"- totalna katastrofa.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?