14

Aranycsapat, czyli ,,Złota jedenastka”:

23 maja 1954 r. Węgrzy rozbili w Budapeszcie reprezentacje Anglii w meczu towarzyskim aż 7:1(!) co do dziś jest najwyższą porażką w historii angielskiej piłki nożnej. Był to rewanż za przegrany mecz listopadowy na Wembley z ubiegłego roku, jakim pałali wówczas Anglicy. Węgrzy znów byli o klasę lepsi i 3 tygodnie później pojechali na mundial jako faworyt. Tam dopiero w finale zatrzymała ich reprezentacja RFN po rzekomym ,,cudzie”(de facto przekręcie, o czym już pisałem i niejednokrotnie będę przypominał, głównie 4 lipca) w Bernie i zwycięstwie 3:2.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Szalik

0

@CarlosFun Jesteś pewny że nie weźmie Argentyny?

14

Od „Małej kaczki” do pięknego łabędzia:

Wszyscy młodzi chłopcy zarażeni baskijskim patriotyzmem, chcieli tak jak on zdobywać mnóstwo goli. Pozostaje idolem do dziś. Możemy narzekać, że jego sława opiera się w dużym stopniu na zasadzie przedwczesnej śmierci. Jednak trofea pozostają wieczne i przemawiają na jego korzyść. W czasach swojej świetności dumnie reprezentował tylko jeden klub – Athletic Bilbao. Każdy pasjonat przyodziany w biało-czerwone, pionowe pasy, wyobraża sobie jak Rafael Moreno Aranzadi lub po prostu „Pichichi” sto lat temu mijał obrońców. Kolczyk w uchu, różnokolorowe buty, idealnie nażelowane, pofarbowane lub przystrzyżone w wymyślne wzory włosy, koszulki rozchodzące się jak świeże bułeczki w sklepiku osiedlowym – zarówno te oryginalne, jak i tanie podróby(koszulki, nie bułki!). Własna firma najwygodniejszych na rynku(podobno) bokserek, zdjęcia wrzucane najnowszym IPhonem 6 na Instagrama, fanpage, mający blisko 20 milionów polubień i unikanie paparazzich, mknąc naprzód swoim Astonem Martinem One-77 z silnikiem V12. Takie życie być może w dzisiejszych czasach wiódłby Rafael w jednej z dzielnic Bilbao(o ile nie skusiłby się na grube pieniądze szejków). Ponad sto lat temu wyróżnić mógł się zaledwie białą chustką na głowie, co umożliwiało rozpoznanie go na boisku, w jednej chwili. Aranzadi kochał Bilbao od zawsze. Tutaj się urodził i wychował. Ludzie mówili, że ma intelektualny potencjał, jednak on nie chciał się kształcić. Nie marzył, żeby pójść w ślady ojca, który był prawnikiem, a z czasem został burmistrzem miasta. Wujek Rafaela (brat matki) był bardzo znanym hiszpańskim filozofem i pisarzem, ale i to do niego nie przemawiało. Do inżynierii też nigdy nie ciągnęło, choć tym zajmował się jego brat – Raymond. Wolał kopać szmacianą piłkę z kolegami i wracać późno do domu. Dołączył do Athleticu w 1911 roku, mając 19 lat. Wówczas uzyskał przydomek „Pichichi” (mała kaczka) z racji swoich warunków fizycznych. Szybko awansował do pierwszego zespołu. Najważniejszym trofeum w Hiszpanii był w tamtym czasie Puchar Króla. Brały w nim udział drużyny z całego kraju. Ceniono go ponad wszelkie mistrzostwa regionalne. Finał Copa del Rey (przeciwko Racing Club de Irun) w 1913 roku Aranzadi przegrał, ale szybko im się zrewanżował kilka miesięcy później – strzelając historyczną, pierwszą bramkę na stadionie San Mames, już w 5. minucie. „Pichichi” w dużym stopniu przyczynił się do zdobycia czterech Pucharów Króla, trzech mistrzostw północy, oraz dwóch Mistrzostw Vizcayan. W finale Copa del Rey 1915 ustrzelił nawet hat-tricka, a Athletic pokonał Espayol, aż 5 do 0. Znakomita część tych trofeów jest też zasługą angielskiego trenera Billy’ego Barnesa. Szkoleniowiec rozumiał doskonale pozycję Rafaela. Szczególnie że nie minął rok, odkąd sam przestał grać w piłkę. Grał jako skrajny lewy napastnik w drużynie Queens Park Rangers. Skupiał się więc najmocniej na pozycji „Pichichiego”. Wówczas grano na pięciu, czy nawet sześciu napastników, zupełnie nie dbając o środek pola. „Pichichi” grał na tej samej pozycji, co jego trener w przeszłości. Stąd bardzo dobrze się rozumieli. Często schodził do środka i pełnił poniekąd rolę mediapunta. Znakomity drybling, zwrotność, dobra gra obiema nogami, i silny strzał – to cechy, które pomagały mu bardzo często kończyć akcję indywidualnie. Pichichi był więc jednocześnie mediapuntą i lisem pola karnego. Teraz trudno to sobie wyobrazić, jednak wtedy proporcje obrońców w stosunku do napastników były jak w piłkarzykach stołowych – atakujący mieli przewagę. „Pichichi”, zdobył też srebro olimpijskie w 1920 r., strzelając na turnieju jedną bramkę. Kariera reprezentacyjna jednak nie zdążyła rozkwitnąć, bo licznik zatrzymał się na 5 spotkaniach.

Pod koniec swojego życia (nikt tak wtedy nie przypuszczał) przestał imponować formą. Ikona „Pichichiego” nie była tak silna za jego życia. Wówczas był bez żalu krytykowany. Fani domagali się tego samego piłkarza, który jeszcze niedawno był piłkarskim czarodziejem. W maju 1921 roku postanowił zostać piłkarskim sędzią. To zabolało fanów jeszcze bardziej niż zawieszenie butów na kołku. Sędziowski debiut wypadł mu na stadionie… San Mames. Jednak w wieku 29 lat, zmarł w swoim mieszkaniu na tyfus. Przyczyną było prawdopodobnie zjedzenie nieświeżych ostryg. Pośmiertnie więc „Pichichi” znów stał się ulubieńcem i ikoną Bilbao. Dziś legenda jeszcze bardziej urosła. Jest wymieniany naprzemiennie z Telmo Zarrą (także istnieje nagroda nazwana jego imieniem(Trofeo Zarra) przyznawana najlepszemu hiszpańskiemu strzelcowi Primera Division i Segunda Division) jako najwybitniejszy zawodnik w historii baskijskiego klubu. Od 1926 r. na cześć snajpera powstało popiersie z brązu, które od tamtego zdobi San Mames. W 1953. roku „Marca” postawiła „Pichichiemu” najtrwalszy pomnik, nazywając nagrodę najlepszego strzelca Primera Division jego imieniem, a właściwie przydomkiem. To hołd dla bramkostrzelnego gracza, który paradoksalnie nigdy nie był królem strzelców ligi, bo ta powstała przecież w 1929 roku. Nie miał więc okazji, którą pewnie by wykorzystał. Na setną rocznicę powstania klubu Athletic Bilbao, został odkryty wielki pomnik „Pichichiego” wraz z jego małżonką Aveliną Rodriguez. Na głowie posągu nie mogło zabraknąć białej chusty. To przecież stały atrybut Rafela. Ten „gigante” możemy podziwiać w muzeum Euskal Museoa Bilbao Museo Nasco. W świątyni San Mames istnieje pewna tradycja. Jeśli drużyna gra na tym stadionie pierwszy raz – to jej kapitan składa kwiaty przy popiersiu „Pichichiego”, które od 2013 roku, czyli od powstania nowego San Mames, znajduje się przy wyjściu z tunelu. Jeszcze do niedawna Cristiano Ronaldo i Lionel Messi konsekwentnie walczyli o „małą kaczkę”.

@shaun
@Safrani
@misterio
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
@1LY0

1

@Lionel_Messi10 Nie lepiej urlop wziąść na mundialowe nocki? Jak tak właśnie planuje...

1

@blakkudium A czym ta Group-a się konkretnie zajmuje?

1

@blakkudium Że też ja sie musze domyślać co jest tam po chińsku napisane!?

0

@FcPortoFan1999 Wiesz co, kiedyś Inter za Helenio Herrery był wielki a potem przez wiele lat nic nie wygrywał aż do czasu właśnie Mourinho. Teraz to samo mamy z AC Milan, który od czasu Sacchiego nic nie wygrywa i kto wie czy za 10 albo za 20 lat nie powtórzy swoich sukcesów a może nawet już wcześniej. Nigdy nic nie wiadomo...

15

Szanowni cules, czy wiecie że:

23 maja 1912 r. Alfonso Albeniz Jordana został pierwszym piłkarzem, który przeszedł z FC Barcelony do Realu Madryt(wówczas FC Madrid). Powodem przeniesienia się do stolicy było rozpoczęcie studiów w tym mieście. Albeniz został potem dyrektorem w Realu i prezesem pierwszego Hiszpańskiego Kolegium Sędziów. W 1902 r. jeszcze jako piłkarz Blaugrany zagrał w pierwszym El Clasico jako najmłodszy gracz w historii(16 lat i 132 dni), choć jak pisano wówczas w gazetach ,,ze względu na wiek nie powinien uczestniczyć w tak brutalnej i niebezpiecznej grze”. Z kolei inny zawodnik, Jose Quirante, będąc piłkarzem Barçy, grał dwa lata dla Realu w latach 1906-1908 ze względu na obowiązki w pracy, które zmusiły go do przeprowadzki do Madrytu. W tym czasie był jednak formalnie nadal piłkarzem FCB. No cóż, takie to właśnie były wtedy amatorskie czasy…

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

14

@FCBparasiempre
Rok 2010 był dla Ligi Mistrzów szczególny. Po raz pierwszy od pięciu lat w finale tych rozgrywek zabrakło angielskiej drużyny. W ostatecznym meczu na Santiago Bernabeu stanęły naprzeciwko siebie dwa zespoły, które marzyły o zakończeniu sezonu z potrójną koroną. Z kolei trenerzy obu klubów już wcześniej triumfowali w tych rozgrywkach, Louis van Gaal z Ajaksem a Jose Mourinho z FC Porto. Przypominamy dziś finał Champions League: Bayern – Inter. Historia sezonu 2009/2010 w Lidze Mistrzów mogła wyglądać zupełnie inaczej, ponieważ finaliści aż do ostatniej kolejki fazy grupowej walczyli o awans do 1/8. Bayern potrzebował zwycięstwa w Turynie, gdzie czekał na niego odradzający się powoli z drugoligowych popiołów Juventus. Był to bezpośredni pojedynek o wyjście z drugiego miejsca, a przed samym spotkaniem to Włosi zajmowali premiowane miejsce. Gospodarze objęli prowadzenie, ale Niemcom udało się odpowiedzieć aż czterema trafieniami. Warto dodać, że wyrównującego gola z rzutu karnego zdobył dla gości… bramkarz Hans-Jörg Butt. Sensacyjnym zwycięzcą grupy okazało się francuskie Girondins de Bordeaux. Dosyć niespodziewane jest to, że problemy z awansem w grupie F miał Inter, gdzie wyrastał na jej zdecydowanego faworyta, obok broniącej tytułu Barcelony. Remisy z Rubinem Kazań i Dynamem Kijów, a także porażka z Hiszpanami sprawiły, iż w ostatnim meczu z rosyjską drużyną Włosi nie mogli przegrać. Gole Samuela Eto’o i Mario Balotellego dały im pewny triumf. Później miało się okazać, że po raz pierwszy w historii w finale nie wystąpi ani jeden zwycięzca swojej grupy. W 1/8 finału na Bayern czekała Fiorentina, która stawiała rywalom bardzo silny opór – dwumecz zakończył się wynikiem 4:4, a Bawarczycy przeszli dalej tylko dzięki bramkom strzelonym na wyjeździe. Do historii przeszły ich dwa spotkania w ćwierćfinale, gdzie spotkali się z Manchesterem United. Pierwszy mecz u siebie Niemcy wygrali dzięki trafieniu Ivicy Olicia w doliczonym czasie gry. Rewanż na Old Trafford nie do końca układał się po ich myśli – po 41 minutach przegrywali już 0:3. Przed przerwą gola zdobył jednak niezawodny Olić, a na kwadrans przed końcowym gwizdkiem przepięknym uderzeniem z woleja popisał się Arjen Robben, dzięki czemu Bayern prześlizgnął się do kolejnej rundy, ponownie korzystając z zasad wyjazdowych goli. Półfinałowy dwumecz z Olympiquem Lyon nie pozostawił już żadnych wątpliwości – trzy gole Olicia w rewanżu zapewniły chłopcom van Gaala bilet do Madrytu. Droga Interu do upragnionego finału miała dla Jose Mourinho kilka osobistych podtekstów. Jego pierwszym rywalem w rundzie pucharowej była Chelsea, z której Portugalczyk jeszcze nie tak dawno został przegoniony przez Romana Abramowicza. Łatwo można się domyślić, ile satysfakcji dały szkoleniowcowi mediolańczyków dwie wygrane w starciach z Anglikami – 2:1 u siebie i 1:0 na wyjeździe. Dwa jednobramkowe zwycięstwa nad CSKA Moskwa dały Interowi przepustkę do swojego pierwszego półfinału od 2003 roku. Tam czekała na nich Barcelona, w której z kolei Mourinho był asystentem i tłumaczem Bobby’ego Robsona, a później współpracował jeszcze… z van Gaalem. W pierwszym spotkaniu na San Siro gospodarze zagrali być może najlepszy mecz za kadencji portugalskiego trenera i w świetnym stylu pokonali Katalończyków 3:1. Rewanż na Camp Nou dziś należy do klasyków Champions League – czerwona kartka dla Thiago Motty jeszcze przed upływem 30. minuty, potem ponad godzina walenia przez Barcelonę głową w mediolański mur, gol Gerarda Pique, chwilę później nieuznane trafienie gospodarzy i koniec meczu. Następnie miała miejsce celebracja gości na murawie, prowokacje Mourinho i włączone zraszacze… Takie było tło awansu Interu do wielkiego finału Ligi Mistrzów, swojego pierwszego od 1972 roku.

Bayern – Inter. 22 maja 2010 roku (po raz pierwszy mecz był rozgrywany w sobotni wieczór!) w Madrycie stanęły naprzeciw siebie dwie wspaniałe europejskie firmy prowadzone przez dwóch wielkich taktyków. Było to piąte starcie w historii pomiędzy tymi zespołami. W ciągu paru tygodni poprzedzających ten finał zarówno monachijczycy, jak i mediolańczycy wygrali swoje ligi oraz krajowe puchary. Jedni i drudzy mieli zatem jasny cel: wywalczyć trofeum numer trzy i szczycić się zdobyciem potrójnej korony. Stawką był nie tylko puchar – zwycięstwo Bayernu oznaczało, że Bundesliga otrzyma w kolejnym sezonie dodatkowe miejsce w Champions League kosztem… Serie A. Inter zatem musiał wygrać nie tylko dla siebie, lecz także i dla całego calcio. Van Gaal i Mourinho – obaj panowie mieli szansę na swój ponowny triumf w tych rozgrywkach. Holender po raz pierwszy wygrał je w 1995 roku, gdy prowadzony przez niego młodziutki Ajax dosyć niespodziewanie pokonał AC Milan. Nie mniejszą sensacją była wygrana w 2004 roku FC Porto, którym dowodził Portugalczyk. Smoki ograły wówczas w finale AS Monaco 3:0. Ernst Happel i Ottmar Hitzfeld zdobywali Puchar Europu z dwoma różnymi zespołami. Pewne było to, że tej nocy dołączy do nich trzeci szkoleniowiec. Pytanie tylko brzmiało: który? ,,Moją filozofią jest zawsze atakowanie. Mourinho woli stawiać na defensywę, ale ma zawodników, którzy mogą przesądzić o wyniku meczu” – Louis van Gaal przed spotkaniem finałowym. Po raz czwarty na arenę finału wybrano Santiago Bernabeu. Wcześniej takie mecze rozgrywane były tutaj w 1957, 1969 oraz 1980 roku. Ten drugi raz był szczęśliwy dla innej drużyny z Mediolanu. AC Milan pokonał wówczas Ajax aż 4:1. W majowy wieczór 2010 roku na trybunach zasiadło ponad 73 tysiące widzów. Sędzią był dobrze znany polskim kibicom Howard Webb. Oba zespoły do finału przystępowały bez swoich kluczowych zawodników. Van Gaal nie mógł skorzystać z Francka Ribery’ego, który pauzował za czerwoną kartkę obejrzaną w dwumeczu z Lyonem. Z tego samego powodu zabrakło w składzie Włochów Motty. Gdy jedni i drudzy ustawili się już wreszcie w tunelu, można było rozpoczynać finał. Bayern na ponowny sukces w rozgrywkach czekał dziewięć lat, z kolei Inter – aż czterdzieści pięć. Jak można się było spodziewać, od początku zaatakowali Bawarczycy. Szczególnie aktywny na prawym skrzydle Robben przez cały sezon był motorem napędowym ofensywnych akcji klubu z Monachium. Holender w dziesiątej minucie łatwo ograł Cristiana Chivu oraz Waltera Samuela i dograł do Olicia, ale napastnik nie trafił w bramkę. Chwilę później były gracz Realu Madryt dorzucił piłkę na głowę Daniela Van Buytena, a ta po jego strzale trafiła w rękę Maicona. Sędzia nie odgwizdał rzutu karnego, chociaż śmiało mógł to zrobić. Inter, stojący za podwójną gardą, odpowiedział dwoma mocnymi uderzeniami Wesleya Sneijdera z rzutów wolnych ustawionych ponad trzydzieści metrów od bramki Butta. Bayern miał dużą przewagę w posiadaniu piłki, ale nie potrafił udokumentować tego trafieniem. Zespół Mourinho w tym sezonie przyzwyczaił do bardzo defensywnej gry, ale w odpowiednich momentach potrafił zadać zabójczy cios. Tak też się stało w 35. minucie finału. Julio Cesar wykopał piłkę z własnego pola karnego, Diego Milito zgrał ją głową do Sneijdera, a ten oddał mu ją natychmiast po przyjęciu, dzięki czemu Argentyńczyk znalazł się w sytuacji sam na sam z niemieckim bramkarzem. Napastnik Interu nie zwykł marnować takich okazji i celnym strzałem dał prowadzenie swojemu zespołowi. Jeszcze przed przerwą Włosi mogli zdobyć drugiego gola. Tym razem to Milito podawał do Sneijdera, ale Holender z dwunastu metrów trafił prosto w Butta. Pierwsza połowa zakończyła się zatem jednobramkową przewagą mediolańczyków. Zaledwie dwadzieścia sekund po rozpoczęciu drugiej części młodziutki Thomas Müller mógł wyrównać, ale fantastyczną interwencją nogami popisał się Cesar. Bayern wyszedł po przerwie niezwykle zdeterminowany. Dziesięć minut później groźnie uderzał Hamit Altintop. W polu karnym Interu robiło się coraz gorąco – ponownie próbował Müller, lecz tym razem jego strzał został sparowany przez Estebana Cambiasso. Po ponad godzinie Cesar znów musiał się wspiąć na wyżyny swoich umiejętności, broniąc mocne uderzenie Robbena.

Gdy wydawało się, że remis wisi w powietrzu, dwadzieścia minut przed końcem mediolańczycy zadali drugi cios. Samuel Eto’o podał piłkę do Milito, który wdał się w pojedynek z Van Buytenem. Argentyński snajper w piękny sposób ograł rywala i nie dał żadnych szans Buttowi. Co prawda belgijski obrońca karierę zakończył rok później, ale ,,El Principe” wysłał go na przedwczesną emeryturę tamtej nocy. Istnieją podejrzenia, że ,,Big Danowi” do tej pory kręci się w głowie po tamtej akcji. Wynik zmienił się na 2:0 i wyglądało na to, że nic już nie odbierze Interowi pucharu. Mourinho gestami uspokajał swoich zawodników, ale w środku czuł już wielki triumf. Wszystko przebiegało według jego planu. Do końca spotkania pozostawały już sekundy, a rezerwowi piłkarze mediolańczyków przygotowywali się do świętowania zwycięstwa. Wówczas Mourinho dokonał trzeciej zmiany tej nocy – zdjął bohatera Milito a w jego miejsce wprowadził Marco Materazziego. Do ucha nie przekazał mu jednak żadnych uwag taktycznych a jedynie słowa: ,,Byłeś na boisku w pierdolonym finale mistrzostw świata i będziesz w dzisiejszym pierdolonym finale ligi mistrzów”. Zaraz po tym Howard Webb zagwizdał po raz ostatni. Inter wygrał Champions League, zdobył potrójną koronę, a Jose dołączył do Happela oraz Hitzfelda. Dla niego i dla klubu to był wielki i niezapomniany sezon. ,,W piłkarskim sensie to była prowokacja ze strony Van Gaala, gdy powiedział, że Inter jest defensywną drużyną ale wiem, czego chciał a ja pragnąłem tej samej rzeczy – zwycięstwa. Nie zatraciliśmy naszej osobowości, jesteśmy bardzo zwartą drużyną i udało nam się wygrać po kontratakach. Po drugiej bramce mecz był już skończony” – Jose Mourinho. 34% – zaledwie tyle czasu przy piłce utrzymywali się mediolańczycy. Wystarczyło to jednak, aby strzelić dwa gole. Parę dni po finale Materazzi wyjawił, że jego trener już dużo wcześniej wiedział, jak potoczy się to spotkanie. Na początku maja Portugalczyk był w Berlinie, gdzie oglądał starcie Bayernu z Herthą. Gdy włoski obrońca wysłał do niego SMS-a z pytaniem, jak prezentują się Bawarczycy, Mourinho odpisał mu: Wygramy 2:0. 28 maja Jose zrezygnował z posady trenera Interu, aby podjąć pracę w Realu Madryt. Zastąpił tam Manuela Pellegriniego, który z Królewskimi odpadł z Champions League w 1/8 finału po dwumeczu z Lyonem. Swoje odejście z Mediolanu portugalski szkoleniowiec zapowiedział już chwilę po triumfie nad Bayernem, gdy stał przed telewizyjnymi kamerami: ,,To był wspaniały, niesamowity sezon. Brakuje mi słów, aby opisać, jak się czuję. Jestem bardzo szczęśliwy i dumny, ale… jednocześnie jestem smutny, bo to prawdopodobnie mój ostatni mecz z Interem a Inter jest moim domem – w taki sam sposób, w jaki moim domem jest Chelsea. Trudno było mi opuszczać Chelsea a teraz równie ciężko jest zostawić Inter ale takie jest życie, taki jest futbol”. Na Santiago Bernabeu nie udało się Mourinho wywalczyć upragnionego trofeum Ligi Mistrzów – trzeciego dla niego i dziesiątego dla klubu. Po zwolnieniu z Realu powrócił do Chelsea, gdzie w drugim sezonie wygrał Premier League. Co łączy natomiast Mourinho i Van Gaala? Ten pierwszy próbuje sprzątnąć po bardziej doświadczonym koledze, który zawiódł w Manchesterze United. Próbuje udowodnić, że The Special One wciąż jest wyjątkowy. Czy uda mu się kiedykolwiek jeszcze wywalczyć swoją własną, trenerską potrójną koronę albo choć wygrać Champions League?

Bayern Monachium – Inter Mediolan 0:2 (0:1)

Gole: Milito 35 i 70 m.

Bayern: Butt – Lahm, Van Buyten, Demichelis, Badstuber – van Bommel, Schweinsteiger, Robben, Müller, Altintop (Klose) – Olić (Gomez)

Inter: Cesar – Maicon, Lucio, Samuel, Chivu (Stanković) – Zanetti, Cambiasso, Sneijder – Eto’o, Milito (Materazzi), Pandev (Muntari)

11

19

Ponowny remis po samobójczym golu:

22 maja 1983 r. reprezentacja Polski remisuje z ZSRR 1:1 na Stadionie Śląskim w eliminacjach Euro ’84. Trzeba mieć wyjątkowego pecha, by w drugim meczu z rzędu strzelić dwa gole, nie dać rywalom zdobyć bramki a mimo to... znów nie zwyciężyć. Taką serię na wiosnę 1983 roku zanotowała jednak reprezentacja Polski. Najpierw w Warszawie nie udało się wygrać z Finami, bo po trafieniu Włodzimierza Smolarka własnego bramkarza pokonał Paweł Janas. W Chorzowie historia się powtórzyła. W meczu z ZSRR piłkę do siatki posłał Zbigniew Boniek a potem samobója strzelił Roman Wójcicki. Dziennikarze „Przeglądu Sportowego” po tym spotkaniu nie mieli już złudzeń. „Trzeba się pogodzić raczej z tym, że biało-czerwonych zabraknie w przyszłorocznych finałach we Francji” – podsumowali w redakcyjnym komentarzu, czego nie trudno było przewidzieć. To był drugi w ciągu niespełna roku mecz przeciwko ZSRR i znów zakończył się podziałem punktów. Na mistrzostwach świata w Hiszpanii padł bezbramkowy remis, tym razem każda z drużyn zapisała na swoim koncie po golu. Jednego z nich strzelił szarżujący na radziecką bramkę Zbigniew Boniek. To był również 20-ty występ w reprezentacji Janusza Kupcewicza i Józefa Młynarczyka oraz 60-ty Zbigniewa Bońka i jego 21 strzelony gol.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

11

@FCBparasiempre
Dokładnie 80 lat temu urodził się George Best, napastnik, dwukrotny mistrz Anglii(Manchester United) - 1965, 1967; Zdobywca Pucharu Europy(Manchester United) - 1968 r.; Zdobywca Złotej Piłki France Football – 1968 r.; Najlepszy Piłkarz Świata według ,Football Writers Association’ – 1968 r. Wybrany do drużyny wszechczasów Ligi Angielskiej w 2007 roku. Zdobywca 9 goli w 37 meczach w reprezentacji Irlandii Północnej. Ogółem zdobywca 214 goli w 616 meczach. George Best był pierwszym dzieckiem Dickie Besta i Anne Best. Dorastał w rodzinnym mieście wraz z piątką rodzeństwa : czterema siostrami i bratem. W wieku 11 lat uzdolniony naukowo Best dostał się do Grosvenor High School, ale wkrótce potem zaczął coraz częściej chodzić na wagary i unikać uczęszczania do szkoły na zajęcia. Szkoła ta specjalizowała się w bardzo popularnym w tamtych czasach na wyspach sporcie – rugby. Gdyby nie buntowniczy charakter Besta kto wie czy nie został by gwiazdą rugby. Jednak los sprawił inaczej i po wydaleniu go z Grosvenor High School przeniósł się do Lisnasharragh Secondary School, gdzie spotkał swoich przyjaciół ze szkoły podstawowej. Połączyła ich ponownie bliska przyjaźń i miłość do piłki nożnej. Wspólnie cały wolny czas poświęcali na trenowanie tego sportu. W tym momencie talent Besta dopiero zaczynał rozkwitać i dawać o sobie znać światu i samemu piłkarzowi. Swoją prawdziwą przygodę z piłką nożna rozpoczął w wieku 14 lat w lokalnym klubie piłkarskim Cregagh Boys Club. Niedługo potem bo już w wieku 15 lat Best został zauważony przez obserwatora angielskiej drużyny Manchesteru United, Boba Bishopa. Bishop poinformował telegramem ówczesnego trenera drużyny Manchesteru Matta Busby’ego słowami : „ Myślę że znalazłem Ci geniusza”. Nie trwało to długo gdy przeniósł się do Manchesteru na okres próbny, by w wieku 17 lat, a dokładnie 14 września 1963 zadebiutować w pierwszej drużynie angielskiego klubu w wygranym meczu 1:0 z drużyną West Bromwich Albion. Genialne dziecko piłki nożnej było niestety za młode aby przebić się do pierwszej drużyny nowego klubu i przez połowę pierwszego sezonu większość czasu spędził na ławce. Jego druga szansa na pokazanie się przed publicznością w Manchesterze przyszła 28 grudnia tego samego roku. Trener Matt Busby dał Bestowi szansę do gry w meczu z drużyną Burnley F.C. Dla Sir Matt'a Busbiego od samego początku było wiadomo, że 16-letni, chudy chłopak z Belfastu jest kimś wyjątkowym. W meczu tym, młody zawodnik strzelił swojego pierwszego gola, a sam mecz zakończył się zwycięstwem Manchesteru United wynikiem 5 - 1. To właśnie wtedy pierwsza dywizja angielskiej piłki nożnej dostrzegła wschodzącą gwiazdę i jego pierwszego strzelonego gola. Po meczu Busby uznał że Best zasługuje na częstszą grę. Jak powiedział, tak zrobił, po Nowym Roku Geaorge Best zaczął regularnie grywać występując w 26 meczach i strzelając 6 goli. Sezon Manchester zakończył na drugim miejscu, cztery punktu za drużyną Liverpoolu. Kolejny sezon był dla Manchesteru United i Besta lepszy, udało im się zdobyć tytuł mistrzowski, a Best grywał regularnie. Do eksplozji talentu Besta doszło w 1966 roku. Wtedy to Best strzelił dwie bramki Benfice Lizbona w wygranym przez Manchester United meczu, w ćwierć finale Pucharu Europy. Od tamtego momentu George Best stał się prawdopodobnie najważniejszym graczem angielskiej drużyny i to właśnie wtedy oficjalnie nadano mu pseudonimy „ Piąty Beatles” i „Chłopak z Belfastu”. Stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych piłkarzy na wyspach i w Europie.Następny sezon był dla niego równie owocny. Wraz z Manchesterem ponownie zdobył tytuł mistrzowski ligi angielskiej. Jego forma i sława rosły z meczu na mecz, zadziwiał wszystkich równie dobrymi występami w każdym meczu. Następujący sezon przyniósł Bestowi kolejne trofeum – zwycięstwo w Pucharze Europy po wygranym meczu z Benfiką Lizbona aż 4 : 1. Dla Besta ten sezon był o tyle udany, że po za wygraną zespołu udało mu się także zdobyć tytuł Europejskiego Piłkarza Roku i nominacje do honorowego tytułu Najlepszego Piłkarza Roku Na Świecie. Po tym idealnym dla piłkarza sezonie nastąpiło zatrzymanie niesamowitego rozwoju kariery. Był to jego najwyższy szczyt, którego potem już niestety nie osiągnął.

W roku 1969 Best otworzył dwa nocne klubu w centrum Manchesteru, były to „Oscar „ i „Slack Alice”. Po za nocnymi klubami stał się właścicielem paru butików z modną odzieżą w partnerstwie z innym dość znanym piłkarzem Manchesteru United Mike’em Summerbee. Jednakże mimo skutecznego działania biznesowego rozwinął w sobie mniej pozytywne cechy, takie jak alkoholizm i nałóg do hazardu. Stał się kobieciarzem i zaczął spotykać się z gwiazdami estrady i znanymi modelkami. Jak sam podkreślał - roztrwonił cały majątek na kobiety, alkohol i samochody. W tym okresie stały się one dla niego najważniejszym celem w życiu. Z dnia na dzień osiągał dno, a właściciele Manchesteru United coraz częściej myśleli co powinni zrobić z takim człowiekiem. W końcu działacze „Czerwonych Diabłów” nie mieli wyboru i zdecydowali zrezygnować z pobłażania Bestowi i zakończyć z nim oficjalną współpracę. Trener i działacze nie widzieli miejsca w zespole dla człowieka z problemem alkoholowym, nie potrafi sobie z nim poradzić i była to jedyna metoda jaka im pozostała. Przez kolejne osiem lat swojej kariery, a raczej imitacji wcześniejszej kariery tułał się po wielu klubach, mimo to, że nadal czarował swoimi umiejętnościami z żadnym z klubów w których grał nie osiągnął żadnych sukcesów takich jak z Manchesterem, a nawet do nich zbliżonych. Pierwszym z klubów do którego się przeniósł w 1974 roku był afrykański Jewish Guild. Źle znosił krytykę związana z jego opuszczaniem treningów i nieprofesjonalnego podejścia do gry. Podczas krótkiego pobyty w tym zespole to on był głównym powodem dla którego na stadion przychodziło tysiące widzów. W afrykańskiej drużynie zagrał pięć oficjalnych meczów i w grudniu 1975 roku przeniósł się z powrotem do europy, do irlandzkiego klubu Cork Celtic. Podobnie jak w drużynie Jewisg Guild tutaj także przyciągał ogromną liczbę widzów, ale nie był w stanie już im zaimponować, ani strzelić gola. Zagrał tylko trzy oficjalne ligowe gry po przez cały swój pobyt w Cork Celtic. Będąc tam na tymczasowej umowie musiał pokazać, że warto podpisać z nim normalny kontrakt. Niestety nieudało mu się to, ani trochę nie przypominał siebie z wcześniejszych lata. Zakończyło się to odejściem z klubu i wyruszeniem do kolejnego. W 1976 roku trafił do Fulham, a więc ponownie do Anglii. W angielskim klubie spędził sezon 1976 – 1977, w którym nastąpiło częściowe odrodzenie jego formy. Co prawda nie był już taki szybki jaki kiedyś, ale znowu zaskakiwał swoimi technicznymi umiejętnościami. Ten okres zaowocował spotkaniem w drużynie Fulham swojego starego kompana do picia Rodneya Marsha. W późniejszym etapie życia otwarcie przyznał, że mimo braku zwycięskich zaszczytów w drużynie Fulham, bardzo podobał mu się czas którym tam spędził. Można domyślać się że przypominał mu on jego najlepsze lata z drużyny Manchesteru. Po sezonie odszedł z angielskiej drużyny by przenieść się do Stanów Zjednoczonych Ameryki. Grał tam w trzech klubach piłkarskich : Los Angeles Aztecs, Fort Lauderdale Strikers oraz San Jose Earthquakes. Rozkoszował się tam anonimowością, której brakowało mu w Anglii, ponownie mógł pokazać swoje umiejętności. Grając w pierwszym swoim sezonie wraz z drużyną Los Angeles Aztec zdobył 15 goli w 24 meczach. Został dzięki temu osiągnięciu wybrany najlepszym pomocnikiem amerykańskiej ligi piłki nożnej. Podczas swojego trzyletniego pobytu w Stanach Zjednoczonych udało mu się także wraz ze swoim menadżerem Ken’em Adam’em otworzyć „Bestie's Beach Club” , który został później przemianowany na The Underground na cześć Londyńskiego systemu metra. Klub działał efektywnie do około 1990 roku. W 1979 ponownie powrócił do Europy rozpoczynając grę w szkockim klubie Hibernian. Spędził tam dwa lata bez godnych odnotowania sukcesów czy wydarzeń. Podobnie było w jego kolejnych klubach Bournemouth, Brisbane Lions, Testimonial i Tobermore United. Północno Irlandzki Tobermore United był jego ostatnim w karierze klubem, tak więc skończył karierę tam gdzie ją rozpoczął – w swojej ojczyźnie. Po za karierą klubową George Best rozegrał w reprezentacji Północnej Irlandii 37 meczy strzelając 9 bramek. Była to drużyna dość słaba i nie udało mu się odnieść z nią żadnych sukcesów. Zakończenie kariery przyniosło Bestowi kolejny życiowy upadek, trafił na trzy miesiące do więzienia za jazdę samochodem pod wpływem alkoholu. Jego daleki od sportowego tryb życia doprowadziło do transplantacji wątroby w 2000 roku. Stan zdrowia Georga wyraźnie pogorszył się w 2005 roku i trafił on do szpitala w stanie ciężkim. 25 listopada zmarł. George Best jest uważany za jednego z piłkarzy o największym naturalnym talencie sportowym, był nawet często porównywany do Edson Arantes do Nascimento a właściwie Pelé, Erica Cantony, a nawet „ boskiego ” Diego Armando Maradony, jednak z powodu problemów ze sobą wielka kariera Besta szybko się skończyła. On sam dobrze wiedział, że mógł osiągnąć znacznie więcej, mówiąc kiedyś półżartem: ” Żebym tyle nie pił, nikt by nie słyszał o Pele i Maradonie”. Kibice nazywali go często „ Piątym Beatlesem ” ze względu na wygląd i jego fryzurę, która nadawała mu wygląd do złudzenia przypominający doskonałych muzyków. Zawodnik, o którym sam Pele powiedział: „ To najlepszy piłkarz na świecie ” cieszył się szacunkiem i dosłowną miłością kibiców, fanów i specjalistów piłki nożnej. Był niesamowicie szybki, skoczny, posiadając przy tym doskonałe umiejętności techniczne – robił z piłką co chciał. Był w stanie ogrywać nawet dużo lepiej predysponowanych przeciwników. Geniusz, jakich mało, pochodzący z kraju i ziemi ubogiej w talenty piłkarskie.


14

Diego Forlan dał popis na Camp Nou:

22 maja 2005 r. FC Barcelona zremisowała w przedostatniej kolejce Primera Division z Villarreal CF 3:3 a wydarzeniem wieczoru była prezentacja pucharu za mistrzostwo Hiszpanii i wielka fiesta, która odbyła się na Camp Nou po zakończeniu meczu. Na drugim planie toczyła się jednak walka o ,,Trofeo Pichichi”, czyli tytuł najlepszego snajpera. Niespodziewany hattrick zdobyty przez Diego Forlana pozwolił mu niemal dogonić Samuela Eto’o. Napastnik Villarreal miał po 37 kolejkach 23 gole wobec 24 goli snajpera Blaugrany. Trzeba jednak zaznaczyć iż kontrowersje wywołał gol strzelony 19 lutego w meczu z Mallorca, gdy uderzona przez Deco piłka odbiła się od Eto’o i zmyliła bramkarza z Balearów. Katalońskie media zaliczały to trafienie Kameruńczykowi ale madrycka ,,Marca”(fundator nagrody Trofeo Pichichi) i europejska organizacja ESM(przyznająca ,,Złotego Buta”) uznały że strzelcem gola jest Deco. Jak się okazało była to kluczowa decyzja, gdyż w rozegranej tydzień później ostatniej kolejce ligowej Forlan strzelił 2 gole a Eto’o nie trafił ani razu i to reprezentant Urugwaju sięgnął po Pichichi, zdobył także, ex aequo z grającym w Arsenalu Henry’m, Złotego Buta.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

13

Debiuty zapomnianych legend FC Barcelony:

22 maja 1927 r. w towarzyskim meczu FC Barcelony z Motherwell wygranym 2:0 debiutuje w barwach Blaugrany legendarny napastnik Angel Arocha.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

0

@Ogorinho1974 Szczerze to ja Flicka nie trawie! Ale niejako musze ogladać go bo to w końcu trener naszej kochanej Barcuni...

13

„Cafe Baviera”:

Między mieszkańcami, którzy mieli w zwyczaju spacerować w pobliżu fontanny „Canaletes”, włóczyli się kibice Barçy. Na początku XX wieku, wraz z popularyzacją futbolu w Katalonii, sympatycy Blaugrany stworzyli tradycje spotykania się w poniedziałkowe wieczory wokół nieistniejącego już okrągłego kiosku ażeby porozmawiać na temat wyników meczów rozegranych w miniony weekend. Oprócz fontanny „Canaletes” kibice spotykali się również w innych miejscach w tej okolicy, takich jak „Cafe Baviera”. Lokal ten(własność Estevego Sali) mieścił się przy skrzyżowaniu Rambli z ulicą Pelai, blisko fontanny i otworzył podwoje w maju 1898 r. Wcześniej na parterze budynku znajdowała się kawiarnia „Petit Palayo”, będąca własnością wuja szefa FC Barcelony. To tam pracował Sala, kiedy przyjechał do miasta z Girony. W Bavierze, jak powszechnie nazywano kawiarnie, klienci mogli spróbować świeżego kawioru „Romanoff”, który Sala importował z Moskwy drogą lotniczą, oraz jego cenionego piwa beczkowego. Gorące „pastissets” nadziewane anchois(specjalność lokalu) przyciągały niezdecydowanych. W ten sposób taras Baviery stał się centrum piłkarskich spotkań tamtej epoki. Pośród zebranych na spontanicznych rozmowach na ulicy oprócz kibiców nie brakowało także dyrektorów klubu a nawet samych piłkarzy, jak choćby Samitiera, Sagi-Barby czy nawet Alcantary. Jednak przy „Canaletes” zbierali się nie tylko sympatycy Blaugrany żeby debatować o ostatniej kolejce. Przychodzili tutaj również kibice pozostałych klubów z miasta. Powodowało to że po derbach dyskusje były bardzo gorące a często prowadziły nawet do ostrych kłótni, zwłaszcza kiedy ścierali się ze sobą najbardziej zagorzali barceloniści i espanyoliści. „Cafe Baviera” bynajmniej nie popadła w zapomnienie, lecz podtrzymywała więzi z Barçą dzięki radiowemu programowi pod takim właśnie tytułem, który prowadził barceloński dziennikarz Xavier Bosch. Od czasu pierwszej audycji we wrześniu 2000 roku, „Cafe Baviera” stał się pierwszym codziennym sportowym programem stacji RAC1 emitowanym w paśmie nocnym. Program, zdjęty z anteny w sierpniu 2004 roku, miał na celu odzyskanie ducha spotkań z „Cafe Baviera” i stał się jednym z najpopularniejszych w kręgu barcelonistów, wszak nie na darmo jego slogan brzmiał: ,,Primer el Barça. Despres tambe(Najpierw Barça. Potem też). W późniejszym czasie Bosch założył blog „Cafe Baviera”, na którym na gorąco publikuje relacje z każdego meczu rozgrywanego przez pierwszą drużynę FC Barcelony.

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

13

Geniusz futbolu dokonał piłkarskiego cudu:

21 maja 1939 r. Ernest Wilimowski, najlepszy snajper w dziejach polskiego futbolu ustanowił niepobity do dziś rekord świata na najwyższym poziomie w profesjonalnej lidze, strzelając 10 goli(!) w jednym meczu! Wydarzyło się to w wygranym 12:1(!) meczu Ruch Hajduki Wielkie(naturalnie dziś Ruch Chorzów) – Union Touring Łódź. Genialny ,,Ezi”, jak go nazywano, strzelał kolejno w: 15, 20, 32, 53, 65, 66, 70, 80, 85 i 89 minucie. Jak widzimy Wilimowski po przerwie, w 36 minut strzelił 7 goli! To jest wyczyn wręcz nieziemski! Pozostałe 2 gole strzelił nie gorszy od Eziego napastnik Teodor Peterek. Świadkiem tego niezwykłego wyczynu była słynna chorzowska OMEGA, zegar stadionowy, który właśnie 21 maja 1939 zaczął odliczać czas meczów „Niebieskich”. W takt Omegi Wilimowski strzelił 10 goli i przy okazji zaliczył też trzy klasyczne hat-tricki! Dodam jeszcze że do tych 10 goli zbliżył się tylko jeden równie genialny snajper w historii futbolu a mianowicie Fernando Peyroteo, który w meczu z FC Leça w 1942 r. strzelił 9 goli(!) jednak Portugalczykowi nie udało się strzelić aż 7 goli w takim tempie. Był to mecz podwójnie historyczny, gdyż pierwszy raz uciekające minuty meczu odmierzała precyzyjna wskazówka chronometru Omega a 90-minutowy odcinek, który pokonała w ten dzień, wypełniony był wydarzeniami prawdziwie wiekopomnymi, o których wyżej wspomniałem. Według chętnie powtarzanej legendy Wilimowski miał się założyć w przerwie z jednym z kibiców o złoty zegarek że strzeli w całym meczu 10 goli. Czy tak naprawdę było(?) tego już nie da się rozstrzygnąć…

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@NeroTFP1
@Ogorinho1974

0

@Profesorek
1. Argentyna
2. Hiszpania
3. Chorwacja

11

@FCBparasiempre
W maju 2021 roku mineło dokładnie sto lat od kiedy na polskim rynku wydawniczym ukazał się pierwszy numer ,,Przeglądu Sportowego”. Jedna z najważniejszych gazet sportowych w naszym kraju do dziś wyznacza trendy odnośnie funkcjonowania na rodzimym rynku prasowym. Pismo to nie święciłoby jednak swoich sukcesów gdyby nie kilku oddanych sprawie zapaleńców, którzy zaryzykowali i swoją ciężką pracą wynieśli słabo prosperujący tytuł na wyżyny przedwojennej publicystyki sportowej. Początki były jednak trudne, a miały one dużo wspólnego z futbolem. Dwudziestolecie międzywojenne przyniosło wiele zmian odnośnie zawodu dziennikarza. W porównaniu z latami przed Wielką Wojną ciężko było znaleźć prawdziwych fachowców, którzy nadaliby kierunek tworzącym się formom dziennikarskim. Wielu przedwojennych ,,nowiniarzy” poniosło śmierć na frontach I wojny światowej, wojny polsko-ukraińskiej lub polsko-bolszewickiej. Stanowiska pierwszych dziennikarzy w odrodzonej ojczyźnie obejmowali często byli lub obecni sportowcy, od których od razu wymagano wszechstronności w nowym zawodzie. Jeden z najlepszych dziennikarzy sportowych w dwudziestoleciu Tadeusz Grabowski tak wspominał swoje początki w redakcji bytomskiego ,,Sportowca”: ,,(…) razu pewnego na pierwszą kolumnę nie miałem nic poza ilustracją z ,,Miroir” z meczu Francja-Anglia, gdzie głowy graczy, tworząc skomplikowaną gmatwaninę, ledwo odcinały się od tła. Trzeba było to wszystko, a zwłaszcza głowy ,,podmalować”. Dorywczo współpracujący plastyk przepadł gdzieś bez wieści, drukarnia biła na alarm, także wreszcie… sam chwyciłem za farby i pędzle”. Ta sytuacja bardzo dobrze oddaje ogrom trudności, z którymi musieli się borykać. Innym palącym problemem była nieumiejętność odnalezienia się w panującej rzeczywistości wielu dziennikarzy, którzy nie umieli funkcjonować bez cenzorskiej kontroli. Nie potrafili oni porzucić przedwojennych przyzwyczajeń, a co za tym idzie zachęcić ewentualnych czytelników do nabywania ich pism. Zbyt trudne dla nich było również przerzucenie się z tematyki narodowowyzwoleńczej na bardziej rozrywkową, co skazywało ich na zawodowy niebyt. Dużą wagę w pracy przedwojennych dziennikarzy przykładano do języka, który w obliczu panującego w II Rzeczypospolitej analfabetyzmu (33% obywateli kraju) musiał zostać uproszczony. Chciano w ten sposób, aby poszczególne artykuły były zrozumiałe zarówno dla ludzi z nizin społecznych, jak i tych z wyższych sfer. Po pewnym czasie dało się jednak zauważyć, że wspomniany zabieg nie przyniósł pożądanych skutków. Do innych dziennikarskich niedogodności pierwszych lat niepodległości możemy zaliczyć także niedostatki na polu sprzętowym, brak papieru, na którym można by drukować poszczególne tytuły czy słabą sieć komunikacyjno-informacyjną, która była skutkiem różnego prawodawstwa u poszczególnych zaborców. Kłopoty pojawiały się często również z powodu zbyt częstych polemik między poszczególnymi tytułami, co jednak w dużej mierze napędzało sprzedaż pism. W powojennej rzeczywistości politycy szybko zdali sobie sprawę, że dziennikarstwo, a zwłaszcza to sportowe, ma olbrzymi potencjał propagandowy. Nie powinien dziwić nas więc fakt, że istniała możliwość wykorzystywania zajmowanych stanowisk do własnych interesów przez wielu przedstawicieli państwowych. Szybko do zadań żurnalistów sportowych dołączyło propagowanie w społeczeństwie aktywności fizycznej, o której wielu Polaków wciąż myślało, że między innymi powoduje choroby. Wspomniany wcześniej analfabetyzm spowodował jednak, że misja poszerzania horyzontów spaliła na panewce.

Dwudziestolecie międzywojenne z perspektywy lat jawi się jako czas walki o poprawę wizerunku dziennikarzy. Walki, którą z perspektywy olbrzymich sukcesów polskiego dziennikarstwa w latach trzydziestych, należy uznać za wygraną. Kraków, dawna stolica Polski oraz centralne miasto austriackiej Galicji, długo hamował rozwój prasy sportowej. Ta tendencja została przełamana dopiero pod koniec XIX wieku. Następstwem takiego stanu rzeczy był fakt, że tytułów prasy sportowej zaczęło przybywać niczym grzybów po deszczu. Jednym z nich był wydawany od 21 maja 1921 roku ,,Przegląd Sportowy”. Początki obecnego hegemona branży dziennikarstwa sportowego mocno związane były z postacią Tadeusza Synowca. Nie pełnił on co prawda roli redaktora naczelnego (tę przez pierwszy rok sprawował Ignacy Rosenstock, a później do 1926 roku Ferdynand Goetel), ale wywarł on olbrzymi wpływ na funkcjonowanie owego tytułu. Późniejszy selekcjoner reprezentacji Polski dużo czasu w tamtym okresie spędzał w dobrze sobie znanej kawiarni ,,Bizanca”, w której przy jednym ze stolików zajmował się grą w szachy oraz poprawianiem tekstów, które miały ukazać się na szpaltach ,,Przeglądu Sportowego”. Pierwsze wydanie gazety w pełni poświęcone było futbolowi, co można łatwo wytłumaczyć jeśli wie się, że już na początku swojego funkcjonowania tygodnik (,,Przegląd Sportowy” stał się dziennikiem dopiero po II wojnie światowej) stał się organem Krakowskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej. Z czasem został on częścią okręgowych związków piłkarskich również w Wilnie, Lublinie, Katowicach, Łodzi i Warszawie. Formuła miała oscylować wokół naukowego charakteru publikacji, co po dość krótkim czasie zostało zmienione. Nakład pisma wynosił wtedy około pięciu tysięcy numerów, ale z powodu panującego w Galicji ubóstwa oraz dlugotrwałej pracy nad wydaniem pojedynczego numeru zaczął on spadać. Widmo upadku zniknęło, gdy właściciel Cracovii Jan Gebethner z własnej kieszeni sfinalizował powstanie Towarzystwa Wydawniczego ,,Przegląd Sportowy”. Nie oznaczało to jednak, że problemy zniknęły w ogóle. Nudna szata graficzna, informowanie o wydarzeniach związanych tylko z zespołem Cracovii czy publikowanie informacji z opóźnieniem sprawiły, że nastąpił drugi poważny odpływ czytelników. Inne gazety, w tym ,,Rzeczpospolita” czy ,,Słowo Polskie”, także weszły do rywalizacji o odbiorcę, co objawiło się poprzez redagowanie interesujących działów sportowych. Dewaluacja marki natomiast doprowadziła do podniesienia ceny pisma aż trzydzieści cztery razy w przeciągu trzech lat. Stojący na czele gazety zdawali sobie sprawę z faktu, że jeśli nic nie zrobią, to pismo będzie musiało ogłosić upadłość. Jan Gebethner i jego współpracownik Marian Strzelecki musieli zdecydować pomiędzy przekształceniem ,,Przeglądu Sportowego” w elitarny magazyn dla małej liczby czytelników a zrobieniem z niego ogólnopolskiej gazety nastawionej na masowego odbiorcę. Decyzja ta zmieniła polskie dziennikarstwo sportowe na zawsze. Milowy krok w historii ,,Przeglądu Sportowego” nastąpił na przełomie 1924 i 1925 roku. Wtedy to właśnie redakcja gazety została przeniesiona z Krakowa do Warszawy. Większość obowiązków pod nowym adresem przejął Marian Strzelecki, członek zarządu Polonii Warszawa i jej piłkarz w wicemistrzowskim sezonie 1921. ,,Przegląd Sportowy” został przejęty przez spółkę wydawniczą ,,Prasa Polska”, co w ostateczności sprawiło, że jego ciągłość nie wygasła. Funkcję nowego redaktora naczelnego przejął natomiast współtwórca grupy poetyckiem Skamander, czyli Kazimierz Wierzyński. ,,Nowa miotła” od razu zabrała się do robienia porządków w piśmie. Innowacyjne było praktycznie wszystko. Nie oznacza to jednak, że gazeta przerodziła się w zbiór poetyckich utworów, ale pozostała pismem przekazującym informacje ze sportowych aren. Wraz z zatrudnieniem przez Wierzyńskiego wielu wybitnych sportowców jako sprawozdawców (między innymi piłkarza Cracovii i przyszłego selekcjonera kadry biało-czerwonych Józefa Kałuży) można było doszukać się artykułów, w których uczestnicy poszczególnych zawodów opowiadali o swoich odczuciach z nimi związanych. Była to nowość, która sprawiała, że „ Przegląd Sportowy” zaczął zyskiwać na popularności.

Po upływie dwóch lat „Przegląd Sportowy” powiększył nakład do czterdziestu trzech tysięcy egzemplarzy. Na taki stan rzeczy duży wpływ miała charyzma przyszłego złotego medalisty olimpijskiego (Wierzyński zdobył to wyróżnienie w 1928 roku w konkursie sztuki za tomik poezji ,,Laur olimpijski”, w którym jeden z wierszy został poświęcony wybitnemu hiszpańskiemu bramkarzowi Ricardo Zamorze). Jego podwładny Jerzy Jakub Rohatiner wspominał: ,,Nawet w telefonach niedzielnych (…) redaktor naczelny spodziewał się odpowiedniego poziomu oraz imaginacji. A przy tym baczył pilnie na czystość i zwięzłość języka, jedność myśli, oszczędność słowa”. Nie można było spotkać go jednak nigdy w redakcji, gdyż większość czasu spędzał na trybunach poszczególnych zawodów sportowych. Jego postawa sprawiła, że ,,Przegląd Sportowy” znalazł się na salonach europejskiej prasy sportowej. Ten czas w historii pisma najlepiej oddają jego własne słowa na temat wykonywanej przez siebie pracy: ,,Gdy je objąłem, nadałem mu format gazety, powiększyłem objętość i przekonałem wydawców, aby zaryzykować nakład pięciu tysięcy egzemplarzy. Chwyciło z miejsca”. Innym trafionym pomysłem było ustanowienie w 1926 roku plebiscytu dla najlepszego polskiego sportowca w roku kalendarzowym. Pierwszym jego laureatem został Wacław Kuchar, wszechstronny sportowiec ze Lwowa, który najbardziej znany był jako wybitny napastnik tamtejszej Pogoni. Oprócz niego takiego zaszczytu dostąpiło jeszcze tylko dwóch piłkarzy: Zbigniew Boniek w 1982 oraz Robert Lewandowski w 2015 roku. Plebiscyt z krótką przerwą na okres II wojny światowej odbywa się po dziś dzień. Pochwały dla sternika ,,Przeglądu Sportowego” płynęły z całej Europy. Gdy gazeta miał już ugruntowaną pozycję na rynku przyszła jednak pora na zmianę. Redakcję przejął wspominany już Marian Strzelecki, który pełnił funcję redaktora naczelnego aż do wybuchu II wojny światowej. Legenda Czarnych Koszul uważała, że należy wzbogacać szatę graficzną, doskonalić warsztat oraz informować o rezultatach ze sportowych aren w sposób jak najszybszy. Gazeta zaczęła być redagowana pod gusta czytelników, co doprowadziło do wprowadzenia sensacyjności w jej stylu. Najważniejsze było jednak to, że ,,Przegląd Sportowy” wciąż znajdował się w grupie pism informacyjnych, których rola była wiodąca zarówno w kraju, jak i za granicą. Charakterystyczną cechą pisma w okresie rządów redaktora Strzeleckiego było dość mocne angażowanie się w różnego typu polemiki, wśród których najgłośniejsza dotyczyła militaryzacji sportu w Polsce. Punktem wyjścia była sytuacja z meczu derbowego Cracovia-Wisła Kraków, który miał miejsce w 1933 roku. Na pięć minut przed końcowym gwizdkiem zawodnicy Białej Gwiazdy zeszli z boiska po tym, jak sędzia wykluczył z gry zawodowego oficera i jednocześnie kapitana gości Henryka Reymana. Według kibiców Pasów miał on powiedzieć do arbitra: ,,Żaden Żyd nie będzie mi rozkazywał”, podczas gdy fani Wisły utrzymywali, że ich idol wykrzyczał: ,,Nikt w tym kraju, a zwłaszcza byle sędzina, nie będzie ubliżał polskiemu oficerowi”. Następstwem owego zdarzenia był rozkaz prezesa Krakowskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej generała Bernarda Monda, że wojskowi, którzy grają w klubach cywilnych, mają zaprzestać robienia tego. Szybko zareagował ,,Przegląd Sportowy”, na którego łamach słowa oburzenia przedstawił jeden z nestorów polskiego dziennikarstwa Jan Erdman: ,,Interwencja gen. Monda nie jest dla nas dostatecznie zrozumiała. Jeżeli nawet dopuścimy celowość nadzoru zwierzchnictwa wojskowego nad graczami wojskowymi, to w przytoczonym wypadku akcja władz wojskowych ograniczyć się mogła tylko do zajęcia stanowiska wobec niesubordynowanego kapitana”. ,,Przegląd Sportowy” przez osiemnaście lat swojego funkcjonowania przed II wojną światową poczynił olbrzymi postęp, który owocuje również dziś. Jego wkład w rozwój polskiego sportu, również piłki nożnej, jest nieoceniony. Lata sukcesów, głównie w okresie rządów Kazimierza Wierzyńskiego, sprawiły, że pismo stało się szalenie ważnym graczem na polskim i europejskim rynku prasowym. Olbrzymią szkodą jest to, że nigdy nie będzie nam dane dowiedzieć się, jak rozwinęłoby się to pismo oraz cała polska publicystyka sportowa gdyby nie niemiecko-sowiecki atak we wrześniu 1939 roku oraz prawie pięćdziesiąt lat komunizmu na naszych ziemiach.

1

@Gary No może deczko przesadziłem ale ogólnie ich nienawidze! Oczywiście chodzi mi o futbol. Jedynego, którego lubie to jak na razie Marco Reus...

1

@FcPortoFan1999 I bardzo dobrze! J***ć szwabów! zawsze i wszędzie!

12

@FCBparasiempre
Niektóre finały Ligi Mistrzów są jak świeże wyroby polskiej kinematografii. Więcej szumu związanego z otoczką i zapowiedziami, aniżeli dobrego seansu. Na całe szczęście futbol dostarczył nam też wiele wybitnych finałowych produkcji spod szyldu najbardziej elitarnych klubowych rozgrywek w Europie. Dzisiaj przypomnimy sobie jedną z nich. Mowa tutaj o decydującym starciu Champions League z 2008 roku, w którym na rosyjskim stadionie Łużniki w Moskwie zmierzyły się ze sobą Chelsea FC oraz Manchester United. Manchester trafił do grupy F, gdzie jego przeciwnikami były takie zespoły jak AS Roma, Dynamo Kijów oraz Sporting CP. Chelsea natomiast prowadziła zmagania w zestawieniu oznaczonym literką B. CFC rywalizowało z Schalke, Rosenborgiem i Valencią. Oba kluby wygrały swoje grupy i do fazy pucharowej przystępowały w roli faworytów całych rozgrywek. United w 1/8 nie bez problemów pokonało w dwumeczu Olympique Lyon, natomiast Chelsea pewnie poradziła sobie z greckim Olympiakosem. Komplikacje zaczęły się od ćwierćfinałów. Londyńczycy przegrali pierwsze, wyjazdowe spotkanie z Fenerbahçe 1:2 i w rewanżu musieli gonić wynik. Koniec końców udało się wygrać 2:0 i przejść do półfinałów, gdzie przyszło im zagrać z Liverpoolem. Manchester z kolei w 1/4 spokojnie ograł Romę (2:0 i 1:0) i w walce o bilet do Moskwy trafił na FC Barcelonę. Przesądzające o awansie do finału pojedynki stały na bardzo wysokim poziomie. Manchester najpierw zremisował na Camp Nou z „Blaugraną”, by potem w rewanżu wygrać 1:0 po fantastycznym golu Paula Scholesa. Zwycięstwo „Czerwonych Diabłów” było w pełni zasłużone. Chelsea oraz Liverpool napisały wspaniałą historię, grając dwumecz, który postrzegany jest jako ikoniczny. W mieście Beatlesów padł remis 1:1, natomiast rewanż na Stamford Bridge należał do absolutnie zwariowanych. Po regulaminowych 90 minutach utrzymywał się wynik 1:1, więc potrzebna była dogrywka. W niej padły aż trzy bramki, z czego dwie dla gospodarzy, co ostatecznie przesądziło o tym, że na wielki finał poleciała drużyna Chelsea. Nigdy przedtem dwie ekipy z Anglii nie spotkały się na finiszu Ligi Mistrzów. Według bukmacherów minimalnym faworytem był Manchester United, który zaledwie kilkanaście dni wcześniej zapewnił sobie mistrzostwo kraju, wyprzedzając w tabeli właśnie team z Londynu jedynie o dwa punkty. „The Blues” niechybnie więc pałali żądzą rewanżu za przegrane trofeum. Warto odnotować, że sezon wcześniej United także zgarnęło ligowy tytuł, znów finiszując tuż przed Chelsea. Wówczas jednak z nieco bardziej okazałą, sześciopunktową przewagą. Chelsea FC przez niemalże cały sezon 2007/2008 prowadził niedoświadczony Avram Grant, który we wrześniu 2007 roku zastąpił na stanowisku trenera samego Jose Mourinho. Portugalczyk po słabszej serii wyników został zwolniony przez Romana Abramowicza. Obrzydliwie bogaty oligarcha dzisiaj jest naturalnie kojarzony ze swoim klubem, natomiast w tamtych latach był on jeszcze dość nowym właścicielem. Rosjanin kupił Chelsea w 2003 roku za kwotę 140 milionów funtów i postanowił zrobić z niej potęgę, wydając na start ogromne pieniądze na nowych zawodników, a także zatrudniając Mourinho, który stanowił wtedy niezwykle łakomy kąsek na rynku trenerów. Wystarczy wspomnieć, że słynący z ciętego języka szkoleniowiec obejmował „The Blues” tuż po tym jak niespodziewanie wygrał Champions League prowadząc FC Porto. Kolejne sukcesy – już w Anglii – przyszły bardzo szybko. W premierowym sezonie jako opiekun Chelsea zdobył mistrzostwo Premier League. Rok później powtórzył ten wyczyn. Nigdy jednak nie zdołał wprowadzić zespołu do finału Ligi Mistrzów. Pierwszego w jego dziejach. Tego, co nie udało się Mourinho, dokonał Grant. Izraelczyk piastował funkcję dyrektora sportowego w klubie, zanim przejął schedę po „The Special One”. Co ciekawe, ze względu na fakt, iż nie posiadał on licencji UEFA Pro, do protokołu meczowego wpisywany był Steven Clark, były asystent Jose. Mający polskie korzenie Grant świetnie zaczął przygodę z nową funkcją. Dość powiedzieć, że przegrał tylko jedno z pierwszych 18 spotkań. ,,Mourinho uwielbiał być w centrum uwagi, ale w tym pozytywnym sensie. Ja jestem inny. Widzę siebie jako reżysera, a gwiazdami są piłkarze”- Avram Grant.

Po drugiej stronie na ławce trenerskiej siedział niebywale doświadczony, legendarny już Sir Alex Ferguson. Szkot pragnął jeszcze raz w swojej arcybogatej karierze sięgnąć po uszaty puchar, bowiem pomimo wielu osiągnięć, zaledwie jedno trofeum Ligi Mistrzów przez ponad 22 lata pracy na Old Trafford mogło uderzać w jego ambicję. Los chciał, by akurat w 2008 roku wypadała okrągła, 50. rocznica katastrofy lotniczej w Monachium, w której zginęło wielu zawodników Manchesteru oraz inne osoby związane bądź też niezwiązane z United (pracownicy klubu, dziennikarze, załoga samolotu). Miało to być dodatkową mobilizacją w batalii z Chelsea. ,,Oczywiście było to bardzo wzruszające, ponieważ obchodzono 50-tą rocznicę katastrofy lotniczej w Monachium. Sir Alex Ferguson na pewno uświadomił to piłkarzom”- Bobby Charlton w wywiadzie dla The Guardian. Finał rozpoczął się w środę, 21 maja o godzinie 20:45 (22:45 czasu lokalnego) przy widowni liczącej 69,5 tys. osób. Zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie nie obyło się bez znaczących roszad w składzie. Nominalny gracz środka pola Chelsea Michael Essien ustawiony został na prawej stronie defensywy, bowiem Avram Grant pragnął zabezpieczyć tę pozycję kimś lepiej broniącym od Juliano Bellettiego. Reprezentant Ghany w kilku spotkaniach w końcówce sezonu również sprawował tę funkcję. Kłopoty United polegały na kontuzji Park Ji-Sunga, którego w wyjściowej jedenastce zastąpił Owen Hargreaves. Grający najczęściej na prawej flance Ronaldo tym razem wszedł w rolę lewego pomocnika, tam, gdzie występował właśnie nieobecny Koreańczyk. Taki manewr miał sprawić, że błyskotliwy skrzydłowy będzie wygrywał więcej bezpośrednich pojedynków z Essienem, który jak już zostało wspomniane, nie posiadał wielkiego doświadczenia z gry na boku obrony. Patrice Evra ujawnił kiedyś, co w szatni tuż przed wyjściem na murawę powiedział im Ferguson tamtego pamiętnego wieczoru. Francuski lewy obrońca rozegrał cały mecz, prezentując się naprawdę nieźle. ,,Wszyscy siedzieliśmy w szatni, kiedy wszedł Ferguson. Jak zwykle muzyka ucichła. Można było usłyszeć, jak upadają szpilki. Potem powiedział: „Już wygrałem, nie musimy nawet grać”. Zamurowało nas. Co on gada? przecież to spotkanie się nawet nie rozpoczęło. Potem boss zwrócił się do mnie: „Spójrzcie na Patrice’a. Ma 24 rodzeństwa. Wyobraźcie sobie, co musiała robić jego mama, żeby wykarmić tyle dzieci”. Potem pokazał na Rooneya. „Dorastał on w jednej z najtrudniejszych części Liverpoolu”. Wtedy uświadomiliśmy sobie, że ma na myśli społeczność. Nie byliśmy tylko zbieraniną piłkarzy. Mieliśmy inne pochodzenia, inne religie, ale tam wtedy staliśmy się jednością. Po przemówieniu Fergusona wszystkich dopadła gęsia skórka”. Warto odnotować, że na ławce rezerwowych Manchesteru siedział wówczas Tomasz Kuszczak. Trzeba jednak Polakowi oddać, że w tamtej edycji Ligi Mistrzów nie był jedynie statystą. Urodzony w Krośnie Odrzańskim Kuszczak wystąpił w pięciu meczach grupowych. Innymi słowy– dorzucił nawet pokaźną cegiełkę. ,,Chelsea miała w składzie wielkie gwiazdy, ale według mnie to Manchester United był bardziej zgraną drużyną. Można było poczuć u nich prawdziwego ducha zespołu”- Lubos Michel, arbiter meczu finałowego. Potyczka na Łużnikach zaczęła się dość niemrawo, ale już w 26. minucie podopieczni Fergusona wyszli na prowadzenie. Precyzyjne dośrodkowanie Wesa Browna na gola zamienił Ronaldo, który wykorzystał niedokładne krycie… tak, tak – Michaela Essiena. 23-letni wówczas gwiazdor uderzył kapitalnie głową obok bezradnie patrzącego na piłkę Petra Cecha. Kilka chwil później piłkarze w czerwonych koszulkach mieli jeszcze dwie znakomite sposobności do podwyższenia wyniku, ale Cech najpierw doskonale obronił strzał Téveza z bliskiej odległości, a potem jeszcze lepiej zachował się przy dobitce Michaela Carricka. Chelsea odpowiedziała bramką tuż przed gwizdkiem obwieszczającym koniec pierwszej odsłony gry. Essien postanowił huknąć zza pola karnego, futbolówka odbiła się jeszcze od dwóch graczy United i szczęśliwie wpadła pod nogi Franka Lamparda. Kapitan zespołu nie zawiódł i z bliskiej odległości doprowadził do wyrównania.

Na drugą połowę Manchester wyszedł ze zmienionym ustawieniem 4-5-1. Hargreaves został przesunięty do środka, natomiast Rooney zbiegł na prawe skrzydło, pozostawiając osamotnionego Téveza w ataku. Oba zespoły nie stworzyły sobie już wielu okazji do rozstrzygnięcia wyniku. Najbliżej tego był Didier Drogba, którego próba zza pola karnego zatrzymała się na słupku. Na rosyjskiej ziemi do wyłonienia zwycięzcy potrzebowano dogrywki. Dodatkowe 30 minut przyniosło masę emocji. W poprzeczkę trafił Lampard, a Rayan Giggs nie wykorzystał niesamowitej okazji, gdy piłkę niechybnie lecącą do bramki w ostatniej chwili wybił John Terry. Na kilka minut przed zakończeniem dogrywki fatalnie zachował się Didier Drogba. Główna strzelba CFC wdała się w pyskówkę z Nemanją Vidiciem, by po chwili uderzyć Serba w twarz. Sędzia nie mógł podjąć innej decyzji i pokazał mu czerwoną kartkę. Było więc jasne, że główna strzelba londyńskiego giganta nie weźmie udziału w konkursie jedenastek, na które po 120 (i czterech doliczonych) minutach gry zaprosił wszystkich wspomniany Lubos Michel. Rzuty karne, które wykonywano późno w nocy, bez cienia wątpliwości zapisały się złotymi zgłoskami we wszelkich księgach o historii piłki nożnej. Wielu kibiców nie zna okoliczności, jakie sprawiły, że(jak się mogło wydawać) minimalną przewagę przed kluczową próbą nerwów miała Chelsea. Ponoć Avram Grant kumplował się z pewnym wykładowcą ekonomii na uniwersytecie w Izraelu. Ten z kolei znał Ignacia Palacios-Huertę, baskijskiego ekonomistę specjalizującego się w badaniach nad karnymi. Przez długie lata analizował on tysiące strzelanych i bronionych jedenastek. Przesłał więc Grantowi swoje oparte na wnikliwych statystykach zapiski. Można w nich było przeczytać między innymi o zwyczajach Edwina Van der Saara. Holenderski golkiper według wszelkich obserwacji rzucał się w swoje prawo, kiedy stawał naprzeciwko prawonożnego zawodnika, natomiast w swoje lewo, gdy piłkę na „wapnie” ustawił gracz lewonożny. Miało to stanowić przewidzenie mimowolnych instynktów strzelca, który woli uderzać w „naturalną stronę” zamiast w przeciwległy róg, co wymaga nieco większego trudu. Prócz tego Ignacio w raporcie wyraźnie zaznaczył, że większość karnych, które bronił Van der Saar było strzelanych na średniej wysokości (około metr nad murawą). Z tego względu piłkarze Chelsea powinni kierować futbolówkę albo po ziemi, albo mocno w górę, pod samą poprzeczkę. Kolejną bardzo interesującą informację przekazaną przez Baska stanowiły zwyczaje największej gwiazdy United, Cristiano Ronaldo. Ignacio wyraźnie zaznaczył w przekazanych notatkach: „Ronaldo najczęściej zatrzymuje się tuż przed strzałem. Jeśli to robi, to zazwyczaj (85 procent) kieruje piłkę w prawą stronę bramkarza”. Analityk dodał także, że wychowanek ojczystego Sportingu lubi w ostatniej chwili zmienić decyzję co do kierunku, więc golkiper nie powinien robić zbyt pochopnych ruchów na linii i odpowiednio wyczekać reprezentanta Portugalii. Ostatnią istotną kwestią przekazaną przez Ignacio była naprawdę przydatna statystyka. Otóż okazało się, że to drużyna, która rozpoczyna konkurs karnych, częściej wychodzi z nich zwycięsko (60 procent przypadków). Prawdopodobnie jest to związane z presją, jaka spoczywa na rywalu, który strzela jako drugi i ciąży na nim odpowiedzialność – musi doprowadzić do wyrównania lub też pomóc zespołowi wyjść na prowadzenie. Rozpoczął Manchester dzięki wygraniu rzutu monetą. Kapitan Rio Ferdinand zadecydował, że to jego koledzy zaczną te niebywale stresujące zawody. Carlos Tévez nie pozostawił złudzeń – pewny gol i 1:0 dla United. Prawonożni zawodnicy „The Blues” konsekwentnie strzelali w lewą stronę bramkarza, co pozwalało im zdobywać kolejne bramki. Gdy do piłki podszedł Ronaldo – tak jak przewidziano w raporcie Ignacio – zatrzymał się tuż przed strzałem i uderzył w prawą stronę bramkarza. Cech spokojnie wyczekał CR7 i skutecznie interweniował. Z podanych wskazówek wyłamał się tylko Ashley Cole. Jest on lewonożny i wybrał lewą stronę bramkarza, czyli swoją naturalną. Piłka uderzona mocno po ziemi otarła się o rękawice Van der Saara i szczęśliwie zatrzepotała w siatce.

Gdy rezultat karnych wynosił 4:4, stało się jasne, że jeżeli podchodzący do wykonania swojej jedenastki John Terry trafi, to puchar pojedzie do Londynu. Wybitny defensor również uderzył w lewą stronę broniącego, ale poślizgnął się i trafił w słupek. Manchester wrócił do gry, a emocje właściwie zaczęły się na nowo. Przyszedł czas na „nagłą śmierć”. Jeśli rywal trafi, a ty nie – odpadasz. Wytrzymał Anderson, wytrzymał Salomon Kalou i wytrzymał Rayan Giggs. Przyszła pora na Nicolasa Anelkę. Wielki bramkarz, jakim na pewno był Edwin Van der Saar, nie mógł nie zorientować się w dotychczasowej taktyce rywala. Wszystkie karne strzelane w lewo. Postanowił sprowokować Francuza, siódmego piłkarza Chelsea podchodzącego tej nocy do punktu oznaczonego białą kropką. Pokazał palcem swoją lewą stronę bramki, dając Anelce do zrozumienia, że wie, gdzie ten uderzy. Wszystko wskazuje na to, że napastnik spanikował i wybrał prawą stronę bramkarza, w dodatku obrał wysokość, o jakiej przestrzegał Ignacio – tę, na której najczęściej Holender broni. Tym razem też obronił. Manchester United w dramatycznych okolicznościach wygrał Ligę Mistrzów. Nie zostało udowodnione, że piłkarze Chelsea naprawdę kierowali się zaleceniami Ignacia Palaciosa-Huerty przy strzelaniu karnych. Patrząc jednak na ich przebieg – można bez dwóch zdań stwierdzić, iż jest to wielce prawdopodobne. Wśród padającego deszczu świat obserwował szaleńczo cieszących się piłkarzy United i zapłakane, posępne twarze zawodników Chelsea. Rozrywające serca obrazki to zwłaszcza sceny, na których płacze John Terry, a pociesza go jego przyjaciel – Frank Lampard. Tak blisko John… Było naprawdę tak blisko. Jedno uderzenie dzieliło go od zapewnienia swojemu ukochanemu klubowi tego elitarnego trofeum. ,,Gdy podchodziłem do karnego, wiedziałem jaka presja na mnie ciąży. Wszystko zależało od mojego strzału. To, co się wydarzyło będzie prześladować mnie do końca życia”– powiedział Terry zaraz po finale, gdy jeszcze łzy nie zdążyły dobrze zaschnąć na jego policzkach. Frapujący fragment możemy przeczytać w autobiografii Franka Lamparda, która swoją premierę miała na dwa lata przed finałem na Łużnikach. Bramkostrzelny pomocnik zawarł w niej uwagę, że John Terry często ślizgał się przy wykonywaniu jedenastek. Frank przywołał mecz z Euro 2004, na którym w ćwierćfinale doszło do serii rzutów karnych pomiędzy Anglią a Portugalią. ,,Poślizgnął się i pomyślałem wtedy, że przegramy, ale ostatecznie padł gol. Na treningach w Chelsea John próbuje czasami powtórzyć ten strzał, razem z poślizgiem. Raz jest gol, raz nie ma”- Frank Lampard w książce „Tottaly Frank”. Najbardziej w tym wszystkim zastanawia fakt, że gdy przyjrzymy się próbie Terry’ego w spotkaniu z Portugalią, ciężko jest dostrzec tam jakiekolwiek poślizgnięcie. Dla sympatyków Chelsea czas na przyjemniejsze fragmenty. Chelsea cztery lata po przegranej w Moskwie dopięła swego – w 2012 roku również po serii jedenastek wygrała z Bayernem Monachium i mogła włożyć do gabloty pierwszy Puchar Europy w historii klubu. John Terry w finale nie wystąpił przez wzgląd na uraz, ale był niewątpliwie kluczowym elementem zespołu w tamtym czasie. W sezonie 2011/2012 rozegrał łącznie 44 spotkania. Manchester United w przeciągu trzech lat od triumfu nad Chelsea dwa razy ponownie gościł w decydującym meczu Champions League i dwa razy musiał uznać wyższość wielkiej Barcelony prowadzonej przez Pepa Guardiolę – w 2009 i 2011 roku. Dzisiaj Manchester i Chelsea są w różnych położeniach. Na Old Trafford pomimo świetnej kadry wciąż brakuje dobrego stylu i przede wszystkim satysfakcjonujących wyników. Pewnie na kolejny europejski finał z udziałem tych drużyn przyjdzie nam jeszcze poczekać. Na razie wciąż musimy żyć wspomnieniami z tego wyjątkowego pojedynku sprzed kilkunastu lat.

12

Genialny rudy szczyl debiutuje w reprezentacji:

Po ledwie kilku występach w drużynie Ruchu Wielkie Hajduki(pięć meczów, siedem strzelonych goli(!)) kapitan związkowy reprezentacji Polski, Józef Kałuża postanowił powołać Ernesta Wilimowskiego do kadry narodowej. Debiut ,,Eziego” w reprezentacji Polski nastąpił 21 maja 1934 roku na stadionie „Idraetspark” w Kopenhadze przeciwko drużynie Danii, gdzie biało-czerwoni ulegli gospodarzom 4:2. Ernest Wilimowski mając wówczas 17 lat i 332 dni został najmłodszym w historii reprezentantem Polski. Wilimowski bardzo szybko zadomowił się w kadrze, dla której rozegrał łącznie dwadzieścia dwa oficjalne mecze, strzelając w nich dwadzieścia jeden goli! Tak oto wspominał tamte czasy Kazimierz Górski: „Widziałem m.in. Ruch Chorzów ze słynnymi Wilimowskim, Peterkiem, Wodarzem. Pamiętam, że mecze oglądało się z „trybuny drzewnej”. Jeździła konna policja i wdrapując się na rozłożysty kasztan, trzeba było uważać, bo policjant walił pałą po dupie. Miejsca na drzewie były bardzo popularne. Na niektórych gałęziach były wyryte nazwiska. Pamiętam Wilimowskiego. Takiego zawodnika jak on w dzisiejszych czasach nie widzę. Jak w polu karnym dostał piłkę, był gol. Cudownie trzymał piłkę przy nodze. Miał kiwkę. Nagle obrońca szedł w lewo a on w prawo z piłką. To warto było zobaczyć.”

@Safrani
@Ogorinho1974
@NeroTFP1
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

0

@AnalizaTV Słuchaj no użytkowniku albo jak to się u nas mówi: gościu! Nie znam cie i nie wiem o co ci konkretnie chodzi z tym komentarzem co mi odpisałeś ale powiem ci szczerze że odebrałem to jako: "nie wpie*****j mi się między wódke a zakąske!". Jak masz coś do mnie to napisz mi to otwarcie i szczerze!

11

Duma Katalonii w europejskich pucharach:

21 maja 1969 r. FC Barcelona przegrała finałowy pojedynek w Pucharze Zdobywców Pucharów z amatorskim wówczas Slovanem Bratysława 2:3. Mecz odbył się na „St. Jakob Stadium” w Bazylei w obecności około 19 tys. widzów. Stadion w Szwajcarii po raz kolejny okazał się nieszczęśliwy(poprzednio Barça przegrała tu finał Pucharu Europy w 1961 r.). Amatorzy ze Słowacji mieli w swoich szeregach miedzy innymi mechaników, prawników i inżynierów ale już w 2 minucie spotkania objeli prowadzenie. W 50 minucie przy stanie 3:1 dla Slovana, Carles Rexach strzelił gola bezpośrednio z rzutu rożnego(bramkarz rywali twierdził iż oślepiły go światła), lecz Blaugrana nie była w stanie zdobyć już wyrównującego gola. Przewidziano nawet, w razie ewentualnego remisu, termin meczu rewanżowego w Lozannie dwa dni później ale niestety nie doszło do niego. Ten finał był ostatnim oficjalnym meczem kapitana Ferrana Olivelli, któremu zorganizowano jeszcze spotkanie pożegnalne 6 września. Trzeba przyznać że Słowacy zawsze mieli dobrych piłkarzy a nawet bardzo dobrych jeśli wspomnimy zwłaszcza Josefa Bicana. Zresztą jak się przekonała Barça, amatorów też mieli znakomitych.



@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@AnalizaTV Z jakiej okazji ten komentarz, skoro dzisiaj ten piłkarz nie obchodzi urodzin a ni też rocznicy śmierci?

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?