9

@FCBparasiempre
Liga portugalska miała w swojej historii wielu wybitnych napastników: Peyroteo (jeden z „Cinco Violinos” Sportingu), Eusebio, Fernando Gomes czy Mario Jardel ale rekordzistą pod względem strzelonych goli w jednym sezonie jest skromny Hector Casimiro Yazalde, znany jako „Chirola”. Jedyny Argentyńczyk obok Lionela Messiego, który zdobył nagrodę „Złotego Buta” dla najlepszego strzelca lig europejskich. Dziś opowiem wam historię tego właśnie piłkarza, urodzonego (tak jak słynny Diego Maradona) w Villa Fiorito, bardzo biednej dzielnicy Buenos Aires. Urodził się 29 maja 1946 r. jako szósty z ośmiorga dzieci Petrony i Pedra Yazalde. Senior Pedro musiał pracować po 20 godzin dziennie, żeby móc wyżywić rodzinę. Mały Hector ganiał za kulką z papieru lub starych szmat. Prawdziwe piłki nie były dostępne dla dzieciaków z tej dzielnicy, podobnie jak buty do gry czy stroje sportowe. Nie nosił również ciężkiego tornistra do szkoły. Jego ojca po prostu nie było stać na to, żeby kupić mu książki. Do pobliskiej szkoły biegał więc z zeszytami pod pachą i ołówkiem w ręku. Był uczniem pracowitym, inteligentnym i często chwalonym przez nauczycieli. Po lekcjach pożyczał na kilka godzin książki od swojego najlepszego przyjaciela, Horacio Aguirre, by móc odrobić zadania domowe. Dopiero gdy skończył je rozwiązywać, miał czas na grę w piłkę aż do wieczora. Rodzice wiedzieli, że jest pilnym uczniem, więc nie karcili młodego Hectora za to, że tak długo za nią ganiał. Martwiło ich jednak to, że zbyt szybko niszczył buty i ubrania, na które brakowało w domu pieniędzy. Tak żył Yazalde do ukończenia trzynastego roku życia. Po siódmej klasie zakończył edukację, choć marzył, że zostanie lekarzem. Musiał zacząć pracować i pomagać finansowo rodzinie. Sprzedawał gazety i banany, zarabiając za swoją pracę niewielkie sumy pieniędzy. Koledzy zaczęli go więc nazywać „Chirola”, co w miejscowym dialekcie oznaczało monetę(y) małej wartości. Pseudonim ten pozostał już mu do końca życia. Dzięki temu, że Hector i jego bracia zaczęli pracować, sytuacja materialna rodziny uległa poprawie i „Chirola” mógł sobie z czasem pozwolić na zakup nowych butów lub ubrań. Piłka nadal była dla niego najważniejsza. Po pracy grał w drużynach ze starszymi i większymi chłopakami, a prawie zawsze był najlepszym strzelcem. Ojciec zauważył, że jeżeli syn coś w życiu osiągnie, to dzięki futbolowi, choć nie miał przekonania czy mu się powiedzie. Młody Yazalde śnił o tym, że strzela bramki w koszulce Boca Juniors, zwłaszcza po tym, gdy zobaczył trening swoich idoli, parady Antonio Romy, siłę Antonio Ubaldo Rattína i strzały Paulo Valentima. Przez pięć kolejnych lat pracował, grał w piłkę i żył marzeniami o zawodowej karierze. Pewnego razu, a było to w 1965 roku, jego przyjaciel z czasów szkolnych, wspomniany wcześniej Horatio Aguirre, który grał w Piraña (półamatorskim klubie w Buenos Aires) spotkał się z Yazalde i zaprosił go na trening swojego klubu. Hector w pożyczonych butach i spodenkach pokazał, co potrafi. Do domu wrócił już jako gracz tego klubu. Za każdy mecz otrzymywał około 2000 pesos (tyle zarabiał przez miesiąc, sprzedając banany). Yazalde szybko stał się gwiazdą, a dzięki bramkom, które zdobywał, jego imię zaczęło być znane w całym mieście. Gwiazda zespołu Piraña zaczęła wzbudzać zainteresowanie największych klubów w Buenos Aires. Bohater tekstu marzył o grze w Boca, ale to Independiente, za sprawą przyszłego wieloletniego prezydenta argentyńskiej federacji piłkarskiej Julio Grondony, złożyło najlepszą ofertę. Piraña otrzymała za Yazalde 1,8 mln pesos. Argentyńczyk podpisał kontrakt za około 30 tys. pesos i po dwóch latach gry opuścił malutki klub, by grać dla Independiente. Gdy koledzy z drużyny rezerw „Rojo” (przydomek Independiente) zobaczyli tego chudzielca (176 cm wzrostu i tylko 60 kg wagi), to na pierwszym treningu dali mu w kość. Przeniesiono go więc do drużyn młodzieżowych. Tam strzelił sześć goli w trzech meczach trzeciego zespołu, a w kolejnych trzech – osiem. Trener Independiente, Brazylijczyk Osvaldo Brandao stwierdził, że jego gra z juniorami mija się z celem. Zauważyli to również inni trenerzy i po trzech meczach został przeniesiony do pierwszej drużyny. Zagrał w ataku u boku legendarnego Luisa Artime. Już w pierwszym sezonie pokazał, że nie ma zamiaru być w jego cieniu i zdobył w całych rozgrywkach tylko jednego gola mniej od słynnego kolegi (Artime – 11, Yazalde – 10). „Rojo” zdobyli mistrzostwo Argentyny, a „Chirola” stał się nowym idolem kibiców z Estadio Libertadores de América.

W kolejnych rozgrywkach potwierdził swoją wartość, strzelając 11 goli, a w całym 1968 roku- 18 (Metropolitano – 11, Nacional – 7). Dzięki swojej skuteczności dostał powołanie do reprezentacji i 11 sierpnia 1968 roku zadebiutował w barwach Albicelestes w meczu przeciwko Brazylii. Argentyna przegrała w Belo Horizonte 2:3, ale tego dnia „Chirola” nigdy nie zapomni, bo zrealizował swoje marzenie. W 1968 roku kupił też swój pierwszy samochód, co było dla niego bardzo ważne, bo pasjonował się sportami motorowymi. Kupił także mieszkanie w Buenos Aires i już na zawsze pożegnał się z biedą, choć wieloma czynami w przyszłości pokaże, że nigdy nie zapomniał, skąd się wywodzi. W 1969 roku był jeszcze skuteczniejszy. Strzelił dla „Rojo” 21 ligowych goli. Wyjechał też na międzynarodowe tournée z reprezentacją Argentyny. Po powrocie rozpoczęły się niezapomniane dla kibiców Independiente oraz dla samego Hectora – rozgrywki Campeonato Metropolitano 1970. „Rojo” cały czas prowadzili, ale po przedostatniej kolejce, w wyniku nieoczekiwanej porażki 2:3 u siebie z Platense, dali się doścignąć River Plate. O wszystkim miały zadecydować ostatnie mecze. Ekipa Yazalde wprawdzie miała lepszą różnicę bramek, ale musiała się zmierzyć w wyjazdowych derbach Avellaneda z Racingiem, podczas gdy River grało u siebie z walczącym o utrzymanie Unionem. Mecz River jako jedyny w kolejce został rozegrany w piątek ze względu na transmisję telewizyjną. Milionerzy wygrali 6:0 i postawili „Rojo” pod ścianą. Independiente musiało wygrać derby oraz zdobyć co najmniej dwa trafienia, żeby zostać mistrzem. Kibice River Plate zebrali się na Monumental i razem słuchali relacji z meczu, który odbywał się na „Cilindro de Avellaneda”. Do przerwy było 2:2. Na dziewięć minut przed końcem meczu, „Chirola” przyjął piłkę na klatkę piersiową i od razu strzelił na bramkę, zdobywając zwycięskiego gola dla Independiente. Gola na wagę mistrzostwa. W 1970 roku dziennikarze argentyńscy po raz pierwszy przyznali nagrodę dla najlepszego piłkarza tego kraju (wręczana jest do dzisiaj) i jako pierwszego triumfatora wybrali właśnie Hectora Yazalde. „Chirola” grając dla Independiente w latach 1967-1970 – zagrał w 117 meczach, w których zdobył 72 gole. Zapisał swoją piękną kartę w historii klubu z Avellaneda. Kibice do dziś o nim pamiętają. Pod koniec 1970 Independiente popadło w kłopoty finansowe i musiało zdecydować się na sprzedaż Yazalde. Nie stać ich było na zaoferowanie mu nowego kontraktu. Wiele klubów chciało mieć tego zawodnika. Były to m.in. Santos, Palmeiras, Valencia, Olympique Lyon, Nacional Montevideo czy Boca Juniors. Najsprytniejszy ze wszystkich był wiceprezydent portugalskiego Sportingu Clube de Portugal, Abraham Sorin. Yazalde w wyniku tej umowy otrzymał tyle pieniędzy, że mógł spełnić kolejne marzenie, jakim był, zakup willi w Buenos Aires dla swoich rodziców. Poprosił też władze klubu, żeby znaczną część jego wynagrodzenia przelewali na konto w Argentynie, tak by z tych pieniędzy mogła korzystać jego rodzina. Yazalde zapytany czemu tak zrobił, odpowiedział: ,,Nie mam dużych wydatków. Zawsze żyłem skromnie i nigdy nie lubiłem szastać pieniędzmi. To, co zarabiam starcza mi na to, by codziennie się najeść i nie głodować. Są inni, którzy potrzebują tych pieniędzy bardziej niż ja”. „Chirola” przyleciał do Lizbony 11 lutego 1971, a trzynaście dni później został zaprezentowany kibicom, podczas meczu przeciwko francuskiemu Red Star. Przez ponad pół roku tylko trenował z zespołem. Ze względu na obowiązujący limit obcokrajowców, nie mógł grać w oficjalnych meczach. W tym okresie poznał portugalską aktorkę i modelkę Carmizé, z którą w najbliższych latach miał stworzyć jedną z najpopularniejszych par lat 70. Poznali się podczas kolacji, słuchając Fado, na którą zaprosił ich portugalski aktor wielki Sportinguista (zagorzały fan Sportingu) Camilo de Oliveira. Pierwszy oficjalny mecz w barwach Lwów „Chirola” zagrał 12 września 1971 roku i od razu strzelił dwa gole. W całym sezonie rozegrał 20 meczów ligowych i zdobył dziewięć bramek. W Pucharze Zdobywców Pucharów miał bilans 4/4. Carmize mogła go jednak oglądać tylko podczas meczów na Jose Alvalade. Dlaczego? To były inne czasy i gracze nie mieli obecnej wolności. Dodatkowo, jeśli Sporting zagrał słabo lub przegrał, to za karę piłkarze musieli spać w hotelu z niedzieli (mecze były zazwyczaj rozgrywane w niedzielę) na poniedziałek. Kiedy rano wstali, jedli razem śniadanie i szli na trening. Widziałam „Chirolę” dopiero po lunchu w poniedziałek. W kolejnych rozgrywkach spisał się już znakomicie. W 29 meczach ligowych zdobył 19 bramek, w pięciu spotkaniach o Puchar Portugalii strzelił 7 goli, a w Pucharze Zdobywców Pucharów dorzucił jeszcze jedną. Wygrał również pierwsze trofeum z Lwami, jakim był wspomniany Puchar Portugalii. Po zakończeniu rozgrywek udał się wraz z narzeczoną do Argentyny, gdzie 16 lipca 1973 roku wzięli ślub.

Rozpoczął się sezon 1973-74, który okazał się najlepszym w karierze Yazalde. Cały zespół grał pod niego. Dodatkowo był człowiekiem, którego lubili praktycznie wszyscy. Wielu starszych lizbończyków (zarówno kibiców Benfiki jak i Sportingu) opowiada historie o spacerującym po ulicach stolicy Portugalii Yazalde, który przyłączał się do dzieci grających w piłkę na ulicach, a po grze zapraszał ich na lody i na koniec jeszcze obdarowywał drobnymi kwotami pieniędzy. Pierwsza kolejka nowego sezonu nie była dla „Chiroli” szczęśliwa. Mimo że oddał siedem strzałów na bramkę Vitorii Setubal, żaden nie przyniósł gola dla Sportingu, a Lwy przegrały 0:1. Kolejne mecze to już popis bohatera tekstu. W siedmiu spotkaniach zdobył (19!) goli. W 9. kolejce Sporting zremisował 1:1 z Porto i było to jedyne spotkanie w sezonie, w którym „Chirola” nie wystąpił. Od 12. serii spotkań zaczął strzelać ponownie i sezon zakończył z nieprawdopodobnym wynikiem… 46 goli zdobytych w 29 meczach. Ten wynik zapewnił mu tytuł najlepszego strzelca na Starym Kontynencie, a co za tym idzie, otrzymał nagrodę Złotego Buta. Na galę udał się oczywiście ze swoją piękną małżonką, która najbardziej wspomina słowa (czemu mnie to nie dziwi?) Franza Beckenbauera, skierowane do „Chiroli”: ,,Masz najpiękniejszą kobietę spośród wszystkich graczy na świecie”. Toyotę (nagrodę dla zwycięzcy) sprzedał a otrzymane pieniądze podzielił wśród kolegów z zespołu. Pytany o to czemu tak zrobił, odpowiedział: ,,Bez nich nie byłbym w stanie zdobyć tych wszystkich goli”. Sporting sięgnął w Portugalii po dublet. Również w Pucharze Zdobywców Pucharów spisywali się znakomicie. W pierwszej rundzie wyeliminowali Cardiff City (0:0 i 2:1). „Chirola” strzelił oczywiście jedną z bramek. Zdobył także ważnego gola kontaktowego w pierwszym spotkaniu z Sunderlandem w kolejnej rundzie. Historia dotycząca rewanżu z Sunderlandem pokazuje determinację i zawziętość tego zawodnika. W pierwszym meczu z Anglikami uległ kontuzji, ale wybłagał u trenera Mário Lino, by ten pozwolił mu grać do momentu zdobycia pierwszego gola. „Chirola” zdobył go w 28. minucie. Gdy trener zawołał go, by ustalić zmianę, to Hector odpowiedział mu, że musi zostać na boisku, bo wynik nie jest rozstrzygnięty. Zszedł z boiska dopiero w 65. minucie. Portugalski zespół awansował dalej. Kolega z linii ataku Sportingu, Chico Faria, tak opowiadał o kontuzjach Chiroli: ,,Czasami prosił o zastrzyki i obwiązywał stopy, by nie odczuwać bólu”. Losy rywalizacji z FC Zürich rozstrzygnęli praktycznie w pierwszym meczu, wygrywając 3:0 (trzeci gol autorstwa Yazalde). Niestety „Chirola” nie mógł grać w meczach półfinałowych z 1. FC Magdeburg z powodu kontuzji (1:1 i 1:2). W pierwszym spotkaniu na Alvalade Sporting miał rzut karny, którego nie wykorzystał. Można było tylko gdybać, jak poradziliby sobie ze znakomitym snajperem w składzie… Zwieńczeniem sezonu były mistrzostwa świata w RFN. Argentyna była jednym z faworytów, a w grupie trafiła m.in. na Polskę. „Chirola” pojechał na mundial z kontuzjowaną kostką i nie zagrał w pierwszym meczu z Polakami. Wystąpił za to w kolejnych spotkaniach z Włochami, Haiti (dwa gole) i z Holandią. Jednak po porażce 0:4 z Oranje, do końca turnieju już nie zagrał. Kontrakt ze Sportingiem wygasał mu 31 lipca. Sytuację chciał wykorzystać Real Madryt, który złożył ofertę kontraktu siedmiokrotnie przewyższającą jego dotychczasowe zarobki w Lizbonie. Sytuacja wydawała się bardzo skomplikowana, bo Yazalde nigdy nie stawiał pieniędzy na pierwszym miejscu, ale był u szczytu kariery, miał 28 lat i chciał zarobić przede wszystkim dla rodziny. Prezes Sportingu nie bardzo chciał podnieść płacę Argentyńczyka. Wtedy jednak w rozmowie z dziennikarzem „A Bola” Yazalde powiedział: ,,Real Madryt przedstawił mi propozycję o wiele lepszą niż Sporting. Wszyscy wiedzą że Rolls Royce nie może spalić pięciu litrów paliwa na 100 km, ale jeżeli Sporting przedstawi mi propozycję odpowiadającą mojej obecnej pozycji w Europie, to zostanę w Lizbonie”. Oferta Sportingu nie dorównała tej Realu, ale była na tyle dobra, że „Chirola” zdecydował się pozostać w Lizbonie na kolejne dwa lata. Kolejny sezon okazał się jego ostatnim w barwach Lwów. Yazalde co prawda po raz drugi został królem strzelców, tym razem zdobywając jednak „tylko” 30 bramek, jednak Sporting zajął dopiero trzecie miejsce w lidze i potrzebował pieniędzy z transferu Argentyńczyka. Ogromny wpływ na finanse klubu z Lizbony miała sytuacja polityczna w Portugalii i słynna Rewolucja Goździków z 1974 roku. Kilka tygodni po Yazalde, z ligą portugalską pożegnał się również legendarny Eusebio, czyli idol czerwonej części Lizbony. Mimo wielkiej rywalizacji, relacje pomiędzy tymi dwoma wspaniałymi graczami były znakomite, o czym wspomina w wywiadzie żona Chiroli Carmen Yazalde: ,,Byli wspaniali ludzie zarówno w Sportingu, jak i w Benfice. „Chirola” na przykład zawsze świetnie rozumiał się z Eusebio. Czasem po derbach Lizbony jadali razem obiad w lizbońskiej restauracji. Oni oraz ich kobiety, czyli Flora i Ja. Znałam dobrze Florę (…) „Chirola” odwiedził w domu Eusebio, gdy ten miał problemy zdrowotne, a ten przyszedł do Hectora gdy mój mąż był kontuzjowany. To była dobra przyjaźń”.

Chciał nauczyć się nowego języka. To było dla niego bardzo ważne, bo planował swoją przyszłość. Carmen opowiada o tym tak: ,,Była oferta z Realu Madryt lub Atletico Madryt, ale on wolał Marsylię, aby nauczyć się mówić po francusku. Nie potrafisz sobie wyobrazić profesjonalizmu Chiroli: znał angielski, francuski, wszystko. Chciał posiąść jak najwięcej wiedzy na przyszłość. I nie mówię tylko o przyszłości jako gracz, ale także jako trener. Gdyby miał szczęście w życiu, byłby jednym z największych”. Jednak nigdy nie zapomniał klubu, który pokochał. Gdy już we Francji dziennikarz „A Bola” zapytał go o Sporting i o Portugalię, „Chirola” odpowiedział: ,,Czy tęsknię za Portugalią? Oczywiście, że tak. Chciałbym ponadto przekazać za pośrednictwem „A Bola”, że kocham Portugalię. Sporting i Sportinguistas zawsze będą w moim sercu”. W sezonie 1975-76 zdobył 19 goli dla Olympique i pomógł klubowi wygrać Puchar Francji. Kontuzje spowodowały, że kolejny sezon miał praktycznie stracony. Rozegrał tylko 13 spotkań ligowych, w których zdobył cztery bramki. W sumie w brawach Marsylii rozegrał 56 meczów i 26 razy trafił do siatki. Chociaż miał oferty od europejskich klubów oraz ważny jeszcze przez dwa lata kontrakt z OM, postanowił powrócić w 1977 roku wraz z żoną do Argentyny. Dlaczego? Tak opowiada o tym Carmen: ,,Kazano mu wrócić do Argentyny, jeśli chciał zagrać na mundialu w 1978 roku. Ponieważ „Chirola” nadal był rozczarowany swoim występem na mundialu w RFN, kiedy to Argentyna została wyeliminowana w drugiej fazie grupowej, zdobywając tylko punkt w trzech meczach, nawet się dwa razy nie zastanawiał i pojechaliśmy do Argentyny. Dodatkowo musiał zapłacić 500 tysięcy dolarów, aby móc opuścić Marsylię, z którą nadal miał kontrakt na kolejne dwa lata. Przybyliśmy do Argentyny i nic. „Chirola” nie dostał powołania do reprezentacji”. Po powrocie do Argentyny grał w barwach Newell’s Old Boys, a karierę zakończył w Huracanie. Jednak depresja, w którą wpadł ze względu na to, że nie wystąpił na MŚ w rodzinnym kraju, spowodowała, że nie był to już ten sam gracz, który zachwycał w Europie. Swoje zrobił też wiek. Gdy Yazalde powrócił do Buenos Aires, to miał już 31 lat. Przez cztery lata gry dla Newell’s rozegrał 120 meczów i zdobył 54 bramki. Pamiętajmy, że był już napastnikiem po trzydziestce. Przeszedł na emeryturę w 1981 roku w wieku 35 lat po rozegraniu jednego meczu w barwach Huracanu. Po zakończeniu kariery został agentem piłkarskim, ale nie szło mu dobrze. W 1987 roku rozstał się z żoną i nie potrafił sobie poradzić z samotnością. Pił bardzo dużo i to alkohol był główną przyczyną jego śmierci. Zmarł w wieku 51 lat w wyniku krwotoku wewnętrznego, którego przyczyną była marskość wątroby. Został znaleziony martwy w nocy 18 czerwca 1997 w swoim domu przez gracza, którego reprezentował jako agent. Tak zakończyła się historia jednego z najlepszych argentyńskich napastników wszech czasów. Trzeba przyznać, że gracza trochę zapomnianego. Był świetnym technikiem. Nie miało znaczenia czy kopał lewą, czy prawą nogą. Mimo że miał tylko 1,76 m, skakał bardzo wysoko i świetnie uderzał piłkę głową. Jego slalomy między rywalami przypominały autentycznie kroki Tanga. Gdy przyjmował piłkę, wydawało się, że ona ugina się, by nie odskoczyć od jego nogi. Był silny, szybki i zdeterminowany. Fani Sportingu do dziś uważają go za najlepszego w historii obcokrajowca, jaki grał w zielono-białej koszulce i wybierają do wszelkich historycznych jedenastek wszech czasów.

9

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

29 maja 1962 r. urodził się Marek Koniarek, napastnik. W latach 1986–1987 reprezentant Polski w piłce nożnej. Zdobywca Pucharu Polski w sezonie 1985/1986 z GKS Katowice, król strzelców pierwszej ligi piłkarskiej w sezonie 1995/1996 i mistrz Polski w sezonie 1996/1997 z Widzewem Łódź. Członek Klubu 100, klasyfikacji uwzględniającej piłkarzy, którzy strzelili co najmniej sto goli w polskiej najwyższej klasie rozgrywkowej. Z dorobkiem 65 goli najlepszy strzelec w historii Widzewa Łódź. Swoją piłkarską karierę rozpoczął w Siemianowiczance Siemianowice Śląskie, gdzie grał przez dwa i pół sezonu od 1980 r. do jesieni 1982 r. Wiosną 1983 r. trafił do Szombierek Bytom, gdzie rozegrał 21 spotkań, strzelając 3 gole. W sezonie 1984/1985 przeszedł do GKS Katowice, gdzie grał do jesieni 1988 r., zdobywając Puchar Krajowy w sezonie 1985/1986. W GKS rozegrał 106 spotkań, strzelając 29 bramek. Następnie przeszedł do występującego w lidze niemieckiej Rot-Weiss Essen, rozgrywając w nim 37 spotkań, strzelając 4 bramki w sezonach 1988/1989-1990/1991. Jesienią 1991 r. grał w Zagłębiu Sosnowiec, gdzie rozegrał 13 meczów i zdobył 4 bramki. Wiosną tego samego sezonu (1991-1992) trafił do Widzewa Łódź, gdzie przez dwa sezony (do jesieni 1993 r.) zagrał w 68 spotkaniach i zdobył 35 goli. Z Widzewa, Koniarek przeniósł się do ligi austriackiej, gdzie najpierw reprezentował Wiener SC, rozgrywając przez rundę wiosenną 16 spotkań i strzelając 8 bramek, a w sezonie 1994/1995 związał się z VSE St. Pölten, dla którego zdobył 8 bramek. W sezonie 1995/1996 powrócił do Widzewa Łódź, z którym odniósł największe sukcesy w swej karierze. W sezonie 1995/1996 zdobył wraz z Widzewem mistrzostwo Polski i został królem strzelców z dorobkiem 29 goli(4. wynik w historii polskiej ekstraklasy). Łącznie przez dwa sezony rozegrał w barwach Widzewa 38 meczów i zdobył 30 goli (łącznie 65 goli dla tego klubu, najlepszy strzelec w dziejach Widzewa). W sezonie 1996-1997 powrócił do ligi austriackiej, gdzie trafił do SK Vorwärts Steyr. Jesienią 1997 r. przeszedł do Wisły Kraków, w której zagrał w 12 meczach, nie strzelając żadnej bramki. Z Wisły przeszedł do GKS Katowice wiosną 1998 r. W tym sezonie zagrał w 13 spotkaniach i zdobył 3 gole. W sezonie 1998-1999 zakończył karierę zawodniczą. Łącznie w polskiej lidze rozegrał 271 spotkań i zdobył 104 gole. W reprezentacji Polski wystąpił w dwóch spotkaniach, strzelając jednego gola.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

8

Tylko remis na ,,Śląskim”:

29 maja 1993 r. reprezentacja Polski remisuje z Anglią 1:1 w ramach 3 kolejki eliminacji MŚ USA 1994. 20 lat wcześniej na tym obiekcie Polska odniosła historyczne zwycięstwo nad Anglią 2:0 po golach Roberta Gadochy i Włodzimierza Lubańskiego. Drużyna Kazimierza Górskiego zaskoczyła pewnych siebie synów Albionu. Dwie dekady później znów mogła pokusić się o sprawienie sensacji. Spotkaniu towarzyszyły ogromne emocje. Na Stadionie Śląskim pojawiło się blisko 60 tysięcy widzów, którzy – poza pewną grupą chuliganów – stworzyli fantastyczną atmosferę. Niesieni dopingiem Polacy rozegrali świetne zawody, długo prowadzili po trafieniu Dariusza Adamczuka ale w końcówce stracili wyrównującego gola za sprawą Iana Wrighta. Kto wie, co by było, gdyby lepiej ustawiony celownik miał Marek Leśniak, który zaprzepaścił dwie fenomenalne sytuacje. Po meczu równie dużo jak o grze biało-czerwonych mówiło się, niestety, o burdach na trybunach. Po bijatykach grupy pseudokibiców FIFA zdecydowała o zamknięciu śląskiego giganta. „Do problemu finansowego dołożyły się kłopoty ze strojami. Zerwano umowę z Adidasem, w jej miejsce miała się znaleźć lepsza oferta od Admirala. Angielska firma niestety nas zawiodła. Znaleźliśmy się w trudnym położeniu. Na mecz z San Marino stroje dostarczył prywatny producent z Łodzi. A przed Anglią był już bunt. (...) PZPN zerwał kontrakt z Admiralem i musiał bardzo szybko załatwić niezbędny sprzęt. Okazało się, że tamte stroje z Łodzi farbują, i tylko dzięki życzliwości panów Loski i Grajewskiego z Niemiec dostaliśmy komplet Adidasa na mecz z Anglią. Wszystko odbyło się w ostatniej chwili, co wywołało wzburzenie zawodników i doprowadziło do sytuacji, iż drużyna dwa dni przed meczem nie chciała wyjść na trening, o czym ze zrozumiałych względów nie poinformowano opinii publicznej”- fragment „Autobiografii” Andrzeja Strejlaua.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

8

Dwie dogrywki w wiecznym finale:

29 maja 1919 r., „Estadio das Laranjeiras”; Brazylia-Urugwaj.

Najdroższa mamo, nie zatrzymaj się przez nie zapisz do ciebie jeszcze tego wieczoru. Siedzę przy biurku i czuję, że ręce nadal mi drżą. Jesteśmy mistrzami! Brazylia jest drużyną w Ameryce! Ty jako jedna z nielicznych osób na świecie możesz mnie zrozumieć. Mistrzowie Ameryki po raz pierwszy! Doskonale wiesz, że futbol i literatura to moje dwie wielkie pasje. Tobie mogę o tym powiedzieć, ponieważ wiem, że mnie zrozumiesz: dzisiaj poczułam tak czystą i wyraźną radość, jak tamtego dnia w Paryżu, kiedy zobaczyłam swoje nazwisko na okładce tomiku wierszy. Pamiętasz? Miałam tylko 15 lat. Na okładce było napisane: Anna Amelia de Queiroz. Nie mam pojęcia od czego zacząć. Wiedzieliśmy, że to będzie trudny meczu, ale uzmysłowiliśmy sobie, że Urugwajczycy to wspaniały Team, nic dziwnego, że wygrali dwie poprzednie edycje turnieju. Cóż za wytrzymałość i waleczność! Wyobraź sobie mamo, że trzeba było rozegrać dwie dogrywki, aby zwyciężyć. Dwie dogrywki po 30 minut każdej! Niektóre osoby na trybunach mówiły, że był to najdłuższy mecz, jakikolwiek rozegrano i że byłoby dziwne, gdyby kiedyś jeszcze powtórzył się taki sam. Trwał prawie trzy godziny ale przysięgam ci, że czas zleciał mi bardzo szybko. Stadion był wypełniony po brzegi, wiele osób zostało na zewnątrz a ci najodważniejsi wdrapali się na palmy, aby niczego nie przegapić. Zebrała się tam cała śmietanka towarzyska Rio. Twoja córka była jedną z nielicznych dam, ale musze ci też powiedzieć, że pomimo krępujących spojrzeń coraz więcej kobiet przychodzi na areny sportowe. W tej grze płeć nie ma znaczenia i jestem przekonana, że po tym finale nasz ukochany futbol już definitywnie stanie się główną dyscypliną sportową w kraju i na kontynencie! Cóż za intensywność obydwu drużyn! Jakie nowoczesne i widowiskowe miejsce ustawienia zawodników! Szkoda, że cię tam nie było mamo. Urugwajczycy wybiegli na boisko jakby w szale. Ich „wings” atakowali uparcie, szukając gola przy pierwszych strzałach. Są waleczni, szybcy, choć musze Ci też powiedzieć, że ich gra kombinacyjna pozostawia wiele do życzenia. Brakuje im elegancji, nie mają takiej zręczności, z jaką poruszają się nasi. Ze wszystkich "Charruas" największe wrażenie wywarł na mnie czarnoskóry napastnik Isabelino Gradin. Słyszałam o nim już wcześniej, ale nigdy nie przypuszczałam, że można grać z taką werwą. Kiedy biegnie z piłką jest to niesamowicie żwawy, energiczny. W niektórych akcjach nasi „backs” nie mogą zatrzymać, nawet uciekając się do kopniaków i fauli. A Marcos? Cóż nowego mogę powiedzieć ci o Marcosie? Czułam, że przy każdej kolejnej obronie nasza więź staje się coraz bardziej silniejsza. Jego sylwetka w nieskazitelnym białym stroju bez jednej plamy wyglądała smuklej niż przedtem. Talia oplatała mu fioletową wstążkę. Kiedy umre, chce aby pogrzebano mnie z tym kawałkiem materiału, mamo. „Brawo Fitinha Roxa!”, słyszało się na trybunach. Urugwajczycy nie znaleźli sposobu, aby go pokonać, na nic nie zdała się ich siła wobec opanowania bramkarza. Stał tam niczym kolumna dorycka, niewzruszony między słupkami. Marcos Carneiro de Mendonça, mój mąż, twój zięć i pierwszy golkiper Seleçaõ. Cóż za duma, mamo! Nikt nie mógł trafić do jego bramki przez prawie trzy godziny. Prawdziwy wyczyn, niebywałe osiągnięcie i nie dokonał tego w starciu z byle kim, leczy z drużyną, która do dzisiaj była najlepsza w Ameryce. Nawet Gradin momentami wydawał się kurczyć, kiedy zbliżał się do naszej bramki. Przypomniałam sobie wtedy dzień, w którym się poznaliśmy, kiedy Marcos bronił jeszcze w America Football Club. Miał dopiero 18 lat, ale już wtedy był najwyższy w drużynie. To był maj, wiem, że opowiadałam ci o tym wiele razy, że napisałam o tym nawet w jednym z wierszy, ale nadal mam mam to przed oczami.

Dzisiaj podczas meczu w mojej wyobraźni pojawiły się wszystkie wersy, jakie chciałabym mu zadedykować. Wymyśliłam klasyczny Sonet, dostojny, elegancki, taki jak on w bramce. Z każdym dniem coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu że piłkarze są herosami naszego stulecia. Postrzegałam Marcosa jako Agamemnona, który dowodzi kolegami, Gradina jako dzielnego Hektora a Friedenreicha jako Achillesa na środku ataku. Chcę uwiecznić ich jako zwycięzców, nieśmiertelnych w tym szczytowym momencie. To tylko próbka ale powiedz mi, co myślisz o tych wersach, które właśnie ułożyłam: „Całe moje ciało wibrowało w szalonym pędzie / niby na widok Greka, bohatera Igrzysk". Napisz mi w liście czy naprawdę ci się podoba i już zmierzam do końca opowieści o meczu bo z pewnością nie możesz się doczekać. Kiedy ta zacięta rywalizacja trwała już od ponad dwóch godzin, padł wreszcie gol, który dał nam zwycięstwo. Jeden jedyny gol, którego strzelił Friedenreich, nasz najlepszy napastnik, wykorzystując odbicie piłki przez urugwajskiego bramkarza, prawdziwego dżentelmena nazwiskiem Saporiti, który przez cały mecz nie zdjął czapki. Wraz z golem dla Brazylii, mamo, poczułam, jakby całe moje życie nabrało sensu. Co za szaleństwo, to była prawdziwa ekstaza! Musiałabyś zobaczyć, jak pośród niekończących się uścisków fruwały kapelusze. Tłum szalał a to wszystko za sprawą futbolu. Wtedy przypomniałam sobie, jak z naszej pierwszej podróży do Europy w 1911 roku, przywieźliśmy do Minas Gerais pierwsze skórzane piłki. Pamiętasz mamo? Robotnicy z fabryki kopali piłkę jak szaleni, chcąc zaprezentować swoją siłę bez żadnego pomyślunku. Pamiętasz, jak musiałam ich uczyć, jak zdołałam ich przekonać że futbol nie jest tylko sprawą mięśni, lecz także cierpliwości w momencie podania piłki? Przyniosłam im nawet podręcznik żeby zrozumieli zasady; przekład, z którego nawiasem mówiąc jestem tak dumna jak z tłumaczeń Szekspira. Tak więc, mamo, jesteśmy najlepszą drużyną Ameryki a na dodatek osiągnęliśmy to na naszym stadionie, w Rio de Janeiro. Dzisiaj dałabym wszystko byle tylko wybiec na boisko choćby na chwilę. Po tym, jak obejrzałam naszych Mistrzów, znowu zapragnełam pograć w piłkę, tak jak wtedy, kiedy byłam małą dziewczynką. Przekaż uściski dla taty i całej rodziny. Mam nadzieję że dowiedziawszy się o naszym zwycięstwie są tak samo szczęśliwi jak ja.

Kocham cie, Anna Amelia.

@shaun
@Safrani
@MoralnyKarzel
@misterio
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

8

“Copa Centenario Revolución de Mayo”:

Pierwszy nieoficjalny turniej Copa America odbył się na przełomie maja i czerwca 1910 r. na cześć 100. rocznicy rewolucji majowej oraz powołania pierwszego autonomicznego rządu Argentyny. Wcześniej w jedynych międzynarodowych zawodach w Ameryce Południowej rywalizowały wyłącznie reprezentacje narodowe Urugwaju i Argentyny. Były to m.in. “Copa Newton”, “Copa Lipton”, “Copa Premier Honor Argentino” i “Copa Premier Honor Uruguayo”. Argentyńska Federacja zorganizowała(jak się później okazało) nieoficjalny turniej Copa America. Brazylia wprawdzie odrzuciła zaproszenie ale Chile i Urugwaj przysłały swoje drużyny na imprezę, która była wówczas najbardziej znaczącym turniejem międzynarodowym na świecie obok „British Home Championship”. W meczu otwarcia(29 maja 1910 r.) Argentyna zagrała z Chile. Gospodarze odnieśli pewne zwycięstwo 3:1 a jednego z goli strzelił Arnoldo Watson Hutton, syn Alexandra, ojca argentyńskiego futbolu. Jednak znaczące okazały się dwa inne szczegóły. Pierwszy: w relacji „Heralda” można było przeczytać że pani Ferguson roznosiła herbatę, była to więc wciąż zdecydowanie brytyjska okoliczność towarzyska. Drugi: Argentyńczycy nie wykorzystali rzutu karnego. Podyktowano go w kontrowersyjnych okolicznościach, publiczność domagała się więc aby strzelec po prostu wykopał piłkę poza boisko. Dziś nie sposób już powiedzieć czy faktycznie spudłował celowo ale nawet jeśli próbował strzelić gola okrzyki tłumu wiele mówiły o panujących wówczas obyczajach i o tym jak postrzegano zasadę fair play. Duch „Fair Play” ucierpiał z pewnością, kiedy ogłoszono skład Urugwaju na mecz z Chile i okazało się że znajdują się w nim Buck i Harley, dwaj zawodnicy urodzeni w Zjednoczonym Królestwie. Jakkolwiek na brytyjskie nazwiska można było natrafić także w kadrze gospodarzy, wszyscy jej członkowie przyszli na świat w Argentynie. Widownię ze względu na sąsiedzką rywalizację niechętną Urugwajowi rozwścieczyło to dodatkowo: w zdecydowanej większości dopingowała ona Chile, wyjąc z obrzydzenia, gdy sędzia nie uznał dwóch goli ich ulubieńców. Urugwaj wygrał 3:1 ale to chilijskiego bramkarza znoszono z boiska na ramionach. Finał pomiędzy Argentyną a Urugwajem, jak oznajmiał „Herald” w przedmeczowej zapowiedzi był „najważniejszym piłkarskim meczem związkowym rozgrywanym w tym kraju". 1000 widzów zapłaciło za bilety a tysiąc kolejnych przyglądało się spotkaniu z nasypu „Kompanii Kolejowej Argentyny Centralnej”, będąc świadkiem zwycięstwa Argentyny 4:1. Gole dla „Albicelestes” strzelali: Jose Viale, Juan Enrique Hayes oraz Arnoldo Watson Hutton. Królem strzelców imprezy został Harry Hayes z 3 golami.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@Sysia11
@Symson

10

Remis nie wystarczył:

29 maja 1955 r. FC Barcelona remisuje na „Estadio San Mames” z Athletic Bilbao 2:2 w ramach rewanżowego starcia w półfinale Copa del Generalissimo. Baskowie po 50 minutach gry prowadzili 2:0, lecz w końcówce meczu, po dwóch golach do remisu doprowadził genialny Ladislao Kubala. Jednak ten remis nie wystarczył do awansu do finału, gdyż w pierwszym meczu Blaugrana poległa na „Les Corts” 0:2.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

10

Cenny remis na ,,Estadio Atocha”:

29 maja 1932 r. FC Barcelona zremisowała z Donostią w San Sebastian 1:1 w rewanżowym meczu ćwierćfinału Pucharu Hiszpanii. Cennego gola dającego awans strzelił w 89 minucie Fernando Diego Molinera. Tydzień wcześniej, w pierwszym meczu Blaugrana pokonała Donostie 1:0.

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

14

,,Tricky Trees” triumfują po raz drugi z rzędu:

28 maja 1980 r. Nottingham Forrest pokonał HSV Hamburg w finale Pucharu Europy Mistrzów Klubowych 1:0 po golu Robertsona w 21 minucie. Nottingham przyleciał do Madrytu w ledwie 15 osobowym gronie zawodników. Największym problemem trenera Clougha była kontuzja ścięgna Achillesa i Trevora Francisa, odniesiona w meczu ligowym z Crystal Palace. Jakby tego było mało przewidziany na jego następcę Stan Bowles na kilkanaście dni przed finałem... zniknął choć mógł być pewny miejsca w składzie. W podstawowej 11-tce było ośmiu zawodników grających rok wcześniej finał w Monachium: Hilton, Anderson, McGovern, Lloyd, Burns, Bowyer, Birtles, i Robertson (O'Neil siedział na ławce). Drużynę uzupełniali Frank Gray- pierwszy piłkarz brytyjski w drugim finale pucharu Mistrzów, choć reprezentował barwy nowego klubu, oraz gary Mills- do dziś najmłodszy Brytyjczyk w finale Pucharu Mistrzów zastępujący Trevora Francisa. HSV bez kontuzjowanego Hrubescha (wejdzie dopiero po przerwie) ostro zaatakował i pierwszą groźną akcję Forest przeprowadził w XVIII minucie. Birtles po podaniu Andersona strzelił obok prawego słupka bramki i hamburczyków. Minuta później Frank Gary podał piłkę Robertsonowi, który chciał ją przekazać Birtlesowi ale odbita od nogi obrońcy HSV znalazła się znów w jego posiadaniu. Zdecydował się na strzał i piłka odbijając się od lewego słupka bramki Kargusa wpadła do siatki. 8000 kibiców z Anglii nie zdążyło uspokoić się, gdy Hilton instynktownie obronił strzał Kaltza, podobnie jak kwadrans później poradził sobie z uderzeniem Milewskiego. Nottingham jak w meczu w Amsterdamie znajdował się w głębokiej defensywie ale rywale nie umieli wykorzystać przewagi. To przyniosło w efekcie zwycięstwo w rywalizacji o Puchar Mistrzów. Keegen tak scharakteryzował obronną grę Forest: „Blokują środek pola dużą ilością zawodników zmuszając do ataków skrzydłami i dośrodkowań na głowie swoich stoperów lub świetnie radzącego sobie z nimi bramkarza". John McGovern odebrał z rąk wiceprezesa UEFA Francuza Georgesa pokazałem trofeum a Brian Clough triumfował po raz drugi wielu krytykowało jego metody pracy twierdząc że niszczy psychicznie zawodników ale on bronił się w swoim stylu: „Zawodnicy Nottingham Forest byli tak wystraszeni że zdołali zdobyć mistrzostwo Anglii i dwukrotnie Puchar Mistrzów. Oczywiście, gdy sytuacja tego wymaga mówię wszystkim prawdę w oczy bez różnicy". Forest nie był zespołem artystów piłki jak dawniej Real, Benfica czy Ajax. Posiadał chyba tylko Dwóch zawodników, których można było nazywać gwiazdami: Francisa i Shiltona. Zasługą Clogha i Taylora było zbudowanie wspaniale rozumiejącej się, inteligentnie grającej drużyny, która nie traciła głowy najtrudniejszych sytuacjach. John McGovern tak scharakteryzował swojego menadżera: „Potrafi sprawić że chce się dla niego grać".

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Szalik

10

@FCBparasiempre
28 maja 1997 r. Borussia pokonała Juventus Turyn 3:1 w finale Ligi Mistrzów. Nie ulega wątpliwości że Juventus Turyn w pięknym stylu awansował do finału a Borussia ledwie się do niego wślizgnęła. Zatem nic dziwnego że Włosi wydawali się murowanym faworytem. Co zatem mogło wskazywać na Borussie? Po pierwsze znakomite znajomość stylu gry Juventusu, które wynikała z tego że aż pięciu graczy BVB występowało w przeszłości w klubie z Turynu a trzech z nich reprezentowało nawet barwy starej damy w finale pucharu UEFA w sezonie 1992-93, kiedy to dwa razy pewnie pokonała dortmundczyków. Włosi okazali się też lepsi 2 lata później w okolicznościach półfinałowych tejże imprezy po drugie finał odbywał się w Monachium. Wtedy jeszcze UEFA nie pilnowała tak ściśle parytetów dla kibiców poszczególnych drużyn, wskutek czego Borussia czuła się jak u siebie i żółto-czarna ściana faktycznie przeniosła się z Westfalii do stolicy Bawarii. Obawy o to że bilety wykupią kibice Bayernu by wspierać Juve okazały się wyolbrzymione. Po trzecie klasa trenera. Hitzfeld to był naprawdę tęgi fachowiec, który w niczym nie ustępował Marcello Lippiemu. Po popisie Juve w rewanżu z Ajaksem doszedł do wniosku że jego drużyna absolutnie nie może zagrać w finale z otwartą przyłbicą, Lecz musi pilnować własnej bramki i nastawić się na kontry. Jak się okazało rachuby Niemca były prawidłowe. Po czwarte wiara w sukces. Najlepiej wyraził ją Michael Henke asystent, którego w swojej książce Cytuję Hesse: ,,Przegralibyśmy z nimi dziewięć na 10 meczów ale ten wygramy". Żeby zapewnić piłkarzom odrobinę spokoju i wyciszenia trenerzy zadecydowali że już na 3 dni przed finałem zespół wyjedzie do Monachium. ,,Cały Dortmund był do góry nogami. Musieliśmy przed tym uciec"- tłumaczył po latach Stefan Klos. W Turynie czekano na zwycięstwo w finale Ligi Mistrzów jako zwieńczenie wspaniałego roku stulecia klubu, w którym stara dama zdobyła już trzy trofea: Puchar Interkontynentalny, Superpuchar Europy oraz 24 mistrzostwo Włoch. Panowało przekonanie że to trofeum się Juventusowi po prostu należy i że kopciuszek z Niemiec nie ma prawa wydrzeć go faworytowi. Nastroje te nieopatrznie podtrzymywał Marcello Lippi, który na konferencji przed meczem powiedział że jego zespół po zdobyciu tylu trofeów jest świadomy swojej siły i nie boi się absolutnie nikogo. Angelo Di Livio też zapewniał że zwycięstwo będzie ich: „Mamy duży szacunek dla Borussi ale to my będziemy dominować w Monachium". W końcu nadszedł ów pamiętny wieczór i Sandor Puhl zagwizdał po raz pierwszy. Gdy dzięki oddaniu inicjatywy przez BVB Włosi zdobyli na początku optyczną przewagę i stworzyli sobie kilka sytuacji bramkowych, do reszty zapomnieli że rywal też umie zaatakować. Ponadto znakomita obrona Juve zagrała chyba najgorszy mecz w sezonie. Już na zawsze pozostanie jej tajemnicą dlaczego tak świetny snajper, jakim był Carl Heinz Riedle został dwa razy pozostawiony bez opieki w polu karnym bramki strzeżonej przez również słabo dysponowanego Peruzziego. Pierwszego gola wypracowali Andy Möller oraz Paul Lambert, który poza tym troskliwie zaopiekował się Zinedinem Zidanem, praktycznie wyłączając go z gry. „Powiedziałem mu przed meczem: Zajmij się Zidanem a ja zrobię w środku pola całą resztę"- opowiadał po latach w wywiadzie dla „Kickera” Paulo Sousa ale Lambert zdołał zaliczyć asystę. Po rogu Möllera i wybiciu piłki przez obrońcę Juve, Szkot ponownie wrzucił ją na aferę w pole karne. ,,Nie myślałem ani gdzie, ani jak uderzyć, liczyło się tylko aby dopaść do futbolówki jako pierwszy i kopnąć ją w światło bramki"- opowiadał po latach Riedle w wywiadzie telewizyjnym. Druga bramka to też dzieło Möllera, który idealnie dośrodkował z rogu, i Riedlego, który precyzyjnie uderzył głową. „To był najbardziej typowy gol dla całej mojej kariery"- mówił potem ze śmiechem strzelec. Oczywiście Juventus szybko się obudził po golach z 29 i 34 minuty, lecz Vieri, który pierwszą dogodną okazję zmarnował już w szóstej minucie przestrzelił też w końcówce pierwszej połowy a sędzia Puhl anulował jego gola dopatrując się zagrania piłki ręką. Zidane trafił zaś w tym okresie w słupek.

W drugiej połowie Włosi atakowali rywali wyżej, szybciej odbierali piłkę. Gdy w 64 minucie rezerwowy Del Piero w końcu przełamał czary bramkarza BVB Stefana Klosa, po akcji Boksicia uderzając do siatki technicznie piętą (wielu fanów futbolu zalicza tego gola do grona najpiękniejszych w całej historii Ligi Mistrzów) można było sądzić że losy finału jeszcze się odwrócą. „Ten gol na powrót otworzył mecz"- mówił Riedle. Jednak 7 minut później zdarzyła się rzecz niesamowita, absolutnie bez precedensu w historii finału Ligi Mistrzów. Oto dwudziestoletni Lars Ricken w 16 sekund po tym, jak pojawił się na boisku, zmieniwszy Stefana Chapuisat, przy pierwszym kontakcie z piłką umieścił ją w siatce rywali. Znakomicie zagrał mu prostopadle Andy Möller a Ricken przelobował Peruzziego. Po meczu opowiadał: „Trener wytłumaczył mi dlaczego ten mecz muszę zacząć jako rezerwowy ale zapewnił że zagram. Dlatego siedząc na ławce rezerwowych uważnie przyglądałem się temu, co się dzieje i zaobserwowałem że bramkarz Juventusu często wybiega poza pole karne, co można by wykorzystać. Jednak nigdy nie przypuszczałem że uda się to właśnie mnie i to zaraz po wejściu na boisko. Pewnie 8 albo 9 prób na 10 by nie wpadło ale ta jedna wpadła". Hitzfeld wspominał: „Trener musi być optymistą i wierzyć w swoje pomysły. Tak więc gdy tylko pomyślałem że Lars może coś zdziałać, powiedziałem mu że ma szybko strzelić gola i posłałem go na boisko". Warto tu nadmienić że znakomitą czutką wykazał się Manfred Breuckmann, komentator niemieckiego radia, który w momencie, gdy Hitzfeld wpuszczał na boisko Rickena powiedział tak: „A za moment wejdzie Lars Ricken, człowiek od rozstrzygających goli. Strzeli na 3:1". Jak widać tym razem opatrzność nie zdołała utrzymać w tajemnicy swych postanowień co do losów finału Ligi Mistrzów, pojawiły się bowiem przecieki... W tym momencie zawodników Juve opuściła i wiara w sukces i kibice, którzy po prostu wyszli ze stadionu a zostawiając go we władaniu świętujących fanów BVB. Na kilka minut przed końcem meczu ich śladem podążyli też Giovanni i Umberto Agnelli. W 89 minucie Hitzfeld wpuścił na boisko wieloletniego kapitana zespołu 34-letniego Michaela Zorca, aby to on mógł wznieść puchar. Zorc oczywiście wodził też rej następnego dnia, podczas fety na ulicach Dortmundu, w którym wzięło udział 300 000 ludzi czyli ponad połowa jego ówczesnych mieszkańców. „Nie pamiętam z niej nic, emocje były tak silne że wyczyściły mi pamięć"- opowiadał Riedle. Szczególne powody do szczęścia miał Paulo Sousa, który powtórzył dokonanie Marcela Desailly’ego i dwa razy z rzędu zdobył Puchar Europy w dwóch różnych klubach. Juventus natomiast został trzecim z rzędu obrońcą trofeum, który przegrał kolejny finał. Czy Borussia zasłużyła na ten triumf? Patrząc na liczbę strzałów oddanych przez oba zespoły- nie, gdyż gracze Juve uderzali 13-krotnie a BVB tylko trzy razy a więc wyłącznie wtedy, gdy posyłali piłkę do siatki przeciwnika ale jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę błędów popełnionych przez obrony obu ekip to poziom entuzjazmu w poczynaniach piłkarzy, skrupulatność w realizacji planu taktycznego, to chyba tak. Jeśli skoncentrujemy się na tym co pokazali liderzy zespołu, w przypadku Borussi obrońca Sammer, pomocnik Möller, który miał udział przy wszystkich trzech golach oraz napastnik Riedle, to też jak najbardziej. Z pewnością nie można nazwać zwycięstwa BVB ani niezasłużonym, ani przypadkowym. Ekipa Hitzfelda być może lepiej grała w piłkę przed rokiem czy dwoma ale brakowało jej dojrzałości, które pojawiła się akurat w sezonie 1996/97, gdyż potrafiła przetrwać trudne momenty i ukąsić, gdy rywal stracił koncentrację. W fazie pucharowej zdecydowanie była drużyną reaktywną a nie kreatywną. Jeśli więc chodzi o bardzo interesującą nas kwestię czy zwycięstwo Borussi wpłynęło na rozwój futbolu, to odpowiedź musi być negatywna. W istocie rzeczy jej triumf zakonserwował to, co dominowało w piłce nożnej w poprzednich latach czyli przewagę włoskiej myśli szkoleniowej. Ligę Mistrzów wygrali Niemcy ale zrobili to bardzo po włosku, co zresztą nie dziwi, zważywszy na to, jak wielu graczy BVB miało przeszłość w Serie A. Wszyscy oni przesiąkli jej stylem, osiągnęli w nim mistrzostwo a inteligentny trener Hitzfeld postanowił i umiał to wykorzystać. Charakterystyczny dla włoskiego futbolu był podział drużyny na ośmiu zawodników koncentrujących się na obronie i tylko sporadycznie atakujących oraz trzech „fantasistów”, odpowiedzialnych za grę w ostatniej tercji boiska. Jeden z nich(znakomicie rolę tę odgrywał Andy Möller) był ofensywnym pomocnikiem, który często atakował z głębi pola a dwaj napastnicy szukali okazji w polu karnym rywala oraz w jego sąsiedztwie. Choć zabrzmi to paradoksalnie, w finale z pewnością Borussia była o wiele bardziej włoska niż Juve.

Jak zauważa Uli Hesse atmosfera nie była mocno stroną zespołu BVB w sezonie 1996/97. Cytuje Knuta Reinhardta, pracowitego defensywnego pomocnika, który powiedział po latach że w drużynie panowały podziały klasowe. Na najwyższym piętrze drabiny społecznej znajdowali się byli zawodnicy klubu w Serie A, którzy czasami nawet rozmawiali ze sobą po włosku podczas treningów. W związku z plagą kontuzji padały też ze strony zawodników oskarżenia wobec pionu medycznego. Z kolei asystent Hitzfelda Michael Hanke mówił w 2015 roku o napięciach między szefami klubu a sztabem szkoleniowym. Po latach Stefan Klos w rozmowie ze „spox.com” wprawdzie zaprzeczył jakoby cokolwiek między zawodnikami było nie tak ale przyznał: „Atmosfera przed meczem z Juventusem rzeczywiście była gęsta. Oczekiwano że zdobędziemy trzeci z rzędu tytuł mistrza Niemiec, tymczasem straciliśmy na to szansę. Wygranie finału z Juve było zatem jedyną możliwością aby wystąpić w kolejnej edycji Ligi Mistrzów, co z kolei stanowiło podstawę klubowego budżetu". Tak to właśnie jest, nie tylko w futbolu, większe dochody powodują większe wydatki, więc potem nie można nagle zacząć zarabiać mniej. Ottmar Hitzfeld zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę. Wiedział że porażka z Juve będzie czymś więcej- klęską. Był trenerem niezwykle zaangażowany w swoją pracę. Jak podaje Hesse, w 1994 roku doznał z powodu nadmiernego stresu pęknięcia jelita. Po zwycięskim finale wyznał że gdy obejmował w 1991 roku posadę w Borussi marzył by kiedykolwiek zagrać z nią w którymkolwiek z europejskich pucharów a coś takiego jak triumf w Lidze Mistrzów pozostawało całkowicie poza jego wyobrażeniami. Prowadzony przez niego zespół zawsze grał mądrze taktycznie, czasami przeciwko słabszemu rywalowi bardzo żywiołowo szturmował bramkę przeciwnika a czasami wyczekiwał na okazję do kontry. Był to zatem futbol wyrafinowany. We wszystkich meczach zwycięskiej edycji Ligi Mistrzów, poza rewanżem z Auxerre, kiedy Szwajcar stosował ustawienie z trójką obrońców, które jednak bywało rozmaicie modyfikowane: równie często jak finałowe 3-4-1-2 wykorzystywał 3-4-2-1. W 2020 roku Hitzfeld mówił: „Uważam że ustawienie musi jak najlepiej pasować do piłkarzy a oni jak najlepiej pasować do siebie. Nie mogę wprowadzić systemu, do którego piłkarze się nie nadają. W Borussi próbowałem wprowadzić grę czwórkę obrońców ale w 1991 roku, gdy zaczynałem tam pracę, wszyscy w Bundeslidze grali z Libero i dwoma kryjącymi, więc wykazałem się tak potrzebną trenerowi elastycznością". Najważniejsza była jednak strategiczna decyzja podjęta przez niemieckiego szkoleniowca jeszcze jesienią i poniekąd utrzymywana w tajemnicy żeby nie drażnić kibiców i opinii publicznej że mianowicie w sezonie 1996-97 Borussia koncentruje się na Lidze Mistrzów, nawet kosztem zdobycia trzeciego z rzędu mistrzostwa Niemiec. Gwiazdorzy Hitzfelda podczas spotkań ligowych często odpoczywali, na trybunach bądź snując się po murawie, w efekcie czego zespół skończył sezon ligowy na trzecim miejscu ze stratą ośmiu punktów do zwycięskiego Bayernu i sześciu do drugiego na mecie Bayeru Leverkusen. Zdobycie Pucharu Europy w sezonie 1996/97 okazało się łabędziem śpiewem tamtej Borusii. „Wielu zawodników było wcześniej mistrzami Niemiec oraz świata i Europy. Zwycięstwo w Lidze Mistrzów stało się dla niektórych stacją końcową. Po finale można było poczuć: droga się skończyła, zenit minął"- powiedział po latach Stefan Klos. To już jednak inna historia. Na koniec tej opowieści warto chyba zauważyć że żadna drużyna w historii Ligi Mistrzów(a może i futbolu) nie miała tak wspaniałego 12 zawodnika. O roli jej kibiców dużo mówili piłkarzy a także trener Hitzfeld: „Zawsze czułem że fani są z nami. To jest prawdziwa miłość. Jeśli jesteś z Dortmundu po prostu kochasz ten klub i jesteś z nim na dobre i na złe".

8

11

Wybitne legendy hiszpańskiego futbolu:

Agustín Gaínza urodził się 22 maja 1922 roku w Basauri(Kraj Basków). Gaínza całą swoją karierę grał w Athletic Club de Bilbao, do którego dołączył w sezonie 1939/1940. Wraz z Iriondo, Venancio, Zarrą i Panizo stworzył jedną z najbardziej legendarnych formacji w hiszpańskim futbolu. Jeden z najlepszych lewoskrzydłowych w historii hiszpańskiego futbolu. W sezonie 1946/47 w meczu pucharowym zdobył 8(!) goli przeciwko Celcie. Zdobył dwa tytuły mistrzowskie (1943 i 1956) oraz siedem pucharów Hiszpanii(1943, 1944, 1945, 1950, 1955, 1956 i 1958). W reprezentacji Hiszpanii rozegrał 33 mecze i strzelił 10 goli. Brał udział w mistrzostwach świata w 1950 roku. Agustín Gaínza zmarł 6 stycznia 1995 roku w Basauri.

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

11

Zapomniane legendy węgierskiego futbolu:

28 maja 1905 r. w Arad urodził się Istvan Avar. Był znakomitym napastnikiem, miał nosa do strzelania goli. Swoją karierę rozpoczynał w Rumunii, skąd w 1928 roku przeniósł się do węgierskiego klubu Újpest TC Budapest. Pozostał tam aktywny do 1936 roku i zdobył cztery tytuły mistrzowskie. W 1929 roku strzelił 10 goli dla swojego klubu Újpest w rozgrywkach Pucharu Mitropa. W 1936 roku powrócił do Rumunii, gdzie w listopadzie 1940 roku zakończył karierę piłkarską w klubie FC Rapid Bukareszt. Jego międzynarodowa kariera rozpoczęła się w reprezentacji Rumunii, gdzie rozegrał dwa mecze towarzyskie i strzelił 3 gole. Pierwszy mecz, 25 kwietnia 1926 r., wygrał z Bułgarią 6:1, strzelając tylko jedną bramkę a drugi, 19 czerwca 1927 r., zakończył się remisem 3:3 z Polską, w którym strzelił dwie bramki. Ponadto a może przede wszystkim, grał w reprezentacji Węgier od 6 października 1929 r. (wygrana 2:1 z Austrią) do 14 kwietnia 1935 r. (porażka 6:2 ze Szwajcarią). W reprezentacji Węgier rozegrał 21 meczów i strzelił 24 gole! W 1934 roku znalazł się w kadrze Węgier na Mistrzostwa Świata we Włoszech, gdzie zagrał tylko w jednym meczu ćwierćfinałowym, w którym przegrał 2:1 z Austrią 27 maja. W 1940 roku powrócił na Węgry, do Kaposváru, gdzie zmarł 13 października 1977 roku. Po powrocie na Węgry Avar przez pewien czas pełnił również funkcję grającego menedżera w klubie Kaposvár Rákóczi.

@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Bernard777
@Adran360
@1LY0

0

@FcPortoFan1999 Ale tylko w teorii...
Nawet jeśli jakimś cudem udało by się wyjść z grupy, tak jak w Katarze, to na tym by się skończyło...

3

@FcPortoFan1999 I powinien taki paść ale tak jak już wspominałem: bardzo dobrze że w Sztokholmie reprezentacja Polski nie awansowała na mundial, gdyż w poprzednim meczu z Albanią graliśmy taki piach, jaki gralibyśmy na mundialu a tego absolutnie nie życze sobie oglądać i wstydzić się za nich.......!

10

Szanowni sympatycy futbolu, dziś mija dokładnie 104 lata od pierwszego gola i pierwszego zwycięstwa reprezentacji Polski w historii jej występów. 28 maja 1922 r. Polska pokonuje Szwecję w Sztokholmie 1:2. "W 27. minucie Leon Sperling kończy bieg centrą. Einar Hemming nieatakowany przez nikogo daje niepotrzebnie piłce klapsa ręką: karny. Komu powierzyć tę ważną funkcję? Jedynym graczem, który w swej drużynie bije z dobrym skutkiem jedenastki, był Józef Klotz, jemu też oddaje kapitan z całym zaufaniem wykonanie rzutu, od którego skuteczności tak wiele zawisło. Klotz z całym spokojem, bez rozpędu pakuje piłkę w lewy róg pod poprzeczkę. Bramkarz ani drgnął" - w ten sposób w "Przeglądzie Sportowym" opisano historyczne trafienie dla Biało-Czerwonych. Meczem ze Szwedami Klotz kończył swoją krótką reprezentacyjną karierę- to był jego zaledwie drugi mecz z orzełkiem na piersi, jednak ilu piłkarzy oddałoby dziesiątki meczów za to jedno, historyczne trafienie. Piłkarzowi nieistniejącej już Jutrzenki Kraków nie zadrżała noga i pewnym strzałem pokonał Fritiofa Rudena. Na nieco ponad kwadrans przed końcem towarzyskiej potyczki drugą bramkę dołożył Józef Garbień z Pogoni Lwów i premierowa wygrana Biało-Czerwonych stała się faktem.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@Kaziol47 Otóż twierdze że on jest na poziomie Ferrana Torresa. Zarówno jeden, jak i drugi nie prezentuje odpowiedniego poziomu na sukcesy w takim klubie jak FC Barcelona...

0

Akurat on tak potrzebny jak dziura w moście! No to przekonamy się czy z pana Flicka taki kozak że sie na niego uparł...

0

@Martwy Chyba żartujesz? Julian Alvarez na zmiennika kogo? Tego patałacha Torresa? No weź prosze się uspokój...

10

Duma Katalonii triumfuje w Lidze Mistrzów:

28 maja 2011 roku FC Barcelona zdobyła swój trzeci w historii Puchar Ligi Mistrzów. Ponownie wyższość Blaugrany musiał uznać Manchester United. To był jeszcze lepszy występ Barçy niż w Rzymie dwa lata wcześniej. Duma Katalonii wyszła na prowadzenie po golu Pedro a wyrównujące trafienie Rooneya było jedynym celnym strzałem Manchesteru w całym meczu. W drugiej połowie ,,Czerwone Diabły” zostały zepchnięte na własną połowe w efekcie czego gole Messiego oraz Vili przesądziły o wygranej drużyny Pepa Guardioli. Po meczu Puyol przekazał opaskę kapitańską Abidalowi i Francuz, który dwa miesiące wcześniej przeszedł operacje usunięcia guza wątroby, wzniósł puchar jako pierwszy. Na konferencji prasowej z klasą zachował się sir Alex Ferguson, który stwierdził iż FC Barcelona to najlepszy zespół, z jakim kiedykolwiek się mierzył i zasłużenie zdobyła to trofeum. Historyczne składy obu drużyn:

Barcelona: Víctor Valdés - Dani Alves (88, Carles Puyol), Gerard Piqué, Javier Mascherano, Éric Abidal - Xavi, Sergio Busquets, Andrés Iniesta - Pedro (90, Ibrahim Afellay), Lionel Messi - David Villa (86, Seydou Keïta)

Manchester United: Edwin van der Sar - Fábio (69, Nani), Rio Ferdinand, Nemanja Vidić, Patrice Evra - Antonio Valencia, Michael Carrick (77, Paul Scholes), Ryan Giggs, Wayne Rooney, Park Ji-sung - Javier Hernández.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

3

Maju, Maju! Fruwaj jak pszczółka w maju...
Vamos Majeczko!

12

Po raz pierwszy z ojcami futbolu:

28 maja 1910 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy w historii mecz z profesjonalnym zespołem z Wysp Brytyjskich. Spotkanie rozgrywane było na boisku przy „Placa d'Armes” a przeciwnikiem był słynny walijski Cardiff Corinthians AFC. Tamten mecz był zarazem pierwszą wizytą zawodowej drużyny brytyjskiej w mieście. Barça wygrała ten mecz 4:1 po golach braci Comamala(Carles 2 gole, Arseni jeden) i jednym Perisa. Z uwagi na rozmiary placu do gry otoczonego polami, bez żadnego ogrodzenia, które wyznaczałoby jego granice, Blaugrana jako gospodarz spotkania przygotowała aż 7 piłek żeby nie zatrzymywać gry w razie gdyby jedna z nich wyleciała poza teren boiska. Na „Plaça d’Armes” już wcześniej odbywały się inne rozgrywki piłkarskie, między innymi mecze dwóch pierwszych edycji turnieju o Medal Federacji, znanego także jako Medal Ratusza. W pierwszej edycji oprócz Blaugrany udział wzięło 8 innych drużyn z Barcelony: FC Catala, Irish FC, Iberia FC, FC Internacional, Catalonia FC, Club Espanyol oraz Club Universitari i Hispania Athletic Club, które wycofały się z turnieju jeszcze przed jego zakończeniem. Triumfatorem została Barça, która uzyskała o 10 punktów więcej niż drugi najwyżej sklasyfikowany zespół, jej wielki rywal w tamtym okresie, czyli FC Catala. Niedługo potem, biorąc pod uwagę wewnętrzne problemy klubu z jakimi borykała się Barça, zarząd postanowił przenieść działalność klubową na teren przy ulicy Muntaner.

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

9

@FCBparasiempre
27 maja 1965 r. Inter Mediolan pokonuje Benfike Lisbona 1:0 na San Siro w finale Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. ,,Catenaccio” to włoski termin, będący na całym świecie synonimem gry obronnej. W połowie lat 60-tych Inter pokazał że z opinią murarzy futbolu można zdobywać najcenniejsze puchary. W kręgach niechętnych calcio powtarza się taką oto dykteryjke: Kiedy włoscy piłkarze wychodzą na boisko trener mówi im: Na razie jest 0:0. Grajcie tak żeby tego nie stracić. To nie jest wcale takie głupie. Już jedna z pierwszych zasad angielskiej piłki nożnej mówiła: bezpieczeństwo przede wszystkim. Wielu teoretyków futbolu jest zdania że budowa drużyny powinna się zaczynać od obrońców. Jak jednak połączyć bezpieczeństwo w obronie ze skutecznością w ataku? Pierwszy dokonał tego AC Milan pod włoskim trenerem Nereo Rocco. To on uchodzi za twórce sposobu gry, nazywanego ,,catenaccio”, co dosłownie oznacza ,,rygiel”. W roku 1963 Milan został pierwszym włoskim klubem, który zdobył Puchar Mistrzów. Na Wembley pokonał Benfike, dla której to był trzeci finał w ciągu 3 sezonów ale pierwszy przegrany. Czy można jednak zarzucić Włochom że myśleli głównie o obronie? Skoro przegrywali po pierwszej połowie 0:1, po golu Eusebio, musieli zaatakować by odrobić strate i zrobili to. Legendarny Jose Altafini strzelił 2 gole a Milan wygrał 2:1. ,,Catenaccio” nie było więc rodzajem gry, w której najcenniejsi są zawodnicy potrafiący wybijać piłke jak najdalej od swojej bramki. Wszystko miało tam sens, o czym przekonał następny zdobywca Pucharu Mistrzów- Inter Mediolan. O ile Rocco zasady ,,catenaccio” określił, to trener Interu Helenio Herrera twórczo je rozwinął. W połowie lat 60-tych większość drużyn grała już systemem 4-2-4 lub 4-3-3, dzięki którym Brazylia zdobyła dwukrotnie tytuł mistrza świata. Obrońców ustawiano tutaj w jednaj linii i łatwo ich było minąć prostopadłym podaniem. Szybcy napastnicy mieli więc pole do popisu. Herrera dokonał jednego prostego zabiegu, który zmienił na kilkanaście lat taktykę. Dwaj środkowi obrońcy, grający do tej pory obok siebie, zostali ustawieni jeden za drugim. Ten bardziej wysunięty do przodu miał za zadanie rozbijanie ataków, a ten z tyłu naprawiał jego ewentualne błędy, dlatego nazywano go wymiataczem. W Interze rolę wymiatacza spełniał Armando Picchi. Tym, który za zadanie miał rozbijać akcje, był forstoper, czyli w tym przypadku Aristide Guarneri. Natomiast określenie libero oznaczało zawodnika wolnego, czyli takiego, który nie miał obowiązku pilnowania jakiegokolwiek przeciwnika. Wymiatacz piłke odbierał i albo ja wybijał albo podawał do najbliższego partnera. Libero po odbiorze rozpoczynał akcje, przekraczając niejednokrotnie nawet połowę boiska. Wzorcem libero dla całego świata był Beckenbauer. Druga istotna cecha ,,catenaccio” to ofensywna gra bocznych obrońców. Giacinto Facchetti wywiązywał się z tej roli wyjątkowo. Wysoki, skuteczny i szybki, z pozycji lewego obrońcy strzelił dla Interu 74 gole! Stał się jego legendą, po latach powierzono mu nawet godność prezydenta klubu. Niezwykle sympatyczna postać, wielokrotny reprezentant Włoch, kapitan w meczu finałowym o mistrzostwo świata z Brazylią w roku 1970. Numer 3, z jakim grał w Interze, został w tym klubie zastrzeżony. Inter wygrywał obydwa finały Pucharu Mistrzów w niemal niezmienionym składzie. W sezonie 1963/64 nie przegrał żadnego z 8 meczów a w finale pokonał Real Madryt 3:1. Droga do finału w następnym sezonie nie była tak efektowna ale zakończyła się zwycięstwem nad Benfiką. Włosi pokonali więc dwie do niedawna najlepsze drużyny w Europie a potem zdobywali Puchar Interkontynentalny, wygrywając dwukrotnie z Independiente Buenos Aires. U źródeł sukcesów mediolańczyków leżały 3 elementy, wszystkie jednakowo ważne: ,,catenaccio”, wybitni zawodnicy i wyjątkowy trener.

Wszyscy piłkarze z linii obrony grali w reprezentacji. Ofensywny pomocnik Mazzola uważany był za jednego z najlepszych w Europie. To syn legendarnego gracza AC Torino- Valentina, który w roku 1949, wraz z całą drużyną, zginął w katastrofie lotniczej. Na lewym skrzydle grał Mario Corso, pierwszy znany zawodnik, który biegał po boisku z opuszczonymi getrami, co natychmiast małpowały tysiące młodych piłkarzy w całej Europie. Prawoskrzydłowym był znakomity Brazylijczyk Jair da Costa, zaś na środku ataku grał Hiszpan Joaquin Peiro. Jednak najlepszą opinią cieszył się inny Hiszpan, Luis Suarez. Przez 7 sezonów grał w FC Barcelonie, która w znacznym stopniu dzięki niemu wywalczyła w roku 1960 swoje pierwsze międzynarodowe trofeum a mianowicie Puchar Miast Targowych. W tym samym roku Suarezowi przyznano Złotą Piłke dla najlepszego zawodnika Europy. Trenerem Katalończyków był wówczas Helenio Herrera, który jednak natychmiast po tym sukcesie opuścił Barcelone, nie mogąc znaleźć wspólnego języka z największą gwiazdą, Ladislao Kubalą, takim samym indywidualistą jak trener. Nie zrobił by tego, gdyby nie miał zapewnionej innej pracy. Prezydentem Interu i jego właścicielem był Angelo Moratti. Ambitny biznesmen, czerpiący zyski z handlu ropą chciał mieć najlepszy klub w Europie i sprowadził Herrere do Mediolanu, płacąc mu rocznie 50 tysięcy dolarów, czyli najwyższą gażę trenerską na świecie. Wcześniej, w ciągu 5 sezonów Inter prowadziło 13 różnych trenerów. Ostatni tytuł mistrzowski przed zatrudnieniem Herrery Inter zdobył w roku 1954. Herrera zaczął prace od namówienia Suareza na przeprowadzkę, kusząc go wysoką pensją. Kusił skutecznie, Moratti zapłacił za tego piłkarza 200 tys. dolarów, bijąc światowy rekord transferu ale warto było. Powstał zespół, jakiego we Włoszech nie widziano. Drugi ze zwycięskich finałów, z Benfiką na swoim stadionie, nie zapadł w pamięć jako piękne widowisko. Toczył się w strugach deszczy i padł tylko jeden gol, strzelony przez Jaira. Jedyna niecodzienna sytuacja związana była z kontuzją bramkarza Benfiki, Costy Pereiry. Ponieważ nie można było wprowadzić rezerwowego z ławki, miejsce Costy Pereiry zajął środkowy obrońca Germano. Wielki, łysy, z wąsami- tak wtedy piłkarze nie wyglądali, więc Germana znała cała Europa. Był świetnym stoperem a jako bramkarz prze prawie pół godziny nie przepuścił ani jednego strzału. W drugim z kolei zwycięstwie Interu było coś z symbolu. Oto w Mediolanie zbudowano jedenastke, nie szczędząc pieniędzy, wykorzystując nowy system gry i metody trenerskie, dla jednych kontrowersyjne, dla innych normalne, bo skuteczne. Radość ze zwycięstwa była tym większa że trzon drużyny stanowili Włosi. W Serie A mogło wtedy grać tylko 2 cudzoziemców. Herrera to jeden z najlepszych ale i najbardziej ekscentrycznych trenerów. Patrząc dziś na Jose Mourinho, można z dużym prawdopodobieństwem uznać że studiował on życiorys Herrery i jego metody aby rozwinąć je w innym świecie. Być może był on nawet pierwszym trenerem, o którym mówiło się więcej niż o jego piłkarzach. Sam zresztą bardzo dbał, by było o nim głośno, podkreślał na każdym kroku że jest najlepszym trenerem świata. Dopiero na łożu śmierci zdobył się na szczerość: ,,Nawet jeśli nie byłem najlepszym trenerem planety, to robiłem wszystko aby nim zostać.”- miał podobno powiedzieć. Pięć lat po ostatnim pucharowym sukcesie Interu magia Herrery jeszcze działała. Nazywano go zresztą ,,Czarodziejem” lub ,,Magiem”. Kiedy jako trener AS Romy przyjechał do Katowic na mecz z Górnikiem Zabrze, nikt się nie zastanawiał nad składem Romy. Powszechnie uważano że skoro prowadzi ją Herrera, to już połowa sukcesu Romy. Było w tym zresztą sporo racji. Helenio Herrera uważany jest nie tylko za twórce ,,catenaccio” ale i prekursora pewnych obyczajów oraz zjawisk związanych z piłką nożną. On pierwszy nazwał kibiców Interu 12-tym zawodnikiem i zwrócił się do nich z apelem o zorganizowany doping. Wzbudził wśród nich poczucie wartości ale nie przewidział iż spotka się to z reakcją kibiców innych klubów, zapoczątkuje powstawanie grup ultras, szowinistów a w konsekwencji wojny pomiędzy kibicami. Piłkarze Interu poddani zostali systemowi kontroli a nawet, jak powiedzielibyśmy dziś- monitoringu. Kawalerowie mieszkali w klubowym ośrodku Appiano Gentile, gdzie mieli wszystko poza swobodą. ,,Czuliśmy się jak w obozie ale po zwycięstwach wiedzieliśmy że to ma sens i nikt nie protestował.”- mówił Mazzola. Wszystkim piłkarzom trener wydał zakaz picia i palenia. Musieli przestrzegać diety, o co miały dbać ich żony, zmuszone do gotowania zgodnie z instrukcjami klubowych lekarzy i dietetyków. Każdy gram nadwagi wiązał się z karą finansową a to uderzało nie tylko w piłkarza ale i budżet jego rodziny. Żonom musiało to przemawiać do wyobraźni. Helenio Herrere można uznać za prekursora wojny psychologicznej w futbolu. Wmawiał swoim graczom że są najlepsi, poniżał przeciwników, ubliżał sędziom, których obarczał winą za swoje porażki. Kłócił się ze wszystkimi, koncentrując uwagę na sobie aby piłkarze Interu mogli w spokoju przygotowywać się do meczu. Ukarał zawodnika, który w wywiadzie powiedział dziennikarzowi: ,,Jedziemy do Rzymu na mecz z Romą”. Ponieważ zdaniem trenera, powinien użyć sformułowania zwycięzcy: ,,Ruszamy na Rzym rozbić w puch Rome!”. Herrera tworzył wokół siebie aurę tajemniczości, więc nawet fakty z jego życiorysu nie są do końca pewne. Ostatnie lata swojego życia Herrera spędzał w swojej XIV-wiecznej willi w Wenecji. Zmarł na serce w roku 1997. Trumne owiniętą we flagi FC Barcelony i Interu umieszczono na gondoli, jak na lawecie. Przepłyneła w honorowej asyście gondolierów i piłkarzy przez Canal Grande na wyspę San Michele. Helenio Herrera spoczął na tamtejszym cmentarzu, obok Igora Strawińskiego i Sergiusza Diagilewa, również niezłych artystów. Na koniec jeszcze składy obydwu drużyn z tego finału:

Inter: Sarti, Burgnich, Facchetti, Bedin, Guarneri, Picchi, Jair, Mazzola, Peirò, Suarez, Corso

Benfica: Costa Pereira, Cavem, Cruz, Germano, Neto, Coluna, Josè Augusto, Torres, Eusebio, Simoes

12

Wybitne legendy polskiego futbolu:

27 maja 1940 r. urodził się Hubert Kostka. Lata 60-te słynęły z barwnych pseudonimów. Jeden z nich nadany został świetnemu bramkarzowi- Hubertowi Kostce. Na poważnego, sumiennego z natury golkipera koledzy mawiali ,,Farorz”, co znaczy w gwarze śląskiej ,,proboszcz”. Rzeczywiście, wiele razy okazał się on mężem opatrznościowym Górnika Zabrze oraz reprezentacji Polski. Grę w lidze łączył ze studiami na kierunku górniczym na Politechnice Śląskiej. W dodatku należał do ścisłej czołówki żaków na swoim roku. Zresztą długo wydawało się że to właśnie raczej z inżynierią aniżeli z piłką nożną zwiąże swą przyszłość. Koledzy zaciągnęli go jednak już w czasie studiów na trening raciborskiej Unii, która szukała bramkarza do gry w 2 lidze. Kostka spodobał się trenerom a wkrótce ściągnął go do siebie wielki Górnik. Tak jak w nauce, tak i w lidze należał do najlepszych na swojej pozycji. Czołówke tworzył z Edwardem Szymkowiakiem oraz… swym kolegą klubowym- Janem Gomolą. Często w duecie byli powoływani do reprezentacji Polski. Bywało nawet tak, że jeden grał w lidze, zaś drugi w kadrze. Najważniejsze mecze w dziejach Górnika przypadły jednak w udziale Kostce. To on bronił jako jedyny polski golkiper w historii, w finale Pucharu Zdobywców Pucharów a także w całej kampanii wiodącej do decydującego starcia rozgrywek. Z zabrzanami uczestniczył również w ćwierćfinałach PZP i PEMK. Właśnie w tych ostatnich rozgrywkach w edycji 1967/68, obronił rzut karny wykonywany przez Dynamo Kijów. Żaden inny bramkarz nie miał takich osiągnięć w polskich klubach. Nikt z przedstawicieli tej pozycji nie zdołał go też przebić w liczbie mistrzostw Polski; aż 8 razy sięgnął po to trofeum w barwach Górnika oraz 6 razy zdobył Puchar Polski.

W reprezentacji Polski ,,Farorz” rozegrał w sumie 32 mecze, w których stracił 38 goli. Długie lata pełnił role rezerwowego dla Szymkowiaka. Dopiero od eliminacji ME w 1968 został pierwszym wyborem szkoleniowców. Wydawało się że utracił to miano z początkiem kadencji Kazimierza Górskiego. Trener wszech czasów wolał stawiać na początku swej kadencji na Grotyńskiego, Gomolę, Tomaszewskiego czy Szeje. Kiedy jednak przyszły decydujące mecze o wejście do Igrzysk Olimpijskich w 1972, znów miedzy słupkami biało-czerwonych pojawił się pan Hubert i tej pozycji nie oddał podczas samego turnieju. Bronił we wszystkich 7 meczach na tej imprezie, przepuszczając ledwie 5 strzałów przeciwników. ,,Nie ważne z kim gramy, najważniejsze to wygrać. Zarówno dla mnie, jak i dla kilku piłkarzy starszych już wiekiem jest to ostatnia szansa osiągnięcia wyniku na poziomie światowym. Dlatego też uczynimy wszystko aby taki wynik zdobyć. Naszym młodszym kolegom na ambicji też nie zbywa. Po prostu rzucimy wszystko na jedną karte”- uzasadniał Kostka. Efektem takiej postawy było mistrzostwo olimpijskie. Po wejściu na olimpijskie podium buńczuczność ustąpiła miejsca wzruszeniu: ,,Wspaniałym przeżyciem jest turniej olimpijski, uroczysta dekoracja, hymn narodowy dla zwycięzców. Popłakałem się na podium, chociaż nie jedno w czasie mojej kariery przeżyłem. Nawet na MŚ gratulacji nie składają tak wybitni działacze światowego sportu, jak Przewodniczący MKOL i prezes FIFA. Spotkał nas wielki zaszczyt”- relacjonował ,,Trybunie Ludu” pan Hubert. Sam w finale popisał się między innymi fenomenalną interwencją po strzale głową Antala Dunaia. W Ekstraklasie zakończył gre w 1974 r. Jego bilans na tym szczeblu rozgrywkowym zamknął się na 222 meczach. Potem jako szkoleniowiec przygotowywał bramkarzy reprezentacji przed MŚ 1974(Jan Tomaszewski przyznaje że to głównie Kostce zawdzięcza swą forme podczas tego mundialu), 1978 i 1982. Samodzielnie doprowadził zaś Szombierki Bytom oraz dwukrotnie Górnika Zabrze do mistrzostwa Polski. Trzy razy został Trenerem Roku w Polsce.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

9

„Smoki” zademonstrowały magię:

27 maja 1987 r. FC Porto z Józefem Młynarczykiem w bramce zdobyło pierwszy w historii piłkarski Puchar Europy, pokonując w finale na Praterstadion(dziś Ernst Happel Stadion) w Wiedniu Bayern Monachium 2:1, po golach Madjera w 79 m., Juary’ego w 81 m. oraz honorowym trafieniu Kögla w 24 minucie. Oto kilka zdań z korespondencji Jerzego Lechowskiego z tygodnika "Piłka nożna" rozpoczynającej się od fragmentu wywiadu z Udo Lattkiem, szkoleniowcem Bayernu. "Zatem jak będzie w Wiedniu? Ma pan nadzieję, że Bayern znowu wywalczy Puchar Mistrzów? - Mam nadzieję? Nie, ja jestem o tym przekonany!". Ten fragment wywiadu w pełni oddaje nastrój przed finałem na wiedeńskim Praterze. W telewizji już od poniedziałku w każdym programie można było usłyszeć, że zdecydowanym faworytem jest Bayern Monachium. Akcje Portugalczyków obniżała przede wszystkim nieobecność Fernando Gomesa. Kontuzja niezbyt groźna, ale całą nogę miał w gipsie. Kto więc będzie strzelał gole? Zawodnicy FC Porto wykazywali umiarkowany optymizm, natomiast Jean Marie Pfaff i Lothar Matthaeus z Bayernu podzielali opinię swego trenera. Wiele wskazywało, że skończy się zgodnie z przewidywaniami. W 25. minucie na 1:0 strzelił lewoskrzydłowy Ludwik Koegl. "Krzyczałem "Moja!", ale w tym ryku nie usłyszał tego Maghalaes i wyskoczył do piłki. Nie trafił jej czysto, gdyż była za wysoka, musnął ją głową, myląc mnie przy okazji. Piłka skozłowała przed Koeglem a ten szczupakiem skierował ją do bramki"- opisywał Młynarczyk w swojej autobiografii "Piłeczko kochana". W przerwie meczu trener Portugalczyków, Artur Jorge, zaatakował swoich piłkarzy. Krzyczał, że za bardzo ulegli presji mediów, za bardzo wzięli sobie do serca, że nie są faworytem i po prostu boją się przeciwnika. Po zmianie stron Porto rzuciło się do natarcia. W 77. minucie padła jedna ze słynniejszych bramek tamtych czasów. Algierczyk Rabah Madjer strzelił z bliska bramkę piętą. Za chwilę na 2:1 strzelił Juary, rezerwowy Brazylijczyk. Porto dowiozło wynik do końca.

Jednym z bohaterów był Młynarczyk, choć jego gra była raczej solidna niż fantastyczna. W samej końcówce w polu karnym Polaka zrobiło się bardzo gęsto, ale nasz bramkarz tylko raz został zmuszony do największego wysiłku. "W obronie graliśmy, jak zwykle zresztą, dość prawidłowo i piłkarze Bayernu nie mieli stuprocentowych sytuacji, natomiast dość dużo wrzucali na wysokiego Hoenessa, który miał te piłki zgrywać. Jeśli chodzi o wychodzenie z bramki, to czułem się w tym meczu dość pewnie i wszystkie piłki wyłapywałem. W tym meczu najwyższe oceny powinna dostać nasza obrona" - pisał Polak. Korespondent "Piłki Nożnej" dodał od siebie, że Polak wykazał bardzo silne nerwy i bardzo umiejętnie "kradł cenne sekundy". Po spotkaniu Franz Beckenbauer przyznał, że "wygrała piłka nożna". FC Porto to czas, gdy portugalska piłka kojarzyła się z czystą techniką, zaś niemiecka z bezwzględną maszyną. Algierczyk Madjer przyznał, że dla niego był to mały rewanż za słynną "Hańbę w Gijon", czyli mecz z 1982 roku, gdy Niemcy i Austriacy umówili się na wynik i wyeliminowali Algierię z mundialu w Hiszpanii. Dziś czasy się zmieniły, Niemcy kojarzą się z techniczną, efektowną grą. Młodsi kibice byliby wyraźnie zdziwieni, gdyby przeczytali zdanie w "Piłce Nożnej": "Bawarczycy są zawodowcami, ale w ich grze jest mało technicznego kunsztu".

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

7

Cudowne lata, fantastyczna drużyna, niezapomniany finał:

27 maja 2009 r. FC Barcelona zdobyła swój trzeci w historii Puchar Ligi Mistrzów. Wygrany 2:0 finał z Manchesterem United rozegrano na Stadionie Olimpijskim w Rzymie. Blaugrana przystępowała do tego finału ze sporymi osłabieniami w defensywie. Kartki wykluczyły występ Daniego Alvesa i Abidala a z powodu kontuzji nie mógł wystąpić doświadczony Rafael Marquez. Trenujący Manchester sir Alex Ferguson próbował wykorzystać te osłabienia i oparł taktykę na Cristiano Ronaldo, który rozpoczął swój występ od kilku prób uderzeń z dystansu. Duma Katalonii wydawała się być zepchnięta do defensywy, lecz w 10 minucie Iniesta zagrał piłke w pole karne do Eto’o i niezawodny jak zawsze Kameruńczyk pokonał Van der Saara. Barça przejęła wówczas kontrole nad grą i pozwoliła ,,Czerwonym Diabłom” na zaledwie dwa celne strzały w całym meczu. W 70 minucie Xavi posłał górną piłke w pole karne, do której niespodziewanie doskoczył Messi, pokonując strzałem głową holenderskiego bramkarza rywali. Warto dodać że pod nieobecność wyżej wymienionych obrońców, bardzo dobrze spisali się Yaya Toure i Sylvinho. Historyczne składy obu drużyn:

Barcelona: Víctor Valdes - Carles Puyol, Yaya Toure, Gerard Pique, Sylvinho - Xavi, Sergi Busquets, Andres Iniesta, Lionel Messi, Samuel Eto'o, Thierry Henry (72 Seydou Keita).

Manchester: Edwin van der Sar - John O'Shea, Rio Ferdinand, Nemanja Vidić, Patrice Evra - Ji-sung Park (66 Dimityr Berbatow), Michael Carrick, Anderson (46 Carlos Tevez), Ryan Giggs (75 Paul Scholes) - Cristiano Ronaldo, Wayne Rooney.

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

9

Początki wielkiej „Barçy 5 Pucharów”:

27 maja 1951 r. FC Barcelona zdobywa dziewiąty w historii Puchar Hiszpani(zwany wówczas Copa del Generalisimo). W finałowym starciu na Estadio de Chamartin Barça pokonuje Real Sociedad San Sebastian 3:0. Gole w tym finale strzelali znakomici snajperzy: Cesar Rodriguez (31 i 67 minuta) oraz Mariano Gonzalvo(44 minuta). Ten zdobyty puchar był swoistym preludium do zdobycia przez Blaugrane 5 pucharów w roku następnym, co okazało się jednym z największych osiągnięć w historii Dumy Katalonii.

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

9

Debiut bramkarskiej legendy FC Barcelony:

27.05.1923 r. w meczu towarzyskim z angielskim Bishop Auckland FC, zadebiutował w barwach Blaugrany legendarny golkiper Ferenz Plattko. Barça wygrała ten mecz 5:0 a więc debiut okazał się całkiem udany.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?